Radosna Kompania – Epeisodion VII: Twój koszmar jest tuż obok

– Nadal uważam, że jakieś wyjaśnienia nam się jednak należą. – Allan, starając się ukryć targające nim uczucia pod zwyczajową maską obojętności i pozornego zamyślenia, kątem jedynego oka popatrywał na Marka. Jego brat zaciskał palce na kierownicy tak mocno, że aż pobielały mu kłykcie. Spore otarcie na policzku było widoczne nawet przez warstwę szorstkiego zarostu, w okolicy nosa wciąż było widać ślady niedawno cieknącej wartkim strumieniem krwi. Sine pręgi wokół nadgarstków dopełniały całości, przez co stary jak oba światy wyvern wyglądał jak żywy przykład przemocy domowej.

Co właściwie nie rozmijało się tak bardzo z prawdą.

– Należą nam się wyjaśnienia?! – Loki aż się zachłysnął. – Obawiam się, że będę odrobinę mniej dyskretny. Mark, co to, kurwa, było?!

– Jakbym sam to wiedział, to by było znacznie prościej. – Najemnik zgrzytnął zębami.

– Nie wiesz? – Allan z trudem zdołał się opanować, choć już czuł, że tłumiona złość zaczyna go parzyć od środka. – Co najmniej pół dzielnicy poszło z dymem, a ty nadal utrzymujesz, że nie wiesz, co się stało?

– Zabiłeś broniącego skarbiec smoka, chociaż spokojnie mogliśmy mu po wszystkim uciec. Zdobyliśmy kamień. Więc co, do jasnej cholery, stało na przeszkodzie, żeby się stamtąd zwinąć?! Taki był przecież plan – mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi, nie? To tobie w ostatnim momencie coś odpierdoliło i jeszcze utrzymujesz, że ty nie wiesz, co się stało?!

– Wy go nie słyszeliście? – Głos Marka był podejrzanie cichy i spokojny, przez co jeszcze mocniej kontrastował z wybuchem Przedwiecznego.

– Co mieliśmy słyszeć? – Rudy zamarł na chwilę, zbity z tropu. – Ty się dobrze czujesz?

– Własny brat dał mi w mordę. Mam się dobrze czuć? – Zaśmiał się bez cienia wesołości. – W życiu bym nie pomyślał, że masz tyle siły, pudlu. I wystarczająco dużo szczęścia, by przeżyć na tyle długo, by móc się z tego cieszyć…

Prawda była taka, że Markowi von Lahmanowi nie było ani trochę do śmiechu. I to, jakoby nie miał pojęcia, co tak naprawdę się wydarzyło, nie było tak do końca kłamstwem.

Pamiętał Głos. Taaak, jeszcze nie tak dawno temu czające się w jego umyśle demony były czymś niemożliwym do okiełznania. Miały nad nim całkowitą władzę, nie odstępowały go na krok… nieustannie krzyczały, błagały o litość, oskarżały, choć nie zawsze używały przy tym możliwych do zrozumienia słów. Po prostu wciąż tam były, jak słyszany ze sporej odległości okrzyk ogromnego tłumu. Kilka z nich wybijało się ponad poziom – były dni, gdy rozlegały się tak blisko i głośno, jakby ktoś krzyczał mu wprost do ucha, zdawały się wyciągać na światło dzienne wszystko to, czego najbardziej się bał, ubierały w doskonale słyszalne słowa we wszystkich możliwych językach to, czym nie chciał się stać, definiowały i przestawiały jasno obawy i cierpienie całego świata, zrzucając mu je na barki… Swego czasu próbował leczyć hałas we własnej głowie alkoholem, narkotykami, przeprowadzaniem się z miejsca na miejsce bez konkretnego planu – doszło nawet do tego, że sam usilnie wyszukiwał okazji do zadania sobie bólu! – ale… one wciąż były, z czasem coraz silniejsze. Kpiły, obiecywały, że nigdy go nie opuszczą… dopóki to on nie zdecyduje się opuścić ich.

Nie wiedział, czym były Głosy. Wariacją popadającego w obłęd prastarego umysłu? Głosami sumienia, nieustannie nękanego wyobrażeniami tego, co kiedyś miało stać się jego udziałem? Czy może czymś równie prawdziwym jak on sam? Nigdy nie potrafił zdecydować się na tylko jedną z tych opcji – każda brzmiała równie prawdopodobnie, choć niektóre przerażały go tak mocno, że wolał nie poświęcać im więcej uwagi. Głosy były, Głosy zamykały się dopiero wtedy, gdy sam ledwo był w stanie zebrać myśli, Głosy nękały go przez cały ten czas odkąd dowiedział się – odkąd przypomniał sobie! – kim tak naprawdę jest.

Nie chciał być Antykreatorem. Nie był pozbawionym uczuć potworem, nie odnajdywał przyjemności w czyimś cierpieniu, choć jakaś jego głęboko ukryta cząstka zdawała się temu zaprzeczać. Brzemię Antykreatora od zawsze było dla niego czymś na miarę ciężkiej choroby, pasożytem toczącym duszę, narzucającym zachowania i emocje sprzeczne z tym, kim był tak naprawdę… Nie chciał zabijać świata. Nie chciał, by przerażające obrazy ze snów i wizji stały się prawdą. Ale Głosy zdawały się nie zwracać na to najmniejszej uwagi – wciąż były, wciąż krzyczały, wciąż oskarżały, nieustannie wspominając o tym, jak sprzeczne z naturą świata było jego istnienie. Im mocniej im wierzył, tym stawały się potężniejsze…

A gdy tylko przestał, one również umilkły.

