Córa rodu Phoenix – Rozdział 10

Piękna i bestia

                    Draco siedział na podłodze w Pokoju Wspólnym. Posadzkę wokół niego przysłaniały pergaminy i pootwierane podręczniki. Opierając plecy o kanapę, przygryzał lekko pióro, czytając zawzięcie podręcznik do zielarstwa. Siedział już nad tym dobre czterdzieści minut, wciąż nie rozumiejąc za bardzo, co czyta i gdzie powinien szukać niezbędnych informacji, co zaczynało go powoli frustrować. Wzdrygnął się, słysząc dźwięk upadającego, tuż obok jego nóg, podręcznika. Kątem oka spojrzał na Teę, która leżała z nogami przerzuconymi przez oparcie kanapy, z głową opartą o jego bark. Malfoy uśmiechnął się delikatnie – nie miał pojęcia, jak mogło być jej wygodnie w takiej pozycji, choć powinien się już przyzwyczaić do tego, że płomiennowłosa czasami zachowywała się jak najprawdziwszy kot, potrafiący wszędzie znaleźć komfortowe miejsce. 

– Może usiądziesz jak człowiek, Dumbledore? – nie odrywał wzroku od porcelanowego policzka koleżanki. 

Błękitnooka odpowiedziała mu śmiechem. Wyciągnęła dłoń i potargała starannie ułożone włosy Ślizgona – bardziej jej się podobał z takim twórczym nieładem. Chłopak odsunął się tak, by jej głowa ześlizgnęła się z jego ramienia. Rozbawiony patrzył na ogniste włosy, rozrzucone po podłodze i wpatrujące się w niego roześmiane, lazurowe tęczówki. 

– Tak mi wygodnie. Jak skończyłeś z zielarstwem, to weź się za transmutację – Ślizgonka uśmiechnęła się zaczepnie. 

– Mówiłaś, że nie pozwolisz mi odrabiać transmutacji – jęknął niezadowolony z wizji sięgania po kolejne podręczniki z przedmiotu, w którym średnio się odnajdywał. 

– Wiem, ale strasznie mi się nie chce za to zabierać. Jedną gorszą ocenę jakoś przeżyję – roześmiała się, wzruszając ramionami. 

Na reakcję nie musiała długo czekać. Draco z urażoną miną odwrócił się do niej plecami, przesadnie nadymając policzki. Sięgnęła po wcześniej rzucony podręcznik i uderzyła nim lekko kolegę w plecy, chcąc wciągnąć go w przyjacielską przepychankę. Arystokrata spojrzał na nią przez ramię, uśmiechając się cwaniacko. Z całą pewnością coś planował, ale cokolwiek to było, przed zemstą Malfoy’a uratowało ją pojawienie się Blaise’a. Naburmuszony Zabini ciężko oparł na kanapę, nie zwracając zbytniej uwagi na znajomych. Zaplótł ręce na piersi, bez słowa wpatrując się w ogień. Gallatea, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, klepnęła go w ramię, ale nic to nie dało. Młody czarodziej siedział niewzruszony z coraz to bardziej ponurą, nieobecną miną. Obrażony Malfoy to było skaranie boskie, lecz wkurzony Zabini…to zdecydowanie najgorszy Zabini.  

– Blaise, coś ty taki nie w humorze? – zagadnęła, zdejmując nogi z oparcia i siadając obok kolegi. 

– Ej, stary! Nie wygłupiaj się i opowiadaj – Draco puścił w niepamięć przepychanki z płomiennowłosą, szczerze zaniepokojony przeciągającym się milczeniem przyjaciela. 

Blaise Zabini należał do ludzi, którzy zawsze się uśmiechają…bez względu na wszystkie troski i zmartwienia rzutujące na ich życie. Jego podły nastrój zwiastował kłopoty. 

– Widzieliście dzisiaj Dafne? – warknął nieoczekiwanie. 

– Uczy się w bibliotece z Adrianem – wzruszyła ramionami Tea. 

– A widziałaś ją wczoraj albo przedwczoraj? – ton chłopaka stawał się bardziej napastliwy. 

– Siedziałyśmy razem na zajęciach. Czemu pytasz? 

– Od Walentynek Dafne cały swój wolny czas spędza z Adrianem! – niemalże krzyknął Zabini, a to było do niego niepodobne. 

Błękitnooka spojrzała na Draco, niemniej niż ona zaskoczonego zachowaniem przyjaciela. Mierzli się wzrokiem, by ustalić które z nich ma ciągnąć temat. Obydwoje wiedzieli, że to nieuniknione, ale żadne z nich nie chciało zadać pytania, które samo cisnęło się na usta. Tea przewróciła oczami, widząc błaganie w szarych tęczówkach. No cóż…z dwojga złego to ona wolała zapytać – w razie czego zawsze mogła zamknąć się w swoim pokoju i zaczekać, aż Zabini’emu przejdzie ewentualna żądza mordu. Westchnęła cicho, obejmując ramieniem zdenerwowanego kolegę. 

– Słuchaj, Blaise, czy ty nie jesteś czasem zazdrosny o Dafne? – zapytała najłagodniej, jak potrafiła.

Ślizgon wyprostował się, spinając wszystkie mięśnie. Trwał w otępieniu przez kilka sekund, rozmyślając nad słowami koleżanki. W końcu spojrzał na płomiennowłosą. Wydawał się zaskoczony i potwornie zmieszany pytaniem. Rozejrzał się ukradkiem po Pokoju Wspólnym i uznając, że nikt niepowołany ich nie słyszy, nachylił się delikatnie w stronę błękitnookiej. 

– Możemy przenieść się do ciebie? – szepnął zdawkowo. 

– Jasne. Zbieraj książki, giermku – dziewczyna wyszczerzyła się do Malfoy’a. 

Niezbyt zachwycony blondyn pozbierał niezdarnie rozłożone pomoce naukowe, formując z nich chybotliwy stosik. Kątem oka obserwował znajomych, zaskoczony tym, że Blaise nawet nie zaczekał aż skończy. Po prostu bez słowa wstał z kanapy i ruszył w kierunku pokoju Dumbledore, mając w poważaniu czy idą za nim. Tea poczekała na Draco, by razem mogli pójść za Zabinim. Narastającą między nimi ciszę przerwał arystokrata. 

– Giermek? Od kiedy nie jestem już rycerzem? – uśmiechnął się półgębkiem. 

– A od kiedy rycerze ganiają z książkami? – puściła mu oczko. 

– Pewnie od zawsze, jeśli taka jest wola ich damy. 

Płomiennowłosa zaśmiała się cicho. Och średniowieczne frazesy! Piękne idee, które częstokroć rozmijały się z rzeczywistością. Niejeden szlachetny, honorowy rycerz zapominał zupełnie o swej uroczej wybrance, gdy sprzyjały temu okoliczności. Zdumiewające do jakiego stopnia ludzie potrafili uromantycznić przeszłość, dopasowując ją do swoich wyobrażeń o dawno minionych dniach. Przepychała się słownie z Draco, do póki nie dotarli do drzwi jej pokoju. Blaise, jak na dobrze wychowanego młodzieńca przystało, nie zdobył się na wejście do środka, czekając uprzejmie na przybycie gospodyni. Wyminęła wciąż markotnego Zabini’ego i otworzyła na oścież drzwi, zapraszając tym samym gości do środka. Chłopcy zajęli swoje ulubione miejsca na dywanie przed łóżkiem. Dumbledore zamknęła dokładnie drzwi i usiadła naprzeciw Blaise’a. 

– Więc? – zapytała ponaglająco. 

– Nie jestem zazdrosny o Dafne, przynajmniej nie w taki sposób, jak myślisz. Nie podoba mi się ten cały Adrian! Nie wydaje się wam, że stara się ją od nas odciągnąć? Nigdy nie usiadł z nami w Pokoju Wspólnym, ani Wielkiej Sali. Czeka na Dafne po zajęciach pod salą i znikają we dwoje na całe popołudnia. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spędzała z nami wieczór. 

– Nie przesadzasz trochę? Adrian w Sali siedzi z drużyną. Jest od nas starszy i może nie chce spędzać czasu ze smarkaczami. Z Dafne się umawia, a nie z nami – odezwał się Draco, podświadomie szukając logicznego wyjaśnienia. 

Panowie podniesionymi głosami dyskutowali przez dłuższą chwilę, ale Tea  ich nie słuchała. Myślała intensywnie o tym, co powiedział Blaise. Rzeczywiście, od kiedy Adrian spotkał się z Dafne w Walentynki, praktycznie nie widywała się z Greengrass. Siedziały razem na wszystkich zajęciach, jednak blondynka nie przejawiała ochoty na plotki. Wcześniej buzia jej się nie zamykała – wiecznie miała coś do powiedzenia, za co płomiennowłosa szczerze ją lubiła. Od kilku dni jednak wydawała się jakaś przygaszona i nieobecna. Siedziała cicho, marząc bezsensownie po pergaminach, a i do pokoju panny Dumbledore przestała zaglądać, co było zastanawiające, biorąc pod uwagę to, że Greengrass ostatnimi czasy niemalże wprowadziła się do azylu koleżanki. W Wielkiej Sali Dafne niby jadła z nimi, lecz wzrok cały czas miała utkwiony w Adrianie i spieszyła się ze skończeniem posiłku, jak tylko mogła. On nigdy do nich nie podszedł, ani nie zagadał. Nie potrafiła sobie przypomnieć, czy witał się kiedykolwiek z nią albo Blaisem. Do Malfoy’a rzucał suche cześć, ale przecież byli w jednej drużynie i nie mógł go całkowicie zignorować. Coś zdecydowanie było tu nie tak i miała zamiar dowiedzieć się co. Zerwała się podłogi, zwracając tym na siebie uwagę chłopaków. Wpatrywały się w nią dwie pary ciekawskich oczu. 

– Muszę porozmawiać z Marcusem. Wiesz, gdzie może być? – spojrzała na Draco. 

– Wiem, gdzie będzie za jakieś trzydzieści minut. O 18 mamy spotkać się w Pokoju Wspólnym, żeby omówić taktykę. 

– Czyli Adrian też tam będzie – wymamrotała zamyślona. 

– Pewnie tak. Flint strasznie się wkurza, kiedy opuszczamy spotkania drużyny i dowala nam za to na treningach – szare oczy zalśniły podejrzliwością. – Co ty kombinujesz, Dumbledore? 

– Chcę tylko pogadać z Marcusem, nic wielkiego. Blaise może mieć rację co do Adriana. Dafne naprawę dziwnie się ostatnio zachowuje i zaczynam martwić się, czy wszystko u niej w porządku. Marcus lepiej zna Adriania, może będzie w stanie więcej mi o nim powiedzieć. 

– Flint nie będzie z tobą rozmawiał w obecności Adriana – mruknął Blaise. 

– Dlatego potrzebuję waszej pomocy, panowie. Poczekamy na koniec spotkania i wtedy zaczniemy działać. Draco, dasz radę zagadać Adriana? Wszystko jedno z jakiego powodu, po prostu przetrzymaj go na tyle, żebym zdążyła wyjść z Marcusem na korytarz. Blaise, ty miej na oku Dafne, bo pewnie zjawi się tuż po spotkaniu. Trzymaj ją z daleka od Adriana, póki nie wrócę – płomiennowłosa pospiesznie objaśniła plan. 

– Nie wiem, czy dam z nią radę. Jakoś mi się nie wydaje, żeby chciała ze mną zostać na dłużej – Zabini podrapał się po brodzie. 

– Powiedz jej, że mam urodziny 9 marca i chcecie mi zorganizować jakieś przyjęcie niespodziankę, kupić prezent czy coś. Temu nawet ona się nie oprze. Od pierwszego roku wypytuje mnie o datę urodzin. Poważnie, Blaise, wymyśl coś! To ty tu jesteś ten inteligentny od strategii. 

– Ej! A ja? – oburzył się arystokrata. 

– Ty jesteś ten charyzmatycznie czarujący od odwracania uwagi. Może być? – uśmiechnęła się, widząc zadowolone skinienie Malfoy’a. 

– Poważnie masz urodziny w marcu? – uśmiechnął się Zabini. 

– A co to za różnica? 

– Taka, że do tej pory nawet na torturach byś nie powiedziała, kiedy masz urodziny. Chcemy wiedzieć, czy mówisz poważnie – Draco wstał, zerkając na potakującego mu przyjaciela. 

– Tak, mam urodziny 9 marca. Zadowoleni? – dziewczyna splotła ręce na piersi. 

Chłopcy spojrzeli na nią z najszerszymi uśmiechami, jakie kiedykolwiek widziała. Dobrze, że zapamiętała datę podaną przez Albusa w dokumentach. Nie miała pojęcia kiedy wypadały jej prawdziwe urodziny – od wieków nie świętowała tego dnia, bo z każdym kolejnym odrodzeniem ta data się zmieniała. Nie miała także żadnego interesu w liczeniu lat życia następnego wcielenia, dobrze wiedząc, że nie ma to najmniejszego znaczenia z punktu widzenia wieczności. Równie dobrze mogli przyjąć 9 marca, jak i każdy inny dzień. Przez następne dwadzieścia parę minut udoskonalali plan, wplatając w niego coraz to więcej szczegółów. Ślizgoni mocno wciągnęli się w odgrywanie teatrzyku, chcąc wypaść jak najlepiej. Draco opuścił jej pokój na pięć minut przed sądną godziną 18, nie chcąc spóźnić się na zebranie i popaść tym samym w niełaskę kapitana. Tea i Blaise przenieśli się na schody prowadzące do jej pokoju, skąd w spokoju mogli nasłuchiwać, co działo się w Pokoju Wspólnym. Samo omawianie taktyki w wykonaniu Marcusa ciągnęło się przez ponad godzinę. Flint wyjątkowo dokładnie podchodził do objaśniania strategii, nie chcąc dopuścić, żeby którykolwiek z zawodników miał wątpliwości co do swojej roli na boisku. Nienależący do drużyny Ślizgoni zostali uprzejmie poproszeni przez prefekta o uszanowanie spokoju graczy, więc nikt nie kręcił się po Pokoju Wspólnym. Dumbledore i Zabini’emu było to na rękę – bez obecności osób postronnych, łatwiej było im wychwycić odbijające się od kamiennych ścian głosy. Milczeli, nie chcąc zagłuszyć żadnego ze słów Flinta, z czym nie było większych problemów, bowiem kapitan przemawiał dość specyficznym, donośnym tonem. 

