„Równowaga to kłamstwo – my jesteśmy prawdziwymi ninja.”

Widok setek krzyczących ludzi, topniejące ciała na głównej ulicy Ionii, walące się budynki… Shen widział to cały czas. Rzeź w Stolicy, atak podczas czwartego dnia święta Krwawego Księżyca. Obwiniał siebie, wiedział, że gdyby ojciec żył nie dopuściłby do tego. Miał świadomość, że On zaatakuje, znał miejsce, datę. Nie podołał.

Stał z mieczem skierowanym w stronę księżyca. Chciał to zrobić, chciał pozbyć się wszystkich problemów, chciał zejść ze ścieżki równowagi, chciał zjednoczyć się z ojcem… Ostateczny cios miał być zadany ostrzem sprawującym połączenie pomiędzy wymiarem duchów oraz normalnym – Duchowym ostrzem. Całe życie zrównoważony, silny, wytrwały po raz pierwszy poczuł taką niemoc, chciał to zakończyć… Nie wiedział co jest gorsze, haniebna śmierć, czy droga zemsty. Zemsty na wrogu silniejszym niż ktokolwiek inny, tak bestialskim, że śmierć dla niego jest sztuką, czymś pięknym. Zabiłby go, teraz wiedział, że powinien to zrobić kilkanaście lat temu. Musiał przyjąć propozycje, chciał zemsty, wiedział, że jeżeli tej nocy nie zginie będzie kimś innym, kimś złym, kimś gorszym. Była to ostatnia noc Shena, Oka zmierzchu, mężczyzny kierującym się ścieżką równowagi, prawego człowieka. Wsunął miecz do pochwy znajdującej się na jego plecach. Podjął decyzję. Teraz nie da mu uciec.

Wrócił do klasztoru. Wielka budowla sięgająca nieba. Kilkadziesiąt pięter, a każde rozłożyste na kilka sal treningowych, bibliotek oraz pomieszczeń mieszkalnych. Widok budził respekt. Budowli chroniły gigantyczne mury oraz góra, która naturalnie złączyła się z palisadą. Wielka stalowa brama, stylizowana na czerwone drewno stała zamknięta. Otworzenie jej stwarza ogromny hałas, musiał znaleźć inną drogę. Jako posiadacz duchowego ostrza potrafił przechodzić w inny wymiar. Miał wystarczająco dużo energii żeby to zrobić. Chwycił oburącz za miecz, oczyścił umysł i zniknął.

Znalazł się na przeciwko ogromnej góry. Świat duchów, wysuszone drzewa, brak wody, zimny wiatr bijący od północy, ciągła noc… Musiał zrobić to szybko, wykalkulował gdzie stoi mur i przeszedł w miejsce za nim. Usłyszał krzyk. – Mogłem się tego spodziewać – ze szczytu góry zsuwał się widmowy strażnik. To oni panują nad tym, żeby nikt żywy nie zakłócał spokoju umarłym. Kościotrup, ubrany w ciężką czarną zbroje, stylizowany stary Ioński hełm pędził w stronę Shena.

„Już nie żyjesz, tylko jeszcze o tym nie wiesz.”

Przygotował duchowe ostrze, walka musiała być szybka, niedługo nadejdą następni. Umarlak rzucił się na niego z ogromnym dwuręcznym toporem Zanim cios został zadany ninja zdążył narysować swoim orężem okrąg. Topór sam z siebie uderzył w podłoże i tam utknął. Korzystając z okazji wykonał szybkie cięcie mieczem stalowym, które odrzuciło przeciwnika. Oszołomiony strażnik był już całkowicie bezbronny. Shen obrócił oburącz ostrzem nad swoją głową i pozbawił przeciwnika nóg. Ścięcie głowy zniszczyłoby go, a tego ninja nie chciał. Włożył miecz w ziemie, klęknął przy nim i szybko wymówił zaklęcie. Fioletowa poświata objęła jego i miecz. Poczuł silny podmuch wiatru. Cisza. Był już Ionii, po drugiej stronie muru. Wyciągnął miecz z ziemi i ruszył do wieży. Na ostanie piętro.

Idąc miał szansę do obmyślenia planu. Wiedział gdzie się udał, Piltover było jego kolejnym celem. Teleportacja będzie zbyt niebezpieczna, z jednym strażnikiem sobie poradził, ale co jeśli będzie ich czterystu. Musiał udać się na inny kontynent drogą morską. Statki kursowały już rzadko, nadchodziła zima, brzegi Ionii zawiewał zimny wiatr.  Popłynie statkiem transportującym herbatę do Valoranu. Wyrusza codziennie przed świtem do czasu pierwszych mrozów. Zrobi to jeszcze dzisiejszej nocy. Prowizoryczny plan był gotowy.