Antykreator był złem. Był zagładą obu światów, był demonem obleczonym w ludzką skórę… ale jego istnienie nie było z niczym sprzeczne. Każde światło tworzy cień, więc to oczywiste, że najpotężniejsze musiało mieć swojego Antykreatora. On również ma w tym wszystkim swoją rolę – przerażającą i niemożliwą do zaakceptowania dla większości, lecz oczywistą i pasującą do wielkiego Planu. Świat nie miał prawa istnieć bez swojego Pożeracza, prawda?

Nie miał pojęcia, co miały na celu Głosy. Miały zmusić go do oddania się śmierci? Wpędzić go w otchłań szaleństwa, z której nie byłoby już wyjścia? Doprowadzić do tego, by zdechł zhańbiony wśród oparów wódki i heroiny? Czy może jednak miały wyrwać go z tego stanu zaprzeczenia własnemu istnieniu? Może były czymś w rodzaju… terapii szokowej? Czymś, co miało zaserwować mu przysłowiowy kopniak w tyłek, by dostrzegł to, co, powinien dostrzec już dawno?

Obawiał się, że wiedza o tym została pogrzebana wraz ze wspomnieniami jego pierwszego wcielenia. Tego prawdziwego…

Faktem jednak było, że od momentu zaakceptowania słów snującej się za nim od wieków Wielkiej Przepowiedni Głosów po prostu nie było. Rozpłynęły się w jednej chwili, w ułamku sekundy, z początku wywołując szok – bo przecież jak dziwnie było nagle zostać samym we własnej głowie po niemal dwóch wiekach męczarni! – ale tuż po tym euforyczną radość. Cisza przerażała, lecz błyskawicznie można było się do niej przyzwyczaić…

Problem w tym, że cisza legła w gruzach. Zachwiały nią już słowa Thomasa, uparcie wskazującego na błędną interpretację Wielkiej Przepowiedni, swoje zrobiła też mroczna atmosfera, która się wokół niego kręciła… Ale teraz? Ten Głos był inny. Ten Głos był prawdziwszy, głośniejszy i bardziej przerażający niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Ten Głos budził przemożny, paraliżujący członki strach, rozlewający się wzdłuż kręgosłupa lodowatym dreszczem i odbierający poczucie stabilności. Ten Głos odzierał ze wszystkiego, co Mark zdążył sobie dokładnie ułożyć. Ten Głos obrócił wniwecz każdą rzecz, która wydawała mu się już – nareszcie! – uporządkowana. Ten Głos odebrał mu wszystko…

I przepełnił dziką, niszczycielską wściekłością, jakiej nie zaznał jeszcze nigdy.

Jedyne, co dla niego istniało w tamtej chwili, to ogień. Chciał, by wszystko wokół spłonęło, by oba światy nareszcie skąpały się w niszczycielskiej pożodze. Chciał, by od wieków czekający na wypełnienie obowiązek w końcu się ziścił. Chciał, by świat oblekła krwawa mgła, by ciemność wreszcie zadusiła jakikolwiek promień słońca, z trudem przeciskający się przez ciężkie chmury z cuchnącego paloną krwią dymu…

Teraz bał się pomyśleć, co by było, gdyby podczas walki ze smokiem nie zgubił gdzieś miecza. Miecza Antykreatora…

To, że wyrwał się z niszczycielskiego transu, zawdzięczał skomplikowanej przedwiecznej magii Lokiego, który jakimś cudem zdołał rozerwać mu błonę w skrzydle, co uniemożliwiło lot, i zapędził go w ślepą uliczkę między wysokimi kamienicami, z której nie mógł wydostać się przed dłuższą chwilę nawet w ciele olbrzymiego gada. Do teraz nie miał bladego pojęcia, jakim cudem Przedwieczny zdołał zmusić go do przemiany w człowieka, a przecież magia nie powinna mieć przed nim tajemnic…

No, może nie do końca zawdzięczał wszystko Lokiemu. Do ratunku dla miasta rękę przyłożył też Allan, który bez żadnego pardonu dał mu w mordę, gdy już w ludzkiej skórze rzucił się na rudego, by skręcić mu kark. To, dlaczego zmiennoskórego nie zauważył, również było zagadką.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!

Wyrwawszy się z zamyślenia, zauważył, że po pozornym spokoju Allana nie pozostał choćby najmniejszy ślad. Chciał coś powiedzieć, lecz wściekły zmiennoskóry nie dał mu dojść do słowa.

– Połowa miasta płonie, a ty już trzeci raz przejechałeś na czerwonym! Mógłbyś wreszcie coś powiedzieć?! I zwolnić nieco?! Jak nas policja zatrzyma i zobaczy twoją twarz, to pewnie z marszu nas wsadzą, tak w razie czego…!

– A ty mógłbyś się zamknąć? – wycedził.

– Mark, posłuchaj. – Tym razem to Loki przejął rolę tego spokojnego. – Sprawa jest poważna. A nawet w chuj poważna, nie owijając w bawełnę. Zupełnie nam odleciałeś i zrównałeś z ziemią pół dzielnicy. Pożar pewnie rozprzestrzenił się już na jedną trzecią miasta. I teraz, tuż po tym, jak tylko cudem wyrwaliśmy cię z tego transu, ty milczysz. Naprawdę jakieś słówko wyjaśnienia by się przydało, do kurwy nędzy!

Mark westchnął ciężko, pomasował pulsującą bólem skroń.

– Mógłbym wam to wytłumaczyć… tylko co z tego, skoro i tak nic nie zrozumiecie? Uroiło mi się coś. I jeśli to urojenie jednak okaże się nie być tylko urojeniem, to obawiam się, że będziemy mieć w najbliższym czasie przesrane.

