Kres życia /Rozdział 3

Siedem lat później…

Suree miał kupić jedynie bułki na śniadanie, a skończyło się tym, że został prawie zmuszony do wizyty u lekarza. Nie była to jednak jego wina po prostu widząc nadciągający pojazd, który jechał wprost w niego zaczął się wycofywać. Nie miał jednak pojęcia, że tuż za nim będzie znajdował się pies. Ostatecznie skończyło się na tym, że jego tylnia część zaliczyła nieprzyjemne spotkanie z podłożem.

Zaraz po tym drzwi od samochodu otworzyły się i z tylnego siedzenia wysiadł młody mężczyzna.

– Przepraszam, nic się panu nie stało? – spytał podając dłoń Suree, aby pomóc mu wstać.

– Dziękuję – mruknął cicho przypatrując się mężczyźnie. Ubrany był nienagannie, w beżowy płaszcz, pod którym wystawała elegancka koszula wraz z krawatem. Zaś spodnie w kolorze ciemnego brązu idealnie były dopasowane do ubioru wierzchniego jak i współgrały z szatynowymi włosami mężczyzny. Brwi były lekko zmarszczone zapewne pod wpływem tej sytuacji, do której doszło. Piwne oczy wpatrywały się w niego z wyczekiwaniem aż wstanie, więc lekko zamieszany szybko wyciągnął dłoń i złapał za tą należącą do nieznajomego.

– Przepraszam za mojego kierowcę, nie zauważył pana – wytłumaczył kręcąc głową z politowaniem jakby naprawdę nie miał pojęcia, jakim cudem kierowca mógł nie zauważyć, że przejechał prawie dorosłego człowieka, który nie jest ani trochę mały – Czy coś się panu stało? Może lepiej podwiozę pana do lekarza? – spytał, a jego oblicze rozświetlił pełen troski uśmiech.

Suree zaczął intensywnie myśleć jak tu pozbyć się tego człowieka. Nie chciał wyjść na gbura, ale wujek na niego czekał aż dołączy do spotkania. Od czterech lat próbuje wtajemniczyć go w tajniki handlu, on jednak nadal nie miał ochoty podążać tą drogą, co jego rodzice i pan Lovro Mao. Pragnął spokojnego życia, a handel opium niestety mu tego nie zapewni. W każdym rogu mógł czaić się wróg. Nieraz był świadkiem jak najbardziej zaufany człowiek wujka nagle okazywał swoją drugą twarz, przez co musieli uciekać przed policją czy wrogą grupą handlarzy. Chcąc nie chcąc musiał spełnić oczekiwania wujka, jakie w niego pokładał. Uratował mu siedem lat temu życie, więc powinien czynić zgodnie z jego wolą.

– Nic mi nie jest. Spieszę się trochę, a wujek na mnie czeka aż przyniosę bułki na śniadanie – odparł siląc się na pogodny ton, uśmiechnął się jeszcze, aby móc łatwo pozbyć się tego człowieka.

– Skoro się pan spieszy to nie będę pana zatrzymywał. Może w takim razie zaproponuję inną opcję i podwiozę pana? – zasugerował mężczyzna najwidoczniej nie zdając sobie sprawy, że Suree chce jak najszybciej ulotnić się stąd albo usilnie to ignorował.

Szatyn mocniej zagryzł zęby, aby przypadkiem nie wymknęło mu się coś niemiłego. Zastanawiał się czy ten człowiek robi to specjalnie czy sobie z niego żartuje.

Gdy miał odpowiedzieć z przedniego siedzenia wysiadł mężczyzna, który wyglądał na kilka lat starszego od niego.

– Szefie, mamy pewien problem… – zaczął, na co szatyn obrócił się i zmierzył go poirytowanym spojrzeniem.

To była jego szansa. Usta Suree mimowolnie zaczęły wyginać się we wrednym uśmiechu, jednak w ostatnim momencie upomniał się w myślach. Zachował łagodny uśmieszek, którym obdarzał wcześniej mężczyznę. 

– Naprawdę nie ma takiej potrzeby, pójdę już i nie będę panom więcej zawracał głowy – rzekł pospiesznie, po czym nie czekając na odpowiedź się ulotnił.

Udało mu się w końcu dojść do sklepu po bułki, a następnie wrócić do tej willi, w której mieszkał z wujkiem.

– Kupowanie bułek z dnia na dzień zajmuje ci coraz więcej czasu, chłopcze – przywitał go pan Lovro, gdy tylko go zauważył – Mówiłem ci już wielokrotnie, że Shen może się tym zajmować. Uparłeś się jednak, że ty chcesz to robić. 