– Dzięki, że się za mną wstawiłaś. Draco by to olał – pozwolił sobie szepnąć Blaise, gdy Marcus znów instruował pałkarzy. 

– Nie ma sprawy. Nie oceniaj Draco za surowo. Adrian to jego kolega z drużyny. My możemy go w razie czego ignorować, ale Malfoy będzie musiał się z nim spotykać do końca roku. Jeśli mamy rację co do Dafne…raczej nie będą to spotkania miłe. 

Odgłosy rozmów dochodzące z Pokoju przycichły. Ciemnoskóry czarodziej poderwał się, gdy wychwycił słowa “do zobaczenia jutro” i złapał ramię Tei. Razem niemalże wbiegli do Pokoju Wspólnego, zwalniając tylko po to, żeby nie ściągać na siebie zbytniej uwagi. Drużyna skończyła spotkanie, a zawodnicy w mniejszych już grupach dyskutowali zawzięcie. Płomiennowłosa odszukała wzrokiem blond czuprynę i uśmiechnęła się, widząc Draco, stojącego przy Adrianie – ani jeden, ani drugi nie wyglądał na szczególnie zadowolonego z, najpewniej mało naturalnej, rozmowy. Błękitnooka klepnęła ramię Blaise’a i poszła w kierunku Flinta, który kreślił jeszcze jakieś ostatnie notatki, tłumacząc coś obrońcy. Miles Bleatchley. Panna Dumbledore zdążyła go poznać podczas jednego z treningów. Miles był młodzieńcem o imponującej posturze i dość przerażającej powierzchowności – praktycznie wcale się nie uśmiechał; ukrywał częściowo twarz za ciemną kotarą włosów; jego piwne oczy najczęściej nie ukazywały żadnych emocji, a obrazu dopełniała szeroka blizna, ciągnąca się od prawego obojczyka aż po podbródek. Wygląd Bleatchley’a nijak nie miał się do jego osobowości, był bowiem dość skryty, ale przemiły, jeśli odważyło się do niego zagadać – ot nieśmiały chłopak, któremu ciężko było nawiązać kontakt z rówieśnikami. To właśnie Milesowi przypadało w udziale uspokajanie Marcusa, gdy kapitan dał się ponieść emocjom. Flint bywał wyjątkowo nieprzyjemny, jeśli za bardzo wczuł się w wir rywalizacji i czasem aż rwał się do rękoczynów, a tylko Bleatchley mógł się z nim równać siłą. Miles, widząc podchodzącą Dumbledore, szturchnął Marcusa. 

– Cześć, Tea! – uśmiechnął się kapitan. 

– Cześć, Marcus, Miles – skinęła głową w stronę obrońcy. 

Bleatchley odpowiedział nieśmiałym uśmiechem. Lubił pannę Dumbledore właśnie za to, że nigdy na siłę nie wciągała go w rozmowę, szanując jego niezręczność w kontaktach międzyludzkich. Potrafiła siedzieć obok niego po treningu i opowiadać o tym co wydarzyło się na zajęciach, nie oczekując od niego wylewności. Doskonale rozumiała, co chciał przekazać, rozczytując to z samych spojrzeń i uśmiechów. 

– Przyszłaś po Malfoy’a? Właśnie skończyliśmy, jest już wolny. 

– Właściwie to chciałam porozmawiać z tobą. 

Miles, czując się zbędny, postanowił się oddalić. Mijając płomiennowłosą niezbyt mocno klepnął jej ramię na co zareagowała uśmiechem, wpatrując się wprost w jego piwne oczy. Onieśmielony tym spojrzeniem Bleatchley przyspieszył kroku, więc wróciła wzrokiem do czarnowłosego, który wyglądał na zainteresowanego powodem rozmowy. 

– O czym chcesz pogadać? – zapytał swobodnie. 

– Nie tutaj, proszę. Wyjdziesz ze mną przed dormitorium? 

Flint nie wahał się zbyt długo i racząc dziewczynę nieco pokracznym uśmiechem, skinął głową, przystając na jej prośbę. Rozejrzał się dyskretnie po członkach drużyny, ale nikt z wyjątkiem Milesa nie zwracał na nich uwagi. Wyszedł za płomiennowłosą na korytarz, denerwując się wizją zostania z nią sam na sam – zazwyczaj rozmawiał z nią w grupie i aż za dobrze zdawał sobie sprawę ze swej słabości do jej błękitnych oczu. Nie, żeby się w niej podkochiwał albo coś! Po prostu jej spojrzenie działało na niego onieśmielająco. Ślizgonka zatrzymała się dopiero przy schodach, prowadzących na parter. Odwróciła się niespiesznie, a wyraz jej lazurowych tęczówek umocnił przeczucie Marcusa co do tego, że ta rozmowa mogła mu się nie spodobać. Wysilił się na względny spokój, czekając cóż takiego z tego wyniknie. 

– O czym chciałaś porozmawiać? – zaczął łagodnie. 

– Adrian Pucey. 

Ognistowłosa usiadła na schodach i gestem dłoni wskazała, by Flint zrobił to samo. Nie wiedział dlaczego, ale nie miał najmniejszej ochoty sprzeciwiać się tej dziewczynie. Zawsze zastanawiało go to w Gallatei Dumbledore…Z natury był porywczy, o czym doskonale wiedział. Na boisku zrobiłby wszystko dla wygranej, łącznie z poturbowaniem przeciwnika w nie do końca przepisowym zwarciu, kiedy jednak przebywał z Teą…przechodziła mu wszelka chęć na podobne ekscesy. Czuł się przy niej spokojniejszy i zrelaksowany. Gdzieś tam głęboko w swojej świadomości darzył tę drobną istotkę ogromnym respektem, choć nie znał powodu. Po prostu tak czuł i koniec. 

– Co chcesz o nim wiedzieć? – spojrzał w błękitne oczy. 

– Najlepiej wszystko – zaśmiała się perliście. – Wiesz…martwimy się o Dafne i chcę wiedzieć, czy słusznie. Nie chciałabym między nimi namieszać, dlatego wolę zapytać ciebie, co sądzisz o Adrianie. 

Czarnowłosy wziął głęboki wdech. Mógł się spodziewać, że Dumbledore zauważy niecodzienne zachowanie Greengrass – rzucało się to w oczy tak bardzo, że nawet on się tym zainteresował, chociaż miał gdzieś prywatne sprawy swoich zawodników, o ile nie wpływały na ich grę. 

– Mnie też nie podoba się to, że Adrian spotyka się z Greengrass. Nie chodzi mi o Dafne, ona jest świetną dziewczyną! Adrian… – wypuścił powoli powietrze – to dobry kolega i nie najgorszy zawodnik, ale potrafi być…zaborczy. Bardzo lubi Dafne i zaczyna trochę świrować. Szczerze i mnie zaczyna to wszystko przeszkadzać. Psuje atmosferę, jeśli wiesz co mam na myśli. 

– Wydaje nam się, że Adrian robi wszystko, żeby odsunąć od nas Dafne. Masz jakiś pomysł, dlaczego miałby tak się zachowywać? 

– Coś tam wspominał, że nie może patrzeć, jak Dafne włóczy się z Malfoy’em i Zabinim. Chyba w szczególności chodziło mu o Zabini’ego. Sama rozumiesz…Blaise cieszy się niezłym wzięciem. Żaden chłopak nie chciałby, żeby ktoś taki kręcił się blisko jego dziewczyny. 

– Może bym zapomniała o podbojach mistrza Zabini’ego, gdyby nie dręczył mnie gadaniem o tym codziennie – Ślizgonka uśmiechnęła się szeroko. – Adrian jest zazdrosny o chłopaków? 

– Tak mi się wydaje. O tobie nigdy nie wspominał w niepochlebny sposób. Rzadko widuję się z Adrianem w czasie wolnym. To kolega z drużyny i nic więcej…nie kumplujemy się jakoś bardzo. Więcej nie potrafię ci powiedzieć. 

Dziewczyna roześmiała się i położyła dłoń na ramieniu kapitana. Rozmowa z nim rozjaśniła całą sytuację, dając jej jako taki pogląd na perspektywę Pucey’a.  

– Powiedziałeś mi znacznie więcej, niż sądziłam. Teraz będę musiała porozmawiać z Dafne. Dziękuję, Marcus. 

– Nie ma problemu. Pogadaj z Greengrass i daj mi znać jak to wygląda. Idziemy? 

Flint wstał i wyciągnął dłoń ku Tei, która z jego pomocą zebrała się ze schodów. Kapitan nieraz podpatrywał w jaki sposób zachowują się Zabini i Malfoy wobec swoich najbliższych koleżanek i całkiem podobała mu się niewymuszona swoboda ich relacji, którą starał się naśladować. Szli powoli do dormitorium rozmawiając o drużynie, przyszłych meczach i tym jak bardzo Marcus nie znosił Wooda. Wiedział o tym, że Gallatea czasem rozmawiała z Oliverem, więc powstrzymywał się od dosadniejszych słów. Nie miał pojęcia w jaki sposób Draco i Blaise byli w stanie hamować się z uszczypliwościami wobec Gryfonów przez niemalże cały czas. 

– Tea, zaczekaj!!!

Błękitnooka zatrzymała się, słysząc znajomy głos, a Flint, niezbyt chętnie, zrobił to samo. Spochmurniał, widząc biegnącego w ich kierunku Gryfona i uśmiechnął się kpiąco, gdy chłopak zatrzymał się tuż przed nimi z tym durnym wyrazem twarzy. 

– Proszę, proszę. Czy to nie kolejny Weasley? Młodszy braciszek tych dwóch kretynów? – syknął w stronę Rona. 

Nim rudowłosy zdążył odpyskować, Tea uderzyła niezbyt mocno pięścią w brzuch kapitana. Normalnie powstrzymałaby się od takiego zachowania, ale w przypadku Flinta była pewna, że niewiele poczuł przez te swoje niedorzecznie wyrobione mięśnie. Uderzenie w jego brzuch było doświadczeniem porównywalnym do walnięcia w ścianę. Ślizgon spoglądał na nią z lekkim wyrzutem. Rozumiał jakąś dziwną słabość dziewczyny do miernot, ale żeby bronić Weasley’a? Poważnie? Jak można było czuć jakąkolwiek sympatię do rodziny z elitarnego grona, która świadomie i z premedytacją szargała dobre imię czarodziei czystej krwi? Tego pojąć już nie potrafił. 

– Nie sądzę, żeby bycie opryskliwym wobec moich znajomych w MOJEJ obecności było dobrym pomysłem. Nie uważasz? 

Panna Dumbledore wbiła spojrzenie we Flinta. Znów to samo…samym wzrokiem i tonem głosu potrafiła sprawić, że było mu głupio. Stał w milczeniu, wpatrzony w chłodne, błękitne oczy. Nie chciał się z nią kłócić. Nie chciał, żeby go znienawidziła. Miał w głębokim poważaniu opinię innych na swój temat, ale z niejasnych dla niego powodów, zależało mu na tym, żeby Tea nie widziała w nim gburowatego chama. 

– Jeszcze raz dziękuję ci za poświęcony czas i pomoc, Marcusie. Zobaczymy się później? 

– Pewnie, tylko nie wracaj za późno – odetchnął widząc, że nie była na niego zła. 

– Blaise i Draco by mnie udusili, gdybym spróbowała! Nie martw się, proszę – uśmiechnęła się szeroko. – Chociaż całkiem uroczo wyglądasz, kiedy się martwisz. 

Ślizgon cały poczerwieniał. Nie przywykł do bycia nazywanym uroczym. Prędzej określano go mianem nieokrzesanego, agresywnego narwańca. Pospiesznie pożegnał się z koleżanką i odszedł czym prędzej, nie chcąc, żeby widziała jak bardzo czuł się zawstydzony. Kiedy zostali sami, płomiennowłosa spojrzała na Rona. Wydawał się zmęczony i odrobinę zaskoczony widokiem onieśmielonego kapitana Slytherinu. Policzki mu się zaróżowiły i oddychał nierówno, próbując złapać normalny rytm oddechu. 

– Harry chce z tobą pogadać – wysapał, postanawiając nie komentować sprawy Flinta. 

– I wysłał ciebie? Jego lenistwo jest porażające – zaśmiała się dziewczyna. 

– Pożartujesz sobie później. Chodź! 

Weasley chwycił ją za dłoń – jako jeden z niewielu uważał taki gest za coś zupełnie normalnego. Szedł na tyle szybko, że płomiennowłosa zmuszona była niemalże za nim truchtać. Mijali pospiesznie kolejne korytarze, a ona z każdym krokiem nabierała pewności co do tego, gdzie idą. Łazienka Jęczącej Marty…nie przepadała za tym miejscem – w sumie nie za samym pomieszczeniem, które było jej całkowicie obojętne, a za zamieszkującym je duchem. Marta zawsze wydawała jej się niezmiernie irytująca z tymi wszystkimi szlochami, przewrażliwieniem, złośliwościami i nieustannym zawodzeniem. Dotychczasowe przypuszczenia stały się faktem, gdy stanęli przed drzwiami łazienki. Ron pewnie pchnął drzwi, za którymi czekał na nich Potter w towarzystwie Hermiony. Gryfonka, widząc pannę Dumbledore, poderwała się z podłogi i podbiegła, by ją uściskać na powitanie – wciąż była jej wdzięczna za codzienne odwiedziny w Skrzydle Szpitalnym i bezbłędne notatki, dzięki którym nie miała najmniejszego problemu z nadrobieniem zaległości. Granger wiedziała, że Tea przychodziła do niej zawsze w towarzystwie któregoś ze swoich Ślizgońskich znajomych i była pod niesłabnącym wrażeniem tego, w jaki sposób udało jej się namówić ich do regularnych wizyt w Skrzydle. Błękitnooka odwzajemniła uścisk i przywitała się z Harrym. Zielonooki sprawiał wrażenie podekscytowanego i przygnębionego zarazem – niezbyt obiecujące połączenie. 

– Skoro jesteśmy już w komplecie, usiądźmy. 

