Córa rodu Phoenix – Rozdział 17

 Gry i gierki

                Vallerin, popijając letnią już kawę, czekała w salonie na przybycie Albusa. Obok niej niespokojnie krążył poddenerwowany Sten, nie potrafiący znaleźć sobie miejsca. Pani domu uprzedziła go, że panicz Dumbledore pod żadnym pozorem nie mógł dowiedzieć się o obecności pana Blacka w rezydencji – co majordomus był w stanie zaakceptować. Pomimo zrozumienia dla decyzji Lady, nie najlepiej czuł się z koniecznością zatajania prawdy przed dyrektorem. Podczas wizyty starszego czarodzieja w posiadłości, nawiązali serdeczną nić porozumienia, którą można było określić nawet jako zalążek czegoś na kształt przyjaźni. Albus był inteligentnym, dowcipnym, serdecznym człowiekiem o bogatym życiowym doświadczeniu, z którym łatwo było rozmawiać. W końcu starzec zawsze potrafił dogadać się ze starcem. Czarodziej i skrzat, mimo dzielących ich różnic, dzielili podobne troski, toczyli również niemal identyczną, beznadziejną walkę ze stopniową utratą sił – tematów do dyskusji nigdy im nie brakowało. Sten spędzał z Albusem sporo czasu, dzięki czemu wypracowali sobie wspólny rytuał. Każdego wieczoru siadywali w głównej bibliotece i toczyli długie, niezobowiązujące dysputy o swoich przeżyciach – tylko Dumbledore, poza błękitnooką, dostąpił zaszczytu poznania burzliwej przeszłości Stena, z jej najmroczniejszymi cieniami. Majordomus westchnął ciężko, spoglądając przez okno na las okalający rezydencję. Jego osobiste sympatie nie miały najmniejszego znaczenia. Wola Lady Crown była dla niego rozkazem, który powinien bez zawahania wykonać, dokładając do tego należytej staranności. Samej Lady również nie mogło być łatwo, co widział doskonale na jej zatroskanej, litościwej twarzy. Trzymanie pod dachem poszukiwanego za liczne zbrodnie skazańca, prędzej czy później musiało nastręczyć im problemów. Sten początkowo zakładał, że to jemu przypadnie w udziale przebiegłe ukrycie pana Blacka na czas wizyty Albusa, jednak to Dragan zajął się tym osobiście – na swą wyraźnie wyartykułowaną prośbę. Może tak było najlepiej? Narwany panicz Luther miał olbrzymią wprawę w podobnych gierkach i potrafił doskonale obchodzić się ludźmi, jeśli oczywiście miał w tym swój cel. Kruczowłosy zabrał byłego więźnia w jedyne miejsce, do którego nikt nie miał dostępu bez bezpośredniej zgody gospodyni – ukrytej w podziemiach pracowni. Wydawało się to najbezpieczniejszym, najbardziej oczywistym posunięciem, jednakże sama misja nie należała do najprostszych i wybór lokacji nie zmienił tego w znacznym stopniu. Syriusz, z niekwestionowanych względów, nie mógł zostać wtajemniczony w zażyłą, przyjacielską relację gospodyni oraz dyrektora Dumbledore’a. Było znacznie za wcześnie na podobne, z samej swej natury, trudne rozmowy…uciekinier dopiero zaczynał budować wzajemne zaufanie z mieszkańcami posiadłości. Erin robiła wszystko, żeby Syriusz poczuł się swobodnie w jej domu, lecz był to proces długotrwały, zakładający obopólne zaangażowanie i narażony na nieoczekiwane zwroty akcji. Cieniutka, karmazynowa wstążka, którą udało jej się złączyć los pana Blacka z własnym, była zanadto krucha i chybotliwa, żeby pochopnie narażać ją na potencjalnie destrukcyjny wstrząs. Szarooki cały czas przyzwyczajał się do otaczającej go rzeczywistości, całkowicie różnej od więziennego koszmaru, niepokojąco ostrożnie dawkując sobie przywileje wolności. Kiedy Lady na niego patrzyła, nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nieustannie wyczekiwał chwili, w której to wszystko się skończy, a on obudzi się w lodowatej, zawilgotniałej celi. Czasem bywało, że teraźniejszość oraz przeszłość zlewały się w jego zdewastowanym umyśle, przez co odcinał się od wszystkiego i wszystkich – takie stany były najgorszymi z możliwych, głównie przez to, iż musiał je pokonać o własnych siłach. Wciąż zdarzało mu się nazywać pannę Crown imieniem tragicznie zmarłej przyjaciółki, a ją za każdym razem bolało wyprowadzanie go z błędu…kiedy mówił do niej Lily lub Evans jego oczy błyszczały szczerą radością, która znikała natychmiast, gdy uświadomił sobie pomyłkę. Potrafił w jednej chwili wyglądać na najszczęśliwszego młokosa na świecie, by ledwie sekundę później powtórnie stać się udręczonym mężczyzną o przygaszonym, mętnym spojrzeniu kogoś, kto poddał się dawno temu. Pocieszało ją jedynie to, że coraz chętniej wybierał się na samotne wycieczki i częściej wchodził w interakcje ze skrzatami, nieraz nieśmiało pytając je o pracę dla tajemniczego rodzeństwa. Ani ona, ani Dragan nie mieli najmniejszego zamiaru hamować narastającej ciekawości ich gościa – nie uwolnili go przecież z Azkabanu, żeby zrobić z niego więźnia tutaj. Turkusowooki poświęcał czarodziejowi sporo uwagi, co w jego przypadku mogło okazać się równie dobrze pomocne, jak i kłopotliwe. Luther spełnił życzenie Syriusza, zaopatrując go we wszystkie wydania Proroka Codziennego, które ukazały się podczas jego pobytu w więzieniu – tam co prawda mógł dorwać się do gazety, były to jednak przypadki marginalne, uzależnione od dobrej woli personelu. Kruczowłosy codziennie siedział z Blackiem przez kilka godzin, cierpliwie uzupełniając wszelkiej maści luki, jakie pozostawały po lekturze – częstokroć wątpliwej jakości – prasy. Dragan, chociażby z racji tego czym się zajmował, regularnie zasięgał języka od niezliczonej rzeszy informatorów, dzięki czemu doskonale orientował się w bieżącej sytuacji na terenie Wielkiej Brytanii – pomimo tego, że od ładnych kilku lat nie bywał w kraju na dłuższy czas. Całymi godzinami dyskutował z Syriuszem o okolicznościach bardziej znaczących zdarzeń, przedstawiał sylwetki liczących się osobistości, objaśniał afery swego czasu trzęsące opinią publiczną oraz wymieniał kontrowersyjne zmiany, wprowadzane przez Ministerstwo. Nadmiar informacji szybko przytłoczył czarodzieja, więc skupił się na jednej sprawie, która szczególnie go bulwersowała: fakcie zajmowania przez Lucjusza Malfoy’a wysokiego stanowiska w strukturach ministerialnych. Krew go zalewała na samą myśl o tym, że ten obrzydliwy, lojalny swemu panu Śmierciożerca tak łatwo wywinął się od kary – choć co do jego winy wątpliwości być nie mogło – podczas gdy on przesiedział ponad dekadę w Azkabanie. Luther zaciągnął byłego więźnia do pracowni, właśnie pod pretekstem dokładniejszego wyjaśnienia tego osobliwego fenomenu, co dawało Vallerin przynajmniej dwie godziny względnego spokoju. Ukradkowo zerknęła na zegar i odłożyła pustą filiżankę, zaczynając poważnie się niepokoić – Albus jak na złość akurat dziś musiał się spóźniać. Przyjaciel bardzo uważał na to, by nie kazać jej na siebie czekać, zazwyczaj pojawiając się przed wyznaczoną godziną, dlatego uznała opóźnienie za niepasujące do jego charakteru, a przez to odrobinę alarmujące. Poderwała się ze zdobnego fotela, po czym w ślad za swoim majordomusem, zaczęła łazić bez większego celu po salonie. W ich obecnej sytuacji czas odgrywał kluczową rolę. Nie mogli dopuścić do tego, by Syriusz poczuł się zamknięty bądź przetrzymywany w podziemiach – mogłoby to zniweczyć postępy i cofnąć ich do samego początku. Już traciła cierpliwość, gdy odetchnęła z ulgą, widząc w progu Albusa w towarzystwie jednego z zajmujących się posiadłością skrzatów.

– Panicz Dumbledore do pani, Lady – stworzonko skłoniło się dwornie, ukradkowo spoglądając na Stena.

– Dziękuję Bertrisie, możesz odejść – uśmiechnęła się ciepło do skrzata. – Witaj, Albusie! Napijesz się czegoś?

Podeszła do czarodzieja, chwyciła jego lekko zwiotczałe ramię i delikatnie pociągnęła go w stronę wygodnej kanapy. Subtelnie skinęła w stronę majordomusa, dając mu bezsprzecznie do zrozumienia, żeby niezależnie od odpowiedzi czarodzieja, przyniósł im kawę. Stary skrzat dygnął powściągliwie, po czym wyszedł zabierając ze sobą Bertrisa. Dumbledore, podążając za zaproszeniem panny Crown, nieco zbyt ciężko przysiadł na wyściełanej aksamitem kanapie i nieznacznie odrzucił głowę do tyłu, opierając kark na wypolerowanej, drewnianej ramie. Zsunął okulary, by móc bez przeszkód zacisnąć palce u nasady nosa. Lubił odwiedzać przyjaciółkę, lecz wiele by dał, żeby nie działo się to w takich okolicznościach. Ponieważ dyrektor nie miał zamiaru szybko przejść do rzeczy, ognistowłosa usiadła obok niego i z zainteresowaniem wpatrywała się w jego profil. Wyglądał na zmartwionego…choć po dłużej chwili obserwacji uznała, że to nie było to. Albus Dumbledore z całą pewnością był zdruzgotany.

– Mamy problem, moja droga – wyszeptał cicho.

Tego akurat mogła się spodziewać, ciekawiło ją jednak, co dokładnie miał na myśli. Postanowiła go nie popędzać, lecz szybko zrezygnowała z tego pomysłu. Czarodziej nie rwał się do dalszej rozmowy, a jej kończył się bezpieczny czas.

– Jakiej natury? – zapytała w końcu.

– Słyszałaś o Syriuszu Blacku? – Dumbledore wyprostował się niemrawo.

Czujne, jasnoniebieskie tęczówki uważnie śledziły twarz dziewczyny, najpewniej chcąc wyczytać cokolwiek z jej reakcji. Płomiennowłosa zaśmiała się w duchu. Albus niezwykle rzadko zachowywał się wobec niej podejrzliwie, dlatego mogła podejrzewać, że ucieczkę pana Blacka traktował śmiertelnie poważnie…może nawet, jak sprawę osobistą. Zazwyczaj nie musiała przejmować się nieufnością przyjaciela, bo nie miewała nic do ukrycia i on doskonale o tym wiedział. Ten jeden raz, gdy go okłamywała…i tak nie miał szans się o tym w tej chwili dowiedzieć. Nie tym razem.

– Oczywiście słyszałam co nieco o rodzie Black – wzruszyła obojętnie ramionami. – Nie zaprzątałam sobie głowy zapamiętywaniem każdego imienia.

Albus po raz kolejny ociągał się z rozmową, wpatrując się intensywnie w oczy rozmówczyni. Nie żeby podejrzewał Vallerin o jakiekolwiek kontakty z tym nieszczęsnym chłopcem! Sam już po prostu nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć…zachodził w głowę, jak udało się uciec skazańcowi i przychodziły mu do łba coraz bardziej niedorzeczne pomysły. Był wykończony…Od kiedy dowiedział się o ucieczce, nie zmrużył oka na dłużej niż godzinę, a i tak we śnie nawiedzały go ponure cienie wojny. Odetchnął głęboko, odzyskując opanowanie. Płomiennowłosa zauważyła jak napięcie opuściło w końcu jego twarz. Jej drogi przyjaciel momentalnie postarzał się o dobre dziesięć lat.

