Manekin 3

– Bruno, jedź do rezydencji.

Jeff nacisnął guzik przy drzwiach, a moje towarzystwo, szybko zdecydowało się mnie opuścić.

– Poczekaj, co ze mną?!

Wpadam w panikę, nie mogę znaleźć klamki. Żeby było śmieszniej, ruszamy właśnie z parkingu na którym dotąd staliśmy.

– Myślisz, że jestem zabawny?

Brzmi surowo, musiałam go nieźle rozwścieczyć.

– To porwanie! Będziesz miał kłopoty!

– Więc nadal sądzisz, że to żarty?

Jeff jest śmiertelnie poważny. Nie powiem, robi odpowiednie wrażenie. Jeszcze chwila, a jestem przekonana,
że moje serce wyskoczy.

– Nawet jeśli już udowodniłeś mi, że nie. Co zamierzasz?

– Nakłonić cię siłą do współpracy.

– Cokolwiek to jest mówiłam, że nie jestem zainteresowana!

– Sęk w tym, iż nie masz nic do gadania.

Zaciskam usta i wbijam paznokcie w fotel ze skóry.

– W tej chwili każ zatrzymać się kierowcy.

Zachowuję zimną krew. Musiał istnieć jakiś sposób, wszyscy posiadali słaby punkt. Musiałam go jedynie znaleźć.

– Kiedy wreszcie pojmiesz, że nie odpuszczę?

– No właśnie, kiedy? – odpowiadam pytaniem. Wbrew wszystkiemu sprawiam wrażenie nieustraszonej, ale tak naprawdę chce mi się płakać. – Oświadczam ci, iż nie ma takiej siły czy też argumentu który sprawi, że podam ci rękę. Nie po tym wszystkim co nam zrobiliście!

– Nawet jeśli chodzi o zemstę na Malcolmie?

Wybałuszam oczy. Jego słowa nie docierają do mnie, a właściwie celowo ichnie przyswajam.

– Do czego ty dążysz?

Nie daję wiary temu, że pozwoliłby mi na zemstę. Zresztą, nie mam zamiaru znęcać się na nikim fizycznie. Pragnę tylko zadość uczynienia, sprawiedliwości! Nie chcę nikogo katować.

– Pomyśl przez chwilę.

– Nie mogę, właśnie się wyłączyłam.

Zmrużyłam oczy, a Jeff westchnął z rezygnacją.

– Kogo masz przed sobą?

– Rekina. Ciągle zastanawia mnie do której części lepiej byś pasował. Szczęki dwa, czy szczęki trzy?

Odpowiadam z ignorancją, jestem więcej niż niemiła.

– Nie sprowokujesz mnie!

– Jeszcze zobaczymy kto pierwszy wymięknie!

Jeff zasłania twarz dłońmi wspierając łokcie na kolanach. Najwidoczniej chcąc zebrać w sobie więcej siły. Gdy ponownie na mnie spojrzał, nic już nie mówił z czego jestem nawet zadowolona.

Wyglądam przez okno, zastanawiając się gdzie jestem. Nie mam już najmniejszej nadziei na to, że zawróci i pozwoli mi odejść.

Droga upływa w ciszy pod pogardliwym wzrokiem Jeffa już dłuższy czas. Ciągle jedziemy autostradą, więc jest nudno, w dodatku robię się trochę głodna. Nie wiem co począć. Zazwyczaj gdy mam trochę czasu, siedzę z nosem w książkach w ostateczności słucham muzyki. Lecz tutaj panuje zupełna cisza, nie wliczając warkotu silnika.

Przysuwam się jeszcze bliżej okna, zaczynam obserwować mijające nas samochody. W pewnym momencie limuzyna zatrzymuje się przy zjeździe. Z jakiegoś powodu jest korek a z moim oknem zrównuje się osobówka.

Pasażer spogląda prosto na mnie, zainteresowany limuzyną i tym kto siedzi w środku. Uśmiechnęłam się do niego, ale nie odwzajemnił gestu.

Odwrócił głowę zupełnie tak jakby był obrażony. Stukam więc bezmyślnie w szybę, aby znów skupić na sobie jego uwagę. Gdy ponownie spogląda w moim kierunku, macham do niego energicznie ręką. Mając już pewien plan w głowie.

