Radosna Kompania – Epeisodion III: Psalm nożownika

Miał wrażenie, jakby nie było go tu od wieków. Jakby wszystko było inne, niewłaściwe, obce…

Pamięć po wypadku z Thomasem mocno szwankowała. Z początku liczył na to, że dzieje się tak jedynie z krótkotrwałą – w końcu nie pamiętał nic od momentu zaśnięcia w celi śmierci do przebudzenia się w płonącym śmigłowcu, a i wypadki tuż po tym jawiły się jak oglądane przez grubą, wytłumiającą wszystko szybę; jednak teraz musiał pogodzić się z nieprzyjemną świadomością, że wszystko, co wydarzyło się przez ostatnie sto lat, wygląda w myślach jak spowite mleczną mgłą. Jak nieco zbyt realistyczny sen, nic więcej. Równie dobrze mogło być prawdą, jak i wymysłem uszkodzonego mózgu.

A może wcale go tam nie było? Może dom już dawno nie istniał? Może wcale nikt nie odbudował go po wojennym pożarze z 1945 roku, a poczerniałe od ognia kamienne ściany zawaliły się z upływu lat? Może błotnista droga dojazdowa zarosła, a Nocny Dwór jest już jedynie stertą omszałych gruzów gdzieś na samym dnie gęstego, bezimiennego lasu?

Potrząsnął głową, próbując odegnać niechciane myśli. To niemożliwe, żeby wyśnił sobie tyle dziesiątek lat w odnowionej ruderze, mózg po prostu jeszcze nie działał jak należy, i tyle. Choć wspomnienia nie wydają się prawdziwe, to jednak tam są, tak? Więc nad czym tu się, cholera, zastanawiać? Na razie można skupić się na tym, co realniejsze, na tym, co akurat miał nieprzyjemność oglądać.

Tak się złożyło, że najrealniejszym była brudna, naznaczona koleinami, spływająca hektolitrami deszczówki ulica. Pas popękanego asfaltu był na tyle wąski, że nikt nawet nie pokwapił się, by wyrysować na nim pas dzielący jezdnię na połowy. Po obu jej stronach wiekowe modrzewie i świerki zwieszały smętnie ciężkie gałęzie nad pniami tak grubymi, że ciężko byłoby je objąć nawet w kilka osób. Wyglądająca stąd jak skóra kora znacznie pobladła od strony lasu, gdzie promienie słońca ledwo zdołały ją musnąć, nie potrafiąc przebić się przez splątane igliwie. Drzewa stały na baczność jak strażnicy, celując niemal czarnymi, wysmukłymi czubkami w zaciągnięte grubym kobiercem chmur niebo.

– Gówno widać tę drogę – warknął Mark, nachylając się nad kierownicą czarnego defendera. Choć wycieraczki pracowały niestrudzenie, już od jakiegoś czasu przestały radzić sobie z wodą, zalewającą przednią szybę.

Był tam! Mały, drewniany, niemal niedostrzegalny we wszechobecnej szarudze znak. Właściwie nawet nie tyle znak, co przybity do sterczącego z ziemi słupka kawałek deski z wypisanymi ręcznie literami. Z tej odległości doskonale było widać, że całość już jakiś czas temu została upatrzona sobie przez korniki jako doskonała pożywka, ale wymalowana obok zatartego napisu czerwona strzałka nadal wyraźnie wskazywała kierunek.

Tutaj też wszystko było jakieś obce. Las zdawał się gęstszy, drzewa wyższe, droga bardziej dziurawa, a brama jeszcze mocniej zardzewiała. Wybrzuszające czarną emalię purchle rdzy wyglądały jak choroba. Wejścia niczym wierny pies strzegł zaskakująco czysty w tym całym syfie srebrny rolls royce phantom. I to nawet nie taki zabytkowy, który jeszcze jakoś dałoby się zrozumieć, ale lśniąca głównie ceną wielka limuzyna. Allan chyba nie miał co robić z pieniędzmi.

Niepokój, od samego początku czający się na samym dnie serca, na tyle delikatny, by nie trzeba było przyznawać się do niego przed sobą samym, ale jednak namacalny i kłujący przy każdym ruchu jak cierń, odstąpił w jednej chwili, pozostawiając po sobie wrażenie bezbrzeżnej ulgi. Od murów kilkusetletniej gotyckiej budowli biła znajoma, łagodząca nerwy aura. Aura domu. Zupełnie, jakby budynek nie był wcale martwy, jakby gdzieś głęboko w jego wnętrzu czaiła się dusza, ciesząca na widok gospodarza.

Siedział chwilę w wygodnym fotelu, wsłuchując się w trzeszczenie stygnącego silnika i kciukiem na wpółświadomie gładząc spust opartego wygodnie o biodro wrzosa. Wreszcie zabezpieczył pistolet maszynowy, odetchnął kilka razy głęboko, starając się wchłonąć ostatki ciepła, i zdecydowanym ruchem otworzył drzwi, zanim zdążył się rozmyślić. Lodowaty deszcz na moment oślepił, w jednej chwili przemoczył włosy i całe ubranie do suchej nitki. Przysłonił twarz przedramieniem i truchtem rzucił się ku drzwiom. Podkute wojskowe buty nieprzyjemnie ślizgały się na mokrych kamieniach podjazdu i łodygach wybujałych chwastów, które należałoby już jakiś czas temu wyrwać. Wyglądało na to, że Allanowi jak zwykle nie chciało się ruszyć tyłka z kanapy i zapuścił podwórko dokumentnie.

Zatrzymał się pod dającym jako takie schronienie daszkiem i wbił wzrok w wielkie, dwuskrzydłowe drzwi. Powoli budzące się do życia wspomnienia wynurzyły z rzeczywistości kolejny z niepewnych do tej pory kawałków i wcisnęły do przegródki z napisem „potwierdzone”. Drzwi, choć wykonane z ciężkiego, malowanego na ciemno drewna, nie były wcale zdobnymi wrotami z dziewiętnastego wieku, rzeźbionymi w sceny bitew i magiczne stworzenia. Śmieszne, że tak spodziewał się je zastać – przecież to, jak pięknie się paliły, pamiętał akurat doskonale.

Zapukał, dopiero po fakcie przypomniawszy sobie, że mógł użyć dzwonka. Przecież własnoręcznie go zamontował. I to jakieś pieprzone czterdzieści lat temu.

Otworzył Allan. Z początku wyglądał tak, jak zawsze – czyli jak dopiero co obudzony z głębokiego, niekoniecznie przyjemnego snu. Zmęczona mina, wydłużone rysy pobladłej twarzy, wzrok nieobecny – lecz jedynie do chwili, gdy wyłapał w twarzy przybysza podobieństwo wręcz łudzące do teoretycznie zmarłego brata. Choć Mark był po prostu pewien, że to niemożliwe, z anemicznych policzków zupełnie odbiegły resztki jakiegokolwiek koloru.

– O kurwa – wyszeptał Allan von Lahman i w pięknym stylu poleciał w tył.

Mark złapał go błyskawicznie, chroniąc przed twardym lądowaniem na czarno-białych kaflach. Przeklinając swoje dobre serce, potrząsnął porządnie wątłą, lecącą przez ręce postacią.

– Słyszysz mnie, gówniarzu?! – zawołał. Jedynym objawem tego, że zmiennoskóry jeszcze żyje, było wydobywające się z jego gardła niezbyt przytomne jęknięcie. – Ja pierdolę, tylko tego mi brakowało… – Sytuacja była tak idiotyczna, że aż przerażająca. Szybko przekalkulował, czy może nie wynieść poszkodowanego na lodowaty deszcz… Chociaż może nie. Awantura, jaką by mu po tym zgotował, byłaby o wiele trudniejsza do zniesienia, niż zawleczenie zwłok na najbliższą kanapę. Ale zaraz, po co kanapa? Nieprzytomny jest, nie zarejestruje nawet, czy mu wygodnie…

– Czy coś się stało?

Zerwał się na równe nogi, uderzając głową w wieszak na ubrania. Był tak zaskoczony, że nawet ze swoim nadludzkim refleksem nie zdołał ochronić mebla przed upadkiem, przez co zapadłą nagle ciszę rozerwał huk do łudzenia kojarzący się z odgłosem, jaki można osiągnąć po spuszczeniu na kafelki rondla z bigosem.

Na oko szesnastoletnia dziewczyna mierzyła go groźnym spojrzeniem, lekko przekrzywiając głowę. W czarnych włosach jaskrawo mieniły się pasemka we wszelkich możliwych odcieniach tęczy, niebieskie oczy patrzyły nieufnie, ale inteligentnie. Z początku zamierzał zbyt pewną siebie laskę profilaktycznie opieprzyć, ale koszulka z napisem „Punks not dead” i zaciskany w garści pogrzebacz naprawdę go rozczuliły.

– Czy coś się stało? – powtórzyła, poprawiając chwyt na śmiercionośnym narzędziu. Widok nieprzytomnego Allana napawał ją widocznym niepokojem. No bo kogo by nie napawał…

– Na razie nic – warknął, prostując się i obrzucając ją niechętnym spojrzeniem. Coś w tej małej, kolorowej panience mocno go niepokoiło. – A ty kim jesteś, jeśli można wiedzieć? Żoną? – Ruchem głowy wskazał na ciało brata. – Konkubiną? – Wypowiedzenie tego słowa wprawiło go w taką radość, że aż musiał się roześmiać. – Pół roku mnie nie było, a ta łajza już zdążyła sobie kogoś przygruchać? W życiu bym nie przypuszczał, z jego umiejętnościami towarzyskimi…

– Konkubiną… – Dziewczyna prychnęła z niedowierzaniem. – Jestem tu tylko na chwilę. Szłam do miasta, ale nie zdążyłam przed nocą, więc… Allan pozwolił mi zanocować.

To, że wyraźnie zawahała się nad tym, jak nazwać zmiennoskórego, pozwoliło Markowi uwierzyć.

– A pan to kim właściwie jest, że tak tu sobie wchodzi?! – Zdenerwowana, podrzuciła pogrzebacz w dłoniach, jakby chciała nim cisnąć, jak włócznią. – I dlaczego obezwładnił pan gospodarza?! Jest pan komornikiem?

– Komornikiem? – Teraz to on aż się zapowietrzył. – Wybacz, ale nie. Nazywam się Mark von Lahman, a ten dom należy do mnie, więc chyba mam prawo tu wchodzić?

Pogrzebacz wylądował na podłodze, oniemiała dziewczyna pobladła gwałtownie i cofnęła się kilka kroków.

– Że jak…? Jak się pan nazywa?! – wydukała, wyciągając przed siebie ramiona w obronnym geście, gdy postąpił kilka kroków za nią.

– Uspokój się, przecież cię nie pogryzę! – zdenerwował się. – Wiesz, gdzie jest kuchnia?

– No… O tyle, o ile.

– To spływaj tam. Zaraz przyjdę. – Odwrócił się, przyklęknął przy bezwładnym ciele. Dziewczyna mimowolnie postąpiła kolejnych kilka kroków w tył, widząc, z jaką łatwością podniósł wysokiego mężczyznę.

Odwróciła się na pięcie i czym prędzej puściła się biegiem w kierunku kuchni. Miała wrażenie, że myśli jej się rozbiegają. Że dzieje się coś dziwnego, czego nie jest w stanie ogarnąć umysłem, coś, co umyka jej zdolności racjonalnego myślenia…

Coś, co tak bardzo przypomina jej codzienne życie, że aż zaczęła się dusić.

Zatrzymała się w jakimś korytarzu, oparła o ścianę, schyliła, ciężko dysząc. Powietrze sprawiało wrażenie zbyt gęstego, by móc zaczerpnąć je do płuc.

Wielokrotnie już w swoim życiu miała wrażenie, że rzeczywistość wymyka jej się spod kontroli. Nieraz była już świadkiem rzeczy niemożliwych do wytłumaczenia. Tylko że zawsze była w tym sama! Pojawienie się w znajomym szaleństwie zupełnie obcej postaci zachwiało jej równowagą do tego stopnia, że przez chwilę nie potrafiła sobie nawet przypomnieć, gdzie zmierzała. Duszący zapach palonych liści wiercił w nosie. Był identyczny, jak tajemnicza woń w pustej sypialni, do której wkradła się w nocy.

Wpadła do jadalni, lecz nie zdołała już dowlec się do kuchni. Z jękiem odsunęła obite lekko popękaną skórą krzesło i usiadła z wysiłkiem. Zaczęła masować palcami skronie, mając nadzieję, że to chociaż w niewielkim stopniu pomoże odegnać dręczący ból głowy.

