Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 9

          Podeszła do stołu i przejechała po nim palcem. Nic. Nieskazitelnie czysto. Gdyby tu posprzątała, podpadałoby to chyba pod jakąś chorobę psychiczną.

          Rozejrzała się po salonie. Regał na książki, w którym nie było już wolnego miejsca na nowe pozycje, też wyglądał na czysty. Krzesła dookoła stołu ustawione w odpowiedni sposób. Po podłodze nie turlały się żadne tumany kurzu, a poduszki na kanapie nie miały choćby jednego zgniecenia. Przeklęta Temari i jej pedantyzm.

          Usiadła na kanapie i utkwiła wzrok w piaskowym suficie. Piękny dzień na urodziny…

          Dawniej nigdy ich nie obchodziła. Yuriko chyba uznała, że to rozrywka dla gminu i nie znała nawet swojej daty urodzenia. A może w kraju Ognia nie świętowano urodzin? Ale chyba daty były znane, to dlaczego ona swojej nie znała? Westchnęła cicho i przywołała w pamięci dzień sprzed ośmiu lat.

          To wtedy stało się jasne, że Czwarty Kazekage został zamordowany i nie ostał się w Sunie nikt, kto mógłby ją odnaleźć w tym domu. Kiedy Kankurō, Temari i Gaara wrócili z symbolicznego pochówku, Temari zarządziła, że to koniec stanu zawieszenia.

          Miała wybrać sobie nowe imię. Padło na imię ulubionej bohaterki z książek, które Yuriko pozwalała jej czytać — Sayuri. Ale to nie wystarczyło Temari. Na szybko upiekła jakieś ciasto i uznała, że to nowy rozdział ich życia, a jej urodziny. 

          Sayuri parsknęła śmiechem. Choć minęło sporo czasu, nadal nie odnalazła odpowiedzi na to, jakim cudem udało jej się przetrwać te pierwsze miesiące w zdrowiu psychicznym? I jakim cudem oni przeżyli z nią? Teraz, z perspektywy czasu, zdawała sobie sprawę, jak bardzo irytująca była.

          Uśmiechnęła się pod nosem i przymrużyła oczy, patrząc na zdjęcie, które stało na kredensie pod malutkim, okrągłym oknem.

          Zostało wykonane tuż po tym, jak Gaara został Kazekage. Odważyli się zrobić zdjęcie wraz z nią, bo w końcu się przemogła i pozwoliła Temari pofarbować włosy. W Sunie nie było zbyt wielu rudzielców i choć prawdopodobieństwo, że ktoś pamiętałby o córce Lorda sprzed lat, było nikłe, Temari nie dała się przebłagać. Na początku ustaliła tę zasadę — bez farbowania nie ma wychodzenia z domu. I choć Sayuri niezwykle uparcie nie pozwalała na zbezczeszczanie włosów, w końcu uległa. Jak mogła nie brać udziału w tak ważnej dla Gaary chwili? Jak mogła nie iść posłuchać jego przemówienia do mieszkańców?

          Nie lubiła Suny. Czuła się jak intruz, który nigdy nie zostanie zaakceptowany. Wdarła się tu lata temu oszustwem i już nigdy nie zostanie częścią tej wioski, ale oni… Nie mogła ich nie pokochać. Nie mogła nie być wdzięczna za lata wsparcia. A teraz…

          Zacisnęła dłonie w pięść. Jak bardzo egoistyczna była, że zamiast cieszyć się ze szczęścia Temari, unikała jej i wolała nie myśleć o nadchodzących tygodniach? Niech przeklęty będzie Nara! Dlaczego zabierał jej przyjaciółkę?!

          — Szczęście aż emanuje z ciebie, księżniczko.

          Głośno zaczerpnęła powietrza i spojrzała na próg salonu. Kankurō stał oparty o framugę z rękoma skrzyżowanymi na piersi i patrzył na nią z nikłym uśmiechem.

          — Wiem, że kobiety przeżywają każdy miniony rok, ale znaj moje dobre serce. Nie wyglądasz jeszcze tragicznie.