– To imię powinnaś poznać i zapamiętać – wbił mocno plecy w oparcie. – Syriusz Black był uczniem Hogwartu w tym samym czasie, co rodzice Harry’ego. Zdolny, charyzmatyczny, żywiołowy chłopiec o nieprzeciętnym charakterku i zamiłowaniu do łamania serc szkolnym koleżankom. Ile to razy Minerva lub Poppy musiały pocieszać zawiedzione dziewczęta! – zaśmiał się na wspomnienie dawnych czasów, lecz szybko umilkł – Przyjaźnił się z Jamesem Potterem, choć z perspektywy czasu sądzę, że było to coś znacznie więcej niż zwykła przyjaźń charyzmatycznych rozrabiaków. Tych dwóch było jak bracia. Zawsze się wspierali, wzajemnie kryli, pakowali w kłopoty. Szybko połączyli siły z Remusem Lupinem oraz Peterem Pettigrew, we czterech tworząc nierozłączną, śmiałą i bardzo ze sobą zżytą grupę Huncwotów. Istna zmora Hogwartu! Przy ich wyczynach, wybryki panów Wealey to przyjemny wypoczynek. Wnieśli tak wiele życia w mury szkoły…

Starzec przerwał, niezgrabnie poprawiając okulary. Potrzebował chwili wytchnienia, żeby stłumić narastający w nim żal. To byli jego podopieczni…jego uczniowie i późniejsi towarzysze broni! Ciężko…ciężko było wracać pamięcią do beztroskich czasów po tym, co wydarzyło się później. Odetchnął przeciągle, póki co zostawiając przeszłość tam, gdzie było jej miejsce – za sobą.

– Syriusz od początku nie miał łatwego życia w szkole. Został przydzielony do Gryffindoru, łamiąc tym samym wielopokoleniową, Ślizgońską tradycję Blacków. Za tę… – musiał przystopować, by nie wyrazić się dosadnie o Orionie i Walburgi – niesubordynację, kładącą cień na honor rodu, a także sympatię wobec mugoli i czarodziei półkrwi, został ostatecznie wydziedziczony. Z tego co wiem rodzice Jamesa przygarnęli go pod swój dach, traktując jak rodzonego syna. Po ukończeniu szkoły Syriusz wraz z Jamesem, Lily, Remusem i Peterem wstąpił do założonego przeze mnie Zakonu Feniksa. Ramię w ramię z członkami zakonu walczył z Voldemortem oraz jego poplecznikami – starzec skrzywił się nieświadomie, wracając pamięcią do upiornych czasów terroru czarnoksiężników. – Black był oddany sprawie, waleczny i lojalny. Miał niezrównany talent do odnajdywania się w całym tym wojennym chaosie, nie tracąc zimnej krwi. Na jego barki częstokroć spadało przeprowadzanie ryzykownych, niebezpiecznych misji, z których zawsze wracał zwycięsko. Mając go za plecami, człowiek czuł się znacznie pewniej, świadom tego, że jeśli coś pójdzie nie tak, Syriusz zrobi wszystko, by nas z tego wyciągnąć. Był jednym z naszych najcenniejszych towarzyszy, w którego szczere intencje nikt nie wątpił. A przynajmniej tak wtedy myśleliśmy i to nas zgubiło – przerwał na chwilę, dławiąc narastające emocje. – Syriusz zdradził. On jako jedyny wiedział, gdzie ukrywają się Potterowie i wydał ich Voldemortowi, z rozmysłem skazując przyjaciół na pewną śmierć. Później…później było tylko gorzej. Syriusz w szale zabił dwunastu mugoli, żeby dopaść Petera, którego również pozbawił życia. Nabraliśmy przekonania, że należało go powstrzymać, zanim sięgnie po głowę Remusa, jedynego jego druha, który jeszcze żył. Syriusza złapano i przekazano władzą, jako mordercę i zdrajcę. Za swoje ohydne zbrodnie, został skazany na dożywocie w Azkabanie.

Dyrektor zakończył opowieść, ostatnie jej zdania wypowiadając łamiącym się, drżącym z żalu głosem. Minęło tak wiele lat, a on wciąż nie był wstanie zdystansować się do tamtych wydarzeń. Obwiniał się za niedostrzeżenie sygnałów ostrzegawczych i nie ukrócenie tego wszystkiego w porę. Jakieś sygnały musiały przecież być, prawda? Nie wierzył w to, że Syriusz nagle zmienił się tak diametralnie. Przecież znał tego chłopaka! Uczył go! Walczyli razem! Black przynajmniej dwa razy ocalił mu skórę, gdy zbytnio się zapędził. Jak mógł nie zauważyć, że ten chłopak stoi po niewłaściwej stronie? Jak mógłby zignorować podszepty intuicji, która nigdy go nie zawodziła? Dlaczego niczego nie zauważył? Czy był tak zajęty planowaniem kolejnych posunięć przeciw Voldemortowi, że nie dostrzegł niebezpieczeństwa stojącego tuż obok niego? To nie miało sensu…zastanawiał się nad tym od lat i wciąż nie miało sensu! Lady kątem oka obserwowała profil przyjaciela, a im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej było jej szkoda tego dobrotliwego starca. Nie mogąc znieść smutku oraz żalu malujących się na jego posępnym obliczu, uścisnęła jego pomarszczoną, mocną dłoń. To co powiedział…utwierdziło ją w przekonaniu, iż nie powinien dowiedzieć się prawdy o ucieczce pana Blacka. Albus, pomimo przenikliwości swego umysłu, dał się zwieść jak dziecko i przez lata jedynie umacniał się w przekonaniu o słuszności wizji tego, co stało się tamtej nocy. Zapewne nie dałby wiary ich wątpliwościom i posłałby byłego ucznia wprost do celi, z której go wyciągnęli. Obiektywnie rzecz biorąc, nie dysponowali żadnymi, niepodważalnymi dowodami niewinności Syriusza. Nie mieli kompletnie nic…zero świadków, mogących potwierdzić jego słowa; oficjalnych dokumentów; dowodów rzeczowych z miejsca tragedii; akt z procesu, zawierających uzasadnione wątpliwości…nic. Mogli co najwyżej powołać się na zeznania pana Rowle’a, jednak nie byliby w stanie w żaden sposób dowieść, że Nathan nie został brutalnie zmuszony do złożenia fałszywego oświadczenia. Skoro dostał się w ręce Dragana…płomiennowłosa miała okropne przeczucie – graniczące z pewnością – że urzędnik w tym momencie nie nadawałby się do zeznawania…o ile jeszcze żył. Westchnęła cichutko. Potrzebowali więcej czasu, by rozegrać to jak należy, mając na uwadze przede wszystkim dobro szarookiego czarodzieja.

– On uciekł, Vallerin – jej dumania przerwał słaby, rozedrgany głos przyjaciela.

– Jak to uciekł? – wymusiła brzmiące szczerze zdziwienie – Z Azkabanu?

– Nie wiem jak to zdobił, moja droga, ale uciekł. Ministerstwo już rozpoczęło poszukiwania, a sam minister skontaktował się z przedstawicielami władz mugoli, by poinformować ich o zbiegu. Wszędzie rozesłano dementorów oraz grupy aurorów. Wszyscy jesteśmy postawieni w stan najwyższej gotowości – zamilkł na kilka chwil. – Hogwart również.

Rzecz jasna płomiennowłosa spodziewała się paniki po stronie Ministerstwa, a Dragan trafnie założył, że rozpoczną obławę zanim jeszcze dadzą znać społeczeństwu o zagrożeniu. Było to działanie całkowicie normalne i przewidywalne, dlatego nie budziło jej zainteresowania – co innego Hogwart. Oczywiście bezpieczeństwo młodych czarodziei było kwestią priorytetową, czemu jednak ktokolwiek miałby przypuszczać, że Syriusz Black będzie kręcił się akurat w pobliżu zamku? Przychodziły jej do głowy pewne wytłumaczenia, nie mogła jednak pozwolić sobie w tej konkretnej sprawie na dywagacje – łatwiej i bezpieczniej było zapytać wprost.

– Czemu akurat szkoła? – wystarała się o lekki ton.

– Jeśli Syriusz Black uciekł, więcej niż pewnym jest to, że spróbuje dostać się do Harry’ego – Dumbledore spojrzał na nią z żelaznym przekonaniem w przenikliwych oczach. – Będzie chciał dokończyć to, co jego pan rozpoczął przed laty.

Tym razem Vallerin nie musiała udawać zdumienia. Potwierdzało się jedno z jej wcześniejszych przypuszczeń, które uznawała jednak za dość absurdalne. Nie mogła zapominać, że ona zdążyła nieco poznać pana Blacka i wysłuchać jego wersji zdarzeń, niejako popartej przez wyznania pana Rowle’a. Dla niej niedorzeczność całej sprawy była oczywista, jednak z perspektywy Albusa…musiało być to mocno skomplikowane i niejednoznaczne. Nic nie mogła z tym zrobić – póki co. Nie mogli wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, dopóki stan zdrowia Syriusza oraz jego względna stabilizacja emocjonalna, na to nie pozwolą.

– Podejrzewasz, że będzie próbował zabić Harry’ego? – była dumna z tego, jak naturalnie zabrzmiała.

– Owszem – czarodziej pokiwał mechanicznie głową. – Naszym zadaniem jest do tego nie dopuścić. Minister przyśle dementorów, żeby wzmocnić ochronę szkoły. Szczerze nie podoba mi się obecność tych stworzeń tak blisko uczniów, lecz niewiele mogłem na to poradzić. Ze swojej strony zatrudniłem osobę, która powinna być w stanie zapewnić Harry’emu bezpieczeństwo. Bardzo dobrze zna Blacka, jego przyzwyczajenia, słabości, kryjówki i sposób myślenia. Jeśli komuś miałoby udać się schwytać uciekiniera, to tylko jemu.

Łowca nagród – przemknęło przez myśl błękitnookiej. Jak nic trafi im się jakiś uciążliwy tropiciel, węszący po kątach, przez którego i ona, i Dragan będą musieli pilnować się na każdym kroku. Z drugiej strony…Albus nie sprowadziłby do Hogwartu człowieka, który utrudniałby jej wykonanie misji.

– Kto to?

– Remus Lupin.

– Ten szkolny przyjaciel pana Blacka? – powtórzyła oczywistość, by nadać realizmu swej potencjalnej niewiedzy o zbiegu – Do tej pory nigdy o nim nie słyszałam. Chcesz, żebym go poznała? Zostanie wtajemniczony w naszą sprawę?

Dumbledore uśmiechnął się słabo. Nie wykraczał zbyt daleko w swoich planach. Wieść o ucieczce Blacka uderzyła w niego jak grom z jasnego nieba i nie był w stanie myśleć jasno. Wróciły wszystkie wątpliwości, które nim targały zaraz po uwięzieniu byłego ucznia. Jednocześnie chciał, by go złapano i nie chciał tego wcale. Nie potrafił wyjaśnić tej bolesnej sprzeczności. Pragnął z nim porozmawiać…spotkać się w cztery oczy i zadać pytanie, które dręczyło go od dwunastu lat – dlaczego. Czemu ich zdradził? Z jakiego powodu uznał Voldemorta za ważniejszego od nich? Jeden, jedyny raz, przeszło jedenaście lat temu, zdobył się na odwagę i wyruszył do Azkabanu, żeby porozmawiać z Syriuszem. Stał przed jego celą i dzięki uprzejmości strażnika, mógł zajrzeć do środka. Zobaczył cień chłopaka, którego niegdyś darzył zaufaniem większym, niż resztę swych towarzyszy i spanikował. Zamiast tam wejść i z nim porozmawiać, odwrócił się gwałtownie, po czym po prostu wyszedł. Nie mógł tego zrobić…nie potrafił się zmusić do wejścia, chociaż tego chciał. Młody Black był mu w jakiś sposób najbliższy spośród członków Zakonu i nabranie pewności co do jego zdrady…złamałoby mu serce. Tak naprawdę bał się tego, co mógłby usłyszeć i jak ostatni tchórz zdecydował, że woli nie słyszeć tego wcale. Westchnął ciężko, wracając do rzeczywistości.

– Remusa poznasz dopiero w szkole, tak jak pozostali uczniowie – zerknął na zatroskaną przyjaciółkę. – Obejmie stanowisko nauczyciela Obrony przed Czarną Magią.

– Nie ufasz mu?

Pytanie błękitnookiej wbiło się w niego z okrutną siłą. Zaufanie…tak wiele razy pękało w pół, gdy wystawiano je na próbę. Miał wielu ludzi, którym ufał i jedynie garstkę, której mógł zaufać bezgranicznie, a wiodąca w tej wąskiej grupce prym siedziała tuż obok niego.

– Oczywiście, że ufam – powiedział pewnie. – Obawiam się jednak, że nie na tyle, by wyjawić mu twój sekret. Traktuj proszę Remusa, tak jak resztę profesorów.

