Córa rodu Phoenix – Rozdział 12

 Doktor Plagi

                    Dragan leżał nieruchomo na swoim łóżku w pokoju, który dzielił jeszcze z trzema wychowankami Slytherinu. Znał ich pobieżnie i nie trudził się zapamiętaniem imion – ot kolejne twarzyczki, które wyrzuci z pamięci przy pierwszej lepszej okazji. Z głową opartą o splecione dłonie, wpatrywał się w sufit, coraz bardziej zdenerwowany. Było już dość późno, a jego współlokatorzy spali w najlepsze, drażniąc go swoimi spokojnymi, miarowymi oddechami. W jego mniemaniu, niemalże dorośli, czarodzieje niczym nie różnili się od dzieci – tak samo ślepo wierzyli w wizję świata, który ich otaczał, nie będąc świadomymi zagrożeń, jakie czyhały na nich poza murami szkoły. Uśmiechnął się delikatnie, przygryzając dolną wargę. Głupcy nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, że najupiorniejsza spośród bestii właśnie w tej chwili leżała kilka metrów od nich, czując przemożny głód, którego nie sposób było zaspokoić. Był całkowicie pewien, że nie minie zbyt wiele czasu od radosnego ukończenia Hogwartu, gdy tych trzech przekona się boleśnie, jak wygórowaną ceną okupiona była niezależność. Nie było łatwo przetrwać samotnie, a tak kończył każdy – osamotniony w walce ze swoimi własnymi demonami. Przymknął turkusowe oczy, odciągając myśli ku czemuś zupełnie innemu. Od dziesięcioleci skrzętnie budował, działające na granicy półświatka, imperium wkładając w swe dzieło wiele wysiłku i, jak komicznie by to nie zabrzmiało, serca. Podczas kolonizacji Nowego Świata dziesiątki tysięcy bezcennych, unikatowych przedmiotów podróżowało między kontynentami, towarzysząc swym mniej lub bardziej świadomym ich potęgi właścicielom. Starożytne cywilizacje Ameryki Południowej również posiadały imponującą kolekcję magicznych artefaktów, których znamienita większość zaginęła w strumieniu czasu, prawdopodobnie podzielając podły los swych twórców. Tym właśnie zajmował się od dłuższego czasu – przemierzał zapomniane szlaki, w poszukiwaniu owianych legendą zabytków. Kiedy otrzymał wiadomość od Lady Crown, nie zastanawiał się ani sekundy i porzucił to wszystko, by stanąć u jej boku – tam, gdzie od zawsze było jego miejsce. Ethan, choć sam nalegał na jego przybycie, przyjął go delikatnie rzecz ujmując chłodno, niczym wierny cerber pilnując, żeby jego kontakty z Vallerin nie należały do swobodnych – żądał, by wszystko przechodziło przez jego ręce i był w tej sprawie nieugięty. Kruczowłosy uśmiechnął się maniakalnie do samego siebie. Braciszek się go bał. Od kiedy sięgał pamięcią zawsze się go bano, ale nie przeszkadzało mu to – dzięki grozie jaką budził, łatwiej było mu odciąć się od nadmiernie ciekawskich osobistości, którymi gardził. Najpewniej Ethan po dziś dzień trzymałby go z daleka od Vallerin, gdyby nie wola Lorda Ariena – dziadek jak nikt rozumiał dziwne, wielopłaszczyznowe porozumienie między wnukiem, a jego jedyną siostrą. Arien w sumie niewiele go obchodził…Ethan niewiele go obchodził, lecz Lady Crown…dla niej był gotów poświęcić wszystko. Przyjął ultimatum jakie dziadek postawił dyrektorowi i marudnemu braciszkowi z satysfakcją, która zaskoczyła nawet jego – dzięki Arienowi mógł spędzić trochę więcej czasu z Vallerin, bez konieczności kombinowania i chowania się po kątach. Przywilej przebywania u boku płomiennowłosego anioła, nie rzutował jednak na postawione przed nim zadanie. Miał zinfiltrować tutejszy rynek półświatka i zamierzał się z tego obowiązku wywiązać jak najlepiej. Luther bezszelestnie usiadł na łóżku, tracąc całkowicie zainteresowanie takimi bzdurami jak szkoła, jej marni pracownicy oraz jeszcze bardziej rozczarowujący uczniowie. Infiltracja…tym powinien się zajmować, zamiast wegetować bezczynnie pośród tych nieskończenie nudnych, ograniczających murów. Bezpieczniej co prawda było zaczekać jeszcze parę dni, żeby potwierdzić kilka doniesień, ale paniczna ostrożność obrzydziła go skutecznie już lata temu. Po co było czekać? Dzięki informatorom, którzy swą wiedzą dzielili się nie do końca chętnie – a już tym bardziej nie dobrowolnie – zdążył wyklarować sobie w miarę rzetelny pogląd na sytuację. Zainteresowała go w głównej mierze pewna intrygująca zależność – im mniej chętnie informator gadał, tym pewniejsze było, że w jego doniesieniach w końcu padnie to jedno, niemiłosiernie wkurwiające nazwisko. Malfoy. Turkusowe oczy zalśniły szaleńczo, gdy ich właściciel opuszczał sypialnię, by wymknąć się ze szkolnego więzienia. Wcisnął dłonie w głębokie kieszenie spodni i lekkim, zwinnym krokiem wbiegł po schodach na parter, żeby zagłębić się w labirynt splątanych, żałośnie pustych korytarzy. Dobrze wiedział o patrolach nauczycieli, którzy nocami czuwali nad spokojem swoich słodziutkich pupilków, jednak miał to w poważaniu – posiadał imponujące doświadczenie, jeśli chodziło o ukrywanie się oraz znikanie bez śladu. Bez problemu wyczuł obecność dwóch osób na drugim piętrze i zepchnął tę wiedzę na granicę podświadomości, by móc swobodnie myśleć o czymś innym, jednocześnie nie tracąc profesorów z oka. Malfoy, Malfoy, Malfoy…cóż za durne nazwisko swoją drogą! Vallerin dość dobrze znała młodszego blondaska, jednak jego tatuś oho ho ho! Jego tatuń to była zupełnie inna bajka – znacznie ciekawsza i bardziej irytująca. Doceniał przebiegłość i inteligencję Lucjusza oraz jego całkiem niezłą wprawę w tuszowaniu zamieszania, z jednoczesnym zacieraniem wszelkich śladów. Kiedyś musiał być groźnym przeciwnikiem, ale lata spokoju rozleniwiły go niebezpiecznie, a największym problemem była jego butna, arogancka postawa – zdecydowanie za dużo gadał. Ta właśnie, z pozoru niewinna skłonność do paplania, naprowadziła ostatecznie Dragana nazwisko powiązane z durnym Malfoy’em seniorem. Szumowiny pełzające w półświatku wiedziały o arystokracie znacznie więcej, niż powinny i bardzo usłużnie wyśpiewały o jego przyjacielskich kontaktach z pewnym podstarzałym zgredem, grzejącym wygodny stołeczek w ministerstwie. Kruczowłosy pchnął drzwi i wyszedł na dziedziniec, wyciągając twarz ku srebrzystej poświacie księżyca. Wyciągnął papierosa, po czym wprawnie wetknął go pomiędzy rozciągnięte w półuśmiechu wargi i odpalił, zaciągając się głęboko dymem. Nathan Rowle. Wredny, stary dziadyga z zapędami megalomańskimi oraz ego tak rozdmuchanym, że nie zmieściłoby się w Hogwarcie – perfekcyjny cel. Luther wypuścił obłok dymu. Doskonale wiedział, że pochopne, bezpośrednie uderzenie w Lucjusza mogło przynieść znacznie więcej szkód niż pożytku, ponieważ szanowny Malfoy był póki co najpewniejszym punktem zaczepienia, łączącym szkołę z szemranym półświatkiem i nie mógł go zbyt wcześnie wypłoszyć – nie, dopóki nie miał pewności, że cios zostanie wymierzony wprost w serce tego całego burdelu. Rzucił niedopaloną fajkę na ziemię i wgniótł ją bezlitośnie w rozmokłe błoto, jednocześnie naciągając obszerny kaptur. Czas najwyższy było rozpocząć łowy. 

