„Chęć stania się kimś innym jest marnotrawstwem osoby, którą jesteś.”

Stał przed jednym z wielu budynków znajdujących się w mrocznym Zaun. Potrzebował ulepszenia, musiał osiągnąć większą siłę. Zbliżył się do drzwi magazynowych, zapukał i czekał. Chwila mijała długo, we znaki dawał się odór chemikaliów wylewany w dolnych dzielnicach tego „pod” miasta. Poczuł lekką rezygnację, miał już wyjmować broń i rozstrzelić zamek, kiedy usłyszał metaliczne popukiwanie. Ktoś zbliżał się do drzwi. Otworzył mu… Właśnie… Nie przypominał do końca człowieka, całe ciało składało się z mechanicznych części. Prędzej było mu do robota niż do mężczyzny.  – O co chodzi? – zapytał metaliczny głos. Jhin stał wpatrzony w niego jak w obrazek. – Nie mam czasu, człowieku, mów czego chcesz, albo się wynoś – w jego tonie, można było dostrzec poddenerwowanie. „Zdenerwował się, jest człowiekiem” – domyślił się Jhin. – Przepraszam monsieur, dążę do wieczności – odpowiedział cyborgowi. Mężczyzna zbadał go wzrokiem, chwilę pomilczał i odpowiedział – Wejdź, pomyślimy czy jesteś godny dołączyć do „Wielkiej Ewolucji” – jego trzecia ręka umiejscowiona na lewym ramieniu zaprosiła gestem Jhina do środka.

„Świat czeka zmiana.”

Ogromny pokój, prawdopodobnie był tu kiedyś jakiś magazyn, może hangar. Ciemno i dość chłodno. Ogromne ilości złomu oraz skrzynek były poukładane po całej rozciągłości tego miejsca. Na środku sali za parawanami znajdował się stół z wielką lampą świecącą białym światłem oraz biurko zawalone ogromem kartek, gdzieniegdzie już pożółkłych od starości. – Witaj w mojej pracowni – wypowiedział robot – Pewnie wiesz kim jestem, jeżeli udało Ci się mnie odszukać. No ale, dla ścisłości na imię mi Viktor, kreator „Wielkiej Ewolucji”. Prawdopodobnie wiem dlaczego tu jesteś, lecz chcę to od Ciebie usłyszeć. Na twarzy Khady namalował się lekki uśmiech. – Poszukuje ulepszenia, Mechaniczne serce nigdy nie przestaje bić i nigdy nie podlega… – Nie zdążył dokończyć. – …emocjom. Dlaczego więc tyle osób powierza swoje życie słabemu organowi z mięsa i krwi? To moje słowa… Dobrze, sprawdźmy twoje obecne słabe ciało i zobaczmy co się da zrobić – dokończył cyborg. Jhin zdjął z siebie ubranie, stał zupełnie nagi. Viktor zbliżył się ku niemu i zaczął uważnie przyglądać się pracy wszystkich mięśni, zlecał mu małe zadania podczas których notował wszystko w swoim notesie. W końcu kazał mu się położyć na stole, przysunął lampę i sięgnął po strzykawkę – Zatwierdzam twoją prośbę, dołączysz do ewolucji, zostaniesz ulepszony – Ukłuł go w klatkę piersiową, wstrzyknął substancję. Jhin usnął.

„Dla mnie teraźniejszość jest ciągle jeszcze próbą generalną – przedstawienie zacznie się dopiero później. Kiedyś.”

– Mamo proszę, pozwól mi iść – zawołał zrozpaczony. Jego rodzice byli nieugięci, uważali że mieszkańcy z poza Ionii są wysłannikami zła i mogliby go zgorszyć podczas takiego pokazu. Próba szantażu, zastraszenia jak i bycia miłym nic nie poskutkowało, nie miał pozwolenia. Nadchodził wieczór pokazu, był gotowy do ucieczki. Dzwon na górze świątynnej wybił dziewiątą godzinę, to był ten moment. Już ubrany wyskoczył z łóżka. Jego pokój znajdował się na parterze, więc wybór okna jako droga ucieczki było proste. Otworzył okiennice, stanął na taborecie i wyślizgnął się na drugą stronę. Był przed domem, zadowolony z siebie i podekscytowany sytuacją ruszył na przedstawienie.

Wieczór był ciemny, lecz ciepły. Koniec zimy oraz początek wiosny, Ionia podczas tej pory była najpiękniejszym miejscem na ziemi. Czerwone lampiony na ulicach, ogromny księżyc rzucający poświatę na zakamarki państwa-miasta, ogrzewający powiew wiatru… Droga zajęła młodemu chłopcu dwa kwadranse.

„Każdy młody człowiek widzi w sobie początek świata.”

Spektakl miał odbyć się w parku, a dokładniej w amfiteatrze wybudowanym we wgłębieniu dwóch pagórków zarośniętych wiśniowymi drzewami. Wiele świateł, mnóstwo ludzi oraz cicha muzyka tworzyła wspaniały klimat tego wydarzenia. Jhin był zafascynowany takim zjawiskiem, pierwszy raz widział coś tak pięknego. Zbliżając się do sceny wszystkie światła zgasły, po chwili jeden z reflektorów skierowany został na środek obiektu, stał na nim niski mężczyzna z wąsem, ubrany w garnitur i podpierający się o laskę. Khada zajął miejsce w drugim rzędzie i skupił się na przedstawieniu. Mistrz ceremonii, zapowiedział sztukę i zszedł ze sceny. „Historia złotego demona”. Opowiadała o mężczyźnie, który oddał się złemu bóstwu w zamian za ogromną siłę. Jhin zafascynował się ową historią, był młody, ale jego umysł z łatwością przyswoił sobie tak ciężką opowieść.