Suree nic nie odpowiedział wiedział, że pod tym z pozoru lekko karcącym głosem kryje się groźba, w której zawarta była informacja, że nie życzy sobie czekać więcej na śniadanie. Posiłek powinien być gotowy zanim w stanie z łóżka i czekać na niego, a nie odwrotnie.

***

Suree już wielokrotnie był świadkiem jak bardzo zimnym i złym do szpiku kości człowiekiem jest pan Lovro Mao. Ciekawiło go jedynie czy kiedykolwiek wujek okazał komuś serce czy od zawsze był taki.

– Mamy dzisiaj spotkanie z ludźmi z Hongkongu – rzekł pan Mao kilka tygodni później przy śniadaniu. Od tamtego wydarzenia bułki kupował Shen, a Suree jednak stwierdził, że woli spacerować nad jezioro niż chodzić po ulicach pełnych ludzi, gdzie jeszcze czasem jeździły samochody. Istniało prawdopodobieństwo, że znowu pod jakieś by wpadł, a potem musiał męczyć się z natrętnym człowiekiem, który postawił sobie cel, aby wmusić w niego przyjęcie pomocy.

– Dobrze, wuju. Mam coś przygotować? – spytał brunet uważnie wpatrując się w twarz pana Lovro.

– Przygotuj wszystkie papiery dotyczące współpracy z Hongkongiem. Nie chcę już kontynuować z nimi współpracy, to zbyt niebezpieczne. Niedawno doszły do mnie informacje o tym, że policja z Hongkongu złapała mniejszą grupę przemytników. Jeden z nich wydał pozostałych. Policja dzięki takim ludziom nie będzie potrzebowała dużo czasu, aby dotrzeć także do nich. A jak dotrze do nich, znajdzie też nas. Dalsza współpraca będzie nas zbyt dużo kosztować – opowiedział wpatrując się w Suree, a gdy zobaczył, że ten w skupieniu słucha, a następnie kiwa twierdząco głową, że też się zgadza jego oblicze rozświetlił delikatny uśmiech – Mam nadzieję, że za kilka lat godnie mnie zastąpisz.

– Oczywiście, wuju – odparł brunet zmuszając się, aby odwzajemnić uśmiech. Cała jego przyszłość została już zaplanowana, a jemu nie pozostało nic innego jak się do tego dostosować.

Po śniadaniu wyruszyli do jednej z ich kryjówek, która miała miejsce w magazynie przy opuszczonym porcie. Oczywiście najbardziej zaufany człowiek wujka, czyli pan Shen został w domu. W razie ewentualnych niepowodzeń musiał być ktoś, kto już ma zapewnioną lojalność innych ludzi i będzie w stanie przejąć na pewien czas władzę w gangu, aby nie zaczęły się walki o przejęcie pozycji szefa w przypadku jego śmierci.

W jednym z hangarów mieli się spotkać z człowiekiem, który nazywał się Mingli Zhou. Wysłał go Maidili, który jest odpowiedzialny za to, że przemyt opium jest tak dobrze rozwinięty w Hongkongu. Maidili to pseudonim, nie chcąc, aby ktokolwiek poznał jego prawdziwe dane. Wujek tak samo w świecie handlu jest znany, jako Tuwai.

Suree rozejrzał się po okolicy, wszystko wyglądało tak jak zawsze. Stare łodzie, niedające się już do jakiegokolwiek użytku można było zobaczyć wszędzie. Tak samo było ze skrzyniami, które służyły, jako miejsce transportu ryb.

Razem z wujkiem weszli przez duże drzwi do środka hangaru. Kilku ludzi pana Lovro zostało na zewnątrz, a reszta dołączyła do nich.

– Dzień dobry, Tuwai – przywitał się człowiek, z którym współpracowali. Już kilka razy go spotkali i robili z nim interesy, więc od razu go rozpoznali po samym charakterystycznym, piskliwym głosie.

– Witaj… – przerwał marszcząc brwi, gdy usłyszał odgłos odbezpieczenia pistoletu.

Lovro Mao instynktownie wyjął pistolet. Jego ludzie widząc to także to uczynili całkowicie ufając mu i wiedząc, że bez żadnej przyczyny nie wyjąłby pistoletu.

– Suree, uciekaj stąd – wyszeptał wujek do niego i wskazał czubkiem pistoletu okno.

W tej samej chwili zewsząd zaczęli pojawiać się ludzie w policyjnych mundurach.