– Jak mocno przesrane? – Allan, choć w środku aż go skręcało od chęci zadania kolejnej setki pytań, zdołał przełknąć gulę goryczy, do tej pory ściskającą gardło, i odetchnął kilka razy. Doskonale znał ten ton. I doskonale wiedział, że za każdym razem, gdy Mark go użył, kończyło się to tragedią na skalę światową.

– Bardzo mocno, pudlu.

***

Mroczne korytarze Nocnego Dworu po spowitym płomieniami i dymem mieście były wręcz przerażająco ciche i spokojne. Choć znał ten wielki budynek jak własną kieszeń, Mark miał niemiłe wrażenie, jakby do zacienionych kątów i przesyconego kurzem powietrza wkradło się coś niewłaściwego, czego nie powinno tam być. Zabytkowe meble wydawały się sztuczne i płaskie, jak na naprawdę szczegółowym, ale wciąż jednak rysunku, ograniczonym przestrzenią kiepskiej jakościowo kartki. Przecedzone przez gęste gałęzie modrzewi światło docierało do środka w niewielkich ilościach, niewystarczających, by przegnać nienaturalnie ostre i głębokie cienie, ale odpowiednio intensywnych, by wywołać mroczki przed oczami. Ono również, choć znacznie słabsze od jasnego, ciepłego blasku płomieni, zdawało się zimne i dziwnie ostre, nieprawdziwe… zmyślone, sztuczne.

Tylko wspomnienie ognia było prawdziwe…

Mark ze złością potrząsnął głową, przygryzł opuchniętą wargę, mając nadzieję, że chwila bólu pozwoli mu się opamiętać. Choć czuł się w nim wspaniale, za nic nie chciał ponownie wpędzić się w niszczycielski trans. Nie chciał znowu stracić tej drobnej cząstki siebie, nad którą pracował tak wiele lat, a która i tak została zbyt mocno podeptana przez przerażający Głos.

Pchnął w połowie zamknięte drzwi kuchni. Chwilę pogrzebał w szafce z obluzowanymi ze starości drzwiczkami, słowem nie komentując tego, że Loki znowu wykłócał się o coś podniesionym głosem. Zamarł w połowie drogi do czajnika, podrzucając w dłoni słoik z mieloną kawą.

– Ja nie rozumiem, o co ci chodzi! – darł się Loki, wściekle gestykulując. Stojący przed nim Allan, nachylony jakby w gotowości do przypuszczenia błyskawicznego ataku, nie krył się z chęcią dokonania mordu na Przedwiecznym. – Nie pozwoliliście mi tu mieszkać niby? To chyba mam prawo…

– Ja ci tu mieszkać nie pozwoliłem! Nie masz prawa, jasne?! Łapy precz! – Zmiennoskóry skoczył w stronę rudego, próbując odebrać mu coś, co chyba naprawdę było zaskakująco prozaicznym jogurtem waniliowym.

– A tylko spróbuj…!

Obaj odskoczyli, warcząc wściekle, gdy Mark bez żadnego wysiłku wyrwał im plastikowy kubeczek z dłoni.

– Przed chwilą zjarałem połowę miasta, a wy kłócicie się o jogurt? – zaśmiał się. Obrócił opakowanie kilkukrotnie przed oczami, usiłując doszukać się w nim czegoś wyjątkowego. – Jesteście tak zdenerwowani, czy po prostu tacy głupi?

W czerwonych oczach błysnął ślad wstydu, szare pozostało lodowato zimne i nieruchome.

– Posprzątalibyście tu lepiej. – Nie doczekawszy się odpowiedzi, wrzucił jogurt z powrotem do lodówki i objął gestem kuchnię. – Gościa będziemy mieć.

– Jakiego znowu gościa…? – Allan wreszcie okazał jakieś emocje.

– Jak to jakiego? Podejrzewam, że nowego członka tej naszej Radosnej Kompanii… – Loki roześmiał się sucho. – Thomas na trójce nie przestanie?

– Nie wiem, co on planuje. Grunt, że będę musiał tolerować we własnym domu jeszcze jednego pasożyta. – Jednooki bezsilnie osunął się na krzesło przy chybotliwym stole.

– To podobno kobieta. – Mark błysnął w uśmiechu ostrym kłem.

– Pewnie brzydka jak noc bezksiężycowa…

– A skąd wiesz? Może to wysoka, cycata blondyna? – Loki rozmarzył się, wbijając wzrok w sufit z wyjątkowo mało inteligentną miną.

– Która i tak nie będzie cię chciała? – Mark, choć w nastroju co najmniej paskudnym, nie mógł sobie darować.

– Ech, z wami to już lepiej… – Przedwieczny machnął lekceważąco dłonią.

Mark odprowadził go wzrokiem do drzwi.

Wymuszone żarty, kłótnie o nic… A to prawdopodobnie dopiero początek. Ciekawe, jak beznadziejnie jeszcze będzie do czasu, aż Thomas się nimi znudzi…?

Chyba że się nie znudzi. Może nie zdąży…

Obrzucił jeszcze jednym spojrzeniem zapatrzonego przez okno Allana i bezszelestnie wysunął się z kuchni.

Thomas… Tak, ten nieszczęsny Upadły nie znikał z jego myśli. Choć raczej trudno było się temu dziwić… Z pewnością po odebraniu wszystkich mocy wyverna powinien stać się kimś niewiele silniejszym od przeciętnego człowieka, ale coś tu było ewidentnie nie tak. Ta mroczna aura… Wciąż nie potrafił określić, czy była ona cząstką starszego mężczyzny, czymś kontrolującym go, czy może kwintesencją czystej, podporządkowanej mocy. A jak walczyć z kimś, o kim nie wie się nic? Bo to, że trzeba walczyć, nie sprawiało żadnych wątpliwości.

