Córa rodu Phoenix – Rozdział 14

Konfrontacja

                    Tea czekała na Harry’ego i Rona w wyznaczonym miejscu, trzęsąc się z zimna. Nie doceniała wieczornych chłodów, przez co zmuszona była opatulić się mocno nazbyt cienkim, jesiennym płaszczykiem. Dragan, niezbyt zadowolony z jej nocnej eskapady, odprowadził ją do wyjścia z zamku, korzystając ze swoich mistrzowskich zdolności poruszania się niczym najprawdziwszy cień. Zanim się rozstali, wymogła na kruczowłosym obietnicę, że dziś prześpi się jak człowiek. Znała jego legendarną wręcz wytrzymałość, ale mimo tego martwiła się o niego – od dłuższego czasu zarywał nocki, uparcie starając się wykonać swoje zadanie bez względu na własne samopoczucie. Luther może i przypominał niezwyciężoną maszynę, zaprogramowaną do odnoszenia sukcesów, jednak należał mu się solidny wypoczynek. Pomimo wyraźnej deklaracji obawiała się, że przyjaciel może znaleźć sposób na wymiganie się od odpoczynku. Westchnęła cicho, wtulając brodę w poły płaszcza – nie tym powinna się teraz przejmować. Zamiast myśleć o turkusowookim uparciuchu, spojrzała w nocne niebo i skupiła się na obserwowaniu ciemnych zarysów chmur, płynących po bezkresnym granacie. Skłamałaby mówiąc, że nie widywała już urokliwszych wieczorów, jednak ten miał w sobie coś niezwykłego…pewnego rodzaju nieodparty magnetyzm, podsycany zapachem przygody – delikatną wonią czegoś kuszącego, nadpływającą wraz z chłodnymi podmuchami wiatru. 

– Ej, Tea. 

Usłyszała obok siebie konspiracyjny szept Pottera, który wysunął głowę spod peleryny. Swoją drogą wyglądało to nieco komicznie – lewitująca pośród mroku twarz chłopca o błyszczących, zielonych oczach wpatrzonych wprost w nią z niemałym przejęciem. Gryfon, po chwili konsternacji, uśmiechnął się przyjacielsko do koleżanki, prawdopodobnie chcąc dodać jej tym samym nieco odwagi przed czekającą ich – nie do końca legalną – wyprawą. Wyciągnął ku niej dłoń. 

– Wchodź pod pelerynę i idziemy – potrząsnął ponaglającą ręką. 

Błękitnooka, nie protestując, chwyciła dłoń Harry’ego i pozwoliła wciągnąć się pod osobliwy artefakt, dołączając do Pottera oraz Weasley’a. Peleryna nie miała zbyt imponującej powierzchni, więc musieli trzymać się bardzo blisko siebie oraz mniej więcej koordynować ruchy, by żadne z nich nie znalazło się poza bezpieczną osłoną. Dreptali gęsiego w ślimaczym tempie, nie odzywając się do siebie – okularnik cały czas trzymał rękaw Dumbledore, a Ron wzdychał ukradkowo, opierając dłoń na drobnym ramieniu dziewczyny. Prawdopodobnie jej długie, ogniste włosy nieprzyjemnie łaskotały piegowatego czarodzieja, ale znosił to nad wyraz dobrze, powstrzymując się od śmiechu i uwag. Ta dziwaczna wędrówka dla żadnego z nich nie była czymś szczególnie komfortowym, dlatego zgodnie odetchnęli z ulgą, gdy stanęli w końcu przed drzwiami chatki gajowego. Potter dał znać znajomym, by póki co zostali w ukryciu, sam natomiast uważnie rozejrzał się wokół, po czym pewnym ruchem pchnął niezamknięte drzwi, które ustąpiły z wyraźnym skrzypnięciem i skinął ku reszcie, że mogą śmiało ruszyć przed siebie. Wciąż kurczowo trzymając się szyku, weszli do pomieszczenia w którym, pomimo nieobecności gospodarza, palenisko tliło się przygasającym płomieniem. Chłopcy częściowo w trosce o psa, częściowo kierowani żalem, przychodzili do pustej chatki codziennie, żeby dorzucać drwa i podsycać ogień – ten sam, który nigdy tu nie gasł, bez względu na porę roku. Dzięki ich staraniom wnętrze skromnej budowli było przyjemnie ciepłe i tak samo gościnne jak zawsze, chociaż brakowało w nim najważniejszego elementu – serdecznego brodacza o szczerozłotym sercu. Dopiero po zamknięciu drzwi wyswobodzili się spod peleryny, oddając się rutynie. Ron niemalże automatycznie podszedł do wielkiego, wiklinowego kosza na drewno z którego wywlókł cztery grube polana, które następnie wrzucił do osmolonego, rozgrzanego paleniska. Kieł zareagował na ich przybycie z odpowiednią dla niego obojętnością – ledwie na chwilę otworzył zaspane ślepa i zamknął je, dostrzegając znajome postacie, żeby spokojnie wrócić do barbarzyńsko przerwanej drzemki. Harry, uprzednio jeszcze raz sprawdzając drzwi, skierował się ku kącikowi kuchennemu, a konkretnie jednej z niskich szafek, skrywającej w swym wnętrzu zapas jedzenia przeznaczony dla pupila gajowego. Tea, nie chcąc być jedyną nieprzydatną, sięgnęła po imponujących rozmiarów, metalową miskę. Wylała jej zawartość i napełniła ją świeżą, zimną wodą. Odstawiła miskę na jej stałe miejsce, co spotkało się z donośnym westchnięciem psa. Rozbawiona równie ożywioną reakcją, usiadła obok Kła i zaczęła delikatnie gładzić jego miękką, krótką sierść przyglądając się mało uważnie krzątaninie towarzyszy z subtelnym uśmiechem – tych dwóch wyglądało jakby lokum Hagrida nie miało przed nimi żadnych tajemnic. Wprawnie poruszali się po skromnej izbie, a gdy skończyli swe zadania, rozsiedli się na podłodze z grubo ciosanych, potężnych desek. Harry przysunął się nienachalnie bliżej koleżanki, wyraźnie mierząc się z własnymi myślami – od jakiegoś czasu chciał ją o coś zapytać, ale wahał się, czy powinien wtykać nos w tę sprawę. Nie chciał jej urazić, ani wprawić w zakłopotanie, jednak musiał wiedzieć…nie tylko on zresztą. 

– Tea? – zaczął niepewnie, opierając spocone dłonie na kolanach. 

– Hmm? – mruknęła dziewczyna, nie odrywając nawet na sekundę wzroku od łba Kła. 

– Co stało się z dyrektorem? – przesunął niezdarnie palcami po swoim karku – No wiesz…dlaczego go nie ma? 

Płomiennowłosa zaprzestała głaskania psa, ku jego wyraźnemu niezadowoleniu, okazanemu za pomocą zawiedzionego prychnięcia. Uśmiechnęła się sama do siebie, nie podnosząc głowy. Spodziewała się, że prędzej czy później ktoś odważy się zapytać ją o to wprost, ale bardziej obstawiała Rona. Weasley od jakiegoś czasu sprawiał wrażenie wiecznie naburmuszonego, nie dostawał bowiem żadnych odpowiedzi, pomimo tego, że zarówno on jak i Harry kilkukrotnie próbowali już podpytywać McGonagall o to co się właściwie działo, lecz profesor zbywała ich szczątkowymi uśmiechami oraz powtarzanymi niczym mantra zapewnieniami, że wszytko jest w jak najlepszym porządku – często zdarzało się mu narzekać na to podczas posiłków. Powinna czuć się zaskoczona tym, że to zielonooki okazał się bardziej dociekliwy, jednak nie potrafiła. Harry miał niebezpieczną tendencję do poszukiwania odpowiedzi na wszystkie dręczące go pytania, bez względu na to czy miałyby mu się spodobać, czy wręcz przeciwnie. W końcu spojrzała na chłopców, którzy wpatrywali się w nią z przezabawnym napięciem wymalowanym na twarzach. 

– Wiem niewiele więcej niż wy, bo dziadek nie chciał mi niczego powiedzieć. Poinformował mnie tylko, że musi odejść i to nie była jego decyzja. Pewnie dostał takie polecenie z ministerstwa, a jako dyrektor musi się liczyć z ich zdaniem. 

Ron poderwał się gwałtownie z podłogi i podszedł do okna, wpatrując się przez nie w niewyraźny, mglisty kontur pobliskiego zamku. Milczał przez jakiś czas, kołysząc się coraz bardziej nerwowo. 

– Malfoy – warknął dosadnie, nie odrywając wzroku od szkoły. 

Lady uśmiechnęła się szerzej. Więc, jakże wyrafinowane, działania Lucjusza była tak obrzydliwie przewidywalne, że nie uszły uwadze uczniów. Wiedziała o tym, iż Gryfoni byli szczególnie wyczuleni na nazwisko Malfoy, nie przypuszczała jednak, by tylko oni jedni w całej Hogwardzkiej braci widzieli w blond arystokracie sprawcę nieoczekiwanego odejścia Dumbledore’a. Lucjusz Malfoy nie potrafił działać dyskretnie, choć sam zapewne uważał zupełnie inaczej. Nie zamierzała ani potwierdzać, ani podważać domysłów chłopców. 

– Nie wiem, czy pan Malfoy miał z tym cokolwiek wspólnego – wzruszyła ramionami, podnosząc się z podłogi. 

Podeszła do ciężkiego stołu i przysiadła na jego blacie, z którego zabrała niewielki, miedziany talerzyk. Ostrożnie obracała naczynkiem w dłoniach, z niesmakiem zauważając, że bez wiecznie leżących na nim słodkości, którymi Hargrid zwykł częstować gości, był niczym więcej niż ponurym reliktem zmąconego spokoju. Nie podobało jej się to wszystko. Nie podobało jej się, że przez głupi upór jednego człowieka, to co z oddaniem budował jej przyjaciel mogło legnąć w gruzach. Nie podobało jej się to, że przez bezpodstawne oskarżenia sprzed 50 lat pracowity, dobry człowiek w tym momencie zwiedzał cele Azkabanu. Nie podobało jej się to, jak niewiele potrzeba było czarodziejom do ponownego rzucenia się sobie do gardeł. Nic się nie zmieniło…wieki mijały, a tu nic się nie zmieniało! Miała ochotę cisnąć talerzykiem w ścianę, jednak powstrzymał ją głos Pottera. 

– Oczywiście, że to on! – niemalże krzyknął Harry, podnosząc się tylko po to, by rozpocząć bezsensowne kołowanie wokół stołu – Kto inny? Najpierw zabrali nam Hagrida, teraz przyszli po twojego dziadka. 

– Cholerny Malfoy! – Ron uderzył pięścią w parapet. 

– Nie za szybko wydajecie osądy, panowie? – uśmiechnęła się bez przekonania. 

– Pomyśl! – Weasley spojrzał gniewnie na dziewczynę – Malfoy chce podporządkować sobie szkołę. Musiał pozbyć się Dumbledore’a, bo on nigdy by na to nie pozwolił. 

– Pan Malfoy chce przejąć Hogwart? – uniosła pytająco brew – Niby po co? 

Pytać oczywiście nie musiała, zainteresowało ją jednak, skąd takie wnioski wyciągnął rudowłosy chłopiec. Była przekonana, że polityczne rozgrywki odbywały się daleko poza wzrokiem wychowanków tego imponującego zamczyska, dlaczego więc Weasley wypowiadał się z tak głębokim przekonaniem? Jeszcze bardziej zaintrygował ją ten temat, gdy do Rona dołączył Harry. Pan Potter stanął ramię w ramię z przyjacielem, a determinacja wyryta na ich, dziecięcych jeszcze buziach, do reszty rozbawiła Lady. Z całą pewnością święcie wierzyli w to, co mówili. 

– Jak możesz nie wiedzieć? – ciszę przerwało prychnięcie rudzielca – Malfoy nie znosi twojego dziadka, bo Dumbledore jest półkrwi! Słyszałem jak rodzice o tym rozmawiali! Tata pracuje z Malfoy’em w ministerstwie i nie raz wieczorem opowiada mamie o chamskim zachowaniu Malfoy’a. Ten typ ma nie po kolei w głowie! Uważa się za lepszego od wszystkich, tak samo jak jego szczurkowaty synalek. 

– Ron… – Harry szturchnął przyjaciela w ramię, chcąc go przyhamować zanim powie za dużo. 

– No co?! – obruszył się Weasley.

Przez kilka sekund gniewnie patrzył na Pottera, który wzrokiem usiłował dać mu znać o co chodziło. Okularnik wymownie zerkał na płomiennowłosą, subtelnymi skinięciami głową wskazując emblemat wyszyty na jej sweterku. W końcu niebieskie oczy Gryfona zalśniły zrozumieniem – no tak…Gallatea trzymała się blisko z nadętym księciem Slytherinu. Zakłopotany Ron już miał ją niezdarnie przeprosić za niestosowną uwagę na temat okropnego znajomego oraz zahaczenie o drażliwe zagadnienie czystości krwi, jednak to ona odezwała się pierwsza – całkowicie ignorując temat Draco. 