– Policja, stać! Złóżcie broń! – krzyknął jeden z nich, ale pan Lovro jedynie prychnął śmiechem, po czym strzelił celując do najbliżej znajdującego się policja.

Rozpoczęła się strzelanina, która w głównej mierze polegała na tym, aby jak najwięcej zabić ludzi znajdujących się po przeciwnej stronie. 

Brunet poczuł niemiłosierny ból, gdy jedna z kul dosięgła jego ręki. Chwycił prawą dłonią za lewę przedramię. Chowając się za skrzyniami próbował dotrzeć do okna. To był jego jedyny ratunek, aby wydostać się z hangaru. Zapewne przednie jak i tylne wyjście były zastawione przez policję.

Policja pogrążona w strzelaninie z ludźmi jego wujka nie zauważyła jak jeden, niewielkiej postury mężczyzna próbuje otworzyć okno, a następnie wychodzi przez nie.

Suree wszedł do jednej ze skrzyń po rybach. Teraz kręciła się tutaj policja, więc wolał przeczekać w bezpiecznym miejscu aż wszystko przycichnie. Miał nadzieję, że nikt nie zwróci na krwiste ślady, które zostawiał przez ranę postrzałową. Musiał ją czymś zatamować, więc ściągnął kurtkę i z koszuli wydarł kawałek. Mocno owinął ranę materiałem i nie pozostawało mu nic innego jak czekać aż policja znudzi się nimi.

Ręka coraz bardziej mu dokuczała, ale także czuł z każdą mijaną chwilą większy chłód, który świadczył o tym, że zbliża się wieczór. Usłyszał odpalające się dźwięki wielkich pojazdów, przez co zmrużył mocno oczy i pokręcił głową, aby otrząsnąć się z otępienia. Odczekał jeszcze chwilę, po czym postanowił wydostać się ze skrzyni. Rozejrzał się po okolicy i nie widząc niczego podejrzanego ruszył w stronę miasta. Musiał wydostać się stąd, zwrócić się do kogoś po pomoc i znaleźć jakieś miejsce gdzie będzie mógł się ukryć. Nie był do końca pewny, co się stało z wujkiem, nie wyobrażał sobie, aby mógł zginąć albo trafić do aresztu. Raczej to była kwestia czasu aż wróci cały i zdrowy do willi jedynie wkurzony, że ma wśród swoich ludzi jakiegoś kolejnego kapusia.

Szybkim krokiem przemierzał drogę, aby móc spędzić noc w cieple. Jednak niesforne mroczki zatańczyły mu przed oczami, przez co zatoczył się. Westchnął i chwytając się za zranioną rękę zwolnił kroku. Zmarszczył brwi, był wkurzony na to, że stał się nagle taki słaby. Wujek zawsze powtarzał mu, że musi być cały czas silny, nieważne, co się wydarzy ma być w stanie obronić siebie.

Widział już miasto, które odznaczało się dzięki zapalonym latarniom. Już od dobrego kilometra przeklinał w myślach wuja, że chciało mu się kupić hangar trzy kilometry od Yueqing. Powiadał, że to najlepsze z możliwych miejsc, a przede wszystkim bezpieczne. Po dzisiejszych wydarzeniach zwątpił w słowa pana Lovro jak jeszcze nigdy.

Z powodu późnych godzin mało, kto przemieszczał się drogami. Większość ludzi znajdowała się o tej porze w domu szykując się do kolacji, a potem do snu, aby wcześnie rano wstać i rozpocząć kolejny dzień.

Suree z każdym krokiem szedł coraz wolniej mimo tego i tak ciągle się potykał, więc to był cud, że nie wylądował jeszcze na twardej ziemi. W głowie ciągle powtarzał sobie słowa, że musi iść dalej i nie może się zatrzymać. Gdy chciał się poddać katował swój mózg tymi słowami. Wiedział, że jak się podda i pozwoli sobie odpocząć nie będzie w stanie się podnieść.

Nie zauważył nawet, kiedy jego powieki stały się tak ciężkie, że z trudem utrzymywał otwarte oczy. Tym razem jednak nie miał takiego szczęścia, potknął się o wystający kamień i upadł na twardą ziemię raniąc kolana oraz dłonie o nierówne podłoże.

– Tylko chwileczkę… – wymamrotał do siebie ledwo słyszalnym głosem, gdy jego umysł tonął w mgle, a ta “chwileczka” zamiast trwać tyle miała zamienić się “na zawsze”.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 443
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!