                   Starszy mężczyzna siedział w wygodnym, kosztownym fotelu przed kominkiem, rozkoszując się ciszą samotnego wieczoru. Niespiesznym ruchem poprawił okulary w solidnych, posrebrzanych oprawkach, które ułatwiały mu pochłanianie kolejnych stronic Proroka Codziennego. Pogrążony w relaksującej lekturze, raz po raz sięgał ku mahoniowemu blatowi stolika kawowego, by podnieść pękaty kieliszek wypełniony schłodzoną brandy i eleganckim ruchem przechylał naczynko, sącząc niewielkie łyki alkoholu, przyjemnie rozpalające przełyk. Uwielbiał spędzać w ten sposób wieczory…w kompletnej ciszy oraz samotności. Samotność co prawda nie była jego wyborem, ale nie żałował rozstania z małżonką – podła jędza zatruwała mu życie, nieustannie domagając się zainteresowania. Znacznie lepiej wiodło mu się bez niej, choć oficjalnie nigdy tego nie przyznał – poza obolałego rozwodnika dawała mu znacznie więcej korzyści, niż początkowo przypuszczał. Westchnął subtelnie, przewracając kolejną kartkę. Praca w ministerstwie należała do stresujących wyzwań, a nie było nic przyjemniejszego od błogiego wypoczynku przed kolejnym, ciężkim dniem. Jutro od niemalże samego poranka, zaplanowany miał szereg bardziej lub mniej istotnych spotkań. Abby, jego asystentka, była niemniej nieznośna od żony, z przesadną skrupulatnością organizując mu każdą jedną minutę w biurze. Czasem miał wrażenie, że świat poszedł w bardzo złym kierunku, skoro kobiety mogły tak ochoczo kontrolować każdy ruch mężczyzny i nie groziła im za to najmniejsza kara. Cóż za czasy…Musiał znieść parę kolejny nużących dni, pod okiem Abby i przetrwać jakoś do wyczekiwanego weekendu. Właśnie…weekend. Został zaproszony na piątkową kolację do domu Lucjusza, co nieco poprawiało mu nastrój – lubił spędzać czas z tym chłopcem i jego przeuroczą małżonką. Tak…Lucjusz miał niebywałe szczęście dobrze się ożenić. Narcyza była dobrze wychowaną damą, znającą swoją rolę niezachwianej podpory męża i doskonałą matką, oddaną godnemu wychowaniu dziedzica. Wspaniała kobieta! Często gościł w Malfoy Manor na jej prośbę, a szczególną radość sprawiało mu to, gdy Draco był w domu. Własnych dzieci nigdy się nie doczekał, za bardzo pochłaniała go kariera, więc traktował młodego Malfoy’a niemalże jak  wnuka, ignorując uparcie to, że chłopiec nijak nie podzielał podobnego przekonania. Nieprzyjemnie zmarszczył czoło, mnąc trzymaną gazetę – rozpuszczony, mały gnojek. Odgonił niepożądane myśli łykiem brandy. Musiał jutro po pracy udać się do kwiaciarni zamówić bukiet dla Narcyzy. Nie wypadało pojawić się w czyimś domu z pustymi rękoma, zwłaszcza, jeśli gospodynią była równie urocza młoda dama. Mógłby co prawda polecić Abby wycieczkę do kwiaciarni, lecz po tym jak ostatnio wróciła z jakimś banalnym bukiecikiem żonkili stracił całą wiarę w jej gust oraz zdrowe zmysły. Podarować Narcyzie Malfoy żonkile…cóż za niedorzeczność! Mężczyzna zerknął na stojący, zabytkowy zegar o mosiężnej tarczy i ażurowych wskazówkach, ustawiony obok kominka i westchnął z zadowoleniem, starannie składając gazetę, którą następnie odłożył na blat stolika w zwyczajowej odległości dwóch palców od brzegu. Dochodziła druga w nocy, więc czas najwyższy było kłaść się spać – człowiekowi z wiekiem potrzeba było znacznie mniej snu, a on już swoje lata miał. Odgarnął niechlujnie przydługie, blond włosy z pooranej zmarszczkami twarzy, zdjął okulary i podniósł się ociężale z fotela. Ledwo stanął na nogi, a już skrzywił się z niesmakiem, czując nieprzyjemny ból pleców, z wolna rozlewający się po całym ciele, który był wynikiem żenującego upadku sprzed ponad roku i od tamtego czasu regularnie dawał mu o sobie znać. Położył dłoń tuż nad lewym biodrem, co najmniej niepocieszony. Choć ledwo przekroczył pięćdziesiątkę, czuł się jakby skończył siedemdziesiąt lat albo i lepiej – siedzący tryb życia, połączony z ciągłym stresem, zaczynał go wykańczać i niełatwo było mu się z tym pogodzić. Powolnym krokiem, delikatnie kulejąc, doczłapał do okna, po czym chwycił za grubą, wiśniową kotarę, chcąc przed snem odgrodzić się od świata szorstkim materiałem. Samych zasłon jak i ich koloru nie znosił, jednak nie miał czasu na pozbywanie się ze swego drogiego domostwa wszelkich śladów po żonie – co by o zołzie nie mówić, miała niesamowite wyczucie estetyki. Rozmyślając nieszczególnie wnikliwie nad przeszłością, nie zwracał zbytniej uwagi na widok rozpościerający się z okna, ale kątem oka coś dostrzegł. Dłoń bezwładnie ześlizgnęła mu się z kotary, a oddech uwiązł w gardle, gdy zobaczył dziwną postać, stojącą na ulicy wprost przed jego wykładanym kostką podjazdem. Przez słaby wzrok nie potrafił wychwycić szczegółów, zwłaszcza po zmierzchu, mimo tego jednak ta osobliwa persona wydała mu się upiorna – wysoka, niepokojąco powykrzywiana z karykaturalną, zacienioną twarzą. Serce mu stanęło, gdy przerażający osobnik nagle uniósł powoli rękę i wskazał długim palcem wprost na niego. Poważnie wystraszony blondyn gwałtownie szarpnął kotarami, przysłaniając szczelnie okno i oparł się plecami o ścianę, łapiąc głębokie wdechy. Po chwili uspokoił się na tyle, by mieć ochotę śmiać się z samego siebie – doprawdy się zestarzał skoro coś takiego było w stanie wpędzić go niemalże w panikę. Wrodzona