Na Boga, przecież jak to wyglądało?! Z samego rana zerwała się z łóżka, nękana złymi przeczuciami, i w podskokach wręcz dopadła do okna. Okazało się, że dźwiękiem, który wyrwał ją z pełnego koszmarów snu, był odgłos potężnego silnika diesla parkującego pod posiadłością land rovera. Sama nie wiedziała dlaczego, ale widok wielkiego, czarnego samochodu uwolnił w jej sercu pokład dzikiego, wręcz pierwotnego strachu. Nie miała pojęcia, czego tak się obawiała, nie wiedziała, jak wytłumaczyć nagłe pojawienie się gryzącej, dusznej atmosfery, identycznej z tą, która przegoniła ją z powrotem do sypialni podczas nocnego zwiedzania, ale przeczuwała, że to wszystko źle się skończy. Nie myśląc zbyt wiele, chwyciła za najbardziej śmiercionośną rzecz, jaka znajdowała się w pobliżu, i na złamanie karku popędziła do drzwi, nie chcąc uronić ani chwili z trącącego niezwykłością zdarzenia. Choć ludzki umysł nieustanie podpowiadał, że przecież nie dzieje się nic złego, tak jakaś jego nienazwana część nieprzyjemnie przypominała o konieczności wzięcia sprawy we własne ręce, o ile nie chciała stać się bezwolną marionetką zdarzeń.

Sama sobie pluła w brodę, że zachowuje się jak idiotka, a jednak pognała tak skromnie uzbrojona do drzwi, łudząc się, że zastanie tam zupełnie zwyczajną scenę. I co? Rzeczywistość znowu postanowiła zagrać jej na nosie. Jaka znowu zwyczajna scena, skoro mogła zamiast tego ujrzeć nieprzytomnego Allana i pochylającego się nad nim znanego na cały świat terrorystę? Dziękuję, i bez tego wiedziałam, że zwariowałam – klęła w myślach.

Teraz właśnie ten terrorysta, według opinii publicznej od jakichś kilku dni pozostający bezsprzecznie martwym, sadzał na krześle dopiero co ocuconego gospodarza, obdarowując go stekiem takich przekleństw, że aż uszy więdły. Rzucił mężczyźnie nawet koc, choć szczególnie wiele troski w tym geście nie było. Zniknął na chwilę, by wrócić po chwili z trzema kubkami – jeden z nich wcisnął Allanowi, a drugi wyciągnął w stronę milczącej Mojry. Choć zamierzała gościa traktować raczej chłodno, nie mogła nie przyjąć z wdzięcznością gorącego kisielu.

Cisza, która zapadła po tym przyjaznym geście, zdawała się wgniatać Mojrę w podłogę. Próbowała skupić się na swoim napitku, jednak jej wzrok nieustannie uciekał w stronę Allana, mając nadzieję wyłowić z jego twarzy jakąś wskazówkę, zna, mający wyjaśnić, jak powinna się zachować, co myśleć. Jak na złość jednak blada twarz wciąż była nieprzenikniona. Wzrok szarego oka wbijał się w drobne fale, tworzone na powierzchni herbaty poprzez drżenie dłoni zaciśniętej na szklance.

Mojra nie mogła wyjść z zaskoczenia, że ktoś tak staroświecki i poukładany mógł pić herbatę ze szklanki.

– Ni cholery nie spodziewałem się, że akurat to tutaj zastanę – skonstatował Mark von Lahman, z westchnięciem opadając na krzesło. O dziwo, niedotykalska Płotka natychmiast wskoczyła mu na kolana i zaczęła mruczeć, gdy mężczyzna odruchowo ją pogłaskał.

– A czego się spodziewałeś? – wycedził Allan. Im dłużej siedział obok swojego brata, tym bardziej kojarzył się Mojrze z zahukanym i potwornie zazdrosnym dzieckiem. Nie wiedziała, skąd to się wzięło – przecież zarówno jego gesty, jak i słownictwo były o wiele bardziej stateczne, niż te Marka.

Ogólnie sama nie wiedziała, co powinna o tym facecie sądzić. Wyglądał na trochę więcej, niż dwadzieścia osiem lat, był wysoki i dobrze zbudowany – wprawdzie kaloryfera raczej się nie spodziewała, ale zdecydowanie miał mięśnie dokładnie tam, gdzie powinien. Do tego miał długie, proste włosy z siwymi pasmami. Ubrał się w czarną podkoszulkę i bojówki moro, co tak do bólu kontrastowało z jego niesławną profesją, że aż miała ochotę zrobić mu zdjęcie. Kilkudniowy zarost sprawiał, że stawał się jeszcze przystojniejszy, ale jakoś nie potrafiła potraktować go jak normalnego gościa, na którego w normalnych warunkach można by poostrzyć sobie pazurki. Nieodparcie kojarzył jej się z ogromnym wilkiem lub głodnym smokiem, hodującym w przełyku kulę ognia.

Poza tym… Jak on się, cholera, przedstawił?!

– Pan jest terrorystą? – spytała jak mała dziewczynka, nie mogąc się powstrzymać.

– Nie jestem terrorystą – odparł bez wahania.

– Ale wygląda pan… – Ugryzła się w język. – Może zbieżność nazwisk…

– Zostałem oskarżony o terroryzm, ale nie jestem terrorystą – wytłumaczył cierpliwie.

– Pogubiłam się – jęknęła.

– To proste. – W jasnoszarych oczach coś niebezpiecznie błysnęło. – Terroryzm jest czysto ideowy. Lubisz kogoś lub kogoś nie lubisz, czujesz nieodpartą potrzebę, by jakoś to wyartykułować, więc idziesz i wysadzasz coś w cholerę, dając upust swej frustracji. A ja robiłem to, co mi zlecono. Za pieniądze. Zabijałem, wysadzałem, porywałem… Nie jestem ideowcem, a więc nie jestem terrorystą, tylko najemnikiem. Nie martw się, nie tobie pierwszej to tłumaczę.

– To świetnie. Po prostu wspaniale. O wiele lepiej, niż wysadzanie dla idei – mruknęła pod nosem, grzebiąc w kisielu posrebrzaną łyżeczką.

Usłyszał. Nie miała pojęcia, jak to możliwe, przecież właściwie poruszyła tylko ustami, ale facet wszystko usłyszał.

– Nawet nie masz pojęcia, jaka to zabawa! – Uśmiechnął się potwornie, błyskając zaostrzonymi kłami.

Dokładnie takimi, jakie wcześniej wyobrażała sobie u Allana…

Udając, że nie zauważył nagłej bladości na twarzy dziewczyny, zwrócił się do nadal nieprzytomnie gapiącego w stół brata.

– Allan, proszę, powiedz mi teraz pewną rzecz. Kto był na tyle głupi, by pozwolić ci na wprowadzenie tu jakichkolwiek zmian po pożarze? Te podłogi na piętrze, okno w wieży jest zamurowane… Przecież to zabytek!

– Sam sobie na wszystko pozwoliłem. Dom jest prawnie mój – odparł spokojnie tamten, upijając łyk herbaty. Nikogo nie zaszczycił spojrzeniem.

– Według testamentu ojca niestety nie.

– Ale ty nie żyjesz, więc wszystko przeszło na mnie. – Pełnym wyższości ruchem wyjął ze szklanki torebeczkę z herbatą i wyrzucił na ręcznie malowany spodek.

– Ominąłeś jeszcze jedną kwestię. Konserwatora zabytków. – Wraz ze słowami, Mark nakreślił w powietrzu jakiś kształt. Mojra była już niemal pewna, że facet ma manieryzmy.

– Na jaką cholerę mi konserwator zabytków?!

– Bo to wszystko ma tyle lat, że nie można nic zmieniać bezprawnie! Wlepią ci taką karę, że do końca życia nie odpracujesz, choćby cię w kopalni do wózka przykuli!

– A ten hipotetyczny konserwator musi się o wszystkim dowiedzieć? – Jednooki mężczyzna doskonale zachowywał swój flegmatyczny spokój, podczas gdy jego rozmówca dosłownie sypał dookoła iskrami niehamowanej wściekłości.

– Prędzej czy później i tak się dowiedzą. I skąd ty masz na to wszystko pieniądze? Samo twoje autko jest warte tyle, że bym sobie za to życie urządził!

– Z pewnością całe. – Allan wreszcie okazał jakąkolwiek emocję, uśmiechając się z politowaniem.

– Może część – zreflektował się szybko terrorysta-najemnik. – Ale wracając do tematu: spieprzaj mi stąd, ale szpagatami, bo pałę przegiąłeś po całości! Pełnoprawny dziedzic wrócił, już nic cię tu nie trzyma, łajzo!

– Sam spieprzaj, na swoim siedzę. – Jednooki machnął dłonią, jakby odganiał natrętną muchę.

Mojra z każdą chwilą miała mocniejsze wrażenie, że ci mężczyźni zaraz się pobiją jak małe dzieci. A nawet nie tyle pobiją, co starszy skoczy swojemu bratu do gardła. Allan naprawdę nie widział tego, jak ryzykuje? Mark von Lahman nie sprawiał wrażenia takiego, który doskonale nad sobą panuje…

– Nie waż się tak do mnie mówić! – ryknął, zrywając się na równe nogi. Dziewczyna nie miała pojęcia, jakim cudem udało mu się złapać walące na ziemię krzesło, bo ruch był tak szybki, że dosłownie rozmył się jej przed oczami.

– A ty łaskawie przestań zachowywać się jak mój ojciec! – Allan również wstał, odważnie spojrzał wyższemu Markowi prosto w oczy. – Czego ode mnie chcesz? Wyjechałeś w cholerę, hulać sobie po świecie, wrąbałeś się w kolejne gówno, wylądowałeś w celi śmierci i zdechłeś tam na moich oczach! Nie mam bladego pojęcia, co teraz tutaj robisz, ale miałem całkowite prawo zająć się domem! Bo ty zostawiłeś mnie samego tuż po pożarze, pamiętasz może, czy też nie zauważyłeś?!

Teraz już naprawdę zaczęła się bać. Uważnie śledziła obu mężczyzn, ale nadal miała wrażenie, jakby sens doskonale słyszanej rozmowy jej umykał.

– Mojro. – Podskoczyła, gdy Allan zwrócił się bezpośrednio do niej. Gospodarz trochę zbyt gwałtownie odstawił szklankę, wrzucona do niej łyżeczka zadzwoniła głośno. – Zapewne wolałabyś już być u babci?

– Tak, ale ja naprawdę mogę się przejść… – wyjąkała cicho, nękana nieprzyjemnym uczuciem, że właśnie próbują się jej pozbyć. Doskonale rozumiała, że wolą być sami, gdy nikt nie podsłuchuje, jak wydrapują sobie oczy, ale to i tak trochę zabolało.

– Nonsens. Leje jak z cebra. Służę jako szofer. – Ukłonił się dworsko z uśmiechem.

Wstała lekko, odstawiła kubek na blat. Kątem oka spojrzała na Marka, opierającego się o mebel z twarzą ukrytą w dłoniach, lecz zorientowawszy się, że nie ma co liczyć na coś więcej, powlokła się do swojej sypialni. Szybko pozbierała tych kilka rzeczy, które zdążyła wypakować, i pobiegła do drzwi, próbując nie oglądać się na pomieszczenie, w którym chętnie zostałaby do końca życia.

Nie oglądać się za siebie – to najważniejsze. Bo wtedy mniej boli.

Władowała się na siedzenie czekającego rolls royce’a. Droga upłynęła im w ciszy, mąconej jedynie delikatnym pomrukiem świetnie wyciszonego silnika. Kilka razy próbowała zacząć rozmowę, ale zorientowawszy się, że Allanowi milczenie wyraźnie odpowiada, zapatrzyła się na mokry krajobraz za oknem.

Nie wiedziała, skąd to uczucie się wzięło, ale nie chciała wyjeżdżać. Przez ten czas, nie będący w gruncie rzeczy nawet całym dniem, zdążyła poczuć tajemniczą więź z Nocnym Dworem. Ten stary dom miał jakiś tajemniczy magnetyzm, sprawiający, że chętnie zrobiłaby dokładnie jak Allan, zamykając się w jego ścianach i odcinając całkowicie od życia. Niczego by jej nie brakowało, jeśli tylko mogłaby całymi godzinami chłonąć tajemniczą, trochę posępną atmosferę i zwiedzać ogromne pokoje, wyobrażając sobie czasy, w których tętniły gwarem. Było jej smutno, że oto właśnie wraca do świata – do swojej szarej rzeczywistości, porażająco nudnej szkoły, jawiącego się nagle jako ciasne mieszkania w kamienicy, hałasu ulicy za oknem. Nie czuła się na to gotowa. Nie chciała życia. Nie, gdy nie mogło jej zaoferować nic ciekawego.

– Dziękuję za pomoc – powiedziała tylko, wysiadając ze srebrnego phantoma pod domem babci.

– Nigdy nie zostawiam ludzi w potrzebie.

I tyle.

Byli w końcu zupełnie obcymi ludźmi, czego się spodziewała? Wylewnych słów, uścisków? Śmieszne.

Otworzyła skrzypiącą furtkę i weszła na podwórze. Gospodarstwo babci wyglądało zupełnie jak na starych pocztówkach z początku dwudziestego wieku – drewniany, bielony wapnem dom kryty strzechą, stara, rozlatująca się szopa w rogu podwórza. W środku domu gołe klepisko, niewielki piec kaflowy i meble z ogólnodostępnych, tanich materiałów, nic szczególnego. Tylko jej pokój i zaskakująco nowoczesna łazienka czymś się wyróżniały.

