Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 9. Podejdź bliżej

      Nie mógł przestać wpatrywać się w wystawioną do słońca twarz ukochanego. Spoglądał na jego przymknięte oczy… szczupły policzek… usta wygięte w rozluźnionym uśmiechu. Podobał mu się jego męski profil… pomyślał, że właśnie tak Bucky powinien wyglądać już zawsze. Na szczęśliwego. Rany ładnie się wygoiły, jego skóra była gładka, zachęcająca do dotyku. Wyciągnął rękę i pogładził subtelnie policzek, delektując się jego miękkością… a Barnes przykrył jego dłoń swoją własną i przycisnął do siebie, by mocniej odczuć… tę bliskość. Siedzieli na najniższym stopniu przed domem… ze złączonymi dłońmi, do których Buck przytulał twarz… odprężeni własną obecnością…

      Podniósł się i stanął przed Barnesem, odejmując ich ręce od jego policzka, lecz nie wypuszczając jego dłoni z własnej… a ukochany spoglądał na niego, zadzierając twarz w górę i mrużąc z lekka oczy… wyglądał tak pięknie. Na moment się na niego zapatrzył… tak bardzo go kochał… po czym pociągnął nieco za jego rękę, dając mu do zrozumienia, że chce, aby on także wstał. Przyjaciel specjalnie nie uczynił żadnego ruchu, pozostał na schodach, zadziornie uśmiechnięty, niewzruszony.

      – Podejdź bliżej. – poprosił miękko.

      Widział jak bezczelność Bucky’ego zniknęła natychmiast… wraz z uśmiechem, który zszedł mu z ust… a w zastępstwie pojawiła się nieograniczona… wręcz uderzająca… czułość. Miał świadomość, że skradł mu serce… że teraz przyjaciel jest opanowany przez miłość i zupełnie zapomniał o tym, jaki miał zamiar być nieposłuszny. Ukochany uniósł się i zbliżył do niego powoli, jakby wpadł w trans… ich dłonie wciąż były połączone… oparł szczękę na jego głowie… objął wolną ręką chudziutkie plecy, przejechał po nich od łopatek aż po wcięcie w pasie. Wtulił twarz w zagłębienie w szyi Bucka, rozkoszując się jego cudownym… męskim… kochanym zapachem.

      – Bucky? Mogę ci powiedzieć coś ważnego? – umyślnie nabarwił głos powagą, żeby nie zdradzić się w tym, co naprawdę miał zamiar oznajmić.

      – Zawsze. – Barnes wyraźnie nie spodziewał się jego małego podstępu, mimo że sam go nieraz na nim stosował.

      – Kocham cię. Tak bardzo!

      Ostatnie słowa niemal wykrzyczał, przytulając się tak mocno jak tylko umiał… chciał poprzez to pokazać jak wielkie jest jego uczucie… a Bucky… ten wspaniały Bucky roześmiał się zaskoczony… w sposób tak beztroski, że niemal chłopięcy. Właśnie tak brzmiał dojrzały mężczyzna, który w duszy wciąż był dzieckiem… ponieważ ich miłość… i radość płynąca z tego uczucia sprawiała, że był szczęśliwy najpiękniej… najszczerzej… jak tylko było to możliwe. I zaraz śmiali się już obaj… stuleni… zakochani… oddani sobie wzajemnie. Zapomnieli się w tym cudownym momencie… ucichli stopniowo… wciąż tulili się tak mocno… jakby nie istniała żadna siła mogąca przerwać tę chwilę… a jednak taka moc istniała. I był nią Bucky.

      Nieznacznie się zdziwił, gdy Barnes odsunął się i pociągnął go za rękę, uśmiechając się przy tym, jakby miał jakiś plan. Pozwolił wprowadzić się po kilku schodkach, podążył za nim do domu. Rozłączyli dłonie dopiero, gdy Buck zamykał drzwi, kładąc na nich płasko ręce. Patrzył wtedy na jego umięśnione plecy. Ukochany odwrócił się do niego z wyrazem twarzy, który miał być nieodgadniony… a był widocznie zaczepny.

      – Co, Buck? Co ty knujesz?

      – Nic… z czego nie byłbyś zadowolony. Chciałeś, żebym podszedł bliżej, pamiętasz?