Przechodząc po schodach Shen kątem oka zwrócił uwagę na punkt sanitarny. Wielu ucierpiało podczas tego ataku, Akali prawdopodobna kolejna mistrzyni zakonu, leżała z poparzonym ciałem. Musiał oddać komuś przywództwo na czas jego nieobecności. Szedł myśląc o członkach zakonu, który z nich jest godzien. Wszedł do swojego lokum. Szczyt wieży. Średniej wielkości pokój. Na środku pod czerwonymi lampionami stał bardzo niski stół wokół którego znajdowały się poduszki uszyte w orientalnym stylu. Trochę dalej stało biurko oraz proste bambusowe krzesło. Na ścianach widoczne były malowidła oraz eksponowany był oręż rodziny Shena. Na tarasie znajdowała się mata do medytacji. Widok z tego miejsca zachwycał. Stąd  widoczny był cały krajobraz tego malowniczego kraju. Białe brzoskwiniowe drzewa, róż pól lotosu, pola herbaty, strumyki ze źródlaną wodą oraz góry z białymi wierzchołkami od śniegu… Eden rzekłbyś, ale niestety w głowach mieszkańców był obecny wyłączny strach o własne życie.

„Wie­dza sa­ma w so­bie ni­kogo nie może skrzyw­dzić. Sza­leństwo już tak.”

Podszedł do biurka, chwycił kawałek pergaminu i zaczął pisać. List zawierał instrukcje, które miały obowiązywać podczas jego nieobecności. Tymczasowym mistrzem zakonu miał zostać Akny, chłopak którego Shen traktował jak syna. Był on młody, ale do czasu wyzdrowienia Akali, był jedyną osobą godną tego miejsca. List zwinął, wyszedł z nim na taras i delikatnie zagwizdał. Było to ledwo słyszalne ze względu na to, że miał złożoną maskę na twarz. Po minucie oczekiwania podleciał do niego gołąb. Przyczepił karteczkę do jego łapki, szepnął mu coś i puścił. Ptak zleciał w dół.

Musiał szybko zacząć przygotowania. Przebranie się będzie dobrym pomysłem, paradowanie w stroju zakonu Kinkou może spowodować niechcianą sensację. Chwycił czarny płaszcz, lekką czarną koszule, nałożył pod nią lekką ćwiekowatą kamizelkę. Założył również czarne materiałowe spodnie i ciemnobrązowe buty za kostkę. Duchowe ostrze powiesił na ścianie. Do obrony miały posłużyć mu noże do rzucania wielkości kolibra, oraz sztylet wykuty z ebonitu zdolny przebić najtwardszą zbroje. Zabrał też worek w który schował dość pokaźną ilość pieniędzy, kilka paczek kinkouńskiego chleba, oraz dwa bukłaki z wodą. Był gotowy.

Do wyjścia użył starej drogi, gdzie przejście z jego pokoju prowadziło do podnóża góry chroniącej klasztor. W tym miejscu znajdowała się stajnia zakonu. Schodząc wąskim korytarzem rozmyślał o propozycji pomocy, którą zaproponował mu On. Potrzebował wsparcia żeby pokonać „Złocistego demona”. On był rozwiązaniem. Był mu potrzebny. Musieli zacząć ponownie współpracować.

Osiodłanie konia zajęło mu kilka minut. Stajnia była nie chroniona, przy innej okazji osoba, która powinna stać na straży dostałaby srogą reprymendę, ale nie tej nocy. Nie teraz. Nawet go to ucieszyło. Ominęły go tłumaczenia przed jednym z jego uczniów dlaczego wymyka się w nocy z klasztoru. Koń był gotowy. Otworzył drzwi stajni, wskoczył na konia i wyruszył w kierunku południowego portowego miasta Ionii, Navori.

„Nie można cofnąć tego, co zrobiłem.”

Czerwony promień słońca pojawiał się już na połączeniu nieba i morza. Powoli wstawał dzień. Ktoś go obserwował. Dobrze wiedział kto. Zauważył go podczas jazdy. Słyszał lekkie stąpanie, kierujące się w jego stronę. Osobnik usiadł obok niego. – Trudno mi to powiedzieć, ale cieszę się że jesteś – powiedział Zed.

Autor DeCey
Opublikowano
Odsłon 691
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!