Babci nigdy się nie przelewało, choć też nie można było usłyszeć od niej słowa skargi. Troskliwie dbała o kury, kaczki i swoją jedyną krowę, gotowała, sprzątała, prała, choć od śmierci dziadka nie było już dla kogo. I właśnie przez to jej działaniom czegoś brakowało – serca. Robiła wszystko raczej z przeświadczenia, że musi, nie z czystej radości późniejszego spoglądania na swoje dzieło. I właśnie po to Mojra tu przyjechała – by wprowadzić do życia babci trochę tego, czego nie było w nim już od wielu lat. Szczęścia, świadomości bycia potrzebnym.

Gdy przekraczała próg, Nocny Dwór zdawał się być jedynie sennym majakiem.

***

Cień.

Wysoki mężczyzna z burzą czarnych loków na głowie wyglądał jak cień. Z płynnością i szybkością drapieżnika wyskoczył z samochodu na podjazd, kilkoma niewysilonymi susami dopadł drzwi. Otworzył je serdecznym kopniakiem, pozwolił pełgającej gdzieś w okolicy serca mocy roznieść się ognistym dreszczem po całym ciele.

Cień stał się czarnym tygrysem.

Jasnoszare oko powiodło głodnym wzrokiem wokoło, próbując przeniknąć mrok. Buzująca w żyłach energia rozsadzała go od środka. Chciał krwi. O tak, chciał krwi – znajomej, bliskiej, tak podobnej do jego własnej…

Ale Cień nie był wszechpotężny.

Skulił się od zadanego niewidzialną ręką ciosu, wycofał. W skroniach coś tępo pulsowało, jakaś niewidzialna dłoń próbowała zacisnąć się na mózgu, stłamsić go, zmusić do posłuszeństwa…

Wiedziałem, że tak będzie. Ale nie przypuszczałem, że wleziesz w tak prostą pułapkę… Rozczarowałeś mnie trochę. – Głos rozlegał się jednocześnie wszędzie i nigdzie. Dobiegał z każdej strony i istniał jedynie w głowie. Kaleczył uszy, choć był słyszalny tylko umysłem.

Allan wydostał się z zaciskających się macek czarnej mocy, ze złością potrząsnął wielkim łbem. Ostrość widzenia wracała powoli, buzująca w nim wściekłość rosła z każdą sekundą.

Zatańczmy! – zawołał w ciemność, śmiejąc się w myślach.

Chcesz tańczyć?!

Mrok korytarza rozstąpił się powoli, zbladł, zlewając w ogromnego czarnego wilka. Czerwone ślepia błysnęły z rozbawieniem, długa sierść zafalowała od wlewającego się przez otwarte drzwi lodowatego wiatru. Wargi zmarszczyły się lekko, w potwornym grymasie odsłaniając różowe dziąsła i potworne zębiska. Mark się śmiał.

Tańcz, braciszku! Tańcz, jeśli chcesz! Ja niestety, jak dobrze wiesz, nie potrafię…!

Od kiedy to tak łatwo przybierasz postać zwykłego zwierzęcia? – Tygrys machnął ogonem, cofając się kilka kroków.

Od całkiem niedawna. – Uszy wilka płasko przylgnęły do czaszki. – Od stu lat z lekkim hakiem… – Allan poczuł, że trafił w czułą strunę. Mark zawsze maskował ból złośliwością. – Dziwi mnie, że wcześniej tego nie zauważyłeś! I nie łudź się, że to moja jedyna broń…

Wilk skoczył. Wydłużył się w powietrzu, cienie znów zafalowały, na jego miejscu pojawił się czarny lew. Machnął ostrymi jak brzytwy szponami w stronę tygrysiego pyska, natrafiwszy na zasłonę błyskawicznie przeobraził się w sokoła i rozorał czarny łeb w kilku miejscach.

Następnie zniknął.

Tygrys rozglądał się, ignorując oślepiającą go krew. Powietrze lekko zadrgało, zafalowało niezauważalnie. Gdzieś z boku rozległ się jęk bólu.

Nadal się tego nie nauczyłeś? Przez te wszystkie lata… – zaśmiał się pogardliwie.

– Doskonale wiesz, że to nie jest kwestia umiejętności, a tego wspaniałego dziedzictwa Pożeracza Światów – dobiegło z mroku. Głos już był normalny, ludzki. – Tyle tego we mnie siedzi, że wrodzone zdolności stały się dla mnie nieosiągalne… Ale ja nie chciałem o tym. Przyszedłem porozmawiać o Pożeraczu właśnie.

O Pożeraczu? – Tygrys obnażył kły. – A co mi do niego? Czego ode mnie chcesz?

– Ja? Tak naprawdę niczego od ciebie nie chcę. – Najemnik wyłonił się z posłusznej mu ciemności, nonszalancko oparł o balustradę schodów, krzyżując ramiona na piersi. – W przeciwieństwie do ciebie, mi nie odpowiada zbytnio ta cała szopka z naszą wielką nienawiścią. To brzmi jak oklepany serial dla nastolatek. To ty wymyślasz w kółko problemy typu omdlewania na progu na mój widok. A ja chyba mam prawo przyjechać raz na jakiś czas do domu, który jest prawnie mój?

– Dom jest mój. Tak figuruje we wszystkich dokumentach.

– A testament rodziców czytałeś? – Wyvernie kły mignęły we wściekłym grymasie.

Spłonął prawie osiemdziesiąt lat temu. Nie żeby specjalnie… – Tym razem to on parsknął śmiechem. – Po twojej śmierci w zgodzie z prawem przejąłem nieruchomość w posiadanie, jako twoja jedyna rodzina. Tak więc przykro mi, ale wynoś się, bo nie jesteś tu szczególnie mile widzianym gościem.

– A ta… jak jej tam… Mojra? Ona była mile widziana? – W głosie dało się wyczuć nutę kpiny. – Może jakbym machnął sobie włosy na czerwono, założył rurki i wyhodował cycki to spojrzałbyś na mnie nieco przychylniej?

Do tego jeszcze musiałbyś się ogolić.

Mark ryknął śmiechem.

– Zabawny się stałeś na stare lata… A ja aż tak zdesperowany nie jestem. Kieckę może bym jeszcze założył, ale od brody się odwal. – Z głupawym uśmieszkiem pogładził krótki zarost. – Tak więc, skąd wzięła się ta nasza mała Lady Punk?

Mówiłem ci już z tysiąc razy. Nie zdążyła dojść przed nocą do miasta, więc pozwoliłem jej przenocować. Może i towarzyski nie jestem, ale nie zostawiam ludzi w potrzebie.

– A mnie możesz zostawiać? – Głos Marka stał się absurdalnie płaczliwy.

– Ty nie jesteś w potrzebie i nie jesteś człowiekiem, więc w czym problem? – Powoli wyprostował się w swojej ludzkiej formie, straciwszy ochotę na walkę. Mark tak go irytował, że pragnął już jedynie zamknąć się w pokoju i iść spać.

– Ona? To nieszczęśliwe dziecko też w niczym człowieka nie przypomina. Ja kiedyś przynajmniej nim byłem.

– Co masz na myśli? – Allan zatrzymał się gwałtownie.

– Czuć od niej magią na kilometr. Ale jaką magią! To nie jakieś tam poślednie medium lub wieszczka za dwa grosze. Jest potężna. Cholernie potężna. Na tyle, że nawet mi zrobiło się nieswojo, gdy ją zobaczyłem. Przede wszystkim nie jest człowiekiem. I nie sprawia wrażenia takiej, co by o tym wiedziała. A to niedobrze. Jeszcze trochę, a z tak skumulowaną negatywną mocą zrobi krzywdę sobie lub komuś z otoczenia. Krzywdę na tyle dużą, że po mieście, do którego rzekomo szła, może zostać tylko dymiący krater.

– Skąd ty to wszystko wiesz?!

– Jestem wyvernem. Intuicja. – Znacząco pokazał palcem okolice głowy. – Mój radar jeszcze nigdy się nie pomylił.

– I ty dopiero teraz to mówisz?! Trzeba przyprowadzić ją z powrotem!

– Po co? – ziewnął. – Dlaczego akurat my mamy wcielać się w rolę nianiek? W pierdlu byłem, chyba nie jestem najodpowiedniejszą osobą do opieki nad dzieckiem?

– Jakim dzieckiem?! Gdybyś starzał się jak normalny człowiek, bylibyście w tym samym wieku… – Allan całym sobą jawnie pokazywał, co sądzi o ilorazie inteligencji rozmówcy.

– Gdybym starzał się jak człowiek, mógłbym być jej prapradziadkiem. Za stary jestem na zabawę z gówniarzami. Poza tym… – Westchnął ciężko, nagle tracąc całą otoczkę drwiącego humoru. – Nie czas na zajmowanie się nowymi Istotami. Mamy problem. Wolałbym, by w trakcie jego rozwiązywania nie plątała mi się między nogami. Jeszcze bym ją zdeptał.

– Co za problem? – Jednooki spojrzał na brata z lekkim strachem. – Znowu wlazłeś w jakieś gówno i nie umiesz sam się wydostać?

– Gorzej. Kojarzysz przepowiednię o Pożeraczu Światów?

– Nie, kurwa, zapomniałem! – prychnął ze złością. – Mieszkam od ponad dwustu lat z jej obiektem pod jednym dachem, więc jak miałbym niby nie kojarzyć?!

– Okazuje się, że nie jest kompletna.

Allan stanął jak wryty. Sam nie wiedział, co konkretnie wprawiło go w przerażenie, ale poczuł pełznący wzdłuż kręgosłupa lodowaty dreszcz strachu przed czymś nieznanym. Nieznanym i tak potężnym, że aż bał się o tym choćby myśleć.

– W przepowiedni nie ma nic o kimś, kto tytułuje się Demonem Światów. A tak się nieszczęśliwie złożyło, że na jednego się natknąłem.

– I czego od ciebie chciał? Żebyś wreszcie wziął się do roboty?

– Mógłbyś przestać żartować? – zdenerwował się najemnik. – To naprawdę trochę… skomplikowane. Facet nazywa się Thomas. Teoretycznie uratował mnie przed glinami, gdy zwiałem z pierdla. Problem w tym, że już od samego początku czułem, że coś jest z nim nie tak, jakby… sam nie wiem, miał dwie aury? Nie umiem lepiej tego określić. Urządziłem sobie na niego polowanie. I przegrałem.

– Co proszę?! – Allan pobladł. – Ty przegrałeś?!

– No właśnie! – Zaśmiał się bez cienia wesołości. Na jego czole zaczynały perlić się drobne krople potu. – Facet podobno jest upadłym wyvernem, a wyłączyć mnie z gry to dla niego jak splunąć. Skoro mnie potrafi utrzymać na smyczy, to wyobraź sobie, co jest w stanie zrobić z jakąkolwiek inną Istotą.

– Wszystko pięknie, tylko czego on od ciebie chce? – Zmiennoskóry przysiadł na stopniu i zmęczonym gestem pomasował czoło. – I co mi do tego?

– Gdybym wiedział, czego on tak właściwie chce… Uwaga, to zabrzmi wyjątkowo słabo. Facet postanowił skompletować sobie magiczną hałastrę, która ma stanąć na jego usługi. Ma znaleźć parę mitycznych przedmiotów, zabić kilku przeszkadzających ludzi, zniszczyć to i owo. Jaki w tym cel – mnie nie pytaj. Wiem tylko tyle.

– Jak rozumiem, ciebie upatrzył sobie jako członka tej… kompanii?

– Ciebie również.

Allan spojrzał na niego nagle z kompletnym oszołomieniem.

– A na co mu ja?! W czym ja niby taki wyjątkowy jestem?! Ty to jeszcze rozumiem…

– Nie wiem, do cholery! Dostałem wytyczne, ale ani słowa wytłumaczenia.

– I zamierzasz tak po prostu się podporządkować? Upadłemu?!

– Nie mam wyboru.

Błysk w czerwonych oczach wyverna podpowiedział mu, że nie ma co się gorączkować. Skoro legendarny Antykreator nie dał sobie rady z problemem, co zdziałać może taka płotka, jak Allan? Oprócz zmiennokształtności i zyskanej podstępem nieśmiertelności nie miał w zasadzie niczego, czym mógłby się pochwalić. Szkolili go Ithariańscy najemnicy, mistrzowie walk ulicznych Drugiego Świata? I co z tego, skoro nadal fizycznie był tylko słabym, powolnym człowiekiem?

– Czyli jesteśmy w dupie? – spytał powoli, gdy zdołał opanować gniew.

– I to czarnej. Zbieraj się, jedziemy do miasta po Lokiego. – Mark odwrócił się w stronę schodów, ale zatrzymał go jeszcze pełen wyrzutu krzyk:

– Zaraz, tego Lokiego?!