przezorność nakazała mu jednak upewnić się, że wszystkie drzwi są zamknięte oraz porządnie zabezpieczone zaklęciami, z których korzystał od lat. Mając całkowitą pewność, że wszystko było w jak najlepszym porządku, wspiął się po schodach na piętro, starając się wyrzucić z pamięci osobliwe zdarzenie – w sumie nic takiego nie widział, bo i cóż mógł zobaczyć bez okularów? Wszystko i nic zarazem. Wszedł do głównej sypialni, zwracając na siebie uwagę dwóch psów stróżujących, które jędza pozwoliła mu łaskawie zatrzymać. Pogłaskał delikatnie łby swoich wiernych towarzyszy, z zadowoleniem uznając, iż nie widział u nich najmniejszych oznak poddenerwowania. Zamierzał niezwłocznie ułożyć się w miękkiej, jedwabnej pościeli, lecz przystanął o krok od łóżka i nie wiedząc do końca dlaczego, wyciągnął z nocnego stolika swą sfatygowaną różdżkę, którą ułożył zgrabnie pod poduszką w zasięgu jednego ruchu dłonią. Kiedy dokonał dzieła, potrząsnął głową zawiedziony samym sobą – nigdy wcześniej się tak nie zachowywał, choć w przeszłości miał ku temu dużo poważniejsze powody, niż jakieś byle widziadła. Pewien swego bezpieczeństwa, położył się spać jednak sen nie chciał przyjąć tak łatwo jak zazwyczaj, mącony podświadomym strachem – gdy tylko zamykał powieki, widział dziwną postać wskazującą wprost na niego. Rozdrażniony usiadł na łóżku, żeby sprawdzić gdzie są psy i jeszcze raz skontrolował położenie różdżki, po czym opadł na materac. Po chwili walki udało mu się w końcu zapaść w niespokojny, deprymujący sen jakiego wcześniej nie doświadczył. Nawiedzały go w nim wizje wszystkich momentów, w których jego decyzje sprzeniewierzały się polityce pokoju, usilnie prowadzonej przez ministerstwo oraz ich skutki, nie zawsze pokrywające się z przewidywaniami. Wspomnienie strasznych rzeczy, których się dopuścił oraz ich nieuchronnych, barbarzyńskich następstw rozbudziło w nim, od zawsze tlące się gdzieś w głębi duszy, palące poczucie winy. Miał wrażenie, że dusił się pod naciskiem własnych wyborów, coraz dramatyczniej walcząc o kolejne oddechy. Przeszłość była tylko przeszłością. Zdołał wyjść obronną ręką z tak kuriozalnych patów, że sam się sobie dziwił. Zawsze mu się udawało. Zawsze! Bez względu na cenę, o ile sam nie musiał jej płacić. Czemu miałby czuć się winien? Ludzie najczęściej płacili za własną głupotę, a on był tylko tym, który przyspieszał nadejście nieuniknionego. Po chwili dotarło do niego, że to nie senne mary dławiły jego oddech z niepojętą siłą. Spanikowany wybudził się natychmiast i zastygł widząc pochyloną nad nim postać, którą wcześniej widział przy podjeździe. Teraz widział ów osobnika dokładnie i z całego serca żałował, że do tego doszło…widział to…charakterystyczny dziób maski doktora plagi, niemalże przytknięty do jego twarzy. Przez nagły przypływ adrenaliny chciał krzyczeć, w panice wzywając pomoc, ale zaciśnięta wokół jego szyi dłoń napastnika, nie pozwalała mu na podobne ekscesy. Skoro nie mógł liczyć na pomoc zostało mu walczyć! Rzucał się więc chaotycznie, próbując tym samym osłabić żelazny uścisk, lecz nie miał na to najmniejszych szans – imadło dłoni przeciwnika było nieprzebłagane, a im gwałtowniejsze ruchy wykonywał, tym mocniej wrzynało się w jego gardziel. Stracił chwilową wolę walki i siły, przestawał wyraźnie widzieć przez setki drobnych, czarnych plam wirujących wszędzie wokół. Napastnik puścił go, a on nie miał pojęcia czy zrobił to dlatego, że nie chciał go zamordować, czy może bawił się w ten sposób, pogrywając z bezbronną ofiarą. Nie miało to obecnie najmniejszego znaczenia. Blondyn instynktownie skupił się na łapaniu płytkich, chrapliwych oddechów, krztusząc się przy tym, charcząc i kaszląc. Miał jeszcze jedną szansę, być może ostatnią – różdżka. Ostatkiem sił rzucił się w bok, dobywając upragnionego oręża, nim jednak jego palce zacisnęły się dobrze na drewnie, różdżka wiedziona tajemniczą energią wyrwała się brutalnie z jego dłoni, niechętna do usłuchania woli swego pana. Z olbrzymią prędkością wbiła się wprost w ścianę, rozsypując się w drobny mak. Czegoś takiego nigdy jeszcze nie widział…nie rozumiał, co się działo…na co patrzył…nic już nie wiedział. Rozdygotany spojrzał na napastnika, który stał niewzruszenie, z rękoma zaplecionymi na piersi. To on odebrał mu różdżkę? Sama się zbuntowała, nie mogąc dłużej znieść tego do czego ją zmuszał? Osobiście cisnął nią w ścianę i tego nie zauważył? Co u ciężkiej kurwy się tu działo!!! Bezwiednie usiadł, walcząc z masą rozgorączkowanych myśli, przewijających się przez jego głowę. Nic już nie wiedział… Uczepił się jednego pytania, które wydawało mu się w tej sekundzie poważniejszym od jakiejkolwiek zagadki, czy myśli naukowej – czemu nie obudziło go ujadanie psów? Odpowiedzi doczekał się zacznie szybciej, niż przewidywał i był nią zdewastowany. Jego dwa ukochane, lojalne dobermany siedziały po obu stronach agresora, spokojnie obserwując desperacją walkę o życie, którą bezskutecznie toczył. Niewdzięczne kundle! Przed oczami mu pociemniało. Więc tak miało się to wszystko skończyć…miał umrzeć we własnym łóżku? Politowania godzien koniec. Podczas, gdy mężczyzna wpadał w histeryczne stany przeplatane apatią, Doktor Plagi stał spokojnie, wpatrując się w niego z obrzydzeniem. 

