Strażnicy umarłych – Rozdział I

– Aliviano, na miłość boską, jak ty wyglądasz, dziecko drogie?!

Tak jest, takimi właśnie słowami zwykła witać mnie moja ukochana babcia, ilekroć natrafiła na mnie wzrokiem. A nie było to szczególnie trudne, gdyż od nieco ponad osiemnastu lat mojego życia praktycznie mieszkałyśmy wspólnie pod płaskim dachem stosunkowo niewielkiego mieszkania w bloku.

– No… – Tylko tyle przyszło mi do głowy, gdy obrzuciłam się wzrokiem na tyle, na ile było to możliwe bez lustra pod ręką. Fakt, z pewnością miss Europy zostać bym nie mogła z rozmazanym od deszczu makijażem, ociekającymi wodą włosami, zwieszającymi się do ramion w strąkach, i lepiącym się do ciała ubraniu, ale żeby zasłużyć sobie na aż tak żywiołowe powitanie…?

– Jakie znowu „no”?! Ja ci dam „no”! – Złość babci jak zwykle potoczyła się w znajomym kierunku. Starsza kobieta za każdym razem zupełnie nieświadomie pod wpływem silniejszych emocji wypełniała ściśle określony, niezmienny od lat schemat, lecz nigdy nie zebrałam się na to, by jej to uświadomić. Łatwo było się domyślić, że z jej skłonnością do złości i teatralnego załamywania rąk również to obrałoby oczywisty kierunek. – Czy ty wiesz, która jest godzina?!

– Pojęcia nie mam – przyznałam uczciwie, wzruszając ramionami. Wydawało mi się to oczywiste, że do spacerowania w deszczu nie brałam telefonu ani zegarka, by mi się nie zamoczyły, ale do tego, że myśli babci biegły odrobinę innymi kierunkami, niż moje, również przywykłam.

– Goście już czekają! – krzyknęła na mnie. Przez chwilę autentycznie byłam pewna, że rzuci siatki z zakupami na chodnik i złapie się za głowę, jak to zwykle robiła.

– No i co z tego? – spytałam z rozbrajającą beztroską. – Przecież mówiłam, że nie przyjdę na te imieniny. – W razie czego postanowiłam nie pytać, dlaczego w takim razie jako dobra gospodyni nie siedziała z nimi przy stole. Już i tak wystarczająco sobie nagrabiłam, nie potrzebowałam do tego dodatkowo „szlabanu do ukończenia osiemnastki”, które pomimo tego, że osiągnęłam pełnoletniość kilka miesięcy temu, nadal z niewiadomych przyczyn otrzymuję przygnębiająco często.

– Jak możesz…? – Tym razem staruszka aż się zapowietrzyła.

– Chodźmy stąd, zaraz sama całkiem zmokniesz – wtrąciłam, korzystając z okazji, że szukała odpowiedniego słowa, i zaprowadziłam ją w stronę pobliskiej klatki schodowej, próbując przejąć reklamówki z logiem popularnej sieci supermarketów, którą pozwolę sobie tu nazwać „Stonką”.

– Daj mi spokój, ty myślisz, że ja niedołężna jestem? – Babcia obdarzyła mnie takim spojrzeniem, że wolałam czym prędzej cofnąć dłonie i odejść na dwa kroki z przepraszającą miną. A potem wieczorem, jak znam życie, znowu się nasłucham, jak to wszystko ją boli i jak jej nikt w życiu nie pomaga…

Nie żebym jakieś dwie godziny wcześniej nie proponowała, że sama po te zakupy pójdę. Reakcja była identyczna.

– No więc co się znowu stało, Liv, co? – Gdy już schroniłyśmy się na ciemnej, suchej klatce schodowej, babcia postawiła zakupy pod ścianą i wzięła się groźnie pod boki, nachylając w moją stronę, chcąc jak najlepiej wykorzystać to, że pomimo siedemdziesiątki na karku miała nade mną sporą przewagę wzrostu. I postury. Choć przy moich niecałych stu sześćdziesięciu centymetrach i czterdziestu dwóch kilogramach nie było to jakoś wybitnie trudne.

– To, co zwykle – odparłam spokojnie. – Uprzedzałam was przecież, że gdy wujek pojawi się na imieninach, to na moją obecność nie macie co liczyć. Zignorowaliście to i go zaprosiliście, więc ja sobie poszłam na spacer.

– Dziecko, deszcz pada! – Sugestywnym gestem wskazała na szarugę widoczną przez małe okienko w metalowych drzwiach, jakby myślała, że naprawdę do tej pory tego nie zauważyłam. – Poza tym to nasza rodzina. Co ja mu miałam powiedzieć? To chyba jasne, że przychodzi na takie okazje, zwłaszcza że mieszka obok. Nie mogłabyś…

– Nie, nie mogłabym – przerwałam mało uprzejmie, zgrzytając głośno zębami.