– Tego samego. Co ja poradzę? – Rozłożył ramiona w bezradnym geście. – Wiem, że szczególną sympatią się nie darzycie, ale nie ja to wymyśliłem. Poza tym… Jak na mój gust, to zapowiada się całkiem niezła zabawa. – Zatrzymał się ponownie już na korytarzu. – A, jeszcze jedno! W grządce z pelargoniami leży ogar piekielny. Tak miało być?

Allan zaklął szpetnie i rzucił się w stronę nadal otwartych drzwi.

***

Wstyd przyznać, ale ogólny wygląd miasteczka zaliczał się do tych rzeczy, których Mark za nic nie mógł sobie przypomnieć. Ilekroć o nim myślał, przed oczami stawał mu jego dziewiętnastowieczny, mocno zniekształcony obraz, współczesne elementy za nic nie chciały wyłonić się z mgiełki chorobliwego zapomnienia. Spodziewał się, że przejażdżka w to miejsce i skonfrontowanie majaków z rzeczywistością przyniesie dość smutne rozczarowanie. Z dawnego, wyidealizowanego przez lata obrazu zapewne nic nie zostało.

Wszystko wyglądało tak, jakby okolica stała się czymś w rodzaju atrakcji dla nieistniejących turystów. Władze zatroszczyły się nawet o to, by ciężkich kamienic o spiczastych dachach i rzeźbionych elewacjach nie malować na modne w ostatnim czasie jaskrawe barwy, a pozostawić jedynie otynkowane, jak były kiedyś, tak więc wszystko wokół zdawało się mętne i szare. Kute latarnie czaiły się w cieniu, bezużyteczne w świetle momentami przebijającego się przez chmury słońca. Zryta koleinami brukowana droga już samym swoim wyglądem obiecywała rychłą konieczność zmiany samochodowego zawieszenia. Szyldy małych, przytulnych kawiarni, których w zasięgu wzroku było aż sześć, wymalowano na podwieszanych na łańcuchach nieheblowanych deskach, skrzypiących na delikatnym wietrze. Wystawione na chodnikach eleganckie stoliki czekały na gości, idiotycznie kolorowe parasole z reklamą znanej marki piwa dosłownie biły po oczach.

Tak, od dziewiętnastego wieku może i wiele się nie zmieniło, tylko ludzie byli inni – nowocześnie ubrani, denerwujący, obcy i świecący swoimi wypielęgnowanymi, aczkolwiek zupełnie pozbawionymi śladów inteligencji fizjonomiami. Kiedyś na rogu znajdował się drogi sklep z kapeluszami, do którego zawsze kolejką ustawiały się eleganckie damy z całej okolicy, zwracające uwagę barwnymi sukniami i ulotnymi koronkowymi parasolkami, gdy dzień był bardziej słoneczny. Obecnie znajdował się tam sklep obuwniczy znanej na całym świecie marki. Pod restauracją, zamiast wozu zaprzężonego w konia, stało lśniące nowością czarne bmw, szczelnie otoczone wianuszkiem łysych anemików w markowych dresach. Nie można było liczyć na to, że natrafi się na kogoś znajomego. Choć wspomnienia okazały się aż nazbyt żywe, Mark nie miał co liczyć na to, że Shadya Sullivan, wilkołacza Alfa z pobliskiego majątku, wpadnie do pobliskiego sklepu i zażąda władczym głosem wydania jej najlepszych produktów, przeświadczona, że komu się należą, jeśli nie jej. Jej uczennica, złośliwa Livia Schmucker, wyjątkowo urokliwa chłopczyca o charakterze tykającej bomby, nie zaklnie szpetnie, potknąwszy się o rąbek sukienki, którą najchętniej zamieniłaby na luźne spodnie i pogniecioną koszulę. Kulawy syn właściciela podupadającego zakładu stolarskiego nie zaplącze się między nogami, pokazując w uśmiechu kilka nielicznych zębów. Nic z tego. Teraz można było liczyć jedynie na starca w stanie zaawansowanego upojenia alkoholowego, zmierzającego gdzieś z godnym podziwu zapałem i wodzącego dłonią po szarej ścianie kamienicy, jakby to miało pomóc mu w dotarciu do celu.

Przed małym, zadymionym barem, w którym to z niewiadomych przyczyn chętnie zbierali się przy kartach przedstawiciele okolicznej szlachty, spędzał kiedyś niemalże każdy dzień. Latem przesiadywał na niewielkiej ławeczce z książką w ręku, zimą wegetował, okutany w futra, czekając, aż komuś przypomni się, że można by już pomóc wrócić mu do domu. Czasem kuśtykał do drzwi baru, chwilę plątał się przy nich, próbując zwrócić czyjąś uwagę, z pomocą dostawał się do środka i ogrywał w karty wszystkich po kolei. To w zasadzie było jedyne, co mu się w życiu udawało. Matka zawsze nalegała, by ojciec zabierał go ze sobą „do ludzi”, ten jednak zdecydowanie wolał pozbyć się uciążliwego balastu i oddawać się przyjemnościom, więc co Markowi pozostało? Odkąd tylko zaczął rozumieć, co dzieje się dookoła, stał się ulubioną atrakcją pijaczków. Z początku sadzali go ze sobą jedynie dla zabawy, uczyli wszelkich gier i karcianych sztuczek tylko po to, by mieć satysfakcję z ujrzenia uśmiechu na zwykle chmurnej twarzy dzieciaka z sąsiedztwa, jednak potem, gdy już zorientowali się, że wyhodowali potwora, próbowali umywać ręce. Praktycznie zawsze znajdowali jakąś wymówkę, by nie pozwolić mu się przysiąść. Z pewnością ich portfele lepiej na tym wychodziły. Poza tym jak to tak? Zabawiać niepełnosprawne dziecko to zawsze coś, można zabłysnąć przed innymi, ale zadawanie się z dorosłym kaleką o cynicznym poczuciu humoru i talencie do psucia wszystkim wieczora? O nie, mało kto miał na to ochotę. Ojca to zdawało się nie obchodzić – gdy zostawiał syna w towarzystwie, opanowywało go poczucie dobrze spełnionego obowiązku i zupełnie przestawał zwracać na niego jakąkolwiek uwagę. Nie obchodziło go, czy ma zajęcie, czy znowu siedzi samotnie jedynie z własnymi myślami. Przecież gdyby to zauważył, powinien coś z tym zrobić, na przykład przygarnąć do własnego stolika… a wtedy już musiałby przyznać, że kaleka jest z jego krwi, co oczerniłoby go w oczach zakochanych w pieniądzach i próżniaczym życiu znajomych.

Znajomej ławki nie było, a bar zmienił się w hałaśliwy zakład fryzjerski o chwytającej nazwie „Strzyżonego Pan Bóg strzeże”. Bardzo to było, kurna, śmieszne.

Westchnął, pokręcił głową, chcąc uciąć potok niechcianych myśli. Ostatnio zbyt często dawał się porywać wspomnieniom. Gorzej przez to sypiał i szkodziło mu to na poczucie humoru.

– Jesteś pewien, że on nie mógł sam przyjść? Chyba że mu coś przez te lata nogi zeżarło? – jęczał Allan, od samego początku podróży ostentacyjnie zagapiony przez okno. Wprawdzie krajobraz, który migał wokół defendera, nie obchodził go szczególnie, ale wszystko było lepsze, niż patrzenie na brata, którego miał nadzieję nigdy już nie ujrzeć. Jeszcze by sobie pomyślał, że go obchodzi i że nie pojechał z nim tylko z czystej łaski.

– Zwariowałeś? Za nic by nie trafił – warknął Mark, nachylając się nad kierownicą tak, by móc lepiej widzieć wąskie chodniki po obu stronach drogi. – Skoro ja miałem problemy ze znalezieniem drogi, to tym bardziej on by jej nie zauważył, skoro nigdy tu nie był. A chyba lepiej kopnąć się na chwilę do miasta, niż potem szukać go po lesie przez tydzień?

– Może i lepiej by było, gdyby go coś w tym lesie zjadło – burknął zmiennoskóry. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że znowu zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, ale zwyczajnie nie potrafił przestać.

Mark go olał. Zatrzymał samochód przed niewielkim sklepem spożywczym, przed którym czekała znajomo wyglądająca postać. Niski człowiek był szczupły, miał nierzucającą się w oczy twarz o szlachetnych rysach i lekko skośne oczy, zupełnie jakby nieustannie je mrużył. Nie wyglądał na więcej, niż dwadzieścia parę lat, lecz sięgający samej ziemi skórzany płaszcz dodawał mu wieku. W okolonych gęstym i długim jak na wyverna zarostem ustach trzymał dopalonego niemal do filtra papierosa. Dłonie w skórzanych rękawiczkach bez palców gniotły czarno-białą gazetę z programem telewizyjnym, której kartki częściowo zasłaniały włosy koloru… rudego. Ale nie pomarańczowego, nie ognistego, a tak bezczelnie ryżego, że aż się na mdłości zbierało.

– Hej, ryża pokrako, wskakuj! – zawołał Mark przez otwarte okno.

– Ale ty zbrzydłeś przez te lata! – bez wahania odparował drugi wyvern, ściskając z trudem podaną prawą dłoń. Następnie spojrzał ciekawie na obrażającego się w fotelu pasażera Allana. – A ciebie to ja skądś znam?

– Allan, mój młodszy brat, spotkaliście się podczas pożaru w 1822. Też wpakowali go w to gówno. – Gdy tylko nowy pasażer ulokował się w samochodzie, terrorysta wykręcił bez pardonu, na moment blokując ruch na całej ulicy, i zawrócił w kierunku wyjazdu z miasta. Musiał przyznać, że opuszczał je z pewną ulgą.

– Poważnie?! To jest ten Allan?! – Loki zaśmiał się ogłuszająco, prezentując niebezpiecznie zaostrzone kły. – Oj, kędziorku, jak ostatni raz cię widziałem, to taki gówniak z ciebie był, że aż miałem ochotę podejść i ci gacie na łeb założyć, a teraz? Cholera, pięć razy bym się zastanowił! Może i parę dodatkowych kilogramów by ci nie zaszkodziło, ale wydoroślałeś.

– Kędziorku? – wycedził Allan z niedowierzaniem, jak tylko udało mu się odzyskać głos. – Nazwałeś mnie kędziorkiem?

– Właściwie to oświećcie mnie, bo nie jestem w temacie – wtrącił się Mark. – Spotkaliście się kiedyś później?

– Tak, niedługo po pożarze, wieki temu to było. – Loki machnął lekceważąco dłonią. – Na Itharianie się spotkaliśmy.

Mark zamyślił się na chwilę, próbując ze wszystkimi szczegółami przypomnieć sobie, co wiedział o Itharianie. Pamiętał, że ta niewielka wysepka, błąkająca się gdzieś na wodach Wszechoceanu w Drugim Świecie, nie podlegała żadnym prawom i słynęła właściwie z tylko jednego: ogromnej szkoły najemników i morderców. Zabijanie i walkę uliczną traktowano tam jak sztukę, a wychowankowie wielkiej akademii byli jej prawdziwymi mistrzami. Największym szacunkiem cieszył się tamtejszy niewielki zakon, szkolący ludzi do walki z wyvernami.

– Młody, co ty robiłeś na Itharianie, tak z ciekawości? – zagaił niby beztrosko.

– Chodziłem do szkoły. – Allan ziewnął demonstracyjnie i znowu zagapił się przez okno. – Wiesz, jak nie nosiło się teczki, to się będzie nosić woreczki.

– W szkole najemników byłeś?

– Tak. Co w tym dziwnego?

– Właściwie to nic. – Zgrzytnął zębami i włączył muzykę. Znajome nuty AC/DC jakoś zdołały pomóc w zapomnieniu o tym, że poniektórym chętnie ukręciłby łeb.

Ponownie mało brakło, a zupełnie przegapiłby błotnistą, leśną drogę. Skręcił właściwie w ostatnim momencie; samochodem zarzuciło, czego Allan nie omieszkał skomentować w niewyszukany sposób. Zacisnął zęby, gdy koła natrafiły na pierwsze dziury, ale na szczęście stary pojazd szybko zaczął sobie z nimi radzić.

Nie zwracał uwagi na nic. Choć to, że Loki i Allan zaczęli ze sobą rozmawiać powinno wprowadzić go w osłupienie, któremu należało się kilka złośliwych słów w roli komentarza, zdawał się zupełnie nie zwracać na to uwagi. Głosy pasażerów zlały się w jedno z terkotaniem potężnego silnika, tworząc uciążliwy szmer na samej krawędzi świadomości, nieumyślnie rozpraszający całą z trudem zbieraną uwagę.