– Nathan Rowle? 

Blondyn poczuł zimne dreszcze, rzucające jego ciałem, gdy usłyszał ten głos…głęboki, ochrypły, przytłumiony…zupełnie jakby dobiegał z czeluści, do których wkrótce i on wpadnie. Nie mógł przemówić, chociaż próbował. Spuchnięte, ściśnięte strachem gardło nie przepuściłoby ani sylaby, więc jedynie skinął potakująco zupełnie się poddając. 

– Pójdziesz ze mną. 

Ton głosu napastnika jednoznacznie dawał do zrozumienia, że nie była to uprzejma prośba, a rozkaz podsycony ulotnym cieniem zabójczej groźby. Zdezorientowany Nathan wstał z łóżka, nie mając najmniejszego zamiaru choćby próbować wdawać się w polemikę – za bardzo zależało mu na własnym bezpieczeństwie. Był na tyle doświadczony życiem oraz jego wszelkimi odcieniami by wiedzieć, że nie należało dyskutować z kimś, kto pojawił się znikąd i wszedł do jego własnego domu jak do siebie. Przybysz położył dłoń na ramieniu mężczyzny, szeroko uśmiechając się pod swoją diaboliczną maską – dla żadnego z nich nie było już odwrotu. Nathan mocno zacisnął powieki czując ogłuszający pęd powietrza oraz charakterystyczny ucisk, towarzyszący pierwszej fazie teleportacji. Nie wiedział, gdzie i po co go zabierano, nie mógł więc zdobyć się nawet na cień optymizmu – bezczelne porwanie raczej nie bywało wstępem do kurtuazyjnych pogaduszek. Nawet gdy wszystko się uspokoiło, a on stał stabilnie na twardym podłożu, nie mógł zmusić się do uchylenia powiek. Nic z tego nie rozumiał…Odprężył się nieco pod wpływem relaksująco ciepłego podmuchu powietrza, przesiąkniętego wspaniałym aromatem świeżo zmielonej kawy. Dłoń napastnika wciąż wbijała się bezlitośnie w jego ramię, już po chwili jednak Doktor Plagi popchnął go, bez zbędnej delikatności wbijając w twarde siedzisko krzesła. Obolały blondyn otworzył oczy i nieśmiało rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym być wcale nie chciał. Siedział na środku kunsztownie zdobionej komnaty, utrzymanej w zaskakująco dobrze współgrającej kompozycji surowości hebanowego drewna oraz ciemnych, przygaszonych barw.  Pomieszczenie ocieplał tuzin świec, lewitujących tuż pod wysokim sufitem, których wydłużone cienie tańczyły niespokojnie, nadając komnacie niepokojącego uroku. W normalnych okolicznościach Nathan zapewne zachwycałby się architekturą wnętrza, zasypując gospodarza dziesiątkami pytań odnośnie bogatej kolekcji zabytkowych mebli, ale ta sytuacja z całą pewnością do normalnych nie należała – siedział Merlin wie gdzie, z Merlin wie kim. Przeniósł spojrzenie przed siebie, zbierając całą swą wolę, by nie drżeć w oznace paniki. W olbrzymim, przypominającym złowróżbny tron, okutym zimną stalą fotelu siedział jego oprawca, a obok niego na hebanowym stoliku stał srebrny dzbanek z parującą kawą, w towarzystwie dwóch śnieżnych filiżanek. Przez dłużą chwilę Rowle wpatrywał się w nieruchomą postać, zaczynając mieć poważne wątpliwości, czy czasem nie zwariował, a cała ta sytuacja nie była jedynie okrutnym figlem spłatanym mu przez zmęczony umysł. Wzdrygnął się, kiedy Doktor Plagi w końcu się poruszył, wychylając się delikatnie ku niemu. 

– Wiesz kim jestem? – dudniący głos odbił się od ścian pokoju. 

Urzędnik zacisnął pięści na podłokietnikach, gorączkowo starając się wpaść na trop właściwej odpowiedzi. Ton człowieka w masce podpowiadał mu, że od tego czy będzie w stanie go rozpoznać wiele zależało. Dla niego samego byłaby to bezcenna informacja, jeśli jeszcze miał mieć szansę wyłgania się z tego wszystkiego. Człowiek w masce…maska…to z całą pewnością była najmocniejsza wskazówka! Znał z pogłosek jedynie jednego osobnika, lubującego się w podobnych akcesoriach. Blondyn poczuł, jak jego krew zamarza w żyłach, wydzierając mu całą nadzieję. Jeśli miał rację…jeśli to rzeczywiście ON… Przełknął ślinę, która miała wyjątkowo gorzki smak. Jeśli to był ON, to zaczynał żałować, że nie dokonał żywota we własnym łóżku. Skumulował całą odwagę, która mu pozostała i postarał się uspokoić głos. 

– Kolekcjoner – pomimo usilnych prób, udało mu się jedynie szepnąć. 

Ciszę pomieszczenia przeciął dziwaczny śmiech napastnika – płytki, przerażający i oschły. Doktor Plagi ściągnął obszerny kaptur, po czym odzianą w czarną rękawicę dłonią, sięgnął karku. Wprawnym ruchem odpiął mosiężne klamry, trzymające w ryzach maskę i odłożył ją eleganckim ruchem na blat stolika, tuż obok filiżanek. Długie, krucze włosy wcześniej trzymane przez maskę, spłynęły miękką falą na jego szerokie barki. Nathan patrzył na Kolekcjonera oniemiały i rozemocjonowany jednocześnie – daleko mu było do znawcy męskiej urody, ale nawet on musiał szczerze przyznać, że siedzący przed nim chłopiec był deprymująco wręcz przystojny. No własnie…chłopiec. Rowle poprawił się niezgrabnie, próbując odzyskać rezon. Napastnik okazał się młodzikiem…niebywale wręcz niepokojącym smarkaczem. Jedno spojrzenie jego jasnożółtych, demonicznych oczu wystarczyło, żeby rozbudzić w Nathanie wszystkie, nawet głęboko skrywane, lęki. Nie potrafił ani patrzeć w te piekielne ślepia, ani przestać się w nie wpatrywać – przerażały go i fascynowały w tym samym czasie. Kolekcjoner podniósł się ze swego tronu, uwalniając urzędnika z hipnotycznego transu i podszedł do obszernej, gotyckiej szafy ustawionej na lewo od wejścia. Niespiesznie zdjął ciężki, smolisty płaszcz ozdobiony surowymi, metalowymi detalami oraz dopasowaną, gładką, skórzaną kurtkę w tym samym kolorze i starannie schował je w przepastnym wnętrzu szafy. Pozbył się również wzmacnianych stalą rękawiczek o ostro zakończonych palcach, po czym wrócił na swoje miejsce, zostając jedynie w spodniach; solidnych, wysokich butach z żelaznymi podeszwami oraz przylegającej do doskonale wyrzeźbionego torsu koszuli w barwie głębokiego grafitu. Zwinnym ruchem podwinął rękawy, odsłaniając umięśnione przedramiona, ozdobione kilkoma misternymi tatuażami. Uwadze Rowle’a nie uszły pierścienie, przyozdobione przeróżnymi niezrozumiałymi symbolami, które lśniły złowrogo na smukłych palcach chłopaka ani szerokie, czarne rzemienie z wyrytymi inskrypcjami, które oplatały jego obydwa nadgarstki. Nathan głośno przełknął ślinę. A Marca do Assassino…znamię zabójcy. Tak nazywano takie rzemienie, które w kulturze czarodziei ameryki łacińskiej oznaczały najgorszych z najgorszych – seryjnych morderców, parających się zawodowo niesieniem zagłady. Nie dawano ich byle śmieciowi, który wysławił się jakimś podrzędnym zabójstwem bardziej z przypadku lub własnej głupoty, niż przez wzgląd na swą wyrafinowaną pracę. Sądząc po długości rzemieni oraz ich obecności na obydwu nadgarstkach kruczowłosego, mógł być całkowicie pewien, że oto spotkał samego diabła we własnej, niepokojąco urokliwej osobie! Rowle’a opuściły wszystkie siły. Utknął sam na sam, Merlin wie gdzie z człowiekiem, który zajmował się cichym eliminowaniem ofiar i z całą pewnością był w swym fachu utytułowanym artystą. Kolekcjoner, widząc żałosną panikę na twarzy swego gościa, wyciągnął z kieszeni spodni papierośnicę, z której delikatnym ruchem wyjął jedną fajkę. Pudełeczko wysunął uprzejmie w stronę Rowle’a, potrząsając nim zachęcająco. Nie potrzebny był mu rozhisteryzowany dziadyga…jeszcze nie teraz. Nathan przyglądał się przez chwilę papierośnicy z otępieniem. Od bardzo dawna wystrzegał się tytoniowego nałogu, uważając go za najkrótszą drogę na cmentarz, jednak w tej chwili marzył o papierosie. Nieśmiało poczęstował się jednym, ujmując go niezdarnie w rozdygotane palce i spojrzał na Kolekcjonera, pospiesznie uciekając wzrokiem od jego przeklętych oczu. 