Babcia wyprostowała się lekko i przekrzywiła głowę, jakby chciała przyjrzeć mi się z innej perspektywy. W jej oczach pojawiło się coś dziwnego, coś łagodnego i spokojnego, ale jednocześnie dojrzałego… coś, co sprawiało, że mogłyśmy poważnie rozmawiać godzinami, rozumiejąc się jak dwie bratnie dusze.

Coś, co pojawiało się bardzo, ale to bardzo rzadko, zwłaszcza w ciągu ostatnich lat.

– Przyjdź chociaż się przywitać – ustąpiła wreszcie po dłuższej chwili milczenia.

– Najpierw muszę się uspokoić. Zaraz przyjdę.

Skinęła krótko głową, wyrwała mi torby, po które już sięgałam, i odważnie zaatakowała schody, mamrocząc pod nosem o bolących nogach i przerażającej odległości, jaka to dzieliła ją od mieszkania na drugim piętrze.

Odetchnęłam głęboko, poczekałam, aż trzasną drzwi, i ponownie wyszłam na dwór, mając nadzieję, że obficie lejące się z nieba strugi ciepłej, letniej ulewy pomogą mi odpędzić rodzącą się gdzieś w okolicach serca złość.

Nigdy nie czułam się dobrze w towarzystwie wujka, ale podejrzewam, że nikt zdrowy na ciele i umyśle nie mógłby zarzucić mi, że jest w tym coś dziwnego. Nie chodziło nawet o to, że zawsze, choć zbyt dojrzała na swój wiek, potrafiłam wpaść we wściekłość z byle powodu, a wujek, jako zdegenerowany alkoholik o poglądach politycznych, jakie uważałam za krzywdzące, zwykł wtrącać się dosłownie we wszystko, czego tylko bym nie zrobiła. Był typem osoby, która musiała wszystko skomentować, która wiedziała wszystko najlepiej i zawsze miała przygotowaną historię o tym, jak to należałoby postąpić, bo znał już kogoś, kto znalazł się w podobnej sytuacji. Pewnie uważałabym to za raczej nieszkodliwe, bo sporo miałam w jakby nie patrzeć bardzo dużej rodzinie specyficznych osób, a przynajmniej połowa z nich nadużywała alkoholu, jak zresztą przerażająca część obywateli tego popieprzonego kraju, ale…

Nie, nie to, że wujek skrzywdził mnie osobiście, choć jego słowa złamałyby niejedną słabszą osobę. Ja po prostu święcie wierzyłam, że to przez wujka moja mama odebrała sobie życie.

Nigdy jej nie poznałam. Córka babci podobno była osobą spokojną i wiecznie uśmiechniętą, lecz bardzo podatną na jakąkolwiek krytykę, a dużo starszy brat nie żałował sobie wbijania szpili tam, gdzie najmocniej ją bolało. Babcia broniła go, twierdząc, że musiałam wyciągnąć błędne wnioski, że byłam za mała, by cokolwiek zrozumieć z tej historii i na pewno coś sobie ubzdurałam… ale ja to czułam. Być może nie powinnam tak bardzo wierzyć przeczuciom, skoro niewiele miałam dowodów, ale…

Mama zmarła, gdy miałam rok, więc jej twarz znam jedynie ze zdjęć. Nie tęsknię za nią mocno. Owszem, brakuje mi jej, bo miejsce, które powinna zajmować w moim życiu, jest bardzo istotne i pustka na nim doskwierałaby każdemu, ale… właściwie nie wiedziałam, czego mi brakuje. Jej wyobrażenia? Nie wiem, i tyle. Nikt w rodzinie nie rozmawiał o niej chętnie przez to, co ze sobą zrobiła. To było coś w stylu naszego tabu, temat, który gdy tylko wypłynął, sprawiał, że wszyscy odwracali z zakłopotaniem wzrok i desperacko zaczynali szukać czegokolwiek, co mogłoby skierować ich uwagę na inne tory. Nie znałam jej nawet z opowieści, więc za czym mogłam tęsknić? Wiedziałam jednak wystarczająco z tego, co opowiadał mi tata.

Tak, mama przejmowała się swoim bratem i tym, że nieustannie wtrącał się w jej życie, a zwłaszcza w czasie, gdy cierpiała na bardzo ostrą depresję poporodową. Jeśli dobrze zrozumiałam, jaki dla niej był… to nie dziwiłam się, że to mogło skończyć się w taki sposób. I tata był jedyną osobą, która wyciągnęła wnioski podobne do moich, lecz co mógł na to poradzić? Jak mógł pomóc mi radzić sobie z trawiącą mnie nienawiścią, skoro pracował za granicą, by zapewnić nam godne życie, i o tej porze roku widywałam go sporadycznie?