– Tak czy inaczej, nic nie możemy z tym zrobić – westchnęła przeciągle. – Dziadek zawsze kochał Hogwart i swoich podopiecznych. Uczniowie, absolwenci i pracownicy są dla niego jak wielka rodzina, za którą czuje się odpowiedzialny. Nie dałby się usunąć ze stanowiska, gdyby nie było to bezwzględnie konieczne. 

– Wiesz, gdzie może teraz być dyrektor? – zwrócił się do niej zielonooki. 

W porcelanową buzię panny Crown wbiły się rządne odpowiedzi, błyszczące, szmaragdowe tęczówki. Oczywiście, że wiedziała jednak taka informacja musiała pozostać tajemnicą.

– Możliwe, że wrócił do naszej posiadłości, choć pewna nie jestem. Przed wyjazdem powiedział mi, że gdybym czegoś potrzebowała albo chciałabym się z nim skontaktować, mam zwrócić się do profesor McGonagall lub profesora Snape’a.

Ron skrzywił się mimowolnie, na samo wspomnienie mistrza eliksirów. Od lat starsi bracia straszyli go Severusem Snapem, przez co miał mocno wyrobione zdanie o czarnowłosym nauczycielu z nieprzyjemnie surowym obliczem. Za nic nie byłby w stanie prosić tego człowieka o jakąkolwiek pomoc. 

– Bo temu nietoperzowi akurat można ufać – warknął. 

– Powtarzam tylko słowa dziadka – uśmiechnęła się do niego uspokajająco. – Nie poleciłby mi profesora Snape’a, gdyby nie uważał tego za dobry pomysł. 

Rozmawiali jeszcze przez dłuższą chwilę, choć w głównej mierze błękitnooka po prostu przysłuchiwała się domysłom snutym przez chłopców. Skupiali się na odkryciu możliwych przyczyn zniknięcia dyrektora oraz tego, dlaczego miałby się na to wszystko zgodzić, skoro przez tyle lat skutecznie bronił się przed Malfoy’em i ministerstwem. Teorie Gryfonów raz niebezpiecznie zbliżały się do prawdy, by po chwili odbiec ku całkowitej abstrakcji – rozważali przeróżne scenariusze. Ognistowłosa mocno pilnowała się z wyrażaniem jakichkolwiek opinii, wiedząc doskonale, że musiała bardzo uważać na to co mówi w obecności dzieciaków. Nie chciała by koledzy, pod wpływem jej pochopnych słów, wpadli na jakiś szalony pomysł – co w ich przypadku było bardziej niż prawdopodobne. Tych dwóch miało niebywały talent do wpakowywania się w najróżniejszej maści kłopoty, a upilnowanie ich graniczyło z cudem. W pewnym momencie dyskusję przerwał krzyk Rona. 

– Pająki!!! – wrzasnął przeraźliwie, wskazując na krzesło. 

Pozostała dwójka, zaalarmowana krzykiem, rozejrzała się uważnie po podłodze w poszukiwaniu małych, kosmatych stawonogów. Rzeczywiście…zarówno po posadzce, jak i ścianie chatki wędrował równy zastęp pająków, wyraźnie zamierzających opuścić ciepłe pomieszczenie przez uchylone okno. Stworki zdawały się nie zwracać uwagi na Weasley’a, Dumbledore ani Pottera, skupione tylko i wyłącznie na swojej rytmicznej wędrówce oraz celu, czekającym na nie u kresu drogi. Oczy Harry’ego błysnęły ekscytacją. 

– Pamiętacie, co powiedział Hagrid? – spojrzał na towarzyszy – Idźcie za pająkami! O to mu chodziło! 

– Harry… – jęknął błagalnie Ron. 

– Musimy za nimi iść…Hagrid tego chciał – zielonooki zerknął przez ramię na Ślizgonkę, – Tea?

– Chodźmy – wzruszyła ramionami. 

Pomimo oporów Rona, który do sympatyków włochatych stworków nie należał, poszli za pająkami. Weasley trzymał się jak najbliżej przyjaciela, gdy śledzili schludny rządek stawonogów, kierujący się bezkompromisowo ku ciemności Zakazanego Lasu. Lady dziękowała opatrzności, że akurat dzisiejszego wieczoru natknęli się na osobliwy pochód pająków – mogła spokojnie towarzyszyć chłopcom i pilnować dyskretnie ich bezpieczeństwa. Nawet wiecznie zaspany Kieł, zapewne pod wpływem wcześniejszych wrzasków Weasley’a, zdecydował się iść z nimi. Nie spuszczając oka z pajęczego orszaku, coraz bardziej zagłębiali się w Las, który tej nocy wydawał się wyjątkowo ponury. Gęste korony wysokich drzew skutecznie tłumiły słaby blask księżyca, co jakiś czas przedzierający się przez chmury. Wszędzie panował nieprzenikniony mrok, uniemożliwiający dostrzeżenie czegokolwiek znajdującego się dalej, niż dwa metry przed nimi. Idąc gęsiego, co rusz potykali się o wystające korzenie, kamienie lub opadłe gałęzie. Kilkukrotnie któreś z nich zachwiało się niebezpiecznie, wpadając nogą w zagłębienia terenu, zarośnięte szczelnie wysoką trawą. W pewnym momencie panna Crown zaczęła obawiać się, że niechybnie przypłacą nocny spacer połamanymi nogami. Zakazany Las sam w sobie był niepokojąco wręcz cichy. Nie słychać było praktycznie nic, poza szumem targanych przez wiatr liści. Żadnych odgłosów nocnych zwierząt, żadnych pohukiwań sów ani innego ptactwa, zero śladów obecności owadów. Nic. Lady zmrużyła podejrzliwie powieki. Przez całe wieki mieszkała w sercu gęstej puszczy, dzięki czemu wiedziała jedno – cisza w lesie zawsze oznaczała kłopoty. Przejmujący spokój brutalnie przerwał przytłumiony okrzyk Rona – tak nagły i nieoczekiwany, że niemalże przyprawił o atak serca pozostałą dwójkę. 

– Samochód taty! – Weasley wskazał na jasny zarys auta. 

Na niewielkiej, porośniętej mchem i niskimi paprociami polanie, tuż przed nimi, stał mocno sfatygowany, bezlitośnie poobijany samochód. Imponujące przybycie Gryfonów do Hogwartu, okupione było rozległymi zniszczeniami, głównie w karoserii, przez co auto przypominało wrak, zatopiony w niewesołej aurze lasu. Chłopcy chcieli sprawdzić jak miewał się ich mechaniczny towarzysz, nim jednak na dobre zdążyli do niego podejść, ognistowłosa wyczuła coś niepokojącego. Wyraźnie czuła ruch wszędzie wokół nich – byli otoczeni, a potencjalni napastnicy z każdą chwilą stopniowo zawężali okrąg, nie zostawiając uczniom miejsca na ucieczkę. Błękitnooka, wpatrując się w nieprzeniknioną ciemność, czekała na jakież to niebezpieczeństwo się natknęli, jednocześnie analizując wszystkie informacje na temat sworzeń zamieszkujących Zakazany Las. Uniosła z rozbawieniem brew, gdy z mroku wyłoniły się pająki. No tak…czy mogła liczyć na coś zabawniejszego, niż stado nerwowych, olbrzymich pająków? Obejrzała się subtelnie, żeby sprawdzić jak radził sobie Weasley i wycofała się powoli tyłem w stronę chłopaków. Ron stał nieruchomo, nie mając nawet ochoty na krzyk – był zbyt przerażony. Nie znosił malutkich pajączków, które napawały go zwykłym obrzydzeniem, ale te monstra?! Oczyma wyobraźni niemalże widział, jak któryś z tych paskudnych potworów obejmuje go odrażającymi łapami i odgryza głowę. Drgnął niespokojnie, kiedy stawonogi otoczyły ich szczelniejszym kordonem, po czym bezwiednie chwycił dłoń panny Dumbledore, która mocno zacisnęła palce na jego skórze. Pająki wysłały im jednoznaczne polecenie – chcieli tego czy też nie, musieli za nimi podążyć w głąb Lasu. Kiedy próbowali się ociągać albo rozglądać za drogą ucieczki, stworzenia natychmiast prostowały ich swoimi szorstkimi, długimi nogami, raz po raz wbijając odnóża w plecy dzieciaków – mieli iść przed siebie, a o odwrocie mogli zapomnieć. Ciężko było określić ile dokładnie trwał ten powolny, wymuszony marsz, ale zakończył się nadzwyczaj niespodziewanie. Pająki po prostu w jednej chwili rozpierzchły się, szukając schronienia w gęstych zaroślach. Powód tak panicznej ucieczki stawonogów znajdował się tuż przed ich oczami. Ze swego misternie skonstruowanego z gęstej, lepkiej pajęczyny gniazda, spoglądał na nich pająk przerażających wręcz rozmiarów – był niczym góra, królująca nad nizinami. Stwór czujnie obserwował nieoczekiwanych gości wszystkimi ośmioma ślepiami, jakby próbował wejrzeć w ich myśli i odnaleźć przyczynę stanięcia przed jego obliczem. Panna Crown z troską spojrzała na Gryfonów, starając się zrobić to na tyle dyskretnie, by nie urazić włochatego gospodarza. Obydwaj chłopcy trzęśli się ze strachu, pomimo tego jednak zgodnie zasłonili koleżankę własnymi ciałami, oddzielając drobną dziewczynkę od monstrualnego stawonoga. Roześmiała się w duchu, doceniając ten niewymuszony akt heroizmu – miło było wiedzieć, że rycerskie wartości nie przepadły bezpowrotnie w strumieniu czasu. Dla niej samej widok Akromantuli nie był niczym nowym, ani szokującym. Widywała już znacznie większych przedstawicieli tego gatunku. Bardzo często wykorzystywała jad Akromantul do tworzenia skomplikowanych, wymyślnych eliksirów, dlatego częstokroć musiała się z nimi mierzyć i w większości dobrze wspominała takie utarczki. W głowie kołatało jej jedno pytanie: dlaczego Hagrid wysłał ich na spotkanie z równie zabójczym stworzeniem? Nie mógł przypuszczać, że całkowitym przypadkiem z Harrym i Ronem wyruszy kobieta, posiadająca spore doświadczenie w radzeniu sobie z zagrożeniami maści wszelakiej. 

– Kto śmie zakłócać spokój Zakazanego Lasu? 

Zagrzmiał ostrzegawczy, lekko skrzeczący głos olbrzymiego pająka. To, że pająk mówił jeszcze bardziej przeraziło chłopców, którzy stanęli bliżej siebie, stykając się ramionami i tworząc swoistego rodzaju tarczę. Ich bojaźliwa reakcja utwierdziła ognistowłosą w przekonaniu, że Gryfoni nie zdawali sobie zupełnie sprawy z tego, w jak wielkim niebezpieczeństwie się znajdowali. Musiała zatroszczyć się o to, by opuścili Las cali i zdrowi, jednak zanim zdążyła przejąć inicjatywę, Harry przełknął nagromadzoną ślinę, po czym wystąpił krok w przód. Czuł się odpowiedzialny za przyjaciół, ponieważ wyprawa była jego pomysłem i to przez niego obecnie znajdowali się Merlin jeden wiedział gdzie, stojąc twarzą w twarz z nieznanym stworem. 

– Jestem Harry… – uciekł wzrokiem ku towarzyszom – Harry Potter, a to Ron Weasley i Gallatea Dumbledore. Jesteśmy przyjaciółmi Hagrida. Hagrid kazał nam iść za pająkami. 

– Jam jest Aragog – pająk wyprostował się dumnie. – Przyjaciele Hagrida są moimi przyjaciółmi. Czego szukacie w leśnych odstępach? 

Tym razem Tea nie pozwoliła Potterowi mówić. Z uwagi na delikatność całej sytuacji uznała, że to ona powinna kontynuować rozmowę. Akromantule z natury nie należały do stworzeń cierpliwych ani wyrozumiałych, więc bardzo łatwo było wyprowadzić je z równowagi niewyważonymi słowami. Wciekła, rozszalała Akromantula była ostatnią rzeczą, jaką chciałaby w tej chwili oglądać – nie mogła korzystać ze swoich umiejętności, mając za plecami dwóch uczniów. Stanęła obok zielonookiego i uścisnęła lekko jego ramię, uśmiechając się uspokajająco. 

– Zaszczytem dla nas jest móc cię poznać, Aragogu – pokłoniła dwornie głowę przed pająkiem, który odpowiedział podobnym gestem. – Jak wspominał Harry, Hagridowi prawdopodobnie zależało na naszym spotkaniu. Niestety sam Rubeus nie może być tu teraz z nami. Zabrano go do Azkabanu. 

Olbrzymi pająk uniósł gwałtownie przednie kończyny i wydał z siebie charakterystyczny, mrożący krew w żyłach klekot, w którym panna Crown rozpoznała dosadny przejaw irytacji. Milczała, do póki Aragog nie uspokoił się i nie przemówił ponownie – nie miała zamiaru ani go pospieszać, ani naciskać. 

– Do Azkabanu?! – ryknęła Akromantula – Dlaczego? 