      Od razu poczuł to napięcie. Obserwował jego ruchy, dzieliła ich mała przestrzeń. Nie potrafił oderwać wzroku od jego bezczelnej… pięknej… twarzy… a kiedy przyjaciel był już dokładnie przy nim, poddał się, stanowczo przyciśnięty do ściany. Nie potrafił… nie chciał się oprzeć… uczuł jego miękkie wargi na swojej szyi… odchylił głowę, by oddać się tej pieszczocie… by oddać się Buckowi. Muśnięcia były delikatne… powolne…

      – Jak blisko mam być? Tyle wystarczy?

      Barnes nie zaczekał na odpowiedź, silnie naparł swoim ciałem, wyrywając ze Steve’a nagły jęk. Bardzo go to usatysfakcjonowało. Lubił na niego oddziaływać… podniecać go… wymuszać na nim tak seksownie brzmiące jęki. Chciał słyszeć ich więcej… poczuć go mocniej… pragnął go… wziąć… teraz. Już. Przycisnął się do bioder ukochanego, umyślnie zwiększając nacisk swoim udem na jego krocze… i wyczuł przez spodnie… jaki robi się twardy…

      – Tak dobrze? – uwodził prowokacyjnie – Wystarczająco blisko? Czy chcesz bliżej? Intensywniej?

      Znów naparł na jego męskość, wywołując ekstatyczne westchnienie, zbliżył do jego twarzy własną na centymetry, chcąc dobrze widzieć każdą emocję… każde doznanie… Czuł jego rozedrgany oddech na skórze… owiewał go swoim… patrzył w oczy i podobało mu się to, co w nich dostrzegał. Pocałował go z lekka… podkreślając to subtelne zetknięcie ich warg silniejszym poruszeniem bioder… obaj odetchnęli sobie w usta. Przyparł go do ściany najmocniej jak mógł, przycisnął jego ciało swoim… uczuł drobne dłonie na szyi, które przesunęły się na klatkę piersiową. Pogłębił pocałunek… wsuwając język w spragnione wargi Rogersa… a on natychmiast odpowiedział tym samym… i pieścili swoje podniebienia… zatracali się… pojękiwali. Oderwał się od jego ust… spojrzał w rozemocjonowaną twarz… Sięgnął ręką między jego nogi i lekko ścisnął jego członka przez spodnie… Boże, jaki był twardy… obserwował jak Stevie zmarszczył pod wpływem doznania brwi… lubił u niego tę oznakę przyjemności… wyglądał przy tym tak pociągająco… seksownie. Byłby w stanie tylko na niego patrzeć… gdyby aż tak go nie pragnął.

      Rozpiął mu rozporek, zsunął spodnie od razu z bielizną… a Steven wydostał nogi z ubioru całkowicie… ujął w dłoń jego penisa… celowo nie spojrzał w dół, zależało mu, by widzieć rozkosz na ukochanej twarzy… wykonał lekki ruch… jeszcze jeden… i zabrał rękę… a Rogers drgnął zaszokowany. Udał, że tego nie spostrzegł… ułożył dłonie na pachwinach, masował je… chłonął każdy oddech, każde ściągniecie brwi Rogersa… Boże, jak cudownie było dawać mu przyjemność… dotykał go tuż obok jego męskości… Boże… Odsunął się tylko trochę, by zdjąć z siebie górną część odzieży, odczekał aż przyjaciel zrobi to samo. Ponownie włożył rękę między jego nogi… pocierał powoli… lecz mocno… wewnętrzną stronę uda… usłyszał seksowny jęk… i w tym samym momencie drugą dłonią sprawnie rozpiął i zesunął własne spodnie wraz z bokserkami do kostek. Tyle wystarczy. Uchwycił obiema dłońmi twarz ukochanego… pocałował przelotnie jego czoło i przycisnął się do niego rozpalony… łącząc w ten sposób ich nagie ciała… obaj zajęczeli niekontrolowanie… ich erekcje naparły na siebie… Boże… ach, Boże… Nie pozwolił, by Steven wtulił głowę w jego klatkę piersiową, przytrzymał go delikatnie, lecz pewnie, za policzki, pogładził… pragnął widzieć jak marszczy brwi… jak rozchyla usta… chciał czuć na twarzy każdy jego gorący oddech. Poruszył z lekka biodrami, pobudzając rozkosz poprzez otarcie męskości partnera o własną… i zrobił to znów… i znów… Steve, Boże… Czuł się nieopanowany, niecierpliwy… nie wstrzyma się wystarczająco długo… szlag… to Stevie ma być tym zdesperowanym… taki był plan. Zmusił się… by przestać. Najtrudniejsze, czego dokonał w życiu. Przynajmniej do następnego razu.

