Manekin 6

Cz. 6

< “– Nieźle.

Słyszę za sobą pochwałę z jego strony, ale nie odwracam się, podążam już w ciszy za Anabellą.” >

***

Wykąpana i przebrana w jakąś czarną prostą sukienkę, pewnie jednej z wielu dam które tu były przede mną. Spokojnie rozglądam się po sypialni.

Jest tak duża, jak na bogaczy przystało.
Czysta, schludna, nowoczesna, droga.

Wszystko tu takie było i nie to, że byłam na to obojętna. Po prostu pomimo podziwu czułam też wstręt, wystarczyło tylko pomyśleć w jaki sposób Rascal do wszystkiego doszedł. I widok przestawał mnie cieszyć.

– Kto tam?!

Odwracam się szybko od złotej kolekcji słowników na szczęście, a moje oczy napotykają najmłodszego z braci.

– Niewiarygodne, prawie cię nie poznałem.

Colin bez zaproszenia wchodzi do środka, mierząc mnie od stóp do głów spojrzeniem.

– Czego tu szukasz? Taki jesteś gość a nie nauczyli cię pukać?

– Po pierwsze jestem u siebie. Po drugie, chciałbym się czegoś dowiedzieć.

Przechodzę wzdłuż pokoju, żeby się do niego zbliżyć.

– Może poczekaj na brata?

Kpiąco się uśmiecham krzyżując ręce na piersi.

– W takim razie, chcę wrócić do pukania.

Momentalnie poważnieję słysząc jego ton. Nastolatek nie zachowywał się jak na swój wiek przystało, w ogóle się przy mnie nie peszył.

– Mam wrażenie, że doskonale wiesz o czym mówisz, chociaż wolałabym się mylić.

– Czy ja wyglądam jak złota rybka?

Przez cały ten czas jest super poważny. Sprawia, że to ja czuję się nieswojo.

– Rozpieszczony smarkacz. – Odwracam się i kieruję w stronę kanapy ze stolikiem. Jeff najwyraźniej przyjmował tu także gości skoro posiadał taki zestaw. – Nie mam zamiaru z tobą rozmawiać.

Siadam wygodnie na meblu i wbijam w niego wzrok.

– Nie obchodzą mnie twoje zamiary. Mów, dlaczego się go uczepiłaś?

Prycham uśmiechając się złośliwie.

– Czy to nie oczywiste?

Przechylam trochę głowę w bok, zakładając nogę na nogę.

– Słyszałem waszą rozmowę. Nie interesują cię pieniądze. Gadaj.

Uniosłam brwi trochę zaskoczona jego słowami.

– A co będę z tego mieć?

– Prawiczka?

Otwieram niemo buzię. Szczeniak nie ma za grosz przyzwoitości.

– Wolę gości z doświadczeniem. – Zaciskam mocno usta. Moje słowa w ogóle go nie ruszyły, zupełnie jakby codziennie słyszał podobne słowa. – Posłuchaj mnie uważnie. – zaczynam tracić cierpliwość. – Biorę pod uwagę to, że jesteś jeszcze dzieckiem. Dla swojego własnego dobra wiec, lepiej stąd wyjdź.

Colin przez chwilę tylko się we mnie wpatruje. Po czym i tak rusza w moją stronę.

– Dzieckiem… – Jest oziębły, dość wysoki oraz silny jak na swój młody wiek. – prawdę mówiąc nigdy nie byłem.

Nagle pochyla się nade mną, ale w ostatniej chwili udaje mi się odsunąć na drugi koniec kanapy.

– Tego już za wiele!

Szybko wstaję na nogi i podchodzę, a raczej biegnę do wyjścia. Co za patologia! Kto by pomyślał, że w takim domu dzieją się takie rzeczy! Otwieram z rozmachem drzwi i wypadam na korytarz.

– Spokojnie Rive…

Staję jak wryta na widok eleganckiego mężczyzny, niemal identycznego jak Jeff. Pomijając oczywiście jego wiek, bardzo mi go przypomina.

– Kto to jest?

Ma przyjemną barwę głosu, mogę słuchać jej godzinami. Mimo to, w jego postawie jest coś, co budzi mój respekt.

– Ojcze?

Colin również wychodzi z pokoju, sprawiając tym samym iż spinam się jeszcze bardziej.

– Colin? Co z nią robiłeś?

Rive wygląda na bardziej zaskoczonego niż jego ojciec.

– Jeszcze nic.

Odparł nastolatek i po raz pierwszy się uśmiechnął w mojej obecności. Lecz, nie było w tym nic przyjemnego.

– Boże, jak one szybko dorastają.

Wzdycha Malcolm. Następnie kręci głową z lekkim rozbawieniem, ruszając już przed siebie.

– W porządku?

Rive podchodzi do mnie, kiedy tylko Malcolm znika mi z oczu. Nie mogę jednak oderwać wzroku od miejsca w których jeszcze przed chwilą stał. Przez całe swoje życie wyobrażałam sobie Malcolma jako tłustą, łysą świnkę.

Tymczasem, okazał się być człowiekiem o smukłej budowie ciała i gęstych ciemnych włosach. Zaledwie przyprószonych siwizną na skroniach.

Wyglądał też dość młodo, nie przypisałabym mu trojga dzieci.

– Dalio?

Rive macha mi ręką tuż przed nosem.

– Zajmij się nim!

Wskazuję na stojącego obok Colina.

– Nie bądź śmieszna. Nawet gdybyś była ostatnią płodną samicą na ziemi, nie ruszyłbym cię palcem.

– Nie masz najmniejszego pojęcia o czym mówisz. Zamknij się lepiej!

Rive spiorunował Colina spojrzeniem.

– Wszystkim wam potrzebny jest psycholog.