Dłuższą chwilę stałam na nierównym, powybrzuszanym powoli wygrywającymi z betonem korzeniami drzew chodniku, unosząc twarz do nieba i pozwalając, by ciepła, pachnąca intensywnie ozonem woda spływała po niej swobodnie. Liczyłam oddechy, napominając się, by nie zaciskać zbyt mocno pięści i nie kaleczyć wrażliwego wnętrza dłoni pomalowanymi na niebiesko paznokciami, które babcia już od jakiegoś czasu kazała mi skrócić, by wyglądały „skromniej”.

Kochałam babcię pomimo jej ciężkiego charakteru. Kochałam mocno podstarzałego, lecz wciąż wykazującego się zadziwiająco ostrym umysłem dziadka. Kochałam mojego tatę, który obiecywał, że już za kilka miesięcy, gdy wróci z pracy, będziemy mogli kupić sobie większe mieszkanie i zawsze dbał o to, bym miała wszystko, co najlepsze. Kochałam ich wszystkich…

I nie mogłam patrzeć na to, że nawet do nich wujek lubił się przyczepić. A że, jak wspominałam, potrafiłam wpaść we wściekłość z byle powodu, starałam się unikać sytuacji, w których musiałabym jego zachowanie względem moich bliskich tolerować. Babcia nigdy nie pozwalała na to, bym ich broniła, wiecznie stojąc po stronie walniętego synalka i wciąż uparcie nie dostrzegając w nim niczego złego. Lub udając, że niczego nie dostrzega, i dusząc uczucia na tyle głęboko w sobie, by nikt nie zdołał się na nich poznać.

Nienawidziłam tego, że wciąż zapraszała go na podobne okazje, więc nic dziwnego, że w końcu zaczynałam brać nogi za pas. Nie chciałam mieć z tym człowiekiem do czynienia. Nie chciałam widzieć, jak zachowuje się względem swojej zastraszonej żony i nas wszystkich…

Zaklęłam pod nosem i ruszyłam wzdłuż bloku, mając nadzieję, że skupienie się na omijaniu kałuż pomoże mi nad sobą zapanować.

Moja babcia mieszka w długim, pięcioklatkowym bloku z wielkiej płyty – nafaszerowanym małymi mieszkankami o śmiesznie cienkich ścianach molochu z małymi, kwadratowymi balkonikami, na których wiecznie ktoś suszy kolorowe pranie. Długi chodnik biegnący przed klatkami schodowymi z jednej strony przylega do zadbanych ogródków, a z drugiej, oddzielony mniej więcej metrowym żywopłotem, do sporej zielonej przestrzeni, po której drugiej stronie znajduje się wysoki wieżowiec o elewacji zniszczonej latami walki z miejskim smogiem i kwaśnymi deszczami. Drugi, podobny budynek stoi do niego pod kątem prostym, a tuż przed nim ktoś zdający sobie sprawę z tego, że co za dużo betonu, to nie zdrowo, lata temu posadził obecnie naprawdę okazałą wierzbę płaczącą i ciągnący się na wiele metrów sad. Stare jabłonie wprawdzie już dawno zdziczały i jedyne owoce, jakie rodziły, miały wielkość pięści i tak cierpki smak, że nie dało się ich zjeść bez krzywienia się, lecz nadal między nimi chowa się odrapana ławka i zawsze przystrojona świeżymi kwiatami pomalowana na błękitno kapliczka. Lubiłam tam przesiadywać, gdy nie miałam nic lepszego do roboty.

A zwłaszcza gdy padał deszcz.

Może to i dziwne, lecz uwielbiam spacerować po takim ciepłym, letnim deszczu. Uwielbiam to uczucie, jakie niesie ze sobą zetknięcie wilgoci z rozgrzanym powietrzem upalnego dnia na mojej skórze i uwielbiam zapach, jaki wtedy pojawia się w mieście. Kocham szum deszczu i kocham wszystko, co z nim związane. Nic więc dziwnego, że stało się to dla mnie swego rodzaju terapią…

Tylko że babcia nigdy nie umiała tego zrozumieć. Była święcie przekonana, że jako kobiecie coś takiego mi zwyczajnie nie przystoi, i koniec. Nie zamierzała przyjąć do wiadomości, że czasy się zmieniły i obecnie jedyną osobą, która powinna przejmować się tym, co mi przystoi, a co nie, jestem ja sama.

Właściwie to jeśli pomyśleć, jestem dla babci naprawdę sporym utrapieniem, choć nie robię niczego złego. Wystarczy jednak, że nie chcę się uczyć, bo mam za dużo zainteresowań, słucham satanistycznej muzyki i mam swoje zdanie, a już staję się „skaraniem boskim” na miarę tych, co to prędzej czy później lądują w poprawczaku.

Albo pierdlu, bo na poprawczak chyba jestem już za stara.

Chwilę spacerowałam chodnikiem, przemoczonymi do cna trampkami roztrącając błotniste kałuże. Rozkoszowałam się zapachem wilgoci i poczuciem beztroski i samotności, gdy rozglądając się nie dostrzegałam w okolicy nikogo prócz siebie. Powoli zaczynałam godzić się z tym, że jednak powinnam zebrać się w końcu do mieszkania…

Ale tylko na chwilę, prawda? Przywitam się ze wszystkimi, wujkowi rzucę zdawkowe „cześć” i pójdę w cholerę do swojego pokoju. Przecież ostrzegałam.

