Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 13

          — Poddajesz się?
          Sayuri chyba po raz setny tego dnia wstała z klęczek i gwałtownymi ruchami otrzepała się z piasku. Spodni już nie miała siły ogarniać. I tak za chwilę znowu będzie leżeć jak długa.
          Spojrzała ze złością na Kankurō, który szydził z niej bardziej niż zazwyczaj.
          — Jeżeli Temari spóźni się na swój ślub, to wasza wina — wymamrotała. Spojrzała spode łba na Gaarę i Temari, którzy też mieli niezły ubaw z jej braków motorycznych. Ale jak, do cholery, miała kiedykolwiek nauczyć się chodzić po pieprzonej pustyni?! 
          — Wystarczy poprosić, a nadejdzie koniec twoich męczarni.
          Powstrzymała się przed dalszymi komentarzami. Skoro ich nie obchodziło, że te zachowania były co najmniej dziecinne, ona tym bardziej nie zamierzała się tym przejmować.
          Kiedy wyruszyli z Suny i usłyszała sugestię Kankurō, że znowu czekało ich wspólne wędrowanie, ale tym razem nie kilkugodzinne a kilkudniowe… Wątpiła, żeby znalazł się ktokolwiek, kto po takich słowach czułby się swobodnie. Oznajmiła, że powinien traktować ją jak normalnego, dorosłego człowieka, a nie jak lalkę, którą mógł przerzucić sobie na plecy. Kankurō oczywiście stosował się do tej prośby i wyszydzał jej koordynację, a Temari i Gaara obserwowali wszystko z boku i wyraźnie czerpali przyjemność z jej cierpienia.
          Jedyne pocieszenie w tym, że nie tylko ona zachowywała się jak dzieciak.
          — Mogłam ruszyć z karawaną…
          — W lektyce księżniczce zachciało się podróżować? — Kankurō szedł tyłem i patrzył na nią ze złośliwym uśmiechem. — Rozczaruję cię — z karawaną też musiałabyś iść. To już nie te czasy, żeby…
          — Ale tam przynajmniej nie widziałabym ciebie — przerwała mu Sayuri. — Wolę towarzystwo bydła i jego… — Wydała zduszony okrzyk i znowu opadła na piasek. Zmełła w ustach przekleństwo i próbowała zignorować kolejny wybuch śmiechu. — Pieprzeni shinobi…
          — Pieprzony shinobi czeka uniżenie na twą prośbę.
          Odtrąciła dłoń, którą Kankurō jej podał i wstała o własnych siłach.
          — Nie mam lepszej alternatywy. — Temari próbowała zachować powagę. — Ledwo udało się przepchnąć pomysł, żeby Gaara ruszył z jednym strażnikiem. Na wzmiankę o jakimkolwiek transporcie, Rada zaczęłaby węszyć.
          — Nie narzekam — wycedziła Sayuri. 
          W milczeniu podążali dalej. Nie chciała nawet myśleć, jak wole tempo musiało być to dla nich — wielkich wojowników, którzy byli w stanie dotrzeć do Konohy w mgnieniu oka. Zapewne nieźle się bawili, obserwując jej zmagania, ale Sayuri do śmiechu wcale nie było. Za bardzo przypominało to wydarzenia sprzed lat, a i kondycji nie poprawiła na tyle, żeby móc z uśmiechem maszerować kilkadziesiąt kilometrów dziennie.
          Przez blisko pół godziny uparcie wpatrywała się w podłoże i ani razu nie potknęła się o własne nogi. Ogromny sukces, ale cóż z tego, skoro powoli opadała z sił? Plan zakładał co najwyżej trzy-cztery dni na dojście do Konohy…
          Miała lekką zadyszkę, ale żeby nie dać temu cholernikowi satysfakcji, próbowała opanować oddech.
          — Jeżeli obejdzie się bez komentarzy, jestem skłonna przystać na twoją propozycję.
          Cała trójka odwróciła się w jej stronę, ale to na Kankurō skupiła wzrok. 
          Zakrył usta dłonią i zmarszczył czoło.
          — Ach tak? 
          — Miało być bez komentarzy.