Po tym jak rozsiedli się na podłodze, Potter rozpoczął swą opowieść dotyczącą znalezionego w tej właśnie łazience dziennika. Wyjaśnił, że w dniu Walentynek po incydencie z atramentem zorientował się, że dziennik nie ucierpiał jak powinien. Postanowił coś w nim napisać, ale zapisane słowa zniknęły, a dziennik sam udzielił odpowiedzi, po czym streścił, czego dowiedział się ze wspomnień poprzedniego właściciela dziennika. Nie zrobił jednej rzeczy, która mogłaby zmienić wszystko – nie powiedział Gallatei Dumbledore, kto był ów właścicielem. Na jej pytanie odnośnie nazwiska właściciela odparł, że nie wie, bo nie mógł rozczytać podpisu. Świadomie nie powiedział całej prawdy, mając ku temu swoje powody. Tea była wnuczką Dumbledore’a, a on nie potrafił jeszcze w pełni zaufać dyrektorowi – zbyt wiele razy odpowiadał na jego pytania wymyślnymi zagadkami, zamiast udzielić jasnej odpowiedzi. Obawiał się, że jeśli powie wszystko Gallatei, to ona albo mu nie uwierzy, albo powie o wszystkim Dumbledore’owi. Nie mógł sobie pozwolić ani na jedno, ani na drugie. Przekonał Rona i Hermionę, żeby go nie wydali, co okazało się trudniejsze, niż przypuszczał. Przyjaciele mieli już wyrobioną opinię o płomiennowłosej, dając jej olbrzymi kredyt zaufania na podstawie jej dotychczasowego zachowania i wsparcia, jakiego zawsze im udzielała. Potter nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, iż przyjdzie mu gorzko pożałować tej lekkomyślnej decyzji. Póki co całkowicie pochłonęło go opowiadanie o Hagridzie, ponieważ po obejrzeniu wspomnień Toma był już pewny, że potworem z Komnaty jest któryś z dziwnych pupilków gajowego. 

– Bzdury! To nie Hagrid otworzył Komnatę! – Hermiona gwałtownie poderwała się z zimnej podłogi. 

– Też jakoś nie chce mi się w to wierzyć – zawtórowała jej Tea. 

– To na pewno był Hagrid! Za to właśnie wyrzucili go z Hogwartu! Nie mówię, że zrobił to specjalnie, ale może jakoś przez przypadek… – upierał się Potter. 

– Takich rzeczy nie robi się przez przypadek, Harry – warknęła Granger. – Może go o to zapytamy, zamiast oskarżać go za plecami. 

– O tak, świetny plan! Pójdziemy do niego i zapytamy :“Ej, Hagrid, czy 50 lat temu wyrzucono cię z Hogwartu za uwolnienie krwiożerczej bestii? Tak tylko pytamy” – ironizował Ron. 

– Nie wydaje się wam, że dziadek zdając sobie sprawę z zagrożenia, nigdy nie pozwoliłby, żeby winny wrócił do szkoły? 

– Tea…Dumbledore nie jest nieomylny – spojrzał na nią Harry. 

– Dobrze wiem, że dziadek jest tylko człowiekiem i jak każdy ma prawo do pomyłek, ale póki co nie zauważyłam, żeby pomylił się w jakiejkolwiek istotnej sprawie. On bardzo kocha tę szkołę i jej wychowanków, nie zaryzykowałby ich bezpieczeństwa. Zróbmy tak: możemy próbować delikatnie dowiedzieć się czegoś od Hagrida, nie zakładajmy jednak z góry jego winy. Nie można krzywdzić człowieka bezpodstawnymi zarzutami. Już raz przekonaliście się o tym, podejrzewając Snape’a o zamiar wykradnięcia Kamienia Filozoficznego. Nie działajmy pochopnie. Dla dobra nas wszystkich. 

                          Kolejne dni mijały całkiem spokojnie. Tea zaprosiła Dafne na babski wieczór, żeby podpytać ją o Adriana, nie dając koleżance możliwości wymigania się od spotkania. Greengrass przyznała, że wcale nie lubiła chłopaka tak bardzo, jak mogło się wydawać. Nie mieli o czym rozmawiać poza quidditchem, a sam Pucey drażnił ją uszczypliwymi uwagami na temat Zabini’ego i Malfoy’a, przez co miała wrażenie, że chce jej wybierać znajomych. Adrian był tak uciążliwy, że po tygodniu Dafne miała go serdecznie dość i zaczęła planować w jaki sposób może ukrywać się przed nim przez resztę swojego życia. Blondynka nigdy nie miała chłopaka i nie spotykała się z nikim dłużej, dlatego nie wiedziała w jaki sposób uporać się z problemem tak, by nie ranić Ślizgona. Dumbledore przekonała ją do porozmawiania z nim szczerze na temat tego, co nie podobało jej się w jego zachowaniu i zakończyć tą znajomość, zanim zacznie zmieniać się w coś kłopotliwego. Wyszło to dużo lepiej niż się spodziewały – z Adriana jakby spadła jakaś niewytłumaczalna presja. Nadal lubił spędzać czas z Greengrass, jednak przestał być natarczywy, zachowując się jak zwykły znajomy. Starał się nawet dogadać jakoś z Blaisem i Draco, przestając widzieć w nich kłopotliwych rywali. Zmiana wyszła wszystkim na dobre. Dafne wyraźnie odżyła, buzia jej się nie zamykała i wpadała do Tei bez uprzedzenia, nie wiedząc kiedy wyjść – tak było dużo lepiej. Pewnego sobotniego wieczoru siedzieli we czwórkę w pokoju Dumbledore. Chłopcy przepychali się jak zawsze z powodu jakiejś głupoty, a Dafne pod okiem płomiennowłosej ćwiczyła nowo poznane zaklęcia. Śmiechy przerwało delikatne pukanie, przez które Ślizgoni zgodnie spojrzeli pytająco na gospodynię. Dziewczyna, podnosząc się z podłogi, wzruszyła ramionami dając im do zrozumienia, że nie ma pojęcia kto mógł się dobijać. Wykluczyła Albusa i Severusa – ci dwaj nie fatygowaliby się pukaniem i po prostu weszli, zważywszy na dość wczesną porę. McGonagall, z wyjątkiem jednej sytuacji w trakcie pierwszego roku, nie pojawiała się w dormitorium Slytherinu, co było w pełni zrozumiałe. Wizyta innego nauczyciela niż opiekun domu, wzbudziłaby niepokój wśród uczniów. Błękitnooka podeszła do drzwi i uchyliła je powoli, ciekawa kogo za nimi ujrzy. 

– Ethan! – bez zastanowienia przytuliła mężczyznę. 

– Cześć. Przepraszam, że wpadam bez uprzedzenia. Mogę wejść? – uśmiechnął się serdecznie Luther. 

Pokazał błękitnookiej trzy palce, na co potaknęła, rozumiejąc o co mu chodzi – w ten dyskretny sposób pytał, czy pozostała trójka jest z nią. Wprowadziła go do pokoju z promiennym uśmiechem, nie odrywając się od jego przedramienia. Zabini, Malfoy i Greengrass wstali, chcąc godnie powitać nieznajomego. Chłopcy nieco podejrzliwie patrzyli na przybysza, czego nie można było powiedzieć o blondynce, w której oczach tlił się zachwyt. Nic w tym dziwnego. Geny Phoenix’ów działały istne cuda, jeśli chodziło o urodę. Ethan dodatkowo posiadał urok dojrzałego, eleganckiego mężczyzny o błyskotliwym spojrzeniu i urzekającym uśmiechu. 

– Pozwól, że przedstawię. To Dafne, Blaise i Draco – Dumbledore mocniej uścisnęła rękę brązowowłosego. – Ethan, mój kuzyn. 

– Cieszę się, że nareszcie mogę was poznać. Tea przez całe wakacje o was opowiadała – Ethan uraczył zebranych swoim firmowym uśmiechem. 

Kłamstewka i drobne niedomówienia przychodziły mu niemalże tak łatwo, jak ognistowłosej. Pannę Crown zastanawiał powód wizyty Luthera – musiało to być coś pilnego, skoro pofatygował się osobiście zamiast napisać, albo przysłać któregoś ze skrzatów. Na swobodną rozmowę musiała jednak poczekać, teraz bowiem liczył się przekonujący teatrzyk, zagrany przed młodymi adeptami sztuk magicznych. Ślizgoni, już spokojniejsi, wymienili uściski dłoni z mężczyzną. Dafne ociągała się z puszczeniem jego ręki, wpatrzona w przygaszony błękit jego oczu. Płomiennowłosa zaśmiała się w duchu – była pewna, że Ethan bez trudu pobiłby Lockharta w ilości oddanych fanek. Kuzyn zdawał sobie sprawę z siły swojego wyglądu, ale nie był skłonny tego wykorzystywać – jeden mistrz manipulacji w rodzie całkowicie wystarczył. 

– Siadaj – Gallatea wskazała gościowi fotel. – Na długo przyjechałeś? 

– Gdzie tam. W Wielkiej Brytanii zostanę tylko przez tydzień, później wracam do Chin. Mam tam jeszcze trochę roboty, zanim zamknę ostatecznie badania. Chciałem cię odwiedzić, skoro już jestem w kraju. 

– Widziałeś się już z dziadkiem? – zapytała, oczekując jasnej odpowiedzi. 

– Niedawno od niego wyszedłem. Wie o mojej wizycie, jeśli o to ci chodzi. Obiecałem mu wcześniej, że podrzucę kilka wyników ekspertyz w celach naukowych i wreszcie znalazłem odpowiednie materiały. 

Luther mówił w taki sposób, by poinformować możliwie o wszystkim Lady, bez wzbudzania podejrzeń wśród jej szkolnych znajomych. Panna Crown doskonale orientowała się we wszystkich szyfrach, których używał, więc mógł być spokojny o klarowność przekazu. 

– Jest pan podróżnikiem? – wtrąciła się Dafne. 

– W pewnym uproszczeniu można tak powiedzieć. Zawodowo zajmuję się badaniem magii w jej wszelkich formach – odpowiedział łagodnie. 

– Jak jest w Chinach? Mają tam szkoły jak nasza? – nie odpuszczała Greengrass. 

– Niezupełnie. W Azji edukacja młodych czarodziei różni się od tej europejskiej. Tam wierzą, że magia nie jest siłą samą w sobie, a tylko jednym z elementów prawdziwego potencjału tkwiącego w każdej żywej istocie. Dużo więcej uwagi poświęcają ćwiczeniom, mającym wzmocnić nie tylko ciało, ale i ducha. Azjaci powszechnie uważają, że jedynie silny duchem czarodziej jest w stanie wyzwolić swoją pełną moc i stać się jednością z magią. 

Nim Tea się spostrzegła, Ethan został pochłonięty przez nieustający wir ciekawskich pytań. Z godną pozazdroszczenia pewnością siebie, opowiadał niebywałe wręcz historie, których doświadczył, błąkając się po świecie. Luther faktycznie dużo podróżował i zajmował się badaniami przez niemalże całe swoje życie, pełniąc funkcję badacza-archeologa na usługach rozmaitych Ministerstw i prywatnych instytucji. Oczywiście nie robił tego z dobrego serca. Wykorzystywał swoją pozycję jednego z najlepszych łamaczy klątw, by osiągnąć własny cel, bez świadków patrzących mu na ręce. Snując powieści, wciągnął młodzież w tajemniczy świat wykopalisk, zapomnianych miast, opuszczonych świątyń i ciągnących się kilometrami, niezbadanych jaskiń – był w tym aż za dobry. Wyciągnął ze swej niewielkiej torby album i rozłożył go przed Ślizgonami, umożliwiając im swobodne przejrzenie kolekcji fotografii z różnych zakątków świata. Ethan miał słabość do zdjęć i dość chętnie się nimi dzielił. Uczniowie, z wypiekami na twarzach, wypytywali go uwiecznionych na fotografiach ludzi i magiczne stworzenia, których wcześniej nie widzieli w żadnych podręcznikach. Luther cierpliwie odpowiadał, przywołując dawno już zsunięte na granice pamięci wspomnienia. Błękitnooka chciała tego, czy nie po raz kolejny dała się porwać jego historiom. Większość z nich słyszała już kilkanaście razy, ale radość w głosie kuzyna sprawiała jej tak wielką przyjemność, że gotowa była wysłuchiwać ich po granice wieczności. Ethan, jak przystało na mężczyznę przygotowanego na każdą ewentualność, do późnych godzin nocnych zabawiał uczniów rozlicznymi opowiastkami, które były ledwie ułamkiem czasu, jaki spędził na ziemi. Znużenie w końcu zaczęło dawać we znaki czarodziejom. Draco niespokojnie przecierał oczy, usiłując zmusić ociężałe powieki do współpracy, a Blaise oparł policzek o ramię łóżka, powstrzymując głowę przed opadnięciem na pierś. Dafne z podkrążonymi oczami i błędnym uśmiechem, uparcie wpatrywała się w Luthera, nie chcąc stracić ani jednego z wypowiadanych przez niego słów. Pierwszy wstał Zabini. 

– Zasiedzieliśmy się. Pewnie chciałby pan porozmawiać z Teą w cztery oczy. Ruszcie się, czas na nas! – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu. 

Malfoy, nie zwlekając, już po chwili stał obok przyjaciela, wyciągając zesztywniałe ramiona. Greengrass mniej pewnie zebrała się z dywanu – była zmęczona to prawda, ale fascynował ją Luther. Zwiedził prawie cały świat! Spotkał tylu interesujących ludzi i widział mnóstwo ciekawych miejsc! Chciała jeszcze o tym wszystkim posłuchać…

– Będzie pan tu jeszcze jutro, prawda? – odezwała się spuszczając wzrok. 

– Myślę, że tak. Profesor Dumbledore pozwolił mi zostać do poniedziałku, dłużej niestety nie mogę odwlekać wyjazdu. 

– Moglibyśmy jeszcze jutro wieczorem z panem posiedzieć? – blondynka zerknęła na Gallateę, która uniosła kciuki na znak przyzwolenia. 

Ethan roześmiał się cicho. Nie sądził, że zrobi aż takie wrażenie na dzieciakach, ani że ich towarzystwo nie będzie mu przeszkadzało. Sympatycznie było czasem mieć grono zainteresowanych słuchaczy. 

– Będę zaszczycony. Wezmę więcej albumów, żebyście mieli co oglądać. 

Ślizgoni uprzejmie pożegnali Dumbledore oraz jej gościa, życząc im spokojnej nocy i wyszli, kierując się do swoich sypialni. Po ich odejściu Lady zamknęła drzwi, zabezpieczając je dodatkowo blokującym zaklęciem – nikt nie powinien być świadkiem jej rozmowy z Lutherem. Odwróciła się w stronę brązowowłosego, nie mogąc przestać się uśmiechać, widząc znużenie na jego twarzy. 