– Z polecenia władz ministerialnych – uśmiechnęła się smutno. – Nie znamy szczegółów, jednak oficjalnym powodem zatrzymania Rubeusa jest to, że “akta Hagrida nie są czyste”.  Wiadomo ci, Aragogu, cokolwiek na temat obecnej sytuacji w Hogwarcie? 

– Nie, młoda damo. Wieści z zamku nieczęsto docierają tak daleko w głąb Zakazanego Lasu, a leśne stworzenia nie zbliżają się do granic kniei. 

– Wybacz mi więc proszę bycie posłańcem złych wieści. W murach szkoły pojawił się dziedzic Salazara Slytherina – imię niegdysiejszego męża z trudem przecisnęło się przez jej gardło. – Tak jak pięćdziesiąt lat temu, Komnata Tajemnic została otwarta. 

Klekotanie pająka przybrało na sile, wypłaszając mniejsze stawonogi, które wycofały się głębiej w las. Aragog nie wydawał się wściekły ani zirytowany…wyglądał raczej na wystraszonego. Dumbledore dała mu czas na przyswojenie sobie informacji i zorientowanie się w całości sytuacji. Uznała, że stwór powinien ochłonąć, bo to co musiała mu powiedzieć, mogło rozzłościć go na dobre. Cierpliwie czekał, co jakiś czas zerkając na chłopców, którzy wciąż byli mocno spięci. Przeraźliwy klekot zelżał, dając dziewczynie szansę na kontynuowanie rozmowy. 

– Zabrano Hagrida, ponieważ pięćdziesiąt lat temu był on głównym podejrzanym o uwolnienie bestii – przybrała łagodny, ciepły ton. – Niektórzy po dziś dzień twierdzą, że to ty, Aragogu, jesteś potworem Slytherina. 

– Bzdura! – pająk w geście złości potarł o siebie przednie kończyny – Wszystko to bzdura! Rubeus nie jest żadnym dziedzicem, a tym bardziej ja nie jestem odpowiedzialny za śmierć tej dziewczynki przed laty. Czarodzieje boją się nas, Akromantul, co jest całkowicie zrozumiałe. Rubeus powinien był powiadomić ministerstwo o moim istnieniu, a tym samym wydać mnie na pewną śmierć. Nie zrobił tego – pająk opuścił odnóża. – Hodował mnie w tajemnicy od jajeczka. Długo mieszkałem w skrzyni ukrytej w lochach, gdzie Hagrid mógł mieć mnie na oku i opiekować się mną. Rubeus ma największe serce spośród ludzi! Nikogo by nie skrzywdził! Mógł mnie zabić, zostawić na pewną śmierć, pozbyć się mnie…uwolnić się od podejrzeń. Głupi czarodzieje niesłusznie go oskarżyli, tylko dlatego, że okazał miłosierdzie pająkowi. Nim go zabrali, Hagrid zdążył przenieść mnie do Zakazanego Lasu, gdzie mogłem zacząć wieść spokojny żywot. Nie miał nic wspólnego z tą przeklętą Komnatą! Ludzie widzą w nas bezduszne potwory, a my…my chcemy tylko żyć z daleka od kłopotów. To czarodzieje! To oni zabijają moich współbraci i wydzierają nam nasze tereny, gnębią nas, a gdy odpowiemy siłą na siłę, wrzeszczą o dzikich bestiach! 

Akromantula nieco zbliżyła się do płomiennowłosej, wyciągając jedno z odnóży ku jej twarzy. Dziewczyna nawet nie drgnęła, pozwalając, by nieprzyjemnie szorstkie włoski musnęły jej porcelanową skórę. Spodziewała się, że pająk chciał udowodnić swą rację co do oceny ludzi i, zmuszając ją do wycofania się, jednoznacznie pokazać niesprawiedliwość, jakiej doświadczał jego gatunek ze względu na swą powierzchowność. Zdezorientowany brakiem obrzydzenia w lazurowych oczach, odsunął się delikatnie, odsłaniając wrażliwą stronę swej natury – na pajęczym obliczu ciężko było dostrzec emocje, jednak Tea widziała je wyraźnie. Aragogowi było najzwyczajniej w świecie przykro z powodu krzywdy przyjaciela. 

– Biedny, biedny Hagrid… – jęknął, opadając miękko na gęstą pajęczynę. 

– Przysłał nas do ciebie, żebyśmy poznali prawdę o oskarżeniach sprzed lat – uśmiechnęła się pocieszająco. – Aragogu, wiesz może co czai się w Komnacie? 

– Coś dużo starszego i bardziej przerażającego niż my, moje dziecko. Stwór, przed którym truchleją najodważniejsze Akromantule. Zaprzysiężony wróg wszystkich pająków – oczy pająka wbiły się w Lady, lśniąc nieoczekiwaną czułością. – Usłuchaj słów starego pająka, młoda damo! Trzymaj się z daleka od kłopotów, porzuć poszukiwania bestii i pilnuj swych przyjaciół. Bądź bezpieczna, odważna panno Dumbledore. 

Tea, zaniepokojona ostatnimi słowami Aragoga, zerknęła na swoich towarzyszy. Uprzejma, serdeczna rozmowa z gigantycznym pająkiem uspokoiła nieco chłopców…może aż za bardzo. Zdawali się nie zauważać nagłego poruszenia wokół nich. Mniejsze pająki metodycznie zaczynały ich otaczać, coraz bardziej nerwowo poruszając odnóżami – zdecydowanie na coś czekały, pytanie na co konkretnie. Ognistowłosa miała co do tego koszmarne przeczucia, które nasiliły się wraz z wycofaniem się Aragoga w głąb gniazda. Dziwne, nieco agresywne zachowanie stawonogów, w końcu zaalarmowało Gryfonów. 

– Hagrid jest mym serdecznym druhem, dlatego mogę zapewnić mu bezpieczeństwo – zagrzmiał głos Akromantuli. – Rozumiecie chyba, jak pochopną decyzją było zagłębienie się nocą w Zakazany Las. Nie mogę odmówić swym dzieciom świeżego mięsa, które samo weszło w ich sidła. 

Kilka sekund po słowach Aragoga, Kieł zaczął szczekać, uprzedzając uczniów o zbliżającym się natarciu. Mniejsze pająki ruszyły pędem w ich stronę, zastępując sobie wzajemnie drogę, żeby jak najszybciej dopaść młodziutkie ofiary. Gryfoni i Ślizgonka, niewiele myśląc, rzucili się do ucieczki co sił w nogach. Lady biegła na czele, a zanim Aragog zdążył zniknąć w oddali, odwróciła się na moment. 

– Dziękuję za rozmowę, władco pająków! – wykrzyknęła w stronę ogromnego stworzenia – Będę na siebie uważać! 

Nie czekając na ewentualną reakcję, odwróciła się, by biec co sił w nogach. Szaleńcza gonitwa nie działała na ich korzyść, ponieważ niewiele widzieli w ciemnościach i nie znali tak dobrze leśnych gęstwin, by biec całkowicie na ślepo. Słabe światło różdżki na niewiele się zdawało w równie mocno zarośniętym, nierównym terenie. Skazani byli na nieuchronną porażkę. Lady mogła pozbyć się pogodni jednym kiwnięciem, jednak towarzystwo chłopców uniemożliwiało jej skorzystanie z mocy  – za wcześnie było, żeby się ujawniać. Wstrzymywała ją jeszcze jedna rzecz…po rozmowie z Aragogiem zapałała sympatią do tego wrażliwego, uprzejmego stworzenia. Nie chciała pochopnie ranić go, zabiciem jego dzieci, ani utrwalić w nim palącej niechęci wobec ludzi. Biegnąc gorączkowo myślała o tym co zrobić – musiało istnieć inne, nieobarczone wysokim ryzykiem, wyjście. Im więcej czasu mijało, z tym większą rezygnacją skłaniała się ku brutalnej ostateczności i późniejszemu zmodyfikowaniu pamięci kolegów. Zanim zdążyła zdecydować się na ostateczny krok, tuż przed nimi zamajaczyły niewyraźne, rozproszone światła o żółtawej barwie, które zbliżały się ku uczniom w szybkim tempie. Spośród smukłych pni drzew i młodych krzewów, wyłonił się samochód pana Weasley’a, zręcznie unikający rozbicia się o liczne przeszkody. Auto, jakby sterowane tajemniczą siłą, wbiło się w pajęczy pościg, po czym zawróciło, równając się z uciekinierami. 

– Teraz! – wrzasnął Ron, szarpiąc za klamkę. 

Po kolei wskoczyli przez otwarte drzwi do wnętrza samochodu. Po tym jak dołączył do nich Kieł, Harry zatrzasnął drzwiczki. Pojazd samowolnie gnał przed siebie, czasem aż za gwałtownie reagując na pojawiające się trudności. Wywiózł ich bezpiecznie poza las, a gdy opuścili jego wnętrze zatrąbił, po czym z wolna odwlókł się ku gęstwinie. Stali obok siebie przez dłuższą chwilę, patrząc za znikającym autem i łapiąc oddechy ulgi. 

– Nigdy więcej – wysapał zrezygnowany Ron. 

Harry przyjacielsko objął błękitnooką ramieniem, niekrępująco przyciągając ją do swojego boku. Zarówno on jak i Weasley byli jej wdzięczni za to, że wzięła na siebie ciężar rozmowy z Aragogiem. Szok i stres związany ze spotkaniem z olbrzymią bestią, zupełnie odwrócił ich uwagę o jednego szczegółu – Tea rozmawiała z Akromantulą jakby robiła to setki razy, choć obiektywnie rzecz biorąc powinna być tak samo roztrzęsiona jak oni. Chłopcy odprowadzili koleżankę pod same drzwi dormitorium Slytherinu, nie chcąc jej pozwolić na samotny powrót. Lady pożegnała się z Potterem i Weasley’em, po czym weszła do Pokoju Wspólnego, nie spodziewając się natknąć na kogokolwiek ze względu na późną porę. Zmęczona, podrapana i skołowana weszła do swojej sypialni, oddzielając się grubymi drzwiami od reszty świata. Wzdrygnęła się słysząc mroźny, zaczepny śmiech. Uniosła głowę i zauważyła Dragana, siedzącego na fotelu z nieodłącznym papierosem, opartym o rozciągnięte w łobuzerskim uśmieszku wargi. Ognistowłosa zerknęła na blat stolika i stojącą na nim popielniczkę – sądząc po jej stanie kruczowłosy zdążył wypalić co najmniej z dziesięć fajek. W prawej dłoni mężczyzna trzymał kryształową szklankę, zapewne nie z herbatą, choć barwa mniej więcej się zgadzała. 

– I jak tam nocna przejażdżka po Lesie, śliczna? – zaśmiał się głośniej, upijając łyk napoju. 

Panna Crown odpowiedziała ciepłym, rozluźnionym uśmiechem i usiadła obok przyjaciela w drugim fotelu. Wyciągnęła drobną dłoń w stronę Luthera, który usłużnie podał jej swoją odrapaną, zabytkową papierośnicę. Kobieta poczęstowała się papierosem, po czym oddała pudełeczko właścicielowi.

– Więc to ty? – zaśmiała się, odpalając zapalniczkę. 

– Dziwisz się, mała? – zakpił, zaciągając się dymem – Ty masz pilnować Pottera, a ja ciebie. Tych dwóch kretynów chyba od urodzenia nie posiada instynktu samozachowawczego, przyciągają kłopoty jak magnes. Musiałem upewnić się, że nic wam nie grozi. 

– Czy ty nie miałeś się czasem wyspać, przystojniaku? – mrugnęła do niego, wypuszczając powoli mleczny obłok. 

– Po śmierci się wyśpię, moja pani! 