          Kankurō wyszczerzył się i odwrócił do niej plecami. Początkowo myślała, że zignorował jej kapitulację, ale nie… On po prostu dał jej znak, że powinna sama usadowić się na jego plecach. Bogowie… Nie była podlotkiem jak wtedy, kiedy po raz pierwszy tak podróżowała i na samą myśl o wstydzie, przechodziły ją dreszcze. 
          Na szczęście dotrzymał słowa i nie odezwał się, więc z niezbyt wyraźną miną poszła w jego stronę. Już miała próbować podskoczyć, bo ten pieprzony…
          — Mogę wziąć cię piaskiem — odezwał się Gaara.
          Sayuri już lekko kucnęła, żeby wykonać skok i zamarła w tej pozycji. 
          Zanim się odezwała, żarliwie modliła się w duchu o spokój, żeby nie spróbować wyładować frustracji na Gaarze, któremu ta propozycja już od długiego czasu musiała krążyć po głowie, ale czekał z zabraniem głosu do ostatniej chwili.
***
          Koniec! Sayuri z daleka dostrzegła bramę, o której opowiadała jej Temari. Jeszcze tylko parę minut wędrówki i będą na miejscu!
          Nagle zyskała siły i szła bardziej prężnym krokiem niż tempo stetryczałej staruszki, której tylko gęba pozostała sprawna. Mniej więcej tak opisał ją Kankurō godzinę wcześniej. Na szczęście został spacyfikowany przez Temari, ale co ją czekało w drodze powrotnej do Suny?
          Próbowała odrzucić od siebie myśl, że w podróż powrotną udadzą się w trójkę.
          — Jesteś pewna, że chcesz iść od razu do Konohy? — Kankurō odwrócił się w jej stronę ze złośliwym uśmiechem. — Myślałem, że chciałabyś jeszcze pomacać jakieś roślinki.
          Sayuri zalała fala gorąca. Cholerny idiota. Może dla niego to nic niezwykłego — znajdowanie się na terenach z bujną roślinnością — ale dla niej? Nie mogła się opanować i kiedy udawali się na spoczynek, długi czas poświęcała na dokładne zapoznanie się z tak odmiennym terenem.
          Na szczęście Gaara dotrzymał słowa i w głównej mierze siedziała na piaskowym podeście stworzonym przez niego, ale te ostatnie kilometry musiała sama przejść — gdyby shinobi z Konohy, którzy najpewniej patrolowali te okolice, dostrzegli jej wyjątkowe traktowanie, mogli nabrać podejrzeń. Z drugiej strony przez to, że większej części drogi nie przebyła na własnych nogach, nie mogła nacieszyć się widokami i nowymi wrażeniami.
          A teraz ten przeklęty idiota…
          — Chyba masz jakieś braki, skoro co chwilę mówisz o macaniu — odparowała Sayuri.
          Temari wybuchła śmiechem, a i Gaara nie zdołał dostatecznie szybko skryć uśmiechu. Kankurō nie wyglądał na urażonego. Przeciwnie — patrzył na nią z uznaniem.
          — No! To przed Konohą udało mi się wydobyć księżniczkę, którą wszyscy znamy i kochamy.
          — Przeszkadza ci, że próbuję się zmienić? — Sayuri uniosła brwi. — Ktoś mógłby powiedzieć, że robisz się sentymentalny na starość.
          — Moglibyście przestać? — wtrąciła Temari zniecierpliwionym tonem.
          Sayuri podążyła jej wzrokiem. Przy bramie stał Shikamaru. Ramieniem opierał się o stanowisko strażników, jedną rękę miał w kieszeni, a w drugiej trzymał papierosa.
          — Już się cywilizujemy. — Kankurō zwolnił i zrównał się z Sayuri. Objął ją w talii. — Dobrze udajemy szczęśliwą parę? A może…
          — Na Karcie nie ma nic na temat związku — wszedł mu w słowo Gaara. — Jest tylko osobą towarzyszącą.
          — Mógłbyś dorosnąć, Kanki — mruknęła Temari, ale nie patrzyła na nich.
          — Puść mnie! — warknęła Sayuri.
          — Jak sobie życzysz, księżniczko. Dla ciebie…
          Przerwał w pół zdania, patrząc na siostrę.
          Temari nagle przyspieszyła i rzuciła się w ramiona Nary. W trójkę stali i obserwowali wyjątkowo wylewne przywitanie.
