Kroniki Iball, Tom I: Niosąca Światło | 0.2

Mieszkańcy wioski wstali wcześniej niż zazwyczaj. Ledwo gdy księżyc zaczął znikać za horyzontem pierwsze koguty zaczęły piać budząc wieśniaków. Część kobiet wyszła z domów by zająć się swoimi obowiązkami przed śniadaniem i nakarmić zwierzęta w obejściach. Mężczyźni w większości wyruszyli do lasu w kilkuosobowych grupach. Bali się wchodzić w gęstwinę pojedynczo, tym bardziej, że w ostatnim czasie coraz częściej zdarzało się ludziom nie wracać z mrocznego boru otaczającego wioskę.

Starucha, która poprzedniego wieczora opowiadała mieszkańcom o świecie, o bogach, których czcili cały kolejny dzień spędziła drzemiąc, z laską na kolanach. Nie było jej ani zimno, ani ciepło. Choć najmniejsze z dziatków kręciły się wokół niej, ona pozostawała nie wzruszona jedynie chrapiąc co jakiś czas lub mrucząc coś pod nosem przez sen.

Wybudziła się dopiero gdy ogrzewające jej stare kości słońce zaszło za jednym z okolicznych szczytów, a wioska znalazła się w ciemności. Nad nią zaś rozpostarło się niebo usiane gwiazdami. Wiatr dął spomiędzy skał, poruszając drzewami w dolinie i sprawiając, że wieśniacy marzli, a ich ciała przechodziły kolejne fale dreszczy.

Jeden z nich powziął sobie za cel rozpalić ognisko w niesprzyjających warunkach, a kilku następnych poszło w jego ślady. Tak zamiast jednego powstało pięć palenisk w dość bliskiej odległości, na około których ustawiono ławy zabrane sprzed chat mieszkańców, a te zapełniły się w dość szybkim czasie. Ludzie okrywali się grubymi kocami i przylgnęli do siebie wzajemnie, aby zapewnić sobie jak najwięcej ciepła.

Starucha z grymasem dezaprobaty łypnęła na mieszkańców, podobnie jak poprzedniego wieczora, spod byka. Przez jej twarz przemknął ledwo widoczny uśmiech, gdy osądziła, że ma jeszcze więcej słuchaczy niż poprzednim razem. Zdawała sobie sprawę z tego że prawdopodobnie przybyła część wieśniaków z pobliskich wiosek, ci bardziej odważni lub ci, którzy znajdą schronienie dopóki słońce ponownie nie wysunie się zza szczytów i przepędzi mary czekające na nich w borze.

Przyszedł więc czas, na dalszą część opowieści — wymruczała pod nosem.

Zamachnęła laską, a jej ogień uniósł się w powietrze, aby każdy go widział i zmienił kolor na zielony. To samo zrobiły ogniska oddalone od Baby, a same języki ognia zdawały się płonąć w tym samym rytmie.

Znacie już historię Genary oraz jej córek, a także Ksedara. Nim przejdziemy jednak do tego, jak doszło do pierwszej wojny kontynentalnej. Musicie poznać resztę historii, które miały miejsce przed nią, które doprowadziły do jej wybuchu — przerwała. — Otóż niektórzy z bogów posiadali swoich podwładnych. Najwięcej wiadomo o sługach Zefira, Limelii oraz Ksedara. Bóg Zefir miał pod swą pieczą cztery wichry, które służyły mu jako posłańcy. Były to psotne wiatry, które nie jeden raz niszczyły ludzkie siedziby, rujnując im tym samym życie, dlatego trzeba było na nie uważać. Limelii służyły driady, które wielbiły swą panią tak samo jak ona swoje służebnice. Driady opiekowały się niegdyś świętymi lasami nieopodal Lorfort, daleko na północy dzisiejszego Ainsgarthern. Działo się tak, do czasu, aż Ksedar nie powołał do życia swojego czwartego, ostatniego, dziecka. Od tamtego momentu wszystko zaczęło niszczeć. Zwierzęta padały na niespotykane do tej pory choroby, a rośliny schły lub zmieniały swoją postać krzywiąc się lub wzdymając. Przerażone Driady udały się na dwór królestwa Preaviris, aby powiedzieć o wszystkim władcy, który po przyjrzeniu się sprawie, mógł jedynie rozłożyć ręce — umilkła. — Straty były ogromne. W ciągu zaledwie roku, niegdyś żyzne ziemie pokryła gruba warstwa piasku. To Annus, ostatni syn Ksedara, sprowadził nieszczęście na dom Driad. Kiedy Limela dowiedziała się o tym co zrobił jej brat wpadła w szał i uwięziła Ksedara wraz z schwytanym Annusem w podziemnej krypcie, gdzie mieli czekać na karę wyznaczoną przez resztę bóstw z samym Rohanem na czele.