Nie wierzył w inną interpretację Wielkiej Przepowiedni. Nie wierzył w to, że Antykreator i Pożeracz Światów byli dwoma różnymi osobami, a tym bardziej że Thomas mógłby być kontrolującym Antykreatora Pożeraczem. Owszem, nie pamiętał swojego pierwszego życia, w którym z pewnością znał odpowiedzi na wszystkie te wątpliwości, ale nie musiał wcale tej wiedzy posiadać, by stwierdzić, że coś tu nie gra.

Thomas był… Czym, do cholery, mógł być Thomas? Żył tyle tysięcy lat, a nigdy nie spotkał się z czymś takim.

Poza tym… ta aura. Owszem, mroczna, czarna i przesiąknięta grozą na wskroś, na tyle, że można by ją z niej wyżymać… ale czy aby na pewno była zła?

Nie wiedział. Nie miał nawet pomysłu, od której strony powinien się za sprawę wziąć, by odpowiednio ją sobie ułożyć w głowie. Tylko jedno pozostawało pewne i niezmienne: ktoś, kto podniósł rękę na Antykreatora i myśli, że udało mu się nagiąć go do własnych celów, musi zginąć w męczarniach.

***

– Jaki znowu ostatni przystanek? Pan sobie ze mnie jaja robi?! Przecież to jest… – Leah bezradnie jeszcze raz wyjrzała przez ubłocone okno autobusu. Niestety za pierwszym razem się nie pomyliła. – No przecież to jest nigdzie!

– Co ja poradzę? To naprawdę ostatni przystanek, proszę pani! – Kierowca bezradnie kulił się na siedzeniu, przerażony. Z każdą chwilą coraz mocniej stawało mu przed oczami wspomnienie młodej brunetki z kolorowymi pasemkami we włosach, z którą to ledwie kilka dni temu przeżył podobną przygodę. Owszem, potraktował na pierwszy rzut oka smutną i zagubioną dziewczynę nie najmilej, ale żeby zasłużyć sobie na taką karę? Miał wrażenie, że drobniutka blondynka w eleganckim czarnym płaszczu pojawiła się w jego autobusie wraz ze swoimi trzema walizkami tylko po to, by pomścić poprzedniczkę. Doskonale widział w jej torebce coś, co do złudzenia przypominało bagnet, gdy szukała drobnych na bilet.

– Ostatni przystanek w środku lasu?! Pan chce mi wmówić, że do czegoś, co ma statut miasta, nie dojeżdża żaden autobus, a wszystkie zatrzymują się tutaj? – Objęła gestem okolicę. Do jej głosu powoli zaczęło wkradać się przerażenie. I desperacja. Tak, z pewnością dużo desperacji. Pewnie na tyle silnej, by zrobić użytek z bagnetu…

Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia dopiero po dłuższej chwili.

– Tak, to naprawdę jest ostatni przystanek. Proszę, niech pani sprawdzi w rozkładzie jazdy! – Wcisnął jej w dłonie pomięty wydruk.

Leah z trudem zamaskowała to, że kartka nic jej nie mówi.

– Dobra… Niech będzie… Do widzenia. – Spróbowała się uśmiechnąć, lecz dałaby sobie głowę uciąć, że wyszedł z tego jedynie kwaśny grymas.

Okazało się, że wyniesienie z autobusu trzech walizek, z których każda ważyła niemal tyle, co ona sama, nie jest wcale takim prostym zadaniem. Dopiero gdy autobus odjechał – oczywiście w kierunku miasta, do którego podobno nie dojeżdżał – udało jej się wyciągnąć jeden z pakunków ze sporej dziury w zmasakrowanym asfalcie. O tyle dobrze, że akurat w tej nie było wody. Z trudem złapała pakunki tak, by zdołać przynajmniej ruszyć się z miejsca, odetchnęła kilka razy głęboko, z nutką zgrozy zauważając obłoczek pary wydobywający się z ust, i dopiero wtedy zdecydowała się na to, by unieść głowę i zmierzyć z tym, co na nią czekało.

Przypuszczała, że będzie źle. Spodziewała się czegoś, co sprawi, że dławiąca w gardle gula płaczu, narastająca już od kilku dni, w końcu zdoła przełamać żelazny wilczy upór i maskę zdecydowanej, pewnej siebie kobiety, jaką zwykła przyoblekać. I dlaczego by nie? Przecież była nareszcie sama. To był moment dobry jak każdy inny…

Cóż, jeśli miała nadzieję, że będzie mogła sobie popłakać, to doznała czegoś na kształt rozczarowania.

Leah nienawidziła nowoczesności. Ponure postsocjalistyczne blokowiska miały w sobie coś, co zdawało się ją przyciągać – fascynowały ją na swój dziwny sposób, lecz nawet w takich stanach turpistycznego uniesienia nie widziała w nich niczego ładnego. Nienawidziła lśniących eleganckim szkłem nowoczesnych biurowców, nienawidziła nowych osiedli, na których place zabaw straszyły jaskrawymi kolorami, a każda zieleń miała swoje ściśle wyznaczone niemalże od linijki miejsce. Nienawidziła wygodnych autostrad i stojących przy nich barwnych ekranów. Nienawidziła hałasu przejeżdżających samochodów, nienawidziła brzęku sygnalizacji świetlnej, nienawidziła głosów dochodzących zza ścian. Nienawidziła zaśmieconych lasów, nienawidziła przepełnionych autobusów. Nienawidziła szeregu ograniczeń, które według swych twórców miały podobno ułatwiać życie, a jak do tej pory jedynie ograniczały wolność osobistą.

