Córa rodu Phoenix – Rozdział 36

Dziennik

                             Syriusz ociężale otworzył oczy, wyrywając się z objęć przyjemnego, głębokiego snu. Na kilka sekund serce mu zmarło i szybko odwrócił głowę, chcąc sprawdzić, czy do reszty nie postradał zmysłów. Uśmiechnął się rozbrajająco, widząc Vallerin, śpiącą spokojnie u jego boku. Więc…to była prawda. Nie wymyślił sobie tego wszystkiego, co się między nimi wydarzyło. Łagodnym ruchem odgarnął płomieniste pasma, odsłaniając niebiańskie oblicze kobiety, którą kochał. Nie wiedział dokładnie, kiedy w końcu zasnęli. Rozmawiali przez wiele godzin, nie omijając wyjątkowo trudnych, przygnębiających tematów. Przenikliwy, ostry ból przeszył jego umysł, prowokując lodowaty dreszcz. Był śmiertelny…któregoś dnia umrze, a ona będzie musiała żyć dalej, z poczuciem straty. Przyjdzie taki dzień, gdy będzie zmuszony ostatecznie ją opuścić, ale na razie nie chciał o tym myśleć. Jeżeli przez tę krótką chwilę, jaką było dla istot wiecznych ludzkie życie, będzie mógł ją uszczęśliwiać…umrze spełniony. Roześmiał się w myślach. O ile Dragan drastycznie nie skróci tego czasu, wyrywając mu rączki i nóżki. Czule musnął wargami skroń dziewczyny, starając się jej nie obudzić.

– Syriusz? – wyszeptała słodko, nie otwierając oczu.

– Nie wstawaj, jeszcze wcześnie – zerknął ukradkiem na ścienny, rzeźbiony zegar.

– Która godzina? – spojrzała na niego zaspana.

– 6:15.

Chciał powtórzyć subtelny pocałunek, za cel obierając tym razem czoło, jednak błękitnooka weszła mu w drogę. Podciągnęła się wyżej, wpijając usta wprost w jego wargi. Początkowe miękkie, łagodne, niepewne ruchy powoli eskalowały, głównie za sprawą czarodzieja. Objął dłonią jej policzek i nienachalnie, pieszczotliwie odrobinę rozchylił jej wargi kciukiem. Delikatnie wsunął język w jej usta, na co odpowiedziała nieśmiałą wymianą krótkich, finezyjnych muśnięć. Stopniowo zapadali się w tę niepowtarzalną, przesyconą uczuciami grę, niemalże natychmiast odnajdując wspólny rytm. Nie powstrzymał cichego, mruczącego jęknięcia, gdy niezbyt mocno przygryzła jego dolną wargę. Odsunęła się nieznacznie, patrząc w jego przymrużone oczy z łobuzerskim uśmiechem.

– Strasznie jedzie ci z pyszczka – zaśmiała się, przytykając palec do czubka jego nosa.

– I kto to mówi? – posłał jej zaczepne spojrzenie. – Ja jestem w końcu tylko kundlem, a jaką ty masz wymówkę, Lady?

Najwidoczniej nie miała ochoty szukać żadnych wymówek, ponieważ zwyczajnie skopała go z łóżka. Wsparła podbródek na splecionych dłoniach, przyglądając mu się z góry. Black niezgrabnie zebrał się z podłogi i usiadł, rozmasowując obolały bark. Chciał rozpocząć bitwę na mało kurtuazyjne uprzejmości, ale widząc iskry radości w jej oczach…nie mógł zrobić nic, poza uśmiechnięciem się szeroko. Wstał, kierując się ku łazience.

– Gdzie idziesz? – rzuciła w jego plecy poduszką.

– Umyć pyszczek – zaśmiał się, zerkając na nią przez ramię.

– Też mi się przyda – westchnęła niechętnie, opuszczając wygodne łóżko. – Macie zapasową szczoteczkę?

– Coś się znajdzie.