Starucha zamachnęła dłonią o za długich, pożółkłych pazurach, na których odznaczała się każda żyła czy ścięgno i tak jak poprzedniej nocy, ogień przybrał kształt przedstawiający ciemny grobowiec o szmaragdowych ścianach. Oczy staruchy rozszerzyły się z ekscytacji, a uśmiech, jaki wpłynął na jej pomarszczoną twarz, przeraził niektórych zebranych. Ludzie siedzący przy innych ogniskach zaczęli szeptać jakoby starucha była bez mała starą wariatką. Sama Baba zdawała się ignorować szepty i nim część mieszkańców się zorientowała, poczęła zaplatać kolejne nici swej historii:

Choć demony, którymi dzisiaj straszycie swoje dzieci, są powszechnie znane, to nie każdy z was słyszał o bohaterskim Jeźdźcu, który stawił potworom czoła. Wiedział on bowiem, że pisaki otaczające Lorfort leżą na świętej ziemi, której nawet Limela nie potrafiła ożywić. Mający posłuch u samych bogów bohater błagał ich o pomoc, jednak jej odmówili niemalże wszyscy, których prosił. Na przeciw wyszła mu młodziutka wtedy Trogostretti, którą podobnie jak jej matkę ciągnęło do kontaktu z ludźmi. Trogostretti błogosławiła mu darując młodzieńcowi niezwykłą siłę i spryt potrzebne do pokonania przeciwności.

— Kim był ten jeździec Babo? — zapytał niski, tęgi rudzielec, siedzący przy jej ogniu.

Kobieta w prostej, lnianej sukni, opierająca głowę na kolanach mężczyzny popatrzyła na nią spod przymkniętych powiek. Tym razem pośród zebranych pojawiły się także dzieci, które przytulone tu i ówdzie do swoich rodziców ziewały szeroko lub chrapały w najlepsze. Oprócz nich widać było także kilka staruch, nawet na rozklekotanych, drewnianych fotelach z kołami od beczek.

Był bohaterem, który później zasłynął jako pierwszy mistrz królewskich rycerzy służący jeszcze w Preaviris. Ale to nie on jest tematem naszej opowieści, a jego czyn. Śmiało mogę stwierdzić, że zdołał on ocalić nasz świat przed najgorszym złem, jakie mogło spotkać nie tylko ludzi, ale także elfy czy czarownice przerwała na moment, by zaraz znów kontynuować. Wielu z was zapewne powie, że choroby i śmierć nadal występują, ale wierzcie mi lub nie, to jest nic w przeciwieństwie do tego, co niosły ze sobą Demony Ksedara i armie, jakie powołali do życia z jego rozkazów w późniejszym czasie. Jeździec po tym jak otrzymał błogosławieństwo w górach Tihi od Trogostretti ruszył na północ. Gdy dotarł w górę kontynentu, znalazł schronienie w zasypanej przez pustynne piaski Świątyni Dwunastu w Enkros, która przed powstaniem Demonów Ksedara stanowiła główny ośrodek kultu w Preaviris. Jak już wspomniałam, trzy pozostałe demony także zeszły na ziemię. Działo się to już po tym jak Annus skalał kontynent swym parszywym obliczem. Demony w swym niezwykłym szale coraz bardziej przesuwały się na północny-zachód szukając nowych ofiar. I gdyby nie Jeździec trafiłyby w pewnym momencie na będące wtedy jeszcze małym miasteczkiem Rag, które w późniejszym czasie miało gościć kolejne pokolenia władców, stanowiąc tym samym kolebkę kulturową naszej cywilizacji.