      Oddalił się trochę… tak, żeby znajdować się wystarczająco blisko, by czuć żar gorącej skóry Rogersa… lecz by ich ciała się nie stykały. W twarzy przyjaciela odbiło się zaskoczenie, które zaraz zmieniło się w ponowne doznanie, gdy ujął jego erekcję w dłoń… i zaczął powoli przesuwać kciukiem po główce… raz za razem… delikatnie… pobudzająco… czuł jak bardzo jest już mokry… ścierał subtelnie naturalną wydzielinę… podniecało go, że wywoływał taki objaw rozkoszy w swoim Stevie’m. Przeniósł pieszczotę na pachwinę… i dotykał… masował… poświęcając się temu całkowicie… słyszał jak bardzo partner jęczał… patrzył w jego zamglone od przyjemności oczy… och, tak… czuł jego dłonie na swojej klatce piersiowej. Pocierał wrażliwe wnętrze jego uda… zbliżał dłoń niebezpiecznie blisko penisa… lecz nie miał zamiaru go dotknąć, póki nie usłyszy tego, na co czekał. Desperacji. Błagania. Miał ochotę doprowadzić go do ekstremalnej skrajności… takiej, która graniczyła z bólem. Wsłuchiwał się w jego głos… jak to możliwe, że taki chudy chłopak brzmiał jak cholernie seksowny mężczyzna? Nigdy tego nie pojmie.

      – B… Buck…

      Przylgnął do ciała Rogersa… sprawiając, że ich penisy naparły na siebie… Boże… o Boże… miał wrażenie, że uderzenie ekstazy niemal pozbawiło go przytomności… jeszcze wszystko popsuje, bo zaraz dojdzie… Nie… Ścisnął swoją męskość tuż za jądrami aż uczuł, że kryzys minął.

      – Co, kochanie? – zapytał niewinnie, wiedząc, że w jego głosie słychać podstęp.

      O to chodziło. Chciał, żeby Steve wiedział, że to on ma kontrolę… nawet jeśli w rzeczywistości jej nie miał. Poruszył lekko biodrami… posyłając w ich sztywne erekcje kolejną dawkę niewyobrażalnej przyjemności… och, Boże…

      – Zrobię wszystko, co zechcesz… tylko poproś…

      – N… nie…

      – Nie? Poproś, bo cię nakręcę… i tutaj porzucę.

      Obaj zdawali sobie sprawę, że nigdy by tego nie zrobił. Naparł biodrami… i już wiedział, że Steve należy do niego… że tym jednym ruchem złamał jego upór… że powie wszystko, co tylko będzie chciał od niego usłyszeć. Znów się poruszył… i znieruchomiał… pozwalał, by ukochany czuł jego ciało, lecz jednocześnie rozpaczliwie pragnął więcej. Udał mu się ten zamiar… i Rogers zgubił oddech w skrajnej… pięknej… potrzebie.

      – Proszę… Buck, błagam…

      Warto było tak męczyć Steve’a… i siebie… by usłyszeć tę desperację w jego głosie. Kochał go w tym stanie. W nagrodę docisnął biodra tak mocno… tak mocno… obdarzył go namiętnym… gorącym… pocałunkiem, wsunął język w jego wargi… pieścił nim jego podniebienie… tłumił ustami jego jęki. Kolejne ruchy uczynił wolniejszymi… dozował przyjemność… ocierał o członek przyjaciela własnym… musiał rozłączyć ich usta, by mogli oddychać… Polizał swój palec wskazujący, sięgnął za kochanka… wkładał go powoli w jego szparkę… a Steven zacisnął oczy i przylgnął do niego w odruchu ulgi i pożądania, zarzucając mu ręce na szyję. Wsuwał i wysuwał palec… synchronizując to z poruszeniami bioder… a Steve drżał… drżał tak mocno… ich rozemocjonowane oddechy się przenikały. Rozluźniał jego zaciśniętą dziurkę, był ciasny… tak przyjemnie ciasny… nie przestawał się o niego ocierać, robił to całym sobą, czując jego rozpaloną skórę… ich wzwody napierały na siebie… Boże… a Steven przesuwał dłońmi po jego karku. Wyjął z niego palec, nawilżył tym razem dwa i znów wsunął… a ukochany jęknął przeciągle i schwycił go za włosy. Rozkurczał jego szparkę posuwistymi ruchami… jednocześnie napierał biodrami… tak, Steve… Steve… starał się być cierpliwy, lecz przyjemność była tak wielka… tak wielka… nie wytrzymywał i kiedy usłyszał, że partner także jest już blisko… nawet wiedząc, że nie rozluźnił go wystarczająco… musiał… po prostu musiał… już go mieć. Wysunął z niego palce i natychmiast chwycił go za uda, rozkładając je… podciągnął go wyżej, mocniej opierając na ścianie… a kochanek splótł nogi na jego biodrach… dyszeli przez chwilę, wiedząc co za chwilę się wydarzy…

      – Chcesz mi dać?