– Ma pan może zapalniczkę? – wbił spojrzenie w stolik. 

Czarnowłosy roześmiał się nieco inaczej niż poprzednio – delikatniej i jakby cieplej, jednak wciąż ostrzegawczo. Uniósł niespiesznie dłoń i pstryknął palcami rozpalając płomień, który zawisnął ledwie kilka centymetrów od twarzy Nathana. Zachęcony gestem dłoni żółtookiego urzędnik, ostrożnie przytknął końcówkę papierosa do ognistego języka i zaciągnął się głęboko. Gryzący dym spłynął wprost do jego płuc, powodując ostry atak kaszlu – to był jego pierwszy papieros od przeszło dwudziestu lat. Poczerwieniał ze wstydu, słysząc kpiący chichot gospodarza i załzawionymi oczyma zerknął na Kolekcjonera. Chłopak zdążył już odpalić papierosa identyczną metodą, a obecnie sięgał po dzbanek, ściskając filtr fajki zębami. Miękkim, pewnym ruchem napełnił filiżanki aromatycznym, parującym naparem. 

– Częstuj się – zwrócił się do Nathana, odstawiając dzbanek. 

Rowle nie miał najmniejszej ochoty na kurtuazję! Został porwany z własnego domu w środku nocy do jasnej cholery, a jego oprawca życzył sobie uprzejmej rozmowy przy filiżance kawy?! Skąd mógł wiedzieć, czy ten dziwoląg nie chciał go otruć?!! Blondyn przymknął oczy, próbując się uspokoić i odzyskać trzeźwy osąd. Zawsze miał problemy z wybuchami gniewu, lecz tym razem danie się porwać tej słabostce, mogło skończyć się dla niego dużo gorzej, niż przymusowym przepraszaniem współpracowników czy jędzy. Teraz gra toczyła się o jego życie i musiał o tym pamiętać. Nie śmiejąc urazić gospodarza, wstał niepewnie, po czym chwyci uszko efektownej filiżanki i opadł ciężko na swoje miejsce, starając się niczego nie rozlać. 

– Zapewne zastanawiasz się, skorumpowany staruchu, dlaczego w tak bezpośredni sposób zaprosiłem cię w swoje skromne progi – Kolekcjoner założył nogę na nogę. – Może nie tak skromne jak ta obrzydliwa, tandetna dziura, którą nazywasz domem, ale sam rozumiesz. 

Arogancki ton młodzika, jego zupełny brak szacunku do starszych i prowokacyjny dryg rozdrażniły Nathana. Nienawidził, gdy ktokolwiek zwracał się do niego w taki sposób! Był doświadczonym czarodziejem i cieszącym się zaufaniem urzędnikiem, który wiele w swym życiu osiągnął! Zbudował swą pozycję od zera, zupełnie sam i był z siebie więcej niż dumny, a ten bezczelny szczeniak śmiał z nim pogrywać?! Niedorzeczność!!! Szybko stłumił gniew, gdy coś do niego dotarło. Kolekcjoner uśmiechał się cynicznie, czerpiąc satysfakcję z jego reakcji. Ten zabójczy szaleniec rozgryzł go…wiedział doskonale gdzie uderzyć, by wyprowadzić go z równowagi. Jak wiele o nim wiedział i co ważniejsze skąd? Tego musiał się dowiedzieć. Pohamował narastającą wściekłość i skinął bez słowa. 

– Lucjusz Malfoy. 

Kolekcjoner wypuścił gęsty obłok dymu, wśród którego majaczyły jego demoniczne, lśniące oczy wyzute z jakichkolwiek emocji. Dłonie blondyna zadrżały niebezpiecznie. Czego ktoś taki mógł chcieć od Lucjusza i dlaczego sądził, że to on jest odpowiednią osobą by pytać? W co ten chłopak znowu się wplątał? Malfoy miał talent do drażnienia nieodpowiednich osób, ale nigdy nie zadarł z kimś tak bezwzględnym, jak Doktor Plagi. Staruszek milczał uparcie, zdając sobie sprawę z tego, że powinien ważyć słowa. 

– Tracę cierpliwość, Rowle – warknął kruczowłosy, gasząc niedopałek na własnej dłoni. 

Jego słowa…ostrzeżenie rozbrzmiewające w znudzonym głosie…to podziałało na Nathana jak bat. Spiął się, nie wiedząc cóż konkretnie porywacz chciał usłyszeć, a bez tej wiedzy nie był w stanie chronić Malfoy’a. 

– Co chce pan wiedzieć? – odważył się zapytać wprost. 

– Komiczny jesteś, dziadygo! – żółtooki zaśmiał się sucho – To chyba oczywiste, że chcę wiedzieć wszystko. Lucjusz Malfoy wszedł mi w drogę, a nie lubię, gdy uporczywe robactwo kręci mi się pod nogami. Bardzo mnie to irytuje. 

– Przyznam, że nie rozumiem skąd pańskie zainteresowanie moją osobą.- westchnął teatralnie Rowle. – Znam Lucjusza Malfoy’a, to fakt, łączy nas jednak wyłącznie praca. Obawiam się, że nie będę w stanie panu pomóc. 

Nathan uśmiechnął się łagodnie, czując niewypowiedzianą ulgę. Może, przy odrobinie szczęścia, uda mu się z tego wszystkiego wykpić i nie narazić przyjaciela. Jego naiwne przekonanie pękło niczym bańka mydlana, ledwie kilka sekund później. Poczuł przeszywający, straszliwy ból rozdzierający jego prawe ramię. Spanikowany spojrzał na Kolekcjonera, który siedział przed nim z wyciągniętą dłonią i niewzruszoną, kamienną miną. Urzędnik, nic z tego nie rozumiejąc, wbił wzrok w swoją rękę, spływającą lepką krwią. Bez wątpienia miał pogruchotane kości i Merlin jeden wiedział, w jaki sposób to się stało. 

– Jak? – przerażony wlepił oczy w żółte tęczówki. 