Bo prawda była taka, że coś było nie tak. Za żadne skarby nie potrafił określić, skąd to wrażenie – pojawił się dziwny zapach? Usłyszał coś, czego się tutaj nie spodziewał? Przewrażliwiony, już po kilku chwilach wytężonego badania otoczenia zaczynał dostrzegać nieprawidłowości nawet w tym, że drzewa rosną inaczej, niż to zapamiętał. Były jakby bardziej wyprostowane, sztywniejsze, nieruchome i zgodnie przemieniające w krzyczący znak ostrzegawczy. Nie był pewien, czy powinien wierzyć akurat temu odczuciu, więc, zwalniając nieznacznie, wypuścił pierwsze macki magicznej sondy.

Tak, teraz już wyraźnie wyczuwał, że w domu ktoś był. Nie potrafił zliczyć jasno migoczących ogników myśli, wyraźnie kryjących się za jakimś rozbudowanym zaklęciem, mającym go zmylić, ale nie dał się zwieść ich pozornemu bezruchowi. Od domu czuć było czymś złym na kilometr. Szybko przekalkulował w myślach, jakie mają szanse w starciu z o wiele liczniejszym przeciwnikiem, nie zamierzając się łudzić co do zamiarów nieproszonych gości. Nie chciało mu się wierzyć, że tak świetnie chroniona magiczna zgraja mogła wpaść na przysłowiowe herbatę i ciastko – miał tyle lat, że spokojnie mógł zaufać intuicji. Kto w tych czasach robi znajomym przyjęcia-niespodzianki? Chyba tylko samobójca, nie spodziewający się, że ofiara „prezentu” w pierwszym odruchu wyciągnie pistolet i strzeli, a dopiero potem zastanowi się, do kogo mierzyła.

Skorodowana brama już dawno się nie zamykała, więc minął ją bez przeszkód. Zaparkował na kamienistym podjeździe w taki sposób, by w razie czego móc doskonale widzieć frontowe drzwi przez przednią szybę.

Zapobiegawczo cały wóz był kuloodporny. Czasami sam się zastanawiał, czy nie ma paranoi, ale w chwilach takich jak ta dziękował w duchu za tę cząstkę panikarza, którą został przez Opatrzność obdarzony.

Kolejnym, co mogło wskazać, że sprawy mają się na rzeczy, był ogar piekielny Allana, wybiegający zza domu i z cichym skomleniem niemogący się doczekać, aż jego pan wysiądzie na deszcz. Zmiennoskóry, widząc zwierzę na zewnątrz, i to w takim stanie, pobladł gwałtownie.

– Ładny potwór. – Niczego nieświadomy Loki wyskoczył w błoto i zbliżył się do wielkiego psiska na kilka kroków. Wyciągnął z kieszeni posrebrzany zegarek na łańcuszku, zamachał nim przed nosem zwierzęcia i dopiero po tym odważył się zanurzyć palce w gęstej, czarnej sierści. – Ile żre? Wygląda, jakby mógł cię połknąć w całości, synek.

Allan, wyjątkowo nie zwracając uwagi na to, jak został właśnie nazwany, wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Markiem. Lekkim krokiem, jakby zupełnie niczego nie przeczuwając, skierował się na tyły samochodu, podczas gdy wyvern zbliżył się do rudego.

– Wiesz, że za takie spoufalanie ten kundel powinien odgryźć ci dłoń w okolicy kolan? – zagadnął niby beztrosko.

– Myślisz, że jestem aż tak głupi? – Bóg zdrajców posłał mu pobłażliwy uśmiech. – Przecież go zahipnotyzowałem. Ale co wy… – Urwał gwałtownie, gdy tuż nad jego głową przeleciał długi miecz w obłożonej czarną skórą pochwie. Mark bez trudu złapał rzucone przez brata ostrze i wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Loki, wprawdzie nie do końca rozumiejąc sytuację, ale wiedząc, że coś należałoby ze sobą zrobić, przypadł do ziemi, sięgając do zatkniętego za pasek rewolweru. W tym czasie młodszy wyvern zdążył dopaść do drzwi, które prawie wyważył solidnym kopnięciem…

I tak to właśnie powinno wyglądać. Mark powinien wpaść do wnętrza i ewentualnego przeciwnika zaatakować bez ostrzeżenia, jednak okazało się, że ten ewentualny przeciwnik był nieco lepiej uzbrojony. Mianowicie w nowoczesny karabin maszynowy, groteskowo współgrający ze średniowiecznym strojem i długą, czarną peleryną.

Terrorysta zdążył uskoczyć właściwie w ostatnim momencie. Lata treningu i doskonały refleks nieśmiertelnego sprawiły, że bez trudu umknął pierwszej serii, lecz strzelający wyvern nie zamierzał długo utrzymywać zaskoczenia – lufa błyskawicznie skierowała się we właściwą stronę, w czerwonych oczach błysnęło coś na kształt zniecierpliwienia. Palec w skórzanej rękawicy już miał ściągnąć spust, gdy nagle na piersi mężczyzny wykwitła karmazynowa plama. Rozszerzyła się groteskowo, przybierając kształt skomplikowanego kwiatu o niezliczonej ilości płatków, zamazała się, gdy drgająca konwulsyjnie dłoń zacisnęła się na niej, i zniknęła, a bezwładne już ciało jak z zwolnionym tempie opadło na czarno-białą posadzkę.

Na chwilę zapanowała idealna cisza. Odgłos wystrzału nadal dźwięczał wyraźnie w uszach Marka, nie pozwalając skupić się na szukaniu dalszego zagrożenia. Zresztą to teraz nawet nie było najistotniejsze, bo jedynym, co poczuł, widząc padającego wyverna, nie była ulga, a strach. Paniczny strach i niedowierzanie. Odwrócił się gwałtownie, przesunął wzrokiem po równie zszokowanym Lokim i zatrzymał się na Allanie, właśnie od niechcenia sprawdzającym, ile nabojów pozostało w magazynku pistoletu. Dopadł do brata dwoma susami, złapał go za ramię tak mocno, że tamten aż jęknął.

– Co to miało być?! – wycedził. – Jakim cudem…?!

– Mark, nie żebym się czepiał, ale chyba mamy teraz inne sprawy na głowie. No i łap lepiej za wrzosa, z tym scyzorykiem wiele nie zrobisz… – Loki spróbował rozdzielić ich delikatnym gestem, jednak został zupełnie zignorowany.

– O co ci znowu chodzi? – Zmiennoskóry wyrwał się z pewnym wysiłkiem i dla pewności odsunął kilka kroków, choć jego spojrzenie nie wyrażało obawy, a czystą furię.

– Zastrzeliłeś go! Jak ty to niby zrobiłeś?!

– Jak to jak? – Parsknął wymuszonym śmiechem. – Naprawdę mam ci to tłumaczyć? Na broni znasz się lepiej ode mnie.

– Nie o to mi chodzi, i dobrze to wiesz. – Dłoń wyverna znowu zacisnęła się na ramieniu mężczyzny z siłą imadła. – Nie da się zabić wyverna jednym strzałem. Nie, jeśli nie wie się, gdzie celować… Kto, do jasnej cholery, cię tego nauczył?! Ta plamka na sercu ma niecały milimetr średnicy…!

– Wspominałem już chyba, że przez pewien czas szkoliłem się na Itharianie? A tobie nic do tego.

Mark odsunął się gwałtownie, jakby skóra brata parzyła. Allan wykorzystał to i ruszył w stronę drzwi, w pośpiechu przeładowując broń.

Terrorysta doskonale wiedział, że to nie najlepsza pora na to, by roztrząsać, co się stało, jednak myśli jak na złość nie zamierzały dać się uspokoić. W jednej chwili we w miarę poukładany umysł wdarł się dawny chaos.

Ach, więc Allan szkolił się na Itharianie. Szkolił się w zabijaniu wyvernów, doprecyzowując. Ciekawe dlaczego…?

Prychnął, rozdrażniony. Sam nie wiedział, jakie emocje powinna wzbudzić w nim wiadomość o tym, że brat prawdopodobnie uczył się po to, by zabijać jemu podobnych, ale on w tej chwili czuł tylko złość. Dziką, drażniącą, odbierającą zmysły, palącą do działania… Trzeba było na czymś to napięcie wyładować. Nieproszeni goście nagle zaczęli jawić się jako dar od niebios.

Jednym susem pokonał kilka stopni przed drzwiami. Rękojeść miecza nieprzyjemnie lepiła się do spoconej dłoni, gdy zanurzał się w ciemności korytarza. Zwykle tylko jednemu z wyverniego oddziału dawano karabin, tak więc miał nadzieję na…

Było ich kilkunastu. Długowłosi mężczyźni ustawili się rzędem, jak pluton egzekucyjny, w większości uzbrojeni w karabiny maszynowe. Trzech dzierżyło nowoczesne łuki bloczkowe, pozłacane groty strzał niebezpiecznie lśniły w słabym świetle. Między nimi przechadzała się kobieta – wysoka, smukła, wręcz eteryczna. Złociste loki opadały prawie do pasa, idealnie wykrojone czerwone usta odznaczały się wyraźnie na tle porcelanowej skóry i doskonale współgrały z rubinową suknią, szytą na średniowieczną modłę. Do skórzanego paska doczepiony miała sznur z drobnymi dzwoneczkami, wydającymi cichy dźwięk, ilekroć się poruszyła.

Katherine. Zjawiskowa, śliczna, piekielnie inteligentna wredna suka. Mark jednak musiał przyznać, że ona jedna potrafiła sprowadzić na ziemię dowódcę Jaromira, gdy mu odbijało…

Właśnie, Jaromir!

Okręcił się gwałtownie, odruchowo unosząc miecz w zasłonie na głowę. Doskonale pamiętał, jak pół-elf najbardziej lubił atakować swoją ciężką szablą… Tym razem jednak było gorzej.

Z początku zauważył jedynie parę czerwonych oczu, żarzących się w ciemności pozbawionego okien korytarza. Dopiero po dłuższej chwili ukazała się cała sylwetka wyverna. Na pierwszy rzut oka może i nie wyglądał szczególnie groźnie – ot dość niski, o ciemnych, tłustych włosach, sięgających nieco za ucho, w luźnych bojówkach i czarnym bezrękawniku z pentagramem. Dopiero gdy spojrzało się głębiej w jego źrenice, można było dostrzec pełgające w nich ogniki szaleństwa. Jedyną oznaką jego podobno królewskiego pochodzenia były uszy, nieco dłuższe, niż u człowieka i lekko spiczaste, jednak w rysach trochę kwadratowej twarzy na próżno było szukać typowo elfiej delikatności. Kilkudniowy zarost dodawał mu wieku, choć w momencie przemiany mógł mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat.

Ale największy problem stanowiło to, że nie zamierzał atakować szablą. O nie – w ręku trzymał długi łuk, obłożony czarną skórą. Białe lotki strzały muskały opatrzone całym arsenałem kolczyków ucho, naciągająca cięciwę ręka nawet nie drżała.

– Coś ci się przytyło, Jaro – warknął Loki, wyłaniając się zza ramienia Marka.

Łucznik nawet nie drgnął. Obdarzył rudego niechętnym spojrzeniem i prawie natychmiast skupił się z powrotem na terroryście, widocznie nie uznając Przedwiecznego za zagrożenie.

– Ty się lepiej nie ruszaj, von Lahman – syknął – bo palce mam już śliskie od potu.

– Skąd to oschłe powitanie? Przecież jesteśmy przyjaciółmi… – Wyvern, choć starał się uśmiechnąć, powoli odłożył długi miecz na podłogę. Starał się, aby wszystkie jego ruchy były powolne, płynne i wyważone, ale i tak ciągle miał wrażenie, że tamten w każdej chwili może stracić cierpliwość. Pozłacany grot strzały z pewnością nie wróżył świetlanej przyszłości temu, w którego ciele by się zanurzył.

– Pierwsze słyszę! – Jaromir parsknął śmiechem. – Katherine, proszę, uświadom pana.

Dziewczyna zaśmiała się perliście. Z pewnością w takiej chwili przypominałaby senne marzenie każdego szanującego się mężczyzny, gdyby nie to, że wyjęła właśnie ze skórzanego pokrowca grawerowaną runami kuszę.

– Jak to pierwsze słyszysz? – Mark warknął ostrzegawczo, gdy jeden z łuczników spróbował zajść go od tyłu. – Człowieku, mało to razy ci dupę ratowałem?!

– Widocznie za mało. Nie wiem dokładnie, co takiego sobie ubzdurałeś, ale myślałem, że już parę lat temu zorientowałeś się, że nie jestem z tych, od których można oczekiwać dozgonnej wdzięczności. – Przez chwilę wyglądał, jakby chciał splunąć. – Wykonuję rozkazy. Ryjisjaveeik wyraźnie poprosił mnie, żebym cię aresztował i do niego przyprowadził.

– Poprosił? – wycedził. Udał, że słowa nie zrobiły na nim jakiegokolwiek wrażenia, choć w sercu na moment poczuł nieprzyjemne pieczenie.

Ryjisjaveeik. Ryjiv. Przyjaciel, brat wspólnik… a wreszcie również zdrajca, wróg i morderca. I dlaczego? Dla władzy? A czy mało razy próbował uświadomić mu, że nie pragnie jego pozycji?