Staruszek niespodziewanie zacisnął mocno palce na delikatnej dłoni przyjaciółki. Tak wiele się działo…był tym przytłoczony i doszczętnie rozdarty. Rozsądek kazał mu bezlitośnie wierzyć w rzeczy, co do których serce miało poważne wątpliwości. Uśmiechnął się blado sam do siebie.

– Proszę cię Vallerin, bądź ostrożna – spojrzał na nią z pełną powagą. – Black po tylu latach uwięzienia może okazać się bardzo niebezpieczny, a nie chcę, żebyś musiała go skrzywdzić. To dobry chłopak, tylko… – przymknął powieki – tylko się pogubił. Może przez wojnę, może przez moje nieudolne dowodzenie, może przez to, co musiał oglądać…może z powodów, których nigdy nie poznam. To dobry dzieciak.

Dłoń czarodzieja drżała niespokojnie, uzewnętrzniając chaos, jaki obecnie panował w jego głowie. Sam nie był pewien co powinien myśleć. Wszystko…dosłownie wszystko świadczyło o winie Syriusza, czemu więc tak trudno przychodziło mu w to ślepo wierzyć? Dlaczego od dwunastu lat zawsze, gdzieś na granicy świadomości, tliły się obawy i wyrastały kolejne pytania? Czemu pomruki niedowierzania raz po raz wbijały w jego umysł szpilki niepewności? Przeszłość nie dawała mu spokoju. Poproszenie Remusa o przysługę, przyszło mu z wielkim trudem i po prawdzie, cały czas nie czuł się z tym najlepiej. Lupin wtedy przed laty…stracił wszystko. W jednej chwili cały jego stabilny świat legł raz na zawsze w gruzach, a on dzień po dniu, wciąż na nowo roztrząsał bezduszną tajemnicę śmierci Potterów i zdrady przyjaciela. To Remus, mimo deklaracji pomocy, samodzielnie zorganizował pogrzeb Lili i Jamesa oraz Petera, po którym został mu zaledwie jeden palec. Po wykonaniu ostatniego obowiązku wobec ukochanych przyjaciół odszedł, nie mówiąc nikomu prócz Albusa o tym, gdzie się wybierał. Przez ponad dekadę żył samotnie na kompletnym pustkowiu, stroniąc od ludzi i nieustannie próbując poradzić sobie z bolesnymi doświadczeniami. Dumbledore z trudem przekonał go do opuszczenia samotni – poświęcając na to parę tygodni – po raz kolejny wciągając go w wir wydarzeń, co było czynem z pogranicza okrucieństwa. Dyrektor wiedział o tym doskonale, nie miał jednak wyboru. Głęboka przyjaźń niegdyś łącząca Remusa i Syriusza była bezcennym kluczem do skutecznej ochrony Harry’ego. Starzec bezwiednie mocniej uścisnął rękę panny Crown. Wszystko wymakało się spod kontroli.

– Spokojnie, Albusie – przemówiła łagodnym, pocieszającym tonem. – Poradzę sobie z kimś takim jak Syriusz Black, bez sięgania po nadmierną siłę. Jeśli nie masz nic przeciwko, uprzedzę Dragana o obecnej sytuacji.

Imię turkusowookiego wyrwało czarodzieja z chwilowego marazmu. Przeszłość była przeszłością, a on musiał troszczyć się o teraźniejszość oraz przyszłość nie tylko swoją, ale i wszystkich osób ze swego najbliższego otoczenia – wliczając w to pewnego aroganckiego geniusza.

– A właśnie, gdzie podziewa się pan Luther? Miał zjawić się dwa dni temu w Hogwarcie na spotkaniu z Severusem, ale nigdy do nas nie dotarł..

– Zatrzymały go interesy – kobieta wzruszyła subtelnie ramionami. – Jestem pewna, że pojawi się w szkole jeszcze przed rozpoczęciem roku skoro obiecał, ale pojęcia nie mam, gdzie dokładnie teraz może być.

– Nie martwi cię to? – badawczo przyjrzał się Lady.

– Czemu by miało? – odpowiedziała pytaniem na pytanie – Dragan jest dużym chłopcem i nic w tym dziwnego, że zajmują go własne sprawy. Wróci, jak zawsze i tylko to się liczy.

Dumbledore zaśmiał się ciepło. Relacje łączące Vallerin i Dragana były co najmniej fascynującym zjawiskiem, które miał coraz większą ochotę zgłębić, a być może i czerpać z niego nauki na przyszłość. Ich specyficzne, niemalże metafizyczne, porozumienie odzwierciadlało najczystsze, niezachwiane zaufanie, tak samo stabilne pomimo ciężkich prób. Pozbawione uciążliwych tajemnic, przemilczeń, niedomówień…wolne od jarzma destrukcyjnej niepewności, które on sam dźwigał każdego dnia.

                       Erin, w towarzystwie Dragana, przechadzała się niespiesznie Pokątną, ciesząc się słonecznym, ciepłym dniem. Od rozpoczęcia kolejnego roku nauki dzieliło ich niewiele ponad kilka dni, a Albus zręcznie wymigał się od wątpliwej przyjemności robienia szkolnych zakupów z wnuczką. Całkowicie pochłonął go problem pana Blacka oraz zagadnienie ograniczenia wpływu obecności dementorów na przebieg zajęć. Taki stan rzeczy był Lady na rękę, bowiem źle czuła się okłamując przyjaciela. Wiedziała doskonale, że nie robiła tego z egoistycznych pobudek tylko w słusznej sprawie, niesmak jednak pozostawał zatruwając jej myśli. Subtelnie wyciągnęła twarz ku sierpniowemu słońcu, napawając się spokojem. Idąc ramię w ramię z Lutherem, mogła bez obaw pozwolić sobie na przymknięcie oczu. Dragan, niezawodnie, prowadził ją wprawnie wymijając tłum zabieganych, rozgorączkowanych czarodziei, zmęczonych żarem bezlitośnie lejącym się z bezchmurnego nieba. Gwar Pokątnej tak na dobrą sprawę nigdy nie przygasał, jednak im bliżej było roku szkolnego tym stawał się wyraźniejszy, bardziej chaotyczny i namacalny. Rok w rok zdesperowani, zrezygnowani rodzice biegali od sklepu do sklepu, trzymając swe uradowane pociechy na oku i obiecując sobie solennie, że w przyszłym roku na pewno zabiorą się za to wcześniej. I jak co roku te obietnice spełzały na niczym, a oni znów kończyli jako element nieprzebranego morza ludzi, tak podobnych sobie, które rozlewało się w wąskich uliczkach porywając za sobą przypadkowych gapiów. Crown i Luther zakupy skończyli dobrą godzinę temu, jednak zamiast niezwłocznie wracać do domu, postanowili przespacerować się na spokojnie i nacieszyć swoim towarzystwem, zanim dopadną ich troski dnia powszedniego. Syriusz czuł się już na tyle dobrze, że poprosił ich o możliwość wyjścia, argumentując ją chęcią spędzenia chwili w samotności. Zarówno Lady, jak i Luther zdawali sobie doskonale sprawę z tego, mało przekonującego, kłamstwa oraz źródła jego pochodzenia. Blackowi zależało tylko na jednej rzeczy – zobaczeniu Harry’ego. Już wcześniej wymykał się potajemnie z rezydencji, przeświadczony o tym, że ten fakt umykał gospodarzom, nie wiedział bowiem o niezawodnym cieniu, śledzącym każdy jego krok. Raven, na polecenie kruczowłosego, nie spuszczał z oka Syriusza, a po powrocie z zazwyczaj bezsensownych wojaży, składał szczegółowe raporty. Tym razem również czaił się za plecami czarodzieja, w pełni wykorzystując niesamowitą umiejętność ukrywania się poza marginesem poznawczym. Pannie Crown od lat imponowały zdolności Ravena – był dosłownie jak duch, potrafiący umknąć nawet jej wyczuciu. Nie wiedziała zbyt wiele o tym mężczyźnie, ponieważ był małomówny, szczelnie zamknięty w sobie i raczej ponury. Zawsze zwracał się do niej tytułem Lady, wypowiadanym pełnym szacunku, podniosłym tonem i uciekał wzrokiem, nawet podczas błahych wymian grzeczności, jakby czuł się niegodny przebywania w jej towarzystwie. Ani razu nie zdobył się na to, by spojrzeć w jej oczy, choć obiektywnie nie miał najmniejszych powodów do jakichkolwiek obaw z tym związanych. Często zjawiał się w obrębie posiadłości, chcąc złożyć raport swemu przełożonemu, jednak obowiązku dopełniał w ogrodzie, stanowczo wzbraniając się przed wejściem do środka. Płomiennowłosa ledwo dwa razy go do tego nakłoniła, powołując się na nieprzyjemną, deszczową aurę. Choć w głębi ducha liczyła na nieco dłużą wizytę, Raven jedynie dopełniał obowiązku, po czym niezwłocznie wychodził, rozpływając się w słabym świetle gasnącego dnia. Oczywiście nie omieszkała zapytać Dragana o jego cudacznego kompana, niewiele się od niego dowiadując – uzyskała tylko pewność co do tego, że Raven mieszkał w jednym z dworków należących do Luthera. Wszelkie próby dalszego dopytywania o niebieskookiego, byłego Łowcę spełzały na niczym, a to nie pozwalało jej czuć się komfortowo. Chciała nieco lepiej poznać oddanego druha swego przyjaciela i w miarę możliwości zbliżyć się do niego, co nie było jej dane. Dragan mu ufał i to musiało jej wystarczyć – turkusowooki paranoik starannie dobierał ludzi, którymi się otaczał, więc jeśli przekonany był o lojalności Ravena, nie mogła mieć co do tego zastrzeżeń. Zdawała sobie sprawę z tego, że spokojnie mogła powierzyć jego opiece pana Blacka i jedynie to się liczyło. Wsparła głowę o przedramię Dragana, mocniej ściskając jego rękę. Nie chciała myśleć o uwolnionym skazańcu, szkole, Ravenie…tak błogie popołudnie jak dziś zapewne nieprędko im się przydarzy, szkoda byłoby go nie wykorzystać. Usłyszała cichy, delikatny i niespodziewanie ciepły chichot przyjaciela.

– Nie musisz mnie tak ściskać, dzieciaku – zerknął na nią rozbawiony. – Nie ucieknę ci.

– Z tobą to akurat nigdy nic nie wiadomo, chłopcze – roześmiała się. – Gdzie teraz?

Mężczyzna przez chwilę wahał się z udzieleniem odpowiedzi. Prawdą było, że najprawdopodobniej tysiące razy Vallerin słyszała od niego podobne słowa i tysiące razy się na nich zawiodła. Jego praca…to kim był i kim chciał się stać…wymagało wiele wysiłku oraz pełnego zaangażowania w misterne plany, których nie mógł od tak sobie odpuszczać. Tym razem miało jednak być inaczej. Odpowiednio zatroszczył się o swoje interesy, przekazując je w dobre ręce i mógł spokojnie skupić się na prywatnych sprawach – co uczynił bezzwłocznie. W sumie nie miał ochoty po raz kolejny wystawać w księgarni, szukając naiwnie czegokolwiek ciekawego do poczytania – tutejsze sklepy nastawione były typowo na szkolne sprawy młodych czarodziei, to i spodziewać się po nich nie miał czego. Odwiedzili już staruszka Ollivandera, z którym błękitnooka lubiła ucinać sobie swobodne pogawędki, więc pomysły topniały. Było tylko jedno miejsce, które ewentualnie mógłby odwiedzić.

– Może sklep ze sprzętem sportowym? – wzruszył obojętnie ramionami – Rzuciłbym okiem na miotły.

– Chcesz zacząć grać w qudittcha? – dziewczyna szturchnęła go zaczepnie – Myślałam, że nie lubisz sportu.

Mimowolnie roześmiał się w głos. Lady znała go aż nazbyt dobrze, przez co nie dziwił się jej zawoalowanej kąśliwości. Vallerin miała mnóstwo czasu, by na wylot poznać jego kapryśną naturę, a on sam nieraz dziwił się czemu podchodziła pobłażliwie do jego durnowatych pomysłów i wspierała go w coraz rozmaitszych cudactwach. Uśmiechnął się sam do siebie, przyciągając przyjaciółkę do swego boku. Była tylko jedna racjonalna odpowiedź – kochała go. Kochała takim jakim był i jako jedyna nigdy nie stawiała mu żadnych warunków. Nie oczekiwała od niego wymuszonych zmian, ustępstw, życia w obłudzie, przystosowania się…była jego jasnym światłem pośród mroku, w którym z upodobaniem się zagłębiał. Póki płonął niewzruszony ogień jego anioła, zawsze był w stanie znaleźć ścieżkę powrotną z Otchłani.