          Zmobilizowała się do uśmiechu, ale nie zdążyła zrobić tego dostatecznie szybko. Kankurō zbyt łatwo potrafił ją rozszyfrować i była pewna, że tym razem też tak było. Zmrużył oczy, a uśmiech zniknął z jego twarzy.

          — Co to za pociecha, skoro słowa płyną z twoich ust? — Próbowała ratować się przed przesłuchaniem, na które się zanosiło. — Jeszcze rok, dwa, a będziesz szukał młodszego modelu, żeby popatrzeć mu na tyłek… — Kiedy dostrzegła, że zmarszczył brwi, uśmiechnęła się z tryumfem. — Myślisz, że przez te wszystkie lata się nie zorientowałam?

          Parsknął śmiechem, który nie sięgnął oczu. Nadal patrzył na nią uważnie.

          Wzdrygnęła się, kiedy rzucił w jej stronę pakunkiem. Ledwo pochwyciła pudełko.

          — Uwiecznij swoje wdzięki, póki jeszcze nie są skażone wiekiem. — Puścił jej oczko, ale nadal nie odszedł. — Temari wróciła z siedziby?

          — Dziękuję za prezent — odparła. Wstała i próbowała przecisnąć się koło niego, ale nie dawał jej do tego przestrzeni. Spojrzała mu w oczy. — Zamierzasz tu stać cały dzień?

          — Nie wiem. A ty zamierzasz cały dzień stroić fochy?

          — Nie stroję fochów. — Nadal panowała nad głosem, ale przychodziło jej to z coraz większym trudem. — Chcę schować prezent do sypialni. To zbrodnia?

          — Wiesz, że Temari nie ma teraz głowy do niczego, co nie jest związane ze ślubem.

          Sayuri spięła się wewnętrznie i próbowała zapanować nad mimiką. Nie mogła mu powiedzieć prawdy. Miała gdzieś prezent od Temari. Mogłaby nic nie dostać, byleby tu została. Byleby nie ruszała do tej przeklętej Konohy. Kankurō na szczęście myślał, że była tak płytką osobą, że chodziło jej tylko o prezenty. I dobrze. Bo gdyby wiedział o jej egoizmie, znowu znienawidziłby ją. Jak na samym początku.

          — Przemyśl, czy naprawdę chcesz ostatnie dni Temari w Sunie spędzać na dąsaniu się na nią. Twój wybór, księżniczko.

*** 

          Sayuri patrzyła na swoje odbicie w lustrze. Nadal, po tylu latach, nie mogła przyzwyczaić się do tego brązu. Farby nie były na tyle dobre, by całe włosy równomiernie pokryć i kilka rudych pasemek przedzierało się przez ten ponury kolor. Chociaż… To nie kolor był problemem. To ona była ponura i takim wszystko widziała.

          Kątem oka dostrzegła, że ekspedientki podeszły do siebie i wymieniły kilka pospiesznych uwag. Jedna z nich pobiegła na zaplecze.

          — I jak?

          Temari stała na niewielkim podwyższeniu przed lustrem. Sayuri spojrzała na nią i coś się w niej skręcało, kiedy patrzyła na te piękne, złote wykończenia i długi tren kimono.

          — Ej, Sayuri… Wszystko w porządku? — spytała Temari zatroskanym tonem.

          — Tak — odparła. — Wiesz… trochę czasu minęło, odkąd miałam coś takiego na sobie.

          — Faktycznie… — Temari uśmiechnęła się pod nosem. — Ale niech cię to nie nastroi. Nie mam ochoty rozmawiać o kakemono.

          Sayuri oblała się rumieńcem. Bogowie… Nie mogła nie czuć wstydu, kiedy przypominała sobie te najwcześniejsze lata.

          — Przepraszam. — Temari zeszła z podestu i usiadła obok niej na kanapie. — Coś się stało? Ostatnio jesteś jakaś nieswoja.

          Czy coś się stało? Absolutnie nic poza tym, że niedługo jej jedyna przyjaciółka… O cholera…

          Wzięła głębszy oddech i odwróciła wzrok od Temari, patrząc w jakiś nieistniejący punkt na ścianie. Nie… Nie… Co jeśli Gaara i Kankurō w przyszłości też znajdą sobie kogoś?