Może i ostrzegałam, ale i tak powinnam liczyć się z tym, że babcia tego bez echa nie puści.

Pół godziny później stanęłam przed tandetnymi drzwiami, ozdobionymi kiczowatą kołatką w kształcie lwa. Potulnie wytarłam ciamkające od wilgoci buty w wycieraczkę i weszłam do środka, do ciasnego przedpokoju o niebieskich ścianach i mocno paskudnym niebieskim linoleum na podłodze. O mało nie zabiłam się o nie wiadomo po co wystający z drzwi szafy kluczyk, który zawsze z niewiadomych przyczyn musiałam wbijać sobie pod żebro podczas zamykania ciężkich drzwi wewnętrznych, choć za każdym razem doskonale o nim pamiętałam, i szybko rzuciłam okiem w stronę lustra w kształcie elipsy, nad którym zwieszała się lampka z mlecznym kloszem.

Szlag, było za daleko, będzie mnie widać z dużego pokoju, gdy do niego podejdę.

Wzięłam pod uwagę jak najdyskretniejsze przemknięcie do drzwi swojego pokoju, które miałam tuż obok, lecz zacisnęłam mocno zęby i zrobiłam odważny krok naprzód.

– Aliviana! Cześć, kochanie! – dobiegło do mnie, zanim w ogóle schyliłam się do zdjęcia butów. Wywęszyli mnie, czy jak?

– Cześć, ciociu! – Pomachałam cioci Lusi, szczerze ucieszona jej widokiem. Naprawdę uwielbiałam tę tęgą kobietę, która do dzisiaj podczas każdej wizyty częstowała mnie po kryjomu wyciąganymi z torebki cukierkami. Zdjęłam wreszcie buty i pocałowałam ją w policzek, nachylając się na tyle ostrożnie, by nikogo nie pomoczyć…

– Ale jak ty wyglądasz?! – krzyknęła na mnie babcia, w jednej sekundzie z roześmianej i zaaferowanej rozmową zmieniając się w zdegustowaną i wręcz zrozpaczoną moją postawą. – Jesteś cała mokra!

– Byłam na spacerze – przypomniałam jak najgrzeczniej.

– Przebierz się najpierw, zaraz cały dywan będzie mokry!

Posłusznie skinęłam głową i już miałam iść do swojego pokoju…

– No po prostu nie wierzę. I wy jej na to pozwalacie? – rozległ się znajomy głos, od którego zaraz znowu poczułam przebiegający mi przez plecy dreszcz złości. – Nigdy bym nie pozwolił, by moja córka tak się zachowywała.

– Dobrze, że jej nie masz – burknęłam pod nosem, czym zasłużyłam sobie na kopniaka ze strony zawsze stoicko spokojnego dziadka.

– Niewychowana dziewucha – skwitował jeszcze wujek, gdy znikałam w przedpokoju.

Przełknęłam chęć, by odwrócić się i rzucić w niego pierwszym, co się nawinie, i zamknęłam się w swoim pokoju.

Mój pokój właściwie nie jest nawet moim pokojem, lecz moim tymczasowym schronieniem, które zajmuję do czasu, aż skończymy razem z tatą remont naszego mieszkania. Choć zajmowałam go już długo, bo prawie trzy lata, nadal nie mogłam z jakiegoś powodu zacząć myśleć o nim jak o czymś stałym, do czego mogłabym się przyzwyczaić. Nadal był przede wszystkim graciarnią mojej babci, w którym w szafkach biurowych w tandetnej drewnopodobnej okleinie trzymała wszystko to, czego nie dało się nigdzie wyeksponować nawet z jej zamiłowaniem do bibelotów. Miałam tam biurko, na którym rysowałam (a raczej próbowałam rysować, bo nie wychodziło mi to wybitnie dobrze), i małą rozkładaną kanapę z zadziwiająco wygodnej gąbki, a także szafkę na ubrania, ale… wciąż czułam, że to miejsce nie jest do końca moje. Za dużo było w nim rzeczy, które do mnie nie należały, i zbyt mało miałam do gadania, jeśli chodziło o jego wystrój, bym mogła poczuć się całkowicie swobodnie.

Ściągnęłam szybko przemoczone ubrania i zastąpiłam je suchymi, wybierając pierwszą lepszą bluzkę i spodnie od dresu. Nie zamierzałam się stroić, skoro nie zabawię przy stole zbyt długo. Rzuciłam tęskne spojrzenie w stronę leżącej na biurku książki i wyszłam z powrotem do gości.

