Córa rodu Phoenix – Rozdział 21

Hogsmeade

               Poszukiwania Blacka w zamku oraz okolicznych gęstwinach zakończyły się kompletną porażką. Snape i Dumbledore przyjęli do wiadomości, że Luthera nie było w Wielkiej Sali właśnie z powodu trwającej obławy – turkusowooki po raz kolejny zdołał wmówić im dokładnie to, co chciał. Severus z miejsca usprawiedliwił Dragana, pomimo to jednak poczuł się znacznie lepiej z namacalnym dowodem na słuszność podjętej decyzji. Czarnowłosy zapewnił czarodziei, że na błoniach i w okolicach Zakazanego Lasu nie natknął się na ślady obecności zbiega – nie mieli powodu, żeby mu nie wierzyć, choć z całą pewnością powinni. Nawet gdyby jakimś cudem wytropił Syriusza, nie miał najmniejszego zamiaru dzielić się tą informacją z władzami szkoły – sam chciał dopaść krnąbrnego zbiega i jasno wtłuc mu do tego pokręconego łba, że ucieczka była ostatnią rzeczą na jaką powinien wpaść. Raven, na polecenie narwanego szefa bezustannie przeczesywał najbliższe otoczenie zamku, wykorzystując bogatą paletę umiejętności nabytych przez lata morderczych treningów. To, że w miarę zaufany podwładny był tak blisko, po części uspokajało kruczowłosego. W razie problemów, Raven mógł opanować sytuację w najkorzystniejszy dla nich sposób – po cichu. Minęło już kilka długich, nerwowych dni, lecz raporty pozostawały niezmienne – ani śladu Blacka. Vallerin przyjęła wiadomość o ucieczce byłego więźnia znacznie lepiej niż zakładał, co wcale go nie satysfakcjonowało. Nienawidził gorzkiego posmaku porażki i zamierzał pozbyć się go tak szybko, jak, tylko to możliwe. Płomiennowłosa, pod pretekstem zaangażowania w poszukiwania większych sił, spotkała się z Ethanem i Ravenem ku aprobacie Albusa. Zdecydowanymi słowami odmówiła wysłuchania wszelkich wyjaśnień, dając jasno do zrozumienia, że nie obwiniała ich o zniknięcie Blacka. Bardziej, niż rażąca niekompetencją kuzyna oraz Ravena, martwił ją niepewny los szarookiego czarodzieja. Syriusz nie był stabilny i bez pomocy mógł bardzo łatwo dać się ponieść własnym demonom, które z całą pewnością doprowadziłyby go wprost za kratki. Ani Lady, ani Dragan nie byli pewni, czy powtórnie uwięziony Syriusz nie uległby mało wyrafinowanemu przesłuchaniu i nie ujawniłby niebezpiecznych dla nich szczegółów poprzedniej ucieczki. Błękitnooka oczywiście obawiała się ewentualnych przeszkód w swojej misji, ale coś innego niepokoiło ją do tego stopnia, że nie mogła zmrużyć oka. Syriusz był gdzieś tam kompletnie sam…zdany wyłącznie na siebie… Nie mogła znieść myśli, że czarodziej mógłby zrobić sobie poważną krzywdę, a ona nie byłaby w stanie dostatecznie szybko przyjść mu z pomocą. Poleciła Ethanowi i Ravenowi kontynuowanie poszukiwań oraz powierzyła w ich ręce chronienie Blacka za wszelką cenę, przed wykryciem przez władze. Raven wprawnie mylił tropy w Lesie, natomiast Ethan zatroszczył się o wprowadzenie ogromnego zamieszania w szeregach samego Ministerstwa. Potężny chaos informacyjny zapewniał im znacznie większe pole manewru, nie ściągając jednocześnie zbytecznej uwagi. Chociaż tyle mogła zrobić dla Syriusza, skoro nie chciał dłużej zostać u ich boku. Przez intensywne poszukiwania zbiegłego mordercy, odwołano wszystkie wyjścia do Hogsmeade, zaznaczając, że sytuacja zmieni się dopiero, gdy aurorzy przeczeszą każdy centymetr kwadratowy miasteczka. Cedrik rozumiał decyzję dyrektora, jednak w żaden sposób nie łagodziło to poczucia żalu. Stracił okazję na wyjście, do którego długo się przygotowywał i nie potrafił sobie poradzić z zawodem tak ponurą wizją. Z chmurną miną dźgał bezlitośnie gofra z owocami, którego pierwotnie zamierzał zjeść na śniadanie. W poniedziałek miał rozegrać swój pierwszy, oficjalny mecz na pozycji szukającego co całkiem porządnie go stresowało. Do tej pory grywał jako obrońca, więc jego rola w meczu znacząco różniła się od ganiania za zniczem. Informacja o nadchodzącym spotkaniu z Gryffindorem uderzyła w drużynę Hufflepuffu dość nagle i nie mieli dość czasu na dokładne ustalenie planu działania, oraz należyte przećwiczenie taktyki. Slytherin ustąpił im miejsca w meczu otwarcia rozgrywek, tłumacząc taką decyzję kontuzją ramienia Malfoy’a. W sumie widząc kipiącą wściekłość Dragana, Ced dziwił się, że Draco w ogóle był w stanie ręką ruszać. Mocniej wbił widelec w gofra. Tak czy inaczej, Puchoni musieli przygotowywać się w biegu, a on pośpiechu nie lubił. Żeby jakoś to wszystko ogarnąć, zmuszony był częściowo zrezygnować ze nauki z Lutherem po lekcjach. W końcu był kapitanem! Odpowiadał za solidne przygotowanie drużyny bez względu na warunki. Westchnął ciężko, sięgając po filiżankę z zimną herbatą. Brakowało mu tego aroganckiego, wiecznie roześmianego skurczybyka o gadzich oczach. Tęsknota doskwierała mu znacznie bardziej niż powinna, od kiedy Gallatea zaczęła pomagać im w przyswojeniu materiału z eliksirów. Po prostu któregoś popołudnia zjawiła się, podrzucając klucze do pracowni i zapytała, czy chcieliby skorzystać z okazji. Od tamtego czasu wieczorami okupowali salę do eliksirów – za przyzwoleniem profesora, oczywiście – i przeprowadzali praktyczne doświadczenia, uzupełniające wiedzę czysto teoretyczną. Ced lubił, gdy po zakończonej nauce wspólnie porządkowali salę. Świetnie dogadywał się z panną Dumbledore i Lutherem, którego powoli zaczynał traktować jak przyjaciela, a nie zwykłego znajomego. Gdy byli we trójkę, nawet tak niewdzięczny obowiązek jak sprzątanie stawał się czymś relaksująco przyjemnym. Dużo było w tym zasługi specyficznego poczucia humoru Dragana, oraz jego nonszalanckiego podejścia do tego, co robił. Kruczowłosy nagminnie wzdychał, że wszystko jest upierdliwe, irytujące i straszliwie nudne – począwszy od czyszczenia kociołków, na oddychaniu skończywszy. Tea nieraz przywoływała turkusowookiego do porządku, kiedy zbytnio się obijał, zrzucając obowiązki na nich. Z szerokim uśmiechem targała czarne włosy przyjaciela, lub bezceremonialnie okładała go brudną szmatą, na co zawsze reagował kpiącym półuśmieszkiem zwiastującym nieuchronną gonitwę po całym pomieszczeniu. Jedynie Ślizgoni mogli zachowywać się tak swobodnie w lochu nietoperza i nie przejmować się zupełnie konsekwencjami. Diggory nie wiedział, jakim cudem Snape zgodził się, by płomiennowłosa zajmowała jego królestwo i jakby o tym pomyśleć, to wiedzieć nie chciał – liczyła się wyłącznie kolejna okazja do spędzenia z nią czasu. W przeciągu ostatniego tygodnia wiedział ją ledwie trzy razy, ponieważ na tyle pozwalały mu obowiązki. Z zamyślenia wyrwało go gwałtowne szturchnięcie, nie mające w sobie nic z subtelnej kurtuazji. Puchon spojrzał wprost na siedzącego obok Erniego Macmillana, który uśmiechał się szeroko.