Stwierdzam. Wciąż jestem zszokowana tym co mnie spotkało, nie mogę się otrząsnąć.

– Eee… Zgodzę się, że Colin jest dość specyficzny, ale nie sądzę aby miał coś z głową.

– Nic mnie to nie obchodzi! – Zaciskam dłonie w piąstki i spoglądam nerwowo w kierunku wyjścia. – Dlaczego Malcolm już wrócił, a Jeffa jeszcze nie ma?

– Właśnie próbowałem to ustalić, ale mi przerwałaś.

– Czego chcesz od Jeffa?

Warknął na mnie najmłodszy, widocznie mocno już zniecierpliwiony tym, że go ignoruję. Spoglądam na chłopaka więc ze złością, mam ochotę powiedzieć coś obraźliwego.

– Niczego nie chcę! To on chce czegoś ode mnie!

Brew Colina drgnęła lekko z irytacją.

– Nie wrzeszcz! Nie jesteś w schronisku!

– Sam się wydzierasz! Dlaczego ja nie mogę!?

– Bo to mój dom, i mogę ustalać zasady!

Zaciskam szczękę powstrzymując się od kontynuacji. To tylko dziecko, nie mogę wdać się w głupią kłótnie.

– Cieszę się, że zrozumiałeś.

Niestety, tym razem przesadził. Wyrzucałam mu więc wszystko co o nim myślę. Obrażałam go na różne sposoby, unikając jednak przekleństw.

Powiedziałam mu, że jest pusty. Nie zna życia, nie ma w sobie żadnych wartości.

Jest kukiełką w rękach ojca, nie nauczono go szacunku do innych i właśnie dlatego uważam, że nic już nie może mu pomóc.

Gdy wreszcie skończyłam wykrzykiwać raz po raz przeróżne obelgi na temat Colina i jego rodziny. Wyjaśnił mi spokojnie, że moje słowa dla niego i tak nic nie znaczą.

Po czym, zabrał się i odszedł.

Wciąż oddychałam nie spokojnie, cała w nerwach wpatrywałam się w plecy nastolatka, dopóki nie zszedł mi z pola widzenia.

– Brawo. – Ciszę przerwał, klaszczący mi Rive. – Teraz na pewno masz go z głowy.

Gorące rumieńce zalewają mi twarz. Zaczynam czuć się głupio, że dałam się sprowokować dzieciakowi.

– Jesteś tak samo beznadziejny jak on!

Ruszam w stronę wyjścia. Muszę jak najszybciej stąd wyjść. Otwieram drzwi i wybiegam na kostkę. Na zewnątrz jest ciemno, powietrze jest lżejsze, przyjemnie owiewa moja skórę.

Zatrzymuję się obejmując rękoma ramiona. Nienawidzę ich. Dlaczego nie potrafią tego zrozumieć?

Dlaczego jest mi głupio po tym wszystkim? Chcę tylko wrócić do domu. Czy to tak wiele?

– Hej?

Odwracam się i napotykam przed sobą Jeffa. Wygląda na zmęczonego, znużonego. Lecz, przygląda mi się uważnie. Nie odpowiadam, mój gniew ukierunkowuje się na niego i dlatego chcę się powstrzymać.

– Stało się coś?

Do oczu napływają mi łzy. Wciąż milczę wiedząc, że jeśli znów otworzę usta nie zostawię na nim suchej nitki.

Ruszam. Wymijam go bez słowa, i znów wchodzę do domu. 

***

Siedzę na kanapie Jeffa, mężczyzna po rozmowie z Rive, wchodzi do pomieszczenia w momencie kiedy prawie o włos zasypiam w pozycji półleżącej.

– Oboje mieliśmy ciężki dzień, co?

Podchodzi do mnie luzując krawat pod szyją. Następnie, widzę jak wkłada ręce w kieszenie od spodni.

– To moja wina. – Słyszę, ale wciąż się nie ruszam. Bezmyślnie wlepiam oczy w telewizor. – Powinienem od razu z nimi porozmawiać. Colin… On martwi się o mnie. To wszystko.

– Aż dziwne, że to potrafi.

Prycham ciągle nie odrywając wzroku od ekranu telewizora. Mimo wszystko, wciąż czuję się źle.

– Widziałem się z twoją matką. – Automatycznie przenoszę na niego wzrok. – Nie wyglądała na zadowoloną, ale teraz przynajmniej wie, że nic ci nie jest.

– Widziałam Malcolma

– Wiem.

– Byłam pewna, że jest łysy.

Ziewam, więc zasłaniam usta dłonią.
Jeff unosi jedną brew.

– Dlaczego?

Wzruszam ramionami od niechcenia.

– Sama nie wiem. Po prostu tak widzę starszych nadzianych gości.

– W takim razie, już jutro przekonasz się jak jest naprawdę.

Jeff lekko się uśmiecha, a ja spoglądam na niego uważniej.

– Mam nadzieję, że nie jest to jakiś charytatywny bal na którym można umrzeć z nudów.

– Mówisz tak bo naoglądałaś się głupich filmów o miłości bogatego chłopca do biednej dziewczyny?

Zapytał z uśmiechem na ustach, więc wykrzywiłam się na te słowa.

– Nie twierdzę, że w naszym przypadku będzie tak samo!

– Wolałem się upewnić.

Jeff posyła mi jeszcze jeden uśmiech, po czym odchodzi i zamyka się w łazience.

– Dupek! Kto by cię chciał porywaczu niewinnych dziewczyn?!

Zagryzłam mocno zęby odwracając się plecami do łazienki w której zniknął Jeff. Nie mogąc pojąc dlaczego coś podobnego przytrafiło się właśnie mnie.

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 856
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!