– Niewiele o mnie słyszałeś, prawda? – zakpił kruczowłosy – Gdybyś nie był tylko ograniczonym staruchem, wiedziałbyś, że nazywam się Luther. Mogę połamać ci wszystkie kości, jedna po drugiej, bez ruszania się z miejsca. Myślisz, że nie wiem o twoich cotygodniowych kolacyjkach w Malfoy Manor? – roześmiał się oskarżycielsko – Jesteś na tyle głupi, by nie podejrzewać, że zadałem sobie trudu wybadania relacji łączących cię z Malfoy’em? Masz mnie za AMATORA?!! – ryknął wściekle – Wiem doskonale o waszych przyjacielskich stosunkach i żałosnym poklepywaniu się po pleckach. Twój koleżka jest prawdopodobnie w posiadaniu przedmiotu, na którym mi zależy i zrobię wszystko, żeby go dostać. Rozumiesz, dziadygo? Wszystko. Wyśpiewasz mi co wiesz, albo oszczędzę sobie fatygi bycia uprzejmym i zrobię to co zwykle. Wpadnę do Malfoy Manor i wyżnę każdego, kto stanie mi na drodze nie kłopocząc się zadawaniem pytań. Później puszczę z dymem ten paskudny relikt smutnej przeszłości i przeszukam zgliszcza. Zacznę pozbywanie się upierdliwej rodzinki od tego blond szczeniaka. Draco, zgadza się? 

Zszokowany Rowle wypuścił z dłoni filiżankę, która roztrzaskała się w drobny mak  z przejmującym łoskotem. Nie…To nie mogło dziać się naprawdę! Słyszał wiele plotek o bezkompromisowych, krwawych metodach króla półświatka, ale nie dawał im wiary. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w istnienie wcielonego zła, zwłaszcza, gdy zamilkło na tak wiele lat. Bezwiednie trząsł głową w spazmatycznym akcie przerażenia. To bydle istniało! Istniało i siedziało tuż przed nim, gotowe do rzucenia się na tych, na których mu zależało. Musiał go powstrzymać!

– Nie możesz – rzucił bez przekonania. – Draco jest bezpieczny! Dumbledore nigdy…

Przerwał mu szyderczy, przepełniony dziwną presją śmiech. Jego nieodgadniona siła wbiła w fotel urzędnika, powodując niepowstrzymany chaos w głowie. Jak miał powstrzymać to coś? 

– Masz tupet, robalu, żeby straszyć mnie Albusem Dumbledorem! – zagrzmiał Kolekcjoner – Wierzysz w to, że nie byłbym w stanie wyciągnąć gnojka z Hogwartu tak, żeby nikt się w porę nie zorientował? Z tobą poszło mi całkiem gładko, a zapewniam, że mam wprawę w eliminowaniu znacznie ostrożniejszych pasożytów. Wiesz czym się zajmuję? – wychylił się w stronę rozmówcy, który pokracznie pokiwał w geście zaprzeczenia – Dla zabawy wyrzynam całe organizacje, które wlazły mi z butami w interesy. Ucinam łby takim arogantom jak ty oraz ich rodzinom, bo nie lubię zostawiać światków, a potem znikam bez śladu. Skoro tak martwisz się o szczeniaka, to pójdę na ustępstwo i zacznę od Narcyzy. Ahhh – sięgnął po kolejnego papierosa – piękna, uprzejma, kochająca Narcyzia. Mógłbym po prostu skręcić jej kark jednym pstryknięciem palców i rzucić jej bezwładne ciało tuż pod twoje nogi, ale to nie byłoby dość zabawne, nie uważasz? Skłaniam się raczej do pocięcia jej ślicznej buźki, zmiażdżenia drobnych dłoni, odrąbania wszystkich palców oraz języka, rozprucia klatki piersiowej, a jeśli będzie zdychać za długo, poderżnę jej gardło. Piękna wizja! – roześmiał się szaleńczo – Pytanie tylko, czy do niej dopuścisz, Rowle. Możesz powiedzieć mi wszystko, co chcę wiedzieć tu i teraz albo sprawdzić, czy spełnię groźbę. Mnie to zwisa, ale czy ty, o wspaniały urzędniku, jesteś gotów pogodzić się z tym, że Narcyzia gorzko zapłaci za twój daremny upór? 

Blondyn zgiął się w pół, niesiony falą przemożnych mdłości. Kolekcjoner w rzeczywistości był dużo gorszy niż to, co znał z rozlicznych legend. Wystarczyło by ulotnie pochwycił dziką satysfakcję czającą się w żółtych ślepiach, by nabrał pewności co do tego, że chłopak nie żartował. Było w nim coś tak brutalnego, diabolicznego i złowróżbnego…coś tak cholernie przerażającego…nie wiedział jak to zdefiniować, ale czuł całym sobą, iż spotkanie z tym człowiekiem oko w oko było gorsze od wpadnięcia wprost w ognie piekielne. Przytknął mocno dłonie do ust, próbując nie zwymiotować. Kapryśny los w końcu zmusił go do tego, by zapłacił za całe zło, które wyrządził, zmuszając go do pertraktowania z samym diabłem! Został pokonany. Nie miał żadnych argumentów, za pomocą których mógłby walczyć – za bardzo leżał mu na sercu los Narcyzy i Draco, żeby ryzykował ich życie, próbując się wyłgać. Kolekcjoner go dopadł. Rozłożył na łopatki, po czym bezlitośnie przydusił. Nie chciał narażać Malfoy’ów na łaskę, bądź niełaskę tego psychopaty. Usiadł w miarę prosto. 

– Dobrze – przymknął powieki. – Niech pan pyta. Odpowiem na każde pytanie. 

– Nie mam zamiaru bawić się w pytania i odpowiedzi, starcze. Zadając pytania mógłbym nakierować cię na odpowiedzi, które chcę usłyszeć, a to byłoby niepotrzebne marnowanie mojego czasu. Opowiadaj od początku. 

Rowle, ze łzami w oczach, rozpoczął snucie opowieści o tym jak poznał Lucjusza i wszystkim co dotyczyło tej znajomości. Na początku próbował jeszcze pomijać pewne niewygodne fakty, lecz jakiekolwiek przemilczenia nie miały najmniejszej racji bytu – Kolekcjoner wychwytywał je bezbłędnie, a następnie dotkliwie karał, łamiąc mu kolejne kości. Im więcej Nathan starał się ukryć, tym większa kałuża krwi rozpływała się pod jego krzesłem. Gdyby nie chora brutalność, kruczowłosy chłopak doskonale sprawdziłby się w roli aurora. Miał imponującą technikę przesłuchań i był nienaturalnie czujny, wychwytując szczegóły, których nawet Nathan nie wyłapywał we własnym potoku słów. Zmuszał Rowle’a do bezwarunkowej szczerości, wyciągając z niego najbardziej intymne detale. Zamieszał w głowie blondyna do tego stopnia, że wyznał mu wszytko – wyspowiadał się ze swoich brudnych grzeszków; roli, jaką pełnił podczas Wojny Czarodziejów i tuż po niej; spraw, które zatuszował w ciągu swej kariery, a nawet nieprzyjemnego rozstania z żoną. Kolekcjoner, wysłuchawszy całości, po prostu wstał i opuścił pokój przesłuchań, uprzednio łatając jako tako obrażenia swojej ofiary. Kruczowłosy zamknął za sobą drzwi i uśmiechnął się do swojego, względnie zaufanego, podwładnego który przybył wraz z nim zza oceanu. 