– Idzie twoja Ślizgonka – rozbawiony Ernie znacząco poruszył brwiami, rozśmieszając tym siedzących w pobliżu członków drużyny.

Diggory nie miał czasu na upomnienie kolegi lub wytknięcie całej reszcie szczeniackiego zachowania. Mimowolnie wyprostował się i rozejrzał po Wielkiej Sali. Nie potrafił pohamować uśmiechu. Rzeczywiście, wprost ku niemu zbliżała się Dumbledore. Tuż za nią szedł Luther, który unosząc kciuki do góry, śmiał się w najlepsze, ściągając na siebie rozmarzone spojrzenia dziewcząt. Ced póki co olał obecność kumpla, całkowicie skupiając się na tym wspaniałym zjawisku o magnetycznych, lazurowych oczach. Jak zahipnotyzowany śledził każdy ruch Tei, czując coraz szybsze bicie serca. Cholera…ta dziewczyna nawet chodziła pięknie. Zatrzymała się tuż obok niego i przybiła piątkę z Erniem, tuż ponad jego głową. Luther nawet nie zwolnił, żeby się przywitać, ponieważ najwidoczniej spieszyło mu się do Weasley’ów.

– Mogę się przysiąść? – Dumbledore zwróciła się uprzejmie do Cedrika.

– Jasne! – odpowiedział z uśmiechem – Siadaj.

Płomiennowłosa zajęła miejsce między nim, a Macmillanem, który odsunął się usłużnie, szturchając ramieniem Tony’ego. Podopieczni Hufflpuffu nie mieli nic przeciwko obecności panny Dumbledore, po części dlatego, że wielu z nich uważało decyzję Tiary za jakąś straszliwą pomyłkę. Gallatea w przekonaniu większości uczniów nijak nie pasowała do Slytherinu. Nie obnosiła się ze swoim pochodzeniem – choć jej nazwisko z pewnością otwierało dziesiątki niedostępnych drzwi. Nie bywała nieuprzejma ani na siłę złośliwa. Wszystkich traktowała tak samo, niezależnie od przynależności do konkretnego domu. Wydawała się nie zwracać uwagi na barwy, lecz na to, co dana osoba sobą reprezentowała jako jednostka. Dzięki takiemu zachowaniu zaskarbiła sobie sympatię znacznej części szkolnej braci – nawet tych, którzy uświęcone tradycją podziały mieli we krwi.

– Bawisz się w Draco? – roześmiała się, patrząc na zastawiony stół.

– Co? – zdezorientowany Diggory odłożył widelec.

– On też morduje jedzenie na talerzu, kiedy coś go trapi. Nie wiem jak was przekonać, że ono już nigdzie nie ucieknie – westchnęła teatralnie. – Nie musicie dodatkowo się upewniać.

Odrobinę skołowany chłopak zerknął na swój talerz i skrzywił się bezwiednie. To co kiedyś było gofrem, obecnie wyglądało jak bliżej niezidentyfikowana, bezkształtna masa. Nawet nie zauważył, kiedy to się stało…

– Powiesz mi, co cię gryzie? – usłyszał delikatny głos koleżanki.

– Rozgrywki! – roześmiał się Tony – Nasz wódz tylko o tym myśli!

Ced posłał przyjacielowi mordercze spojrzenie, czym niezmierzenie bardziej go rozbawił. Athony miał jednak na tyle ogłady, by spróbować powstrzymać się od dalej idących komentarzy, więc zajął się rozmową z Erniem.

– Bardzo martwisz się przed meczem? – Dumbledore lekko musnęła ramię Puchona.

– Drużyna jest solidnie przygotowana, ale nie wiem, czy poradzę sobie na pozycji szukającego…to będzie mój debiut i nie chcę pociągnąć nas na dno.

– Bzdury gadasz! – delikatnie pacnęła go w tył głowy – Oczywiście, że dasz sobie radę! Ciężko trenowałeś i jesteś naprawdę szybki, nawet Marcus tak mówi. Wiesz doskonale, że Flint prędzej dałby sobie ręce tłuczkiem połamać, niż pochwaliłby zawodnika innej drużyny z czystej uprzejmości. Nie martw się na zapas. Jestem pewna, że drużyna da z siebie wszystko.

– Żebyś wiedziała, ślicznotko! – Rickett podniósł się ze swojego miejsca, stanął za Teą i zarzucił ramiona na jej barki – Wpadniesz nam pokibicować?

– Jeszcze pytasz? – zerknęła przez ramię na chłopaka – Nie przepuściłabym takiej okazji. Ced, jesteś gotowy do wyjścia?

Młody czarodziej spojrzał na nią pytająco, do końca nie rozumiejąc, co mogła mieć na myśli. Widząc jego rozbiegany, niepewny wzrok, ognistowłosa zachichotała uroczo. Wiele słyszała o tym, że mężczyźni nie należeli do domyślnych istot, jednak przebywając tak długo z turkusowookim cwaniakiem zdążyła w to poważnie zwątpić. Najwidoczniej pogłoski nie zawsze były całkowicie pozbawione wartości merytorycznej.

– Dziś sobota – zaczęła delikatnie, lecz nie doczekała się zrozumienia. – Mieliśmy iść do Hogsmeade.

– Przecież jest zakaz – bąknął Puchon, unosząc zabawnie brwi.

– Nie słuchałeś dyrektora? – powtórnie zachichotała – Aurorzy już skończyli pracę, więc dziadek odwołał zawieszenie weekendowych wyjść.

Diggory ledwo nad sobą zapanował, zanim wyrwałby mu się entuzjastyczny okrzyk. Chociaż ten jeden raz, los okazał się dla niego łaskawy! Nie dość, że Gallatea pamiętała o ich planach, to jeszcze z własnej woli mu o tym przypomniała! Może naprawdę miała ochotę na spędzenie z nim sobotniego popołudnia? Uśmiechnął się promiennie – zdecydowanie zbyt szeroko, żeby nie rozbawić tym dziewczyny. Cedrik potrafił być niedorzecznie ujmujący z tą swoją wrodzoną niewinnością.

– Będę czekał na ciebie przy wyjściu! – bezwiednie poprawił grzywkę, opadającą na szare oczy.

– Świetnie – klasnęła w dłonie. – Dragan ma dzisiaj karę u McGonagall razem z bliźniakami Weasley, więc na pewno nie pójdzie z nami. Nawet jeśli uwinąłby się u pani profesor, czeka go jeszcze przyjemność odwiedzenia profesora Filtwicka – pokręciła głową z dezaprobatą. – Chyba idzie na rekord odbytych kar w przeciągu jednego semestru.

– Co ten narwaniec znowu przeskrobał? – do rozmowy włączył się Tony, który wciąż stał za błękitnooką.

– Dla zabawy rzucił zaklęcie lewitacji na wszystkie przedmioty w sali do zaklęć oraz samego profesora – westchnęła przeciągle. – Na zajęciach z transmutacji zaczął rzucać w panią profesor kocią karmą. Nie muszę chyba dodawać, że nauczyciele są na niego wściekli.