          — Ale blada się zrobiłaś!

          Sayuri musiała przeczekać mały napad paniki. Zamknęła oczy i próbowała znaleźć normalny rytm oddechu. Trzeba jakoś wziąć się w garść, bo Kankurō miał rację. To ostatnie dni, kiedy miała Temari przy sobie i powinna je dobrze wykorzystać. A przede wszystkim nie powinna utrudniać niczego, tylko wspierać i cieszyć się jej szczęściem. Ale jak to osiągnąć?

          — Życzysz sobie, Temari-sama, przymierzyć jeszcze ten strój?

          Spojrzała z powrotem na Temari, która przyglądała jej się badawczo. Sayuri jakimś cudem zmusiła mięśnie twarzy do utworzenia uśmiechu.

          — Spróbuj! Zobacz jaki śliczny materiał!

          Widziała, że Temari się wahała. Wyraźnie miała zamiar wydusić z niej powód, dla którego ostatnio ich relacje wyglądały w ten sposób, ale równocześnie zerkała kimono trzymane przez ekspedientkę.

          — Wydaje mi się, że ładniej byś w nim wyglądała niż w tym.

          — Naprawdę?

          — Pewnie! Niebieskie akcenty cudownie podkreślą ci oczy.

          — Skoro tak mówisz…

          — No ja nie wiem, czy po ślubie nie powinnaś pomyśleć nad nowym zajęciem, siostrzyczko. — Kankurō nie dość, że przyszedł spóźniony, to na dodatek nic sobie z tego nie robił. Skinął głową w kierunku ekspedientek, a do Sayuri puścił oczko. — Zawód shinobi nie przystoi statecznej żonie i w przyszłości matce.

          — Po prostu nie chce ci się pomagać mi jutro z tymi dokumentami. — Temari uśmiechnęła się złośliwie. — Nie wymigasz się, Kanki.

          — Ja tu się martwię o twoje pożycie małżeńskie, a ty mi zarzucasz taką podłość? — Kankurō przybrał zbolały wyraz twarzy. — Widać, że rodzina już się dla ciebie nie liczy!

          Sayuri patrzyła na tę małą potyczkę słowną i uśmiechnęła się pod nosem.

          Temari wstała i chwyciła się pod boki. Widać było, że uwagi brata powoli zaczynały wkraczać na niebezpieczne tory. Z kolei  jej wąsko ściśnięte usta były podpowiedzią, że za chwilę wszyscy w sklepie będą mogli liczyć na niezłe widowisko.

          Kankurō zdawał się nie zwracać uwagi na te wyraźne sygnały. Uśmiechał się z tym swoim charaktery…

          Tak! Powinna to uwiecznić! Wyciągnęła z torby leżącej u jej stóp kilka pustych kartek papieru, podłożyła sobie drewnianą podkładkę i chwyciła za ołówek.

          Szybkim ruchem nakreśliła owal twarzy Temari. Na detale przyjdzie czas później, teraz liczyła się ekspresja! Uważnym, dokładnym ruchem odwzorowała ułożenie ust. Nie mogła popełnić błędu, bo o ile pozę ciała łatwo zapamiętywała, tak mimika nadal nastręczała jej problemów.

          Nieświadomym ruchem zagryzła wargi i spojrzała na przyjaciółkę. Kilka kosmyków wymknęło się z dwóch kitek i już po chwili delikatnie zaznaczyła to na szkicu. Włosy nachodziły na linię zmarszczonych brwi. Musiała jeszcze odpowiednio wycieniować zmarszczki na czole…

          Jej dłoń płynęła po kartce papieru i powoli szkic nabierał kształtów.

          Oczy. To chyba najtrudniejsza część. Niemożliwa do wypracowania bez godzin ćwiczeń. Z drugiej strony rodzeństwo znała bardzo dobrze i miała wrażenie, że było to ogromną pomocą. Mogła niemal z pamięci narysować ich oczy w różnych stanach emocjonalnych. Pełne troski spojrzenie Temari, udawana powaga Kankurō i nieprzebrany spokój Gaary. Choć… w jego przypadku były pewne niewiadome, ale nadrabiała to wyobraźnią.