Zaczekał na nią i wspólnie weszli do obszernej, elegancko urządzonej łazienki. Vallerin oparła się plecami o marmurową, ciemną krawędź jednej z dwóch umywalek, podczas gdy Syriusz grzebał w szafce, szukając dodatkowych szczoteczek. Płomiennowłosa miała szansę spokojnie przyjrzeć się pomieszczeniu. Trzeba było przyznać Draganowi, że spokojnie mógł zacząć karierę dekoratora wnętrz! Wszystko było utrzymane w minimalistycznym, bardzo nowoczesnym stylu, stawiającym na ciekawy kontrast barw oraz różnorodnych faktur. Szczególnie zauroczył ją pomysł wstawienia do zabytkowego zamczyska dużej, całkowicie przeszklonej kabiny prysznicowej, sięgającej od podłogi aż do samego sufitu. Gładkość szkła w przyjemny dla oka sposób odcinała się od chropowatej struktury szarego kamienia. Jak udało mu się zamontować deszczownicę oraz cały panel do hydromasażu nie wiedziała i prawdopodobnie nie chciała się dowiedzieć. Zachichotała, przysłaniając dłonią usta. Dragan hydraulik…mocno intrygująca wizja.

– Trzymaj – czarodziej podszedł i podał jej różową szczoteczkę w białe jednorożce. – Nie pytaj.

Roześmiała się, przyjmując prezent. Luther musiał naprawdę polubić Syriusza, skoro rozpoczął swoją jednorożcową krucjatę! Znała to zjawisko aż za dobrze… kruczowłosy miał jakieś dziwaczne upodobanie do drażnienia swoich najbliższych znajomych, na wszelkie możliwe sposoby. W przypadku mężczyzn, bardzo często zamieniał się w istnego władcę jednorożcowego królestwa, z upodobaniem torturując ich wszystkim, co udało mu się znaleźć w tym motywie. Westchnęła cicho, zabierając się za mycie zębów. Gdzieś w czeluściach jej rezydencji, wciąż stało sześć różowych kubków z tęczowymi jednorożcami – używali ich ludzie Luthera, których przysyłał do rezydencji w celu przeszkolenia lub studiowania bogatego księgozbioru. Lubiła, kiedy przychodzili… Nie spędzała z nimi więcej czasu, niż to konieczne i mieli zakaz wychodzenia poza podziemia, jednak miło było wiedzieć, że ma się towarzystwo. Jeśli kruczowłosy potrzebował czegoś z magazynów, najczęściej przysyłał Bastet, z którą Lady miała najlepszy kontakt. Błękitnooka spojrzała na swoje odbicie w lustrze, uśmiechając się nostalgicznie. Ciekawe, jak Bastet sobie radziła? Nie widziała jej od dobrych kilku lat, co nie było niczym nadzwyczajnym. Dobrze się złożyło, że kobieta pracowała raczej z doktorem Q, a nie Jeanem, który miał dość…ciekawe podejście do spraw naukowych. Jej rozmyślania uleciały, gdy poczuła na sobie wzrok Blacka.

– Wracam do Indrahill – wypłukał usta. – Nie wiem, ile to potrwa.

Zamarła, słysząc jego zdecydowane, twarde słowa. Coś w jego tonie mówiło jej, że nie było tu miejsca na zbędną dyskusję – została zwyczajnie poinformowana o fakcie. Wiedziała, że najprawdopodobniej musiał iść…ale i tak zrobiło jej się jakby…ciężej? Czy mogła naiwnie spodziewać się czegokolwiek innego? Nie. Znała zasady postępowania członków Legionu, choć wcześniej nie poświęcała im większej uwagi. Dopiero teraz…gdy Syriusz stał się jednym z nich, dotknęło to ją osobiście.

– Potrzebują cię… – stwierdziła ledwo słyszalnie, nie wiedząc, co innego powiedzieć.

– Tak daleko bym się nie zapędzał! – czarodziej zaśmiał się krótko, odkładając swoją szczoteczkę na miejsce – Po prostu przyda im się dodatkowa para rąk. Postaram się wpaść wieczorem, chociaż na chwilę i powiedzieć ci, na czym stoimy.

– Dzięki – uśmiechnęła się bez przekonania.