Dzynk – pierwsza przerwa. Czas podczas przedstawienia leciał niesamowicie szybko. W czasie antraktu, chłopak postanowił zobaczyć aktorów z bliska. Zszedł z trybun i zakradł się na tyły amfiteatru. Tutaj znajdowały się kulisy, lecz były one odgrodzone niewysokim murkiem, choć zdecydowanie za dużym dla dwunastoletniego chłopca. Zrezygnowany wyruszył w drogę powrotną, aż coś zauważył. Pod krzakiem niedaleko od murku błyszczał przedmiot. Zbliżając się coraz to bliżej rozpoznał w przedmiocie szkatułkę z jasnego drewna.

„Otwórz, uciekaj do piękna!”

Usłyszał głos w głowie. Już mimowolnie chwycił za pudełko. Wieko zostało otwarte. Czarno-złoty dym uderzył go, odrzucając go z całym impetem o mur. Nie czuł bólu zewnętrznego, jego umysł wariował, coś dostało się do niego, coś złego, potężnego. Wstał. Jego spojrzenie na świat zmieniło się, wydawał się brzydki, czegoś mu brakowało. Otrząsnął się i zaczął biec w stronę domu, poczuł strach, nie mógł tutaj zostać dłużej. W drodze powrotnej kilka razy coś uniosło go w powietrze, płakał, nie wiedział co się dzieje, widział czarne zjawy pojawiające i szybujące na niebie. Stanął na przeciw drzwi swojego mieszkania.

„Poczuj to!”

Jego oczy zalały się czarnym kolorem, sylwetka wyprostowała, a na twarzy zarysował się okropny uśmiech. Zaczął wydawać dziwny dźwięk, który przypominał nucenie. Uderzenie w drzwi. Jego siła była ogromna, drzwi wyleciały z zawiasów. Przeszedł przez korytarz, z zamiarem wejścia do salonu. Nucenie nie ustawało. Na progu zauważył siedzącego przy stole ojca oraz matkę…Jakby czekali na niego, ich oczy były bez życia, nie byli sobą. Matka wstała, patrząc na niego tym martwym wzrokiem, zawiązała sobie chustę no około szyi. Jhin poruszył ręką w powietrzu.

Siła uniosła ją w górę za zawiązaną pętle, uścisk coraz bardziej się naprężał, zaczęła się dusić. Jej ciało jakby w akcie desperacji wykonywało dziwne skoki. Po chwili uspokoiła się, uwolniła duszę i upadła. Zaśmiał się, podszedł do martwej kobiety i spojrzał jej w oczy – Nigdy nie byłaś taka piękna jak teraz – zawołał z zadowoleniem. Skierował się w stronę ojca. Trzymał on w prawej dłoni masywny rzeźnicki nóż. – Raz, dwa, trzy, CZTERY – wymawiał Khada. Z każdym liczbą ojciec wykonywał uderzenie w klatkę piersiową, towarzyszył temu głuche odbicia i bryzgi krwi. Po kilkunastu uderzeniach, usłyszał jęk, nóż wypadł mu z ręki, a sam osunął się na ziemię. Cały pokój zalany był krwią, Jhin również. Chłopak śmiał się histerycznie, chociaż… nie, nie on… To coś co przejęło kontrole… miało ogromną siłę… czuło zachwyt. Świat w tym momencie nabrał dla niego nowych barw, był pełniejszy.. Z kałuż krwi zaczęły wyrastać kwity lotosu. Obraz tragiczny, ale zarazem piękny. Idealny. Tego właśnie oczekiwał. Po chwili z kwiatów uniósł się pył, krew oraz martwe ciała zaczęły znikać. Khada upadł na kolana i zemdlał. Nieświadomy swojej siły zabił własnych rodziców, wprowadził ich w trans nad którym władał bezgranicznie.

Pierwsze spotkanie ze śmiercią, pierwszy zachwyt, pierwsza radość z czynionego zła, miał dwanaście lat, już nie był chłopcem, stał się potworem.

„Wstań czas na ostatnie przedstawienie.”

Jhin otworzył oczy, czuł się jakby był sparaliżowany. Nie mógł poruszać żadną z części ciała. – Udało się, zaraz zostaniesz uruchomiony, twoje ciało jest obecnie silniejsze, a funkcje życiowe zostały przedłużone o kilkaset lat – powiedział do niego Viktor. Dotknął guzika, który znajdował się na jego przedramieniu. Jhinem wstrząsnęło, prąd przeszedł przez każdą część jego nowego ciała. Uniósł dłonie przed twarz. Były metaliczne. Czuł bicie serca, nowego mechanicznego serca. – Wstań i poprowadź innych ku prawdzie – krzyknął cyborg. Wstał, nie czuł żadnego oporu w poruszaniu się. Ubrał swój płaszcz, założył swój pakunek na prawe ramię i chwycił swoją walizkę.

„Jesteś gotowy…Czas odsłonić kurtynę!”

Autor DeCey
Opublikowano
Odsłon 1202
3

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!