Jedna z kobiet podała Babie miskę z jeszcze parującym bulionem warzywnym. Staruszka z uśmiechem na twarzy wzięła strawę od kobiety i chlipiąc głośno, upiła kilka łyków póki zupa była jeszcze ciepła, nie obawiając się przy tym o poparzenia. Czuła, jak magia skrzyła wesoło w jej ciele, jakby staruszka wciąż posiadała wiele sił witalnych, których tak bardzo powinno jej brakować.

Demony natknęły się na Jeźdźca dopiero kilka tygodni później. W nocy, kiedy wszystkie trzy pożarły ostatnich ludzi z Lorfort, a same miały udać się w dalszą drogę. Jeździec badał jaskinie nieopodal miasta. Tam natrafił na pieczarę, która była szeroka i wysoka na tyle by pomieścić w środku dwa potężne zamczyska. Cuchnące cielska potworów zajmowały niemal całą wolną przestrzeń. Demony z początku nie zauważyły gościa, zajęte obgryzaniem z mięsa ludzkich i zwierzęcych kości. Nie spodziewał się znaleźć tam choćby jednego żywego człowieka, a jednak napotkał na dziewczynę, niemal dziecko, które kryło się między skałami. Kena, bo tak miała na imię owa niewiasta, została sparaliżowana strachem przed plugawymi stworzeniami. Spędziła tam najmniej dwa dni bez jedzenia i picia, a sama jej śmierć byłaby jedynie kwestią czasu, gdyby nie zjawił się Jeździec. Mężczyzna szukał najlepszej ścieżki, która pomogłaby mu wydostać dziewczynkę z jaskini, ale niestety z tej istniało tylko jedno wyjście. To samo którym wszedł do środka, zaraz obok jednej z licznych kop kości piętrzących się w pieczarze. Sam być może dałby radę się wydostać, jednak nie przewidział, że dziewczynka omylnie nastąpi w ciemności na kość, która pęknie pod jej ciężarem, gdy ta będzie się skradać razem z nim. Ten drobny, niepozorny wręcz element ściągnął na nich uwagę potworów — przerwała upijając łyk parującego na zimnie bulionu. — Czarty bez zastanowienia ruszyły w stronę dziecka i rycerza, który pochwyciwszy ją za dłoń, pociągnął dziewczynę zasłaniając własnym ciałem, lichą tarczą i ostrym jak brzytwa mieczem. Umiejętnie ciął demony, odbierając im jedynie świadomość, nie pozbawiając jednakże życia, a te bezustannie się na niego rzucały, usiłując odebrać mu życie. Jedyne co w nim widziały to pokarm, który chroniło błogosławieństwo bogini. Dopiero po atakach, kiedy i demony i rycerz znalazły się u skraju wyczerpania, kiedy żadne z nich nie mogło się podnieść, mężczyznę z jaskini wydostała Kena.

— Dlaczego ich nie zniszczył, Babo? Dlaczego demony powróciły? — zapytał mężczyzna opierający się o studnie przy jednym z domów.