Nie, Leah nigdy nie chciałaby mieszkać w kompletnej dziczy. Ale tak cofnąć się w czasie kilkadziesiąt lat…

Okolica, która wokół się rozciągała, stwarzała wrażenie żywcem wyciągniętej z pożółkłej powojennej pocztówki.

Wąska droga straszyła dziesiątkami mniejszych i większych dziur. W sporej ich części zalegała idealnie nieruchoma deszczówka, jak lekko mętne lustro odbijająca kłębiące się deszczowe chmury na niebie. Po obu stronach jak okiem sięgnąć ciągnął się gęsty las modrzewiowy – ciemny, zachęcający, przywołujący zwierzęcą cząstkę duszy… i przede wszystkim idealnie, doskonale, cudownie cichy. Gdzieś na horyzoncie widać było przesiąkający przez mgłę zarys nie tak odległych gór.

Torba na plecach ciążyła, walizki notorycznie klinowały się w popękanym asfalcie. Ale powietrze tak obłędnie pachniało lasem, deszczem i mokrym kamieniem…

…i palonymi liśćmi. Skrzywiła się lekko, gdy uświadomiła sobie, że tak właśnie pachniały wyverny. Tak pachniał On…

Zamknij się, Leah. Jest las, jest zapach, jest cisza i jesteś ty. Ciesz się tym!

Wyprostowała się, odetchnęła jeszcze raz. Jeszcze raz rozejrzała się dookoła. Jeszcze raz się zachwyciła.

Tak lepiej…

Rozkoszując się tym wszystkim, dając pochłonąć pięknu, ciszy i zapachowi, o mało nie przegapiła niepozornego znaku. Tabliczka była niewielka, zbita z kilku desek, a farba złaziła z niej jak łuszcząca się skóra. Ledwo czytelny napis głosił „Nocny Dwór”. Z pewnością gdyby nie znała nazwy domu, za nic nie domyśliłaby się tych słów. Ruszyła ciemną leśną drogą, którą wskazywała zaskakująco jaskrawa strzałka obok liter.

Modrzewie pnie miały tak szerokie, że niemożliwością było objęć je w kilka osób, a przecedzonego przez ich niemal czarne igliwie światła było naprawdę niewiele. Kiwające się leniwie czubki celowały dumnie w szare niebo. Przypominały strażników, odważnie stających na drodze każdego, kto ośmieliłby się podejrzeć skrywane między nimi sekrety bez zaproszenia. Wilgotne powietrze zdawało się wręcz iskrzyć od ponurej aury czegoś potężnego i przedwiecznego.

Leah nigdy nie czuła magii. Owszem, była półdemonem, który powinien pławić się w niej od urodzenia, lecz jeszcze ani razu nie nagięła jej do własnej woli. Próbowała – tysiące razy, z pomocą i bez, ale… ale zawsze funkcjonowała bardziej jak wilkołak. Nie wiedziała, czy to kwestia przyzwyczajeń i tego, co wpajano jej od urodzenia, czy raczej tego, że była nieudacznikiem nawet w tym, co powinno być dla niej naturalne. W połowie przecież była prawdziwym wilkołakiem, a wilkołaki są tak niemagiczne, jak to tylko możliwe. Wolała wmawiać sobie, że to jest właśnie powód, choć w przypadku jej brata się nie sprawdził. Grunt, że nigdy jeszcze nie wyczuła zalewającej powietrze magii tak otwarcie i dosłownie, by nie mieć żadnych wątpliwości, że to właśnie ona.

O tak – wszystko wyglądało tak, jakby miało odstraszać. Każde drzewo, każdy kamień, każda cząsteczka powietrza krzyczała: „nie idź dalej! Nie jesteś tu mile widziany!”…

Tylko co z tego, skoro wciąż miała wrażenie, jakby ostrzeżenie jej nie obejmowało?

Zatrzymała się w pewnym momencie. Nie zwróciła uwagi na to, że postawione pospiesznie walizki ubrudzą się błotem i opadłymi igłami. Nie zwróciła uwagi na nic…

Oprócz tego, że wspaniałe uczucie sprzed kilku dni powróciło. I to jeszcze silniejsze…!

Delikatny wiatr poruszył połami płaszcza, otulił ją ciepłą kołdrą. On nie był nieprzyjazny – on ją witał! Ocierał się radośnie, łasił, pieścił, a uczucie to było tak wspaniałe, że mało brakło, a roześmiałaby się na głos, jak mała dziewczynka. Chciała rozłożyć ręce, okręcił się wokół własnej osi, chciała wystawić twarz na pierwsze krople ciepłego, wcale nie wczesnowiosennego deszczu. Chciała przyoblec wilczą skórę i rzucić się biegiem przed siebie, znowu unosić się nad ziemią i płynąć w doskonałej harmonii ze światem. I samą sobą…

Ostrzeżenie nie było skierowane w jej stronę. Ona czuła – wiedziała! – że dotyczy każdego, kto ośmieliłby się jej tknąć. Ona tu przynależała. Całkowicie, bez żadnej skazy, jak nuty skomplikowanej symfonii…

To był moment, w którym Leah uwierzyła, że jeszcze kiedyś może być dobrze. Choć powinna przejmować się sytuacją – w końcu z dnia na dzień została zmuszona do opuszczenia swojego dotychczasowego życia, do zerwania ze wszystkimi przyzwyczajeniami, do podporządkowania się mężczyźnie, o którym nie wiedziała nic – nie widziała nawet jego twarzy, wciąż skrywanej pod przepastnym kapturem peleryny rodem z taniego teatru – ale… może to właśnie było to? Skoro nie potrafiła sama zerwać ze swoim Demonem, skoro nie potrafiła przestać skupiać się na pamięci o nim i bezsensownych marzeniach… to może Los postanowił zrobić to za nią?