Gdy w dużym pokoju wysunąć na środek i rozłożyć rozwalającą się ławę, zostaje naprawdę niewiele miejsca na poruszanie się, lecz nigdy nikomu to nie przeszkadzało. Goście siedzieli na poprzypalanej papierosami kanapie, fotelach w łączkę, które nie pasowały zupełnie do niczego, pufach podobno od kompletu, choć ja szczerze wątpiłam, czy aby na pewno od tego, i przytarganych nie wiadomo skąd rozkładanych krzesłach, bawiąc się dobrze i głośno w cieniu pomalowanej na wysoki połysk meblościanki, na której za szklaną taflą znajduje się kolekcja porcelanowych lalek mojej babci i innych pierdalasek, których dziadek nienawidził z całego serca, lecz znosił dzielnie, by nie denerwować żony. Ustawiony przesadnie głośno telewizor wciskał się w ogólny gwar, tworząc chaos, w którym nie byłam w stanie się zorientować.

Nienawidziłam hałasu, a w tym domu spotykałam go na każdym kroku…

Przywitałam się ze wszystkimi, odpowiadając wymijająco na dziesiątki pytań rodzaju „jak tam w szkole?”, nie zagłębiając się zbytnio w temat. W szkole nie pojawiałam się blisko od miesiąca, mając serdecznie dość rozpuszczonych damulek z klasy i bandy dresiarzy, która się na mnie uwzięła, a naukę miałam w głębokim poważaniu, nikt jednak by tutaj tego nie zrozumiał. Dla nich bym tylko „przesadzała” i „wymyślała problemy”, bo przecież wszystkim tak z racji wieku tęskno do lat szkolnych, że widzą je już jedynie w samych superlatywach. Nikomu nie dałoby się przetłumaczyć, że nie każdy ma szczęście trafić na sympatycznych kolegów i nauczycieli, a już zwłaszcza gdy czymkolwiek się na ich tle wyróżnia. Ja przecież nie chodziłam na imprezy, nie randkowałam z każdym lalusiem, który się nawinął, i ze wszystkich portali społecznościowych miałam tylko Facebooka, więc w oczach mojej klasy byłam nikim. A że nad kimś takim łatwo się znęca…

Tak, moje szkolne życie było kolejną rzeczą, której nienawidziłam.

A co kochałam? Moich ludzi, choć wszystkich innych najchętniej obdarłabym ze skóry i posypała piaskiem. Kochałam również ciszę, naturę, spokój, wolność…

I kochałam wilki. Przede wszystkim wilki. Pojęcia nie mam dlaczego, ale zawsze utożsamiałam się z tymi zwierzętami, a moim największym marzeniem, narastającym za każdym razem, gdy było mi źle, było móc przemienić się w to piękne zwierzę i po prostu uciec gdzieś daleko. Rzucić się przed siebie i biec aż do utraty sił bez żadnego konkretnego celu…

Na wilkach nie ciążyła żadna odpowiedzialność, nikt nie stawiał im w życiu żadnych wymagań. Wilki mogły po prostu kochać, bawić się i żyć, tak jak chciały, przejmując jedynie najprostszymi naturalnymi potrzebami własnych ciał. Ile ja bym dała, by móc tak chociaż przez kilka krótkich dni w roku…

Moje życie naprawdę mnie czasem przytłaczało.

Wyrywając się z chwilowego zamyślenia, nachyliłam się nad ciocią Agatą, żoną znienawidzonego wujka. Przytuliłam ją, a ona odpowiedziała ze swoją zwykłą serdecznością, lecz nie byłam w stanie nie zauważyć jej wyrazu twarzy i czającego się w oczach zrezygnowania…

Ta kobieta gasła. Wujek wykańczał ją z dnia na dzień, jak każdy psychopata, a ona, jak każda współuzależniona, nie potrafiła się od niego uwolnić, nawet gdy szło o dobro ich siedmioletniego syna, który przy ojcu bał się choćby głośniej odezwać. Było mi jej potwornie szkoda i marzyłam o tym, by jakoś pomóc, lecz wiedziałam, że jestem bezradna. Ona nie chciała już żyć. Ona nawet nie chciała iść do psychologa, choć wszyscy proponowali, że jej za to zapłacą, jeśli nie będzie miała pieniędzy. A nie miała, bo wujek przecież nie pozwolił jej pracować.

Wujkowi podałam jedynie dłoń, korzystając z tego, że siedział dość daleko ode mnie i musiałabym pokonać spory tor przeszkód z poodsuwanych pod same okna doniczek z kwiatami, by do niego dotrzeć. On jednak nie zamierzał tak łatwo dać mi spokoju, jak zwykle zresztą.

– Co tam, Aliviano? Jakoś mało o tej szkole mówisz. – Uśmiechnął się, serdeczny i czarujący, jak to tylko on potrafił. – Może ty masz tam jakiegoś kawalera, co?