      Steve drgnął zaskoczony, nagle onieśmielony, mimo tego w jak bardzo intymnej, bliskiej pozycji się znajdowali.

      – T… tak…

      Buck miał ochotę jeszcze dłużej oglądać go tak pięknym w tej niepewności, zawstydzeniu. Kochał w nim tę delikatność… to speszenie… które potrafiło się w nim pojawiać, gdy byli blisko, a on go prowokował.

      – Chcę, żebyś to wypowiedział.

      Widział, że Rogers jeszcze bardziej się spłoszył, więc zachęcił go… jednym, mocnym pchnięciem… ach, Boże… przypierając go do ściany… i wyrywając z niego stłumiony okrzyk.

      – Powiedz.

      – Chcę… chcę ci dać…

      Pocałował go lekko w drżące, kochane wargi… muskał je uspokajająco… lecz żaden z nich spokojny nie był. Wiedział, że go wymęczył, umyślnie zaczepiał… ale kochał go takim, jakim się wtedy stawał. Zdjął jedną rękę z jego uda, jednocześnie wzmacniając uchwyt drugiej… a Steve stabilniej zacisnął nogi na jego miednicy. Splunął na dłoń i wtarł ślinę w swojego członka, mieszając ją z naturalną wydzieliną, chwycił go i zaczął powoli… bardzo ostrożnie… Boże… Steve… Boże… wkładać go w Rogersa… patrząc przy tym… w jego… oczy… a ukochany to odwzajemniał… i mimo że rozkosz odbierała im przytomność… przenikali się w spojrzeniach. Oparł o czoło przyjaciela swoje własne, gdy znalazł się w nim już całkowicie… musiał odetchnąć, owiał oddechem jego twarz. I nagle wykonał pierwszy ruch… od razu silny, dynamiczny… wyrwał tym ze Stevena głośny, wręcz bolesny jęk, który przeszedł w krzyk… chciał go mocno… bardzo mocno… Poruszył się ponownie, równie zdecydowanie, niecierpliwie… tak, Steve… tak… Wbijał się w niego głęboko, energicznie… raz za razem… czuł jego męskość ocierającą się o brzuch… och, Boże… a Steven pociągnął go za włosy, odchylając jego głowę w tył… przez co czuł jego oddech na swojej szyi. Przypierał go do ściany mocniej… i mocniej… z każdym dogłębnym pchnięciem bioder wyrywał z niego ekstatyczne… wyraźnie bolesne jęki… bezgraniczna rozkosz powodowała ból… także w nim… jednak właśnie tego potrzebowali. Skrajności. Przemieszania bólu z ekstazą. Było to wyrazem monumentalnego zaufania, które potrafili dzielić jedynie ze sobą. Uderzał we wnętrze ukochanego… mocno… boleśnie… Boże… Steve, Boże… i poczuł, że… to już, zaraz… pchnął najgłębiej jak tylko był w stanie… a Steve zakrzyczał z ekstatycznego bólu i zaliczył wytrysk na jego brzuchu… poczuł na sobie jego spermę i również doszedł, spuszczając się w jego wnętrze tak bardzo głęboko… tak głęboko…

      – K… kocham cię, Buck.

      Przez chwilę nie był zdolny, by odpowiedzieć. Wczuwał się w jego oddech, przymykając oczy, rozkoszując się uczuciem wypełniania go… po tym jak przeżyli… jak wciąż przeżywali… najwyższą bliskość.

      – A ja ciebie.

      Nie starali się unormować oddechów, dyszeli na siebie… połączeni… spełnieni… zaspokojeni…

      – Jesteśmy tacy szczęśliwi.

      Jęknął cichutko, zaskoczony… i wzruszony… słowami ukochanego… och, Stevie… zabrakło mu słów. Poczuł, że nic nigdy nie zburzy ich więzi… miłości… wiedział, że zawsze będą dla siebie wszystkim… nic ich nie rozdzieli. Wierzył w to. Mocno i niezaprzeczalnie.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 402
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!