                   Przez kilkanaście kolejnych dni w Hogwarcie panował względny spokój – bezcenny po fali strachu, jaka przetoczyła się przez szkolne mury. Uczniowie niespiesznie przywykali do nowej sytuacji oraz ograniczeń, jakie na nich nałożono przez wzgląd na bezpieczeństwo. Profesorowie, pod twardym przewodnictwem McGonagall, odzyskali nieco energii, choć wciąż biło od nich gorzkie niezadowolenie i zręcznie skrywana podejrzliwość. Tea po zajęciach z zielarstwa zgodziła się towarzyszyć Blaise’owi w wyprawie do sowiarni – co stało się ich wspólnym, codziennym rytuałem. Zabini, martwiąc się o mamę, na bieżąco słał jej uspokajające listy, zazwyczaj pisząc o sprawach bieżących, przyjaciołach oraz ciekawszych zagadnieniach z lekcji. Nie było to dużo, ale zapewne wiele znaczyło dla matki, której jedyne dziecko znajdowało się w szkole, terroryzowanej przez jakieś paskudztwo. Dzisiaj miała im towarzyszyć jeszcze Dafne, jednak jej plany zmieniły się diametralnie, gdy usłyszała interesującą plotkę – Dragan, w ramach kolejnej kary, miał pomagać Snape’owi w prowadzeniu zajęć wyrównawczych dla słabszych uczniów. Greengrass nigdy nie miała problemów z eliksirami, ani nie dorobiła się zaległości, pomimo tego nagle zapałała szczerą miłością do tej dziedziny magii oraz zapragnęła poszerzenia swej wiedzy. Nie tylko ona jedna…u większości młodych czarownic rozkwitła fascynacja jedną z najbardziej unikanych sztuk magicznych. Severus, rozmawiając z Lady, zdobył się nawet na zażartowanie, że dzięki Lutherowi jest szansa na utworzenie przyszłej elity twórców eliksirów. Chociaż Snape nigdy dobrowolnie by się do tego nie przyznał, polubił spędzanie czasu z turkusowookim, co okazywał wlepianiem mu olbrzymiej ilości kar za skandaliczne, jego zdaniem,  zachowanie kruczowłosego. Jeden z nich był chodzącą, ponurą depresją, drugi nieprzejednanym, niepowstrzymanym żywiołem – w niewytłumaczalny sposób ten właśnie kontrast zbliżał ich do siebie i sprawiał, że potrafili znieść swoje towarzystwo. Mistrz eliksirów, najmłodszy nauczyciel w historii Hogwartu oraz szalony geniusz z owianego złą sławą rodu…ta znajomość zapowiadała się na nader interesującą. Lady myśląc o dwóch mężczyznach jednocześnie słuchała opowieści Zabini’ego o jego najnowszym obiekcie westchnień – uroczej Puchonce, całe dwa lata od nich starszej. Blaise’owi w żadnym razie nie przeszkadzało to, że stosunki Slytherinu z Hufflepuffem nigdy nie należały do szczególnie serdecznych. Ślizgoni od wieków mieli tendencję do dystansowania się od innych domów, natomiast Puchoni wręcz przeciwnie – wśród nich było wiele ciepłych, przyjacielskich osób łatwo nawiązujących kontakty. Przez serdeczne, łagodne usposobienie wychowanków Hufflepuffu, Ślizgoni widzieli w nich niezdarnych, naiwnych i zwyczajnie nieporadnych czarodziei, niezdolnych do pokazania pazurków. Ognistowłosa zerknęła na swojego towarzysza z usatysfakcjonowanym uśmiechem. Miło było wiedzieć, że nie wszyscy ślepo powielali jakieś durne, starodawne, stereotypowe myślenie. Kiedy weszli do sowiarni, Blaise wciąż rozwodził się nad pięknem błękitnych oczu wybranki, na co Dumbledore reagowała przytłumionym, pobłażliwym śmiechem – dziesiątki razy słyszała, jak uczennice wypowiadały się o nim w bardzo podobnym tonie. Blaise Zabini był posiadaczem intrygującej, niezaprzeczalnie pociągającej urody oraz cudownego, choć czasem nieco męczącego, charakterku. Inteligentny, oczytany, zabawny, błyskotliwie zaczepny, dobrze wychowany, przystojny, wysoki…nic dziwnego, że budził szerokie zainteresowanie koleżanek – dorabiając się cichych wielbicielek nawet w Gryffindorze. Sam chłopak doskonale zdawał sobie sprawę z własnych atutów i nie zamierzał marnować ich na byłe kogo. Zaliczał się do wybrednych młodych gentlemanów, z których ust niezwykle rzadko dało się słyszeć szczerze pochlebne słowo na temat dziewcząt. Panna Crown aż była ciekawa, jak wspaniała musiała być ów Puchonka, skoro oczka mu się świeciły przez cały ich wspólny spacer. Ślizgon ani razu nie wymienił imienia swej lubej, co utwierdziło Teę w przekonaniu, że najzwyczajniej w świecie go nie zapamiętał – zdarzało mu się to znaczenie częściej, niż kulturalnemu młodzieńcowi powinno. Zabini nieoczekiwanie umilkł, przerywając zdanie w pół słowa, czym zaniepokoił towarzyszkę, która podążyła za nim wzrokiem i skrzywiła się nieznacznie. Na kamiennym murku tuż przed nimi siedział Draco, opierający plecy o ścianę. Od czasu wydalenia dyrektora ze szkoły, młody Malfoy praktycznie wcale nie odzywał się do panny Dumbledore, o mało się nie zabijając, żeby czasem nie wpaść na nią przypadkowo. Tym razem także ledwie uniósł szare tęczówki, a już je opuścił, wbijając spojrzenie w podłogę – wyglądał jak zbity psiak. Blaise szturchnął lekko płomiennowłosą. 

– Weź z nim pogadaj, księżniczko – pochylił się i szepnął jej do ucha. – Do szału już mnie doprowadza. Włóczy się całe dnie jak cień, a wieczorami japa mu się nie zamyka. 

– Z tego co wiem, mój rycerzu – zadarła głowę, by móc spojrzeć wprost w czekoladowe oczy chłopaka – to on unika rozmawiania ze mną. Wczoraj przede mną uciekł. Nie żartuje, Blaise! Po prostu zwiał, kiedy mnie zobaczył. Dragan tak się śmiał, że padł na podłogę. Wiesz jak ciężko było go z niej pozbierać? 

Zabini przygryzł dolną wargę, żeby się nie roześmiać. Widział tylko końcówkę tego przedstawienia, ale widoku Luthera klęczącego na podłodze i rechoczącego w najlepsze oraz zrezygnowanej Gallatei stojącej z założonymi rękami tuż obok niego, nie mógłby zapomnieć. Pytał turkusowookiego o co mu chodziło, jednak starszy kolega zbył go wzruszeniem ramionami, więc nie dociekał. 

– Na wszystkie magiczne świętości, Dumbledore! – mrugnął zaczepnie – To TY jesteś tu ta mądrzejsza. No idź! 

Już miał ją popchnąć zachęcająco w stronę Malfoy’a, gdy kątem oka dostrzegł coś interesującego. Draco niby izolował się jak mógł, jednak co jakiś czas zerkał w ich stronę i uważnie obserwował co robią. Blaise uśmiechnął się szelmowsko – doskonale wiedział o co chodziło przyjacielowi, więc zdecydował, że lekko się z nim podrażni. Bez uprzedzenia złapał w talii błękitnooką, po czym przyciągnął ją bliżej siebie i musnął jej policzek, wplatając palce w ogniste włosy. Zaskoczona dziewczyna patrzyła na niego jak na wariata, ale nie miał zamiaru się tym przejmować – dopiął swego. Nawet z takiej odległości widział mocno zaciśniętą szczękę arystokraty oraz słyszał jego nerwowe szuranie stopami. Korzystając z tego, że zasłaniał Teę nachylił się ku niej tak, by z perspektywy Draco wyglądało to dwuznacznie. Cholerny, uparty Malfoy wkurwiał go niemiłosiernie tymi swoimi humorkami! W końcu zapłaci mu za zszargane nerwy i nieprzespane noce, które spędził na wysłuchiwaniu jego jęków! Spojrzał na pannę Dumbledore z przepraszającym uśmiechem. 

– Piórko. 

Obrócił w palcach niewielkie, szare pióro z ciemnymi kropkami. Zauważył je leżące w niewielkiej wnęce po ich prawej, zaraz po tym jak weszli, ale nie sądził, by ta wiedza mu się do czegokolwiek przydała – życie potrafiło zaskakiwać! Dobrze, że miał długie ręce…nie chciałby, żeby Tea uznała go za jakiegoś nietaktownego prostaka pokroju chamowatego Weasley’a! Odetchnął z ulgą, gdy dziewczyna uśmiechnęła się do niego ciepło. 

– Dzięki. 

– Nie ma sprawy, a teraz idź już! 

Tym razem Ślizgon popchnął ją w stronę wspólnego kolegi, z czego nie była szczególnie zadowolona. Lady spojrzała na Blaise’a z przekąsem, jednak chłopak tylko uniósł dłonie w obronnym geście, nie przestając się szczerzyć. Chcąc nie chcąc, musiała usiąść obok Malfoy’a i spróbować wyjaśnić z nim ten przedziwny dystans, który nieoczekiwanie pojawił się w ich relacjach. Wystarczyła zaledwie minuta w jego towarzystwie, żeby zaczęła poważnie zastanawiać się, czy to wszytko miało jakikolwiek sens. Draco nie miał najwyraźniej najmniejszego zamiaru zachowywać się, jak w miarę dojrzały młody człowiek – jedyne co robił to zerkał niespokojnie to na nią, to na swoje buty. Jego zachowanie zaczynało mocno działać płomiennowłosej na nerwy. Unikał jej, uciekał przed nią lub traktował jak powietrze…miała zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty, niż bawienie się w opiekunkę rozkapryszonego dzieciaka i snucie domysłów o cóż takiego mogło mu tym razem chodzić. Bezceremonialnie szturchnęła go łokciem, niemalże zrzucając z murku, czym wprawiła go w lekką konsternację. Skoro na subtelność był oporny, czas było najwyższy postawić na brutalną siłę! 

– Powiesz mi wreszcie o co ci chodzi? – jęknęła. 

Nie doczekała się odpowiedzi. Zalegającą między nimi ciszę przerywały jedynie wesołe, ożywione pohukiwania sów, najwyraźniej zainteresowanych towarzystwem młodych czarodziei. Draco zacisnął dłonie na krawędzi murku – na tyle mocno, że zbielały mu knykcie. Przygryzał wewnętrzną część policzka, ale nie zdecydował się jakoś odezwać. Lady położyła dłoń na jego platynowych włosach i potargała starannie ułożoną grzywę. Często robiła tak Draganowi, kiedy widziała, że coś go męczyło i nie był skłonny powiedzieć co konkretnie. Skoro działało z takim elementem jak Luther, czemu miałoby nie podziałać na Malfoy’a? 

– Czemu chcesz ze mną rozmawiać? – wymamrotał cicho – Wiesz dobrze tak samo jak ja, że twojego dziadka usunięto ze szkoły przez mojego ojca. 

Roześmiała się. Po prostu roześmiała się, nie mogąc znieść tego absurdu. Doprawdy! Ten dzieciak bywał wręcz przekomiczny z tym swoim przekonaniem, że nawet najdrobniejsze działania Lucjusza były wszechpotężne! Draco bezkrytycznie wierzył, iż wola jego ojca oddziałuje na wszystko i wszystkich bez wyjątku, a na niego samego ludzie patrzą tylko i wyłącznie przez pryzmat ojca. Śmiech płomiennowłosej podziałał na chłopaka mocno krępująco. Poczerwieniał, bezwiednie zaciskając jeszcze mocniej dłonie. Lady obawiała się, że w końcu zrobi sobie krzywdę, więc położyła palce na grzbiecie dłoni blondyna i zdecydowanym, łagodnym ruchem zmusiła go do puszczenia kamienia. 

– Ty to czasem strasznie głupi jesteś, Malfoy! – zachichotała puszczając jego rękę – Czemu miałabym być na ciebie zła? Dziadek i twój tata od lat mają ze sobą kontakt zawodowy, a to co się stało jest sprawą między nimi. Mogłabym się gniewać, gdybyś to ty osobiście był winny odejściu dziadka. 

Ślizgon spojrzał na nią nieśmiało. Niby wiedział, że nie mógł ponosić winy za działania ojca, ale jednak…martwił się. Zerknął na swoje dłonie. Cały czas czuł na nich ciepło dotyku Tei. Może naprawdę nie była na niego zła? Ostatecznie rozpogodził się dopiero, kiedy zobaczył jej piękny, szczery uśmiech – lub iluzję szczerego uśmiechu.

– Między nami nic się nie zmieniło? – zapytał szeptem. 

– Nic a nic – dziewczyna wstała. – Jestem pewna, że dziadek nie życzyłby sobie, żeby jego sprawy wpłynęły na nasze relacje. Zbieraj się, za chwile obiad. 