– Nie macie na nic dowodów – parsknął pogardliwie.

– Owszem, tym razem mamy. Choćby setki gazet i programów telewizyjnych. Spokojnie starczy na kąpiel w Trującym Źródle. Teraz jeszcze dochodzi to. – Ruchem głowy wskazał na martwego strzelca, nadal leżącego w progu. – Niestety idziecie z nami. Nikt nie wspominał, że macie dotrzeć nienaruszeni, więc radziłbym nie stawiać oporu, bo nikt tutaj nie powstrzyma się przed lekkim obiciem buźki słynnego Pożeracza Światów.

– Co z pozostałymi? – wtrąciła Katherine. – Ich nikt nie wziął pod uwagę…

– Na nich też coś się znajdzie – zbagatelizował.

– Ty chyba nie wiesz, kim ja jestem! – Loki wyrwał się nagle naprzód, tracąc cierpliwość. Zawył ze wściekłości, gdy dwóch mężczyzn błyskawicznie chwyciło go pod ramiona i docisnęło do ściany.

– Ach, ty. – Jaromir wywrócił oczami. – Przedwieczny Loki. Bóg kłamców, zdrajców i czegoś tam jeszcze. Nie przynudzaj, mało mnie to interesuje.

– Jestem najstarszym z żyjących wyvernów! Mam tyle lat, że wam się to nawet nie śniło! Widziałem początki cywilizacji..! Byłem podczas powstania Wielkiej Przepowiedni o Pożeraczu! Nie żyje nikt, kto byłby świadkiem moich narodzin…!

– Skoro nikt twojego przyjścia na świat nie może potwierdzić, równie łatwo będzie cię usunąć. Jakbyś nigdy nie istniał. – W półmroku błysnęły ostre kły, choć głos pozostał pełen udawanej troski. – Taki z ciebie malutki narcyzek. Ja na przykład miałem objąć we władanie cały Drugi Świat, a się nie chwalę. Zwiążcie ich wreszcie! – Machnął na wojowników. – A tego rudego zakneblujcie.

Zwykle blada twarz Lokiego zbielała zupełnie.

Mark postanowił nie zwracać uwagi na to, że wojownicy Jaromira przeszukali ich nader niedokładnie. Zasznurował usta i spuścił wzrok, posłusznie pozwalając, by zapięli mu na nadgarstkach pozłacane kajdany. Skóra piekła niemiłosiernie, moc jakby nagle skuliła się i schowała gdzieś w samym środku, nie reagując na wołanie, lecz ignorował to, wciąż mając przed oczami znajomą twarz. Twarz Ryjisjaveeika.

***

Przewodnicy ani razu nie sprawili wrażenia, jakoby los więźniów choć w minimalnym stopniu ich obchodził. Dumni, wręcz pyszni, odwracali wzrok, nie chcąc choćby zaszczycać ich wyniosłymi spojrzeniami, i zdecydowanie zbyt często zapominali o tym, że narzucone tempo marszu nie jest najlepszym dla kogoś ze związanymi na plecach rękami. Allan, cierpiący najbardziej ze wszystkich z powodu braku nadludzkiego refleksu, od częstych upadków miał już poobdzierane ze skóry kolana. Mark nawet ze sporej odległości czuł zapach jego krwi i widział, że zaczyna utykać.

Najgorszy w tym wszystkim zdawał się jednak Jaromir. Podczas gdy strażników zwyczajnie nie obchodzili, tak od niego bez trudu wyczuwał coś jeszcze, co ani trochę mu się nie podobało. Satysfakcję. Pół-elf w głębi ducha się cieszył – widok potężniejszych od niego, zmuszonych do takiego poniżenia, bawił go i napawał mściwym samozadowoleniem. W końcu to on sprawił, że pierwszy raz komukolwiek się pokłonili. Zmusił do posłuszeństwa samego Antykreatora!

Z całych sił zaciskał zęby, starając się zbyt ostentacyjnie nie pokazać tego, że nawet zakuty w złocone kajdany potrafiłby zmiażdżyć pyszałkowatego łucznika jednym, niewysilonym spojrzeniem. Zamiast tego rozglądał się wokoło, szukając pretekstu, by nie musieć odpowiadać na drwiny strażników.

Święte Góry zawsze wywoływały w nim niewytłumaczalne wrażenie spokoju i wpędzały w melancholię. Choć doskonale wiedział, że nawet na pierwszy rzut oka nie ma w nich nic przyjaznego, tak jedynie wśród ich skalnych rozpadlin czuł się prawdziwie bezpiecznie. Przesycone magią powietrze zdawało się wręcz drgać, migocząc drobnymi, niedostrzegalnymi dla ludzkiego oka kryształkami, jak przesiąknięte tanim brokatem. Już prawie dwieście lat temu odkrył, że bez żadnego trudu potrafił te drobinki kontrolować – zatrzymywać w miejscu, formować w rzeki, tworzyć niewielkie wiry. Bo to była najczystsza, namacalna magia, a ona zawsze była mu posłuszna.

Ścieżka nie była może szczególnie stroma, ale dla kogoś o ograniczonej możliwości ruchu jawiła się jako mordercza wspinaczka ponad siły. Luźne kamienie, zalegające podłoże, lubiły osuwać się w najmniej spodziewanych momentach, a sama równiejsza wstęga wiła się pomiędzy siwymi skałami, niekiedy skręcając pod kątem prostym. Uskoki i strome podejścia były tu czymś naturalnym i teoretycznie łatwym do pokonania dla kogoś silniejszego i wytrzymalszego od człowieka… ale pod warunkiem, że ten ktoś miał wolne ręce. Mark parę razy również się przewrócił, nie zdoławszy w porę zachować równowagi na zdradliwszych odcinkach. Wznoszące się dookoła skały i górskie szczyty przyjmowały przeróżne, niekiedy wręcz niemożliwe kształty, z pewnością nocą potrafiąc przyprawić o mocniejsze bicie serca. Nigdzie nie widać było wysokich drzew – tę część już dawno pozostawili za sobą. Drogę wytyczały karłowate górskie sosny, nieraz powykręcane jak od reumatyzmu, czepiające się wszystkiego kurczowo anemicznie wyglądającymi korzeniami, bladymi i jakby niezdrowymi. Chwilami sprawiały wrażenie, jakby zdolne były do ruchu, a zamarły jedynie na moment, po to, by przyjrzeć się nietypowym wędrowcom.

Mark zaśmiał się niedyskretnie, wyobraziwszy sobie, jak jedno z sięgających mu do pasa drzewek wygrzebuje się nagle z ziemi i odbiega, szybko przebierając korzonkami, jak maleńkimi nóżkami. Jaromir obejrzał się na niego jak na niespełna rozumu.

– Ile jeszcze? – jęknął w pewnym momencie Allan. Spojrzenie miał zaskakująco rozbiegane i nieobecne, a oddech szybki i spazmatyczny, jakby obecność obcych wyvernów nie pozwalała mu na normalne zaczerpnięcie powietrza.

– Jakieś pół godziny – odparła Katherine.

Jaromir syknął, ucinając rozmowę.

Mark odruchowo uniósł wzrok i przyjrzał się wnikliwie prowadzącej dwójce. Po wysokiej dziewczynie jak na dłoni widać było, że zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Jak się okazało, pupilka Jaromira jako jedyna z oddziału miała serce, a nie czarną pustkę w jego miejscu… Przez chwilę odniósł wrażenie, że wstydzi się za swojego mistrza, lecz uznał to za złudzenie.

Zresztą, czego się spodziewał? Doskonale pamiętał, jak to kiedyś wyglądało. Katherine jeszcze jako mała dziewczynka darzyła Jaromira czymś więcej, aniżeli szacunkiem. Nieraz miał wrażenie, że wyvernica jest mu bezgranicznie oddana, ufna i zupełnie ślepa na to, jak ją traktuje. Oj tak, wyglądało to na ślepe posłuszeństwo, lecz każdy z choć odrobiną rozumu mógł łatwo domyślić się, jak gorącym uczuciem jest w rzeczywistości…

Mark nigdy nie miał szacunku do kobiet, które dawały się traktować w ten sposób. Kiedyś budziły w nim litość i chęć pomocy, ale po tylu latach nauczył się, że podejmowałyby działanie, gdyby sytuacja naprawdę im nie odpowiadała.

Niedużo czasu minęło, jak otaczające ich skały stały się bardziej strome, popękane i wyższe. Tu już nie było chorych sosen, a jedynie rdzawobrązowy porost, zdający się pożerać wszystko wokoło, nadając miękkości nawet ostrym odłamkom kamieni na drodze. Dzięki niemu miał nie chrzęścił pod butami. Gęsta jak mleko mgła wiła się na wysokości gostek, momentami uniemożliwiając dojrzenie podłoża. Rozrzedzała się wyżej, by następnie formować na powrót tuż ponad głowami, tak nieprzenikniona, że nie sposób było dojrzeć przez nią błękit nieba. Tworzyła wrażenie poruszania się niskim tunelem, ściskające gardło pierwszymi objawami klaustrofobii.

Między dwoma szczególnie stromymi skalnymi szczytami kryły się strome schody, tak wąskie, że aż niemożliwe do pokonania dla dwóch osób idących obok siebie. Każdy stopień ozdobiono precyzyjnie wyrytymi runami, płonącymi czerwonawym, ognistym blaskiem pod wpływem dotyku. Na ich szczycie można było przekonać się, że wbrew pozorom nie dotarło się na czubek góry, a do głębokiej kotliny w kształcie nieregularnego okręgu. Całość przypominała grecki amfiteatr – na sam dół prowadziły kolejne stopnie, tym razem szerokie i wygodne, zaś całe płynnie opadające zbocze uformowano w widownię. Na gładkim kamieniu eliptycznej sceny wieki temu położono ogromny, płaski u szczytu kamień, kojarzący się z groteskowym ołtarzem, otaczał go za to niewielki kamienny krąg. Cała mgła zdawała się mieć swoje źródło właśnie w tym miejscu.

Wszystkie skalne formacje, nawet najmniejsze kamienie, wyglądające jak przypadkowe odłamki większych tworów, usiano czerwieniejącymi pod dotykiem runami tak mocno, że aż zdawały się pulsować. Kręciło się od tego w głowie i z początku trudno było zachować równowagę. Mark i Loki, już nieraz zmuszeni do oglądania tego widoku, zatrzymali się jedynie na chwilę, potrzebując przyzwyczaić oczy do zaburzanej migotaniem perspektywy, lecz Allan zatoczył się, w ostatnim momencie ratując przed upadkiem. Usiadł ciężko na jednym z siedzisk widowni, dysząc ciężko i zaciskając powieki. Mark zauważył na jego czole krople lodowatego potu, odniósł wrażenie, że zmiennoskóry boi się tu choćby mocniej odetchnąć.

Następnie całkowicie zrezygnował z zamartwiania się stanem brata. Bo zobaczył postać kryjącą się między kamiennymi kolumnami.

Mężczyzna wyglądał na około trzydzieści lat, był szeroki w ramionach i dobrze zbudowany. Nie okazywał się może najwyższy, ale solidnie rysujące się na przedramionach mięśnie zwiastowały nadzwyczajną siłę fizyczną. Pewna siebie, wyprostowana postawa zdawała się wręcz zaproszeniem do walki, czerwone oczy błyszczały niezdrową chęcią działania, kontrastując ze spokojną, wręcz zamyśloną twarzą. Jasne jak słoma włosy opadały na potężne barki, lekko muskane powiewami lodowatego, wysokogórskiego wiatru, niosącego ze sobą zapach śniegu i zapowiedź nieodległej burzy. Widząc delegację, uniósł lekko głowę, jakby doskonale słyszał ich nadejście już od dłuższej pory. Niespiesznie sięgnął do leżącej bezpośrednio na ołtarzu pochwy, dobył długiego tasaka o lekko rozszerzającym się ku sztychowi, jednosiecznym ostrzu i finezyjnie wygiętym jelcu, wraz z hakowato zakończoną głowicą tworzącym osłonę palców.

Mark wiedział o szablach wyvernich, sam nawet posiadał kilka, choć jego ulubioną bronią od zawsze pozostawał długi miecz, miecz Antykreatora, obiekt z Wielkiej Przepowiedni, podobno magiczny i śmiertelnie groźny, zaś w jego rękach pozostający zwykłym kawałkiem starej jak oba światy hartowanej stali. Teraz jednak dałby wszystko, by móc poczuć w ręce znajomy ciężar dziwacznego tasaka. Skrzywił się, gdy przypomniał sobie, że tę przerażającą broń ponad sześćset lat temu zaprojektował Jaromir, właśnie protekcjonalnie pchający go w plecy, przez co stracił równowagę i runął na kolana.

To było tak, jakby pokłonił się przed obserwującym go z pobłażliwym uśmiechem Ryjisjaveeikiem. Syknął pod nosem, w ostatnim momencie przełykając przekleństwo.