Szarooki spojrzał na nią kątem oka i skrzywił się, dostrzegając nie mniej, nie więcej niż smutek. To oczywiste, że martwiła się o Dragana i Ravena – tak samo jak oni wszyscy. Wolałby przy niej zostać i odciągać jej myśli od tego koszmaru za pomocą swojej powalającej głupoty, ale nie mógł. Siedząc wygodnie w Hogwarcie nie miałby szans im pomóc, a na to w życiu by się dobrowolnie nie zgodził. Q i jego zespół dawali z siebie wszystko, żeby opanować sytuację, jednak nie mogli pracować bez wytchnienia. Jeżeli była taka możliwość, powinni odpoczywać, zamiast zajmować się tak prozaicznymi rzeczami, jak zmiana opatrunków, wymiana pustych kroplówek, dezynfekowanie narzędzi czy podawanie zastrzyków. Jarri na dłuższą metę nie nadawał się do roli opanowanego asystenta, czemu ciężko było się dziwić – żal, gniew i poczucie winy utrudniały mu skupienie. Czarodziej uśmiechnął się kącikiem ust. Nie miał pojęcia o sztukach uzdrowicielskich, ale potrafił wykonywać rozkazy, które Q bezbłędnie precyzował, dzięki czemu szybko znaleźli nić porozumienia. Całkiem dobrze znosił też mało przyjemne widoki, co okazało się przydatne. Nie mógł zrobić za wiele, jednak jeśli miał szansę przydać się na cokolwiek…nie zrezygnuje z tego. Na razie musiał nieco uspokoić pewną zatroskaną kobietę.

– Ej, nie rób takiej miny – cmoknął jej policzek. – Wrócę.

– Wiem – chwyciła jego zabandażowaną rękę, niechcący drażniąc świeżą ranę. – Uważaj na siebie, dobrze?

– Niczego nie obiecuję – roześmiał się raźnie. – Masz na dzisiaj jakieś plany?

– Skoro ciebie nie będzie, pewnie posiedzę z Dafne – jego swobodny, męski śmiech poprawił jej humor. – Chciała dzisiaj zorganizować imprezę i wstępnie zgodziłam się pojawić. Chociaż… – urwała niepewnie – sama nie wiem…

– Powinnaś iść – przyciągnął ją do swojej klatki piersiowej i objął ramionami. – Przyda ci się chwila relaksu, a ta mała wygląda mi na zabawne towarzystwo. Tylko żadnego przytulania obcych facetów!

– Czyżby był pan zazdrosny? – szelmowsko uniosła brew.

– Zapomnij – przewrócił oczami, wzdychając teatralnie. – Dla pewności i tak ich wszystkich pogryzę.

– Co to za agresywna postawa! – udała wzburzenie.

– Jestem tylko kundlem, co poradzisz? – pochylił się i pocałował jej smukłą szyję – Twoim kundlem.

Mimowolnie odchyliła głowę, ułatwiając mu dostęp do swojej szyi. Znała opowieści krążące o niepokornym, uwodzicielskim Syriuszu Blacku i spodziewała się, że kto jak kto, ale on potrafił sprawić kobiecie przyjemność lecz do tego stopnia? Zaplotła ręce na jego karku, przylegając mocniej do szerokiego torsu, kiedy zwinnie przesunął językiem po jej skórze. Obchodził się z nią w sposób tak czuły, łagodny i cholernie pociągający… Doskonale wyczuwał chwile, w których mógł pozwolić sobie na więcej, jakby potrafił odpowiedzieć na jej najbardziej skryte potrzeby. Powolutku smakował śnieżną skórę, odkrywając kolejne słabe punkty, przyprawiając ją tym o przyjemne drżenie. Od stuleci nie doświadczyła czegoś podobnego… Jej rozemocjonowane, walące serce w jednej chwili zatrzymało się, ściśnięte obrzydliwym skurczem. Gwałtownie położyła dłonie na piersi Syriusza i odepchnęła go od siebie, używając znacznie więcej siły, niż było konieczne. Jeszcze przed chwilą była gotowa rozpłynąć się w jego ramionach, ale teraz…teraz odczuwała wyłącznie mdłości – było jej zwyczajnie niedobrze. Oddychała ciężko, chcąc się uspokoić. Szkoda, że nie straciła niektórych wspomnień…

– Przep… – nie miała śmiałości na niego spojrzeć.