Baba przyjrzała się mężczyźnie z uwagą. Ubrany był lepiej od reszty zebranych, a jego strój wskazywał na długie godziny przesiedziane w siodle. Okryty był długą delią podszytą grubym futrem w kolorze tak ciemnym, że nieomal czynił go niewidocznym na tle zacienionego podwórca. Spod niej wystawał mocny, skórzany kaftan oraz odbijające światło sygnety noszone na dłoniach mężczyzny. Najbardziej jednak wyróżniał go wygląd twarzy i fryzura. Ogolona połowa czaszki porastała jedynie krótkimi włosami, które zdążyły odrosnąć przez ostatnie tygodnie podróży po kontynencie. Druga połowa włosów, znacznie dłuższych, zapleciona była w drobne warkocze na które ponakładane zostały koraliki wykonane z tego samego stopu metali co sygnety na palcach. Szczupła, nieco podłużna twarz o wystających kościach policzkowych, prosty nos, ciemna karnacja i jasne, głęboko osadzone oczy zdawały się kryć w sobie dzikość. Z kolei zaciśnięte szczęki i postawa w jakiej stał nadawały mu pewności siebie i zadziorności.

Starucha zaskoczona była widokiem gościa, podobnie zresztą, jak część mieszkańców wioski, która widziała mężczyznę po raz pierwszy.

— Mądreś pytanie zadał chłopcze. Jeździec nie zniszczył demonów, ponieważ widząc co dzieje się z ich ciałami, pojął, że nie jemu będzie tego dokonać — przerwała. — Cuchnące cielska nie ulegały rozkładowi, nawet po ich rozczłonkowaniu, co samo w sobie nie należało do łatwych, gdyż te żywiły się inaczej niż istoty prawdziwie żywe, jak ludzie czy zwierzęta. Ponadto posiadały kilka różnych „serc”. Dlatego też to rycerze i czarownice zajmowały się czyszczeniem kontynentu po wojnie kontynentalnej, gdy na zniszczonych drogach zalegały trupy ich pobratymców.

Staruszka spojrzała na niebo nad ich głowami, jakby pamiętała czasy w których działy się te wydarzenia. Wrażenie nie było mylne, bowiem echo dawnych bitew wciąż odbijało się głośno w jej umyśle przywołując wciąż powracające do niej wspomnienia, które często jawiły się wyraźnie w jej snach.

Gwiazdy migotały jasno, choć tu i ówdzie przysłaniały je małe obłoczki. Kamienie i piasek pod stopami oraz siedziskami zebranych chrzęszczały, a gdzieniegdzie słychać było pohukiwanie sowy z puszczy pełnej iglaków, która ich otaczała. W krzakach przy krańcu polany, swoją muzykę grały świerszcze tudzież chrabąszcze, a w powietrzu czuć było zbliżające się zimne dni. Wraz z nimi miało nadejść kolejne przesilenie zimowe, by wraz z sobą przyciągnąć kolejne obchody świąteczne, tym razem na cześć Rohana i Trogostretti.

— Po tym, jak Kena wydostała Jeźdźca z jaskini, skierowała się do Lorfort, które choć zasypane pustynnym piachem, wciąż kryło w sobie namiastkę życia. Jak się okazało miasto wciąż funkcjonowało, choć jedynie w podziemiach, gdzie ani demony, ani pył nie zdążyły dotrzeć. Większość mieszkańców przetrwała jedynie dzięki zwierzętom, które zdążyli sprowadzić. Mimo zapasów, które ledwo zdobyli, ugościli mężczyznę i dziewczynę, której rodzinę pożarły bestie zesłane przez Ksedara. Gdy tylko rycerz odzyskał świadomość, tknął w ich serca nadzieję na wydostanie się z piaskowego piekła. Wiedzieli jednak, że trzeba działać możliwie jak najszybciej, gdyż nie posiadali wiedzy jaką mamy teraz i żyli w trwodze, że demony wrócą do życia i będą szukać dalej pożywienia. Faktycznie, tak się stało, jednak dopiero z rozkazu Ksedara lata później. Kiedy tylko rycerz ozdrowiał na tyle by móc chodzić, mieszkańcy niegdyś wielkiego miasta zebrali cały swój dobytek, który udało im się ocalić i ruszyli przez pustynię, której bezmiaru nie znali. Wędrowali głównie nocami, kiedy słońce nie przypiekało ich skóry, a rozgrzany w ciągu dnia piasek grzał skórę ich stóp. Cierpieli z pragnienia, a wielu z nielicznej grupy padło. Dochodziło nawet do tego, że zmarłych zjadano, a ich krew oraz to co wydaliło ich ciało niejednokrotnie pito, byle tylko zapewnić choć odrobinę wody, której nigdzie w okolicy nie było widać.