– Bo nie lubię – prychnął teatralnie, nadymając policzki. – Polowanie to prawdziwa rozrywka! Flint nie chce się ode mnie odczepić i ciągle marudzi, że powinienem spróbować z naborem do drużyny. W szkole jest strasznie nudno – westchnął przeciągle. – Kto wie? Może spodoba mi się takie zabijanie czasu?

Panna Crown roześmiała się perliście. Rozbawiony jej reakcją Luther uszczypnął delikatnie szczupłe przedramię towarzyszki, nie mogąc odpuścić jej tak ostentacyjnego wyśmiewania. Jego najnowszy pomysł musiał brzmieć niedorzecznie, ale warto było na niego wpaść, chociażby po to, żeby posłuchać jej szczerego, urzekającego śmiechu. Płomiennowłosa poklepała go po barku, starając się opanować.

– Wybacz! – mrugnęła do niego – Już widzę jak stosujesz się do poleceń kapitana! Nie zniesiesz gry zespołowej.

– Nie przekonamy się, póki nie spróbuję! – chwycił ją za dłoń i wdzięcznie obrócił, łapiąc w talii – To jak? Chcesz iść?

Potaknęła subtelnie, pozwalając, by złapał ją za dłoń. Trzymając się za ręce wolnym krokiem szli w stronę sklepu, rozmawiając o Hogwarcie. Każdemu z nich pobyt w zamku dawał możliwość odpoczynku, w skrajnie odmienny sposób, jednak Lutherowi powolutku kończyła się cierpliwość o czym informował ognistowłosą na bieżąco. Ich nieskrępowaną dyskusję co jakiś czas przerywali ludzie ze szkoły, którzy podchodzili widząc znajome twarze – w większości były to dziewczęta, wręcz kipiące podekscytowaniem na sam widok kruczowłosego. Czasem wydawało się Vallerin, że młode czarownice widziały w jej przyjacielu jakiegoś rodzaju bóstwo, objawiające się wyłącznie w murach Hogwartu, a nie istotę z krwi i kości. Jej wrażenia nie odbiegały zbyt daleko od prawdy…spotkanie Dragana jak zwykłego człowieka na zakupach odbierane było na równi z cudem. Ona sama stała cierpliwie u boku tego boskiego objawienia, gdy z mało zadowoloną miną skracał nienachalnie do minimum kolejne, powtarzalne rozmowy. Sądząc po spiętych mięśniach, dawno już zaczął się irytować, mimo to jednak uśmiechał się czarująco, odpowiadając na błahe, pozbawione znaczenia pytania. Kilkukrotnie starała się zabrać dłoń, dostrzegając ciekawskie spojrzenia szkolnej gawiedzi, ale turkusowooki nie miał najmniejszego zamiaru jej na to pozwolić – im bardziej starała się odsunąć, tym mocniej zaciskał palce. Poddała się uznając, że traktował to jako kolejną okazję do wprowadzenia niegroźnego chaosu informacyjnego i rozpoczęcia następnej gierki psychologicznej z dzieciakami. Nikt nie śmiał ich zapytać o to, czemu są razem na zakupach. Po części było to skutkiem zaplanowanej gry pozorów, dzięki której byli powszechnie uważali za mocno zaprzyjaźnionych – a według niektórych plotek nawet znacznie bliższych sobie niż przyjaciele. Błękitnooka westchnęła, przewracając dyskretnie oczami. To była zabawa Dragana, której nie zamierzała ani wspierać, ani udaremniać, dopóki nie zacznie wpływać na jej misję. Luther uwielbiał manipulować domysłami, dążąc do sobie tylko znanych celów. Z powodu ciągłego przystawania dotarcie do sklepu zajęło im dobre pół godziny, przez co obydwoje zdążyli się już zmęczyć zarówno upałem, jak i wymuszonymi grzecznościami. Turkusowooki widząc upragniony budynek niemalże taranem wdarł się do jego chłodnego, przestronnego wnętrza i odetchnął głęboko. Ledwie kilku młodych klientów kręciło się między regałami, nie było wśród nich jednak żadnych znajomych twarzy, ku uldze Luthera. Po ocenieniu pobieżnie sytuacji, zaciągnął Vallerin w stronę obszernej wystawy nowiutkich mioteł. Wypolerowane, zdobiły lśniącym szeregiem niemal całą ścianę – prawdopodobnie więc stanowiły dumę właściciela sklepu. Płomiennowłosą szybko znudziło podziwianie sprzętu, ponieważ dla niej każdy z prezentowanych modeli wyglądał tak samo, a miotły jako takie nigdy jej nie interesowały. Odłączyła się od towarzysza, gdy zaczepił ubranego w strój sędziego sprzedawcę, pytając o jakieś techniczne detale. Nie chcąc słuchać o parametrach, które nic jej nie mówiły, podeszła do przeszklonej gabloty, chroniącej w swym wnętrzu cenne wycinki z gazet, ruchome zdjęcia oraz felietony. Przez chwilę obserwowała fotografie rozradowanych drużyn, o których nigdy nie słyszała, wznoszących wysoko przepiękne puchary. Powoli przeniosła wzrok na piłki, niedbale wrzucone do drewnianej skrzyni ustawionej tuż przy oknie wystawowym, lecz to nie one skupiły jej uwagę. Za oknem dostrzegła znajomą postać pana Pottera, który nieruchomo wpatrywał się w wyeksponowaną miotłę, szeroko otwartymi w oznace zachwytu oczyma. Był tak zaaferowany, że wątpiła, by ją zauważył. Lekkim krokiem podeszła do Dragana, cały czas pogrążonego w rozmowie ze sprzedawcą i poklepała go po ramieniu. Gdy mężczyzna w końcu raczył zwrócić na nią uwagę, wskazała mu głową Harry’ego, wiedząc o tym, że nie musiała tłumaczyć o co chodziło. Nie zawiodła się. Luther skinął porozumiewawczo, po czym wrócił do przerwanej rozmowy. Lady wyszła na zewnątrz, odgłosem otwieranych drzwi niezamierzenie wyrywając młodego czarodzieja z magnetycznego transu. Przez kilka sekund wyglądał na niepewnego, gdzie jest i co tu robi, jednak szybo skupił uwagę na dziewczynie, uśmiechając się do niej nieśmiało.

– Cześć, Tea – bąknął pod nosem. – Nie spodziewałem się ciebie w sklepie z miotłami. Kupujesz nowy sprzęt?

– To byłaby strata pieniędzy – zaśmiała się. – Latam tak samo tragicznie, jak na pierwszym roku. Dragan mnie tu zaciągnął. Ładna miotła.

Uśmiechnęła się szeroko, dostrzegając naturalną, swobodną ekscytację na twarzy Gryfona. Zazwyczaj Harry zachowywał się przy niej dość…powściągliwie, narażając się tym samym na nieustanne żarty ze strony Hermiony – Granger często wspominała, że przy pannie Dumbledore Potter nagle przypominał sobie o nieśmiałości. Było w tym sporo prawdy, jednak błękitnooka nie uważała, żeby chodziło stricte o nią…chłopiec wydawał się mieć niewielki, acz zauważalny problem w kontaktach z płcią przeciwną. Cóż, był w takim wieku, że miał do tego pełne prawo. W tym momencie jego zielone tęczówki błyszczały, kiedy patrzył na miotłę. Vallerin zaplotła dłonie za plecami. Harry był dorastającym młodzieńcem i nic tego nie zmieniało…nawet niewdzięczny tytuł wyczekiwanego Wybrańca.

– To Błyskawica! – spojrzał na nią, zapominając o nieśmiałości – Najszybsza ze wszystkich mioteł! Zawodowcy takich używają!

– Brzmi nieźle – podsumowała swobodnie. – Ja bym się na czymś takim zabiła, ale do ciebie pasuje idealnie.

Szeroki uśmiech koleżanki speszył Gryfona, zmuszając go do milczenia. Bezwiednie zaczął szurać stopami po piaszczystym poboczu brukowanej drogi, bez większego celu. Z Teą dobrze rozmawiało mu się w szerszym gronie, a kiedy był z nią sam na sam…jakoś nie potrafił podtrzymać konwersacji. Tysiące myśli przemykały mu przez głowę, jednak żadna z nich nie chciała pozostać na dłużej. Za dużo myślał o tym, co powinien powiedzieć, żeby nie wyjść na kompletnego, niezręcznego dziwaka. Dumbledore dogadywała się z większością ludzi i niemalże wszyscy ją lubili, bez względu na to, do jakiego domu należeli. Była bardzo miła, inteligentna, zabawna, wyrozumiała i pomocna…sam wiele razy widział, jak siedziała z różnymi ludźmi pod ścianą przed zajęciami, tłumacząc im rzeczy których nie rozumieli, a Hermiona mówiła, że widywała ją również w bibliotece, gdzie uczyła się wspólnie z innymi lub wyjaśniała jak odrobić trudniejsze prace domowe. Im dłużej zastanawiał się nad tym z kim rozmawiał, tym bardziej się stresował. Nigdy nie był szczególnie dobry w przyjacielskich pogawędkach, bo nie wychodziło mu rozmawianie z ludźmi, których dobrze nie znał. W sumie…nie powinien odnosić takiego wrażenia, w stosunku do Tei. Wiele razy im pomagała, przybywając z odsieczą w najtrudniejszych momentach. Wraz z nimi zmierzyła się z trollem, pająkami, Bazyliszkiem…to ona zatroszczyła się o niego, po walce z Quirrellem. Nie miał pojęcia dlaczego, ale rozmawiając z nią sam na sam czuł się, jakby próbował dyskutować z kimś, wobec kogo powinien odczuwać olbrzymi respekt. Czasem, stojąc obok Gallatei, odnosił niejasne wrażenie, iż przebywa z osobą znacznie starszą, bardziej doświadczoną i silniejszą od niego. Nie potrafił tego pojąć, ani tym bardziej racjonalnie wytłumaczyć. Przez ten dysonans często tracił pewność siebie i stał jak ostatni kretyn, nie potrafiąc składnego zdania sklecić – zupełnie jak w tej chwili. Przed kompletną kompromitacją ocalił go głos Ślizgonki.

– Właśnie, Harry! – wbiła w niego wzrok – Czemu jesteś sam? Hagrid znowu gdzieś wsiąkł?

– Nie – gwałtownie potrząsnął głową. – Teraz mieszkam w Dziurawym Kotle. To – przerwał, żeby się zastanowić – to długa historia.

– Jeśli masz ochotę opowiedzieć, chętnie posłucham! – uśmiechnęła się zachęcająco – Luther nieprędko się stąd ruszy, mam czas.