– Wykończyli cię? – zaśmiała się, siadając na łóżku. 

– Ciekawskie z nich stworzenia, ale całkiem sympatyczne. 

Ethan wstał i zrzucił z ramion dopasowaną, grafitową marynarkę. Rozpiął wprawnie dwa górne guziki czarnej koszuli, po czym podwinął rękawy, odsłaniając umięśnione ręce. Płomiennowłosa spojrzała na jego lewe przedramię, zawieszając wzrok na wytatuowanych na nim siedmiu znakach runicznych – stulecia temu wymyśliła autorskie zaklęcie ochronne i zaproponowała kuzynowi, że może mu je w ten sposób podarować na stałe. W tamtym okresie bardzo bała się o Ethana. Przez nieprzemyślany, choć szlachetny, gest ze strony jednego z Lutherów, czarodzieje rozpoczęli trwającą dość krótko obławę na nich – krótką…ale niebywale wręcz krwawą. Ona i jej brat Killian – za cichym wsparciem Ariena – zatroszczyli się o to, by zakończyć nagonkę możliwie jak najszybciej – zanim ucierpiałoby więcej niewinnych istnień. Odsunęła na bok ponure wspomnienia, jak to miała w zwyczaju. 

– Więc, co tak pilnego przygnało cię do Hogwartu?  – uśmiechnęła się pytająco. 

– Wiem już co pałęta się wśród tych murów. 

Dziewczyna wstała, zaniepokojona tonem kuzyna. Wystarczyło jedno zerknięcie w jego błękitne oczy, by wiedzieć, że był zdenerwowany i przejęty. Spodziewała się za chwilę usłyszeć najmroczniejsze spośród wieści. 

– Co to za bydle? – głos jej subtelnie zadrżał. 

– Bydle, to doskonałe określenie. 

Luther podniósł torbę, z której wyciągnął niewielki notatnik – znacznie grubszy niż być powinien, przez luźne kartki powtykane między strony. Podał go płomiennowłosej, nie mając sił na streszczanie jej wszystkiego od początku. Lady krążąc po pokoju zaznajamiała się z zapiskami, nerwowo przekładając kolejne strony. Z każdą kolejną kartką była coraz bardziej zła na samą siebie. Powinna się domyślić! Jakiegoż to innego potwora mógłby upatrzyć sobie cholerny Salazar Slytherin?! Rozedrganymi dłońmi oddała notatnik kuzynowi, nie chcąc dłużej patrzeć na ostateczny dowód szaleństwa, które pochłonęło jej niegdysiejszego ukochanego. 

– Bazyliszek…czego innego mogłam spodziewać się po Salazarze?! – zaśmiała się gorzko – Liczyłam na cokolwiek mniej śmiercionośnego.

– No to mamy niepodatnego na większość zaklęć, wytrzymałego, przebiegłego, jadowitego, olbrzymiego skrytobójcę. Przecież może być dosłownie wszędzie, a przed tym cholerstwem nie ma się nawet jak bronić. Nie dość, że sukinsyn jadowity jak nic innego, to jeszcze te zabójcze ślepia. Właśnie przez oczy początkowo odrzuciłem bazyliszka. On zabija, a nie petryfikuje. Potem doczytałem się w legendach, że można uniknąć śmiercionośnego spojrzenia, gdy nie spojrzy się w ślepia potwora bezpośrednio. Kilku badaczy wspominało w swoich zapiskach o rzadkich przypadkach petryfikacji po spotkaniu z bazyliszkami. Wszystko zaczęło do siebie idealnie pasować. Pierwszy chłopiec musiał spojrzeń na gadzinę przez obiektyw aparatu, drugi przez tego nieszczęsnego ducha. To ich uratowało. O czym ten kretyn myślał, kiedy zamknął tu tę cholerną bestię?!

– Salazar chciał mordować niegodnych nauk magicznych, a nie ich straszyć. Nie mógł wybrać skuteczniejszej bestii – podsumowała westchnieniem. 

– Zastanawia mnie, czemu ta gadzina miałaby być posłuszna jego woli nawet teraz, skoro jej pan od wieków nie żyje. 

– Slytherin potrafił być bardzo przekonujący, wierz mi. Doskonale wiedział co robi, decydując się na to, a nie inne stworzenie. W całym swoim życiu widziałam tylko jednego bazyliszka. Znajomy czarodziej wezwał mnie, ponieważ mieszkańcy jego wioski nie mogli sobie poradzić z falą dziwnych zaginięć na bagnach, kilometr za wsią. Kto tam szedł, już nie wracał, a wszelki ślad po nim ginął. Łaziłam po tych rozlewiskach na ślepo, nie wiedząc nawet czego właściwie szukam. Po dwóch dniach bezowocnej wędrówki, znalazłam potencjalnego winowajcę na obrzeżach mokradeł. Słabego, starego, oślepionego Króla Węży. 

– Jak go zabiłaś? – brązowowłosy nie ukrywał zainteresowania. 

– Nijak. Było mi go szkoda i zabrałam go ze sobą do rezydencji – wzruszyła obojętnie ramionami. 

– Znalazłaś kilkunastometrową maszynę do zabijania i od tak zabrałaś ją do swojego domu? Erin, osłabiasz mnie! – zaśmiał się sucho Luther. 

– Był stary i wygłodniały, a przez ślepotę stracił swój główny atut łowiecki. Co miałam zrobić? Porzucić go na tych bagnach, żeby zdechł z głodu w męczarniach? 

– Chyba całkiem nieźle szło mu polowanie, skoro zdołał zabić kilka osób! – uniósł się mężczyzna. 

– Powiedziałam, że znalazłam POTENCJALNEGO winowajcę. Regem akurat nie miał nic wspólnego z zaginięciami. Źródłem problemu okazał się wyjątkowo nieprzyjemny czarnoksiężnik, z niewielkim stadkiem oddanych Inferiusów na usługach. Zablokowałam mu możliwość korzystania z magii i po problemie. Z gburowatego czarnoksiężnika, zrobił się poczciwy staruszek. 

– Chwila, Erin! Czy ty dałaś temu bazyliszkowi imię? 

– Nie, dlaczego? Sam mi się tak przedstawił. Dostał imię od swego pana, który niestety zmarł zostawiając Regema samego. Żył sobie spokojnie w lasach koło rezydencji przez prawie dwadzieścia lat i nigdy nie sprawiał mi żadnych problemów. Poleciłam skrzatom, by go dokarmiały, żeby nie musiał sam polować. Często go odwiedzałam i słuchałam opowieści o jego panie, którego zawsze ciepło wspominał. Tęsknił za nim…bardzo tęsknił. Nie chciał dużej żyć samotnie, wyczekując dnia, w którym umrze i ponownie spotka się ze swoim panem. Moim zdaniem Regem został odpowiednio wychowany przez swojego pana, dlatego był z nim aż do tego stopnia związany. Nie wiem, czy bazyliszki potrafią kochać, ale Regem kochał z całą pewnością. Salazara nie podejrzewam o podobną cierpliwość i miłosierne podejście do zwierzęcia. Bardziej skłaniałabym się ku jakiemuś zaklęciu. 

– Bazyliszki są odporne, przypominam. 

– Nie na wszystkie typy zaklęć, mądralo, ale tego nigdy niestety dokładnie nie zbadano. Młodszy i nie tak skrajnie wycieńczony jak Regem bazyliszek, nie zawahałby się zabić wszystkiego, co się rusza w promieniu kilometra. Są dość wrażliwe na wężoustych, ale nie na tyle, by jakiś głupiec zaryzykował bliski kontakt z dorosłym osobnikiem. To chyba jeden z najbardziej niewdzięcznych gatunków do badania. Rozmawiałeś o tym z Albusem? 

– Tylko pobieżnie. Erin…jest jeszcze coś o czym muszę ci powiedzieć…

                     – Możesz mi to wyjaśnić, Albusie?!

Lady Crown wtargnęła do gabinetu dyrektora, nie trudząc się nawet pukaniem. Była wściekła! Wciekła na niego i jego lekkomyślność! Zdecydowanie zbyt beztrosko podszedł do spotkania z Phoenix’em, gdyby to nie był Arien…wszystko mogłoby się zdarzyć. Złagodniała widząc wpatrujące się w nią, nieoczekiwane pary oczu. W pomieszczeniu na fotelach siedzieli już Snape i McGonagall, a między nimi ten, którego pojawienie się wywołało wzburzenie. Dragan z nieodłącznym papierosem w zębach, uśmiechał się do niej przepraszająco, wiedząc doskonale o tym, jak bardzo zdenerwować ją musiało bycie postawioną przed faktem dokonanym. Lordowie jak zwykle postawili na swoim, mieszając się w sprawy siostry, nawet pozornie wcale się w nie nie wtrącając. Dumbledore widząc przyjaciółkę wstał ze swojego miejsca i podszedł do niej, delikatnie obejmując ją ramieniem. Nie wyzwoliła się z objęć, ani nie obrzuciła go gniewnym spojrzeniem, co uznał za dobry znak. Nienachalnie poprowadził dziewczynę do wolnego miejsca, chcąc zapewnić jej jako taki komfort podczas czekającej ich rozmowy. 

– Proszę cię, Erin, pozwól profesorowi wytłumaczyć – Ethan stanął za płomiennowłosą, uspokajająco gładząc jej ramię. 

– Vallerin, jakiś czas temu dostałem zaproszenie do jednej z kawiarni przy Pokątnej. Wiadomość dostarczył mi Fewkes, ale zamiast podpisu na zaproszeniu widział jedynie symbol twojego rodu. Wiedziałem, że nie pozwoliłabyś mi iść samotnie, obawiałem się jednak, że dla zapraszającego twoja obecność mogłaby okazać się…kłopotliwa, dlatego przekonałem pana Luthera, żeby poszedł ze mną. Nie wiń go, proszę. Nalegałem, żeby o niczym ci nie mówił, do póki nie przekonamy się kto mnie wezwał i w jakim celu. W kawiarni czekał na nas twój brat, Lord Arien. Poinformował mnie, że ród Phoenix niechętnie patrzy na twoją obecność w Hogwarcie, a pozostali Lordowie już planowali wtrącić się w sprawy szkoły, żeby wpłynąć na twoją decyzję o udzieleniu nam pomocy w sprawie pana Pottera. Lord Arien zaoferował, iż przekona ich do wstrzymania się pod warunkiem, że zgodzę się na obecność Dragana Luthera w szkole. Chciał dzięki temu zdobyć argument do dyskusji z braćmi, a ja jak widzisz, zgodziłem się przyjąć jego warunki.

Lady odetchnęła głęboko i powoli wypuściła powietrze, uspokajając narastającą frustrację. Spodziewała się, że prędzej czy później bracia dowiedzą się o jej poczynaniach i podejmą kroki, żeby jej przeszkodzić. Była pewna, że nie kierowała nimi złośliwość tylko troska, w ich wykonaniu przybierająca czasem bardzo niezręczne formy. W pełni rozumiała dlaczego Albus przystał na warunek Ariena, doskonale wiedząc, że nie miał w tej sytuacji innego wyboru – albo zgodziłby się na obecność Dragana, albo musiałby przetrwać najazd Phoenix’ów na Hogwart. Bracia nie mogli zmusić jej do opuszczenia szkoły, jednak znając ich metody zrobiliby wszystko, żeby utrudnić życie Dumbledore’owi do tego stopnia, by sam zmuszony był poprosić ją o odejście. Lordowie działali szybko, bezwzględnie i skutecznie, jeśli na czymś im zależało, wykorzystując bezlitośnie wpływy, które cały czas posiadali. W najgorszym przypadku mogliby nawet doprowadzić do zamknięcia Hogwartu. Nie miała żalu do Ethana. Po prawdzie cieszyła się, że nie pozwolił iść Albusowi samotnie – znał Lordów na tyle dobrze, żeby nie ufać przesadnie w ich pokojowe zamiary. Wiedziała, że kuzyn musiał bardzo przeżywać działanie za jej plecami i by okazać mu brak pretensji, uścisnęła lekko jego dłoń. Uśmiechnęła się do niego, słysząc ciche westchnienie ulgi. 

– Nie mam powodu, żeby złościć się na Ethana. Zrobił dokładnie to, co do niego należało. Jak planujesz rozwiązać tę sytuację, Albusie? – zwróciła się do dyrektora. 

– Uzgodniłem już wszystko z Minervą i Severusem. Przygotowaliśmy dokumenty, świadczące o przeniesieniu pana Luthera z Ilvermorny. Póki co dołączy do uczniów szóstego roku, a później zostanie w Hogwarcie jako przyszły nauczyciel eliksirów, praktykujący u boku Severusa. Pan Luther zapewnił nas, że eliksiry nie stanowią dla niego większego problemu. 

– Co ty na to, Dragan? – panna Crown spojrzała na przyjaciela. 

– Lepsze już chyba moje towarzystwo od tych narwanych skamielin, co mała? Raven zajmie się tymczasowo moją robotą, więc tu problemu też nie ma. Udawanie gówniarza może być całkiem zabawne! – roześmiał się.

– To jak mam się do ciebie zwracać? – zapytała z uśmiechem. 

– Po staremu. Nie sądzisz chyba, że kiedykolwiek posługiwałem się prawdziwą tożsamością. W moim biznesie nie tak się załatwia interesy, śliczna! 

Vallerin zaśmiała się perliście. Rzeczywiście “biznes” w który uwikłany był Dragan rządził się mocno nietypowymi prawami. W szeregach półświatka jej przyjaciel znany był pod pseudonimem Kolekcjoner, a jako że był wybitnie uzdolnionym metamorfomagiem, szczerze wątpiła, by kiedykolwiek zapomniał o zmianie wyglądu, lub użył swojego prawdziwego imienia – był na to zdecydowanie za sprytny. Niektórzy przypuszczali, że Kolekcjoner pochodził z rodu Luther, ale powszechnie uważano go za mężczyznę starszego albo zwykłą legendę – swoistego rodzaju straszak na zbyt ambitnych, młodych awanturników. Dodatkowo w Stanach, skąd pochodzić miał nowy uczeń, nazwisko Luther było dość powszechne. Wszystko było tu pięknie przemyślane, a ona podejrzewała, że turkusowooki skutecznie maczał w tym palce – jak zawsze. 