– Zdecydowanie nie. – Nie chcąc w towarzystwie pokazywać targających mną emocji, skoro i tak nikt prócz cioci Agaty nie zamierzał ich zrozumieć, zmusiłam się do uśmiechu. – Wszyscy kawalerowie w szkole są jeszcze dziećmi. Mało któremu już się nawet wąs sypnął.

Wujek wybuchnął tubalnym śmiechem. Wciąż nie wypuszczał mojej dłoni, a teraz wykorzystał to, by mnie za nią pociągnąć. Zanim zdążyłam zareagować, przeważona jego ciężarem i w końcu lekka jak piórko, dosłownie przeleciałam nad ciocią i wylądowałam mu na kolanach. Przytulił mnie mocno i pocałował w policzek.

– Oj, Ali, po kim ty masz to poczucie humoru, co? – Potargał mnie żartobliwie po włosach, nie zauważając, jak cała się spięłam. – Mówiłem ci już, że byłaś dla mnie zawsze jak córka, której nigdy nie miałem?

Zgrzytnęłam zębami, ale powstrzymałam się od komentarza.

– Muszę iść odrabiać lekcje – warknęłam tylko, chcąc jak najszybciej go zbyć. Kontakt fizyczny z tym człowiekiem był ostatnim, czego potrzebowałam.

– A myślałem, że porozmawiamy o przedłużeniu rodu. Na pewno nie masz tam jakiegoś…?

– Nie będę przedłużać rodu – ucięłam, wstając z niejakim trudem. – Mówiłam już o tym. Nie lubię małych dzieci, nie lubię hałasu i nie lubię poświęcania siebie dla innych.

– Brzmisz jak egoistka – skwitował. – Każda z was tak mówi, a potem dochodzą do głosu hormony i…

– Wiem lepiej, co u mnie dojdzie do głosu, a co nie.

– Aliviano, Matko Święta! – wrzasnęła na mnie babcia. – Jak ty się zachowujesz?!

– Idę do siebie – odpowiedziałam szybko i zwinęłam się stamtąd czym prędzej.

Zamknęłam za sobą drzwi z mętną szybą i usiadłam na podłodze, próbując się uspokoić. Na moment ukryłam twarz w dłoniach, skupiając się na oddychaniu.

Nienawidziłam. Ja po prostu nienawidziłam, gdy oni tak do mnie mówili, gdy sugerowali, że czegoś ode mnie oczekują i…

Dlaczego nie mogliby skupić się na swoim życiu, nie na moim?

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego aż tak mocno mnie to obciążało. Dlaczego nie potrafiłam mieć tego gdzieś? Dlaczego w jednych sytuacjach potrafiłam wykazywać się zadziwiającą siłą psychiczną, by w innych całkowicie odpadać, i to do tego stopnia, że marzyłam już tylko o tym, by uciec gdzieś daleko?

Sięgnęłam po leżącą na biurku książkę, wygrzebaną gdzieś wśród rzeczy babci. Stary papier, na którym wydrukowano pięknie ilustrowaną powieść Curwooda, niemal rozsypywał się w palcach, pożółkły i przesiąknięty zapachem kulek na mole, ale ja nadal go męczyłam, choć czytałam zapisane na nim słowa już przynajmniej pięć razy. Tym razem chodziło mi o coś innego… a mianowicie o przepiękne obrazy wilków, jakie znajdowały się na co drugiej stronie.

Znalazłam notatnik i kilka walających się wśród bałaganu ołówków. Zaczęłam męczyć się z przenoszeniem na papier czarnych kształtów, lecz choć wychodziło mi to dobrze, nie było… idealnie. A dopóki nie było idealnie, jedynie mocniej mnie to denerwowało, przez co już po kilku chwilach odrzuciłam niedokończony szkic.

Chwilę kręciłam się po pokoju, nie mogąc znaleźć sobie żadnego zajęcia. Wciąż ciągnęło mnie na zewnątrz, do skąpanego w deszczu świata, do szarego, szybko ciemniejącego nieba, którego widoku nie zasłaniałaby mi klatka z żelbetowych ścian. Zaczynałam się dusić w niewielkim pokoju.

Ponownie poszłam do salonu.

– O, Ali sobie o nas przypomniała? Coś niedużo tych lekcji miałaś – odezwał się wujek, gdy tylko pojawiłam się w progu.

– Zgłodniałam – odpowiedziałam tylko, nie nawiązując z nim kontaktu wzrokowego. Sięgnęłam po czysty talerzyk i nałożyłam sobie na niego, co tylko się zmieściło. Zawsze kochałam jeść, a babcia na podobne okazje nie zamierzała wykpić się tylko ciastem i herbatą, więc korzystałam z tego, jak tylko mogłam.

I wspominałam już może, że nienawidzę, gdy mówi się na mnie Ali? Jedyna wersja mojego imienia, za jaką przepadam, to Livia. I koniec, kropka. I tak kto to myślał, by dziecku z Polski nadawać tak idiotyczne imię? Przecież to już prawie Dżesika…

– I naprawdę nie zamierzasz z nami usiąść, nawet na chwilę? – Babcia brzmiała na zbulwersowaną.