Rozluźniony serdecznością dziewczyny Potter zaczął opowiadać o tym co go spotkało. Lady słuchała cierpliwie, jednak szybko zorientowała się, że nie doceniła stopnia skomplikowania opowieści, a sterczenie na ulicy nie sprzyjało podobnym zwierzeniom – zbyt łatwo było tu o niepowołaną parę wścibskich uszu. Uprzejmie przerwała zielonookiemu, proponując przeniesienie się do przytulnego ogródka pobliskiej kawiarenki. Potter ochoczo przystał na propozycję, mając już trochę dość stania w upale. Erin uprzedziła Dragana o swoich planach, żeby znów nie marudził, że gdzieś polazła bez niego – Luther miał dołączyć do nich po sfinalizowaniu zakupu wybranego sprzętu. Tym oto sposobem błękitnooka i Harry rozsiedli się wygodnie naprzeciw siebie, przy śnieżnobiałym, okrągłym stoliku kawiarni, otoczeni kwitnącymi krzewami rosnącymi w pomalowanych na biało, drewnianych doniczkach. Zgodnie złożyli u starszego kelnera zamówienie na dwie szklanki chłodnego soku oraz pokaźne pucharki lodów z bitą śmietaną i świeżymi owocami. Gryfon, puszczając w niepamięć początkowe wątpliwości, ochoczo opowiadał koleżance o swojej niefortunnej sytuacji w domu rodzinnym – w końcu ta dziewczyna zeszła za nim do legowiska potwora…co złego mogło się stać, jeśli ujawni jej nieco więcej faktów o sobie. Lady cierpliwie słuchała o wrednej ciotce Marge, jej niewybrednych komentarzach, całkowitym braku poszanowania pamięci zmarłych i ordynarnym sposobie bycia, nieprzystojnym płci pięknej. Zacisnęła palce na wysokiej szklance, powstrzymując narastające wzburzenie. Chodziła po tym świecie od wieków, jednak zawsze dziwiło ją, dlaczego ludzie byli aż tak przekonani o tym, że mają prawo zachowywać się w równie okrutny, bezczelny sposób – zwłaszcza w stosunku do niewinnego dziecka. Upiła powoli łyk słodkiego soku z delikatną, orzeźwiającą nutą kaktusa. Osoby naznaczone piętnem kompleksów niezmiennie ciągnęły ku upokarzaniu innych, by stać się lepszymi w swoich własnych, pustych oczach…szczerze wątpiła, żeby ta przerażająca tendencja miała kiedykolwiek zniknąć. Setki razy przekonała się o tym, że najbardziej wartościowi ludzie spychani byli na margines społeczeństwa, przez swą odmienność…co oczywiście nie stanowiło reguły. Śmiertelni zawsze wydawali się jej fascynujący! Tak podobni do siebie i różni zarazem. Pełni miłości i okrucieństwa. Litościwi i bezlitośni. Otwarci na świat i hermetycznie zamknięci w sobie. Cudowni i obrażający. Z nieprzyjemnych rozmyślań, stanowiących dla niej codzienność, wyrwała ją radosna opowieść młodziutkiego czarodzieja o otyłej kobiecie, którą w przypływie gniewu napompował niczym balon, by następnie posłać ku niekontrolowanej wycieczce ponad dachami domów. Zapewne nie powinna pochwalać podobnych czynów, jednak mając za przyjaciela pewnego turkusowookiego świra…linia tolerancji potrafiła się niebezpiecznie przesuwać. Harry przez kilka chwil z uśmiechem wsłuchiwał się w śmiech towarzyszki, przy okazji nabierając porcję lodów na długą, metalową łyżeczkę. Lubił kiedy Dumbledore się śmiała…miała śliczny głos, ale to jej śmiech był jednym z najpiękniejszych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszał. Kończąc temat chamowatej ciotki, zaczął opowiadać o spotkaniu z Korneliuszem Knotem i propozycji zostania na resztę wakacji w Dziurawym Kotle, gdzie spotkał się z Hermioną oraz Weasley’ami. Płomiennowłosa przestała chichotać, gdy chłopiec wspomniał o wyjątkowo przerażającym spotkaniu z wielkim psem, który wedle jego odczucia, chciał się na niego rzucić. To było więcej niż niepokojące. Potter zapytał ją, czy słyszała o ucieczce Syriusza Blacka. Na ten temat niebezpiecznie było wchodzić, więc zgrabnie wymigała się od jasnej odpowiedzi mówiąc, że Luther coś jej tam wspominał, ale w gruncie rzeczy nie interesowała się tym jakoś szczególnie. Niespodziewanie łyżka wysunęła się z dłoni dziewczyny, upadając z brzękiem na blat stolika. Nagle zaczęło jej się robić duszno, a lejący się z nieba żar, przybrał na sile – lub tak tylko to odczuwała. Coraz słabiej widziała twarz kolegi. Obraz jej się rozmazywał, na skutek okropnej migreny, która zaatakowała bez uprzedzenia. Klątwa. Spodziewała się, że używając zaklęcia wstrzymania czasu, naraża się na długotrwałe, ciężkie do przewidzenia konsekwencje. W swojej normalnej, dorosłej postaci odczuwała jedynie delikatny dyskomfort bólu głowy, nie stanowiący większego problemu, jednak powrót do gabarytów dziewczynki wiązał się ze skumulowaniem trucizny w znacznie mniejszym, słabszym ciele – nieuchronnie nasilając objawy. Oddychała z trudem, tracąc równy, miarowy rytm. Powietrze w płucach nabrało temperatury rozgrzanego do czerwoności żelaza, co poskutkowało ostrym napadem bólu, który szarpnął jej ciałem. Zacisnęła palce tak mocno, że paznokcie przebiły skórę i nie mogła zmusić się do rozluźnienia uścisku. Widziała, że Harry coś do niej mówił, bezradnie obserwując jak jego chłopięca twarz staje się coraz bardziej wystraszona. Nie docierały do niej jego słowa, bowiem zagłuszał je szum krwi, gnającej szaleńczo w żyłach. Chciała krzyczeć…naprawdę chciała, lecz nie mogła. Fala bólu rozlewała się jak jakaś zaraza, paraliżując brutalnie jej mięśnie. Obraz rozmywał się coraz to bardziej, aż w końcu wszystko wokół zniknęło, pochłonięte przez kompletną ciemność…otaczała ją zachłannie, przynosząc jakiś rodzaj pokrętnego ukojenia. Nie miała pojęcia ile to trwało, ani co mogło się dziać wokół niej – była całkowicie odcięta od rzeczywistości mrocznym, nieprzebłaganym całunem. Przez szum, rozsadzający jej czaszkę, przedarł się dźwięk. Równy, miarowy, pewny i tak znajomy…bicie serca. Powolutku dostrzegła w pustce rysujące się, rozmazane kontury. Ramiona. Ktoś oplatał ją ramionami, przyciskając do swojej mocnej, bezpiecznej piersi. Nie ktoś…Dragan. Pomimo przytępionych bólem zmysłów, rozpoznawała jego zapach, ciepło, rytm serca. Uniosła, do tej chwili bezwładne, ręce i mocno oplotła plecy Luthera, wbijając paznokcie w jego skórę. Szum ustępował, a im był słabszy, tym lepiej słyszała łagodny, czuły szept kruczowłosego.

– Już dobrze, malutka, jestem przy tobie. Oddychaj.

Dragan muskał oddechem jej włosy, kołysząc się delikatnie. Spojrzała na jego twarz. Martwił się. Próbował to ukryć pod swoim wyuczonym, beztroskim uśmiechem, jednak jej nie był w stanie oszukać – znała wszystkie miny, jakimi dysponował.

– Może łaskawie ruszylibyście tyłki, zamiast się gapić? – turkusowooki warknął gniewnie, spoglądając przez ramię.

Zza jego szerokich pleców najpierw wyłonił się Harry, a zaraz za nim Draco. Obydwaj chłopcy byli bladzi, zdezorientowani i przerażeni tym, w jakim stanie widzieli przyjaciółkę. Lady już rozchylała wargi, żeby ich uspokoić, jednak Dragan wtrącił się zanim miała okazje coś powiedzieć. Potrzebny był im szybki, wiarygodny plan i to jego zadaniem było go wymyślić.

– Spotkałem Malfoy’a przed sklepem. Nic nie mów, Gall – kruczowłosy spojrzał porozumiewawczo na swego anioła. – Draco, chodź.

Ślizgon wypełnił polecenie znacznie mniej pewnie, niż chciał. Powinien zachować zimną krew i starać się pomóc Tei, jednak to co zobaczyli…z perspektywy jego oraz Luthera, wszystko wyglądało bardzo dramatycznie. Po wyjściu ze sklepu razem szli w stronę kawiarni, rozmawiając o ewentualnych treningach Dragana. Z daleka widzieli płomiennowłosą śmiejącą się w towarzystwie Pottera i tak nagle…bez jakiegokolwiek sygnału ostrzegawczego ona…ona po prostu osunęła się z krzesła, pod wypływem bardziej niż oczywistego bólu. W tym samym momencie ruszyli pędem w jej kierunku, jednak szarooki nie miał szans dotrzymać kroku starszemu koledze. Luther, wykazując się zdumiewającym refleksem, rzucił się, by złapać dziewczynę dosłownie w ostatniej chwili, chroniąc ją w ten sposób przed bolesnym spotkaniem z ziemią. Draco był wściekły na cholernego Pottera! Gallatei groziło niebezpieczeństwo, a ta bezużyteczna, bliznowata ofiara losu siedziała sobie spokojnie, nie racząc nawet spróbować jej pomóc! Ot i cały wielki Harry Potter!! Wychwalany przez wszystkich bohater, zawdzięczający sławę przypadkowi!! Draco zacisnął pięści, starając się powstrzymać narastającą frustrację. Nienawidził tego przereklamowanego słabeusza, ale musiał, póki co, odsunąć pretensje. W tym momencie liczyła się tylko Gallatea.

– Podwiń jej lewy rękaw – turkusowooki zwrócił się do blondyna.

Malfoy przyklęknął obok Dumbledore, po czym najdelikatniej jak potrafił, pociągnął cienki materiał jej zwiewnej, granatowej bluzki. Dragan ledwo powstrzymał się od rzucania bluzgami, gdy zobaczył co kryło się po rękawem. Na białej, nieskazitelnej skórze Lady malowała się misterna siatka poczerniałych żył, układająca się w kunsztowny wzór. Cholerny symbol przeciwstawienia się siłom natury…niebywale bolesne dziadostwo, upierdliwie trudne do wyleczenia. Kruczowłosy wiedział doskonale o tym, że symbol ustępował stopniowo, dlatego nie zdziwiła go jego obecność jedynie na lewej ręce kobiety – w pamięci przeprowadzał pełną analizę starając się precyzyjnie wyliczyć, kiedy dorobiła się klątwy. Uśmiechnął się kpiąco. No tak…wszystko było już jasne. Kiepsko sprawdzał się jako, swoistego rodzaju, strażnik Lady skoro niczego nie zauważył przez tak długi czas. Chociaż w sumie Arien też się nie zorientował, a to on był tu czołowym specem od takich spraw. Mniejsza. Z Vallerin mógł porozmawiać na spokojnie w domu, teraz powinien jakoś ogarnąć dwóch roztrzęsionych gówniarzy i sprzedać im bajeczkę, z której będą mogli zrobić użytek. Kątem oka ocenił sytuację. Tak jak zakładał, reakcja Draco ściągnęła uwagę Harry’ego, który obecnie stał obok panny Crown. Turkusowooki rozciągnął lewy kącik ust w szelmowskim uśmieszku. Skoro miał okazję, czemu by nie zabawić się troszeczkę kosztem dzieciaków.

– Kiepsko to wygląda, Gall – westchnął przesadnie. – Brałaś dzisiaj leki?

Lady w lot podchwyciła wiszącą w powietrzu grę. Postanowiła dać przyjacielowi wolną rękę, więc włączyła się do przedstawienia, potakując słabo.

– Upał – wyszeptała ledwo słyszalnie.

Luther miał szczerą ochotę ją uściskać! Uwielbiał gierki, ale te najzabawniejsze zawsze powstawały przy pomocy Vallerin. Podniósł ją z ziemi i posadził ostrożnie na krześle, po czym  puścił jej oczko, odwracając się do czarodziej z najbardziej zatroskaną miną, jaką potrafił zrobić. Nie tracąc czasu na subtelności, chwycił ramiona chłopców, odciągając ich na ubocze.

– Mamy problem, panowie – rzekł w poważnie.

– Co jej jest? – Harry zerknął w stronę dziewczyny – Wyjdzie z tego?

– O dawna choruje? – odważył się zapytać Draco.

– Że Potter nie wiedział to jeszcze rozumiem, ale ty, Malfoy? Znasz ją od dwóch lat. Mieszkacie w tym samym domu, chodzicie razem na zajęcia, jecie wspólnie, wiecznie okupujecie kanapę i nie zauważyłeś, że jest chora? – prychnął – Mnie to tydzień zajęło.

– Ja nie… – blondyn starał się znaleźć linię obrony.

– Co nie? Nie zauważyłeś, że często wygląda na osłabioną i co jakiś czas znika popołudniami? Nie wpadłeś na to, żeby zapytać na cholerę jej ta wystawka leków w pokoju? Amator – Luther uśmiechnął się kąśliwie, odgarniając z czoła czarne pasma włosów. – Gall cierpi na rzadką, dziedziczną chorobę krwi i musi regularnie brać lekarstwa. Skoro już o tym mowa, Potter zostajesz z nią. Zatroszcz się, żeby siedziała spokojnie w cieniu i weź zamów chłodną wodę na wypadek, gdyby znowu zrobiło jej się słabo. Zostawiłbym z tobą Malfoy’a, ale obawiam się, że tylko zniknę za rogiem, a wy się pozabijacie. Draco, wyruszasz ze mną na poszukiwanie apteki. Nie znam za dobrze Pokątnej, więc liczę na twoją orientację w terenie. Skarg, wniosków i zażaleń nie przyjmuję.