          Udało jej się skończyć rysować twarz Temari i była całkiem zadowolona. Kiedy przeniesie to na właściwe karty, doda oczywiście strój, w jaki była ubrana i tę pozę, ale to później.

          Teraz pora na Kankurō.

          Kłótnia nabierała tempa, ale Sayuri nie słyszała słów. Chłonęła emocje, które gestykulacją i mimiką przekazywali.

          Kankurō nie był zdenerwowany. Jedną rękę trzymał w kieszeni, a ciężar ciała opierał w głównej mierze na prawej nodze. Ramiona nie były spięte, luźno spływały wzdłuż tułowia. Łatwo to powtórzy — najczęściej tak go właśnie rysowała.

          Na szczęście nie miał żadnych malunków na twarzy. Nie znosiła przekładać tych koszmarnych wzorów na kartkę. Był cholernie przystojny, kiedy pozwalał sobie na odłożenie maski wojownika, a makijażem doszczętnie niszczył swoje rysy.  Może chciał wzbudzać strach wśród podwładnych?

          Rzadko miewał poważny wyraz twarzy. Kąciki ust już chyba automatycznie kierowały mu się ku górze, kiedy był pośród zaufanych osób. Przy obcych usta miał zawsze zaciśnięte. Cała jego postawa się zamykała, co przeszkadzało rozmówcom czuć się przy nim komfortowo, ale nie podczas tej kłótni. Wyraźnie bawiła go wymiana zdań z siostrą.

          Ostatnie pociągnięcia i skończyła linię włosów. Teraz zostało…

          — … nie, Sayuri?

          Oderwała się od rysunku tylko dlatego, że została wywołana. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na Temari, która oczekiwała od niej reakcji.

          — Eee… słucham?

          — Też nie słyszałaś nigdy, że zabicie brata to zły omen dla małżeństwa panny młodej, nie? 

*** 

          Sayuri siedziała przy stole w kuchni i w końcu pozwoliła sobie na odpoczynek. Oparła głowę o ścianę i przetarła spocone czoło. Zerknęła na piekarnik. Na szczęście ciasto nie wyglądało, jakby miało za chwilę eksplodować, co było częstym zjawiskiem, kiedy próbowała samodzielnie podjąć się tego wyzwania.

          Nie narzekała na natłok obowiązków. Doskonale zdawała sobie sprawę, że Temari nie miała do niczego głowy, Gaara od długiego czasu przesiadywał całe dnie w siedzibie administracyjnej, a Kankurō zawsze potrafił wyłgać się od pomocy w domu.

          Początkowo uznawała to za zadania jej niegodne. Całe życie nie była za nic odpowiedzialna, a kilkanaście służących skakało dookoła niej, jakby była pępkiem świata. Miała problem, żeby zrozumieć, że tak wcale nie było.

          Uśmiechnęła się, patrząc na małe pęknięcia w kafelkach. Walczyła ze sobą, ale w końcu zachichotała cicho. Nie tylko ona miała trudności w nauce codziennego życia.

          Kiedy zginął Czwarty Kazekage, wszystko się zmieniło. Padły decyzje związane z polityką zewnętrzną Suny, których nie pojmowała i nagle Gaara, Temari i Kankurou stali się niesamowicie eksploatowanymi shinobi. Nadal nie do końca rozumiała sposobu, w jaki funkcjonowały wioski, jak wyglądał zawód shinobi, ale kilka rzeczy dostrzegła bez problemu.

          Temari nie miała czasu ani siły zajmować się domem. Dawniej oni również, w apartamentach prywatnych kazekage i jego rodziny, mieli służbę. Wtedy wszystko spadło na nich, a Sayuri po raz pierwszy w życiu poczuła przypływ odpowiedzialności. Oczywiście początki były trudne i najczęściej równie mocno, co pomagała, przeszkadzała, ale nikt nie mógł zarzucić jej braku zaangażowania. Kiedy Temari opuszczała Sunę, Sayuri tym bardziej chciała udowodnić, że była w stanie godnie ją zastąpić. Gotowała i Kankurō z Gaarą czasem jedli, a czasem starszy z braci przejmował ster, żeby nie zginęli śmiercią głodową, a dom nie zarósł brudem.