Rickett wybuchnął niekontrolowanym śmiechem, podobnie jak większość siedzących najbliżej Puchonów. Dragan Luther doprawdy był jednym z najbardziej nieprzewidywalnych i bezlitosnych w dokuczaniu indywiduów, jakie Hogawart kiedykolwiek gościł w swych szacownych progach. Nikt nie mógł czuć się przy nim w pełni bezpieczny…nawet bliźniacy Weasley. Turkusowooki pewnego dnia zawiesił ich do góry nogami na jednym ze szkolnych masztów, a zapytany, po co właściwie to zrobił odpowiedział tylko: z nudów. Lady podejrzewała, o co mogło mu chodzić. Dragan bardzo kiepsko znosił obecność innych istot, kiedy był wygłodniały i poddenerwowany niemożnością zaspokojenia swoich mocno niebezpiecznych żądz. Prawdopodobnie Fred i George mieli to nieszczęście znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i w nieodpowiednim czasie, dlatego stali się łatwym celem kłopotliwego poczucia humoru kruczowłosego. Uczniom zachowanie przystojnego Ślizgona mogło wydawać się czymś przezabawnym, jednak dla niej zwiastowało nadciągającą burzę. Luther musiał się rozładować, zanim zacznie traktować zamek jak swój prywatny plac zabaw. Odsunęła od siebie zbędne myśli. Dragan był bardzo inteligentnym facetem potrafiącym kontrolować swoje instynkty. Zapewne już czuł, że zbliża się powoli do granicy własnej tolerancji i szykował się do podjęcia odpowiednich kroków. Resztę śniadania spędziła w towarzystwie Puchonów, racząc wychowanków Hufflepuffu kilkoma opowieściami o mniej lub bardziej zabawnych wyczynach turkusowookiego. Cieszyła ją możliwość wyjścia z Cedem i odetchnięcia od najbliższego kręgu znajomych. Blaise po jej wypadku stał się wręcz nieznośnie nadopiekuńczy – tak samo jak Dafne, choć w przypadku blondynki nie było to AŻ TAK odczuwalne. Draco cały czas borykał się z poczuciem winy, dzięki czemu nieco ostrożniej podchodził do pomysłu osaczania panny Dumbledore. Oczywiście młodemu arystokracie niezbyt podobało się to, ile czasu Tea spędzała z Diggorym, lecz nie miał śmiałości się wtrącać – raz to zrobił i gorzko pożałował samolubnej decyzji. Greengrass z trudem przekonała opornych kolegów, że nie powinny iść razem z przyjaciółką oraz Puchonem w ten weekend, a tym bardziej wlec się za nią jak jacyś prześladowcy spod ciemnej gwiazdy! Dla Dafne wyjście Tei z Cedrikiem było ważne – prawdopodobnie bardziej niż dla samej zainteresowanej. Diggory nie dość, że był bajecznie przystojny, czarujący i dobrze wychowany, to jeszcze traktował płomiennowłosą w sposób na jaki nie mogli zdobyć się ich rówieśnicy. Ze spotkań z nim, Dumbledore zawsze wracała uśmiechnięta i zrelaksowana – nieobciążona kolejnymi lawinami marudzenia, znaczących spojrzeń oraz niemych pretensji. Jako przyjaciółka zawsze chciała ją taką widzieć. Greengrass z delikatnym uśmiechem obserwowała, jak Tea wychodzi w towarzystwie Ceda z Wielkiej Sali. Dobrze razem wyglądali. Bez ostrzeżenia wstała gwałtownie, uderzając otwartymi dłońmi w blat stołu. Blaise, który niemal zakrztusił się sokiem, spojrzał na nią pytająco.

– Babskie sprawy – przewróciła oczami, po czym pobiegła za przyjaciółką.

Nie udało jej się dogonić błękitnookiej przed dormitorium, więc po prostu wpadła do jej pokoju, nie siląc się na uprzedzenie o wtargnięciu. Wyjście do miasteczka miało zacząć się dwie godziny po śniadaniu, jednak Dafne nie pozwoliła Dumbledore na zaznanie luksusu odpoczynku. Ognistowłosa siedziała na swoim łóżku, wprawnie unikając latających w powietrzu wieszaków. Greengrass wyrzucała kolejne ubrania z jej szafy, nie trudząc się, żeby sprawdzić,czy czasem jej rozmach nie zagrażał czyjemuś życiu. Ciskała za siebie wszystko, co jej się nie spodobało, zasypując podłogę stertą ciuchów. Zmęczona bezowocnymi poszukiwaniami, otarła drobne kropelki potu z czoła.

– Rusz się z tego łóżka! – spojrzała z pretensją na Lady – To TY powinnaś martwić się o to, co założyć.

– Nie mogę iść tak, jak jestem ubrana? – jęknęła gospodyni.

– Chyba żartujesz! – Dafne zabrzmiała jakby była szczerze oburzona podobnym pomysłem – Idziesz do Hogsmeade z jednym z największych przystojniaków w całej szkole, a chcesz pokazać się w zwykłych spodniach i rozciągniętym swetrze?! Wysil się trochę, dziewczyno! Kobieta powinna wiedzieć, jak wypada wyglądać na randce.

– Mówiłam ci już, że to nie jest żadna randka – westchnęła z rezygnacją. – Idziemy tylko po prezent dla Dragana.

Greengrass wybuchnęła sztucznie przeciągniętym, lekko kpiącym śmiechem. Omijając bałagan przedarła się do łóżka i położyła obok przyjaciółki. Dla niej wszystko było więcej niż jasne, ale może Tea naprawdę nie zdawała sobie sprawy, co oznaczała taka wycieczka? W sumie nie wiedziała, czy błękitnooka posiadała jakiekolwiek doświadczenie w randkowaniu. Była piękna i przyciągała męską uwagę, to prawda. Jednak przekleństwem naprawę urodziwych, interesujących dziewcząt było to, że niewielu chłopców czuło się przy nich pewnie. Gallatea z łatwością mogła onieśmielić nawet najbardziej zaprawionego w bojach flirciarza – prześliczna, miła, zabawna, magnetycznie urocza, piekielnie inteligentna…zdecydowanie mogła mieć pod górkę w relacjach damsko-męskich. Dodatkowo jej najlepszym przyjacielem był chodzący Adonis, o szalenie atrakcyjnym stylu bycia i pociągająco niepokojącej osobowości.

– Ty tak na poważnie, co? – westchnęła protekcjonalnie – Oczywiście, że to randka! Zastanów się przez chwilę. Chłopak zaprosił cię na wspólne wyjście. Hogsmeade…kawiarnie…tylko wy dwoje. To jak nic randka!

– Nie wiem, czy idziemy tylko we dwoje – Lady zerknęła na towarzyszkę.

– Że co proszę?! – Ślizgonka usiadła – To niby po co użerałam się z naszymi dwoma kretynami? Będę zawiedziona, jeśli Diggory zabierze kogoś jeszcze.

Panna Crown roześmiała się dźwięcznie. Zauważyła, że Draco i Blaise dziwnie patrzyli po sobie przy śniadaniu, jednak myślała, iż znowu się o coś pokłócili. Nie podejrzewała, że powodem ich nietypowego zachowania mogła być drobna blondyneczka – ta dziewczyna potrafiła być okropnie uparta, jeśli czegoś chciała. Nie mając zamiaru dalej drążyć z Dafne tematu wyjścia, podniosła się z łóżka. Pozwoliła, żeby przyjaciółka wybrała dla niej odpowiednie ubranie, nie mając ochoty na wdawanie się z nią w sprzeczki – gonił ją czas. Założyła czarną, sięgającą niemalże kolan sukienkę z delikatnym, półokrągłym dekoltem oraz długim rękawem. Greengrass uparła się, żeby dobrała do tego szykowny, beżowy płaszczyk i lekki szal w stonowanych barwach. Dopiero po uzyskaniu ostatecznej aprobaty Ślizgonki, mogła opuścić swój pokój – nieco zbyt późno, by zdecydować się na niespieszny spacer. Musiała niemalże biec przez szkolne korytarze, aby całkowicie się nie spóźnić. Cedrik, tak jak obiecał, czekał na nią przy krętej ścieżce prowadzącej do nieodległego miasteczka. Uśmiechnął się subtelnie, kiedy dobiegła do niego zdyszana.

– Przepraszam za spóźnienie! – spojrzała na niego z rozbawieniem – Dafne nie chciała mnie puścić.

– Twoi znajomi nie idą z nami? – zapytał, chociaż nie musiał.

– Nie – pokręciła głową, prostując się. – Dzisiaj są zajęci, a twoi?

– Stres przed meczem – z zadowoleniem podsunął jej ramię. – Pani pozwoli?

