Manekin 8

Cz.8

Gdy ruszamy, od razu przyklejam nos do szyby aby móc obserwować zza okna widoki zmieniającego się szybko krajobrazu. Staram się skupić na wszystkim, byleby nie na tym, że Jeff obejmuje mnie w pasie.

Mając bowiem świadomość, że jego długie ramię przechodzi za moimi plecami, a palce zaciskają się na lewym biodrze.

Trudno mi jest skupić się na czymkolwiek.
Nie umiem sobie z tą sytuacją poradzić, choć staram się jak mogę.

Gdy więc czuję, jak po raz kolejny przyciska mnie do siebie, postanawiam temu jakoś zaradzić.

Poirytowana z rozmachem odgarniam włosy, waląc go przy okazji ręką w pysk.

– Uważaj!

Rzucam ostrzegawczo, nie mając zamiaru przeprosić.

Jeff spogląda na mnie ze złością. Nic jednak nie mówi, wzdycha tylko. Po czym, odsuwa się ode mnie.

Dopiero po chwili rozumiem dlaczego. Samochód zatrzymał się na podjeździe, byliśmy na miejscu.

– No to chodźmy. Już nie mogę się doczekać tych wszystkich dziewczyn!

Zaciera ręce młodszy Rascal.

– Po co ci dziewczyny skoro masz mnie?

Naburmusza się Wann.

– Żartowałem przecież. – Rive, mruga do mnie, następnie pomaga wyjść z samochodu swojej towarzyszce. – Dobrze wiesz, że lubię się z tobą droczyć.

– Gotowa?

Słyszę obok Jeffa. Odwracam głowę i odskakuję trochę, aby zwiększyć między nami odległość.

– Musisz wisieć tak nade mną?

– Już tłumaczyłem.

– Jeff. – zgrzytam zębami. – Trudno mi oddychać, udusisz mnie!

– Czego jeszcze nie rozumiesz? O co ci chodzi?!

Zmarszczył wrogo brwi.

– Przesadzasz, jesteś wręcz nachalny! Jak ja mam niby funkcjonować?

Jego szczęka zaciska się, wygląda jakby był zdenerwowany.

– Dobra. Obiecuję nad tobą nie wisieć, pod warunkiem, że będziesz się mnie pilnować.

– Chyba żartujesz.

– Mam postarać się o łańcuch?

Zaglądam mu w oczy, wyglądał na zirytowanego, ale wcale nie chcę ciągnąć dłużej tej sprzeczki.

– Obejdzie się. Dobrze, będę chodzić za tobą jak ten cień, pasuje?

– Pasuje, a teraz chodź wreszcie.

Wyszedł na zewnątrz, po czym zajrzał do środka i wyciągnął do mnie rękę.

Chwyciłam jego dłoń, po czym oboje stanęliśmy na brukowej kostce. Gwar podnieconego tłumu, gotowego na ploteczki, zagłuszył bicie mego serca.

Błysk fleszy na chwilę oślepił, a kiedy odzyskałam wzrok, szybko rozejrzałam się wokół.

– Gdzie my jesteśmy? Na konferencji prasowej?

– No co ty. Idziemy do Eupatorii, tych z aparatami i tak jest niewielu. Ciesz się, szybko nas wypuszczą.

– Do Eupatorii?

Głupio powtarzam jego słowa. Znałam nazwę tego klubu z telewizji. Słynął on bowiem z licznych burd i związanych z nimi sensacji.

– Panie Rascal! – podszedł do nas jeden z paparazzi z aparatem w ręce. – Mogę cyknąć jeszcze kilka zdjęć?

– Oczywiście.

Uśmiechnął się Jeff i zgarnął mnie do siebie dłonią.  

Nie wiedziałam jak się zachować, stałam więc jak ta Kłoda, bez ruchu, bojąc się nawet oddychać. 

Zatrzymaliśmy się przed samym wejściem, pozwalając mu na kilka ujęć. Lecz nim spostrzegliśmy, wokół zbiegło się więcej dziennikarzy.

Teraz niemal wszyscy robili nam zdjęcia.

Zaczęły się niewygodne pytania dotyczące mojej osoby. Lecz, nie miałam odwagi się odezwać, tym bardziej, że Jeff także uparcie milczał, nie chcąc ulec prowokacji.

– Kim ona jest?

– Jesteście razem?