Staruszka z zaciekawieniem przyjrzała się mieszkańcom wioski, którzy pobledli po ostatnich słowach jakie usłyszeli od Baby. Co słabsi umknęli szybko na skraj polany, gdzie ulżyli w miarę możliwości żołądkom. Z uśmiechem satysfakcji i kpiną w oczach Baba wróciła do bajdurzenia:

— Była to już piąta z kolei noc, kiedy z Lorfort wyruszył chłopski konwój. Umęczeni uciekinierzy opadli z sił i nadziei, że kiedykolwiek opuszczą pustynne piaski. Część co buńczucznych z nich zaczęła się buntować przeciwko poczynaniom Jeźdźca i starszyzny, która im przewodniczyła. Część z nich chciała zawrócić do Lorfort i tam na nowo obmyślić plan działania. Inni chcieli zawrócić choćby do Enkros, które znajdowało się znacznie bliżej, a przez które niegdyś płynęła rwąca rzeka Nanlon. Ich nadzieję szybko zniszczył Jeździec. Szli więc dalej, kiedy na ich drodze spotkali zimny piasek, którego słońce nie zdołało wypalić do cna. Część z nich padła na kolana czcząc Bogów, inni niemal natychmiast zaczęli w nim kopać, licząc na choć krople wody, jeszcze inni szli dalej. Nie zwracając uwagi na pobratymców. Omijając chłodne połacie piachu, poczęli wspinać się na wydmę, która zasłaniała im horyzont. Piasek osypywał się spod ich nóg, a słońce paliło niemiłosiernie, choć nie tak dawno poczęło dopiero wschodzić. Pierwsza wdrapała się na szczyt Kena, za nią powoli wspinał się Jeździec, który opierał się o laskę zabraną jednemu ze zmarłych Lorforczyków. Ocaleli mieszkańcy miasta nie mogli uwierzyć własnym oczom, gdy ukazała się im gładka tafla wody, w której odbijało się gorące słońce.

— I to wszystko? — zapytał mężczyzna, który pomimo upływu czasu wciąż opierał się o studnię. — Tyle masz nam do powiedzenia o czcigodnym rycerzu Raineriusie Astuto? Założycielu rycerzy Preaviris? — oburzył się.

— Kimże jesteś człowieku? — zapytał blondyn siedzący przy ognisku. Syn rządcy wioski był zniesmaczony tym w jaki sposób do czcigodnej Baby odnosi się obcy.

— Blythe, do usług — skłonił się z drwiącym uśmiechem na twarzy w stronę młodego mężczyzny. — Nim padnie następne pytanie, byłem przejazdem z towarem w wiosce obok. Wtedy usłyszałem, że Baba u was gości, toć wskoczyłem na konia pierwszego z rzęda i oto jestem zarechotał głośno widząc twarz młodzieńca. — Wstyd byłoby nie posłuchać bajania tak zdolnej kobieciny.

Cichajcie tam, niech Baba mówi uciszyła ich kobieta z niemowlakiem w pielusze.