Lady chętnie skorzystała z uprzejmego gestu – zaskakująco wielu chłopców w tej szkole pamiętało o szarmanckiej kurtuazji, czym była miło zaskoczona. Całą drogę rozmawiali swobodnie, idąc niespiesznym krokiem. Co jakiś czas mijały ich biegnące, roześmiane grupki uczniów gnających wprost ku atrakcjom oferowanym przez miasteczko. Do samego Hogsmeade dotarli jako jedni z ostatnich, co nie stanowiło większego problemu – spora część dzieciaków zdążyła już udać się tam, gdzie zamierzała, dzięki czemu nie było tłoku. Spacerowali po wąskich, brukowanych uliczkach, chwilami zatrzymując się przy bardziej obiecujących, sklepowych witrynach. Cedrik z łagodnym uśmiechem obserwował błysk w lazurowych oczach towarzyszki, kiedy udało jej się wypatrzyć coś interesującego. Zachowywała się tak naturalnie uroczo, mrużąc delikatnie powieki i stając na palcach, żeby lepiej widzieć wystawy. Chłopak zaczerwienił się nieco, widząc trzy Krukonki ze starszych klas, które przystanęły nieopodal i zaczęły rozmawiać półszeptem, niespecjalnie kryjąc się ze spojrzeniami słanymi w ich kierunku. Nerwowo podrapał się po karku, gdy przekonał się, że nie mogło być mowy o pomyłce lub przeczuleniu. Jedna z uczennic wskazała palcem wprost na Teę – zapewne miał to być dyskretny gest, lecz nie miał w sobie nic z eleganckiej subtelności. Czując się mocno niekomfortowo, odruchowo zasłonił pannę Dumbledore, po czym obejrzał się przez ramię, by obrzucić dziewczęta nieprzyjemnym spojrzeniem. Zawstydzone Krukonki pospiesznie odwróciły wzrok i odeszły w stronę najbliższego sklepu z ubraniami. Westchnął cicho, ciesząc się, że błękitnooka nie zauważyła całej tej sytuacji, nieprzerwanie przyglądając się kolekcji wysmakowanych bibelotów biurowych. Od jakiegoś czasu miał niesłabnące wrażenie, że reakcji Slytherinu na jego spotkania z Teą powinien obawiać się znacznie mniej niż Ravenclawu. Chodząc po korytarzach czuł na sobie oskarżycielskie spojrzenia i widywał dziewczyny szepczące po kątach za każdym razem, gdy szedł w towarzystwie ognistowłosej. Nurtowało go to do tego stopnia, że zapytał o to Penelopę – którą znał niemalże od początku tym tygodniu to szkoły. Clearwater jedynie się roześmiała i powiedziała, żeby nie zwracał uwagi na szczeniackie fanaberie dziewczynek. Nie wiedząc, co miała na myśli, zaczął ignorować dziwne zachowanie koleżanek z którymi wcześniej bez większych problemów normalnie rozmawiał. Wciąż zamyślony zerknął na swoje odbicie w szybie. Uśmiechnął się niczym podekscytowany dzieciak. On i panna Dumbledore wyglądali jak najprawdziwsza para. Płomiennowłosa obiema rękami obejmowała jego przedramię z czym czuł się niebywale dobrze. Chciał częściej doświadczać czegoś podobnego…  

– Masz jakiś pomysł, co mógłbym mu kupić? – pochylił się ku dziewczynie.

– Pewnie nie obraziłby się za butelkę ognistej! – zachichotała melodyjnie – Jednak to chyba będzie lepsze – wskazała na wystawę sklepu, przed którym aktualnie stali.

Diggory przyjrzał się wybranemu przedmiotowi – papierośnicy przedstawiającej wizerunek śmierci, trzymającej w swej dłoni pięć, misternie wykonanych kart. Trzeba było przyznać, że ten przedmiot miał w sobie coś magnetycznego i przerażającego zarazem…zupełnie jak osoba, która miała go otrzymać. Z jakiegoś nieodgadnionego powodu, ta papierośnica od razu wydała mu się prezentem doskonałym. Jakby została wykonana właśnie z myślą o Lutherze.

– Nie wiedziałem, że Dragan pali – przyznał z lekkim zakłopotaniem.

– To mało powiedziane! Kopci jak komin przemysłowy, ale do twarzy mu z papierosem. Kiedy pali wygląda na spokojnego… – w jej ton wdarła się melancholijna nuta. – Obejrzymy ją z bliska!

Płomiennowłosa puściła ramię towarzysza, po czym chwyciła jego dłoń. Nie miał zamiaru się opierać, poniekąd sparaliżowany tak bezpośrednim dotykiem. Pozwolił wciągnąć się do wnętrza sklepu, które wyglądało…mocno specyficznie. W przeciwieństwie do reszty sklepików w Hogsmeade, nie był ani zadbany, ani szczególnie uporządkowany – przekraczając jego próg, nie czuło się mile widzianym w środku. Wszędzie dokoła piętrzyły się chybotliwe stosy gratów nieznanego pochodzenia. Pod ciężarem różnorodnych rupieci uginały się dawno nie odkurzane półki, co nie wyglądało zbyt bezpiecznie. Pomimo, że poczerniały, wyszczerbiony dzwonek zawieszony nad drzwiami poinformował najpewniej właściciela o ich przybyciu, nikt nie wyszedł z zaplecza. Ced miał nieodpartą ochotę zabrać stąd koleżankę. Dziewczyna taka jak Tea, nie powinna przebywać w równie obskurnym, podejrzanym miejscu. Już odwracał się, by zasugerować szybki odwrót, kiedy całkowicie zrezygnował z tego pomysłu, widząc wyraz jej ślicznej twarzy. Błękitnooka wyglądała na zachwyconą – choć powodu nie śmiałby się domyślać. Wysunęła palce z jego uścisku i zaczęła powoli przesuwać się między strzelistymi regałami, przeszklonymi szafkami oraz skrzyniami, uważnie podziwiając zalegające na nich bibeloty. Dłuższą chwilę poświęciła czemuś, co przypominało tanią podróbkę afrykańskiej maski o koszmarnym stylu rzeźbienia. Chciała jej dotknąć, gdy zatrzymał ją chrapliwy, szorstki głos dobiegający zza odrapanego kontuaru.

– Nie radzę, panienko. Niektóre przedmioty nie lubią być dotykane.

W końcu pojawił się sprzedawca. Rumiany, niepozorny staruszek o brodzie dłuższej niż ta, którą szczycił się profesor Dumbledore. Rytmicznie stukając o podłogę drewnianą, fikuśną laseczką podszedł do uczennicy, zainteresowany jej wyborem.

– Ma panienka wspaniały gust! – pokiwał głową z uznaniem – To jedna z moich najcenniejszych zdobyczy.

– Zdaje się, że pochodzi z terenu dzisiejszej Zambii – uśmiechnęła się do zaskoczonego starca. – Na oko jest z V wieku, prawda?

– W rzeczy samej! – sprzedawca stuknął laską w podłogę z ciosanych desek – Zna się panienka na artefaktach?

– Obawiam się, że niezbyt dobrze. Artefakty są konikiem mojego przyjaciela.

– Wybornie! Mam tu rzeczy, które powinny cię zainteresować, chłopcze! – sklepikarz zwrócił się do Puchona z ognikami rozpalającymi jego bladoniebieskie oczy.

– Koleżanka nie mówiła o mnie – uczeń odparł uprzejmie. – Pomaga mi znaleźć odpowiedni prezent dla wspólnego znajomego.

– Rozumiem, rozumiem – właściciel wydawał się odrobinę zawiedziony odpowiedzią. – Czy coś państwa zainteresowało?

– Ta papierośnica na wystawie – Tea subtelnie wskazała kierunek. – O ile się nie mylę, przedstawia wierną kopię Jolly Rogera kapitana Fleya. Tego samego, który powstrzymał inwazję Imperium Brytyjskiego na Port Royal, jednocząc pod swoim przywództwem tuzin załóg pirackich.

– To nie kopia, panienko! – staruszek wyprostował się dumnie – Ta papierośnica należała do samego kapitana, ręczę za to! Niegdyś cały Nowy Świat lękał się bandery z tym symbolem. Pokazać ją państwu?