Chłopcy nie zamierzali protestować, sprawiając wrażenie mocno przejętych swoimi zadaniami. Dragan uśmiechnął się pod nosem. Ohh, bezkrytyczna ufność! Wymyślona na poczekaniu bajeczka o chorobie całkowicie kupiła tych dwóch. Tacy młodzi…zaangażowani…TAK ODRAŻAJĄCO GŁUPI!!! Sterowanie dzieciakami, niczym marionetkami, w gruncie rzeczy nieco mu uwłaczało, ale cóż począć? Ich przekonanie przyda mu się w dalszym rozwijaniu historyjki rzekomej choroby panny Dumbledore, co w jego ocenie miało szansę zaprocentować w przyszłości. Vallerin za długo tłumiła swą moc w zbyt małym ciałku…nawet wsparcie w postaci Łzy Bogini, prędzej czy później przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie, a on w żaden sposób nie potrafił przewidzieć, jak może się to skończyć. Stawiał na coś pomiędzy nieopisanym bólem, a śmiercią, pożogą i zniszczeniem. Kontynuując zabawę, póki jeszcze miał czas na wydurnianie się, przyklęknął przed ognistowłosą tłumacząc jej jak kilkulatce, że on i Draco idą po lekarstwo, a ona ma zostać z Harrym, czekając grzecznie na ich powrót z apteki. Musiał mocno przygryźć wewnętrzną stronę policzka, gdy Lady spojrzała na niego z mieszanką szczerego rozbawienia oraz niedowierzania, po czym słabiutkim, zatroskanym głosem zapytała, czy na pewno da sobie radę i nie zgubi się w labiryncie wąskich uliczek. Żarty żartami, ale panna Crown doceniała to, iż zawsze mogła polegać na Draganie, jego niebywałej inteligencji i zdolności do wychodzenia obronną ręką z każdej, nawet potencjalnie przegranej, sytuacji. Mężczyzna pogładził rubinowe włosy przyjaciółki i wstał gwałtownie, tracąc ochotę na wygłupy. Zamyślony ruszył przed siebie, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, czy Draco za nim nadąża. Blond arystokrata miał spory problem, by dotrzymać mu kroku.

– Dragan, skąd wiesz o chorobie Tei?

– Hmm? – kruczowłosy uniósł brew – Zapytałem ją, to chyba jasne. Trułem jej tak długo, aż powiedziała mi prawdę. Nie chciała nikomu mówić, bo się tego wstydzi. Ta mała, uparta baba uważa, że jej choroba jest problematyczna dla profesora Dumbledore’a.

– Wiesz, jakie leki bierze?

– Pewnie, że wiem! W końcu przez ostatni miesiąc mieszkałem z nią pod jednym dachem. Tylko dureń by się nie połapał.

Malfoy zatrzymał się, czując jakby jego stopy nieoczekiwanie wrosły w wybrukowaną uliczkę. Wlepiał szare tęczówki w kruczowłosego, nie mogąc wykrzesać z siebie nawet pojedynczego słowa. Całkiem zabawnie wyglądał ze zszokowaną miną, jednak jego paraliż, koniec końców, rozdrażnił Luthera – nie miał czasu na upierdliwe głupoty. Westchnął zrezygnowany, po czym podszedł do chłopca i schylił się na tyle, by móc spojrzeć mu wprost w oczy.

– Jak myślisz, dlaczego przeniosłem się ze Stanów w ciągu roku szkolnego? Nie jestem jakimś masochistą, żeby celowo utrudniać sobie życie! Moje relacje z rodziną są – przerwał dla lepszego efektu – mocno skomplikowane. Musiałem się wynieść i nie mogłem wrócić do domu na wakacje, jak wy wszyscy. Siwobrody pozwolił mi zostać przez jakiś czas w Hogwarcie, jednak nie było możliwości, bym mógł obijać się w zamku przez pełne dwa miesiące. Dyrektor zaproponował mi drobny układ, jak na porządnego gościa przystało. Mogłem zostać u niego w domu, a w zamian miałem zaopiekować się Galli. Wiesz…dotrzymać jej towarzystwa, żeby nie czuła się samotna i przypilnować leczenia. Jak widzisz zjebałem. Nie powinienem ciągać jej tak długo w upale, po zatłoczonej ulicy. Czy teraz, gdy mamy jasność, o szlachetny młodzieńcze, ruszysz swój wysoko urodzony tyłek, ku radości plebsu?

Draco mechanicznie skinął głową i podążył dalej w ślad za starszym kolegą. Jak o tym pomyślał, Luther faktycznie nigdy dokładnie nie wyjaśnił, dlaczego przeniesiono go do Hogwartu. Nie dostawał żadnych paczek ani listów, nigdzie też niczego nie wysyłał – chyba nie miał nawet swojej sowy. Malfoy nie słyszał również, by Dragan kiedykolwiek mówił o swojej rodzinie, a spędzał z nim dość sporo czasu. Parę razy próbowali go podpytywać, jednak turkusowooki konsekwentnie zbywał takie pytania lub obracał je w najzwyklejszy żart. Wszystko, co przed chwilą usłyszał miało sens, jednakże szarooki czuł nieprzyjemny, znajomy ucisk, uniemożliwiający mu pogodzenie się z faktami – był zazdrosny. Wspaniały, genialny Luther spędził miesiąc z panną Dumbledore i wszystko wskazywało na to, że znał ją znaczenie lepiej niż on, Blaise czy Dafne. To…to było bolesne. Blondyn usilnie wracał pamięcią do wszystkich rozmów, jakie odbył z płomiennowłosą przez cały okres ich znajomości, a jednoznaczne wnioski szczerze go przeraziły. Gallatea wiecznie wysłuchiwała ich opowieści o problemach, ciężkim żywocie, trudach bycia członkami rodów czystej krwi, wymaganiach jakie wszyscy wobec nich mieli, szkolnych niepowodzeniach…dosłownie topili ją w morzu swoich żali, nie dostrzegając tego, że nie odwdzięczali się jej tym samym. Na brodę Merlina! Nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio zapytał, czy wszystko u niej w porządku. Wiedział, że wakacje będzie spędzała samotnie, lecz nie zdobył się na wysyłanie więcej niż jednego listu na dwa tygodnie, bowiem był zajęty własnymi sprawami – jak zawsze. Przyzwyczaił się do tego, iż Tea jest obok i może z nią o wszystkim porozmawiać, oczekując wsparcia oraz ciepłego słowa – nie dając nic w zamian. Zaniedbywał przyjaźń, a teraz miał nieuzasadnione pretensje do Dragana, że zapełnił pustkę, którą sam spowodował. Musiał porozmawiać o tym z Blaisem i to jak najszybciej! Byli okropnymi przyjaciółmi, jednak mieli jeszcze czas, by to naprawić. Prawda?  

                   Początek roku przebiegał swoim zwyczajowym rytmem, niczym nie wybijając się na tle lat poprzednich. Uczniowie powoli zapełniali Wielką Salę, zostawiając w tyle grupkę, zestresowanych ceremonią przydziału, pierwszorocznych i rozsiadali się wygodnie na ulubionych miejscach, wypatrując przyjaciół. Z każdą kolejną minutą narastał gwar żywo prowadzonych rozmów, przecinany salwami mniej, lub bardziej przytłumionych śmiechów. Nauczyciele niespiesznie zbierali się przy stole na podwyższeniu, nienachalnie rozglądając się po twarzach wychowanków, kiedy akurat zabrakło im pilnych tematów do dyskusji. Niewielkie grupki przedstawicieli innych domów migrowały ku Slytherinowi, chcąc przywitać się z Lutherem, który błyskawicznie zbywał towarzystwo, nie wzbudzające w nim krzty zainteresowania. Jedynym rozgadanym natrętem, którego nijak nie mógł się pozbyć, był Marcus Flint we własnej, podekscytowanej nadchodzącymi rozgrywkami, osobie. Kapitan drużyny, pomimo dość chłodnego nastawienia kruczowłosego, nie miał najmniejszego zamiaru zrezygnować z namawiania go na przystąpienia w tym roku do naboru. Siedząc okrakiem na ławie, jakiś metr od turkusowookiego, już snuł daleko idące plany na jakiej to pozycji by go widział i jaką taktykę mogliby zastosować przeciw znienawidzonym Gryfonom. Dragan miał coraz większą ochotę na chwycenie włosów tego smarkacza i bezlitosne wbicie jego niezamykającej się gęby wprost w blat, jednak między nim, a Draco siedział ognistowłosy anioł, który by mu za to łapki przetrącił. Z miną skazańca opierał skroń o prawą dłoń, komunikując się z Flintem jedynie za pomocą niewyraźnych mruknięć. Odciął się na tyle, na ile mógł od paplaniny Marcusa, częściowo skupiając uwagę na swojej Lady i jej wesołej świcie. Zatroszczył się o to, żeby wydarzenia z Pokątnej zostały między nimi, Malfoy’em i Potterem, robiąc wyjątek tylko wobec Zabini’ego. Blondas zapytał o możliwość poinformowania kolegi, a błękitnooka nie miała nic przeciwko, więc czemu nie? Blaise jakoś najbardziej mu leżał z tego szkolnego tałatajstwa, plączącego się pod nogami. Uśmiechnął się, czując delikatną dłoń Vallerin, gładzącą uspokajająco jego włosy. Po incydencie na Pokątnej, musieli sobie sporo wyjaśnić i nie tracili czasu, zabierając się za to zaraz po powrocie. Ognistowłosa potwierdziła jego przypuszczenia dotyczące Komnaty Tajemnic i przeprosiła, choć wcale tego nie oczekiwał – sytuacja zmusiła ją do podjęcia odpowiedniej decyzji. Wspólnie ustalili szczegóły domniemanej choroby, tworząc dziesiątki wygodnych, nie dających się w żaden sposób sprawdzić, furtek którymi panna Crown mogła bez przeszkód tłumaczyć zarówno swoje złe samopoczucie, jak i okazjonalne zniknięcia. Swoboda ruchów była dla nich obecnie na wagę złota, bowiem w posiadłości został pewien poszukiwany zbieg, przebywający pod opieką Ethana, a dla Dragana było to równoznaczne z brakiem jakiejkolwiek opieki. Starszy Luther i pan Black oczywiście znali się całkiem nieźle, jednak Syriuszowi ciężkawo przyszło przełknięcie wyjazdu pozostałej dwójki rodzeństwa Crown. Oficjalnie kruczowłosy uzasadnił ich nieobecność pilnym wyjazdem służbowym poza granicę kraju, pokazując byłemu skazańcowi podrobiony list, który rzekomo miał nadesłać sam australijski Minister Magii. Turkusowooki odwalił przy tym wspaniałą szopkę, z marudzeniem, jęczeniem i rzucaniem szklankami w ściany – w sumie potrzebna nie była, bo Black nie przejawiał żadnym obiekcji co do wyjaśnień, jednak lubił sobie porzucać szkłem. Czarodziej zdążył na tyle zaufać rodzeństwu, żeby nie wnikać w prowadzone przez nich działania, uważając podobną praktykę za wyraz skrajnej niewdzięczności. Kolekcjoner uśmiechnął się figlarnie, kątem oka spoglądając na Lady, rozmawiającą z Greengrass. To była jej zasługa. W jakiś sposób nawiązała z Syriuszem dość mocną więź, dzięki której ich robota stała się znacznie łatwiejsza. Nie oznaczało to jednak, że miał zamiar dopuścić do samowolki! Kruczowłosy za grosz nie ufał własnemu bratu, dlatego nie zdecydował się na odwołanie Ravena, który nieustannie siedział Blackowi na ogonie. Raven, Ethan, relacja między panną Crown, a Syriuszem…dopiero zbierając te wszystkie czynniki do kupy, mogli spokojnie wdrożyć się w szkolne życie, poświęcając uwagę wyłącznie wykonaniu swoich zadań. Podczas, gdy Luther po raz tysięczny rozważał odpowiednie zabezpieczenie ich kłopotliwego gościa, Blaise uważnie obserwował twarz panny Dumbledore, starając się wyłapać na porcelanowym obliczu oznaki choroby. Draco, jeszcze w wakacje, złożył mu krótką wizytę z zamiarem podzielenia się zasłyszanymi rewelacjami na temat ich wspólnej przyjaciółki. Szwendając się w pobliżu rodzinnego domu Zabinich, rozmawiali o tym, w jak wybiórczy sposób postrzegali przyjaźń i próbowali wymyślić, jaki mogli to wszystko naprawić, póki jeszcze mieli ku temu szansę. Blaise, po wysłuchaniu arystokraty, niechętnie przyznał mu całkowitą rację. Obydwaj traktowali Teę niczym niezachwiane, pewne oparcie, na którym zawsze mogli polegać. Nie zastanawiali się nad jej samopoczuciem, ani potrzebami, bezustannie zasypując ją własnymi problemami i grzejąc się w przyjemnym cieple zrozumienia, jakie im okazywała. Dumbledore cały czas starała się im pomagać, a oni, nie do końca świadomie, egoistycznie wykorzystywali ten fakt, przestając nawet myśleć o odwzajemnieniu się tym samym. Ślizgon skrzywił się pokracznie. Nie na takiego człowieka mama go wychowała. Nie tak powinien zachowywać się prawdziwy mężczyzna wobec kobiety, którą darzył najszczerszą sympatią, zaufaniem oraz szacunkiem. Korzystając z tego, że Dafne zajęła się rozmową z Pansy, wyciągnął dłoń przez stół, by musnąć delikatnie białe, smukłe palce błękitnookiej. Uśmiechnął się łagodnie, gdy na niego spojrzała.