Wyciągnęła ku niemu dłoń, której przypatrywał się tępo przez kilka sekund, zanim skorzystał z pomocy, uśmiechając się zachowawczo. Razem podeszli do drzwi, przy których dołączył do nich roześmiany Blaise i we trójkę rozpoczęli niespieszną wędrówkę w kierunku Wielkiej Sali. Draco wsłuchiwał się w swobodną wymianę zdań miedzy przyjaciółmi, nieczęsto włączając się do rozmowy. Wolał dyskretnie przypatrywać się pannie Dumbledore w poszukiwaniu odpowiedzi na jedno, zasadnicze pytania: dlaczego tak bardzo się różnili? Wychowano ją zupełnie inaczej niż jego, pomimo tego, że obydwoje należeli do powszechnie szanowanych rodzin. Nie posiadali rzecz jasna identycznego statusu! Gallatea tak czy inaczej była tylko półkrwi, ale nazwisko Dumbledore cieszyło się szerokim uznaniem, a sam dyrektor mocno postarał się o to, by przywodziło na myśl wyjątkowo utalentowanych czarodziei. Czemu była taka inna, niż on? W jego rodzinie wszelkie przewinienia wobec ojca, odbierane była jako zniewaga dla całego rodu – było tak od kiedy sięgał pamięcią i nic nie zapowiadało, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić. Wszelkie nieporozumienia z ministerstwa Lucjusz przenosił na domową atmosferę, szukając wsparcia jedynie wśród najbliższych. To Lucjusz, jako głowa rodu, decydował niepodzielnie z kim jego rodzina powinna utrzymywać kontakty, a kto przestał być mile widziany w progach Malfoy Manor – bardzo szybko skreślając z listy pożądanych znajomych tych, którzy nie wykazywali się odpowiednia dozą szacunku wobec jego osoby. Im Draco był starszy, tym lepiej rozumiał postępowanie ojca. Zauważał też coraz więcej rzeczy, na które wcześniej nie zwracał najmniejszej uwagi. Prawdopodobnie właśnie przez coraz większą świadomość natury taty tak dziwiło go jego przyzwolenie na to, by trzymał się z wnuczką Dumbledore’a. Ojciec nigdy nie odnosił się w stosunku do Albusa przyjaźnie – kiedy tylko miał ku temu sposobność, ogłaszał wszem i wobec, że obecny dyrektor Hogwartu jest najzwyklejszym, plugawym zdrajcą krwi, sympatyzującym z żałosnymi szlamami, psującymi świat magii. Nie miał najmniejszych wątpliwości…o Tei tata musiał myśleć podobnie, a mimo to zaczął wręcz naciskać, żeby zaprosił przyjaciółkę do Malfoy Manor. Raz mu uległ i próbował namówić płomiennowłosą na udział w balu Bożonarodzeniowym, ale z perspektywy czasu cieszył się, że odmówiła. Znał swojego ojca na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż za jego zachowaniem nie kryła się zwyczajna rodzicielska miłość. Lucjusz nie był typem ciepłego, troskliwego tatusia – średnio zwracał uwagę na jedynego syna, a ponad czułostki cenił sobie elegancką oschłość. Ojciec ojcem jednak szczerze niepokoiło go to, że również mama zaczęła wspominać o zaproszeniu panny Dumbledore. Sytuacja robiła się co najmniej dziwaczna i wydawała mu się przez to niebezpieczna, więc podął decyzję, której trzymał się od końca pierwszego roku – musiał trzymać Teę tak daleko od swojego ojca, jak to możliwe. Własne myśli pochłonęły go na tyle, że nie zauważył, gdy ich drogę zastąpił Potter, w towarzystwie Weasley’a. Blaise nie miał podobnego problemu. Zatrzymał się, kiedy tylko dostrzegł rudą czuprynę Rona, któremu obecnie przypatrywał się ostrzegawczo, z dumnie uniesionym podbródkiem i czystą pogardą w ciemnych oczach. Gryfon, doskonale czując wrogość Ślizgona, miał ją w głębokim poważaniu – był zbyt roztrzęsiony, żeby przejmować się złośliwościami lalusia Zabini’ego. 

– Ginny… – jęknął Weasley, chwytając mocno dłonie błękitnookiej. 

Miał nieprzyjemnie spoconą, lodowatą skórę oraz wyjątkowo rozbiegany wzrok. Drżał niemalże spazmatycznie, czym poważnie zaniepokoił Lady. Wrażliwość piegowatego chłopca można było przyrównać bez trudu do kamienia, więc musiało stać się coś poważnego, skoro był w takim stanie. 

– Ron, co Ginny? – zapytała spokojnie. 

Weasley już otwierał rozedrgane usta, kiedy przerwał mu Harry. Zielonooki nieufanie przesunął wzrokiem po twarzach, niezbyt zainteresowanych zamieszaniem, Ślizgonów i złapał mocno ramię ognistowłosej z zamiarem odciągnięcia jej w bardziej komfortowe dla nich miejsce. 

– Nie tutaj – błagalnie wejrzał w lazurowe tęczówki. – Możesz iść z nami? Proszę. 

Dłoń Gryfona gwałtownie strząsną, nieco zirytowany bezczelnością Pottera, Blaise. Uznając, że tych dwóch dziwaków zagraża bezpieczeństwu panny Dumbledore, przesunął ją delikatnie za swoje plecy. Ci dwaj zawsze przyciągali kłopoty, a on nie miał najmniejszej ochoty pozwolić na to, żeby Gallatea po raz kolejny przypłaciła zdrowiem ich bezmyślność. Draco, otrzeźwiony zdecydowaniem Zabini’ego, dołączył do przyjaciela stając z nim ramię w ramię. 

– Odwal się, Potter! – warknął książę Slytherinu – Nie widzisz, że dama się spieszy? 

– Nie do ciebie mówiłem, Malfoy! – Harry zbliżył się gwałtownie do blondyna. 

Wiele zapowiadało nadejście rękoczynów, jednak chłopcy stali w miarę spokojnie, mierząc się złowrogimi spojrzeniami. Lady wychyliła się zza pleców Blaise’a. Może uznałaby całą tę sprawę za kolejną zabawną utarczkę, jakich było wiele, ale gdy zobaczyła niebieskie oczy Rona…

– Tea, proszę… – wymamrotał Weasley.

Nieprzyjemna szpilka wbiła się w świadomość panny Crown. Gryfonów znała na tyle długo, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że nie ryzykowaliby kolejnego spięcia ze znienawidzonymi Ślizgonami, gdyby nie chodziło o coś pilnego. Jej osobiście nie robiło najmniejszej różnicy do jakiego domu należeli jej znajomi, ale musiała względnie szanować animozje oraz starać się doceniać wszelkie, nawet najdrobniejsze, przejawy dobrej woli. Trio ze Slytherinu oraz trio z Gryfindoru unikały wchodzenia sobie w drogę, by nie stawiać wspólnej przyjaciółki w niezręcznej sytuacji i ten cichy układ nie był ostentacyjnie łamany, gdy płomiennowłosa stała tuż obok. Przeczuwała, że stało się coś strasznego, więc przecisnęła się między kolegami, poklepując ich ramiona w swobodnym geście. 

– Uspokójcie się, panowie! – obrzuciła wszystkich czterech ostrzegawczym spojrzeniem – Blaise, Draco, pozwólcie proszę, że sama zdecyduję czy chce iść. Oby to było ważne, chłopaki – zerknęła na wychowanków domu lwa. 

– Uwierz mi, że jest. 

Spojrzenie, które posłał jej Harry, rozwiało wszelkie wątpliwości. Potter z uporem maniaka pakował się wprost w wir kolejnych niebezpieczeństw, jednak jeszcze nigdy nie zauważyła, by wyglądał na tak przejętego – zupełnie jakby był szczerze przerażony. Zerknęła ukradkowo na Malfoy’a i Zabini’ego, po czym westchnęła cichutko. Nie byli zadowoleni, jednak nie mogła im się dziwić. Nie wiedziała jak z Draco, ale Blaise już od dawna widział w dwóch narwanych Gryfonach potencjalne zagrożenie, szukające u panny Dumbledore wsparcia w realizacji całkowicie nieprzemyślanych przedsięwzięć. Ciemnooki chłopak pewnego razu napomknął nawet, że współczuł Hermionie siłowania się z głupotą duetu Potter-Weasley. Zabini mógł mieć sporo racji w swojej opinii na temat Rona i Harry’ego, nie zmieniało to jednak tego, że musiała z nimi iść, żeby mieć ich na oku. Uśmiechnęła się ciepło do swoich Ślizgońskich towarzyszy. 

– Powiedzcie proszę Draganowi, że poszłam z Harrym i Ronem. Zacznie świrować, kiedy nie pojawię się bez słowa wytłumaczenia. 

– Da się zrobić, księżniczko – Blaise potargał ogniste włosy. – Uważaj na siebie. 

Uśmiechnął się bez przekonania. Już na początku znajomości z błękitnooką zauważył, że najłatwiej było ją wkurzyć nachalnością lub co gorsza, usilnym narzucaniem własnego zdania. Bladego pojęcia nie miał kim mogła być Ginny, więc w jego przekonaniu w tym całym zamieszaniu musiało chodzić o Granger, bo o kogo by innego? Ginny nijak mu nie pasowało na zdrobnienie od imienia bądź nazwiska Gryfonki, ale kto by nadążył za tymi dwoma dziwakami i ich bolesnym brakiem gustu. Porozumiewawczo spojrzał na Malfoy’a, który ledwo zauważalnie skinął głową. Wyprostowali się jak należało, po czym ruszyli przed siebie z dumnie uniesionymi głowami, trącając ramionami upierdliwe lwiątka. Zazwyczaj taka drobna zaczepka prowadziła do słownej przepychanki, jednak tym razem Ron i Harry nie mieli czasu na pyskówki. Zaczekali aż dwóch arogantów ze Slytherinu zniknie za rogiem, po czym rudowłosy chłopiec chwycił mocno nadgarstek Tei i puścił się biegiem przez korytarz, nie zawracając sobie głowy nawet pobieżnymi wyjaśnieniami. Płomiennowłosa jedynie zlokalizowała Pottera, który biegł tuż za nimi i skupiła się całkowicie na dotrzymaniu kroku, sporo wyższemu, koledze. Nie miała pojęcia dokąd mieli zamiar ją zaprowadzić, nie zastanawiała się nad tym też za szczególnie – po prostu biegła, mając nadzieję, że to co się tu działo, nie było tak niebezpieczne jak zakładała. Płonna nadzieja prysła, kiedy zdyszani chłopcy w końcu przystanęli, a Weasley łapiąc ciężkie oddechy wskazał na ścianę. Na zimnym, chropowatym kamieniu widniał ostrzegawczy, mrożący krew w żyłach napisy wykonany czymś co na pierwszy rzut oka przypominało krew. Lady zaplotła ręce na piersi, powoli przesuwając wzrokiem po kolejnych, niezgrabnie rozmazanych literach: Jej szkielet pozostanie w Komnacie na wieki. Robiło się mocno nieprzyjemnie. 

– Ginny… – wymamrotał piegowaty chłopak. 

– Potwór porwał Ginny – Harry pospieszył z doprecyzowaniem, o co chodziło przyjacielowi. 

– Jesteście pewni? 

Panna Crown nie musiała pytać…znała odpowiedź od kiedy ich zobaczyła, jedna chciała dać im czas na zebranie myśli oraz wstępne uspokojenie się. Chłopcy podświadomie wykorzystali ofiarowaną okazję. 

– Tak – Potter odezwał się już znacznie składniej. – McGonagall wezwała rodziców Rona. Są w drodze do Hogwartu. 

– McGonagall chciała, żebym poczekał na nich w gabinecie, ale nie mogłem! – Weasley uderzył pięścią w ścianę – To moja jedyna siostra! Musimy coś zrobić! Musimy chociaż spróbować…

– Lockhart! – wypalił zielonooki Gryfon – Powinniśmy iść po Lockharta! On może nam pomóc, w końcu jest nauczycielem obrony! – jego tęczówki błysnęły niezachwianym przekonaniem. 

Ognistowłosa miała bardzo poważne wątpliwości, co do przydatności Gilderoy’a, nie śmiała jednak brutalnie zetrzeć w proch nadziei chłopców – wydawali się niejako podbudowani wizją uzyskania pomocy od kogoś, kogo uważali za profesjonalistę. Nie sprzeciwiając się wtajemniczeniu Lockharta, pobiegła za kolegami w stronę jego gabinetu, trzymając się jednak kilka kroków za nimi – potrzebowała nieco czasu na to, by przemyśleć jak daleko mogła się posunąć z pomocą dzieciakom. Niemalże wpadła w plecy Rona, gdy Gryfoni nieoczekiwanie zatrzymali się, widząc profesora pakującego się w panice. Kiedy pierwszy, gorzki szok minął, Potter i Weasley wdali się w ostrą pyskówkę z Lockhartem – młodzi czarodzieje nie przebierali w słowach, a dorosły mężczyzna nie ustępował im w krzykach oraz infantylnych reakcjach. Lady również miała olbrzymią ochotę uświadomić Gilderoy’owi, co o nim myślała, jednak musiała skupić się na czymś zupełnie innym – najwyższy czas było zatroszczyć się o wsparcie. Z zagraconego, zakurzonego biurka nauczyciela ukradkowo zabrała czysty kawałek pergaminu. Korzystając z tego, że przepychanka przeniosła się na zaplecze gabinetu, pospiesznie nacięła serdeczny palec i upuściła kilka kropel krwi, za pomocą których zapisała wiadomość dla Dragana. Luther powinien być już zaalarmowany przez Ślizgonów, a na jego interwencję zawsze móogła liczyć – kruczowłosy był niezawodnym wsparciem. Błękitnooka, uważając by nikt jej nie przyłapał, przyłożyła gotową notatkę do swojego symbolu, który miała od wieków wypalony na obojczyku – pakt jeszcze nigdy jej nie zawiódł. Przezornie spaliła kartkę, popiół wsypała do pustego wazonu z czerwonej gliny i podeszła bliżej zaplecza, chcąc zorientować się czy głośna kłótnia zmierzała już ku końcowi. Westchnęła cicho, widząc, że uczniom prawdopodobnie groźbą udało się przekonać nauczyciela, żeby raczył towarzyszyć swoim podopiecznym. Gryfoni, mając na oku naburmuszonego Lockharta, szybkim marszem ruszyli w kierunku łazienki, zamieszkiwanej przez ducha Jęczącej Marty. Tea zrównała się z Harrym – nie podobał jej się pomysł odwiedzenia upiornej marudy, a jeszcze bardziej to, że zielonego pojęcia nie miała, dlaczego wybrali akurat to miejsce. 

– Czemu tutaj? – zapytała wprost. 