Minęła dłuższa chwila, nim zdecydowała się na to, by podnieść wreszcie upuszczone bagaże i ruszyć dalej. Nie chciała tego. Nie chciała ruszać się z tego miejsca do końca życia…

Dom właściwie wynurzył się z gąszczu, wysiąkł z niego, jak wilgoć wyciśnięta z kępki mchu. Pierwszy pojawił się zniszczony kamienny mur, miejscami zwieńczony ostrymi, skorodowanymi szpikulcami i obrośnięty dziwnym kolczastym bluszczem, gdzie indziej zaś całkowicie zrujnowany, kupką bezładnie rozrzuconych omszałych kamieni wyglądający spod pożółkłego igliwia. Zniszczenia musiały być bardzo stare. Droga kończyła się na wspaniałej kutej w fantazyjne wzory bramie, która z bliska okazała się tak zardzewiała, że pewnie nic już nie było w stanie jej ruszyć. Na szczęście zastygła otwarta na oścież. Przeszła przez nią bez wahania.

Brukowany podjazd, zarośnięty mchem i chwastami, miał kształt nierównej elipsy. Z pewnością uznałaby, że zabłądziła – wszystko wyglądało na opuszczone – gdyby nie to, że stały na nim dwa samochody – czarny land rover defender i srebrny, nowiutki rolls royce. Ciekawe, że ktoś, kogo stać na takie auta, nie jest w stanie uszczknąć nieco pieniędzy na ogrodnika…

Mało brakło, a dom rzuciłby ją na kolana.

Ogromna budowla z szarego, podniszczonego kamienia miała dwa skrzydła, dwa pietra i wysoki strych, nakryty spadzistym dachem wyłożonym metalowym gontem w kształcie gadzich łusek, miejscami porośniętym mchem i przyprószony wszechobecnymi modrzewiowymi igłami. Wielkie okna w panującym półmroku wyglądały na wyłożone przejrzystymi gomółkami w kształcie wąskiego rombu. Nad niektórymi zauważyła wykute w murze świetliki w kształcie odwróconej łzy, wyłożone szkłem błękitnym, fioletowym lub czerwonym. Trzy smukłe wieże o groteskowo spiczastych dachach, kojarzących się nieco z kapeluszem czarownicy z dziecięcych rysunków, trwały nieruchomo na tle falujących na ciepłym wietrze drzew. Nad dwuskrzydłowymi drewnianymi drzwiami nieśmiało żarzyła się pozbawiona klosza żarówka-bańka.

Leah czuła, że jeśli naprawdę przyszło jej tu mieszkać w najbliższym czasie, to chyba faktycznie po latach męczarni znalazła się w zasłużonym raju.

No tak, ale nawet jeśli, to i tak nie opłacało się sterczeć na środku podjazdu w deszczu. I to z wyjątkowo mało inteligentną miną.

Wciągnięcie walizek na kilka prowadzących do drzwi schodków okazało się jeszcze gorsze, niż wyniesienie ich z autobusu, ale o dziwo podołała temu, nie narzekając szczególnie mocno. Wcisnęła przycisk zaskakująco prozaicznego dzwonka – pewnie do kompletu z lekko migającą żarówką – i oparła się o drzwi, spodziewając się dłuższej chwili, zanim ktoś raczy pofatygować się, by jej otworzyć. O ile w ogóle usłyszał dzwonek – kto wie w budynku tej wielkości… Nie wszystkie Istoty dysponują nadludzkim słuchem.

Krzyknęła bezradnie, gdy drzwi się nagle otworzyły. I to bynajmniej nie na zewnątrz.

– Kurwa mać! – Choć powitanie nie zabrzmiało szczególnie sympatycznie, silne dłonie zdołały złapać ją w ostatnim momencie i postawić do pionu. – Już jeden zawał przeżyłem, nie spieszy mi się do kolejnego!

Głos był ewidentnie męski, zdecydowany, zabarwiony odrobinę staroświeckim akcentem i… cholera, znajomy. Tylko skąd…?

Szybko wyrwała się z uścisku, odskoczyła na kilka kroków, zawstydzona. Niewiele mogło sprawić, by na policzkach Lei Wilkosz wykwitł rumieniec wstydu, lecz objawienie stąpającego za nią krok w krok od zawsze pecha niestety się w poczet tych nielicznych rzeczy zaliczało. Próbując to zamaskować, wepchnęła walizki do dziwnie ciasnego przy ogromie budowli przedsionka.

– Uprzejma – sarknął właściciel głosu. – Daj to, bo się złamiesz.

Dopiero gdy poznaczona kilkoma sinymi pręgami ręka zabrała jej najcięższą walizkę i odniosła ją pod ścianę, zmusiła się do tego, by unieść wzrok. Mężczyzna był wysoki, nawet bardzo – podejrzewała, że nie ma co liczyć na to, by głową sięgać mu do ramienia – i do tego dobrze zbudowany. Nieprzesadnie, co to, to nie, ale… hm, apetycznie. Jak ktoś nawykły do miecza, i to ciężkiego. Czarny podkoszulek i bojówki moro zdawały się tylko to podkreślać. Czarne włosy do ramion i znajomy, budzący wspomnienia zapach jednak kazały mieć się na baczności – wyvern. Zdecydowanie wyvern. I to całkiem potężny – na jego lewym przedramieniu udało jej się dostrzec zarys znakującego Łowcę niewielkiego czarnego słońca. Gdy wreszcie się odwrócił, zobaczyła również z boku szyi wytatuowane kółko zębate wielkości paznokcia kciuka. Szarańcza – wyverni oddział specjalny. Tylko… dlaczego kółko przecinała błyskawica? Tutaj wiedza na magiczne tematy zdecydowanie się ucinała.