Gallatea spojrzała na Ceda, wyczekując jego decyzji. Chłopak skinął potakująco z szerokim uśmiechem. Pojęcia nie miał, że panna Dumbledore interesowała się pirackimi historiami – raczej nie powinno go to dziwić, ta dziewczyna miała bardzo szeroką wiedzę z przeróżnych dziedzin. Staruszek z namaszczeniem podniósł papierośnicę, uprzednio zakładając rękawiczki, po czym delikatnie złożył ją w drobnych dłoniach błękitnookiej, niezmiernie ciekaw jej reakcji.

– Jest dość ciężka – nie śmiała zbytnio dotykać przedmiotu, żeby nie zostawić na nim tłustych odcisków palców.

– Bo to srebro, przyozdobione szczerozłotymi grawerunkami. Przepiękna rzecz…wasz znajomy powinien docenić jej unikatowy urok.

– To prawda – przytaknęła z uśmiechem. – Doskonale do niego pasuje. Na ile pan ją wycenił?

– 300 galeonów, panienko – sprzedawca spojrzał wprost w lazurowe tęczówki. – Ani sykla mniej.

Cena była o wiele za wysoka jak na możliwości Diggory’ego. Za taką sumę można było kupić pokaźną beczkę ognistej, która wystarczyłaby na imprezy do końca semestru. Chciał wykręcić się z tej transakcji, jednak wstydził się dać znać Tei, że musieli odpuścić – niepotrzebnie. Lady wiedziała, że uczeń nie mógł sobie pozwolić na taką rozrzutność, lecz ta papierośnica była czymś, czego szukała od dłuższego czasu i nie zamierzała zrezygnować, skoro już miała ją w dłoni. Kapitan Fley…Dragan zapewne chciałby mieć pamiątkę po tym człowieku, a co do autentyczności papierośnicy nie miała najmniejszych wątpliwości. Sięgnęła do niewielkiej torebki, którą wzięła ze sobą, dziękując opatrzności za kobiecy zwyczaj trzymania w torebkach wszelakiej maści przedmiotów. Pogrzebała w niewielkim na pierwszy rzut oka wnętrzu i wyciągnęła stary sygnet.

– Co powie pan na zamianę? – podała staruszkowi ozdobę.

Oczy sprzedawcy zamigotały niedowierzająco. Skąd dziewczynka mogła mieć coś takiego i w dodatku nosić to przy sobie? Jeśli miał rację…mógł nieźle zarobić na tej małej.

– Czy mogę go dokładnie obejrzeć? – zapytał podekscytowany.

– Oczywiście, proszę się nie spieszyć.

Mężczyzna zniknął za ladą w tempie, o jakie ciężko było podejrzewać przygarbionego starca wspierającego się na lasce. Diggory wykorzystał to, że stali dość daleko od właściciela i pochylił się ku Ślizgonce ciekaw powodu tak ożywionej reakcji.

– Co mu dałaś? – wyszeptał z zainteresowaniem.

– Nic takiego – wzruszyła ramionami. – Stary bibelot, który zalegał mi od dłuższego czasu. Powinien wystarczyć na zamianę.

– Nie zgadzam się! – zaprotestował urażony – To ja miałem kupić prezent i nie chcę, żebyś pokrywała koszty.

– Daj spokój – spojrzała na niego tymi wielkimi, błękitnymi oczami. – Dragan ma niedługo urodziny i sama chciałam znaleźć coś, co go ucieszy, a ta papierośnica jest idealna. Co powiesz na to, żeby to był nasz wspólny prezent? Nie chcę stracić takiej okazji!

– Nie – rzucił twardo.

– Rozliczymy się później! O, wiem! – klasnęła w dłonie – W ramach zadośćuczynienia będziesz mnie zabierał co tydzień do Hogsmeade na piwo kremowe! Może być? Proszę!

Miała go. Najzwyczajniej rozłożyła go tym pomysłem na łopatki. Mógł widywać się z nią co weekend…sam na sam…Jakoś wcale nie czuł się, jakby miało to być jakąkolwiek spłatą długu, a raczej niesamowitym prezentem! Rozpędzona krew uderzyła mu do głowy, powodując całkowity zamęt. Co tydzień…tylko z nią…Średnio szło mu wydobycie z siebie jakiegokolwiek dźwięku, więc skinął pokracznie na znak zgody, mając ochotę skakać z radości. Chciała z nim spędzać weekendy…Zanim spłaci jej 150 galeonów w piwie kremowym, minie masa czasu! Odwrócił się w stronę lady, nie chcąc, żeby zauważyła jak bardzo cieszył się z podarowanej szansy. Chyba właśnie ubił najlepszy interes w swoim życiu! Ramię w ramię czekali, aż właściciel zakończy szczegółowe oględziny. Staruszek posługiwał się cudaczną maszynerią, by precyzyjnie określić wartość sygnetu – wyglądała na sprzęt wysokiej klasy, co zabawnie kontrastowało z wystrojem sklepiku. Kiedy skończył analizę, klasnął w dłonie zadowolony i wrócił do czekającej na niego dwójki uczniaków.

– Toż to najprawdziwsza brytyjska pieczęć królewska! – uniósł masywny pierścień.

– Nie inaczej – Tea uśmiechnęła się ciepło. – Należała do króla Jerzego III Hanowerskiego. Zapewniam o jej autentyczności.

– Wiem, panienko! – starzec aż się trząsł – Wszystko się zgadza! Masa, zdobienia, szlify, grawerunki, użyty rodzaj srebra…pozostały nawet niewielkie ślady laku! Skąd panienka ma takie cudeńko?

– Moja rodzina lubi kolekcjonować unikatowe przedmioty – odpowiedziała zgodnie z prawdą. – Ten sygnet jest elementem dużo liczniejszego zbioru i w chwili obecnej nie przedstawia dla mnie szczególnej wartości. Czy sygnet wystarczy na zamianę?

– Z nawiązką, moje dziecko! Dopłacę panience jeszcze 150 galeonów, jeśli zgodzi się panienkę na wymianę.

– Szanowny pan raczy żartować? – przekrzywiła niewinnie głowę – Jak wcześniej pan zauważył, co nieco orientuję się w artefaktach i proszę o tym nie zapominać. Obydwoje doskonale wiemy, ile ten sygnet jest wart. Jeśli dopłaci pan 400 galeonów, pierścień jest pański.

– Podstępna z panienki lisica! – zaśmiał się sprzedawca – Celowo sprawiała panienka wrażenie niepewnej, na ile sygnet mógłby zostać wyceniony?

– Sztukę negocjacji mam we krwi – zachichotała. – Przy dopłacie 400 galeonów nie będzie pan stratny, a i ja wyjdę stąd zadowolona.

– Uważaj na nią, chłopcze! – staruszek spojrzał na Ceda – Ta bestyjka ma talent! Zgoda! Papierośnica i 400 galeonów w zamian za sygnet – wyciągnął wychudłą dłoń ku Lady. – Stoi?

– Proszę zapakować papierośnice – zaśmiała się, ściskając wyciągniętą prawicę.

Sklepikarz zabezpieczył zakup drewnianym pudełkiem z subtelnymi rzeźbieniami i pokaźną połacią miękkiego, srebrzystego aksamitu, który szczelnie wyścielał wnętrze. Całość owinął białym papierem ozdobnym ze złotymi różami. Pożegnał uprzejmie młodych czarodziei, prosząc jednocześnie, żeby Tea częściej zaglądała do jego sklepiku. Taki miała zamiar, ponieważ zlokalizowała wśród asortymentu kilka ciekawych okazów. Znalazła odpowiednie miejsce do samodzielnego wymienienia części swoich gratów na coś nowego – jej podziemia wyglądały na jeden wielki magazyn, co zaczynało być poniekąd kłopotliwe. Diggory, w ramach spłaty pierwszej raty zaprosił koleżankę do pubu Pod Trzema Miotłami. Usadowili się wygodnie przy niewielkim stoliku, stojącym w rogu obszernej sali, tuż przy oknie. Ruchliwa godzina uniemożliwiała wybór lepszego miejsca – pub był w weekendy centrum życia uczniowskiego świata, więc i tak mieli sporo szczęścia trafiając na coś wolnego. W ciepłym, przyjemnie kameralnym wnętrzu natknęli się na wielu szkolnych znajomych, pogrążonych w żywych rozmowach przy kubku czegoś ciepłego. Cedrik poszedł złożyć zamówienie, niechętnie zostawiając pannę Dumbledore samą. Wrócił po dłuższej chwili, niosąc dwa kufle kremowego piwa. Jeden z nich wprawnie postawił przed błękitnooką po czym opadł na krzesło naprzeciwko niej.