– W porządku – Black ostrożnie chwycił jej dłonie, ściskając je delikatnie. – Salazar?

Serce podeszło jej do gardła. Przez dłuższą chwilę walczyła z samą sobą, bojąc się, co ujrzy w jego oczach. Bała się, że będzie zraniony i zwyczajnie zawiedziony jej dziwnym zachowaniem. Bała się, że uzna ją za wyrachowaną wariatkę, bawiącą się jego uczuciami… Potaknęła niezgrabnie, zmuszając się do podniesienia wzroku. Wszystkie obawy prysły, przywołując łzy ulgi. Syriusz patrzył na nią z czułą, dogłębną troską…

– Przepraszam – otarł grzbietem dłoni słone krople. – Zagalopowałem się.

– Powinnam…

– Co? – warknął gniewnie – Zacisnąć zęby i udawać, że nic się nie dzieje? Za jak żałosnego faceta mnie masz?

– Syriusz…

– Nie musimy się spieszyć, Vallerin – wymruczał jej imię, całując drobną dłoń. – Wiem, jak potwornie cię skrzywdził, a o takich rzeczach nie jest łatwo zapomnieć. Jeśli zrobię coś, przez co poczujesz się niekomfortowo, po prostu każ mi przestać.

– Jesteś pewny? – wplotła swoje palce między jego.

– Oczywiście! – zaśmiał się szczerze – Jesteś dla mnie najważniejsza. Zaczekam aż będziesz gotowa, tylko obiecaj mi, że do niczego nie będziesz się zmuszać, dobrze?

– Dobrze – szepnęła, patrząc mu w oczy.

– Miałaś obiecać, nie oszukuj! – zaczepnie przechylił głowę.

– Obiecuje – wyciągnęła ramiona, żeby go przytulić, jednak zawahała się na moment.

– Choć tu – przyciągnął ją do siebie i uśmiechnął się, kiedy delikatnie wbiła paznokcie w jego plecy. – Jak na taką staruszkę, to czasami jesteś strasznie głupiutka.

– Czy ty właśnie powiedziałeś, że jestem stara i głupia?! – krzyknęła z nieco naciąganą obrazą.

– Może… – syknął, gdy wbiła mu palce pod żebra. – Lepiej?

– Lepiej – położyła policzek na jego piersi.

Przez kilka chwil przytulali się w milczeniu. Płomiennowłosa wsłuchiwała się w spokojne, kojące bicie serca czarodzieja, przynoszące jej nieoczekiwaną ulgę. Cieszyła się, że potrafił zrozumieć. Wiedziała, że jak każdy mężczyzna miał swoje potrzeby, ale jeśli naprawdę był w stanie z nich tymczasowo zrezygnować w imię jej samopoczucia… Czuła się przy nim bezpieczna. Czuła, że ją szanował i troszczył się o nią. Dostrzegał w niej kogoś więcej, niż piękną kobietę, jakich wiele. To wszystko… było cholernie miłe. Zasrany Salazar! Kiedy tylko odnajdywała w życiu odrobinę szczęścia, Slytherin wypełzał z zakamarków jej świadomości, niszcząc wszystko! Jak ledwie kilka lat spędzonych u boku mężczyzny, mogło naznaczyć ją krwawym piętnem na tak długo! To było niedorzeczne…niedorzeczne i przygnębiająco prawdziwe. Zapadała się coraz głębiej w ponure myśli, gdy jeden niewinny pocałunek w skroń wyciągnął ją z tego bagna. Uśmiechnęła się pod nosem. Pan Black był niezastąpiony, w rozwiewaniu złych wspomnień.

– Pomożesz mi z koszulą? – zwrócił się do niej, celowo wyrywając ją z marazmu.

– Jasne! – iskierki radości wróciły do niezgłębionych, lazurowych oczu – Nie byłoby ci wygodniej w jakimś T-shircie?

– Pewnie tak, ale mamy tu mały kryzys z praniem.