– Tea, wszystko dobrze?

– Ta – uścisnęła jego dłoń. – Dziękuję, że pytasz.

O więcej nie miał zamiaru wypytywać. Zarówno on, jak i Draco spodziewali się, iż choroba musiała być dla ich przyjaciółki tematem drażliwym, a w takie rzeczy nie należało wtykać nosa. Musieli polegać na informacjach zaczerpniętych od Luthera. Zabini był tak skupiony na Gallatei, że nie zauważył demonicznych oczu, śledzących go ukradkiem. Kruczowłosy odburknął coś od niechcenia Marcusowi, ledwo powstrzymując się od parsknięcia śmiechem. Blaisy wyglądał w tej chwili niemalże identycznie jak Malfoy i Potter, kiedy po raz pierwszy uraczył ich opowiastką treści wątpliwej. Banda durnych, łatwowiernych smarkaczy…chociaż to, że tak bardzo wsiąknęli w jego gierkę, akurat było mu mocno na rękę. Wymyślając chorobę Lady, jednocześnie uwiarygodnił nieco dziwaczny sentyment, jakim darzył dziewczynę, którą oficjalnie niedawno poznał. Nic w końcu zaskakującego w tym, że odpowiedzialny, młody człowiek pragnął odwdzięczyć się za otrzymaną pomoc swemu dobrodziejowi, mając na oku jego poważnie chorą wnuczkę-jedynaczkę. Tak…to zdecydowanie nadawało kolorytu ich relacji! Luther niemalże wzniósł dłonie, by dziękować opatrzności, kiedy rozpoczęcie ceremonii w końcu przerwało słowotok Flinta. Nikt przy stole Slytherinu nie był jakoś szczególnie zainteresowany pierwszakami, choć oczywiście co jakiś czas przerywali ciche rozmowy, żeby nagrodzić oklaskami nowe twarzyczki w ich gronie. Wyczytywanie kolejnych, niezbyt fascynujących, nazwisk ciągnęło się w nieskończoność, więc większość starszych uczniów, gdzieś mniej więcej w połowie, wróciła na stałe do przerwanych pogaduszek. Umilkli dopiero, kiedy dyrektor, swoim zwyczajem, podszedł do mównicy z zamiarem powitania licznego grona podopiecznych. Albus w zgrabny, humorystyczny sposób rozpoczął rok szkolny, przy okazji przypominając o obowiązujących w zamku zasadach. Niewiele różniło się to od zeszłorocznych powitań, jednak pewien powiew świeżości wniosło oficjalne przedstawienie nowinek w gronie pedagogicznym.

– Remus Lupin! – donośny głos starca echem rozniósł się wśród wysokich, przytulnych ścian – Profesor Obrony przed Czarną Magią!

Ognistowłosa przerwała przepychanki z Blaisem, przenosząc wzrok w kierunku stołu nauczycieli, ponieważ była bardzo ciekawa dawnego przyjaciela Syriusza i co ważniejsze tego, jak się trzymał po tylu latach samotnej udręki. Ze swego miejsca wstał wysoki, szczupły mężczyzna o półdługich, orzechowych włosach, poprzecinanych srebrnymi nitkami. Nawet z tak daleka Lady doskonale widziała jego piękne, zielone oczy, w których odbijała się godna pozazdroszczenia inteligencja, z całą pewnością ubogacona życiowym doświadczeniem. Pomimo delikatnego uśmiechu na wciąż przystojnej, naznaczonej drobnymi bliznami twarzy, zdawał się smutny – odległy, przygaszony i tak zwyczajnie, po ludzku nieszczęśliwy. Panna Crown, znając nieco faktów z życia czarodzieja, nie mogła mu się dziwić – jak na wciąż młodego faceta przeszedł aż za wiele. Lupin przywitał się z uczniami naturalnym, ujmująco ulotnym skinieniem, czym wzbudził sympatię błękitnookiej. Od wielu, wielu lat nie spotkała się z równie czarującym, eleganckim wyrafinowaniem, godnym urodzonego gentlemana. Remus Lupin…zdecydowanie nie pogardziłaby możliwością poznania go lepiej. Nowy profesor Obrony nie był jedyną zmianą w składnie grona. Ku radości, szczególnie wylewnie okazywanej przez Gryfonów, Rubeus objął stanowisko nauczyciela Opieki nad Magicznymi Stworzeniami. Panna Dumbledore, w poważaniu mając ciszę wśród Ślizgonów, nie omieszkała pogratulować dobrodusznemu brodaczowi głośnymi oklaskami, do których, już mniej żywiołowo, przyłączył się Dragan. Gajowy zerknął w stronę wnuczki dyrektora, machając dużą dłonią w geście zawstydzenia, czym rozbawił dziewczynę. Znała Hadrida na tyle dobrze, żeby zdawać sobie sprawę z tego, że Hogwart nie mógł znaleźć lepszego kandydata na to stanowisko – Rubeus kochał magiczne stwory, uwielbiał z nimi przebywać, pielęgnować je i opowiadać o swojej pasji uczniom, którzy wpadali do jego chatki. Po zaprezentowaniu zmian w składzie profesorskim, Albus ogłosił rozpoczęcie powitalnej uczty. Ognistowłosa, zasłuchana w opowieść Greengrass o młodszej siostrze, niemal podskoczyła, kiedy poczuła mocne ramię oplatające ją wokół talii. Zerknęła przez ramię i roześmiała się, widząc udręczoną minę Dragana.

– Dobij mnie – jęknął, wspierając brodę na jej barku.

Dostrzegając pytające spojrzenie przyjaciółki, wskazał jej dyskretnie grupki uczniów, które ciągnęły prościutko w ich kierunku. Lady zaśmiała się głośniej, po czym czule pogładziła policzek nieszczęsnego kruczowłosego.

– Nikt ci nie kazał zostawać gwiazdą Hogwartu! Objawiłeś się jak jakieś bóstwo, to teraz idź i zabawiaj swoich wyznawców.

– A mogłaś po prostu dobić – westchnął teatralnie. – Nikt mi nie powiedział, że bycie doskonałym jest tak upierdliwe!

– Tak, tak…biedny ty – poklepała go po głowie. – Czyń swą powinność, Adonisie.

Turkusowooki przyciągnął ją mocniej do siebie, po czym ku konsternacji chłopców i zachwytowi dziewcząt, niemalże musnął wargami jej ucho.

– Jak rozkażesz, moja pani – wymruczał gardłowo.

– Zboczeniec! – roześmiała się płomiennowłosa, odsuwając policzek od jego ust.

– Siedzi tu sobie, taka cała śliczna i się dziwi, że facetów przyciąga! Prawda, Blaisy?

Luther wskazał palcem na Zabini’ego, który mało się nie udławił herbatą. Chłopak jakoś dał radę przełknąć, ale wyglądał na mocno wytrąconego z równowagi, to patrząc na starszego kolegę, to na Dumbledore.

– J-ja… – zaczął niezgrabnie.

– Ja pierdolę, Zabini! – prychnął Dragan – Warunki to ty masz, dzieciaku, ale jak nie nauczysz się bajerować, to kiepsko widzę twoje tegoroczne szanse u dziewczyn. Mniejsza! – machnął lekceważąco dłonią – Idę do tych pogan, zanim nas tu wszystkich obsiądą.

Po tych słowach Luther zwyczajnie przeskoczył przez stół, lądując z szeroko rozpostartymi ramionami i podszedł do grupy starszych uczniów. Vallerin odprowadziła go wzrokiem. Pojęcia nie miała w co się aktualnie bawił, jednak stawał się coraz bardziej rozluźniony, bezpośredni i arogancki. Uśmiechnęła się pod nosem – zaczynał zachowywać się tak, jak zawsze.

– Ej, Dumbledore! – przez stół wychyliła się Pansy – Dumbledore!

– Tak?

– Słyszałaś nowinę? – Ślizgonka zachichotała.

– Raczej nie, a o co chodzi? – spojrzała na koleżankę.

– A no tak…nie jeździsz Expressem. Potter zemdlał, kiedy zobaczył dementora w pociągu!

Parkinson zaniosła się nieprzyjemnym, szczekającym śmiechem, podobnie jak kilkoro siedzących najbliżej nich uczniów. Panna Crown, jak na razie, odpuściła sobie reakcję, ponieważ informacja o dementorach w szkolnym pociągu zaniepokoiła ją. Było jasne,co te stwory tam robiły, a to oznaczało, że Albusowi nie udało się w znaczącym stopniu odsunąć ich od uczniów. Nie spodziewała się, żeby ktoś znający Syriusza był na tyle naiwny, by szukać go w równie oczywistym miejscu. Ministerstwo działało pod presją, tracąc siły oraz środki na nieprzemyślane działania. Z jednej strony była to wiadomość całkiem dobra – nie wiedzieli, gdzie szukać, z drugiej kłopotliwa – działali na oślep, co uniemożliwiało przewidywanie ich ruchów. Musiała poinformować o tym Dragana, o ile już się nie dowiedział od innych uczniów. Było jeszcze coś, co ją martwiło a mianowicie reakcja Harry’ego na te bezduszne pokraki. Czemu dementor miałby interesować się panem Potterem i cóż takiego mogło jego uwagę przyciągnąć, chociażby chwilowo. Tego musiała się dowiedzieć, póki co jednak nie zamierzała pozwolić na bezczelne wyśmiewanie Gryfona przez osoby, które w życiu dementora na oczy z bliska nie widziały. Obrzuciła Ślizgonów gniewnym, wyniosłym spojrzeniem, gasząc w nich ochotę na śmiech.

– Ciebie to bawi, Parkinson? Widać, nigdy nie spotkałaś dementora. To okrutne, bezduszne, brutalne stworzenia, które pilnują najgorszych zwyrodnialców i nie dziwi mnie, że Harry tak zareagował. Wystarczyłaby chwila i dementorzy potrafiliby sterroryzować całą szkołę – warknęła ostro.

Pansy zamilkła, bynajmniej nie kierowana zawstydzeniem. Jeśli chciała utrzymać jako takie, poprawne relacje z rudzielcem, nie mogła jej pochopnie drażnić z byle powodu. Przepraszać jednak nie zamierzała, więc szybko wróciła do rozmowy z zaniepokojoną Dafne. Irytacja…tyle w tym momencie odczuwała Lady, co objawiło się lekkim pulsowaniem z skroniach. Ostrożnie roztarła obolałą skórę zimnymi palcami, nie chcąc dopuścić do powtórki z Pokątnej – nie za bardzo wiedziała co się z nią działo i nieostrożność byłaby wyjątkową głupotą. Draco, widząc zachowanie przyjaciółki, objął ją nienachalnie ramieniem, w geście wsparcia. I on, i Blaise uśmiechali się do Dumbledore pocieszająco, dyskretnie śląc Pansy wrogie zerknięcia.

– Chcesz iść do dormitorium? – blondyn zapytał troskliwie.

– Chyba tak – ognistowłosa podniosła się zwinnie. – Nie musisz ze mną iść, sama trafię.