          Sayuri coś skręcało w środku. Jak Temari… 
          — Ależ siostrzyczko! — wykrzyknął Kankurō. — Jak możesz tak nas gorszyć?!
          Kiedy Temari odwróciła się, Sayuri intuicyjnie odsunęła się od niego i znacznie zbliżyła do Gaary. Obszar dookoła tego idioty z niewyparzoną gębą był aktualnie miejscem śmiertelnie niebezpiecznym.
          Temari z przesadnie słodkim uśmiechem podeszła do nich.
          — Na słówko — wycedziła przez zaciśnięte zęby.
          Kankurō chyba nic sobie nie robił z całej tej sytuacji, bo mrugnął łobuzersko w stronę Sayuri i Gaary, a później wolnym krokiem ruszył za czerwoną ze złości siostrą.
          Shikamaru podrapał się po głowie i patrzył to na Kankurō i Temari, to na Sayuri i Gaarę. W końcu westchnął męczeńsko i podszedł bliżej.
          — To zaszczyt, móc…
          — Na takim etapie spraw, chyba możesz darować sobie protokół dyplomatyczny — przerwał mu Gaara.
          Nara krótką chwilę patrzył na niego z rozszerzonymi oczami, a po chwili uśmiechnął się zmieszany.
          — To dość nieoczekiwane — mieć kazekage w rodzinie. Witam. — Wyciągnął rękę w kierunku Gaary i wymienili krótki uścisk dłoni. — Sayuri. — Jej skinął jedynie głową.
          Kiedy patrzył na nią, Sayuri zdumiała się jego postawą. Miał zmarszczone czoło, wąsko zaciśnięte usta i wyraźnie niepewnie obserwował ją. Dlaczego? Dopiero po chwili zrozumiała, że to działało w dwie strony — on patrzył na nią z tym dziwnym wyrazem twarzy, ale i ona musiała się w niego nieźle wpatrywać. Zazwyczaj kiedy o nim myślała, przepełniała ją niechęć, nienawiść, zazdrość i jeszcze kilka innych milutkich emocji. Jak musiała wyglądać jej mina, kiedy tak się w niego wpatrywała?
          Zarumieniona odwróciła wzrok i próbowała nie myśleć o cichym parsknięciu śmiechem Gaary.
          — Wyjaśniliśmy sobie wszystko z Kankurō. — Temari podeszła i wyraźnie chciała stanąć obok Shikamaru, ale w ostatniej chwili zajęła miejsce obok niej. — To teraz tylko zameldować się u strażników i zajmę się przygotowaniami. 
          — Najpierw pokażę wam kwaterunek — odparł Shikamaru i niespiesznym krokiem ruszył w stronę punktu kontrolnego. 
          Kankurō milczał przez długi czas, gdy strażnicy sprawdzali ich przepustki, ale kiedy tylko odeszli od nich, nie wytrzymał.
          — Rozumiem, że zachowacie pozory i moja kochana siostra zajmie miejsce u boku rodziny, żeby nie wzbudzać niepotrzebnych plotek tą decyzją o szybkim ślubie.
          Choć wzrok Temari nie był skierowany na nią, Sayuri zadrżała i wstrzymała oddech. Cholerny idiota z niewyparzoną gębą… Nie chciała wyobrażać sobie, jakie sceny czekały ją po wejściu do mieszkania. 
***
          W barze było tłoczno i gwarnie. Przy stołach siedziały w głównej mierze grupki mężczyzn, którzy wodzili obleśnym wzrokiem za skąpo ubranymi kelnerkami. Choć w menu widniały dania, to tylko przy jednym stole uraczono się potrawami. Na wszystkich pozostałych królowały trunki.
          — Nie myślałam, że będziesz aż tak złośliwy — mruknęła Sayuri, obserwując stolik nieopodal, gdzie grupka shinobi robiła się coraz głośniejsza, a ich rozmowa przebijała się poprzez ogólny gwar.
          — Nie rozumiem cię — odparł Kankurō z pełnymi ustami. Dostrzegłszy jej wzrok, przewrócił oczami i przełknął. — W czym jestem złośliwy?