Porośniętą lekkim zarostem twarz znaczyło kilka dodatkowym siniaków – warga ewidentnie była pęknięta, a nos musiał przeżyć całkiem mocne uderzenie – ale pod tym wszystkim… facet był znajomy. Albo łudząco podobny do…

Gdy zobaczyła, że jego oczy są szare, a nie czerwone, wszystko nareszcie wskoczyło na swoje miejsca.

Zabolało. Zabolało cholernie, i to tak, że aż chyba syknęła, choć nie była tego pewna. Nie była pewna niczego. Zakręciło jej się w głowie, cofnęła się odruchowo, opierając plecami o krawędź nadal otwartych drzwi, by nie upaść. Nogi zdawały się zbyt słabe na utrzymanie ciężaru odrętwiałego ciała.

Nie mogła oddychać. Nie mogła myśleć. Nie mogła żadnym sposobem przegnać fali cierpienia, rozlewającej się po całym ciele. Fali paraliżującej, odbierającej wolę i zdolność myślenia…

To był On. To musiał być On…!

Wiele nie myśląc odwróciła się na pięcie, nareszcie uwolniła ogniste dreszcze i rzuciła się przed siebie.

Świat stał się czarno-biały, w jednej chwili ograniczył do wilczego kąta widzenia i skurczył do opanowujących serce uczuć tak sprzecznych, że aż niemal rozrywających je na strzępy. Deszcz błyskawicznie przemoczył gęste czarne futro do samego podszerstka, umysł zaatakowała nowa fala bodźców – skrzypienie pni starych drzew, wiatr grający na niemal czarnych igłach, ciche przekleństwo gdzieś z tyłu…

Zaraz. Nie!

Sekundy rozciągały się w nieskończoność, choć dobrze wiedziała, że wszystko to trwało ledwie ich ułamki. Zdążyła skoczyć i pokonać może dwa metry podjazdu, gdy poczuła zaciskające się na gardle ręce. Zaskowyczała, gdy impet niemal zmiażdżył jej krtań, upadła w błoto, szarpnęła się, lecz mężczyzna był silny – silniejszy, niż to zapamiętała. Choć miała metr sześćdziesiąt w kłębie i ważyła ponad sto kilogramów, bez żadnego wysiłku złapał ją za skórę na karku i dosłownie wepchnął w kępę rosnących obok podjazdu paproci. Przycisnął do ziemi, zaklął jeszcze raz, gdy szarpnęła się, okręciła i kłapnęła mu zębami tuż przed twarzą, lecz nie puszczał, dopóki nie opadła z sił i nie zaległa w mokrych liściach, dysząc ciężko.

– Możesz mi powiedzieć, co ci, do jasnej cholery, odbiło?! – usłyszała nad sobą. Nawet się nie zasapał, drań.

Leah nigdy nie potrafiła powiedzieć, dlaczego ponowne spotkanie z Markiem von Lahmanem jawiło się dla niej jako koszmar. Leah nie wiedziała już nic.

Ponad cztery lata wcześniej, gdy spotkała go po raz pierwszy po tym, jak na prośbę jej dziadka przyjechał do miasta, by uratować je przed czymś, czego ona sama i jej sfora nie potrafiła nawet nazwać, wywarł na niej ogromne wrażenie. Ba, wrażenie! Spokojnie mogła powiedzieć, szczerze i bez zatajania żadnego faktu, że jak tylko zobaczyła go pierwszy raz, zakochała się w nim bez pamięci. Mark był spełnieniem wszystkich jej marzeń. Mark był idealny, najważniejszy, a ona sama z chęcią skoczyłaby w samą piekielną otchłań, gdyby tylko ją o to poprosił. Gdyby poprosił ją o cokolwiek…!

No cóż. Nie poprosił. A ona była zbyt wielkim tchórzem, by spróbować coś zrobić, jak był na to czas.

Wyvern pojawił się, błyskawicznie poradził sobie z problemem i wyjechał. I zostawił za sobą doszczętnie rozbite wilcze serce.

Śniła o nim. Myślała. Wyobrażała sobie. Uciekała do świata fantazji po to, by nie myśleć o tym, jak bardzo cierpi w rzeczywistości. To on był nękającym ją demonem, to jego wspomnienie nie opuszczało jej nawet na chwilę i czaiło się wciąż obok, nie pozwalając na chwilę rozluźnić. Nie pozwalając być szczęśliwą…

Nienawidziła go. Ale jednocześnie kochała tak mocno, że doprowadzało ją to do szaleństwa.

Leah wiedziała, że nie jest normalna. Wiedziała, że powinna z tym zerwać, w końcu o nim zapomnieć i zająć się życiem, póki miała na to szansę. Do cholery, przecież nie istniało nic takiego, jak wpojenie, więź mate, czy jak to tam nazwać. Nie było nic, co skazywałoby ją na miłość jedyną na całe życie, bez której nie potrafiłaby oddychać.

Tylko co to w takim razie było?

Jeszcze przed chwilą, gdy przemierzała wąską dziurawą drogę, byłaby gotowa oddać wszystko, by zobaczyć go ponownie. By upewnić się, że On jest prawdziwy, że nie był jedynie kolejnym ze zbyt wyrazistych snów, po których budziła się spocona, przerażona i przez cały dzień miała wrażenie, jakby rzeczywistość wymykała jej się między palcami…

Ale teraz, gdy on był tuż obok, emocje stały się zbyt silne, zbyt wielkie i niezmierzone, by móc je pokonać. Więc co mogła zrobić? Uciec. Schować się, choćby na samym dnie wszechświata.