Zmieszany, nie bardzo wie co z tym zrobić, informuje więc o moim istnieniu swojego kierowcę.

– Co ty wyczyniasz?

Jeff przycisnął magiczny guzik i szyby z tyłu, zrobiły się przyciemnione.

– Witam się z ludźmi, ale przez ciebie nie mogą mnie zobaczyć!

– Witasz się? – prychnął – Raczej robisz widowisko, wyglądasz na nienormalną.

– Pomyśl tylko o nagłówkach w gazetach, kiedy ludzie mnie z tobą zobaczą.

Nie odrywałam oczu od szyby, starając się na nią nachuchać. W samochodzie była klimatyzacja, mój plan, powinien się udać.

– Nie miałbym nic przeciwko.

Ze zdumieniem odwracam się, aby spojrzeć na Jeffa. A to był błąd, ponieważ od razu zauważył co knułam. Na mgle utworzonej z pary wodnej w wyniku mojego oddechu. Udało mi się wymazać palcem duże “SOS.” 

– Co to ma być?!

Manekin błyskawicznie złapał mnie za nadgarstek i siłą odsunął od drzwi. Następnie pochylił się nade mną ścierając szybkim ruchem ręki napis z szyby. Po czym zastygł. Zawisł w powietrzu i wbił we mnie wściekłe spojrzenie. Zapach jego drogich perfum jak i markowych ubrań, wdarł się w moje nozdrza, przez co marszczę odruchowo nos. Zsuwam się z fotela, ale natrafiłam kolanem na jego nogę.

– Mógłbyś się odsunąć? Strasznie śmierdzisz.

– Śmierdzę? – Powtórzył wykrzywiając lekko usta. – To zapach ludzi arcybogatych, bogów niemal, zacznij się lepiej przyzwyczajać.

Jeff przysuwa się bliżej, jego kolano ładuje między moimi nogami. Jedna dłoń manekina spoczywa na siedzeniu po mojej prawej stronie. Druga zaś, zaciska palce na oparciu z lewej. Mniej więcej na wysokości mojej głowy. Oddech mi przyspiesza. Zaglądam w te pochmurne oczy jeszcze nim ogarnia mnie gniew.

– Chyba arcycwaniaków!

Bez ostrzeżenia, łapię Jeffa za ucho i mocno nim pociągam. Następnie, wbijam paznokcie w jego udo. W wyniku czego oczy chłopaka robią się dwukrotnie większe, gdy opada na fotel obok mnie. Z cichym sykiem.

Nie kończę na tym jeszcze. Szybko przenoszę się na drugą stronę,dopadam niewielkiej gaśnicy.

– Uspokój się!

Jeff wygląda na mocno zaskoczonego moją reakcją.

– Podejdź do mnie raz jeszcze a zawartość tej gaśnicy, wyjdzie ci uszami!

Unoszę butlę w ręku dla lepszego efektu, lecz samochód niespodziewanie rusza w wyniku czego tracę przyczepność do podłoża. Upadam wypuszczając ją z rąk.

Gaśnica uderza o podłogę, odblokowuje się przypadkiem i bryzga dookoła pianą.

***

Docieramy na miejsce jakieś piętnaście minut później.

Jeff nie chciał zatrzymywać samochodu po tym kłopotliwym dla nas incydencie, więc co chwilę informował ochronę, że wszystko jest w porządku. Kiedy jednak limuzyna zajechała pod dom a ochroniarz otworzył mu drzwi, wszyscy byli w głębokim szoku.

– Szefie… – Bąknął Roger, zdejmując z nosa swoje przyciemniane okulary. – To nie jest bita śmietana, mam rację?

Jeff mimowolnie lekko się uśmiechnął. Całe wnętrze limuzyny zostało obryzgane pianą, choć ja oberwałam najbardziej. On także miał pianę we włosach i na garniturze.

– Nie mam nastroju do żartów, ale byłbym wdzięczny gdybyś się tym zajął.

Jeff wysiada z samochodu, podczas gdy ja wciskam się w najbardziej odległy kąt pojazdu. Ogarnia mnie strach. Doskonale wiem, że jeśli za nim wyjdę będę już całkowicie przegrana!

Do wnętrza, zagląda inny wysoki młodzieniec.

– Dziewczyna?

Pyta z zaskoczeniem.

– Nie, tygrysek.