– Przecież mówiłam, że jestem zajęta.

– Jesteś to niewychowana – wymądrzył się wujek. – Jakby moje dziecko tak się zachowało, to bym mu skórę przetrzepał. Tobie też by się nieraz przydało.

Oho, zaczyna się…

Obdarzyłam zasuszonego mężczyznę najbardziej morderczym spojrzeniem, na jakie tylko się zdobyłam, i odeszłam do ciemnej kuchni.

– I niczego mi nawet nie odpowiesz? Mamo, ty naprawdę powinnaś ją krócej trzymać – usłyszałam jeszcze, zanim całkowicie wyłączyłam się na dobiegające z pokoju dźwięki.

To znaczy… wyłączyłam się na tyle, na ile to było możliwe.

Wdrapałam się na kuchenny blat i otworzyłam na oścież okno, nie zapalając wcześniej światła. Z ulgą wsłuchałam się w szum deszczu i wciągnęłam głęboko w płuca dobiegający z zewnątrz zapach, przymykając oczy. Próbowałam się uspokoić… Próbowałam, ale kiepsko mi to szło, bo wciąż ich słyszałam.

Skubnęłam kawałek ciasta, w znajomym widoku za oknem próbując odnaleźć choć odrobinę spokoju. Chciałam…

Sama już nie wiedziałam, czego chciałam.

Prawda była taka, że choć z pozoru sprawiałam wrażenie osoby nieco flegmatycznej i cynicznej ponad normę, choć odpychałam wszystkich swoim zachowaniem (tak, przyznaję się bez bicia, że swoich niedorozwiniętych szkolnych znajomych zawsze traktowałam tak, jak na to zasługiwali – czyli jak niedorozwiniętych, co niekoniecznie im się podobało), tak naprawdę ukrywałam pod tą maską coś więcej… a mianowicie strach. Lęk przed…

To naprawdę ciężko było wytłumaczyć, ale najprościej powiedzieć, że bałam się normalności.

Bałam się tego, jak wygląda moje życie. Bałam się tego, że nie osiągnę w nim niczego wielkiego, że moje nazwisko nie zostanie zapisane na kartach historii i zniknie wraz z moją śmiercią, jakbym nie znaczyła zupełnie nic. Bałam się, że tak będzie już zawsze – że skończę szkołę, potem studia, znajdę niezbyt satysfakcjonującą, ale jednak dającą źródło utrzymania pracę, wyjdę za mąż za nudnego gościa, który całymi dniami będzie gapił się w telewizor, a następnie urodzę dzieci i wtedy cały mój świat zacznie obracać się wokół nich. Nie potrafiłam powiedzieć, co mnie w tym aż tak przeraża, ale…

Nienawidziłam dzieci. Nienawidziłam rutyny, szarej codzienności i przeciętności w jakimkolwiek wydaniu i czułam przed nimi lęk tak ogromny, że nieraz dławiło mnie od niego w gardle. Chciałam uciec od tego jak najdalej, schować się gdzieś… trafić w jakieś inne miejsce, gdzie znalazłabym cel i mogła żyć po swojemu, a nie tak, jak oczekują tego po mnie wszyscy wokół.

I doprowadzało mnie do szału to, że mam niewielkie szanse, by kiedykolwiek mogło się to ziścić. Nie w świecie, w którym z roku na rok traktuje się ludzi jak większych idiotów, a prym wiodą korporacje, domy w kształcie pozbawionych żadnych ozdób klocków i samochody o silnikach pojemności szklanki, rozpadających się zaraz po wygaśnięciu gwarancji.

A przede wszystkim tak bardzo chciałabym, by ludzie wreszcie zdołali być dla siebie mili. Gdyby przestali krzywdzić się nawzajem i czerpać przyjemność z cudzego cierpienia, już byłoby o wiele lepiej, ale tak? Nie podoba mi się taki świat, i koniec.

Oderwałam wzrok od szarej, przemoczonej elewacji wieżowca, gdy z dużego pokoju doszły mnie podniesione głosy. Chwilę przyglądałam się widocznej pod drzwiami smudze światła, zastanawiając się, czy by nie pójść tam i nie sprawdzić, w czym rzecz, ale uznałam wreszcie, że nie mam ochoty na kolejną utarczkę z wujkiem. To do przewidzenia, że w pewnym momencie jego biedna żona zrobi coś, co mu się nie spodoba, a on poczuje się w obowiązku ją skarcić. Dlaczego, do jasnej cholery, nikt tam nie interweniuje, gdy coś takiego dzieje się na oczach wszystkich?

Pomyliłam się. Tym razem interwencja nadeszła… ale gdybym wiedziała, jak to się dla mnie skończy, z pewnością zastanowiłabym się dwa razy, zanim tak żarliwie bym się o nią pomodliła.