Dlaczego skoro nie dał jej najważniejszego, nie mógł pozwolić przynajmniej na to?

Nie wiedziała, kiedy zaskamlała. Nie wiedziała, kiedy z oczu popłynęły jej łzy. Na szczęście słone krople szybko mieszały się z ciepłym deszczem, niknęły w nim całkowicie, niemożliwe do odróżnienia.

– Zechciałabyś się zmienić w człowieka i powiedzieć, co takiego się stało? – warknął Mark, luzując wreszcie żelazny chwyt.

Pierwszy pełny haust powietrza nie przyniósł ulgi.

Wyrwała się szybko, przybrała ludzką skórę jeszcze zanim na dobre otrzepała się z błota. Widząc zacieki na płaszczu, miała ochotę rozpłakać się na dobre. Mokre włosy nieprzyjemnie lepiły się do twarzy, na szczęście zasłaniając jej wyraz.

Ale czy jest coś, co ukryje się przed wyvernim wzrokiem?

– Co się stało? – Zdenerwowany głos zmienił się w cichszy, spokojniejszy, jakby przemawiał do dzikiego zwierzęcia.

– Nic. Nic się nie stało. – Spróbowała przybrać normalną minę. Z dyskretnego otarcia oczu wyszło tyle, że do reszty rozmazała sobie tusz do rzęs. – Już okej.

Dała zaprowadzić się do środka, oddała bez słowa protestu brudne okrycie. Czuła się tak, jakby trwała we śnie, nie mając wpływu na to, co robiło jej ciało.

– Dobra, to może zacznijmy jeszcze raz. – Zdobyła się na odwagę, uśmiechnęła lekko, choć i tak nie zdołała spojrzeć w magnetyczne szare oczy. Pod powiekami podstępnie czaiła się kolejna porcja wilgoci. – Cześć, Mark.

– Skąd ty… – Chwilę zajęło, zanim zrozumiał. – Ach. Kojarzę cię. Ty jesteś tą czarną półdemonicą z Polski?

– Podejrzewam, że nie ma innych czarnych półdemonic, więc raczej tak. – Udała, że szuka czegoś w kieszeni. Ręce drżały jej tak mocno, że mało brakło, a upuściłaby telefon.

– Leah Wilkosz, tak? Zawsze się zastanawiałem, jak można się tak nazywać… – Odetchnął. Wyglądał na zniecierpliwionego. – Chodź wreszcie. – Gestem wskazał korytarz.

Nie zwracała na nic uwagi. Nic jej nie obchodziło. Jak robot podążała za męskim cieniem, całkowicie odcinając od wszystkiego, co mogło wywołać jakiekolwiek emocje. Lepiej było nie myśleć. Jak się myśli, to za bardzo boli…

Ale właściwie czy może boleć bardziej?

– Na dzisiaj masz przygotowany pokój tutaj. – Mark pchnął jedne z tysiąca identycznych drzwi. – Jutro, jeśli będziesz chciała, możesz przejść po domu i wybrać sobie coś innego, jeśli to ci nie odpowiada. Zejdziesz na kolację?

Wreszcie odważyła się na niego spojrzeć.

Zniecierpliwienie. Zniecierpliwienie i nuta złości. To zdecydowanie nie to, co chciałoby się ujrzeć w oczach ukochanego mężczyzny.

– Nie… nie jestem głodna. Właściwie to już się położę.

– Jak chcesz. – Z trzaskiem wyłamał palce. – Jak coś, to do kuchni raczej trafisz. Jak zejdziesz po schodach, to skręć w prawo i idź do końca korytarza.

Nie wiedziała, kiedy się pożegnał. Czy w ogóle powiedział coś jeszcze? Otrzeźwił ją nieco dopiero dźwięk cicho zamykanych drzwi.

Pokój był raczej niewielki – a wręcz mikroskopijny, jeśli porównać go do wielkości domu. Ściany wyłożono ciemną drewnianą boazerią i beżową tapetą w maleńkie różyczki, dość leciwą, ale wciąć niezniszczoną. Miała do dyspozycji małą dębową szafę, biurko z wyściełanym beżowym materiałem krzesłem i łóżko z kutą metalową ramą, stojące tuż pod dużym oknem. Widok z niego rozciągał się na skąpany w świetle księżyca w pełni ogród – zarośnięte alejki, nieczynną kamienną fontannę, kilka zdziczałych krzewów róż i spory brukowany placyk, jako jedyny sprawiający wrażenie czegoś używanego częściej niż raz na kilkaset lat. Las zaczynał się zaraz za nieodległym murem, idealnie ciemny, tajemniczy, przyzywający… kuszący.

Choć nie była do końca wilkołakiem, dla niej pełnia wciąż miała w sobie coś magnetycznego. Nienawidziła spędzania jej w słabym ludzkim ciele. Pragnęła wolności, przestrzeni, biegu…

Ale zbyt mocno się bała, by wyjść teraz na zewnątrz. Pokój był bezpieczną przystanią. Czymś pewnym, stabilnym i oswojonym przez tych kilka minut. Po co z niego wychodzić, skoro mogło to zburzyć cały chwiejny spokój, jaki zdołała wreszcie sobie narzucić?

Usiadła powoli na łóżku, zdziwiła się jego miękkością. Odetchnęła kilka razy głęboko, próbując przegnać zamazujące obraz łzy.

Będzie dobrze. Dostałaś przecież cholerną drugą szansę – musi być dobrze!

Tylko dlaczego coś w głębi duszy nie pozwalało jej w to uwierzyć?

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 289
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!