– Nie wygłupiaj się, księżniczko! – zaśmiał się Zabini – Dość mamy siedzenia na tyłkach.

– W takim razie, nie mam nic przeciwko. Idziecie z nami?

Lady zwróciła się do Parkinson i Greengrass. Pansy opuściła głowę, czując na sobie nieprzychylne spojrzenia kolegów, natomiast Dafne zbyt zajęta była obserwowaniem roześmianego Dragana, żeby zwrócić uwagę na na takie subtelności.

– Nie, dzięki! – rzuciła blondynka, nie odrywając wzroku od Luthera – Później przyjdziemy.

– Jeśli się zdecydujecie, zapraszam do mnie – Tea uśmiechnęła się przyjacielsko.

W towarzystwie dwóch chłopców, niemalże natychmiast, rozpoczęła mozolną wędrówkę ku wyjściu, czego nie ułatwiał im tłum uczniów. Nie zdążyli jeszcze odejść na dobre od stołu Slytherinu, gdy ktoś chwycił jej ramię i pociągnął dość gwałtownie, przez co zderzyła się z szeroką klatką piersiową. Nie musiała nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć na kogo wpadła – doskonale czuła wzrok demonicznych, turkusowych oczu. Luther stał przyciskając ją do siebie i szczerząc się szelmowsko.

– Panienka, gdzie się wybiera? – puścił jej oczko.

– Do swego pokoju, jeśli będzie pan łaskaw ją puścić.

Kruczowłosy omiótł spojrzeniem Malfoy’a oraz Zabini’ego, uśmiechając się znacznie szerzej na widok ich przejętych mordek. Młodzi, zaangażowani i rozczulająco durni.

– Powierzam wam, panowie, opiekę nad naszą młodą damą – skinął ku nim dwornie. – Odbiorę należne uwielbienie i wpadnę do was.

Mówiąc to puścił dziewczynę, wracając do grupki Krukonów. Dumbledore wyszła wraz ze Ślizgonami, odprowadzana zazdrosnymi, oburzonymi spojrzeniami dziewcząt, wśród których prym wiodła Daisy. Od pełnych pretensji zerknięć uwolniła się dopiero na korytarzu, co nieoczekiwanie przyniosło ulgę również jej towarzyszom. Żeby poprawić koleżance humor, Blaise zaczął opowiadać o swoich wakacjach, które spędził podróżując razem z mamą. Jego historie o pięknie malowniczych, angielskich klifów tak uprzyjemniły pozostałej dwójce marsz, że nawet się nie spostrzegli, kiedy dotarli do drzwi dormitorium. W Pokoju Wspólnym panowała przyjemna cisza, bowiem uczniowie nie wracali tak wcześnie z powitalnej uczty – za wiele spraw było do omówienia i przyjaciół do powitania. Korzystając z błogiego pokoju, przeszli przez wysmakowane pomieszczenie wprost ku korytarzykowi, prowadzącemu do pokoju panny Dumbledore. Błękitnooka wprawnie zdjęła zabezpieczenia, zostawione na okres wakacji, i wpuściła chłopców do środka. Sama przystanęła w progu, widząc pokaźny bukiet czarnych róż zdobiący biurko. Podeszła do ukochanych kwiatów i uśmiechnęła się dotykając ich aksamitnych, smolistych płatków. Wyjaśniła się tajemnica zaginięcia róż z jej ogrodu, która doprowadzała Yuna do szewskiej pasji. Dragan zawsze wiedział jak umilić jej dzień, chociażby najdrobniejszym gestem. Odeszła od biurka i usiadła na dywanie między Draco, a Blaisem, opierając plecy o ramę łóżka.

– To prawda, że Luther mieszkał z tobą w wakacje? – wyparował Zabini, nie chcąc z tym dłużej zwlekać.

– Nie przez całe – westchnęła cicho, niespecjalnie mając ochotę się tłumaczyć. – Był u mnie tylko w sierpniu, za pozwoleniem dziadka. Nudziło mi się samej, a Dragan nie miał gdzie się podziać. Dziadek chciał mieć też pewność, że ktoś będzie przy mnie na wypadek, gdybym gorzej się czuła przez upały.

– Wiesz czemu Dragan nie mógł wrócić do rodziny? – zainteresował się Draco, którego ta zagadka wyjątkowo męczyła.

– Nie – pokręciła przecząco głową. – On nie chciał o tym rozmawiać, a ja nie wypytywałam na siłę. Fajnie było mieć towarzystwo i nie chciałam tego zepsuć, męcząc go pytaniami.

Niespodziewanie panowie chwycili jej dłonie, w tym samym momencie. Zdziwiona ich zachowaniem przenosiła spojrzenie to na jednego, to na drugiego, nie mając pojęcia o co mogło im chodzić. Patrzyli na nią z rozżaleniem oraz nutą zawstydzenia.

– Przepraszamy – wyszeptał Blaise.

– Wiedzieliśmy, że jesteś sama – przyznał ze skruchą Draco. – Powinniśmy częściej pisać.

Lady Crown wybuchnęła szczerym, melodyjnym śmiechem. Więc to ich męczyło przez ten cały czas! Coś czuła, że pewien arogant o demonicznych oczach mógł mieć z tym sporo wspólnego, ale nie miało to większego znaczenia. Nawet gdyby Malfoy i Zabini zasypywali ją listami codziennie, nie znalazłaby czasu na odpisanie. Była bez reszty pochłonięta planowaniem włamania do Azkabanu, opiekowaniem się Syriuszem, monitorowaniem przebiegu obławy oraz obmyślaniem jak trzymać Albusa z daleka od pana Blacka. W międzyczasie musiała jeszcze przypilnować, żeby Arien nie zamordował Dragana za wciąganie jej w swoje gierki i wypełnić rolę mediatora między Lutherami, polegającą w głównej mierze na przekonaniu Ethana, że skręcając kark młodszemu bratu wyrządzi jej wielką przykrość. Sporo miała na głowie przez ostatnie tygodnie…

– Głupi jesteście! – uścisnęła dłonie kolegów – Nie gniewam się. Miło mi, że poświeciliście swój czas, żeby do mnie pisać, a ilość listów wcale nie jest ważna. Dzięki wam i Dafne czułam, że mam po co wracać do szkoły. Nie przejmujcie się głupotami, głuptasy.

Ślizgoni co prawda przyjęli jej słowa z ulgą, nie złagodziło to jednak poczucia winy.  

 WEZWANIE

                      Dragan pod osłoną nocy wyrwał się ze szkolnych murów, zamierzając jak najszybciej wrócić do swojego domostwa, które aktualnie udostępnił Ravenowi. Zaniepokoiło go wezwanie nadesłane przez podwładnego – ten chłopak chętniej dałby sobie głowę uciąć, niż zdecydowałby się odciągać Kolekcjonera od jego zajęć, bez solidnej przyczyny. Luther oddalił się na bezpieczną odległość od wkurzającej kupy gruzów zwanej szkołą i teleportował się do mrocznego dworku, wybudowanego tuż przy stromym klifie. Wparował wprost do salonu, gdzie jego obawy zyskały ostateczne potwierdzenie. Obok Ravena siedział Ethan, który PRZENIGDY nie pojawiłby się we włościach znienawidzonego krewnego z własnej, nieprzymuszonej woli. Mężczyźni zgodnie podskoczyli, brutalnie wyrwani z zamyślenia dźwiękiem zatrzaskiwanych drzwi. Obydwaj mieli grobowe, zrezygnowane miny.

Siadaj, proszę – odezwał się Ethan, wskazując wolny fotel.

Kruczowłosy podejrzliwie zmrużył powieki, nie wyczuwając w głosie brata jadu, kpiny ani urazy. Wydało mu się to przerażające, jednak nawet nie w połowie tak upiorne, jak usłyszenie z ust tej marudy słowa „proszę”. Cokolwiek się tu nie działo, musiało być cholernie poważne. Turkusowooki usiadł w swoim ulubionym, okutym stalą fotelu i splótł ręce ciasno na piersi, skupiając spojrzenie na podwładnym. Raven siedział sztywno, zawzięcie unikając jego wzroku. Niedobrze….cholernie niedobrze.

– Syriusz zniknął – wycharczał Ethan, przez ściśnięte gardło.

W pierwszym momencie Dragan nie zareagował, myśląc, że albo się przesłyszał, albo to wszystko było jakimś ponurym żartem, mającym spaprać mu humor. Nikt się nie zaśmiał…nikt nie sprostował tego, co padło z ust Ethana. Nie pomyłka, ani nie żart. Kolekcjoner poczuł przemożną falę wściekłości, przejmującą kontrolę nad jego umysłem. Poderwał się z siedziska i chwycił oparcie fotela, po czym cisnął nim w ścianę, roztrzaskując je na kawałki.

Co kurwa?! – wrzasnął wściekle.

– Ja jestem za to odpowiedzialny – były Łowca przyklęknął przed swym szefem. – Nie wiem jak do tego doszło i nie mam nic na swą obronę. Śledziłem Blacka, zgodnie z rozkazem, ale zgubiłem go. W jednej chwili szedł tuż przede mną w Zakazanym Lesie, a w następnej już go nie było. Zawiodłem i jestem gotów ponieść konsekwencje.

Dragan gwałtownie nachylił się nad podwładnym, który zamknął oczy oczekując na karę, i chwycił jego ramię, stawiając go do pionu. Przewrócił oczami widząc niespokojne pytanie, malujące się jasnoniebieskich tęczówkach.

– Przestań świrować, kretynie! Nie obchodzi mnie jak to zrobisz, ani jakich środków użyjesz, ale masz mi znaleźć tego niewdzięcznego śmiecia, zrozumiano? – kruczowłosy mocno wbił palce w podbródek Ravena – Masz mi sprowadzić go żywcem, żebym sam mógł mu flaki wypruć!!!

Były Łowca potaknął na tyle wyraźnie, na ile pozwalał mu uścisk Kolekcjonera. Dragan uwolnił swojego człowieka wiedząc o tym, że Raven zrobi wszystko, by powtórnie go nie zawieść i podszedł do, wciąż siedzącego w fotelu, Ethana. Błyskawicznym ruchem chwycił starszego Luthera za gardło, wbijając go bezlitośnie w oparcie.

– Ciebie też to dotyczy, braciszku – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Miałeś tylko siedzieć na dupie i mieć oko na cholernego, osłabionego czarodzieja! NAWET TEGO NIE POTRAFISZ, ZASRANY DUPKU?!! Wystarczyły TRZY CHOLERNE DNI, żebyś spierdolił najprostszą robotę? Wypierdalaj z mojego domu i biegnij w podskokach go szukać, o ile dasz radę z tak skomplikowanym zadaniem – turkusowooki wyszarpnął Ethana z fotela i popchnął go w kierunku Ravena. – NIE BĘDĘ TŁUMACZYŁ SIĘ VALLERIN Z WASZEJ NIEUDOLNOŚCI!!!

Obydwaj mężczyźni, uznając temat za zakończony, ulotnili się w trybie natychmiastowym, obawiając się do jakiego stopnia może wezbrać złość Dragana. Gospodarz siedział samotnie przez dłuższą chwilę, próbując się uspokoić i przeanalizować w jak głębokiej dupie się znaleźli. I on, i Lady spodziewali się, że Black nie wytrzyma zbyt długo na uwięzi, przez jego obsesyjną chęć zbliżenia się do Harry’ego. Tak zakładali początkowo, jednak później coś się zmieniło. Syriusz coraz bardziej przywiązywał się do Vallerin, zatracając palącą potrzebę jak najszybszego spotkania z chrześniakiem -słuchał jej rad, spędzał z nią sporo czasu, nawet zaczął prosić ją o podszkolenie w rzemiośle magicznym i sztuce ogarniania codziennego życia. Wydawał się powoli dochodzić do siebie pod jej czujnym okiem i rozumieć, że musiał w pełni odzyskać siły oraz nauczyć się unikania pogoni, by myśleć o bezpiecznym porozmawianiu z Potterem. Luther oparł kark o ramę fotela, gapiąc się na wysoki sufit. Merlin jeden wiedział, czemu ten zeschizowany skurwiel podjął nagle decyzję o ucieczce. Cóż. Nie miało to najmniejszego znaczenia. Mając na ogonie Ravena, długo sobie na wolności nie pohasa, a przynajmniej na to kruczowłosy liczył. Nie mógł i za cholerę nie chciał powiedzieć Vallerin o porażce.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 350
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!