– Raven, weź się nim zajmij – nonszalanckim gestem odrzucił włosy do tyłu. – Odrobinkę przesadziłem z siłą. 

– Czy mam go utrzymać przy życiu, szefie? 

Wpatrywały się w niego wygłodniałe, jasnobłękitne oczy chłopaka niegdyś noszącego imię Marco i zasilającego szeregi szemranej organizacji militarnej, będącej faktycznie jedynie elitarną jednostką zabójców, na usługach wyrachowanego rządu. Dragan spotkał go przypadkiem i z czystej ciekawości zaproponował mu współpracę, która przynosiła zadowalające efekty od kilku lat. Raven, na znak lojalności wobec swego pracodawcy, zmienił imię oraz wytatuował sobie symbol płomienia na plecach, ku uczczeniu ich pierwszego spotkania. Perfekcyjnie odwzorowana dzikość ognia nieco kontrastowała z licznymi bliznami, jakimi poorane było ciało niebieskookiego. Kruczowłosy westchnął delikatnie. Dla poprzedniej organizacji Raven był tylko jednym z licznych pionków, nie przedstawiającym żadnej wartości jako jednostka ludzka. Było im wszystko jedno czy przeżyje – liczyło się tylko to, że wykonywał rozkazy. Dragan cenił sobie oddanie kompana, jednak nie był w stanie bezgranicznie mu zaufać, pomimo niezachwianej lojalności chłopaka – taki przywilej był zarezerwowany dla Vallerin. 

– Owszem. Jeszcze nie skończyłem z panem Rowlem – uśmiechnął się półgębkiem. – Skurwiel zwrócił moją uwagę na wiele przekrętów, którym chcę się bliżej przyjrzeć. Zatroszcz się o jego komfort w naszym stylu. 

Kolekcjoner mrugnął porozumiewawczo do towarzysza. 

– Co z nimi? – Raven wskazał na dwa dobermany, leżące na chłodnej, kamiennej podłodze. 

– Dostarczysz je do Holandii, do domu byłej żony tego gnoja – czarnowłosy przyklęknął przy psach, delikatnie gładząc ich karki. – Wyczuwam jaką nienawiścią go darzą, a to nietypowe dla zwierząt słynących z bezwarunkowej miłości. Ten pojebany staruch odebrał swojej żonie wszystko. Dom, oszczędności i te dwa pieszczochy, tylko po to, żeby ukarać ją za odejście. To musi być święta kobieta, skoro znosiła go przez tyle lat. Psiaki powinny trafić pod jej opiekę. 

– Jak sobie życzysz. 

Niebieskooki pokłonił się z subtelnym uśmiechem, po czym zniknął za drzwiami komnaty, która miała stać się więzieniem dla Nathana Rowle’a. Dragan nie przestając bawić się z psami, porządkował wszytko, co usłyszał z ust tej marnej kreatury. Dowiedział się od blondaska wszystkiego czego chciał i o wiele, wiele więcej. W szczególności zainteresowała go sprawa makabrycznej śmierci rodziców Harry’ego Pottera. Coś mu w tej opowieści nie grało…śmierdziało to na kilometr jakimś mało wyrafinowanym przekrętem, a on zamierzał dowiedzieć się, o co dokładnie chodziło, kiedy tylko Rowle dojdzie do siebie na tyle, by przeżyć powtórkę z rozrywki. Póki co musiał przekazać Vallerin rewelacje dotyczące pewnego, mocno kłopotliwego, dziennika.

                  W Ministerstwie Magii dosłownie wrzało z powodu przeciągającej się, nietypowej nieobecności Nathana Rowle’a – szefa departamentu Magicznych Wypadków i Katastrof. Wszyscy zastanawiali się, dlaczego ten stateczny, obowiązkowy i oddany swej pracy urzędnik, miałby ot tak nie pojawić się bez słowa uprzedzenia. Kompletnie nie pasowało to do charakteru Nathana, ani nieskazitelnego przebiegu jego wieloletniej pracy. Lucjusz Malfoy szybko przemierzał korytarze, rytmicznie stukając nieodłączną laską o wypolerowane płytki. Kierował się w stronę gabinetu Arnolda Peasegooda, a im był bliżej, tym wyraźniej docierały do niego odgłosy żywo prowadzonej dyskusji. Szarooki arystokrata w końcu stanął w progu i zimnym wzrokiem przesunął po twarzach zebranych, uśmiechając się pod nosem. Elfias Doge, Mafalda Hopkirk, Phoebus Penrose, Amos Diggory i oczywiście Peasegood we własnej osobie – iście doborowe towarzystwo. Arnold energicznym gestem zaprosił go do środka. Lucjusz usiadł obok Mafaldy, która łypała na niego złowrogo – nie było tajemnicą, że nie przepadała za Malfoy’em, a po kontach szeptało się, iż niechęć podstarzałej czarownicy była skutkiem odrzucenia przez, ładnych parę lat młodszego, arystokratę. Jaka prawda by nie była, Hopkirk otwarcie okazywała wrogość wobec młodszego kolegi w czasem brutalnie dosadny sposób.

– To straszne, Lucjuszu! – odezwał się Diggory – Słyszałeś o Nathanie?

– Jedynie pogłoski, Amosie, dlatego postanowiłem złożyć wizytę Arnoldowi.

– I doskonale wybrałeś! Szef nie pojawił się od kilku dni, więc poszliśmy z Amosem, żeby sprawdzić czy nic mu nie jest, ale nie zastaliśmy go w domu. Najzwyczajniej w świecie przepadł! Ot tak, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia! – gorączkował się Peasegood.

– Zgłosiliście to ministrowi? – zasadniczo zapytał Doge.

– Bezzwłocznie, drogi Elfiasie. Minister wysłał najlepszych aurorów, by zbadali sprawę, a dziś dostarczono nam pierwszy raport. Czytajcie!

Arnold przekazał zebranym starannie zszyty plik dokumentów, zapisanych równym, wyraźnym pismem. Każdy z zebranych czytał w spokoju, a po zakończonej lekturze, przekazywał raport w kolejne ręce – sam zaś w milczeniu gdybał nad zaskakującą treścią. Nim wszyscy zapoznali się z dokumentacją, upłynęło kilkanaście, pogrążonych w gęstniejącej ciszy, minut. Penrose rzucił ostentacyjnie plik papierów na biurko gospodarza, po czym splótł dłonie i rozparł się w fotelu, przybierając minę wytrawnego eksperta od zaginięć.

– To niczego nie wyjaśnia – burknął.