          — Musiałeś ciągnąć mnie do jakiejś speluny? — Sayuri znacząco zerknęła na dwóch mężczyzn leżących pod barem. Przeniosła wzrok na zniszczone meble, a na koniec spojrzała na wybite okno, które zastąpiono tekturą.
          — Księżniczka marszczy swój pański nosek? — Kankurō wyszczerzył się. — No daj spokój, księżniczko. Nie robię ci na złość, a wręcz przeciwnie.
          — Czyżby?
          — Gaara poszedł na oficjalne spotkanie z hokage, a Temari od razu zaprzęgnęłaby cię do roboty i zmusiła, żebyś poznała wszystkie jej nowe przyjaciółeczki.
          Sayuri wytrzymała jego spojrzenie.
          — Nie widzę powodu…
          — Sayuri — przerwał jej stanowczo Kankurō poważnym tonem. — Widzę, że ledwo znosisz fakt, że Temari się przeprowadza. Nie wyobrażam sobie, żebyś tego samego dnia dała radę wytrzymać natłok irytujących kunoichi, które na każdym kroku będą chciały zapewnić Temari, że może czuć się w Liściu jak w domu.
          Sayuri nie wytrzymała jego spojrzenia i zamglonym wzrokiem wpatrywała się w swoje przypalone danie. Próbowała wygrać walkę ze łzami, ale nie dała rady. Szybko je starła.
          Kiedy spojrzała z powrotem na Kankurō, była pewna, że nie udało jej się przybrać choćby neutralnej miny.
          — To nie mogłeś zabrać mnie w jakieś normalne miejsce, tylko tutaj? — wymamrotała.
          — Żaden porządny shinobi i żaden porządny obywatel Konohy raczej nie wie o istnieniu… jak to powiedziałaś…? spelun. To grzeczne dzieciaczki, które uciekłyby z krzykiem na widok takiej mordowni. Możemy tu przesiedzieć, ile tylko chcesz i ile potrzebujesz. Temari nas nie znajdzie. — Puścił jej oczko.
          — Dziękuję, Kankurō — wyszeptała.
          Wdzięczność to nic nieznaczące słowo. Chyba nigdy mu się nie odpłaci.
          Po kilku godzinach, które spędziła w Liściu, czuła się jak na skraju wybuchu albo załamania. Nie miała pojęcia, jaka mogłaby być jej reakcja, ale Kankurō w porę wszystko zauważył i pozwolił, żeby wyciszyła się z dala od wszystkich.
          Schowała twarz w dłoniach i pozwoliła w końcu na ujście emocji. Wybuchła szlochem, który ginął gdzieś w tym hałasie. Tu mogła to zrobić, bo świadkiem jej porażki był tylko Kankurō i kilku całkiem wstawionych mężczyzn, których najprawdopodobniej nigdy więcej nie zobaczy.
          Odrzucić myśli… Zignorować emocje… Jak to zrobić? 
          W końcu uniosła wzrok i dostrzegła stanowczą minę Kankurō, który spojrzeniem dawał jej do zrozumienia, że powinna coś zjeść. Niech mu będzie.
Jadła w milczeniu. Grupka shinobi przy najbliższym stoliku robiła się coraz bardziej uciążliwa i głośna.
          — Ja mam w dupie, czy zasrany pan Uchiha jest przyjacielem naszego Naruto! — wrzasnął jeden z nich. — Takiego zdrajcę to tylko za jaja powiesić i nie wpuszczać do wioski.
          Kankurō wymienił z nią rozbawione spojrzenie.
          — To gdzie chcesz go za jaja wieszać? — spytał najbardziej sieknięty z nich i patrzył na kompana nieco rozkojarzonym wzrokiem. — Raz trza go wpuścić!
          — To ten, co chciał zabić wszystkich kage po wojnie?
          — Opowiedzieliśmy ci całą historię życia Sasuke, a ty tylko to zapamiętałaś? — Kankurō uśmiechnął się pod nosem. — Ale tak. To ten.
          — Nie dziwię im się. — Napotkawszy wzrok Kankurō, wzruszyła ramionami. — Paskudny charakter i tyle. Nigdy bym mu nie zaufała po czymś takim.
          — Nie znasz całej historii.
          — A ty znasz?