– Postanowił się Pan pocieszyć po stracie Szarot?

– Panie Rascal. Po czterech latach przerwy, nagle pojawia się Pan z damą u boku, jak mamy to rozumieć?

Jeff unosi wyżej brodę, nabiera powietrza w płuca i mówi.

– Powiedzmy, że postanowiłem się wreszcie ustatkować.

***

– Co… coś ty najlepszego zrobił!?

Nie mogę się powstrzymać i atakuję Rascala zaraz po przekroczeniu progu euphorii.

– Nie panikuj, nigdy bym się z tobą nie ożenił.

Wywraca oczami Jeff.

– Mówisz? Jakoś nic nie stało ci na przeszkodzie, żeby publicznie, prawie mi się oświadczyć!

– Jeff… Żenisz się brachu?

Na korytarzu pojawia się nowa osoba, więc oboje odrywamy od siebie wzrok.

– Jimmy! – Jeff rozciąga usta w szerokim uśmiechu. Po czym, rozkłada ramiona i rusza na nieznanego mi mężczyznę, aby go uściskać. – Dobrze cię widzieć przyjacielu.

– I ty nazywasz mnie przyjacielem? Jak możesz, skoro o twoich zaręczynach dowiaduję się w ten sposób?

– Przestań. Mówisz tak, jakbyś mnie nie znał.

Rascal uderza przybysza w ramię, i w oczach obu, dostrzec można te same iskierki.

– Dalio, poznaj Jimmy’ego Scalema. Jimmy, to Dalia Clam.

Przedstawił nas sobie, więc podeszłam bliżej.

– Miło mi poznać.

Jimmy wystawił rękę aby mnie uściskać.

– To, także miło poznać Pana Scalema. To, niezmiernie się cieszy z takiej możliwości i oczywiście ją docenia.

Mówię z przekąsem ujmując jego dłoń. Celowo kładąc nacisk na to, ponieważ przez Jeffa, w tym momencie czułam się przedmiotem.

Mimo wszystko starałam się tego po sobie nie okazywać. Obrócić w żart.

Jimmy unosi brew, po czym uśmiecha się do mnie zaciskając palce na mojej dłoni.

– Interesująca.

Zwraca się krótko do Rascala. Następnie wbija we mnie swoje oczy.

– Wydaje ci się. – Prychnął Jeff. – Pamiętaj po co tu jesteś.

Zwraca się do nie mówiąc przez zęby.

– Z tego co pamiętam, jestem niczym twój cień. Nie muszę się wysilać.

– Dalio!

Teraz zmarszczył brwi, srogo mierząc mnie spojrzeniem. Na co Scalem tylko się roześmiał.

– Zapraszam tędy.

Odezwał się wypuszczając z uścisku moją dłoń. Następnie skinął głową na Rascala.

Jeff, znów złączył nasze ręce, abyśmy mogli wejść na salę jako para.

Gdy tylko przeszliśmy przez obszerny ciemny korytarz, dotarliśmy do miejsca tętniącego życiem. 

Na pierwszy rzut, ustawiono tu stoły do gry w karty, bilarda oraz tuzin innych mini gier na których w ogóle się nie znam.

Dalej stały maszyny, wyglądem przypominające te w kasynach. Tyle, że nowocześniejsze, bardziej współczesne.

Obeszliśmy szeroki bar, a za nim weszliśmy do ciemniejszego pomieszczenia.

Światła były tu przygaszone, na wprost wejścia znajdowała się scena, nas natomiast zaprowadzono do jednej z wielu półokrągłych loży.

– No wreszcie, gdzie was wcięło?

Usłyszałam znajomy głos Rive.

– Przeklęci gazeciarze.

Mruknął ktoś inny, więc odwróciłam głowę zasiadając w loży tuż przy Jeffie.

– Czego się napięcie?

Zagaduje do Rascala Jimmy, ale nie interweniuję w tej sprawie zbyt zajęta nowym otoczeniem. Zaczynam wychwytywać nowe, zupełnie obce mi twarze.

Półmrok już po chwili nie przeszkadza mi tak jak na początku, więc widzę kto jeszcze siedzi przy naszym stoliku. Oprócz mnie, Jeffa, Rive oraz Wann. Dostrzegam jeszcze dwie obce mi pary.