– No tak! Nie powiedzieliśmy ci… – chłopak niezgrabnie podrapał się po karku – wybacz. Ta dziewczynka o której mówił Aragog. No wiesz…ta, która zginęła pięćdziesiąt lat temu. To musiała być Jęcząca Marta! Patrz co znaleźliśmy w dłoni Hermiony – sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął zmięty skrawek lekko rozmokłego papieru. – Harmiona na to wpadła! Odkryła, że potworem z Komnaty jest bazyliszek!

Dumbledore aż zbladła, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszała. Tych dwóch było niespełna rozumu! Samodzielnie chcieli zmierzyć się z bestią, której natury nie rozumieli – tym samym potworem, który terroryzował szkołę od miesięcy. Nareszcie zaczynała rozumieć, dlaczego Albusowi tak zależało na posiadaniu zaufanej osoby w najbliższym otoczeniu pana Pottera. Nawet gdyby obawy dyrektora, co do bezpieczeństwa chłopca, były mocno przesadzone i tak nie mogli być pewni, czy Harry dożyje do końca nauki z tymi dzikimi zapędami! Okularnik wziął na siebie ciężar rozmowy z Martą, która darzyła go nazbyt oczywistym sentymentem i wyciągnął od niej, w miarę taktownie, informacje na temat feralnego dnia jej śmierci. Analizując fakty, które znali oraz uzupełniając luki logicznymi wnioskami, wpadli ostatecznie na to jak dostać się do Komnaty Tajemnic. Zielonooki Gryfon wprowadził w życie założenia i stanął na czele pochodu, zagłębiającego się w mroczne, wilgotne podziemia ukryte pod zamkiem. Lady idąc między Potterem, a Lockhartem modliła się, żeby Luther odczytał wiadomość. Młodzi czarodzieje ochoczo pakowali się wprost do kryjówki zabójczej gadziny, ale ich młodzieńczy zapał przygasł, gdy natrafili na porzuconą przez bazyliszka wylinkę – ogromny, przytłaczający kawał skóry, która niegdyś okalała potężne cielsko. Gilderoy w sekundzie stracił wszelką ochotę na kontynuowanie wyprawy – widząc skórę zrozumiał, że nieuchronnie stanie oko w oko z jednym z najbardziej morderczych stworzeń, a wiedział bardzo dobrze, że nie miał najmniejszych szans w takiej konfrontacji. Wykorzystując chwilowe zamieszanie gwałtownie odwrócił się i błyskawicznym ruchem wyrwał Ronowi różdżkę z dłoni. Zachwycony tym, że szczęście po raz kolejny mu sprzyjało, wdał się w typowy dla niego patetyczny monolog, obnażając nagą prawdę o swoich osiągnięciach. Z nieukrywaną dumą opowiadał jak wykorzystywał sukcesy innych czarodziei, zmyślnie przypisując je sobie – żerował na uzdolnionych ludziach, bezczelnie ich okradał i zgrabnie kłamał, tworząc swoją medialną sławę w taki sposób, na jaki akurat miał ochotę. Lazurowe tęczówki Lady Crown zapłonęły gniewem. Wyczuwała w tym mężczyźnie coś obrzydliwego, jednak w tej chwili stał się w jej oczach żałośniejszy od najbardziej odpychającego pasożyta. Mogła zastanawiać się jakim cudem ktoś pokroju Gilderoy’a był w stanie do tego stopnia zmanipulować opinię publiczną, ale obecnie to nie matactwa Lockharta powinny zaprzątać jej myśli. Pożałowania godzien oszust spełnił swe groźby, dotyczące pozbawienia pamięci uczniów, i bezceremonialnie rzucił zaklęcie, które znał zapewne lepiej niż własne imię. Tea była gotowa zaryzykować użycie mocny by odbić czar, jednak nie było takiej konieczności – złamana różdżka Rona nie nadawała się do precyzyjnego czarowania. Rozpędzone zaklęcie rykoszetem odbiło się od ociekających wilgocią ścian, po czym uderzył wprost w zaskoczonego Lockharta, odzierając go nie tylko z pamięci, ale i przytomności – odziany w wymyślną szatę czarodziej po prostu runął jak długi, twarzą do dołu. Niestety siła czaru naruszyła konstrukcję podziemia, wyłamując w kamiennym murze dość szeroką szczelinę, przez którą uszkodzone ściany zaczęły się rozpadać w zawrotnym tempie, wzniecając przy tym tumany duszącego pyłu. Gallatea, działając instynktownie, chwyciła za ramię Rona i odciągnęła go od spadających kamieni. Upewniwszy się, że rudzielec jest bezpieczny, rzuciła się by zrobić to samo z Potterem, jednak nie zdążyła – udało jej się tylko odepchnąć chłopaka, zanim rozdzieliło ich zawalisko. Weasley obawiając się, że Dumbledore może oberwać jakimś odłamkiem, przyciągnął ją do siebie za rękaw mundurka, niejako osłaniając dziewczynę własnym ciałem. Przytulając głowę koleżanki do swojego obojczyka, zaczekał aż wszystko się uspokoi, po czym podbiegł do kupy gruzu. 

– Harry!!! – wrzasnął ile sił w płucach. 

– Nic mi nie jest!!! – zza kamieni dobiegł przytłumiony głos zielonookiego – Jesteście cali?!!

– Tak!! Tea uratowała nam tyłki!!! – zaśmiał się piegowaty – Co teraz?!!

– Zostańcie z Lockhartem!!! Pójdę przodem!!! 

– Czekaj!!! – Ron bił pięściami w gruzy – Harry, do cholery!!! Zostań!!!

– Zaopiekuj się Teą!!!

Weasley jeszcze przez kilka minut krzyczał, żądając, żeby Harry został na miejscu, lecz brak odpowiedzi był jasnym sygnałem – okularnika już za zawaliskiem nie było. Zrezygnowany Gryfon usiadł obok Ślizgonki zdezorientowany, wściekły i przerażony. Ognistowłosa wcale nie czuła się lepiej, a wręcz przeciwnie…krew w jej żyłach nabrała niewyobrażalnego rozpędu, dudniąc przeraźliwie w obolałych skroniach. To co się tu działo…to była aż zbyt oczywista pułapka, w którą ten postrzelony chłopiec wpadł po uszy. Musiała jak najszybciej ruszyć za Potterem, ale żeby mieć wolną drogę, powinna pozbyć się Weasley’a w delikatny sposób – nieprzytomny Lockhart nie stanowił większego problemu, w przeciwieństwie do bystrego, lojalnego niebieskookiego z rozwiniętym instynktem opiekuńczym. Nienachalnie chwyciła dłoń kolegi, wmawiając sobie, że drobna manipulacja jeszcze nikomu poważnie nie zaszkodziła. 

– Ron, musimy się rozdzielić. Zostanę z Lockhartem, ty idź na górę po pomoc – uśmiechnęła się do niego ciepło. – We dwójkę nie damy rady odblokować przejścia, a nie możemy zostawić Harry’ego samego. 

– Poradzisz sobie? 

– Tak, nic mi nie będzie. 

Gryfon tępo skinął głową i objął ramieniem błękitnooką, przyciągając ją do swojego boku. Niezamierzenie wprawił Lady tym gestem czułości w konsternację – Ron Weasley nie należał do wylewnych chłopców, był raczej powściągliwy w okazywaniu emocji. Pogłaskała go uspokajająco po plecach – musiał być mocno poruszony, skoro nieświadomie szukał wsparcia drugiej osoby. Zacisnęła palce na jego ramieniu i oparła głowę o bark czarodzieja. Nie mogła dziwić się jego roztrzęsieniu…przyjaciółka chłopaka leżała spetryfikowana w Skrzydle, jedyna siostra została porwana przez morderczą bestię, a najlepszy przyjaciel szedł samotnie na spotkanie z bazyliszkiem. Musiał odczuwać okropną presję, jednak nie rozpadł się na kawałki, za co go podziwiała – ledwie dzieciak potrafił jakoś poradzić sobie z sytuacją, która rozbiłaby niejednego dorosłego. Nie chciała wplątywać go w nic niebezpiecznego, wystarczająco dużo już znosił. 

– Będziesz bezpieczna, prawda? – wyszeptał, patrząc przed siebie.

Zerknęła na towarzysza, próbując wywnioskować co takiego działo się w jego głowie i uśmiechnęła się bez przekonania, widząc to doskonale – był osowiały, zmartwiony oraz przerażony. Strach czający się w niebieskich tęczówkach oraz obawa rozbrzmiewająca w rozedrganym głosie dały jej do zrozumienia jedno – nie chciał jej zostawiać, bo obawiał się, że kolejna bliska mu osoba znajdzie się w niebezpieczeństwie, któremu nie potrafił zapobiec. Uroczy dzieciak.

– Nie ruszę się stąd – szturchnęła go przyjacielsko. 

– Miej go na oku – wstał i wskazał brodą na Lockharta. – Jak się obudzi, to mu przyłóż. 

Ron ukradkowo uśmiechnął się do koleżanki, po czym pobiegł ile sił w kierunku wyjścia, zamierzając ściągnąć do tych przeklętych podziemi kogo tylko mu się uda. Lady siedziała jeszcze przez chwilę, patrząc na oddalające się plecy kompana, do póki nie zniknął jej z oczu. Kiedy Weasley nie mógł jej już widzieć, wstała i otrzepała przykurzone ubranie. Wzięła głęboki wdech i wypuściła powolutku powietrze, rozkładając dłonie. 

– Czas na show – szepnęła sama do siebie, odrzucając do tyłu długie włosy, które zapłonęły rozszalałym ogniem.   

                 Tom Riddle uśmiechnął się złośliwie, spoglądając z pogardą na leżącą u jego stóp drobną, rudowłosą dziewczynkę o poszarzałej, pergaminowej skórze. Miał szczerą ochotę kopnąć tę gówniarę! Szlamy i żałośni zdrajcy krwi nie zasługiwali na lepszy los – gorszy sort, istniejący tylko po to, by służyć prawdziwym czarodziejom. Nie mniejszym obrzydzeniem napawał go chuderlawy chłopiec, klęczący przy Ginny Weasley. Harry Potter! Politowania godny wybraniec, wił się tuż przed nim błagając o pomoc – czym podsycał szczerą nienawiść, którą czarnoksiężnik pielęgnował przez tyle lat. Nienawidził tego smarkacza! Nienawidził jego zielonych oczu, durnych okularów, głupkowatego uśmiechu! Nienawidził jego irytującego głosu! Nienawidził szlamowatej suki, która wydała go na świat i pieprzonego zdrajcy, który się do tego przyczynił! Nienawidził blizny, zdobiącej czoło cherlaka niczym jakiś medal! Nienawidził samego faktu, że Harry Potter istniał, marnując cenny tlen!

– Jak taka żenująca miernota jak ty, mogła sprzeciwić się wielkiemu Lordowi Voldemortowi – zaśmiał się gorzko. – Bezsilna, tania podróbka czarodzieja z brudną krwią. Odrażające. 

– Tom ja… – Gryfon przyciął się – ja nic nie rozumiem. Pomóż mi! – chwycił nieporadnie dłoń Weasley – Ginny może umrzeć! 

– Och, Potter! – Riddle zaśmiał się głośniej – To oczywiste, że tam mała zdrajczyni umrze, tak jak to zaplanowałem. 

Zdezorientowany zielonooki przyglądał się Tomowi z niedowierzaniem. Pamiętał go jako pomocnego, życzliwego mieszkańca dziennika, który ukazał mu prawdę o wydarzeniach sprzed lat. Sądził, że tajemnicza mara pragnęła pomóc mu zrozumieć co się działo i zapobiec atakom, zanim ktoś straci życie. Miał Toma za kogoś w rodzaju głosu, za którego radą mógł śmiało podążać. Kiedy tylko zobaczył go stojącego nad Ginny od razu założył, że przyszedł, żeby mu pomóc, ale nic na to nie wskazywało. 

– Tom… – próbował podjąć spokojną dyskusję, lecz przerwał mu ostry, napastliwy głos.

– Zamilcz! Nic dziwnego, że nie pojmujesz co się wokół ciebie dzieje! – Riddle wskazał na dzieciaka palcem – Jesteś tak samo głupi, jak twoja szlamowata matka! 