– Ten sygnet – przerwał, żeby upić pierwszy łyk piwa – twoja rodzina nie będzie zła, że go wymieniłaś?

– Nie – wymusiła smutny, przygaszony uśmiech. – Kolekcja należała do mojego taty, a od kiedy zmarł, staram się tego wszystkiego pozbyć. Te starocie za bardzo przypominają mi o nim i mamie.

Puchon przez kilka sekund nie wiedział co ze sobą zrobić. Nie powinien tak lekkomyślnie zadawać pytań. Nie chciał jej ranić. Wyciągnął rękę przez stół, po czym nakrył drobną dłoń dziewczyny własną. Przy jej rączkach, jego dłonie wydawały się wielkie, twarde i nieokrzesane…

– Przykro mi – wyszeptał, niepewnie zerkając w lazurowe tęczówki.

– Niepotrzebnie – zaśmiała się krótko. – Zdążyłam już pogodzić się z ich śmiercią. W końcu nie jestem sama! Mam wspaniałego dziadka, który bardzo o mnie dba. No i Dragana.

Imię Luthera uderzyło w szarookiego z siłą celnego, bokserskiego ciosu. Zastanawiał się gorączkowo, czy źle nie oszacował, jak bardzo tych dwoje było sobie bliskich. Walkę z nieprzychylnością Slytherinu był jeszcze w stanie podjąć i prawdopodobnie zwyciężyć, o ile dobrze by to rozegrał. Wojna z kruczowłosym o względy Gallatei…to brzmiało jak koszmar w najczystszej postaci. Turkusowooki zapewne rozniósłby go w pył, zanim miałby szansę na dobrą sprawę przyjąć wyzwanie.

– Ty i Dragan…bardzo blisko jesteście ze sobą? – zadał pytanie, którego najbardziej się obawiał.

– Raczej tak – przyznała bez zawahania. – Zżyliśmy się, kiedy mieszkał ze mną w wakacje i jakoś tak wyszło – wzruszyła ramionami, patrząc w kufel.

Wiele gotów był znieść, ale coś takiego?! Przez kilka wyjątkowo piekielnych, trwających wieczność sekund nie mógł złapać oddechu. Płuca paliły go żywym ogniem, a zbolałe ciało odmówiło posłuszeństwa. Puchon czuł jak krew odpływa z jego twarzy, by zamarznąć w żyłach. Zaciśnięte na kuflu palce zdrętwiały, odmawiając podjęcia chociażby próby puszczenia solidnego szkła. Luther…nie miał z nim nawet najmniejszych, czysto hipotetycznych szans…Dragan był lepszy od niego pod każdym względem i rozumiał to lepiej, niż ktokolwiek inny.

– M-mieszkał? – wydukał ledwo słyszalnie.

– Nie mówił ci? – Lady spojrzała na towarzysza zaskoczona – Wiesz…ja i Dragan jesteśmy do siebie podobni. Straciłam rodziców we wczesnym dzieciństwie, a on został odrzucony przez własną rodzinę. Nie mógł wrócić do domu i nie miał gdzie pójść. Dziadek pozwolił mu przez jakiś czas zostać w Hogwarcie, jednak to sprzeczne z regulaminem i nie mógł spędzić tam całych dwóch miesięcy. Dziadek, ze względu na swoją pracę praktycznie nie bywa w domu, nawet w wakacje, więc zaproponował Draganowi, żeby zatrzymał się u nas. Do tej pory spędzałam czas wolny praktycznie sama, dlatego dziadek chyba chciał mi to wynagrodzić, przysyłając Dragana. No i poprosił Luthera, żeby pilnował mojego stanu zdrowia pod jego nieobecność.

– Chorujesz na coś? – chłopak wyprostował się automatycznie.

W jednej chwili, te kilka tygodni, które ognistowłosa spędziła z turkusowookiem pod jednym dachem, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Cedrik był zbyt zaniepokojony jej ostatnimi słowami, by myśleć o czymkolwiek innym.

– Odziedziczyłam po mamie dość rzadką, genetyczną chorobę krwi, która mocno mi dokucza. Szczególnie w upalne dni – uniosła kufel. – Szybko się męczę i miewam mocne zawroty głowy. To nic niebezpiecznego, ale bywa uciążliwe, gdy zostaje zupełnie sama.

– Dragan opiekował się tobą przez cały ten czas?

– Taki był warunek dziadka. O mojej chorobie wie tylko kilka osób. Jakby to wyglądało?! – zaśmiała się nieprzyjemnie – Wnuczka wielkiego czarodzieja, Albusa Dumbledore’a, którą bez problemu może pokonać byle cieplejszy dzień! Całkiem zabawna wizja, nie sądzisz?

– Kto jeszcze o tym wie? – kompletnie zignorował pytanie.

– Oprócz dziadka i Dragana? – zakpiła delikatnie – Profesor Snape, madame Pomfrey, Draco, Blaise i Harry. Malfoy i Potter byli świadkami tego, jak zasłabłam na Pokątnej, więc Dragan musiał im powiedzieć. Zabini’ego pozwoliłam wtajemniczyć. Prędzej czy później sam by się zorientował. Może nie wygląda, ale jest bardzo spostrzegawczy.

Ced, działając na wpół przytomnie, wplótł delikatnie swoje palce między jej. Był cholernie wdzięczny za to, że powiedziała mu o chorobie z własnej woli. Już rozumiał, dlaczego Luther i Zabini byli zaborczo opiekuńczy w stosunku do panny Dumbledore. Nawet niegdysiejsze słowa kruczowłosego, by zaopiekował się płomiennowłosą nabrały nowego, znacznie głębszego znaczenia. Diggory poczuł się dumny z zaufania, jakim najwidoczniej obdarzył go Ślizgoński przyjaciel oraz sama Gallatea. Przeszłoby mu momentalnie, gdyby wiedział, iż wyznanie w którym upatrywał szczególnego znaczenia, było jedynie niewielkim elementem zaplanowanej rozgrywki – misternej gry pozorów, w którą został uwikłany. Puchon cieszył się chwilą, porzucając całkowicie tematy rodziny Tei, jej domu rodzinnego i turkusowookiego strażnika. Pili powoli piwo, rozmawiając o minionych wakacjach. Cedrik starał się w umiejętny, delikatny sposób dowiedzieć jak najwięcej o towarzyszce, omijając wprawnie potencjalne punkty zapalne. Wsłuchiwał się w symfonię jej głosu, mimowolnie uciekając myślami gdzieś daleko. Od samego początku wiedział, że błękitnooka była sierotą, jednak dopiero zaczynał widzieć jak strasznie musiała być samotna – bez najbliższej rodziny i przyjaciół…w rozległej, pustej rezydencji.

– Chcesz jeszcze gdzieś iść? – zapytała nagle, wyrywając go z zadumy.

– Raczej nie chyba, że ty masz ochotę na spacer.

– Niekoniecznie – uśmiechnęła się ciepło. – Wolałabym zostać tutaj, jeszcze przez trochę.