Drzwi otworzyły się gwałtownie, a wściekły jak sto nieszczęść wujek wpadł do małego przedpokoju, popychany przez czerwoną od gniewu babcię. Staruszka z impetem zatrzasnęła drzwi z powrotem, a następnie krzyknęła na syna, ostatecznie rezygnując z postawy kochanej mamuńci nie widzącej żadnej z wad swojego synka:

– Andrzej, jak ty się znowu zachowujesz?! Co ci ta Agata zrobiła?!

– Mamo, mogłabyś nie mieszać się do mojego małżeństwa? – Wujek, jak zwykle, odpowiedział atakiem. – Ja się do spraw twoich i ojca nie mieszam.

– Ale do tego już nie można się nie mieszać, na litość Boską! – Babcia załamała ręce.

– Co tam się stało? – spytałam, nie zdoławszy w porę ugryźć się w język.

Tak, często bywam zbyt wścibska. A zwłaszcza w takich sytuacjach, gdy mam do czynienia z człowiekiem, który działa na mnie jak przysłowiowa płachta na byka.

– A tobie nic do tego, smarkulo! – ryknął na mnie wujek. Stali już na progu kuchni, mało więc od tego nie ogłuchłam.

– On ją uderzył, wyobrażasz sobie? – Babcia groźnie wzięła się pod boki i uniemożliwiła synowi wyjście z pomieszczenia, blokując korytarz. – Andrzej, tak nie może być! Latami przymykałam na to oczy, ale…

Najpierw zmartwiałam. A następnie aż się we mnie zagotowało.

– I po co przymykałaś? – parsknęłam. – Trzeba było przemówić mu do rozumu, dopóki był jeszcze na to czas. Albo przynajmniej cioci Agacie, żeby ratowała siebie i dziecko i wypieprzyła go wreszcie z domu.

Grabiłam sobie i doskonale o tym wiedziałam. Ale jak już zaczęłam, po prostu nie umiałam przestać…

Poza tym to był on. To był człowiek, którego tak bardzo nienawidziłam…

– Nie odzywaj się tak, gówniaro! – Wytknął mnie serdelkowatym palcem. – Nie mieszaj się w sprawy dorosłych, to po pierwsze. Gówno się na czymkolwiek znasz, a uważasz, że możesz się wypowiadać? Jakbyś była moją córką, to tak bym ci dupę złoił, że przez miesiąc byś usiąść nie mogła!

– Andrzej! – syknęła babcia, coraz bardziej zła.

– Gdybyś był moim ojcem, już dawno zmusiłabym matkę, by wywaliła cię z domu na zbity ryj – odparowałam. – Obawiam się, że na kontaktach z ludźmi znam się o wiele lepiej niż ty.

– Jesteś tak samo pojebana, jak twoja matka.

No i to przelało czarę goryczy.

– Nie masz prawa wspominać przy mnie mojej mamy, jasne? – warknęłam. – A z tego domu masz wypierdalać, bo tu nie ma miejsca dla takich ludzi, jak ty!

Babcia się zapowietrzyła, a wujek cofnął kilka kroków, jakbym uderzyła go w twarz. Chwilę mierzył mnie zbaraniałym spojrzeniem, przez co zaczynałam powoli czuć przyćmiewającą wściekłość satysfakcję, że zdołałam z nim wygrać…

Tylko że chyba byłam niedoświadczoną gówniarą, tak jak mówił. I to gówniarą zbyt pewną siebie.

Nie wiem, ile dokładnie trwał moment, w którym coś w jego oczach się zmieniło. To mogły być zarówno długie minuty, jak i ledwie ułamki sekund – grunt, że moja uśpiona czujność nie zdołała w porę się rozbudzić. Gdy purpurowy z rozsadzającej go furii mężczyzna rzucił się w moją stronę, doznałam szoku.

Nie, nie zbaraniałam. Nie zamieniłam się w bezwolną kukłę, która dałaby zrobić ze sobą wszystko, na co tylko oprawcy przyszłaby ochota. Nigdy nie ufałam ludziom i choć żaden mnie jeszcze fizycznie nie skrzywdził, miałam wyrobione odruchy walki, czemu pomagał jedynie fakt, że od sześciu lat ćwiczyłam szermierkę. Muszę przyznać, że reakcję miałam błyskawiczną – gdy tylko człowiek znalazł się w mojej strefie bezpieczeństwa, złapałam za leżący na blacie nóż do ciasta i chciałam chlasnąć go nim po łapach…

Polała się krew; trafiłam najprawdopodobniej w okolice twarzy, gdy potknął się w ostatnim momencie. Zamroczony alkoholem i nagłym bólem, chciał odskoczyć, lecz popchnął mnie własnym impetem. Zachwiałam się i przewróciłam…

No i pewnie nic by się nie stało, gdyby nie to, że za mną znajdowało się otwarte okno. Ostatnim, co zapamiętałam, był rozpaczliwy krzyk babci.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 471
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!