– W porządku, kiedy zaczynamy przedstawienie? – zerknęła na Dumbledore’a. 

– Pana Luthera oficjalnie przedstawię na poniedziałkowym śniadaniu. Została nam jeszcze jedna formalność. Przydział. 

Staruszek podszedł do miejsca, w którym spoczywała Tiara i ostrożnie uniósł kapelusz. Niespiesznym krokiem podszedł do kruczowłosego, który patrzył to na Albusa, to na czapkę z niemałym rozbawieniem. Irytowały go takie pozbawione znaczenia rytuały, uważał je bowiem za całkowitą, śmieszną stratę czasu. 

– Chyba żartujesz, Siwobrody – turkusowooki zaśmiał się w nieprzyjemny, ostrzegawczy sposób. 

– Dragan! – Lady Crown napomniała go ostrym tonem. 

– Dobrze już, weź się nie wściekaj, mała! Upierdliwe zabobony… – wymruczał pod nosem. 

Pomimo niechęci pozwolił w końcu, by Tiara spoczęła na jego głowie. Roześmiał się w głos, nie mogąc przestać przez dobrych kilka minut. Cokolwiek powiedziała mu Tiara, musiał uznać to za wybitny żart. 

– Profesorze Dumbledore, czy jesteś tego pewien? Ten chłopak to same kłopoty! Oj, wielkie kłopoty…

Wypowiedziane przez kapelusz słowa rozbawiły Ethana i Vallerin – Tiara nawet się nie spodziewała, że to co ujrzała było zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Ułamkiem całości, który Dragan zdecydował się jej ukazać. Nauczycielom nie było natomiast do śmiechu. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, żeby Tiara ostrzegała przed przyjęciem nowego ucznia, ani by jej głos był tak…przerażony. Kimkolwiek był ten chłopak, zapraszając go do szkoły wręcz prosili się o problemy, z którymi mogli sobie nie poradzić. Albus westchnął przeciągle. Nie brał zbyt poważnie ostrzeżeń zaczarowanego kapelusza, ufając, że Lordowi Arienowi nie bez przyczyny zależało właśnie na obecności Dragana, a nie Ethana. Cokolwiek kierowało Phoenix’em…chciał się o tym przekonać na własnej skórze. 

– Proszę cię, Tiaro… – wyszeptał znużony. 

– Wybacz mi proszę, profesorze Snape. SLYTHERIN!!!

McGonagall odetchnęła głośno, z wyraźną ulgą i obdarzyła usatysfakcjonowanym uśmiechem, jak zawsze skwaszonego, Severusa. Podświadomie obawiała się młodego mężczyzny o tych przedziwnych, demonicznych oczach i cieszyła się, że to nie jej przypadnie w udziale ewentualne poskramianie jego zapędów. Nie wiedziała dlaczego Tiara myślała o nim jako o źródle kłopotów, a przekonywać się nie chciała. Dumbledore zdjął Tiarę z głowy Dragana i uciągnął ku niemu dłoń. 

– Witamy w Hogwarcie, panie Luther – uśmiechnął się ciepło. 

Młodzieniec uścisnął prawicę czarodzieja, racząc go szelmowskim, niepokojącym półuśmieszkiem, po czym spojrzał na Severusa. Mistrza eliksirów, pomimo pozornej bierności, coś aż nosiło. Nie lubił, gdy patrzono na niego w tak lekceważący, pełen politowania sposób – przywoływało to przykre wspomnienia ze szkolnych lat, do których usilnie nie chciał wracać. 

– Będziesz miał ze mną wesoło, Nietoperzu – turkusowooki mrugnął do niego. 

– Na miłość Merlina, Dragan! Jeszcze pięć minut nie minęło od twojego oficjalnego przyjęcia, a ty już zaczynasz? Nie możesz zwracać się do wszystkich jakimiś wymyślonymi pseudonimami – jęknęła panna Crown. 

– Ale o co ci chodzi, mała?! No powiedz mi, że on nie wygląda jak nietoperz! Gacek jak się patrzy! 

– Dragan! – płomiennowłosa podniosła nieznacznie głos. 

– Upierdliwe…cholernie upierdliwe – wymamrotał pod nosem kruczowłosy, pocierając dwoma palcami lewą skroń. – Niech będzie. Będzie pan miał ze mną wesoło, profesorze Snape. 

– Nie wątpię – syknął nauczyciel, nie komentując całej wcześniejszej sprzeczki. 

– Gotowe! Zadowolona jesteś? – turkusowooki gwałtownie odwrócił się w stronę Vallerin. 

– Tak trudno ci było zachować się jak należy? Póki tu jesteś masz się pilnować, debilu. 

Lady delikatnie kopnęła nogę krzesła, na którym siedział Dragan. Luther na oczywistą zaczepkę zareagował tylko cwaniackim uśmieszkiem. Na początku niezbyt spodobała mu się wizja siedzenia na tyłku w jakimś zamku, gdy dokoła miał mnóstwo ciekawszych zajęć, ale obietnica spędzenia tego czasu z jego płomiennowłosym aniołem, całkowicie go kupiła. Trochę już minęło od kiedy mogli spędzić razem więcej czasu i brakowało mu przepychania się z Vallerin, rozmów o wszystkim i niczym, wspólnego śmiechu…Tęsknił za nią, a teraz miał okazję nadrobić trochę stracony czas. 

– Kretynka – puścił przyjaciółce oczko. 

– Idiota – odpowiedziała mu łagodnie, ze szczerym uśmiechem. 

– Karzełek – wychylił się bliżej niej i objął ją ramieniem. 

– Półgłówek. 

– Kujon. 

– Mięśniak! – dziewczyna mocno wbiła palce między żebra chłopaka, który aż podskoczył. 

– Nie ma atakowania z zaskoczenia, podstępna żmijo! – roześmiał się. 

– Jesteś w Slytherinie, przywyknij. Albusie, czy to już wszystko? 

– Pozwól, że zajmę ci jeszcze chwilę, moja droga. Przy śniadaniu zamierzam wspomnieć, iż liczę na to, że jako moja wnuczka zaopiekujesz się nowym uczniem. Dzięki temu reszta naszych podopiecznych nie będzie podejrzliwie patrzyła na to, ile czasu spędzasz z panem Lutherem. 

– Dyrektorze, skoro mam być pańskim uczniem, to darujmy sobie zwracanie się do mnie per pan. Niepotrzebna komplikacja. Dragan w zupełności wystarczy. 

Albus skwitował te słowa jedynie nieznacznym potaknięciem, nie wiedział bowiem, jak powinien interpretować ton turkusowookiego. Niby mówił ciepło i spokojnie, ale w jego głosie dało się słyszeć poirytowaną, pełną odrazy nutę, której źródła nie znał. Zamiast się nad tym zastanawiać, zwrócił się do przyjaciółki i Ethana. 

– Dragan nie ma wymaganych w szkole przyborów i podręczników. Vallerin, panie Luther, czy zgodzicie się jutrzejszego ranka wybrać się z naszym nowym uczniem na Pokątną po zakupy? 

– Z przyjemnością! – klasnęła w dłonie dziewczyna. 

– Nie zostawię Erin sam na sam z tym świrem – mruknął ostro Ethan. 

ZAKUPY

                    Vallerin, Ethan i Dragan spacerowali powoli po Pokątnej. Mieli już za sobą najbardziej męczącą część zakupów, z tymi wszystkimi kociołkami, piórami, podręcznikami, pergaminami i innymi przyborami pierwszej potrzeby, a zostało im jedynie wybranie stosownych szat. Kruczowłosy jak mógł wzbraniał się przed wejściem do Madame Malkin, nie mając ochoty na wciskanie się w szkolny mundurek, który uznawał za nieskończenie nudny. Nie mógł jednak odmówić, gdy Lady Crown złapała go za dłoń i niemalże siłą zaciągnęła do sklepu. Zaraz po przekroczeniu progu wyszła im na spotkanie właścicielka w osobie starszej kobiety, odzianej w wyjątkowo wymyślną, ciemnofioletową szatę. Jej otoczone siatką zmarszczek oczy zalśniły, gdy zobaczyła młodziutką czarownicę w towarzystwie dwóch przystojnych mężczyzn. Pamiętała tę dziecinkę bardzo dobrze – tak urodziwej buzi się nie zapominało. Kobieta odrzuciła zalotnie szal, przysłaniający jej ramiona, i uśmiechnęła się do płomiennowłosej. 

– Panna Dumbledore! W czym mogę ci służyć, kochaniutka? Potrzebna ci szata galowa albo nowy płaszczyk? Mam kilka interesujących modeli. 

– Dzień dobry, madame Malkin. Dziś nie chodzi o mnie! Potrzebujemy standardowych szat dla mojego nowego kolegi – błękitnooka odpowiedziała z uśmiechem, wskazując na Dragana. 

– Och tak, tak. Zapraszam na taboret, kochaniutki. 

Turkusowooki, ciskając gromami z oczu, wszedł na niewielki stołeczek. Cierpliwie czekał, aż ta stara wiedźma skończy swoją robotę, jednak madame nie zamierzała się spieszyć. Urzeczona urodą mężczyzny, działała bardzo powoli i dokładnie – zbyt dokładnie. Choć zazwyczaj tego nie robiła, tym razem zrezygnowała z magii, własnoręcznie wodząc dłońmi po wyrzeźbionym, muskularnym ciele Luthera. Nie dało się nie zauważyć jak intensywnie oddziaływał na nią magnetyczny, delikatnie demoniczny urok Dragana. Szczebiotała co ślina jej na język przyniosła, uwijając się niespiesznie przy chłopaku. Ethan nie miał najmniejszego zamiaru próbować wstrzymywać rozbawienia. Śmiał się w najlepsze, widząc rosnące niezadowolenie na twarzy turkusowookiego – kruczowłosy nigdy nie przepadał za dotykiem i w chwili obecnej wkładał całą swą wolę w powstrzymanie się od połamania tej nachalnej babie rąk. Erin także ciężko było się powstrzymać od ukradkowego śmiechu. Od jutra spodziewała się istnych cyrków w dormitorium Slytherinu. Wszyscy mężczyźni z rodów Phoenix i Luther odznaczali się wyjątkowo dobrą prezencją, jednak Dragan zawieszał poprzeczkę jeszcze wyżej, przyćmiewając swą urodą nawet jej braci. Madame w końcu raczyła skończyć uwijanie się przy Lutherze i z zadowolonym uśmiechem poleciła im zaczekać około pół godziny na szatę, nie szczędząc uwagi na temat doskonałych wymiarów przystojnego młodzieńca. Czym prędzej opuścili sklep, a nie mając nic lepszego do roboty, poszli do jednej z kawiarenek, żeby zabić czas przy filiżance kawy. Vallerin jako że wciąż wyglądała jak dziewczynka, musiała zadowolić się lodami kawowymi, zamiast jak towarzysze delektować się smakowicie pachnącym, aksamitnie czarnym, zbawiennym napojem. Lady nieoczekiwanie poderwała się od stolika. 

– Prawie zapomniałam! Pobiegnę jeszcze raz na chwilę do księgarni. Miałam rozejrzeć się za książką, którą chciała Dafne. Zaczekajcie tutaj. 

Mężczyźni zgodnie potaknęli i był to ostatni moment zgody między nimi. Gdy płomiennowłosa zniknęła im z oczu, Ethan mocno chwycił Dragana za kołnierz i przyciągnął go do siebie gwałtownym szarpnięciem. Ostrzegawczo wpatrywał się w spokojne, turkusowe oczy. 

– Nie obchodzi mnie, dlaczego Arien wybrał właśnie ciebie, gnoju. Vallerin jest najważniejsza, rozumiesz? Gdzieś mam twoje cholerne humorki i posrane rozrywki! Masz się nią opiekować, dociera? – warknął nieprzyjemnie. 

Kruczowłosy strząsnął jego dłonie i szybkim ruchem chwycił szyję Ethana, wbijając mocno palce w jego szyję. Poprawił koszulę, uśmiechając się półgębkiem do oponenta. Obydwaj wiedzieli doskonale, że Dragan w tym momencie mógłby zwyczajnie zacisnąć dłoń, łamiąc kręgi brązowowłosego niczym zapałki. Ethan spiął się mimowolnie.

– Co się dygasz? Gdybym chciał cię zabić – Dragan oblizał subtelnie dolną wargę – znalazłbym najwymyślniejszy i najboleśniejszy sposób rozerwania cię na strzępy. Kawałek po kawałku, tak żebyś był świadom do samego końca. Nie wchodź mi w drogę i nie pouczaj mnie w sprawie Vallerin, zrzędo. Nigdy jej nie zawiodłem, ani nie naraziłem i nigdy do tego nie dopuszczę. Nie jestem tobą, – turkusowooki odepchnął niebieskookiego, uśmiechając się z pogardą – braciszku. 

                      Z zakupów Lady i Ethan wrócili w mocno popołudniowych godzinach. Dragan odłączył się od nich zaraz po odebraniu szat, chcąc jeszcze wrócić do rezydencji i zabrać z niej kilka rzeczy. Merlin jeden wiedział, co upchał do kufra, a błękitnooka wolała nie pytać – czasem lepiej było nie wiedzieć, zwłaszcza, kiedy chodziło o turkusowookiego. Po powrocie do Hogwartu płomiennowłosa i Ethan jeszcze przechadzali się szkolnymi korytarzami, rozmawiając swobodnie. Luther słowem jej nie wspomniał o sprzeczce w kawiarni, nie chcąc przysparzać kuzynce zmartwień. Sam włożył wiele wysiłku, żeby zdławić złość i zachowywać się, jak na dorosłego człowieka przystało. Dragan miał zaszyć się w jednej z wolnych, nauczycielskich sypialni i pozostać tam w ukryciu aż do jutrzejszego ranka. Odrobinę martwiło to błękitnooką – dobrze wiedziała, jak kiepsko kruczowłosy znosił nudę – gdy tylko poczuł się znudzony, w jego głowie rodziły się kolejne, diaboliczne pomysły, a nie czuł najmniejszego oporu przed wprowadzaniem ich w życie. Taką już miał naturę. Uwielbiał chaos i zamieszanie, uważając je za doskonałą zabawę – takie właśnie upodobania różniły go od pozostałych Lutherów, którzy z reguły cenili sobie spokój. Była pewna, że obecność Dragana w Hogwarcie wniesie w mury szkoły niebezpieczną dawkę niesubordynacji. Biedny Severus…chociażby udawanie, że ma się jakąkolwiek kontrolę nad Draganem było wyczerpującym, daremnym zajęciem. Ethan dostrzegając zamyślenie dziewczyny popchnął ją na ścianę delikatnym ruchem biodra. Ognistowłosa uratowała się od zderzenia z zimnym kamieniem instynktowym wyciągnięciem rąk i z rozbawieniem spojrzała na kuzyna. 