Po, nazbyt oczywistych, słowach Phoebusa od nowa rozgorzała gorąca dysputa, której Lucjusz nie przysłuchiwał się zbyt uważnie. Nikt ze zgromadzonych nie dostrzegł napięcia, rosnącego na twarzy blondyna. Wedle raportu, jeden ze świadków widział przed domem Rowle’a tajemniczą postać, prawdopodobnie w noc jego zaginięcia. Świadek nie był w stanie dokładnie opisać tej postaci, przez wieczorny mrok, jednak donosił o wysokiej osobie, odzianej w długi, ciemny płaszcz. Znacznie ważniejszą rzeczą była osobliwy element ubioru ów postaci – upiorna maska, wzorowana na tych, które nosili lekarze w czasach królowania dżumy. Maska doktora plagi…Malfoy słyszał o jednej osobie noszącej coś takiego, a świadomość tego, że ON pojawił się w Wielkiej Brytanii…skutecznie tamowała krew w jego żyłach. Kolekcjoner. Jeśli on kręcił się w pobliżu Londynu, Lucjusz zapragnął być co najmniej w Chinach. Kurtuazyjnie odczekał dłuższą chwilę, co jakiś czas włączając się do dyskusji, by zręcznie ukryć zdenerwowanie. W odpowiednim momencie wyszedł w towarzystwie Hopkirk, która trzymała się kilka kroków za nim i gdy tylko nadarzyła się sposobność, poszła w swoją stronę. Bardzo mu to odpowiadało. Nie miał najmniejszej ochoty na dyplomatyczną wymianę nieszczerych uprzejmości z tą kobietą. Jak najszybciej chciał zaszyć się w zaciszu swojego gabinetu. Dotarł do niego bez problemu, nie napotkawszy po drodze nikogo, kto chciałby zamienić z nim kilka zdań. Ostrymi słowami dał do zrozumienia asystentce, że nie życzył sobie żadnych wizyt. Zamknął za sobą drzwi na klucz i usiadł za swoim zadbanym, pedantycznie uporządkowanym biurkiem. Dopiero tutaj mógł odetchnąć i zastanowić się w spokoju co dalej. Odłożył laskę, po czym wbił wygodniej plecy w oparcie obszernego fotela. Kolekcjoner…wiele słyszał o tym człowieku, głównie od nieco szemranych znajomych, a nic co usłyszał nie napawało optymizmem. Czego ktoś taki mógł chcieć od starego, poczciwego Rowle’a? I co ważniejsze, czego mógł się od niego dowiedzieć. Lucjusz Malfoy nie posiadał nikogo, kogo mógłby nazwać przyjacielem. Zbyt dobrze wiedział z jak wielkim niebezpieczeństwem wiązał się ten, na pierwszy rzut oka, prozaiczny tytuł. Był zbyt ambitny i rozważny, żeby świadomie narażać się na coś równie ryzykownego. Jednakże spośród wszystkich jego znajomych, właśnie Nathanowi było najbliżej do kogoś, kogo mógłby nazwać przyjacielem – w pewnym uproszczeniu, oczywiście. Swego czasu nie kto inny jak Rowle, pomógł mu w zdobyciu znacznej pozycji w ministerstwie, wstawiając się za blondynem również bezpośrednio po zakończeniu Wojny Czarodziejów i przekonując współpracowników o niewinności Malfoy’a. Nathan robił to, chociaż doskonale znał prawdę o swoim nowym podopiecznym. Lucjusz bez przekonania podwinął rękaw i spojrzał na znak na swoim przedramieniu, uśmiechając się gorzko. Choć Nathan nigdy oficjalnie nie należał do popleczników Czarnego Pana, zawsze okazywał im nieme wsparcie, wyciągając ich z setek potencjalnie groźnych sytuacji. Po tym nieszczęsnym wypadku z Potterem i rozpadzie planów Voldemorta dotyczących przejęcia władzy nad światem magii, pomógł wielu Śmierciożercom uniknąć zesłania do Azkabanu, za co byli mu niewymownie wdzięczni. Jemu jednemu Lucjusz opowiedział o posiadanym dzienniku. Nieświadomie przygryzł koniuszek kciuka, zastanawiając się, czy przyjdzie mu gorzko pożałować tej decyzji. Nathan nigdy by go nie zdradził, tego mógł być pewien, ale jakie były zamiary Kolekcjonera? Dlaczego pojawił się właśnie przed drzwiami Rowle’a? I co najważniejsze…po czyjej tak właściwie był stronie? O Kolekcjonerze słyszał każdy parający się zbieraniem artefaktów, ponieważ Doktor Plagi uchodził za ich wybitnego znawcę. Wedle krążących plotek w jego zbiorach znajdowały się okazy czarnomagiczne o niewyobrażalnych wręcz właściwościach i to głównie wokół takich przedmiotów koncentrował swą uwagę. Skoro interesował się czarną magią, to można było uznać go za potencjalnego sojusznika? Wysoce wątpliwe. Kolekcjoner zdawał się stać ponad podziałami magii. Interesowały go tylko i wyłącznie artefakty. Do legendy przeszedł jego…nietypowy temperament. Malfoy zaklął cicho przerzucając głowę przez oparcie. Pojawienie się Kolekcjonera mogło okazać się dla ich sprawy zarówno zbawienne, jak i destrukcyjne. W tym momencie miał jednak większy problem, niż dywagowanie na temat niepewnej przyszłości. Zakładając najgorszy możliwy scenariusz, Kolekcjoner przybył do Rowle’a właśnie z powodu dziennika, a to mogło drastycznie obniżyć szanse powodzenia jego planu. Póki co jego realizacja przebiegała wolno…zbyt wolno. Musiał jak najszybciej pozbyć się Albusa Dumbledore’a, potrzebował jednak pretekstu – mocnego powodu, z którym nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby polemizować. Od dłuższego czasu drogą dyplomacji podważał pozycję dyrektora i zdobywał co prawda coraz więcej przychylności ze strony pracowników ministerstwa, jednak to nie wystarczyło. Wciąż była silna grupa naiwnych idealistów, stojąca murem za tym starym pomyleńcem. Zasiane ziarno niepewności desperacko potrzebowało odpowiedniego gruntu, by wykiełkować z pełną siłą. Minister Knot, przez całą swą karierę na tym stanowisku, dbał w szczególności o jedno – wizerunek. Ministerstwo Magii miało sprawiać wrażenie żelaznej, w pełni kompetentnej instytucji niezłomnie strzegącej praw i tajemnic świata czarodziei oraz gotowej twardą ręką wymierzyć sprawiedliwość. Lucjusz musiał wymyślić jak uderzyć w tę najczulszą nutę tak, by minister nie przebierał w środkach w stosunku do Dumbledore’a, który bądź co bądź cały czas był jedną z ikon świata magii. Ktoś delikatnie zapukał do drzwi, wyrywając Malfoy’a ze snucia makiawelicznych planów. Arystokrata prychnął zdenerwowany nachalnością nieoczekiwanego gościa, który naciskał klamkę starając się dostać do środka – ciężkie drzwi jednak nie ustąpiły.

– Panie Malfoy?! – usłyszał głos asystentki – Proszę otworzyć!

– Masz problemy ze słuchem?! Nie życzę sobie żadnych wizyt!!!

– Proszę, panie Malfoy! To pilne!

Poczerwieniały ze złości Lucjusz poderwał się od biurka i z rozmachem otworzył drzwi, wściekłym spojrzeniem mierząc stojącą za nimi, drobną brunetkę o wystraszonych, sarnich oczach. Miał dać jej porządną lekcję na temat szacunku wobec poleceń przełożonego, ale kobieta wysunęła w jego stronę jakiś dokument i złagodniał, widząc jakąż to pieczęcią był opatrzony. Gwałtownym ruchem wyrwał papier z rozdygotanych dłoni asystentki.

– Co to ma być? – warknął nieprzyjemnie.

– Raport z Hogwartu, proszę pana. Doszło tam do kolejnych ataków.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 367
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!