Nie mam pojęcia kim są ci ludzie. Świat biznesu nigdy specjalnie mnie nie interesował, chyba, że tyczyło się to mody, której poświęcałam minimum swojej uwagi.

– Ten duży, to Geogre. Typowy hazardzista, a w tym niesłychany szczęściarz. – Tłumaczy mi na ucho Jeff. – Pewnie będzie chciał zagrać ze mną w pokera. Towarzyszy mu Katrin. Córka prezesa Boba.

– Dlaczego o tym mówisz?

– Nie chcesz wiedzieć z kim siedzisz?

Zrobił dziwną minę. Jakby miał przed sobą kosmitę.

– I tak zaraz o wszystkim zapomnę.

Spojrzał na mnie w podejrzliwy sposób.

– Nie udawaj, że nic nie robi na tobie wrażenia. Tym bardziej, że mój dom chyba cię zachwycił.

– Tak, byłam nim zachwycona dopóki nie uprzytomniłam sobie w jaki sposób twój ojciec na niego zarobił!

Zaciskam dłonie w pięści. Jeff natomiast wbija we mnie lodowate spojrzenie. Ten wieczór nie zapowiadał się dobrze, bynajmniej nie dla nas.

– Co to za miny? –  Nagle pojawia się Jimmy. Chłopak uśmiecha się niepewnie stawiając przed nami drinki. – Może po jednym, dla przełamania pierwszych lodów?

– Nie piję alkoholu.

Spojrzałam na blondyna gniewnie. Nie mam pojęcia czym sobie zasłużył, ale ewidentnie trafił w nieodpowiedni moment.

– Przestań wreszcie kręcić nosem! – Wkurzył się Jeff. – Bierz pij, baw się, korzystaj. W domu tego nie masz!

Przez chwilę tylko się na niego gapiłam, może nie zdawał sobie z tego sprawy, ale jego słowa trafiły mnie do głębi. Wstałam bez słowa, z zamiarem wyjścia.

– Siadaj.

Burknął w moją stronę, ale miałam to gdzieś. Rascal dopiął swego, nienawidziłam go jeszcze bardziej!

Mijając już wyrytego w podłogę blondyna, usłyszałam jak Jeff zaklął.

Jednak nie było mi dane się zbytnio oddalić, ponieważ złapał mnie za łokieć zaledwie dwa kroki dalej.

– Puszczaj! Mam dość!

– Masz dość? Ty, masz dość?!

Jeff lekko szarpnął mnie ku sobie.

– Ejże! Ludzie na was patrzą, co wy wyprawiacie?

– Rive, nie wtrącaj się.

Ostrzegam, wystarczył mi już jeden Rascal na głowie. Oparłam dłonie na klatce piersiowej Jeffa i odepchnęłam go od siebie.

– Racja, nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy.

Zbeształ go także Jeff, ponownie łapiąc mnie za ramię.

Odchodzimy nieco od stolika, ale wciąż jesteśmy na widoku.

– Mowy nie ma żebym tak to zostawił, przecież aż dym leci.

Rive zarzuca nam ręce na ramiona, uwalniają mnie z uścisku brata. Następnie całuje mój policzek, a Jeffa stara się odsunąć jak najdalej od nas.

– Zaraz będziesz miał ogień! – Warknęłam, starając się wyplątać z jego objęć. – Puść mnie!

– Uspokój się, to tylko całus w policzek.

– Powiedz o tym Wann, dziewczyna na pewno zrozumie.

– Wann? Jesteś zazdrosna o Wannę?

– Czy ty zdążyłeś się już upić?

Rive zaśmiał się krótko, po czym znów odepchnął próbującego zbliżyć się do nas Jeffa.

– Zapaliłem. – Szepnął mi na ucho młodszy Rascal. – Też powinnaś spróbować się rozluźnić.

Wszystkie moje mięśnie spięły się na te słowa. Zamarłam na myśl o tym co tu się wyprawia. Nawet nie chciałam wiedzieć, co za świństwo rozprowadzali w tym miejscu.

Wychowywałam się bez ojca, od zawsze więc miałyśmy z mamą tylko siebie. Dlatego nawet jeśli już gdzieś wychodziłam, starałam się nie sprawiać kłopotu i być przykładną córką.

Jednak, czy tu obowiązywały jakieś granice?

Nagle, rozbrzmiała perkusja, następnie saksofon i pianino tworząc doskonale znaną mi melodię. 