          Czasem zdarzały się też momenty, że była sama z Gaarą i to właśnie podczas jednej z tych nielicznych chwil powstały pęknięcia w kafelkach.

          Tamtego dnia była chora, ale resztkami sił ugotowała zupę w wielkim garze. Uznała, że jeżeli zrobiłaby obiad na kilka dni, wyłgałaby się w najbliższej przyszłości od gotowania. Nie przewidziała, że będzie wykończona po tym zadaniu, bo to była jej pierwsza choroba, której nie mogła przeleżeć w łóżku.

          Opadła na ławę i patrzyła na garnek stojący na kuchence ze zniechęceniem. Nie mogła zebrać się w sobie, żeby przelać zupę do misek. W sumie to nie miała już ochoty na jedzenie.

           — Dzień dobry.

          Gaara wszedł do kuchni i już miał zamiar usiąść przy stole, ale, zauważywszy puste miski, zawahał się i spojrzał na nią.

          — Miło to wejść na gotowe, co? — mruknęła pod nosem. Była obrażona na cały świat, bo nikt nie dostrzegał jej bohaterstwa i poświęcenia w gotowaniu. — Temari ma rację, jesteście niezłymi leserami…

          — Mam nalać?

          Była zła, że nie dał jej dokończyć narzekać, ale z drugiej strony pozbyła się jednego obowiązku z głowy. Niechętnie przyznała przed sobą, że nie mogła dalej iść na konfrontację, skoro czegoś od niego chciała.

          — To niezbyt duże poświęcenie.

          Uśmiechnął się nieznacznie pod nosem, czego nie znosiła. Wolała grę w otwarte karty, jak to robił Kankurō, który nie przepuszczał żadnej okazji, żeby z niej zakpić. Gaara nigdy niczego nie komentował, jeśli nie było to absolutnie niezbędne, więc z wyrazu twarzy musiała wszystko wyczytywać, a że miał niezwykle enigmatyczną…

          Podskoczyła w miejscu, kiedy rozległ się okropny hałas. Równocześnie gar z zupą upadł na podłogę, a Gaara wrzasnął wniebogłosy. Z opóźnieniem połączyła fakty, że obrona z piasku nie zadziałała w kontakcie z zupą i poparzył się.

          Już wstawała. Chciała znaleźć sposób, żeby jakoś mu ulżyć, bo takie poparzenia na pewno nie były niczym miłym, a poruszenie piasku powinno doprowadzić ją do zawału, ale…

          — Zniszczyłeś naszą pracę!

          Gaara oderwał wzrok od zaczerwienionej dłoni i spojrzał na nią. To była jedna z nielicznych chwil, w których widziała go śmiejącego się w głos. 

          Uśmiech nadal błąkał się na jej ustach, ale Sayuri zrozumiała, że to koniec krótkiej przerwy. Ciasto wyrosło i musiała wyciągnąć je z piekarnika.

          Nie pamiętała, czy powinno się kroić tuż po wyciągnięciu, czy poczekać aż wystygnie. Niezdecydowana chwyciła nóż. Chwilę trzymała go w dłoni, aż w końcu doszła do wniosku, że najwyżej znowu będzie okazja do śmiechu z jej niesamowitych zdolności kulinarnych.

          Usłyszała szczęk zamka, a po chwili głos Kankurō.

          — Dzięki tobie nasz braciszek za chwilę będzie najbardziej kompetentnym człowiekiem od spraw cywilnych.

          — To powinien być mi wdzięczny, że podnoszę jego kwalifikacje… O! — Temari przekroczyła próg kuchni. — Widzę, że nie próżnowałaś.

          — W tych ostatnich dniach panieństwa powinnaś odpocząć od obowiązków domowych — odparła Sayuri i wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z Kankurō.

          — Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz. Dam radę wychować Narę. — Temari nalała wody do dwóch szklanek i jedną podała Kankurō.

          — A co, jeśli będzie odporny?

          — Tak beznadziejny jak ty na pewno nie jest.

