Kres życia /Rozdział 4

– Chyba się budzi – do Suree dobiegł lekko poddenerwowany głos.

Brunet otworzył powoli oczy, ale gdy tylko zbyt jaskrawe światło dotarło do jego wrażliwych soczewek, zamknął je z powrotem.

Pozwolił sobie, aby jego oczy stopniowo przyzwyczajały się do panującej w pokoju jasności, którą dawało sztuczne oświetlenie. Gdy uchylił ponownie powieki zauważył, że tuż obok niego siedzi młody mężczyzna.

– Yelle, idź po lekarza! – krzyknął owy mężczyzna odwracając się w stronę otwartych drzwi – Jak się czujesz? – spytał tym razem zwracając się do Suree pełnym niepokoju głosem.

Brunet otworzył usta chcąc odpowiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Spojrzał z prośbą na mężczyznę, który zrozumiał nieme życzenie i podał mu szklankę z wodą, która stała na stoliku tuż obok.

Suree podniósł się do siadu i wziął w dłoń szklankę. Małymi łyczkami zaczął pić wodę, która dała jemu spragnionemu gardłu niesamowitą ulgę.

– Dziękuję – wyszeptał oddając z powrotem pustą szklankę – Czuję się dobrze.

– Chcesz jeszcze? – spytał pełnym troski głosem.

Szatyn pokręcił przecząco głową. Położył się z powrotem i zaczął rozglądać się po pokoju nie mając pojęcia, jakim cudem się tu znalazł. Ostatnie, co pamiętał to jak wracał z hangaru do miasta, a potem nagle koniec, pustka, ciemność.

– Znalazłem cię dwa dni temu z bratem, gdy wracaliśmy z ryb. Wyglądałeś jak trup, więc myśleliśmy, że już po tobie, ale na szczęście jeszcze oddychałeś. Wtedy Yelle, mój brat poszedł do naszego sąsiada, który jest lekarzem i ci pomógł.

Zanim Suree zdążył odpowiedzieć przyszedł brat mężczyzny z lekarzem. Musiał przyznać, że ta dwójka wyglądała naprawdę podobnie. Posiadali taki sam brązowy odcień oczu, a włosy obydwoje mieli w kolorze ciemnego blondu. Yelle’go były jedynie odrobinę dłuższe niż brata, przewyższał go także o kilka centymetrów i miał mocniej zarysowane kości policzkowe.

– Dzień dobry – przywitał się lekarz z wymuszonym uśmiechem, którym zapewne raczył każdego klienta – Mogliby panowie wyjść? Chciałbym zbadać pacjenta – wyjaśnił zwracając się do braci, którzy na te słowa bez sprzeciwu powędrowali w stronę wyjścia.

Brunet spojrzał nieufnie na lekarza. Nie wzbudził jego zaufania. Wszystko jego gesty, reakcje, a nawet emocje były wyuczone zapewne pod wpływem wieloletniego stażu w zawodzie. Nie było to dziwne biorąc pod uwagę, że codziennie przyjmuje wielu pacjentów. Większość przychodzi pewnie tylko raz, a potem znika i nigdy więcej się nie pojawia. Suree nie zaskoczyło, że mimo wyuczonego uśmiechu niebieskie oczy lekarza były puste, bez żadnego ciepłego błysku.

– Jak się pan czuje? – spytał nie kryjąc znudzenia w głosie.

– Dobrze – mruknął wpatrując się z wyczekiwaniem w lekarza. Chciał w końcu wstać z łóżka i odejść stąd. Nie chciał wplątywać w swoje kłopoty niewinnych ludzi, a był pewien, że jeśli zbyt długo tutaj zostanie ściągnie niebezpieczeństwo na nich.

– I tak muszę pana zbadać, proszę ściągnąć koszulę – odparł nie patrząc na bruneta, a grzebiąc w swoim kuferku gdzie miał różne buteleczki z lekami i przyrządy.

Suree niechętnie podniósł się do siadu, a następnie ścignął koszulę. Jego skóra mimowolnie szybko pokryła się gęsią skórką pod wpływem chłodu panującego w pokoju. Leżąc w koszulce i będąc przykryty kołdrą nie czuł tego.

Wyjął dziwne urządzenie, które Suree widział pierwszy raz w życiu. Z reguły nie chorował, więc lekarza nie odwiedzał od dobrych kilku lat.

– To jest stetoskop, najnowszy wynalazek z zachodu. Służy do osłuchiwania klatki piersiowej i serca – wyjaśnił rzeczowym tonem najwidoczniej nie po raz pierwszy musząc tłumaczyć, co takiego używa.

Suree zmarszczył brwi, ale pozwolił robić doktorowi, co mu się podoba przecież tamten wie chyba lepiej, jeśli chodzi o leczenie pacjenta niż on sam.

Po osłuchaniu klatki piersiowej i serca lekarz mruknął coś pod nosem, ale Suree wywnioskował, że najwidoczniej jest usatysfakcjonowany tym jak pracują jego narządy. Następnie zbliżył się do niego i zaczął odwijać bandaż z lewego przedramienia. Pracował w milczeniu, a sprawne dłonie delikatnie jedynie czasami muskały jego skórę. Odłożył bandaż, po czym przemył ranę wodą, nałożył maść, a potem znowu owinął ranę czystym bandażem.