Odcina się Jeff. Obserwuję jak młokos szczerzy zęby i bezwiednie zaciskam mocniej szczękę.

– To gdzie ma pasy?

– W szafie i to aż trzy. Niebieski, brązowy oraz czarny.

Odpowiadam zanim Jeff się odezwał. Młody z zaintrygowaniem wsadził teraz głowę do środka.

– Jak już ją wyciągniesz to znajdź dla niej pokój. Sam nie mam na to czasu, muszę się szybko przebrać.

Jeff klepie go w ramię, a następnie znika z mojego pola widzenia.

– Dobra. – Chłopak odwraca na chwilę wzrok tylko po to, aby ponownie spojrzeć na mnie z zainteresowaniem. – Nie jesteś głodna?

Na samo wspomnienie jedzenia, ściska mnie w żołądku.

– Nie jestem.

– W porządku, ale tak czy inaczej będziesz musiała stąd wyjść. Trzeba tu posprzątać.

Marszczę czoło i rozglądam się jeszcze raz po limuzynie. Następnie podkulam nogi tak, aby móc objąć kolana ramionami. Nie chcę się rozpłakać, jeśli to zrobię wyjdę na słabeusza.

– Na imię mi Rive. Rascal Rive.

Chłopak decyduje się wejść do samochodu, po czym wyciąga do mnie rękę. W odruchu unoszę tylko wzrok, aby lepiej mu się przyjrzeć. Na moje oko jest trochę młodszy od Jeffa, ma około dwudziestu dwóch lat.

Równie przystojny i zadbany, choć zdaje się być mniej sztywny niż on.

– Rozumiem. Szczęki dwa.

– Słucham?

Zdziwił się, opuszczając dłoń. Ponieważ nie podałam mu swojej.

– Jesteś bratem Jeffa. Jeff to szczęki numer jeden, ty będziesz dwa.

Wyjaśniam szybko. Rive patrzy na mnie przez chwilę w zupełnej ciszy. Następnie parska śmiechem zasłaniając dłonią usta.

– Masz namyśli ten horror z 1978 roku?

– Oglądałeś?

– Pewnie!

Wciąż się śmieje gdy przysiada w pianie na przeciw mnie. Wzdycham ciężko, czuję się niezręcznie.

– Zostałam uprowadzona, a skoro mnie porwano nie licz na współpracę z mojej strony. Zresztą, tak czy inaczej nie chcę mieć z wami nic wspólnego.

Uśmiech Rive poszerza się znacznie, zaś w jego oczach pojawia się błysk.

– Prawdziwy dzikus z ciebie, już wiem dlaczego Jeff mnie tu zwerbował. Na pewno nie jesteś głodna?

– Nie! – Podnoszę głos, gdy w moim brzuchu rozlega się burczenie. Mam jednak nadzieję, że tego nie słyszał. – Dzikus? A kto tu kogo upolował?

Chłopak znów się zaśmiał, po czym gwizdnął krótko na stojącego w pobliżu ochroniarza.

– Tak sir?

– Zorganizuj mam coś mistrzu, wygląda na to, że trochę tu posiedzimy.

– Oczywiście.

Odparł. Następnie zaczął mamrotać coś pod nosem, zwracając się zapewne do swojej słuchawki. Nie widziałam tego, ale mogłam sobie wyobrazić jak dotyka palcem przycisku znajdującego się tuż przy uchu.

Spoglądam na Rive nie ufnie, mając ogromną chęć stąd uciec.

– Powiesz mi gdzie cię, nalazł?

Zagadnął,zacierając ręce.

– Sam z nim o tym pogadaj, skoro jesteście tak blisko.

– No weź kotku. Nie bądź taka chłodna.

Nie mogę uwierzyć, że puścił mi oczko. Zaciskam ręce w pięści i podnoszę się z fotela. Rive zapewne nie ma o tym pojęcia, ale ja nie kłamałam odnośnie pasów. Miałam trzy, mimo iż od dawna nie ćwiczyłam karate, tym razem postanowiłam z tej umiejętności skorzystać.

Szybko chwyciłam go za rękę wyginając ją tak, aby zmusić Rive do wstania w pół skłonie. Następnie skierowałam go głową ku wyjściu i popchnęłam w tym kierunku z całych swoich sił.

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 1074
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!