– Nie myśl tak intensywnie, bo się zadręczysz. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Poradzimy sobie ze wszystkim, jak zawsze – uśmiechnął się mężczyzna.

– Mogłabym to samo powiedzieć tobie! Jesteś gotów na wieczór spędzony wśród ciekawskich dzieciaków? – sprawnie zmieniła temat. 

– Bardziej gotowy już nie będę. Muszę jeszcze porozmawiać z dyrektorem. Chcę przekazać mu wszystkie swoje notatki i dać parę rad, jak radzić sobie z tym gnojkiem – warknął, wspominając Dragana. 

– Odprowadzę cię pod gabinet. 

Lady chwyciła dłoń mężczyzny, który mocno oplótł jej palce swoimi. Nigdy by tego dobrowolnie nie przyznał, ale chodzenie w ten sposób z Lady w jej dziecięcej postaci, wydawało mu się jedną z najbardziej uroczych rzeczy na świecie. Pogrążeni w rozmowie spacerowali wolnym krokiem w kierunku gabinetu Albusa, lecz zatrzymały ich trzy uczennice – na oko mogły być z 5 może 6 roku. Najśmielsza z nich, nosząca barwy Ravenclawu brunetka, uśmiechnęła się delikatnie do Ślizgonki i jej intrygującego towarzysza. 

– Proszę wybaczyć, że przeszkadzamy. Zastanawiałyśmy się z koleżankami, czy jest pan może nowym nauczycielem? – z nadzieją w ciemnych oczach spojrzała na Ethana. 

– Muszę niestety panie rozczarować. Składam jedynie wizytę kuzynce oraz dyrektorowi Dumbledore’owi. Nie nadawałbym się na nauczyciela – Luther uśmiechnął się ciepło do dziewcząt. 

No tak…cyrk już się zaczynał, a Ethan był dopiero preludium tego, co zapewne zacznie dziać się od poniedziałku. Jeszcze przez kilka minut wymieniał niezobowiązujące grzeczności z uczennicami, uważając, żeby nie podać o sobie zbyt wielu informacji. Doskonale wychodziła mu poza tajemniczego, dojrzałego przybysza. Znudzona Tea szarpnęła delikatnie jego ręką. 

– Wybacz – uniósł dłoń kuzynki i ucałował ją subtelnie, czym wzbudził jęk zachwytu wśród młodych czarownic. – Przepraszam, drogie panie, ale czas na mnie. 

Uprzejmie pożegnał dziewczęta i uścisnął płomiennowłosą, po czym poszedł samotnie w stronę wejścia do gabinetu. Panna Dumbledore odprowadziła go wzrokiem i uśmiechnęła się do uczennic, odchodząc w stronę zejścia do lochów, gdy mężczyzna zniknął jej z oczu. Ethan zawsze był miły dla ludzi, chociaż bił od niego chłodnawy dystans – kwestia nienagannego wychowania i wpływu Ariena. Ethan nie potrafił po prostu odejść nawet, gdy przeciągająca się rozmowa go nużyła, nie był bowiem skłonny zachowywać się niczym ubogi w maniery cham. Błękitnooka wparowała do Pokoju Wspólnego, nie zwracając uwagi na innych Ślizgonów. Chciała tylko dostać się do swojego pokoju i trochę odpocząć. Przed zrealizowaniem planu powstrzymała ją Dafne, która dosłownie wskoczyła jej na plecy, niemalże przewracając je obie. 

– Gdzieś ty była? – zaśmiała się wprost do ucha koleżanki. 

– Pokazywałam Ethanowi szkołę – Tea odwróciła lekko głowę, by spojrzeć na uśmiechniętą twarz Greengrass. 

– Gdzie zgubiłaś kuzyna? – podszedł do nich Blaise. 

– Poszedł do dziadka. Jak zawsze jakieś sprawy dorosłych – wprawnie udała wzburzenie. 

– Ale przyjdzie wieczorem? – Malfoy wsparł się na ramieniu Zabini’ego. 

Pytania o Ethana ze strony Draco akurat się nie spodziewała. Poprzedniego wieczoru wydawał się umiarkowanie zainteresowany Lutherem, ale z nim nigdy nic nie mogło być do końca pewne. 

– Powiedział, że przyjdzie. Mówił nawet, że rano naszykował resztę albumów, żeby nie zapomnieć ich zabrać. Idziemy do mnie? 

Znajomi potaknęli. Siedząc w pokoju Dumbledore rozmawiali o głupotach, czekając na przybycie Ethana. Dafne od godziny marudziła, nie mogąc doczekać się wizyty Luthera, czym niezamierzenie dała chłopcom wyborny wręcz temat do żartów. Dokuczali blondynce, naśmiewając się z jej zainteresowania dużo starszym mężczyzną, którego przecież ledwo co poznała. Dla nich podobny sentyment był czymś dziwnym i niezrozumiałym. 

– I co się dziwicie, matołki? Dojrzały, przystojny, inteligentny, światowy facet na horyzoncie, a ja utknęłam w szkole z takimi chłopaczkami jak wy – burknęła Greengrass. 

Draco i Blaise roześmiali się zgodnie, nie zamierzając przestawać z kpinami. Ich zapał nieoczekiwanie ostudziła panna Dumbledore. 

– Nie widzę powodów do śmiechu. Dafne ma rację! Okrutny los z nas zadrwił, skazując na przebywanie z wami, kiedy świat pełen jest przystojniaków. 

Błękitnooka westchnęła teatralnie z ubolewaniem i oparła czoło o ramię koleżanki. Dafne podchwyciła temat, kładąc policzek na ognistych włosach Tei. W przerysowany sposób głaskała jej plecy, szepcząc słowa pocieszenie. Zabini sięgnął po leżącą na łóżku poduszkę i bez ostrzeżenia zdzielił nią obie dziewczyny po głowach. 

– Paskudy! – zaśmiał się głośniej. 

Malfoy szybko poszedł w ślady przyjaciela, uzbrajając się w poduszkę. Ślizgonki chcąc bronić się przed haniebną napaścią, złapały co miały pod ręką – podręczniki. Twardymi okładkami książek starały się osłonić przed zmasowanym, poduszkowym atakiem odbijając kolejne ciosy z głośnym śmiechem. Zabawa wciągnęła ich na tyle, że żadne z nich przez dłuższą chwilę nie zauważyło opartego o futrynę Ethana, który z uśmiechem na ustach przypatrywał się potyczce. Od bardzo dawna nie widział Vallerin tak radosnej i beztroskiej – chciał napatrzeć się na jej roześmianą buzię, póki jeszcze mógł. W końcu odchrząknął znacząco, zwracając tym na siebie spojrzenia uczniów i natychmiastowo kończąc wojnę. 

– Ethan, wchodź! Długo tam stoisz? 

Gospodyni uśmiechnęła się do niego, jednocześnie korzystając z nieuwagi Zabini’ego, by uderzyć go podręcznikiem w klatkę piersiową. Posłała chłopakowi zaczepne, zwycięskie spojrzenie, na które zareagował jedynie niedowierzającym kręceniem głową. 

– Dopiero przyszedłem. Może wrócę później? Nie chcę przerywać tak zaciętej bitwy. 

– Nie wygłupiaj się! 

Płomiennowłosa wstała zwinnie i wciągnęła Luthera do pokoju, zamykając za nim drzwi. Przez następne godziny wsłuchiwała się w dalszy ciąg opowieści o jego przygodach, co jakiś czas razem z Dafne oglądając zdjęcia. Dobrze, że Albus zawsze dbał o jej zapasy słodkości w pokoju. Ethan był tak dobry w przekazywaniu swoich historii, że po raz kolejny stracili poczucie czasu, wsłuchując się w jego głęboki, spokojny głos. Greengrass zasnęła na dywanie, z ręką położoną na jednym z albumów. Draco drzemał wsparty o brzeg łóżka, a Blaise przysypiał z głową zwieszoną na piersi, co jakiś czas z trudem uchylając powieki. Ethan wstał z fotela i uśmiechnął się delikatnie do kuzynki. 

– Czas na mnie. 

– Odprowadzę cię. 

Błękitnooka poderwała się z podłogi i mimo słabego protestu mężczyzny uparła się, że odprowadzi go chociaż do drzwi. Luther zatrzymał się na pierwszym stopniu i ujął dłonie dziewczyny, patrząc głęboko w jej lazurowe oczy. Nie chciał jeszcze się żegnać, ale wzywały go obowiązki, których nie mógł odkładać w nieskończoność. Już i tak zaniedbał swoją pracę, starając się pomóc w sprawach szkoły. 

– Gdyby ten smarkacz coś wywinął, daj mi znać. Zabiorę go stąd i jakoś wyjaśnię to Arienowi. 

Lady miała ochotę się roześmiać, ale powstrzymał ją poważny ton Luthera. Nienawiść tych dwóch do siebie nawzajem była problemem, z jakim starała się uporać od wieków – bez większych rezultatów. Po prostu nie mogli przebywać zbyt blisko siebie. Uśmiechnęła się lekko do mężczyzny, mocniej ściskając jego duże, silne dłonie. 

– Obiecuję, nie martw się. 

– Do zobaczenia, – nachylił się i musnął ustami jej porcelanowy policzek – Erin. 

Patrzyła z melancholijnym uśmiechem, jak schodził po schodach, zanim jednak zniknął w korytarzu, odwrócił się na moment. 

– Cieszę się, że znalazłaś przyjaciół. To dobre dzieciaki, troszcz się o nie. 

Po tych słowach odszedł…ot tak. Jak zwykle zjawił się w jej życiu na krótką chwilę, żeby odejść z niego bez słowa, nie zapowiadając kiedy wróci. Tea póki co nie była w stanie rozmyślać o tym gorzkim cyklu powrotów i rozstań. Przyjaciele – to słowo, wciąż obijało się w jej głowie, nie mogąc znaleźć stabilnego miejsca. Z jakiegoś powodu wydawało jej się wyjątkowo wręcz niebezpieczne. Od dłuższego czasu nie nazwała nikogo przyjacielem. Miała Ethana, Dragana, Albusa i w pewnym sensie Severusa. Czy potrzebowała kogoś więcej? Otępiała wróciła do pokoju i oparła się plecami o zamknięte drzwi, patrząc na śpiących Ślizgonów – wesołą bandę dzieciaków, wśród których czuła się coraz lepiej. 

– Przyjaciele – wyszeptała sama do siebie. 

                     Wczesnym rankiem prefekci domów wygłosili w swoich dormitoriach oficjalne oświadczenie, wzbudzając powszechne zainteresowanie wśród szkolnej gawiedzi. Dyrektor Dumbledore uprzejmie prosił wszystkich uczniów o stawienie się na śniadaniu. Zaintrygowani powodem takiego zebrania uczniowie, zgodnie z poleceniem, zebrali się walnie w Wielkiej Sali punkt o wskazanej godzinie. Niektórzy zagadywali Teę, chcąc się dowiedzieć o co mogło chodzić, ale dziewczyna uparcie zbywała ich twierdząc, że nie ma pojęcia. Również nauczyciele wydawali się nieco zdezorientowani, nerwowo kręcąc się przy swoim stole – dyrektor nie miał w zwyczaju organizowania wystąpień podczas śniadań, uznając porę obiadową za odpowiedniejszą do takich rzeczy. Albus efektownie spóźnił się kilka minut, wkraczając do Sali niczym burza, jednak cała uwaga zebranych zamiast na nim, skupiła się na chłopaku idącym za czarodziejem. Płomiennowłosa zaśmiała się w duchu, słysząc podniesione głosy i falę zachwyconych westchnień, które zburzyły ciszę Sali. Trzeba było przyznać Draganowi, że pierwsze wrażenie to on umiał zrobić. Niby był ubrany w mundurek z emblematami Slytherinu, ale nosił go w swoim stylu: z nonszalancko niezawiązanym krawatem; porozpinanymi trzema górnymi guzikami koszuli i skórzaną, czarną kurtką przerzuconą niedbale przez ramię. Podwinięte za łokcie rękawy koszuli, odsłaniały wytatuowane przedramiona z doskonale odznaczającymi się mięśniami oraz kilkoma tatuażami. Szedł jak zwykle – twardym, dominującym krokiem z dumnie uniesioną głową – a jego kruczoczarne, długie włosy unosiły się i opadały w rytm chodu, wydobywając z niego zwinny urok. Dumbledore podszedł wprost do ustawionej wcześniej mównicy i gestem dłoni nakazał zebranym zachować milczenie. Dragan stanął tuż przy nim, obrzucając twarze uczniów obojętnym spojrzeniem. 

– Moi drodzy, dziękuję wam za przybycie o tej barbarzyńskiej porze! Dziś mamy szczególny dzień. Proszę, żebyście ciepło przywitali pana Dragana Luthera. Pan Luther przeniósł się do nas z Ilvermorny i począwszy od dzisiaj, dołączy do grona uczniów 6 roku. Jak zapewne zauważyliście, pan Luther zasili szeregi Slytherinu. 

Albus zrobił niezbyt długą pauzę i położył dłoń na ramieniu Luthera, ściskając je z uprzejmą troską. Kruczowłosy odpowiedział starcowi swoim firmowym, szelmowskim półuśmiechem, starając się nie roześmiać – okropnie bawił go ten cały ceremoniał i poważna atmosfera wokół niego. Z kilkunastu żeńskich gardeł wydarło się zgodne, przeciągłe westchnienie. 

– Gallateo, wstań proszę. 

Płomiennowłosa z idealnie udawanym zaskoczeniem, rozejrzała się po swoich znajomych i dbając o odpowiedni efekt, wstała niepewnie. Wbiła wzrok w Albusa, próbując nie patrzeć w stronę Dragana, żeby nie wypaść z roli. 

– Liczę na to, że dasz dobry przykład swoim koleżankom i kolegom, troszcząc się, by pan Luther zadomowił się w naszej szkole – Dumbledore uśmiechnął się ciepło, puszczając jej ukradkowe oczko. 