Wszyscy strażnicy jednocześnie zasalutowali – nawet Loki zreflektował się w ostatnim momencie, decydując się zrezygnować z obrażonej pozy i okazać szacunek. Tylko on pozostał w niezmienionej pozycji, zaciskając palce w pięści. Wręcz modlił się w duchu, by Ryjiv zdecydował się na próbę walki. Chociaż, co to za różnica, jeśli nawet jej nie zaproponuje? Nie mógł przecież odmówić, gdyby rzucono mu bezpośrednie wyzwanie. A stary nóż desantowy w ukrytej w nogawce pochewce zdawał się aż parzyć, zachęcając do walki.

– Panie, zdołałem go przyprowadzić, jak widzisz – odezwał się Jaromir. Nietrudno było zauważyć, że w jego tonie brakowało szacunku należnego władcy, ale jasnowłosy wyvern nie wyglądał, jakby szczególnie się tym przejął. Dopóki ważniak zdawał się użyteczny, dopóty Ryjiv zamierzał go przy sobie trzymać. Mark doskonale pamiętał, że władca ma wybitny talent do zjednywania sobie ludzi, którzy wydawali mu się do czegoś przydatni.

– Witaj, Mark. – Ignorując łucznika, zwrócił się bezpośrednio do klęczącego. Uśmiechnął się szeroko, rozkładając serdecznie ramiona i postępując kilka kroków, jakby zamierzał go uściskać. Szabli jednak nie wypuścił.

– A sczeźnij w piekle – syknął najemnik, spluwając mu pod nogi. – I nie zbliżaj się. Jak śmiesz choćby patrzeć mi w oczy?!

– Jak śmiem? – Władca wyglądał na szczerze zaskoczonego. – Mógłbym spytać cię o to samo. Jakim prawem zwracasz się do mnie takim tonem po tym wszystkim, co zrobiłeś?! Powinienem rzucić cię Szarańczy na pożarcie, i to bez procesu, wiesz o tym?

Mark nie wyglądał, jakby szczególnie przejął się wzmianką o oddziale specjalnym wyverniej armii. W końcu sam niegdyś mu przewodził.

– A co ja takiego zrobiłem? – Przechylił głowę, udając, że się zastanawia. – Chodzi ci o tych kilka zamachów, za które poszedłem do ludzkiego więzienia? A nie umknęło ci przypadkiem, że nie użyłem do nich niczego, czego byś wcześniej zakazał? Nie masz prawa mnie o to sądzić.

– Ja nie o tym. – Pokręcił głową, krzywiąc się w teatralnym współczuciu. – Miałem na myśli wszystko to, co działo się podczas wojny. Prawie sto lat temu. Tyle czasu, a ty jeszcze nie raczyłeś się wytłumaczyć.

– Podczas wojny jedynie ratowałem życie.

– Tak? Morderstwa na bezbronnych ludziach w ciele wyverna uważasz za ratowanie życia? A może chroniłeś siebie, gdy armia wypuszczała się na Stalingrad?

– Proszę, o Stalingradzie nie rozmawiajmy. Pragnę przypomnieć, że za to i tak oberwało mi się wystarczająco od samych ludzi – wycedził.

– Nadal nie wytłumaczyłeś się z pierwszej przewiny. Słucham. – Ostentacyjnie skrzyżował ramiona na piersi i oparł się o kamienny ołtarz.

– Nie zabiłem nikogo niewinnego. Ale nieistotne – warknął Mark. – Istotniejsza jest zupełnie inna kwestia… Czemu ty nic nie zrobiłeś w czterdziestym piątym?

– Ach, to? Ty nadal to pamiętasz? – zaśmiał się szczerze. – Nie przypuszczałbym… Drobny wypadek przy pracy, i tyle. I tak miałeś zostać poddany procesowi, po którym pewnie poturbowano by cię jeszcze bardziej.

– Ty to nazywasz wypadkiem? – Lekko się uniósł. Nie zamierzał dłużej czekać – ku zaskoczeniu strażników więzy opadły nagle, przepalone językiem ognia. Ognia, który był zupełnie czarny. – Masz pojęcie, jak to się dla mnie skończyło? Ile lat leczyłem się z obrażeń? Jak trudno było wykpić się z awantury w Norymberdze?!

– Właśnie, Norymberga… – Cmoknął, jakby zdegustowany. – Nie uważasz, że to dość śmieszne, że dzięki tej akcji ludzie sami zawiązali sobie oczy? Mieli na wyciągnięcie poznanie tajemnicy, a zabili wszystkich, którzy mogliby coś wiedzieć… Ale nie ciebie, Mark. Więc o co ci chodzi? Rozumiem, że wycieczką do kurortu to z pewnością nie było, ale żeby żywić urazę tyle lat?

– Dlaczego mnie wtedy stamtąd nie wyciągnąłeś? Dlaczego osłabiłeś mnie na tyle, bym nie narozrabiał samodzielnie, wcisnąłeś tam i zostawiłeś na pastwę ludzi? Masz pojęcie, do jakiego stanu mnie doprowadzili? Mnie, gdy mógłbym spalić ich jednym pstryknięciem palców! A może według ciebie taka miała być moja pokuta? Zdechnąć tam dla dobra naszego i waszego?

– Ale czy coś się w ostatecznym rozrachunku stało? Żyjesz? Żyjesz. Więc w czym jeszcze problem? Nie miałem wpływu na to, co wtedy się działo. – W czerwonych, zaskakująco starych oczach na moment pojawił się dziwny błysk, jednak zniknął na tyle szybko, by Mark nie potrafił go zinterpretować.

– Nie wkurwiaj mnie, Ryjiv – syknął. – Nie miałeś wpływu, tak? Trzymasz oba światy w garści, a nie miałeś wpływu na wyciągnięcie z pierdla jednego smutnego żołnierzyka? W dodatku spoglądając na to, że ten smutny żołnierzyk nieraz w przeszłości uratował ci dupę, raz nawet na powrót wsadzając ją na tron?

– Widzę, że tak się nie dogadamy. – Zmęczonym gestem pomasował czoło, jakby zaczynała go boleć głowa.

Strażnicy postąpili kilka kroków naprzód, widząc, że Mark wstaje z kolan i bez wahania rusza w kierunku jasnowłosego władcy, lecz stanęli, zatrzymani w miejscu jego cichym warknięciem i niewidzialną siłą, naraz zaciskającą się na gardłach. Wiedzieli, że wystarczył jeden nieostrożny ruch, by niewidzialne dłonie zmiażdżyły im krtanie. Jaromir bez słowa nałożył strzałę na cięciwę łuku, czekając tylko na rozkaz.

Allan milczał, przyglądając się wszystkiemu ze stoickim spokojem. W głębi serca czuł, że spotkanie wyvernów, spośród których co drugi był szaleńcem, musi skończyć się rozlewem krwi. Nie obchodziło go to, dopóki krew nie była jego. Tak to niech się dzieje co chce.

– Nie zamierzam z tobą rozmawiać. – Mark nie przypominał już wyverna. Teraz wyglądał jak Antykreator z prastarej przepowiedni. Magia, jak zwykle gotowa kształtować się podług jego woli, zakotłowała się z ekscytacją, zatykając uszy. Katherine zaklęła, gdy zorientowała się, że z nosa pociekła jej stróżka krwi. – Nie chcę rozmawiać, Ryjiv. Chcę próby walki.

– Wiesz, że próbę walki niegdyś nazywano Próbą Kwiatów? – Starszy wyvern spojrzał na niego z powagą i niespodziewanym smutkiem. – To pewnie miało zamaskować to, jak obrzydliwym czynem się stała… Jesteś pewien? Któryś z nas nie wyjdzie z tego cało. – Bez żadnego wysiłku zakręcił szablą ósemkę. Chwycił opierającą się o rzeźbioną kolumnę okrągłą wikińską tarczę, podrzucił ją i zawiązał troki na ramieniu z wieloletnią wprawą, jakby przez całe życie nie robił nic innego. – Jesteś słaby, Pożeraczu. Słaby psychicznie. I to mnie martwi, bo przepowiednia tego akurat nie przewidziała. Boję się pomyśleć, jakie konsekwencje może mieć słabość u kogoś, kto w przyszłości ma obrócić świat w drzazgi.

– Jeśli podejmiesz wyzwanie, nie będziesz musiał się przekonywać. – Jeden z fioletowych języków ognia liznął ramię Jaromira. Łucznik zaklął szpetnie, podskoczył i upuścił broń. Jak każdy wyvern, nie przywykł do tego, by ogień był w stanie go skrzywdzić.

– Nie mogę odmówić. Ale ty możesz zrezygnować. – Ryjisjaveeik postąpił kilka kroków, zatrzymał się na środku kamiennego kręgu. – Masz jeszcze szansę. Bo nie mogę obiecać, że nie będzie bolało. Wiesz dobrze, że w uczciwej walce nie masz ze mną szans. Tu już nie o potęgę chodzi, a doświadczenie.

– Zaryzykuję. – Spojrzenie Marka stężało.

Allan odruchowo stulił ramiona.

– Skoro tak… – Władca westchnął ciężko, jakby niechętnie. – Niech no któryś da mu miecz. Tylko nie nadłamany, bardzo proszę. Nie będzie przecież przegrywał z gołymi rękami. – Wyglądał na doskonale nad sobą panującego. Pokręcił głową, chcąc rozluźnić napięte mięśnie karku, w niczym nie zdradzając, by jakkolwiek obawiał się nadchodzącej walki. Stoczył już tyle podobnych, że przestały robić na nim wrażenie.

Mark nadgarstki miał poparzone i krwawiące przez wcześniejszą styczność ze złotem, jednak zdawał się tego nie zauważać. Powietrze wokół jego postaci elektryzowało się i trzaskało, jakby nie mogąc wytrzymać napięcia. Bez wahania chwycił rzucony mu miecz, na próbę zamachnął się nim, chcąc sprawdzić wyważenie. Broń była dobra. Może o wiele krótsza od tej, do której przywykł, ale dobra. Jaromir przecież nie dałby swoim żołnierzom byle złomu. Prawie natychmiast, gdy zatoczył nią w powietrzu okrąg, po klindze popełzł pierwszy język ognia. Metal pociemniał i nabrał zupełnie innego połysku.

Allan miał głupie wrażenie, że tajemnicza misja, w którą został wplątany dzisiejszego ranka, szybko dobiegnie końca. Wierzył w brata, wiedział, że Mark umie świetnie walczyć. Ale litości – jak miał mierzyć się z kimś, kto miał ponad osiemset lat i właśnie zdolnościami szermierczymi wybił się na swoją pozycję?! W dodatku osłabiony przez wyssaną przez szlachetny kruszec energię, ranny, zmęczony… To nie mogło skończyć się dobrze.

Ryjisjaveeik, nagle wybuchając radosnym śmiechem, rozłożył szeroko ramiona, jakby zapraszając młodszego wyverna do tańca.

Jeśli Allan kiedykolwiek miał wyobrażenia odnośnie pojedynku dwóch wyvernów, dość szybko przekonał się, że były one fikcją. Spodziewał się zabójczej szybkości, rozmywającej postacie w nieregularne smugi, tanecznej pracy nóg, precyzyjnych cięć, gracji i siły, bijących z każdego ruchu. Przeliczył się.

Nie mógł odmówić Ryjisjaveeikowi bycia utalentowanym szermierzem. Zdawało się, że jasnowłosy wyvern czerpie radość z każdego najdrobniejszego ruchu, że żadne ze skomplikowanych cięć i zasłon nie stwarzają mu problemu, jakby był do tego stworzony. Uśmiechał się, pewny tego, że wygrać może nawet z palcem w uchu. Każda najdrobniejsza kropla potu, jaka spływała po jego idealnie wyrzeźbionym ciele, była podkreśleniem siły i zdecydowania, z jakimi wyprowadzał kolejne ciosy.

Mark wyglądał zgoła inaczej. Jego ruchom zdecydowanie brakowało tanecznej gracji i płynności. Tam, gdzie władca był urodzonym fechmistrzem, tam Pożeracz Światów okazywał się maszyną do zabijania. Żadna z jego zasłon nie była stawiana na próżno, każdy z ataków wyprowadzał tak, jakby zamierzał nim zabić. To na nim skupiały się spojrzenia wszystkich obserwujących starcie, zagnieżdżając w żołądkach niekontrolowany lęk. Ten niepoprawny awanturnik był niezniszczalny i wiedzieli o tym wszyscy.

Władca wiedział, że wygra.

Pożeracz Światów wiedział, że musi wygrać.