          — No nie wiem. — Kankurō rozwalił się przy stole i upił kilka łyków wody. — W jakimś magazynie dla kunoichi czytałem, że na partnerów kobieta zazwyczaj wybiera jakiś wzór z dzieciństwa. Masz do wyboru mnie, Gaarę albo ojca. Sądzę, że jestem dla ciebie najlepszym wyborem.

          Temari prychnęła cicho, a Sayuri przezornie stłumiła śmiech.

          — A czegoś o małych shinobiątkach z penisem tam nie pisali? Kogo wybierają? Matki, siostry?

          — Temari… Zazwyczaj lubię się z tobą sprzeczać, ale tylko jeżeli nie jesteś na straconej pozycji. Przejdź się po wiosce i poczytaj te nowe magazyny dla nastolatków. To nie ze mną musisz walczyć, tylko z mentalnością nowego pokolenia kunoichi, bo raczej gazety piszą, żeby się sprzedawać, co znaczy, że tytuły w stylu: Jak być wojowniczą i piękną? 10 prostych tricków albo Kiedy najlepiej skończyć zawód, żeby znaleźć sobie męża przyciągają czytelniczki.

          Temari skrzywiła się.

          — A co chłopcy czytają? — spytała Sayuri, niosąc w rękach tacę z pokrojonym ciastem na stół.

          — Nadal w modzie są biografie znanych wojowników.

          — Skąd w ogóle wiesz, co dzieciaki czytają? — Temari opadła na krześle obok Sayuri. — I co robiłeś w dziale nastolatków?

          — Lubię poprzeglądać sobie magazyny i poczytać biografię słynnego kapitana oddziału zasadzkowego z czasów wojny. Cieszę się, że moja popularność nie maleje nawet poza wioską. I nawet w czasopismach kobiecych mam swoje miejsce. — Kankurō patrzył na Temari ze złośliwymi błyskami w oku. — Wiesz, że odtworzono mój profil psychologiczny i wychodzi na to, że tylko kobieta z Kiri jest w stanie mnie usidlić? Tak wynika z…

          — Czy ty nie masz w ogóle wstydu? Jakiegoś wyczucia, kiedy popadasz w samouwielbienie?

          — Trzeba płynąć na fali, kochana siostrzyczko.

          — Zaczynam wątpić, czy dobrze zrobiliśmy, walcząc w naszym pokoleniu o stały pokój — mruknęła Temari i nałożyła sobie kawałek ciasta. — Gdyby nie to, młodzi nie mieliby głów nabitych jakimiś gównami.

          — I wtedy Gaara nie musiałby robić nadgodzin z nadgodzin, żebyś mogła wyjść za mąż. — Kankurō zmarszczył brwi i zmrużył oczy. — A nie… Czekaj, czekaj… Czyżbyś podświadomie chciała storpedować swój związek, zanim się w ogóle zaczął?

          — A na jakim etapie są rozmowy? Bo rozumiem, że to tylko formalności. — Sayuri celowo się wtrąciła, zauważywszy wyraz twarzy Temari.

          — Konoha i Kumo doszły do porozumienia i jest tam już jedno takie małżeństwo. Z Suną problem jest stricte polityczny. — Kankurō westchnął cicho. — Temari to córka byłego i siostra aktualnego kazekage. Była zbyt blisko polityki wioski przez te wszystkie lata — dodał, widząc jej skołowaną minę.

          — Ale to… Suna nie ma podpisanych jakichś traktatów, czy coś? O współpracy, sojuszu, czymkolwiek?

          Kankurō parsknął śmiechem, a i Temari trochę się rozchmurzyła po pytaniu Sayuri. Ucichli, kiedy usłyszeli kroki na korytarzu.

          Gaara wszedł do kuchni. Wykonał dziwny ruch, jakby chciał się wycofać, widząc ich wszystkich w jednym miejscu.

          — Jeszcze nie śpicie?

          — Przeproś braciszka, Temari — oznajmił Kankurō poważnym tonem. — Przez ciebie nie rozróżnia już pór dnia.

          — Mów. — Temari zignorowała jego słowa. Patrzyła na najmłodszego brata i chyba nieświadomie zacisnęła dłonie w pięści.