– Radzę w przyszłości unikać niebezpiecznych miejsc gdzie można dostać kulką z pistoletu. Następnym razem zamiast w rękę może pan równie dobrze dostać w głowę, a wtedy zapewni pan sobie wycieczkę do piachu – rzekł lekarz oschłym tonem, po czym zaczął wszystkie przyrządy chować do swojego kuferka – A z innych rad to zalecam jeszcze kilkudniowy odpoczynek, nie powinien pan nadwyrężać ręki i proszę smarować… – przerwał na kilka sekund, aby wyszukać odpowiednie pudełeczko – …tą maścią.

Wyjął buteleczkę i postawił na stole, a potem z wymuszonym uśmiechem pożegnał się z Suree. Wyszedł przez drzwi nie oglądając się więcej za siebie.

Szatyn przewrócił oczami będąc wdzięcznym, że ten człowiek już sobie poszedł. Jeszcze nigdy nie poczuł takiej niechęci względem drugiego człowieka w tak krótkim czasie. Ubrał z powrotem swoją koszulę, położył się i przykrył szczelnie kołdrą. To spotkanie tak go wymęczyło, że pragnął jedynie zamknąć oczy i zniknąć, chociaż na moment z tego świata, aby nie musieć się mierzyć z trudnościami, które otaczały go praktycznie z każdej strony. Zasnął z myślą, że jedno zalecenie lekarza bardzo mu się podobało to, w którym ujął, że powinien odpoczywać. Wszystko inne, w tym odejście z tego miejsca równie dobrze może poczekać do jutra.

***

Słońce właśnie zaczynało budzić się do życia, ale duża część ludzi w miasteczku już nie spała. Spieszyła się do pracy albo musiała skoro świt zacząć porządki w swoim gospodarstwie. Wychodziło na to, że mało, kto mógł sobie pozwolić na sen do późnych godzin porannych. Jedną z tych nielicznych osób był Suree, który leżał na łóżku od dobrej godziny i pustym wzrokiem wpatrywał się w okno. Mimo, że ciałem dalej znajdował się w tym małym pokoju u braci, którzy go znaleźli to myślami był bardzo daleko stąd. Powinien w końcu odejść z tego miejsca i wrócić tam gdzie do tej pory przebywał. Wujek uratował mu życie i od niego jest zależny, a nigdy jeszcze nie spłacił tego długu, który będąc dzieckiem zaciągnął. Jeśli pan Lovro zginął jego obowiązkiem teraz było przejąć pozycję szefa handlu i kontynuować dalej to wielkie dzieło.

To właśnie powinien zrobić jednak on sam pragnął czegoś zgoła innego. Chciał spokojnego życia, gdzie nie będzie bał się o to, że w każdej chwili może zginąć. Niestety nikt nigdy nie pytał o to, czego akurat on pragnie. Gdy posiadał jeszcze rodziców oni decydowali za niego, ponieważ był za mały. Zaś wujek traktował go przeważnie oschle, chyba, że zaczynali konwersację na temat przemytu, wtedy wydawało się jakby rozmawiał o swojej najdroższej i jedynej wartej jego zimnego serca kochance.

Suree z ponurych rozmyślań wyrwało otwarcie drzwi od jego tymczasowego pokoju. Nie kryjąc zdziwienia spojrzał w tamtą stronę.

– Ooo cześć, myślałem, że nadal śpisz, dlatego nie pukałem – wyjaśnił blondyn, a z tego, co Suree sobie przypominał z wczorajszej rozmowy z drugim bratem to on nazywał się Yelle. Mężczyzna uśmiechnął się szeroko od ucha do ucha – Ale nas wtedy przeraziłeś, tylko posłuchaj, wracamy sobie spokojnie w nocy z ryb. Połów był niesamowity, dawno tyle ryb nie złapaliśmy, ale no wracając do tematu. To idziemy, idziemy i mieliśmy jeszcze zajść do baru, aby opić to. Ale Yunru się nie zgodził, on to chciał tylko wrócić i pójść spać, z niego to w ogóle straszny śpioch jest, wiesz o tym?

Brunet wpatrywał się w blondyna będąc lekko zaskoczony jego nieoczekiwanym wybuchem monologu. Słuchał jednak uważnie aż Yelle się nagada, aby mógł odpowiednio podziękować za ratunek, po czym wytłumaczyć, że musi odejść stąd jak najszybciej i wrócić do domu.

Suree mimowolnie uśmiechnął się, gdy jego towarzysz rozwodził się nad tym jak to Yunru podczas snu wygłasza jakieś modły w innym języku.