Czarnowłosy młodzieniec ze wzniosłym pietyzmem rozłożył ręce, między którymi zalśniła jasna, paląca poświata zmieniająca się w wyraźny zapis jego pełnego imienia: Tom Marvolo Riddle. Zmora roześmiała się histerycznie, subtelnym skinieniem nadgarstków przestawiając litery tak, by utworzyły jednoznaczną, bolesną wiadomość: I am Lord Voldemort. Potter poczuł jak opuszczają go wszystkie siły, opadł ciężko na posadzkę nie mogąc złapać tchu…nie potrafił zdobyć się na powrót do zwyczajnego rytmu, przez co nie myślał zbyt jasno. To wszystko kompletnie go przytłoczyło. Długo porządkował myśli, aż w końcu jedna z nich wydała mu się klarowniejsza niż pozostałe – był w potrzasku. Dał się wciągnąć w pułapkę, a teraz został sam na sam z duchem, którego wcale nie znał na terytorium olbrzymiego, bezlitosnego węża. Zerwał się na równe nogi, kiedy dotarło do niego, że Tom w tej właśnie chwili wzywał bazyliszka mową węży. Spanikowany uczniak zamknął oczy, rzucając się do chaotycznej ucieczki w kierunku jednego z rozgałęzień głównego kanału. Gnał przed siebie, napędzany wyraźnym sykiem tuż za swoimi plecami oraz oślizgłym, przybierającym na sile odgłosem pełznącej gadziny. Podczas, gdy Potter walczył o przetrwanie, Tom spoglądał z pogardą na Ginny – im ta mała była słabsza, tym on potężniejszy się stawał. Kto by pomyślał, że taka nic nie warta zdrajczyni, mogła okazać się do pewnego stopnia przydatna. Dała się omotać znacznie szybciej, niż przypuszczał. Durna dziewucha sama pchała się w jego ręce, z radością stają się w pełni posłuszną, pozbawioną woli marionetką jakiej potrzebował do zrealizowania swojego planu. Bezwartościowa, beznadziejne głupia smarkula! Tom nadepnął na gardło dziewczynki, walcząc z przemożną ochotą zmiażdżenia jej krtani, żeby przyspieszyć nieuniknione. Czas najwyższy, by Ginny Weasley przypłaciła swą naiwność życiem! Uniósł nogę, zamierzając roztrzaskać głowę porwanej ofiary, jednak jego ciało całkowicie odmówiło mu posłuszeństwa – był jak sparaliżowany. Zszokowany niemalże zadrżał, rozpoznając ohydny posmak uczucia, którego zasmakował rok temu. Strach – tak samo uwłaczający, jak zapamiętał. Niewyjaśniona, gęsta aura wiszącej w powietrzu grozy, uderzyła w niego z powalającą siłą najpotężniejszych Zaklęć Niewybaczalnych. Bezwiednie przeniósł wzrok w kierunku, który uznał za źródło tego przedziwnego zjawiska i spojrzał na wejście do Komnaty. Nie udało mu się pohamować cichego westchnienia zachwytu – choć nie uważał samego siebie za podatnego na podobne, przyziemne bzdury – bowiem zbliżała się ku niemu iście zniewalająca kobieta. Nie mógł przestać patrzeć na jej lśniące, ogniste włosy powiewające na niewyczuwalnym wietrze, kontrastujące w doskonały sposób z nieskazitelnie porcelanową skórą. Biała, zwiewna suknia wyszywana srebrną nicią, odsłaniała bezwstydnie kruche, alabastrowe barki oraz obojczyki niewiasty, a połacie lekkiego materiału oplatały urokliwie długie, szczupłe nogi przy każdym kroku. Poczuł podejrzanie przyjemny skurcz w okolicach klatki piersiowej i miał ochotę zapaść się pod ziemię, gdy przez myśl przeszło mu, że to tak musiała czuć się Bellatrix, kiedy patrzyła na niego. Wysilił całą swą wolę, usiłując wyrwać się spod czaru zjawiskowej kobiety, jednak źle się czuł nie patrząc na nią przez dłużej niż kilkanaście sekund. Było w niej coś nadnaturalnie magnetycznego…niemalże boskiego, a on zapragnął dowiedzieć się, co to dokładnie mogło być. Płomiennowłosa piękność w jego oczach była przerażająco doskonała – niczym niedościgłe, arcymistrzowskie dzieło stworzenia – a perfekcja zawsze go fascynowała. Zafiksował się na urzekającej damie do tego stopnia, że bardzo późno dostrzegł cholernego feniksa Dumbledore’a, siedzącego na jej szczupłym barku. W tym momencie niewygodny zachwyt zmienił się w dokuczliwy zgrzyt powątpiewania. Im była bliżej, tym mocniej odczuwał niepojęty, metafizyczny ucisk miażdżący bezlitośnie wszelakie chęci na przejawy, chociażby pozornego, oporu. Jedyne co mógł to stać i patrzeć, jak to niebiańskie arcydzieło zatrzymało się obok ciała rudowłosej uczennicy. Riddle struchlał, widząc oczy kobiety – już wiedział czemu był jednocześnie oczarowany, jak i przerażony jej obecnością. 

– To ty! – wydobył niepewny okrzyk – To ciebie widziałem w Zakazanym Lesie!

– Cieszę się, że mnie pamiętasz – przemówiła melodyjnym, miękkim tonem. – Tommy, Tommy, Tommy…nie chcę być nieuprzejma, ale męczy mnie już to, że wchodzisz mi w drogę. Fawkes, mogę cię prosić? 

Ptak elegancko skinął główką i poderwał się do lotu, trzymając w mocnych, ostrych szponach Tiarę Przydziału. Tom wiedział doskonale, że powinien powstrzymać to cholerne ptaszysko, lecz nie potrafił się poruszyć, czując na sobie paraliżujący wzrok damy w bieli. Uśmiechała się delikatnie, ale nie wyglądała dzięki temu na przyjazną, a wręcz przeciwnie – w jej gorejących, cudownych oczach dostrzegał ulotny cień własnej duszy, trawionej przez ognie piekielne. Nie przypominał sobie, żeby kiedyś bał się kogokolwiek…obawiał się przepowiedni, a nie ludzi, jednak ta kobieta…jej się bał, co poniekąd go bawiło. Lękał się prześlicznej niewiasty i ten fakt niezmiernie go intrygował – z jednej strony go przyciągała, z drugiej wszystko w nim krzyczało, że powinien uciekać. 

– Kim ty jesteś? – próbował zabrzmieć nonszalancko pewnie, ale wyszło mu coś bardziej zbliżonego do niemrawego fuknięcia. 

– Różnie mnie nazywają – wzruszyła ramionami. – Strażniczką, opiekunką, duchem, mistyczną, boginią, potworem…możesz sobie wybrać, nie obrażę się. 

Fascynacja kobietą błyskawicznie zgasła na rzecz irytacji. Odezwały się wszystkie destrukcyjne, bezwzględne nawyki, którym zawdzięczał swą wielkość! Dama może i była interesująca, ale nikt nie miał pozwolenia na to, by traktować go bez należnego szacunku! 

– Ja śmiesz tak się do mnie zwracać, kobieto! – krzyknął – Wiesz kim jestem? 

Piękność roześmiała się perliście, przez chwilę powtórnie oczarowując Riddle’a. Mężczyzna otrzepał się, wyprostował i przybrał, mało przekonywujący, marsowy wyraz twarzy. Było źle…bardzo źle. Nie potrafił zachowywać się z powściągliwym dystansem – odcinając się od wszystkiego – gdy z nią rozmawiał. Zaczynał czuć się przy niej swobodnie, a to przerażało go bardziej, niż cokolwiek innego. Nie chciał komfortu! Nie chciał czuć się dobrze w obecności kobiety, która z całą pewnością była mu wrogiem! 

– Oczywiście, że wiem Tommy – westchnęła słodko. – Tom Marvolo Riddle, choć spodziewam się, że wolisz, gdy zwracają się do ciebie per Lord Voldemort, zgadza się?

Znowu koszmarny dysonans, wyprowadzający go z równowagi! Głos kobiety wydał mu się radośnie rozbawiony, co momentalnie go wkurzyło. Starannie budował swoje czarnomagiczne wcielenie i nie przywykł do tego, by ktokolwiek wymawiał imię Lord Voldemort z tak wyraźną kpiną! Fascynująca czy nie, ta bezczelna baba musiała ponieść odpowiednią karę, a kara za znieważenie go była tylko jedna – śmierć. Niesiony niepohamowaną wściekłością przypomniał sobie, że trzymał w dłoni różdżkę, którą uprzednio wyrwał Potterowi i uniósł ją wdzięcznie, chcąc zrobić z niej pożytek, lecz różdżka gwałtownie wyrwała się z jego dłoni. Zdradziecki badyl podleciał do damy, po czym zawisł na wysokości jej głowy, lewitując swobodnie. 

– Chciałeś mnie zaatakować? – prychnęła, wspierając śnieżną dłoń na lewym biodrze – Wyjątkowo naiwna wizja, nie sądzisz? Granicząca ze skrajną głupotą. 

– Co tu robisz, kobieto? – zignorował przytyki – Skąd wzięłaś się w podziemiach?! Jak tu trafiłaś?! 

– Trzymam cię w miejscu, narwańcze, aż Harry upora się z pupilkiem Salazara. 

Jakoby na potwierdzenie jej słów, ścianami podziemi zatrząsł rozdzierający ryk bestii, którą waleczny feniks właśnie bezpowrotnie okaleczył, pozbawiając ją zabójczych oczu. Lady uśmiechnęła się subtelnie. Fawkes był wyjątkowo bystrym przedstawicielem swego gatunku, z ogromnym doświadczeniem bojowym – doskonały towarzysz, zasługujący na bezwzględne zaufanie. Osłabiony bazyliszek może i w teorii stanowił mniejsze zagrożenie, jednak praktyka nieraz pokazywała, że potwór postawiony pod ścianą staje się tysiąckrotnie groźniejszym przeciwnikiem. Musiała skontrolować, co działo się w nieodległej odnodze. 

– Zaczekasz na mnie chwilkę, Tommy? – uniosła dłonie, złączyła palce na wysokości mostka, tworząc z nich coś na wzór piramidy – Sprawdzę jak miewa się pan Potter i wrócimy do naszej uroczej pogawędki. 

Rzecz jasna zdanie potencjalnego wroga jej nie interesowało. Korzystając z pełni swej mocy zrobiła coś, czego nie powinna, jeśli nie było to absolutnie konieczne – zatrzymała upływ czasu, posługując się zaklęciem, o którym nie bez przyczyny zapomniano setki lat temu. Rozłączyła palce, czując okropny ucisk w głowie, a to było dopiero preludium czekających ją konsekwencji. Phoenixowie byli najpotężniejszymi stworzeniami, zdolnymi do posługiwania się magią, ale nawet oni podlegali pewnym nienaruszalnym zasadom. Jedną z nich był zakaz ingerencji w prawa natury. Teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby próbowali, lecz każdy taki wybryk wydzierał z nich cząstkę energii życiowej, powodując przy tym ból niewyobrażalny dla śmiertelnych – taka była cena igrania z naturą, zazwyczaj znacznie przewyższająca uzyskane korzyści. Vallerin odetchnęła głęboko. Musiała się spieszyć, nie potrafiła bowiem wstrzymać czasu na dłużej niż pięć minut. Wbiegła w zapuszczony, nieprzyjemnie wilgotny korytarz z którego wcześniej wydarł się ryk bestii i odnalazła Harry’ego, leżącego na ziemi. Szybkim krokiem podeszła do chłopca, by ocenić jego stan i westchnęła z ulgą – Potter co prawda był draśnięty kłem bazyliszka, ale mogła sobie z tym w miarę szybko poradzić. Tuż obok nich, ku sufitowi, wyprężał się olbrzymi gad, wyciągający masywny łeb przebity niemalże na wylot srebrzystym, ujmująco smukłym mieczem. Błękitnooka uniosła się w powietrzu i oparła dłoń na rękojeści, czule gładząc palcami drugiej ręki lodowatą stal. Rozpoznawała ten miecz…nie mogłaby pomylić go z żadnym innym. Oręż Godryka. Rozbudzał tak wiele ciepłych wspomnień. Sam Gryffindor zwykł udzielać jej lekcji fechtunku, zanim jeszcze zorientował się, że tego typu nauki nie są jej do niczego potrzebne. Wiele razy dzierżyła w dłoni ten właśnie miecz, gdy awansowała z pilnej uczennicy na regularnego sparingpartnera Gordyka. Odsunęła dłonie od miecza, po czym zacisnęła je w pięści. Wspomnienia musiały zaczekać. Pospiesznie oceniała ranę zadaną bazyliszkowi. Miała znacznie mniej czasu, niż zakładała – analizując głębokość oraz kąt cięcia, dawała stworzeniu ledwie kilka sekund zanim padnie martwe. Bez zastanowienia nacięła swą dłoń, wyszarpnęła miecz przyjaciela i przyłożyła dłoń do rany potwora – potrzebowała więcej niż paru sekund. Dotknęła pyska bazyliszka, zdejmując z niego zaklęcie wstrzymujące czas. Bestia, wyrwana z pułapki bezczynności, zaczęła miotać się jak oszalała, próbując bez pomocy wzroku zorientować się w przestrzeni. Uzdrawiająca krew Phoenix’ów błyskawicznie zasklepiła śmiertelną ranę, pozwalając gadowi cieszyć się życiem – póki co. 

– Uspokój się – warknęła Vallerin w mowie węży, opadając na chłodną ziemię. 

Bazyliszek znieruchomiał zdezorientowany. Nawet pomimo osłabionych zmysłów, powinien wyczuć obecność jeszcze jednego człowieka, jednak nie odczuwał absolutnie nic – jakby kobiety wcale nie było, a jej głos dochodził z próżni. Stwór, kierowany głosem Lady, podpełznął ostrożnie do jej stóp. 

– Dziedzic Salazara – wysyczał złowieszczo. 

– Stoi w głównej komnacie – ognistowłosa mechanicznie wskazała kierunek. – Nic mu nie jest. 

– Pan kazał zabić chłopca! – gad, przypominając sobie o obowiązku, chciał ominąć nieoczekiwanego gościa i podpełznąć do wskazanej przez pana ofiary.