– Oczywiście, dyrektorze. 

Mogła być z siebie dumna, gdy mówiła głos zadrżał jej w bardzo naturalny sposób. Podtrzymując nastrój zdumienia, zerkała nerwowo na Ślizgonów, pozornie szukając u nich otuchy. Albus popchnął delikatnie Dragana w stronę stołu Slytherinu, dając mu do zrozumienia, co powinien zrobić. Turkusowooki nie tracąc nic z bijącej od niego pewności siebie, podszedł wprost do Tei. Niezmiernie śmieszyła go obecna sytuacja, jednak wiedział jak ważne dla jej misji jest zachowanie pozorów. Wyciągnął dłoń w stronę istoty, którą znał niemalże przez całe swoje życie, zupełnie jakby była dla niego obcą osobą. Dziwaczne uczucie…

– Dragan Luther – przekrzywił lekko głowę, uśmiechając się do dziewczyny. 

– Gallatea Dumbledore, ale mów mi proszę Tea. Siadaj z nami! 

Nie oczekując większej zachęty, przysiadł obok błękitnookiej i odwrócił się w jej stronę. Oparł łokieć o krawędź stołu, a podbródek wsparł na lewej dłoni. Z nieschodzącym uśmiechem, wpatrywał się uparcie w drobną twarz przyjaciółki. 

– Dumbledore mówisz. Dyrektor to jakiś twój krewny, czy zbieżność nazwisk? – uniósł zaczepnie brew. 

– Dyrektor Dumbledore to mój dziadek. 

– Farciarz… – wymruczał Luther. 

– Słucham? – płomiennowłosa zmarszczyła podejrzliwie brwi. 

– Nic takiego. Mówię tylko, że mam farta. Pierwszy dzień w nowej szkole i już dostała mi się śliczna niańka w pakiecie. 

Błękitnooka zaśmiała się mimowolnie. Z Draganem u boku jej szkolne życie z całą pewnością nabrać miało rumieńców. Przedstawiła mu swoich znajomych, nie zapominając o członkach drużyny, z Marcusem na czele – to był jednak dopiero początek. Wszyscy chcieli przywitać się z nowym uczniem i zamienić z nim kilka słów, póki co ignorując fakt, że był Ślizgonem. W szczególności na poznaniu nowego zależało dziewczętom, czego można było się spodziewać. Raczej nie zdarzało się, by ktoś w trakcie drugiego semestru zostawał przeniesiony, dlatego kruczowłosy budził aż taką ciekawość. Na początku Lutherowi podobało się takie zainteresowanie, jednak po powtórzeniu po raz 30 tego samego banału, stracił wszelką ochotę na ciągnięcie wymuszonych uprzejmości. Niespokojnie stukał widelcem w blat, prosząc wszystkie magiczne świętości, żeby nie pozwoliły mu udusić ciekawskich małolatów. Odpowiadając na pytania, nie patrzył nawet przelotnie na rozmówców, kompletnie nie zainteresowany tym kim byli i po co właściwie zakłócali jego spokój. Znalazł nową rozrywkę. Zaczął uparcie wpatrywać się w Malfoy’a – już go drażniły te szare, nadęte oczęta. Draco nie wiedząc jak się zachować, unikał jak mógł spojrzenia Dragana, ale niewiele mu to dawało – czuł się coraz bardziej niekomfortowo w jego towarzystwie. Gdy po raz kolejny grupka, tym razem ciekawskich Puchonów, podeszła do ich stołu Blaise stracił nad sobą panowanie i wstał gwałtownie. Rąbnął otwartymi dłońmi o blat. 

– Dacie mu chociaż chwilę spokoju? Nawet zjeść mu nie pozwolicie? – warknął w stronę uczniów. 

Zawstydzeni wychowankowie Hufflepuffu , póki co odpuścili sobie szturm, wracając do swojego stołu. Zabini wzdychając ciężko, opadł na ławę śląc im na odchodne gniewne spojrzenie. 

– Dzięki, stary – Luther zerknął na młodego czarodzieja. 

– Nie ma sprawy – chłopak uśmiechnął się szeroko. 

– Ej, Galla, jak już zjadłaś to możesz mi pokazać, gdzie macie dormitorium? 

Zwrócił się wyraźnie w stronę panny Dumbledore. Płomiennowłosa zamrugała kilkukrotnie, wytrącona z równowagi i wskazała na siebie szczupłym, delikatnym palcem. 

– Do mnie mówisz? – zapytała, nie kryjąc zaskoczenia. 

– A do kogo innego? Galla podoba mi się bardziej niż Tea. To co, spadamy? 

Nie czekając na odpowiedź wstał i dłonią zebrał włosy z czoła. Zerknął na, jak się wydawało, najbliższych znajomych przyjaciółki i roześmiał się widząc Dafne. Blondynka wyglądała jakby coś ją sparaliżowało. W bezruchu wpatrywała się szeroko otwartymi oczyma wprost przed siebie z nieodgadnionym wyrazem całkiem urokliwej buzi. Luther dostrzegł w jej zachowaniu doskonałą szansę na odrobinę niewinnej rozrywki. Oparł dłoń o stół i wychylił się w stronę dziewczyny, celowo napinając mięśnie ramion. Greengrass drgnęła, gdy napotkała wzrokiem turkusowe, demoniczne oczy. 

– Dobrze się czujesz, mała? – czarnowłosy ściszył głos do mruczącego, uwodzicielskiego półszeptu. 

Młodziutka czarownica spłonęła wyjątkowo intensywnym rumieńcem, zupełnie zapominając, jak się oddycha. Widząc co się dzieje, Tea kopnęła dyskretnie Dragana w kostkę, po czym wstała i chwyciła go za podwinięty rękaw. Nie lubiła kiedy mieszał w głowach dziewczętom, wykorzystując pełen potencjał swojej piorunującej urody. 

– Strasznie się guzdrasz, Luther! Rusz się – skarciła go wzrokiem. 

– Jak sobie życzysz, szefowo – uniósł ręce w geście obronnym. 

Zdawkowo pożegnał się z Blaisem i Draco, nie poświęcając Greengrass więcej uwagi. Grzecznie maszerował za płomiennowłosą, jednak nie docenili determinacji uczniów – co rusz ktoś ich zatrzymywał, uniemożliwiając przedarcie się w spokoju do drzwi. Gęstniejący, serdeczny tłum był coraz cięższy do wyminięcia. Tea westchnęła zirytowana, gdy poczuła jak Dragan się zatrzymał i odwróciła się ku niemu, chcąc sprawdzić o co znowu chodzi. Przy turkusowookim stali Fred i George Weasley, a Ron pomagał zebrać się z podłogi Harry’emu, pociągając go za ramię. Bliźniacy nie mogli przepuścić doskonałej okazji do zażartowania z nowego – w kwestii płatania mniej lub bardziej wyrafinowanych figli byli niezmordowani. 

– George, mamy tu poważną sytuację – rudowłosy czarodziej z powagą pokręcił głową. 

– To prawda, Fred – przytaknął mu, równie grobowym tonem, brat. 

– Czy wiesz co uczyniłeś? – George podniósł przesadnie dramatycznie głos. 

– Tak podle potraktować najsłynniejszego ucznia Hogwartu?! Hańba! 

Dragan zwykł doceniać takie występy, ale obecnie nie miał za wielkiej ochoty na drażnienie się ze szczeniakami. Pochylił się i spojrzał wprost w zielone oczy Pottera, nie potrafiąc odpuścić sobie drobnej gierki. 

– Kim jesteś, dzieciaku? – z jego głosu wyparowały wszelkie emocje. 

– Harry. Harry Potter – Gryfona zbyt zaniepokoiły turkusowe oczy, by zdobył się na pewniejszy ton. 

Luther wyprostował się, przerzucając przez bark długie włosy. Panna Dumbledore drgnęła nerwowo, widząc na jego twarzy specyficzny wyraz – magnetyczne oczy lśniły chłodno, a jedynym przejawem uśmiechu był lekko uniesiony lewy kącik ust. Kruczowłosy patrzył z góry wprost na Harry’ego, wgniatając go w podłogę niezrozumiałą, zagadkową presją, jaką emanował. Okularnik ciężko przełknął ślinę, nie mogąc swobodnie złapać tchu. Nawet wiecznie rozbrykani Weasley’owie wpatrywali się w nowego z nietęgimi, wystraszonymi minami. Ich reakcja nie dziwiła błękitnookiej – Dragan potrafił być upiorny, jeśli tego chciał. 

– Nigdy o tobie nie słyszałem – przemówił łagodnie turkusowooki, stopując nieco presję. 

Chwilowa ulga i tak niewiele zmieniła w ogólnej atmosferze. Z powszechnego odrętwienia pierwszy wyrwał się Fred i spojrzał szczerze zaskoczony na Luthera. Przedziwny facet…

– Nie słyszałeś nigdy o Harrym Potterze? Chłopcu, który przeżył? – nie krył zdumienia. 

– Nie i bardzo mi z tego powodu wszystko jedno. Najwyraźniej nie jest tak znany, jak wam się wydaje, panowie. Wybacz, że na ciebie wpadłem – Dragan potargał niesforną czuprynę Harry’ego. 

Siląc się na ten w miarę przyjacielski gest, stracił całkowicie wszelką ochotę na bliższe poznanie wychowanków domu lwa. Pan Potter wydał mu się dużo nudniejszy, niż oczekiwał i nie miał zamiaru tracić czasu na zaprzyjaźnianie się z nim – to była robota Vallerin. Jak gdyby nigdy nic, wyminął Gryfonów i zrównał się z płomiennowłosą. Dwójka Ślizgonów wspólnie opuściła Wielką Salę, zostawiając w tyle resztę. Bracia Weasley i Harry, jeszcze długo patrzyli w kierunku drzwi, rozmyślając o tym co widzieli. Dla rudowłosych młodzieńców nie do pomyślenia było, jak można było nie wiedzieć o chłopcu, który przeżył! Pochłonięci przekrzykiwaniem się i komentowaniem zachowania nowego, nie zauważyli nawet iskierek rozpalających zielone oczy, ukryte za okrągłymi okularami. Potter w głębi duszy skakał z radości – nareszcie zjawił się ktoś, kto widział w nim najzwyklejszego dzieciaka, a nie wybrańca!

                      – O Merlinie! O Merlinie!! O Merlinie!!! Jaki on jest boski! Ty to masz szczęście! 

Podekscytowana Dafne piszczała Gallatei niemalże do ucha, nie potrafiąc przestać zachwycać się nowym uczniem. Eliksiry były już czwartą lekcją tego dnia, a ona wciąż niestrudzenie wychwalała niesamowitą urodę Dragana, jego doskonały styl i czarujący, głęboki, lekko mruczący głos. Zresztą nie tylko na Greengrass Luther zrobił tak piorunujące wrażenie – przez te kilka godzin chyba z połowa uczennic zagadała do płomiennowłosej, chcąc dowiedzieć się czegokolwiek o nowym uczniu. Co zabawne, większość z nich do tej pory nigdy nie odezwała się słowem do panny Dumbledore, ignorując zupełnie fakt jej istnienia. 

– Taa, czysty fart. Zostałam mianowana pierwszą niańką Hogwartu, sam mnie tak nazwał! – wymruczała błękitnooka, niezadowoleniem kamuflując rozbawienie. 

– Przesadzasz, księżniczko. Gość wydaje się w porządku – wtrącił się Blaise. 

– Poczekajmy może jeszcze trochę, zanim uznamy go za najfajniejszego chłopaka w szkole – uśmiechnęła się ognistowłosa. 

–  Po co czekać? 

Nieoczekiwanie do rozmowy dołączyła Parkinson. Tea niemalże zdążyła zapomnieć, że Pansy w ogóle istnieje – jakoś nie za bardzo dbała o utrzymanie bliższych relacji z nią, a i z drugiej strony większego zainteresowania nie było. Parkinson szybko dogadała się z Dafne, wraz z nią szczebiocząc o – ich zdaniem – niesamowicie urokliwym chłopaku. Zmęczona trajkotaniem koleżanek Dumbledore, podeszła do stojącego samotnie na uboczu Draco. Oparła się plecami tuż obok niego. Od samego śniadania chodził jakiś taki markotny i niezadowolony, reagując złośliwościami na każde wspomnienie o Lutherze. Zdecydowanie był zazdrosny o zainteresowanie, jakim cieszył się kruczowłosy. 

– Znudziło ci się kółko adoracji nowego? – zakpił nieprzyjemnie. 

– Żebyś wiedział. Chyba go nie polubiłeś, co? – dziewczyna uśmiechnęła się do niego. 

– Nawet nie o to chodzi. Ten typ…trochę mnie przeraża – zaśmiał się cierpko. 

Płomiennowłosa przestała się uśmiechać. Malfoy zaskakująco szybko wyczuł ulotną nutę niebezpieczeństwa, bijącą od turkusowych oczu. Dragan perfekcyjnie panował nad tym, jakie wrażenie miał sprawiać, dławiąc targające nim żądze, ale istniała wąska grupa ludzi, którzy podświadomie widzieli w nim wygłodniałego drapieżnika – najczęściej były to jednostki dość bojaźliwe, obdarzone wyczulonym zmysłem przetrwania. Najwidoczniej szarooki arystokrata zaliczał się do tego grona. Była pewna, że kruczowłosy już to zauważył i w najbliższym czasie podejmie odpowiednie kroki, by ułagodzić obawy blondyna, oplatając go tymi swoimi niewidzialnymi sznurkami. Draco brak było życiowego doświadczenia, żeby mierzyć się z manipulacyjnym talentem Dragana. Błękitnooka westchnęła cicho i uśmiechnęła się do kolegi. 

– Ma coś w oczach! 