Baba Wiedźma cierpliwie czekała, aż jej słuchacze przestaną się kłócić, jednocześnie chlipiąc resztki ciepłej zupy. Gdy skończyła jeść, głośno siorbiąc z drewnianego naczynia, odezwała się znowu:

— Wieśniacy, którzy zobaczyli wodę, nie mogli uwierzyć własnym oczom, które przecierali ze zdumienia kilkakrotnie. Za nimi zaraz na wzgórze przyszli ludzie, którzy zostali w dole. Niektórzy płakali, inni czym prędzej zbiegali z góry na tyle szybko, na ile pozwoliły im resztki sił, inni zjeżdżali z góry na dół po piasku. Robili wszystko byle tylko dostać się niżej, ku wodzie, której tak bardzo potrzebowali, a która już po pierwszych sekundach chłodziła ich ciała. Lorfortczycy zdali sobie sprawę, że bogini Trogostretti o której słowach i czynach tak często wspominał im Jeździec podczas wspólnej wędrówki, ocaliła ich życie. Od tej pory gdziekolwiek by nie poszli brzegiem, dotarliby do któregoś z miast portowych, które wtedy były jeszcze tylko osadami.

Mamo! Mamo! zawołał około czteroletni chłopiec siedzący u matki na rękach, jednocześnie szarpiąc jej lnianą tunikę. Czy mogę zostać rycerzem? — zapytał, gdy ta zwróciła na niego w końcu uwagę.

Przez krótką chwilę między wieśniakami panowała cisza, a napięcie, które wisiało w powietrzu, dało się niemal ciąć nożem. Jedynie Baba pozostała bez zmiany, a jej oczy wciąż wpatrywały się w skaczący wesoło, kolorowy ogień.

Oczywiście, że możesz, synku. Lepiej by było jednak, gdybyś nim nie był odpowiedział kobieta.

Dlaczego mamo? — zapytało niewinnie dziecko.

Bo w przyszłości będziesz piekł chleb, jak twój tata i wuj, a do tego jesteś potrzebny tutaj, aby przejąć potrzebną ci do tego wiedzę matka uśmiechnęła się do dziecka. Przytknęła palec do usteczek malca, powstrzymując tym samym kolejne pytanie nasuwające się na język malca i dając znać Babie, że może kontynuować swoją opowieść. Ta jednak nie miała zamiaru niczego mówić bez wyraźnej prośby, gdyż uznała że historia na dzisiaj została zakończona.

— Jak skończyła się historia o wieśniakach i Jeźdźcu, Babo? —zapytała dziewczyna która wystąpiła na przód. Jej twarz była umorusana popiołem i posiadała ostre rysy twarzy oraz jasne włosy związanych w ciasny warkocz.

Tutaj nie mam raczej nic ciekawego do dodania odezwała się ochrypłym głosem Starucha. — Lorfortczycy dotarli w końcu do osad królestwa Preaviris, gdzie ludzie podzielili się z nimi jadłem. Po drodze łapali i oprawiali ryby, bądź żywili się owocami, które zbierali w lesie. Musieli sobie dawać radę, a i tak, nie mogło ich spotkać wtedy nic gorszego od przebywania na zasłanej piaskiem martwej ziemi, gdzie jedyną ich szansą na przetrwanie było zjadanie pobratymców.

Nad koronami drzew za plecami Baby pojawiły się pierwsze promienie wschodzącego słońca, a niebo ze złowrogiego granatu przechodziło w smętną szarość. Gwiazdy przygasały, zlewając się wraz z nieboskłonem i niknąc powoli. Zaśnieżone szczyty otaczające wioskę przybrały kolor krwistej czerwieni, a z lasu dochodziły do ich uszu pierwsze odgłosy zwierząt, które wychodziły z nor na żer.

Czy opowiesz nam historię jutrzejszej nocy? padło skądś pytanie.