Odruchowo spojrzałam w stronę sceny, w chwili gdy Jeff odciągnął Rive na stronę, uwalniając mnie tym samy z jego uścisku.

Oszołomiona nie zwracam na nich najmniejszej uwagi. Wpatruję się w grający na żywo zespół i nie mogę uwierzyć własnym oczom.

– Lubisz HappyFate?

Spoglądam na poznanego mi dzisiaj blondyna wielkimi oczyma. Siłą woli powstrzymuję się od tego aby nie piszczeć ze szczęścia.

– Ubóstwiam!

A jednak nie mogę się powstrzymać. Zatykam dłońmi usta, i podskakuję w miejscu kilka razy.

Jimmy śmieje się, po czym, lekko kłania przede mną.

– Może, zatańczymy? Zrozumiem jeśli odmówisz, więc się nie krepuj.

Spojrzałam na niego uważniej. Wysoki, elegancki, wpasowany w świetny garnitur. Mimo to nie wygląda jak manekin, a tym bardziej rekin, który jakiś czas temu mnie porwał. Wydawał się być naturalny, jak najbardziej ludzki. Człowieczy!

To zapewne jedna z ich sztuczek, nie wolno mi się zapominać!

Otrząsnęłam się odpowiadając wymuszonym uśmiechem.

– Z przyjemnością panie Scalem.

Złapałam go za dłoń, a Jimmy poprowadził mnie w głąb parkietu.

Zaczęliśmy jako pierwsi. Wszyscy utkwili w nas oczy, przez co, trochę się spięłam.

– Tak więc, lubisz HappyFate. – Zagadał do mnie w chwili gdy nasze głowy znajdowały się najbliżej, w dość rytmicznym tańcu. – I nie przepadasz za towarzystwem dżentelmenów. Wychowała cię matka, ale jesteś silna jak chłop.

Zrobiłam z ust krzywy dziób i cmoknęłam głośno.

– Wygląda na to, że jest Pan całkiem nieźle poinformowany.

Nie trudno bowiem mi zgadnąć, że Jeff zdążył mu wszystko przez telefon streścić. Choćby wtedy, gdy byłam w toalecie.

– Nieprawda. O tobie wiem tylko tyle, że lubisz HappyFate. Cała reszta to pomówienie.

– Więc, postanowiłeś mnie przepytać, bo chcesz usłyszeć tak lub nie?

– Nie do końca, chociaż blisko jesteś.

Uśmiechnęłam się lekko.

– Co za niespotykana szczerość, tylko po co te tajemnice?

Zakpiłam. Byłam pewna, że unieście się dumą, ale… Jimmy znów się uśmiechnął.

– Obiecuję wrócić do tego w bardziej odpowiednim momencie.

Zmarszczyłam brwi. Z jakiegoś powodu te proste słowa wprawiły me serce w drżenie.

– Nie sądzę aby taki nadszedł. Nie zabawię tutaj długo.

– W takim razie nalegam, abyś zdradziła mi o sobie coś jeszcze.

Nabrałam więcej powietrza i wypuściłam je przez usta. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć, Scalem był zbyt czarujący. Nie radziłam sobie z nim tak dobrze jak z Rascalem.

Musiałam znaleźć sposób na to, żeby się od niego odczepić.

Zatrzymałam się po obrocie w tańcu, więc i on przystanął.

– Przepraszam, ale zaschło mi w gardle. Pójdę już do Jeffa.

Zmieniłam ton. Nie chciałam go prowokować, czy też z nim flirtować.

Po prostu się nie dało.

Miał w sobie coś, co nie było warte takiego ryzyka. Czułam to po sobie.

– Rozumiem. – Kiwnął mi głową w podzięce za taniec. – Nie chciałem być nieuprzejmy i mam nadzieję, że taki nie byłem.

Dodał, następnie odszedł pierwszy. Przez chwilę podążam za nim wzrokiem, po czym, odnajduję nadętą twarz Jeffa siedzącego w loży.

Chyba jeszcze mu nie przeszło, mimo, że ja czułam się lepiej, to miałam nadzieję że nie przytrafi mi się już dziś nic gorszego.

Oby tylko Jeff faktycznie mi się tego wieczoru nie oświadczył. Bo już całkiem zwariuję!

***

Słabe zainteresowanie widzę. :/

Może się mylę? 🙂

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 973
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!