Z kling sypnął się snop iskier, gdy Mark rzucił się w kolejnym morderczym ataku. Tym razem jednak coś poszło nie tak – w momencie, w którym spróbował odskoczyć, chcąc sparować nadchodzącą odpowiedź, przeciwnik gwałtownie ruszył się z miejsca. Aż jęknął, gdy Ryjiv uderzył go tarczą w pierś, jednak zdołał odzyskać równowagę, odskakując kilka kroków w tył. Mając nadzieję, że tym zdoła przeciwnika zmylić, rzucił się gwałtownym wypadem do przodu… I wtedy właśnie ciężka szabla ścięła klingę jednoręcznego miecza jak zapałkę, tuż przy rękojeści. Zaklął, nie zdążywszy się wycofać, następnie runął na ziemię, uderzony rantem tarczy w kark. Zaklął, w ostatnim momencie zdoławszy się przetoczyć i uniknąć sztychu, pędzącego w stronę serca. Zdołał podnieść się i oddalić na bezpieczną odległość, ciężko dysząc.

Ryjiv wyglądał na wręcz obrzydliwie zadowolonego z siebie. Stanął w normalnej postawie, opuścił tarczę, a szablę oparł na ramieniu. Mark okrążał go jak drapieżnik, choć sam przed sobą bał się przyznać do tego, że chyba właśnie przegrał.

Próba walki miała własne, ścisłe zasady. Jedną z nich było to, że każdy z walczących mógł mieć tylko jedną sztukę broni. A że on swoją właśnie stracił…

– Mógłbym dać ci jeszcze jedną szansę – westchnął Ryjiv. – Ale wiem, że i tak mnie nie posłuchasz.

– Nie zamierzam. – W gniewnym grymasie błysnęły ostre kły.

– Cóż… Więc niech będzie tak, jako sobie życzysz.

Szabla świsnęła w powietrzu, gdy starszy wyvern rzucił się do przodu.

Allan zaklął i zerwał się z miejsca, gotów popędzić na scenę nawet ze związanymi rękoma. Dwóch strażników zastąpiło mu drogę. Spróbował się wyrwać, lecz byli o wiele silniejsi od niego. Mógł jedynie bezradnie patrzeć, jak jego starszy brat unika kolejnych cięć, coraz mocniej spychany na samą krawędź pola walki.

To już nie był pojedynek. To przecież była egzekucja!

Najemnik nagle natrafił plecami na mur, odgradzający widownię od sceny. Zatrzymał się, klnąc w myślach. Jak w zwolnionym tempie, jednosieczna klinga uniosła się do ostatniego ciosu i runęła w dół, szybko, za szybko, nieubłaganie…

Rzucił się w przód, warcząc głęboko.

Allan nie miał pojęcia, co takiego się stało. Widział, jak szabla Ryjisjaveeika minęła młodszego wyverna w ostatnim momencie, jak władca zachwiał się pod impetem ciosu, a Mark dosłownie rzucił na niego, jakby chciał powalić gołymi rękoma… Nie dziwił się nawet. Każdy w takim momencie byłby na tyle zdesperowany, by uciec się do czegoś takiego…

Tylko że przerwa trwała zbyt długo.

A potem stało się coś, w co nie mógł przez dłuższą chwilę uwierzyć. Ryjiv powoli opadł na kolana, nagle pobladły, w jego oczach błysnęło niedowierzanie.

– Łyso ci? – syknął Mark, uśmiechając się szeroko. Grymas nie zdołał objąć czerwonych oczu, płonących dziwnym światłem.

– Ty gówniarzu… – wycedził jasnowłosy.

Allan ze zgrozą zauważył, że splunął krwią. Wyglądało na to, że pokrętny, niehonorowy i nieskupiający się na technice styl młokosa okazał się być tym razem górą.

Żylasta prawa ręka, ozdobiona nieregularną blizną, chwyciła mocno za krawędź tarczy i ściągnęła ją w dół. Lewa poruszyła się jeszcze raz, powiększając ziejącą w brzuchu władcy ranę. Krótki nóż desantowy jeszcze kilkukrotnie wbił się w wiotczejące ciało aż po rękojeść.

***

Iskry symbolicznego stosu pogrzebowego strzelały pod samo niebo. Wzbijały się ku gwiazdom, rozbłyskiwały, zamierając na moment, jakby chcąc stać jednymi z nich, i opadały powoli, migocząc w agonii. Ciemność napierała ze wszystkich stron jak żywa, tylko czekając na to, aż ktoś znajdzie się poza gwarantującym bezpieczeństwo kręgiem ciepłego światła. Czarna, zupełnie nieruchoma postać stała zbyt blisko szalejącego żywiołu i wpatrywała się w płomienie od dłuższego czasu, jakby potrafiąc coś zeń odczytać.

Był tam Allan von Lahman, rozkuty już jakiś czas temu, lecz wciąż pocierający obtarte nadgarstki natrętnym ruchem, nijak niepotrafiący ułożyć sobie w głowie tego, czego akurat był świadkiem. Napawało go to lękiem, ale też niezrozumiałym smutkiem, do którego sam przed sobą bał się przyznać. Tuż obok niego stała Katherine, piękna i nieszczęśliwa jak zwykle, o włosach lśniących jak szczere złoto. Posępna, milcząca, zdradzona, pokonana, pogardzana przez tego, na którym zależało jej najbardziej.

Jaromir nawet nie patrzył w jej stronę. Dosłownie skulony w niemym krzyku: „nie chcę tu być!”; niegdyś ktoś, komu do stóp padał cały Drugi Świat, obecnie zdegradowany do pozycji zbrojmistrza i chłopca na niewygodne posyłki. Zaciskał dłonie ze wściekłości, ledwo będąc w stanie nad sobą zapanować. Lecz w jego oczach było coś jeszcze – jakiś tajemniczy, niemożliwy do zinterpretowania błysk… Loki przez chwilę próbował mu się przyglądać, mając nadzieję, że dostrzeże coś jeszcze, jakąś wskazówkę, co tamten tak naprawdę myśli, lecz jego nadnaturalny wzrok i wyćwiczony tysiącletnią tułaczką po świecie zmysł odgadywania emocji tym razem zawodziły.

Każdy z nich wiedział, że nie powinien zbliżać się do stojącego tuż przy ogniu Marka von Lahmana. Teraz nie przypominał już potężnego, młodego wyverna. Teraz był Pożeraczem Światów ze starej, niejasnej legendy, po którym gołym okiem widać było stanowczość kogoś, kto nie poddaje się nigdy. Nawet jeśli miało to oznaczać zabicie przyjaciela. I to zabicie w tak niehonorowy sposób, jakim było dźgnięcie nożem, którego nawet nie powinien mieć.

– Mark? – zawołał cicho Allan. – Wiem, że moment nie jest najlepszy, ale nie da mi to spokoju. O co chodziło z Norymbergą?

– Nie chcesz wiedzieć – odparł z zaskakującym smutkiem, nawet nie odwracając twarzy od płomieni.

– Nie chcę wiedzieć? – Zmiennoskóry spodziewał się dosłownie każdej odpowiedzi. Oprócz tej jednej. – I nic więcej? Że to był przypadek, nieszczęśliwy zbieg okoliczności, intryga… kara?

– To była zdrada – syknął. – I tyle musi ci wystarczyć.

– Zdrada… – powtórzył, jakby smakował to słowo. – A była chociaż warta morderstwa?

– Nie wiem. Ryjiv był dobrym władcą. I dobrym człowiekiem, który po prostu trochę pobłądził. Ale za takie czyny… – Pokręcił głową, jakby chciał pozbyć się natrętnej myśli. – Za to, co zrobił, mogłem odwdzięczyć się tylko w ten sposób.

Jaromir poruszył się nagle, z jego gardła wydobył się niski, nieludzki warkot. Postąpił kilka kroków naprzód, natrętnie zaciskając i rozluźniając palce, jakby nie miał pojęcia, co powinien z nimi uczynić.

– Powinienem cię zabić – wysyczał z nienawiścią. – Powinieneś zdechnąć powoli, zadziobany przez górskie sępy. Te słodkie ogniki powinny cię zeżreć, nie wypluwając nawet zwęglonych szczątków…

– Daj spokój – odezwała się stanowczo Katherine, łapiąc go za ramię i zatrzymując w miejscu. Wszyscy zamarli, słysząc w jej głosie śmiałość, na jaką jeszcze nigdy się przy nim nie zdobyła. – Dość powiedziałeś. Zrobiłeś, co mogłeś. To była próba walki. Jeden z nich miał umrzeć. To było uczciwe. Nie możesz teraz obwiniać świata o to, jaki jest jej wynik…

– Nazywasz to uczciwą walką?! – Obrócił się gwałtownie. Allan przez chwilę myślał, że zdecyduje się kobietę uderzyć. – To było morderstwo! Brudne morderstwo z zaskoczenia, w dodatku hańbiące zasady, na które obaj przystali! A za morderstwo kara jest tylko jedna…!

– Wygrał. – Piękna blondynka ze spokojem pchnęła dłonią klingę szabli Jaromira, zmuszając go, by ją opuścił. – I wiesz, co to dla nas oznacza.

– Postradałaś zmysły, kobieto! – parsknął.

Przez idealną twarz przemknął cień. Gołym okiem widać było, jak bardzo ją to zabolało.

– Nie postradałam zmysłów, tylko dokładnie przeczytałam nasz kodeks. Ty chyba też powinieneś, skoro nie pamiętasz tak prostej zasady.

– Nigdy się na to nie zgodzę! – Odepchnął ją, przez co upadła na kamienie. Przypominające zakrzepłą krew czerwone oczy błysnęły niezdrowym płomieniem, gdy rzucił się w stronę nieruchomej sylwetki, wznosząc broń…

Zachwiał się, gdy Mark obrócił się błyskawicznie i wykręcił mu nadgarstek. Zawył z bólu, broń potoczyła się z metalicznym brzękiem po gładkiej skale.

– Nie tak zwraca się do kobiety, to po pierwsze – wycedził. – Już za samo to następnym razem nogi ci z dupy powyrywam, uprzejmie ostrzegam. A po drugie: stanowczo za często używasz słowa „nigdy”.

– I użyję jeszcze raz! – Zbrojmistrz wyglądał, jakby zamierzał rzucić się do walki z gołymi rękami, z czego jedna wyglądała na przynajmniej zwichniętą.

– Mnie też się to nie podoba, ale takie są zasady – warknęła Katherine, ponownie powstrzymując go przed pochopnym ruchem. – Zabił Ryjisjaveeika podczas próby walki. I tym samym zajmuje jego pozycję. Nie masz prawa podnosić na niego ręki.

– Nie będę kłaniał się przed kimś takim! – Jego ton, uprzednio dumny i zdecydowany, stawał się coraz wyższy z wściekłości.

– I nie musisz. Bo ja to mam zasadniczo gdzieś – westchnął Mark. Płomienie, pod wpływem jego na powrót nieobecnego wzroku, zaczęły zmieniać barwę na głębszą i powoli formować w wijące szaleńczo człekokształtne postacie.

– Że co? – Jaromir dosłownie zbaraniał.

– Mam to gdzieś. Słyszałeś. Rób sobie z tą pozycją, cokolwiek tylko chcesz. Ja nie zamierzam się tym wszystkim zajmować. Mam za dużo własnych problemów.

– Władca wyvernów nie może abdykować – syknęła łuczniczka.

– Nie? To smutne. Bo ja to właśnie robię. – Wzruszył ramionami. – Uczyńcie sobie z tym, cokolwiek tylko zechcecie. Nie mam ochoty zajmować się polityką. Wystarczy mi już siwych włosów. – Machnął dłonią na znak, że rozmowa została definitywnie zakończona.

Jaromir i jeden ze strażników wymienili ze sobą niespokojne spojrzenia i odeszli w mrok, szepcząc coś z przejęciem. Kate chwilę potem rzuciła się za nimi, dołączając do dyskusji.

Gdy płomienie wreszcie zgasły, Mark bez słowa skierował się w stronę wyjścia z amfiteatru. Loki i Allan w ciszy podążali tuż za nim, bojąc się nawet najmniejszym szelestem zwrócić na siebie uwagę.

Ścieżka nocą była jeszcze trudniejsza do przebycia, choć ręce tym razem mieli wolne. Każde drzewo i każdy większy kamień zdawał się zamieniać w żywe stworzenie, ruszające w migotliwym świetle kuli ognia, którą Loki oświetlał drogę.

– Mark? – odezwał się w pewnej chwili Allan. – Tylko tym razem odpowiedz, bo chciałbym wiedzieć, czy mogę spać spokojnie. Co zamierzasz teraz zrobić? Skoro zrezygnowałeś z władzy, mogą zabić cię pod byle pretekstem.

Zamarł, widząc, że wyvern się śmieje.

– Zabić? Mnie? – Wyszczerzył się krwiożerczo, błyskając ostrymi kłami. – Nie mogą, dopóki mam to. – Na wyciągniętym palcu wisiał mały, przypominający monetę medalion. Dopiero po chwili Allan odkrył, że został tłoczony w skomplikowany motyw szczerzących kły wyvernów i trupich czaszek, w których oczy wprawiono lśniące czerwono szlachetne kamienie.

– Nikt mnie nie tknie, dopóki mam to. Bo jak to zrobi, zginie w męczarniach jako zdrajca.

Wisiorek na niepozornym rzemyku był słynnym medalionem władcy wyvernów.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 266
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!