– Nie mów mi, Władco Węży, że masz zamiar słuchać jakiegoś czarodzieja półkrwi – prychnęła błękitnooka. 

Jej słowa zadziałały tak, jak się tego spodziewała. Bestia zatrzymała się, wyraźnie wytrącona z równowagi. Zapewne stworzenie domyśliło się, że osoba będąca dziedzicem jej pana nie była taka, jak Slytherin sobie wymarzył…była brudna…nieczysta…niegodna krwi wielkiego przodka. 

– Dziedzic Salazara – wąż wysyczał z mniejszym przekonaniem. 

– Nie bądź śmieszny! – zakpiła panna Crown – Jak sądzisz, twój pan wolałby, żebyś służył jakiejś karykaturze z namiastką jego krwi w brudnych żyłach, czy mnie? 

Kobieta wyciągnęła w stronę bestii dłoń z oplecionym wokół palca wskazującego pierścieniem, którego nie mogła się w żaden sposób pozbyć. Pozwoliła by bazyliszek spokojnie wybadał kształt przedmiotu długim, zaskakująco suchym językiem, a na rezultat nie musiała długo czekać – od pierścienia biła charakterystyczna aura. 

– Pierścień pana! – przejęta bestia wysyczała radośnie. 

– Zgadza się. Jestem Lady Vallerin Crown, pierwsza żona Salazara Slytherina. Odstąp od rozkazu dziedzica i chodź ze mną, a daruję ci życie. 

– Nie Lady! – bestia odsunęła się gwałtownie – Lady nie żyje. Pan kochał Lady. Kochał i cierpiał, kiedy odeszła. Kochał, ale…

Bazyliszek umilkł przerażony. Wszędzie wokół niego nagle zrobiło się niewyobrażalnie zimno, a pośród tego arktycznego mrozu płonął rozszalały ogień, którego brutalne gorąco zmieniało wilgotne powietrze w duszące obłoki rozgrzanej pary. Gad zamierzał się wycofać, ale nie zdążył nawet drgnąć…jego łeb bezlitośnie przeszyło ostrze Godryka Gryffindora, przyszpilając go do podłogi. Vallerin stała nad bezwładnym cielskiem bestii, patrząc jak sączy się z niego krew, ostatecznie wydzierając życie. Jej oczy i włosy rozpaliły się nieujarzmionym płomieniem, nie zamierzając zbyt szybko wrócić do normy. Dyszała ciężko, walcząc z przemożną ochotą posiekania bazyliszka na cieniutkie plasterki. 

– Nikt nie będzie mówił, że ten skurwiel mnie kochał!!! 

Jej krzyk rozniósł się po podziemiach, nie mając szans dotrzeć do czyichkolwiek uszu. Wciąż patrzyła na ciało bazyliszka, czekając aż opuści ją wzburzenie. Dopiero gdy przestała być wściekła, zrobiło jej się szkoda przerośniętej gadziny. Salazar zbyt mocno wrył w świadomość tego nieszczęsnego stworzenia swoje rozkazy…szkoda było poświęcenia życia dla kogoś pokroju Slytherina – niczym nie zasłużył sobie na podobną lojalność i znając jego, nie potrafiłby ani jej docenić, ani się za nią odwdzięczyć. Cholerny Slytherin! Nawet martwy nie mógł odmówić sobie przyjemności kontrolowania wszystkiego oraz wszystkich…nawet setki lat po swojej śmierci musiał działać jej na nerwy! Pochyliła się nad bazyliszkiem, po czym niesiona współczuciem zamknęła jego na wpół otwarte, okaleczone ślepia i wyciągnęła miecz z pogruchotanej posadzki – uderzenie z taką siłą nie było osiągalne dla nastoletniego dzieciaka, a Harry musiał wierzyć, że sam poradził sobie z bestią, zamieszkującą Komnatę Tajemnic. Po oddaniu ostatniego wyrazu szacunku Władcy Węży, przykucnęła przy Potterze i położyła tuż obok jego prawej dłoni dziennik, który uprzednio zabrała ze sobą z głównej komnaty. 

– Zniszcz go – szepnęła łagodnie do ucha Gryfona. 

Zauważyła powolne, ledwo zauważalne ruchy powiek chłopaka, co oznaczało jedno – kończył jej się czas. Zaklęcie przestawało działać, więc powinna jak najszybciej uporać się ze wszystkim i wrócić do postaci dziecka, zanim narobi sobie problemów. Odszukała wzrokiem Fawkesa, który zastygł krążąc nad młodym panem Potterem. Phoenix wstała, ale szybko tego pożałowała. Porządnie zakręciło jej się w głowie oraz na kilkanaście sekund straciła ostrość widzenia, zaburzoną przez tysiące rozdygotanych, różnobarwnych plam migoczących w zawrotnym tempie. Położyła obie dłonie na skroniach, próbując się skupić i zatrzymać narastające mdłości – zaczynało się i nic nie mogła na to poradzić. Zaczekała aż nieprzyjemne symptomy złagodnieją, po czym wyzwoliła Fawkesa spod zaklęcia. 

– Ulecz go, przyjacielu! – krzyknęła w stronę ptaka – Resztę zostawiam tobie! 

Feniks zanurkował i usiadł na jej ramieniu, domagając się odpowiedzi na pytanie, które nie wybrzmiało. Pogłaskała delikatnie nastroszony, zmartwiony łebek, uśmiechając się uspokajająco. 

– To nic takiego, zwykłe zmęczenie. Leć. 

Niezadowolony Fawkes poderwał się do lotu świergocząc marudnie i zerkając w stronę Lady, dopóki nie wyszła z korytarza. Panna Crown pospiesznie wróciła do głównej komnaty, stanęła przy Ginny i cofnęła zaklęcie – prawdopodobnie robiąc to ledwie kilka sekund zanim samoistnie by wygasło. Zdezorientowany Tom rozglądał się gorączkowo, Merlin jeden wiedział w jakim celu, a jego niezgrabne, nieskoordynowane ruchy rozbawiły Vallerin. Nie znała Lorda Voldemorta i miała nadzieję nigdy nie dostąpić tej wątpliwej przyjemności, ale Tom Riddle wydawał jej się chłopcem całkiem zabawnym, poniekąd nawet czarującym w krótkowzrocznym, płytkim uporze. Odrobinę żałowała, że nie miała czasu jeszcze trochę przeciągnąć tego spotkania, choć z drugiej strony nie mogła mieć pewności co do tego, jak wiernie uwięziona w dzienniku mara oddawała rzeczywisty obraz chłopca, niegdyś chadzającego w tych murach. 

– Kolejny raz ci się nie powiodło, Riddle. Wysłuchaj proszę dobrej rady życzliwej kobiety i zaprzestań tej całej błazenady. Przyjmij śmierć z godnością, w przeciwnym razie znów się spotkamy – jej oczy zapłonęły ostrzegawczo. – Zapewne w znacznie mniej przyjemnych okolicznościach. Odejdź Thomasie Marvolo Riddle’u. Odejdź w spokoju i zapomnij o przekleństwie wieczności. 

Widmo przyszłego Lorda Voldemorta nie zdążyło odpowiedzieć, chociaż sądząc po minie ochotę miało wielką. Ognistowłosa zerknęła w stronę bocznego korytarza i uśmiechnęła się z ulgą – skoro mara rozprysła się, znikając w nielicznych podmuchach powietrza, Harry musiał zniszczyć ten przeklęty dziennik. Przeczuwając, że Potter lada moment wpadnie do głównej komnaty, pospiesznie pochyliła się nad Ginny, która odzyskiwała przytomność, co szło jej mocno ślamazarnie. Działania Voldemorta wyczerpały pannę Weasley, a Vallerin nie miała zamiaru zostawiać dziewczynki w tak opłakanym stanie, tym bardziej nie wiedząc, jak szybko mogli spodziewać się pomocy. Uleczenie krwią Phoenix’ów nie wchodziło w grę, wiec nieświadomie poszła w ślady swego ptasiego przyjaciela i zapłakała nad dziewczynką – był to sprawdzony, łagodniejszy sposób na szybkie leczenie. Przekonana o tym, że jej łzy przywrócą Gryfonce siły opuściła Komnatę, zanim Harry miałby okazję ją zobaczyć. Tuż za drzwiami powróciła do swojej dziecięcej formy i chciała pobiec w stronę wyjścia, jednak ciało ani drgnęło. Zamiast iść przed siebie padła na kolana, wykrzywiona przez falę palącego bólu, rozrywającego niespiesznie wszystkie jej komórki na atomy. Miała ochotę krzyczeć, jednak nie mogła sobie na to pozwolić…jej wrzaski wywołałyby niepotrzebne zamieszanie, a już i tak wystarczająco się działo. Przygryzła wargi aż do krwi, po czym wyciągnęła rękę w stronę ściany i podnosiła się pomaleńku, korzystając ze stabilnego podparcia. Z każdym kolejnym centymetrem do jej błękitnych oczy napływało coraz więcej łez, które strumieniem staczały się po, bledszej niż zazwyczaj, twarzy. Kiedy po ciężkiej walce w końcu stanęła o własnych siłach, rozedrganą dłonią podwinęła lewy rękaw koszuli i zaklęła w duchu. Jej rękę oplatała czarna, gęsta pajęczyna zainfekowanych żył, która pulsowała nieznośnie, dosłownie wypalają jej skórę od środka. Zaczynało się…Musiała ukryć się przed Draganem, tej bowiem nocy, gdy infekcja sięgnie jej serca, miała zapłacić za igranie z prawami natury. 

NIETYPOWA PROŚBA

                Vallerin stała na szczycie Wieży Astronomicznej, wpatrując się bez celu w dal. Wczoraj oficjalnie zakończył się jej drugi rok szkolny w Hogwarcie i szykowała się do powrotu w mury swojej rezydencji, razem z Draganem. Zerknęła na swoją lewą rękę i zacisnęła dłoń w pięść. Musiała odrobinę pokombinować, żeby ukryć swój udział w wydarzeniach z Komnaty Tajemnic. Nieco pozmieniała wspomnienia Rona oraz Lockharta tak, by wydawało im się, że była z nimi cały czas – zwłaszcza Gilderoy musiał być przekonany o prawdziwości takiej wersji zdarzeń. Harry przez ogólne zamieszanie, walkę z bazyliszkiem i zaklęcie wstrzymujące czas, nie był świadom tego, że w Komnacie towarzyszył mu ktoś poza Tomem – opowiadał co prawda o głosie kobiety, która kazała mu zniszczyć dziennik, ale przyczyny tego stanu upatrywano w silnym działaniu jadu bazyliszka. Płomiennowłosa wróciła do obserwowania linii Zakazanego Lasu. Opracowany przez Luthera plan się sprawdził, podobnie jak droga komunikacji między zamkiem, a rezydencją. Turkusowooki, zaalarmowany przez Draco i Blaise’a, natychmiastowo poinformował Albusa o dziwnym poruszeniu młodych czarodziei, a później uzupełnił informację o wiadomość przysłaną przez Lady. Dyrektor, nie mogąc stawić się bezzwłocznie osobiście, wysłała na pomoc przyjaciółce swojego wiernego feniksa, uzbrojonego w Tiarę oraz miecz. Po pokonaniu bestii i uratowaniu Ginny, zarówno Dumbledore jak i Hagrid powrócili do Hogwartu na swoje dawne stanowiska, ku radości większości uczniów oraz całego grona pedagogicznego. Błękitnooka uśmiechnęła się łagodnie. Nie żałowała bólu na jaki dobrowolnie się skazała – po raz pierwszy miała okazję stanąć oko w oko z Tomem Riddle. Pogrążona w rozmyślaniach, nie zauważyła kiedy dołączył do niej Dragan. Mężczyzna przez chwilę stał tuż obok, tak jak ona gapiąc się przed siebie. Błękitnooka zerknęła na niego kątem oka i uśmiechnęła się szerzej, jednak mina natychmiastowo jej zrzedła, gdy zobaczyła wyraz jego twarzy. Luther z porażającą powagą wpatrywał się w dal, nieruchomymi, lodowatymi oczyma. Przez chwilę bała się, że w jakiś sposób dowiedział się o jej występku i zamierzał dać jej popalić za bezmyślność. 

– Vallerin, mam do ciebie prośbę. 

Tego się nie spodziewała. Mogła spokojnie na palcach jednej ręki policzyć, ile razy Dragan ją o coś poprosił tak na poważnie. Turkusowooki był typem faceta, który nie znosił mieć u kogokolwiek długów wdzięczności. 

– Słucham? 

Odwrócił się do niej twarzą. Demoniczne oczy lśniły metalicznie czymś niezrozumiałym, a na jego przystojnej twarzy pojawił się nieodgadniony, szelmowski półuśmieszek – wyglądał jak zaczepny szaleniec, mający zamiar wciągnąć ją w jeden ze swych misternych planów. Wieczorny wiatr uniósł długie, czarne włosy tworząc z nich niespokojną kotarę. Rozchylił wargi i uniósł nieznacznie lewy kącik ust, przez co jego maniakalny uśmieszek zaczął wyglądać diabolicznie. 

– Musisz mi pomóc włamać się do Azkabanu. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 328
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!