Młody czarodziej rozumiejąc aluzję, zabrał puste kufle i skierował się w stronę baru. Czekając przy ladzie, dyskretnie zerkał przez ramię, co jakiś czas szukając wzrokiem Ślizgonki. Zaniepokoił go dziwny mężczyzna, który przysiadł się do niej – dość młody, czarnowłosy, o czujnym, dzikim spojrzeniu. Uczeń zmarszczył podejrzliwie brwi. Przybysz był dziwacznie ubrany…całkowicie na czarno, z długim, luźnym płaszczem przysłaniającym szerokie barki. Wyglądał jak jakiś łowca głów, żywcem wyjęty z dawnych opowieści. Puchon pospiesznie odstawił trzymane kufle, po czym niemalże podbiegł do stolika, nie zwracając uwagi na zaskoczone spojrzenia słane mu przez resztę gości pubu.

– Czy mogę panu jakoś pomóc? – hardo wpatrywał się groźne, jasnobłękitne oczy czarnowłosego.  

Trzeba przyznać, że mężczyzna z bliska wyglądał jeszcze bardziej przerażająco. Być może główną przyczyną takiego, a nie innego wrażenia były blizny, szpecące ogorzałą skórę tuż przy jego ustach. Przez drobne mankamenty urody, umięśniony tors, oraz postawę godną wojskowego, sprawiał wrażenie człowieka niebezpiecznego – takiego, który przetrwał nieskończoną ilość ciężkich potyczek.

– Nie – szarooki usłyszał twarde, zdecydowane warknięcie.

– Ced, poznaj proszę Marco – Lady postanowiła zareagować, zanim jej kompan na dobre przepłoszy Puchona. – Marco, to Cedrik. Mój kolega ze szkoły.

Diggory, chcąc zachować się jak należy, uprzejmie wyciągnął dłoń lecz musiał ją cofnąć, ponieważ został całkowicie zignorowany. Ciemnowłosy mężczyzna wstał od stołu, po czym skłonił się dwornie przed płomiennowłosą.

– Dziękuję za rozmowę, pani – zwrócił się do dziewczyny pełnym szacunku tonem. – Obiecuję, że nie poświęciła mi panienka swego czasu daremnie.

– To była dla mnie przyjemność – uśmiechnęła ku niemu przyjacielsko. – Pozdrów proszę Ethana.

Mężczyzna, przedstawiony jako Marco, skinął lekko na znak zrozumienia. Mijając Cedrika, nawet na niego nie spojrzał, zachowując się jakby szarooki chłopiec nie istniał. Puchona ogarnęły mocno mieszane odczucia. Nie czuł się bezpieczny w pobliżu tego faceta. W powietrzu wyczuwał ostrzeżenie bijące od najdrobniejszych gestów jasnookiego – groźbę, której nie mógł uznać za bezpodstawną.

– Kto to był? – usiadł naprzeciw Śligonki i zmusił się do zachowania pogodnego tonu.

– Marco? – zerknęła w stronę drzwi – Współpracownik Ethana, mojego kuzyna. Wybacz proszę jego zachowanie. Nigdy nie był szczególnie rozmowny.

– Dziwny facet – wymamrotał.

– Tak uważasz? – zaśmiała się krótko – Marco należał kiedyś do Łowców, ugrupowania podobnego do Aurorów, ale działającego na terenie Ameryki Łacińskiej i znacznie bardziej zmilitaryzowanego. Obecnie zapewnia Ethanowi ochronę, podczas jego licznych podróży służbowych. Sprawia wrażenie oschłego, ale to naprawdę miły człowiek.

– Nie widać – Puchon roześmiał się kpiąco.

– Jest taki od kiedy go poznałam – posłała młodzikowi przygaszony półuśmiech. – Ethan mówił, że Marco dużo przeszedł, kiedy jeszcze był Łowcą, jednak sam nigdy nie chciał o tym mówić. Zgubiłeś gdzieś nasze piwo, czy biegłeś mi na ratunek jak rycerz? – zmieniła kierunek rozmowy.

Śmiech panny Crown nieco speszył chłopaka, skutecznie odciągając jego myśli od odzianego na czarno wojskowego. Fakt. Kiedy tylko dostrzegł niebezpieczeństwo potencjalnie grożące błękitnookiej, całkowicie zapomniał o całym świecie. Nie wybaczyłby sobie, gdyby coś jej się stało – nie mówiąc już o tym, że Dragan by go obdarł ze skóry. Zarumieniony wstał niezgrabnie od stolika, po czym wrócił do baru. Kolejka na szczęście niezbyt się wydłużyła, więc nie musiał czuć się niczym ostatni głupek. Właścicielka pubu zdążyła zabrać zostawione przez niego kufle. Kiedy nareszcie nadeszła jego kolej, czarownica uśmiechnęła się do niego czarująco.

– Śliczną masz dziewczynę – mrugnęła, nalewając piwo.

– Dziękuję – odpowiedział nieśmiało, wbijając speszony wzrok w ladę.

Nie wiedział dlaczego nie zareagował na błędne określenie Tei mianem jego dziewczyny. Mógł sobie wmawiać, że chciał w ten sposób uniknąć niezręcznej rozmowy z madame Rosmertą, prawda jednak była z goła inna – zbyt podobała mu się wizja bycia uważanym za chłopaka tak wyjątkowej istoty, choć nie miało to żadnego pokrycia w rzeczywistości.

– A ten wasz znajomy! – kontynuowała kobieta – Cóż za mężczyzna! Taki tajemniczy, milczący i dobrze wychowany – zatrzepotała rzęsami. – Chyba nie jest stąd, prawda?

– Tea wspominała, że pochodzi z Ameryki Południowej – odpowiedział niechętnie.

– Szkoda, że tak rzadko do mnie zagląda. Oj, szkoda! – zaśmiała się rubasznie – Twoje piwa, chłopcze. Tylko mi tu uważajcie, żeby się nie upić, młodzieży!

Ced zapłacił nie zapominając o napiwku i podziękował uprzejmie kobiecie. Tym razem nie musiał się spieszyć, nikt bowiem nie próbował podkraść mu panny Dumbledore. Zamiast naprzeciwko, usiadł obok niej i obserwował przez chwilę jak patrzyła przez okno. Ciemne, ciężkie chmury przysłoniły do tej pory pogodne niebo.

– Chyba będzie padać – dziewczyna sięgnęła po swój kufel.

– Oby dobra pogoda wróciła do rozpoczęcia rozgrywek – poszedł w jej ślady. – Ciężko się lata w deszczu.

-Nie mam pojęcia jak wy to robicie! – zachichotała niewinnie – Spadłabym z miotły przy pierwszym mocniejszym wietrze, nie mówiąc już o deszczu.

-Dałabyś sobie radę. Mogę cię trochę podszkolić w lataniu – zaproponował z uśmiechem.

– Flint już próbował, ale poddał się po trzech miesiącach. Jestem beznadziejna w lataniu.

– Może potrzebujesz cierpliwszego nauczyciela. Chciałabyś ćwiczyć ze mną po naszych treningach?

– Tylko jeśli będziesz mnie asekurował. Madame Pomfrey mnie zamorduje, jeśli znów wrócę do Skrzydła – spojrzała na niego rozbawiona.

Te prześliczne, błękitne oczy…Był pewien, że rzuciłby się w własnej miotły byleby uchronić ją przez upadkiem. Głupi Flint! Tak łatwo zrezygnować z przywileju zatroszczenia się o nią. Znając opinie krążące po szkole, wiedział dobrze, ilu facetów oddałoby wszystko za podobny uśmiech losu. Gallatea Dumbledore już od pierwszego dnia wzbudzała olbrzymie zainteresowanie męskiej części uczniów – z tak niebagatelną urodą i czarującym charakterem nie mogło być inaczej.

– Ze mną będziesz bezpieczna – nieświadomie wypiął pierś, podkreślając swą wysportowaną sylwetkę. – Sama mówiłaś, że szybko latam.

– Znajdziesz czas na zajmowanie się tak beznadziejną sprawą? – uniosła pytająco brew – Masz sporo nauki, treningi i dodatkowe zajęcia z Draganem. Wciśniesz mnie w swój napięty grafik?

– Bez problemu! – zaśmiał się krótko – Zawsze zostaje dłużej potrenować i miło będzie mieć w końcu towarzystwo. Ty pomagasz mi z eliksirami, więc pozwól się odwdzięczyć lekcjami latania.