          — Nie… — Kankurō zawahał się. — Ale to dość logiczne, że musiał zrobić coś, żeby przekonać do siebie hokage. I poprzednia, Tsunade, nie była głupia, a i Kakashi nie ma żadnych braków. Gdyby mu nie ufali, nie miałby wstępu do Konohy.
          — A ten cały Uchiha to nie jest ten, co ma jakieś superoko, którym może rzucić iluzje na cały świat?
          Kankurō powstrzymał wybuch śmiechu. Bezgłośnie próbował doprowadzić się do porządku.
          — Tak, księżniczko. Ma superoko.
          — No to mógł omamić i hokage, i Naruto, i wszystkich.
          — I tylko ty jedna masz superwolę, która chroni cię przed wpływem genjutsu? A może alkohol jest ochroną? — Kankurō wymownie spojrzał na mężczyzn, którzy coraz głośniej rozprawiali na temat ukarania Sasuke.
          Sayuri zapiekły policzki i powróciła do jedzenia. Przeciągała moment, kiedy znowu będzie musiała spojrzeć na Kankurō. W końcu to zrobiła i nie mogła rozstrzygnąć, czy nadal był rozbawiony jej wcześniejszymi uwagami, czy coś innego przyszło mu do głowy.
          — Czemu się tak patrzysz? — spytała, wzdychając.
          — Zastanawiam się, ile to jeszcze potrwa?
          — Ale co?
          — Twój stan wyparcia. — Kankurō parsknął śmiechem. — Daję jeszcze dwa miesiące, zanim zacznę coś robić, więc lepiej się pospiesz.
          — Bogowie… już się upiłeś? — Sayuri zerknęła na kilka kieliszków, które walały się po stole i jęknęła. — Nie dam rady holować cię do mieszkania.
          — To urocze…
          — Kankurō, zapewniam, że nie jestem tobą zainteresowana.
          — A to ja wiem i nie musisz mi tego mówić. — Patrzył na nią złośliwie. — Mogę cię zapewnić, że ja też nie jestem zainteresowany.
          — To o czym bredzisz?
          — Bo widzisz… Temari jest ślepa. Ja nie.
          — No to wszystko mi wyjaśniłeś i doskonale wiem, o czym mówisz.
          — Doprawdy? — Kankurō chwycił widelec i skierował go ku niej. — To naprawdę urocze — obserwowanie cię. I nawet wierzę, że nic ci nie świta.
          — To Temari jest ślepa, ty, najwidoczniej, głuchy, Gaara niemy, a ja chyba zbyt głupia, żeby cię zrozumieć…
          — W niczym ci nie pomogę, zanim nie miną dwa miesiące. Dam ci jeszcze trochę czasu, żebyś zdążyła dojrzeć.
          — Pan chyba naprawdę ma dosyć… — Sayuri rozejrzała się za jakąś kelnerką, u której mogliby zapłacić za te spalone dania i rozcieńczoną wódkę. — Powinniśmy…
          — No ta córka Lorda to była jakaś Sachiko… Yoshiko… Gdyby taką grupę jak za nią wysłali za Uchihą, to można by go wytropić…
          — Ale jej nie złapali, idioto warknął shinobi. — Nie ma co zawracać Lordowi głowy tym pieprzonym zdrajcą, bo skoro jego ludzie nie znaleźli córki, tylko opiekunkę i jakiegoś chuja z Suny, a dzieciaka nie, to tym bardziej Uchihy nie znajdą. Poza tym on by nas wyśmiał i jeszcze hokage robiłby problemy…
          — Sami za nim ruszmy!
          — Usiądź! — warknął Kankurō.
          Sayuri posłusznie opadła na krzesło. Nawet nie zauważyła, kiedy wstała. Yuriko i Kira…
          Była dziwnie sztywna, odrętwiała. Miała wrażenie, że nie mogła w pełni panować nad ciałem. Głosy dookoła zmieniły się w jednostajny szum i ledwo udało jej się skupić wzrok na Kankurō.
          — Po ślubie — mruknął. — W Sunie. Nie tutaj.
          Nie mogła się sprzeciwić, bo najwidoczniej Temari miała rację — nie zapomniano jeszcze o córce Lorda.
Opublikowano
Kategorie Naruto
Odsłon 550
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!