          — Oficjalnie odebrano ci prawa obywatelskie w Sunie. — Gaara potarł twarz dłonią i nieprzytomnym wzrokiem rozejrzał się po kuchni. Chwycił talerz i usiadł obok Kankurō.

          — Odebrano? — wykrztusiła Temari.

          — Jutro wystawię ci dokument, żebyś nie została aresztowana.

          Sayuri miała wrażenie, że Gaara całkiem świadomie mówił w taki sposób, żeby możliwie jak najbardziej zdenerwować Temari. Choć jego twarz pozostała niewzruszona, odniosła wrażenie, że w duchu gotował się ze śmiechu.

          Cisza trwała kilka ładnych chwil. Gaara spokojnie jadł ciasto i chyba ignorował spojrzenie Temari.

          — Czyli… mogę wziąć ślub? — dopytała drżącym tonem Temari.

          — Od dzisiaj nie leży to już w mojej gestii. — Gaara chwycił kolejny kawałek ciasta. — Jesteś u nas gościem i sądzę, że powinnaś szybko załatwić sobie sprawy przynależności, bo bezpaństwowcom ciężko znaleźć zatrudnienie. Ślub z Narą może ci pomóc w tej materii.

          W końcu się zdradził, bo uśmiechnął się pod nosem. Kankurō, który obserwował Temari, ryknął śmiechem na widok jej miny.

          Sayuri poczuła nieprzyjemne zimno na dnie żołądka. Oficjalnie już nic nie stało na przeszkodzie, żeby Temari odeszła z Suny…

          — Mógłbyś mi to powiedzieć w jakiś milszy sposób. — Temari chyba próbowała zgrywać obrażoną, ale pozytywne emocje zbyt wyraźnie się w niej kotłowały, żeby dała radę kogokolwiek oszukać.

          — Jak udało ci się to przepchnąć? — wykrztusił Kankurō, kiedy opanował wybuch wesołości.

          Gaara wzruszył ramionami.

          — Sprawa Kenzo nie została jeszcze oficjalnie zamknięta. Przypomniałem, że ludzie nadal zastanawiają się, gdzie poszły pieniądze na zaopatrzenie schronów.

          Sayuri wytężyła umysł i próbowała poukładać sobie to w głowie. Co prawda rodzeństwo zazwyczaj dość swobodnie traktowało przy niej tajemnice polityki Suny, ale nadal nie obracała się w niej zbyt pewnie.

          Wiedziała, że możne rody z Rady dopuściły się wielu nadużyć, ale też miały wiele sposobów na wyciszenie takich spraw. Przypadek Kenzo był inny, bo zrobił to niedbale. Pozwolił na powstanie plotek i inne rody, nie mogąc pozwolić sobie na wyciek informacji poza te hermetyczne kręgi, schowały go za kulisy oficjalnej polityki, ale jaki to miało związek ze ślubem Temari?

          — Ostro. — Kankurō drgnął i rozszerzył oczy. — Zbyt ostro. Co się stało?

          — Samodzielnie wydałem zgodę na ślub Temari — odparł Gaara i nalał sobie wody. — Amaru oznajmił, że mam opuścić salę, bo strona sprawy nie może brać udział w głosowaniu. Chcieli zawiesić mnie do odwołania. Wspomniałem o Kenzo i okazało się, że w kwestii Temari problem był taki, że nie może mieć przynależności do dwóch wiosek, ale nieoczekiwanie pojawiło się rozwiązanie w postaci pozbawienia Temari obywatelstwa.

          Sayuri zaszumiało w uszach.

          — Tępe, pozbawione kręgosłupów moralnych gnidy! — Uderzyła pięścią w stół. — Jak możesz pozwalać, żeby takie osoby rządziły Suną?! Według nas powinieneś pozbyć się ich! Gdyby to od nas zależało, nakazałybyśmy publiczną egzekucję, a ich ciała wystawiłybyśmy na rynku, żeby powstrzymać innych, którzy…

          — Sayuri… — Kankurō przerwał jej i zakrył usta dłonią. — Znowu uruchomił ci się tryb księżniczki.

Opublikowano
Odsłon 272
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!