I tak i nie — przerwała. Dzisiaj nie opowiem wam niczego więcej, a jutrzejsza noc będzie wyjątkowa. Coś tak czuję w starych kościach dodała uśmiechając się szeroko. To noc przynosi najlepsze opowieści, a nie dzień. Świt zachęca nas do pracy. Ciemność, która pojawia się wraz z nocą, budzi zagrożenie dla wszystkich żywych istot, dlatego gromadzimy się przy ogniach w domowych pieleszach. By odgonić nękające nas mary Baba zamachnęła ręką nad płomieniami w ognisku przed sobą, a te zmieniły barwę na pomarańczowy i czerwony, który powinny przybierać normalnie. Tak samo zachowała się reszta ognisk. — Idźcie pracować, ale wróćcie wieczorem rozkazała — dostaniecie swoją historię.

Mieszkańcy wioski wrócili do chat, a Baba odwróciła wzrok od nieboskłonu, dopiero gdy ucichły kroki, a kur zapiał trzykrotnie ku budzącemu się do życia światu.

Przy dogasającym ogniu siedziała jedynie Starucha ubrana w zniszczone łachmany. Włosy miała poszarpane przez nieustanny wiatr wypadający wieczorami z puszczy otaczającej wioskę. Przy palenisku, oprócz niej pozostał mężczyzna, ten sam, który wcześniej dyskutował z synem rządcy i zajmował miejsce przy studni, opierając się o kamienny murek z którego była wykonana.

— Nie powinieneś tu przyjeżdżać wcześniej niż było to zaplanowane, Blythielu — Starucha spojrzała na niego spod krzaczastych, siwych brwi. Jej oczy mimo pokrywającego je bielma wciąż były bystre. — Dżinom nie wolno zbliżać się do ludzi, a tym bardziej bratać się z nimi. Nie taka jest wasza natura — stwierdziła, a w jej głosie słychać było naganę. — Marne masz szanse, że Sirene zlekceważy sprzeciwienie się jej rozkazom.

Podobnie jak wam, a mimo to siedzimy tutaj oboje i dyskutujemy o tym, co wolno, a czego nie wolno nam robić mężczyzna wyszczerzył się, ale w jego oczach widać było butność, która była według niej, jedną z definiujących go cech.

— W przeciwieństwie do ciebie, wykonuje swoje obowiązki — odrzekła. — Taką rolę przydzieliła mi Dwunastka, więc i tak robię. Musimy kroczyć do przodu, a nie zaniedbywać to co nam nakazano.

Ah, jest bardzo źle skoro nawet ty mnie rugasz podrapał się po gładkim policzku, rozejrzał się ukradkiem, czy ich rozmowy nie słyszy zbyteczna para ciekawskich uszu i ponownie zwrócił swą uwagę na Babę. — Powiedz no, na co polujemy tym razem? Shona? Muvati? Czy jakie inne bydle?

Czy to ważne? Przekonam się, jak wyciągnę go z ukrycia. Jutrzejszego ranka. Jego krew i tak się przeleje zasępiła się. — Dostaliśmy odpowiednie rozkazy, jeśli je wypełnimy, to nawet twoja obecność w wiosce dzisiejszej nocy, nie wpłynie nagannie na nasz raport — przerwała — choć wizyta w gabinecie Sirene i tak jest pewna — dodała z przekąsem.

Rozumiem wstał i otrzepał się z kurzu. Przyglądał się jeszcze przez chwilę staruszce siedzącej przy palenisku, po czym skierował się w stronę ciemnego boru, skąd przyszedł poprzedniego wieczora.

Nim zniknął, Baba obejrzała się jeszcze za nim, by patrzeć, jak zagłębia się w gęstwinę otaczającą domy wieśniaków z każdej strony.

Blythe wymruczała. Bądź gotowy — dodała, a mężczyzna niezauważalnie skinął jej głową.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 602
6

Komentarze (1)

  • 21 listopada 2021 at 08:53
    Tak się zastanawiałam, kiedy odkryjesz przed nami nieco wątków, a tutaj mamy ciekawie zapowiadający się ranek w walce z jakimś potworem :3 a w ogóle Baba ma jakieś imię, czy to Baba?

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!