– Pozwalam! Wiesz, że Dragan będzie pochodził do naboru do naszej drużyny?

– Coś wspominał. Nie sądziłem jednak, że bierze to na poważnie.

-Ja też nie – westchnęła. – Marcusowi nie wystarczy cierpliwości, żeby się z nim użerać. Luther nie nadaje się do gier zespołowych – rzuciła tonem eksperta. – Nie znosi wykonywać poleceń.

– Fizycznie jest doskonale przygotowany – Ced zasępił się na moment. – Dziwne, że wcześniej nie uprawiał żadnego sportu, a przynajmniej mi o tym nie wspominał. Co do wykonywania poleceń możesz mieć racje. Ten arogancki uparciuch nawet nauczycieli nie słucha! Jak profesor Snape daje sobie z nim radę?

– Nijak – upiła kolejny łyk piwa. – Dragan doprowadza go do szału, tak jak resztę profesorów. Pani Hooch się załamie, jeśli Luther zacznie grać w drużynie! – nie mogła się nie roześmiać, wyobrażając sobie minę Rolandy, kiedy dowie się o nowym zawodniku – Chaos na boisku. Biedna kobieta nie wytrzyma tego nerwowo.

Chłopak wybuchnął śmiechem. Hooch do tej pory miała za złe Lutherowi to​,​ co zrobił z boiskiem w zeszłym roku, dodatkowo nabawiając się istnej fobii dotyczącej koloru różowego – za każdym razem, gdy widziała jakikolwiek odcień różu, czerwieniała ze złości krzycząc, żeby zabrano jej to sprzed oczu. Z resztą nie tylko ta barwa potrafiła doprowadzić ją do szewskiej pasji…na samo wspomnienie imienia ​Dragan​ ledwo powstrzymywała się od połamania wszystkich mioteł w zasięgu wzroku. Diggory obrócił lekko kuflem, uśmiechając się sam do siebie. Zapewne Rolanda kiepsko – delikatnie rzecz ujmując – przyjęłaby wiadomość o tym, że turkusowooki na stałe zasili szeregi drużyny Slytherinu. Poza tym…obecność kruczowłosego w stałym składzie najprawdopodobniej wywróciłaby do góry nogami dotychczasowy układ sił. Kilkukrotnie widział, jak Luther latał i potrafił sobie wyobrazić, jakim koszmarem stałoby się to podczas meczu. Nie dość, że Dragan był szybki, silny i zwinny, to jeszcze diabelnie przebiegły. Potrafił dostrzec okazję tam, gdzie inni jej nie widzieli oraz podjąć kluczową decyzję w zaledwie ułamku sekundy. Luther był bystrym gościem o analitycznym umyśle, zdolnym przewidywać ruchy przeciwnika, co czyniło go tak samo groźnym na każdej pozycji. Dom węża preferował niezbyt czystą, często dość brutalną grę, więc taki zawodnik byłby dla nich olbrzymim wsparciem – o ile oczywiście trzymałby się założeń taktycznych i słuchał poleceń kapitana. Szarooki wzdrygnął się na samą myśl, jak musiałaby wyglądać gra przeciw Ślizgonom z Draganem w składzie.

– Zimno ci? – Tea położyła dłoń na jego ramieniu. 

– Raczej straszno – uśmiechnął się niemrawo, zmieszany gestem troski. – Wyobraziłem sobie​,​ jak wyglądałby mecz przeciwko waszej drużynie z Lutherem w składzie. Koszmar!

– Nie martw się – zabrała rękę. – Nawet jeśli zacznie grać, szybko mu się to znudzi. Wiesz, że nie lubi stagnacji ani rutyny. Taki już ma charakter.

Nie sposób było odmówić płomiennowłosej racji. Choć znał się bliżej z Lutherem od ledwie kilku tygodni, zauważył już jak kruczowłosy reagował na powtarzalne czynności. Nie trzeba było być wybitnym detektywem, żeby zauważyć, że Draganowi bardzo często doskwierała nuda i bezustannie poszukiwał coraz to nowszych wyzwań – atrakcji przełamujących znienawidzony przez niego porządek. Skąd brała się w Lutherze taka niechęć do stabilizacji, Merlin jeden raczył wiedzieć. Ogólnie pod tym względem był strasznie dziwny. Wydawał się dość leniwym typem, bezustannie narzekającym, iż wszystkie aktywności są upierdliwe…z drugiej strony chodził na każde dostępne zajęcia dodatkowe i cały czas szukał czegoś ciekawego do roboty. Diggory dopił swoje piwo. Prawdopodobnie takim już był urok Dragana Luthera – tysiące ścierających się sprzeczności, które tworzyły wyjątkowo mglisty obraz jego osobowości. Wstał od stołu i zgarnął puste kufle, chcąc postawić jeszcze kolejkę. Był tu z Gallateą i to na niej zamierzał się skupić, zamiast po raz setny analizować cudaczny charakter swojego kumpla. Zdążyli w spokoju wypić jeszcze po piwie, zanim zaczęli się do nich przysiadać znajomi Puchona, co nieszczególnie mu się podobało – chciał mieć błękitnooką tylko dla siebie. Dziewczyna zachowywała się wobec nieproszonych gości bardzo serdecznie, nikomu nie dając odczuć, że przeszkadza. To właśnie w niej uwielbiał – cierpliwość oraz łagodne, otwarte podejście do ludzi. Nie chcąc narażać Ślizgonki na zbyt męczące – i nieco natarczywe – towarzystwo, zaproponował powrót do szkoły. Pożegnali znajomych, po czym wspólnie wyszli przed pub – wprost w siąpiący, przeraźliwie zimny deszcz. Panna Dumbledore spojrzała na pociemniałe niebo, które w żaden sposób nie sugerowało, żeby pogoda zamierzała się poprawić. Wśród dużych kropli lawirowały rozmokłe płatki śniegu, targane przez coraz mocniejszy, mroźny wiatr. Jesienno-zimowa aura w końcu zawitała do świata czarodziei, nie zamierzając zbyt szybko go opuszczać. Chłód z każdym powiewem wdzierał się pod jej za cienki płaszcz, powodując mało przyjemne dreszcze. Chcąc ochronić się przed zimnem, splotła ciasno ramiona na piersi i szczelniej owinęła szyję delikatnym szalem – co nie przyniosło większych rezultatów. Nagle całkowita ciemność przysłoniła jej widok. Poczuła przyjemne ciepło oraz znajomy zapach. Miękkim ruchem nadgarstka odsunęła z czoła ciemnoszary płaszcz Cedrika. Chłopak stał przed nią, uśmiechając się szeroko.

– Załóż – podał jej jeszcze swój szalik. – Nie chcę, żebyś się przeziębiła.

– Co z tobą? – ociągała się z przyjęciem materiału o grubym splocie – Rozchorujesz się tuż przed meczem. Tony mi tego nie wybaczy!

– O mnie się nie martw – posłał jej ciepłe spojrzenie. – Prawie wcale nie choruję. Zrób mi tę przyjemność i załóż płaszcz. Proszę.

Widząc troskę majaczącą w szarych tęczówkach, zrezygnowała z dalszej sprzeczki. Puchon nie mógł wiedzieć, że ona nie była w stanie zachorować nawet jeśli by się uparła – było to fizycznie niemożliwe. Wszelkie jej dolegliwości zawsze związane były z mocą, którą dysponowała a choroby śmiertelnych nijak się jej nie imały. Po prostu nie dałyby rady sforsować unikatowej krwi Phoenix’ów, ani wpłynąć choćby marginalnie na ich cielesną formę. Doceniła jednak gest kolegi, więc pozwoliła sobie pomóc w założeniu płaszcza, który okazał się tak duży, że dosłownie w nim tonęła. Duży…i nieprawdopodobnie ciepły. Diggory całą drogę powrotną szedł jedynie w marynarce, narzuconej na koszulę oraz szkolny sweter. Twardo zaciskał zęby, by nie dać po sobie poznać, że chłód miał na niego jakikolwiek wpływ. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 444
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!