– A o czym my to rozmawialiśmy? – spytał Yelle samego siebie marszcząc brwi w zastanowieniu – Aaa, już wiem! No to szliśmy i patrzymy, że ktoś leży na ziemi. Yunru stwierdził, że to pewnie jakiś pijak. Podchodzimy bliżej, widać plamę krwi i ja mówię, że to żaden pijak, a młody chłopaczek, którego ktoś postrzelił. No to Yunru kazał mi biec po lekarza, no to pobiegłem. Lekarz to zapewne przewracał się na drugi bok smacznie sobie śpiąc, może właśnie, dlatego był tak wkurzony, gdy wstał i otworzył mi drzwi, bo ciągle dobijałem się do niego. Yunru to pewnie dawno by odpuścił, a mnie tak łatwo nie da się pozbyć, narobiłem takiego hałasu, że wszystkich sąsiadów pobudziłem. Przez ciebie pewnie teraz wszyscy sąsiedzi z okolicy mnie znają i tak samo nie cierpią. Czy mógłbym dowiedzieć się, dla kogo tak bardzo ryzykowałem swoją reputację idealnego sąsiada? I jak to się stało, że znalazłeś się na środku ulicy ledwo żywy? – zakończył swój wywód wpatrując się w Suree z wyczekiwaniem.

Uśmiech bruneta zniknął, a zamiast tego na jego twarzy pojawiło się zmieszanie. Obrócił głowę z powrotem w stronę okna zastanawiając się, co miałby powiedzieć.

– Eee, ja… – zaczął, po czym zamilkł dalej nie wiedząc ile mógłby zdradzić ostatecznie zdecydował, że może podać swoje podstawowe informacje – …jestem Suree Kim i mam dwadzieścia lat. Dziękuję za ratunek, ale powinienem już wrócić do domu. Moi rodzice będą się o mnie martwić.

Yelle widząc niechęć gościa do dzielenia się jakimikolwiek informacjami już miał zmienić temat. Słysząc jednak odpowiedź uśmiechnął się i energicznie podszedł do łóżka. Wyciągnął dłoń chcąc się przywitać.

Suree niepewnie uścisnął dłoń mężczyzny. Od razu mógł wyczuć, że jest to ręka człowieka, który dużo pracował w życiu. Skóra była chropowata w dotyku, ale uścisk, jakim została jego dłoń obdarzona wskazywała na to, że ten człowiek jest tak samo ciepły i emanuje od niego pozytywna energia jak do tej pory zdążył zauważyć.

– Ja jestem Yelle Sun i mam dwadzieścia dwa lata. A mój brat ma na imię Yunru i jest w twoim wieku. Mało, co mówi do obcych, więc pewnie wczoraj ci się nawet nie przedstawił. Pewnie zdążyłeś już zauważyć, że to ja jestem tym bardziej przystojniejszym, rozgarniętym i rozgadanym bratem – powiedział z dumą klepiąc się po piersi i przy okazji całkowicie ignorując dalsze słowa Suree o powrocie do domu.

– Przynajmniej dobrze, że to ja zostałem obdarzony za nas dwóch inteligencją i mądrością, bo gdybym był tak samo głupi jak ty to mieszkalibyśmy na tratwie na środku jakiegoś jeziora – zza Yelle dobiegł sarkastyczny ton – Dobrze, że już się obudziłeś, zaraz będzie śniadanie – powiedział zwracając się do Suree cieplejszym tonem.

Starszy blondyn puścił dłoń Suree, po czym się odwrócił i zmierzył brata poirytowanym spojrzeniem.

– Ale wiesz jak dobrze byśmy się bawili. Mielibyśmy, co jeść, gdzie spać i żadnych ludzi, którzy by nas wkurzali – mruknął w odpowiedzi ciesząc się ogromnie, że jest kilka centymetrów wyższy i może patrzeć na Yunru z góry.

Młodszy blondyn westchnął i pokręcił głową z politowaniem, po czym wyszedł z pokoju. Starszy brat prychnął z niedowierzaniem, że Yunru go zignorował.

– Chodź na śniadanie, Suree – rzekł Yelle, po czym pognał za bratem krzycząc – Milczysz, więc po raz pierwszy przyznajesz mi rację?!

Brunet potrzebował jeszcze kilku minut aż w pełni zrozumiał, czego właśnie był świadkiem. Jeszcze nigdy nie słyszał tak komicznej kłótni, w której mogą brać udział tylko ci ludzie, którzy dobrze się znają i mają między sobą głęboką więź. Mimowolnie posmutniał uświadamiając sobie jak bardzo jest samotnym i nikomu niepotrzebnym człowiekiem na tym świecie. Niestety raczej nigdy nie zdoła poznać smaku miłości czy chociażby nawet przyjaźni. W świecie, w którym przyszło mu żyć nie byłby w stanie kogokolwiek obronić. To świat pełen bólu, ryzyka, cierpienia i przede wszystkim śmierci. Nikt nie powinien męczyć się z nim tylko, przez to kim jest, a nie da się ukryć tego, że jest handlarzem opium. Dlatego dla bezpieczeństwa innych musi trzymać się z dala, aby nie cierpieli przez to, że postanowili okazać złemu człowiekowi swoje dobre serce ratując go na drodze gdzie powinien umrzeć.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 572
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!