                         Wczesnym wieczorem całą ekipą siedzieli w Pokoju Wspólnym, jak zwykle odrabiając razem lekcje. Pansy i Dafne nie mogły się nagadać podczas zajęć, dlatego tym razem towarzyszyła im również Parkinson. Płomiennowłosa odcięła się od rozmów dziewczyn, dziękując niebiosom za dar wybiórczej uwagi. Przerzucała leniwie kolejne karty podręcznika, dyktując Malfoy’owi i Zabini’emu numery stron, które mogły ułatwić im odnalezienie informacji koniecznych do wykonania bardziej skomplikowanych zadań. Metodyczne przeglądanie książki pomagało jej maksymalnie wygłuszyć nieustające ochy, achy, piszczenie i westchnienia koleżanek. Zabawne, że wystarczyło im ledwie kilka godzin, żeby zadurzyć się po uszy w chłopaku, którego kompletnie nie znały. Wszelkie skupienie prysło momentalnie, gdy poczuła podbródek opierający się o czubek jej głowy. Nie musiała nawet podnosić wzroku, żeby wiedzieć kto śmiał jej przeszkadzać – wszystko wyjaśniało nagłe milczenie Parkinson i Greengrass oraz ich wzrok utkwiony ponad jej głową. Chwyciła pasmo długich, czarnych włosów, które opadło na jej lewe ramię. 

– Jak tam pierwszy dzień, Dragan? – zapytała, nie odrywając wzroku od książki. 

– Spostrzegawcza jesteś, Galli! Skąd wiedziałaś, że to ja? – zaśmiał się Luther. 

– Mało osób w szkole pachnie kawą i papierosami, wiesz? – zerknęła na niego przez ramię – Tak na marginesie, Galli? 

– Galla już mi się znudziło. Galli brzmi jakoś tak… – pochylił się bliżej jej ucha – uroczo. Bardziej do ciebie pasuje. Mogę się przysiąść? 

Sądząc po ruchu głowy, pytanie nie było skierowane do niej. Przypuszczenia potwierdziło przyzwolenie, które padło z ust Blaise’a i Draco. Dragan wcisnął się między nią, a Malfoy’em, przez dłuższą chwilę przypatrując się w milczeniu blondynowi. Płomiennowłosa już chciała mu przerwać zabawę w dręczenie arystokraty, ale nie zdążyła. 

– Przypominasz trochę mojego dawnego kumpla, dlatego rano się na ciebie gapiłem. Nie musisz się cały spinać, blondasku. Raczej nie gryzę – turkusowooki zwrócił się do księcia Slytherinu.

– Dobrze wiedzieć. 

Malfoy chciał zabrzmieć obojętnie, lecz kompletnie mu to nie wyszło – zbyt wyraźnie było słychać ulgę w jego głosie. Błękitnooka zerknęła z uśmiechem na Luthera. Jak przypuszczała, zdawał sobie sprawę z tego, że wystraszył Draco i wybrnął z tego po mistrzowsku, uspokajając chłopaka w najprostszy sposób, jaki znał – kłamstwem. Dziewczyna przeniosła wzrok na siedzące przed kanapą Ślizgonki, wpatrujące się z uwielbieniem w kruczowłosego. Dragan kompletnie ignorował ich obecność, skupiając się na luźnej rozmowie z chłopakami, żeby nieco ich ośmielić. Wprawnie wciągał chłopców coraz głębiej w dyskusję, pozwalając, by poczuli się w jego towarzystwie komfortowo. Oczarowywał sposobem mówienia, niebanalnym poczuciem humoru i pozornym zainteresowaniem rozmówcami – mistrz gierek w swoim żywiole. Tea lekko pociągnęła go za włosy, żeby zwrócić na siebie uwagę. 

– Nie odpowiedziałeś, jak tam pierwszy dzień – uśmiechnęła się subtelnie. 

– Jest tu trochę inaczej niż w starej szkole, ale nie jakoś specjalnie okropnie. Kiedy zobaczyłem po raz pierwszy McGonagall – sparodiował doskonale tik kobiety z poprawianiem okularów – spodziewałem się raczej czegoś w stylu kolonii karnej. 

– Jesteś z Ilvermorny, tak? Jak tam jest? – zainteresował się Zabini. 

– Jak chyba wszędzie. Nauczyciele ględzą jak i u was, chociaż chyba nikt nie wyglądał na wiecznie wkurzonego jak Snape. Żaden nietoperz nam w lochach nie straszył! – zaśmiał się cynicznie – W Ilve był podział na cztery domy: Horned Serpent, Pukwudgie, Thunderbird i Wampus. Należałem do Wampus.

– Tak jak u nas domy tam mają jakieś szczególne cechy, wymagane od uczniów? – Greengrass odważyła się zapytać, choć głos jej dygotał. 

Luther spojrzał na blondynkę jakby znudzony i rozczarowany brzmieniem jej głosu. Miał ochotę na cyniczną, bezlitosną uwagę, ale powstrzymał się wiedząc, że rozdrażniłby płomiennowłosą tak jawną arogancją wobec jej znajomych. To jeszcze nie był ten czas…potrzebował mocniejszej pozycji wśród dzieciaków, żeby zacząć robić co mu się podobało. Póki co uśmiechnął się lekko, nie chcąc całkowicie zbywać blondyneczki. 

– Powiedzmy. Horned – umysł, Pukwudgie – serce, Thunderbird – dusza, Wampus – ciało. Tak się to ogólnie tłumaczy, choć bliższym prawdy jest podział na domy faworyzujące cechy odpowiednie dla uczonych, uzdrowicieli, podróżników lub wojowników. Wampus jest domem wojowników, kształcącym przyszłą elitę czarodziei o niezrównanych zdolnościach bojowych i ponadprzeciętnej wytrzymałości. W Hogwarcie przydziału dokonuje Tiara, w Ilve zaczarowane rzeźby. Reszta póki co wydaje się całkiem podobna. 

Dragan wzruszył niedbale ramionami, wygodnie opierając plecy. Padło jeszcze dobrych kilkanaście pytań o poprzednią szkołę, na które odpowiadał szybko i bez zawahania – o jego wiarygodność błękitnooka akurat nie musiała się martwić. Luther gościł w murach Ilvermorny wiele razy, oczywiście pod różnymi postaciami, a kiedyś nawet uczył tam przez rok. Zrobił sobie przerwę w prowadzeniu interesów i zajął się wykładaniem na temat magicznych artefaktów, jednak długo nie wytrzymał. Znudziła go rola nauczyciela, więc przeniósł się do Azji by robić to w czym był najlepszy – siać chaos. Turkusowooki kochał anarchię i bezgranicznie cierpiał, gdy dopadała go nudna, dusząca rutyna dnia codziennego. Zasady, regulaminy, konwenanse…normalne dla większości społeczeństw ograniczenia uwierały mu bardziej od najcięższych spośród kajdan, wydzierając rzecz, którą umiłował ponad wszystko – nieskrępowaną wolność. Lady uśmiechnęła się, widząc gęstniejący wokół nich tłum Ślizgonów, których jak magnes przyciągał głęboki głos Dragana i nonszalancka arogancja z jaką zwykł mówić – z jakiegoś niezrozumiałego powodu to połączenie dodawało mu jedynie uroku, perfekcyjnie podkreślając jego złożoną, intrygującą naturę. Dawała mu tydzień na oczarowanie całej szkoły. Problem był jeden – jak długo kruczowłosy wytrzyma, zanim nuda weźmie nad nim górę i zmieni Hogwart w swój prywatny plac zabaw. Z rozmyślań wyrwało ją nagłe umilknięcie Luthera, na tyle nieoczekiwane, że spojrzała na niego mimowolnie. Wpatrywał się intensywnie w starszą Ślizgonkę, która bezpardonowo wepchnęła się między niego, a Draco praktycznie zrzucając z kanapy siedzącego dalej Blaise’a. Jego wzrok nie wróżył nic dobrego…

– Daisy Delave – uśmiechnęła się dziewczyna, mrugając zalotnie do turkusowookiego. 

Trzeba było przyznać, że panna Delave brzydka nie była – przyjemnie szczupła, wysoka brunetka o ciemnozielonych oczach i pełnych, kobiecych kształtach. Marcus niejednokrotnie wspominał, że za Daisy oglądało się całkiem sporo chłopaków, w tym pół drużyny. Delave mogła być pewną swego wdzięku pięknością, jednakże kompletnie nie widziała, z kim ma w tym momencie do czynienia. 

– No i? – jęknął znudzonym tonem Dragan. 

Dziewczynę początkowo taka reakcja zmieszała, nie była bowiem przyzwyczajona do tego, że jakiś facet mógł ją zbywać. Zazwyczaj wystarczył jej delikatny flirt albo zalotny uśmiech, żeby zdobyć zainteresowanie mężczyzny, który jej się podobał. Jak na ironię opór Luthera zachęcił ją do podjęcia większego wysiłku. Uśmiechnęła się do niego jeszcze szerzej. 

– Dragan, prawda? Chciałam się przywitać – puściła mu oczko, przybliżając się do jego ramienia. 

– Przyjąłem do wiadomości, możesz spadać – rzucił obojętnie, obejmując ramieniem rozbawioną płomiennowłosą. 

– Jesteśmy na tym samym roku, moglibyśmy no wiesz – brunetka, nie poddając się, musnęła palcami bark turkusowookiego – lepiej poznać. 

Dragan westchnął ostentacyjnie, mocniej przyciskając do swojego boku pannę Dumbledore. Zirytowało go zachowanie Delave. Te nachalne umizgi…ukradkowe poprawianie dekoltu…pchanie się do niego z łapami…obrzydzało go to wszystko. Nienawidził, kiedy dotykano go bez pozwolenia i nie znajdował w takich uwodzicielskich gestach nawet krzty przyjemności. Kilka godzin w tej szkole, a już zaczynały go dzieciaki wkurwiać. 

– Zawsze jesteś taka namolna, czy tylko kiedy widzisz przystojną buźkę? Wyrażę się dobitniej, skoro na delikatność jesteś oporna, kwiatuszku – wbił wzrok wprost w ciemnozielone tęczówki. – Nie interesuje mnie za jak piękną się uważasz, dla mnie jesteś na dolnej granicy przeciętności. Wnioskuję, że skoro podbijasz do zupełnie obcego faceta i prawie na niego włazisz tylko dlatego, że jest przystojny, to nie masz do zaoferowania nic więcej poza swoim wyglądem. Zabieraj ode mnie łapy, bo brzydzi mnie twój dotyk. Wolałbym gadać z błotnistą kałużą niż z tobą. Zabieraj stąd tyłek jeśli łaska i pozwól mi porozmawiać ze znajomymi. 

Przesiąknięty odrazą ton kruczowłosego i groźba, tląca się w demonicznych oczach, nie mogły poskutkować niczym innym niż natychmiastowe zniknięcie Daisy z ich pola widzenia. Panna Dumbledore przewróciła oczami. Szkoda jej było tej dziewczyny. Skąd mogła wiedzieć, że Luthera najłatwiej było wyprowadzić z równowagi nachalnością? Umiejętnie i chętnie wykorzystywał swój urok, ale nie przepadał za natarczywymi kobietami, choć zawsze wzbudzał ich zainteresowanie. 

– Nie musiałeś być dla niej taki ostry – szepnęła w stronę przyjaciela. 

– A ona nie musiała być taka upierdliwa – warknął ostro. – Daj spokój, śliczna. Jestem pewny, że i tak tu wróci. 

PO PROSTU HARRY

                    Dragan szedł z niewielką grupą chłopaków, rozmawiając o jakiś neutralnych głupotach. Miał gdzieś to, że jego towarzysze byli zlepkiem indywidualności z różnych domów – nie obchodziły go cudaczne, sztucznie stworzone podziały. Był w Hogwarcie ledwie od trzech dni, a już zdążył zdominować szkolne korytarze, zdobywając sympatię coraz to szerszego grona uczniów. Przede wszystkim skupiał się na jak najlepszym dogadywaniu się ze znajomymi Vallerin, a łatwo mu to nie przychodziło. Nie pojmował jakim cudem tak inteligentna, potężna istota potrafiła dostosować się do poziomu bandy nierozgarniętych dzieciaków, ledwo dających sobie radę z durnym wymachiwaniem kawałkiem drewna. Uśmiechnął się pod nosem. Jego anioł był doprawdy fascynującą kobietą. Zatrzymał się nagle, czując wyraźnie czyjś wzrok na swoich plecach i syknął niemalże niesłyszalnie. 

– Co jest, Dragan? – spojrzał na niego Flint. 

– Nic takiego, kapitanie. Idźcie przodem, zaraz was dogonię. 

Marcus wzruszył ramionami i nie czekając na Luthera, wraz z resztą poszedł w kierunku błoni. Kruczowłosy zaczekał aż się oddalą i kiedy miał już pewność, że nic nie zobaczą ani nie usłyszą, odwrócił się wprost ku kolumnie, którą mijali chwilę temu. 

– Czemu za mną łazisz? – zapytał twardo. 

Zza kamiennego słupa wyszedł nie kto inny jak pan Potter. Gryfon niepewnie podszedł do Ślizgona, starając się nie patrzeć na jego twarz, ponieważ nie mógł zbyt długo znieść demonicznego uroku jego turkusowych oczu. 

– Bo…bo ty mnie nie znasz – wydusił ciężko. 

– To już ustaliliśmy, dzieciaku – westchnął Luther. – Czemu do cholery za mną łazisz? Zgubiłeś się czy co? 

Harry wahał się przez chwilę, nie mogąc dobrać odpowiednich słów. Nie chciał zabrzmieć jak żałosny chłopczyk, ani jakiś dziwak…Zdobył się na odwagę dopiero po prawie minucie uporczywego milczenia. 

– Wszyscy widzą we mnie chłopca, który przeżył. Wybrańca. Zachowują się jakby wiedzieli o mnie wszystko. Chociaż dla jednej osoby chciałbym od początku być po prostu Harrym. 

Turkusowooki roześmiał się niekontrolowanie, czym do reszty zmieszał Pottera. Okularnik przygarbił się, wbijając wzrok w podłodze. Wiedział…po prostu wiedział, że nie powinien nic mówić! Po co w ogóle szedł za Draganem? Teraz musiał go uważać za głupiego dzieciaka, mającego do wszystkich pretensje nie wiadomo o co. Dlaczego myślał, że od tak może podejść do starszego od siebie, obcego faceta i powiedzieć coś równie żenującego?! Co mu do głowy strzeliło…Hermiona znowu będzie miała powód, żeby go pouczać, a Ron pewnie zabije go śmiechem. Wygłupił się i to bardzo. Skamieniał czując jak na jego plecy opada łokieć kruczowłosego i zerknął na niego kątem oka – wciąż się śmiał, opierając czoło o otwartą dłoń. 

– Masz nierówno pod sufitem, wiesz? – nagle urwał śmiech i spojrzał na Gryfona zupełnie poważnie – Mam słabość do szaleńców. Chyba cię polubię, Po Prostu Harry. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 419
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!