Nonszalancko wskazał na duży kosz, wykonany z pomalowanej na biało wikliny. Płomiennowłosa podążyła wzrokiem za jego ręką i westchnęła głośno, widząc niedomykające się wieko oraz kilka ubrań, walających się po podłodze. No tak… Połączenie Dragana i Syriusza zwiastowało armagedon, jeśli chodziło o wykonywanie obowiązków domowych. Od wielu lat starała się nauczyć Luthera systematyczności w porządkach, jednak równie dobrze mogła walić głową w mur – zabierał się do roboty dopiero, kiedy nie miał innego wyjścia.

– Przemilczę to – uszczypnęła policzek czarodzieja. – Kiedy wy się w końcu nauczycie?! Nic tylko fajki w zębach i alkohol w dłoniach!

– Miałaś przemilczeć! – zaprotestował, w odpowiedzi również szczypiąc delikatnie jej twarz.

– Gaci też nie pierzecie?!

– A to trzeba?

Wybuchnęła szczerym, głośnym śmiechem. Ten facet…zwyczajnie ją rozbrajał!

– Jesteś… – wykrztusiła przez śmiech – niemożliwy!

– I trochę obrzydliwy – podsumował, śmiejąc się uroczo.

– Poczekasz chwilę? – oparła dłoń na jego szczęce, powoli się uspokajając – Przyniosę ci coś ze swojego pokoju.

Przytaknął, puszczając jej oczko. Panna Crown wyszła z łazienki, mając zamiar teleportować się do swojej sypialni, którą zamknęła wczoraj na cztery spusty. Postanowił skorzystać z okazji i spokojnie się wykąpać, zanim wróci. Nie mógł przestać szczerzyć się pod nosem. Uwielbiał jej śmiech…cieszył się, że udało mu się ją rozbawić. Nagle przeszła mu cała ochota na głupkowate uśmieszki i zacisnął mocno zęby. Salazar… Nie łudził się, że on i Vallerin mogą być jedną z tych słodkich, spijających sobie z dzióbków parek. Obydwoje dźwigali na barkach ciężar przeszłości, jako tako radząc sobie z traumatycznymi przeżyciami. Ten sztywny skurwiel zapewne jeszcze nie raz wlezie mu w paradę, ale czy miał zamiar narzekać? Ani trochę. Dostał od losu niepowtarzalną szansę stania u boku cudownej kobiety i nie w smak było mu zaprzepaszczenie tego, z powodu jakiegoś gnijącego buca. Zapewne łatwo nie będzie i wiele razy staną przed pytaniem, czy warto, raniąc się wzajemnie. Był na to gotowy. Chciał tylko być dla niej wsparciem, na jakie zasługiwała bardziej, niż ktokolwiek inny. Kątem oka zauważył siniak, w okolicach łokcia i przeklął soczyście. Musiał jak najszybciej wrócić do Indrahill, chociaż nie chciał opuszczać Vallerin. Raven…mógł potrzebować kolejnej transfuzji, a on z grupą 0RH- był uniwersalnym dawcą. Q wczoraj nie zdecydował się na uzupełnienie zapasów drogocennego płynu, ponieważ nie chciał niepotrzebnie narażać czarodzieja, pobierając więcej krwi, niż było wskazane. Stan byłego Łowcy był tak niestabilny, że może dziś lekarz zmieni zdanie. Wyszedł spod prysznica, owinął ręcznik wokół bioder i wszedł do sypialni. Z pewnymi trudnościami zapakował się w ciemne jeansy, wyklinając szwy na prawej dłoni. To nie do końca tak, że dość głębokie cięcie zawdzięczał własnej nieuwadze i po prawdzie nie miało ono nic wspólnego z rozbitym szkłem. W ferworze skomplikowanej, chaotycznej walki o uratowanie pacjenta, pomagał Q zamykając kocherem światło naczynia krwionośnego. To była już 5 godzina stania nad stołem i wszystkim dawało w kość zmęczenie. W pewnym momencie musiał odejść, żeby zmienić uszkodzoną rękawiczkę i przy okazji opłukać trochę ręce, więc przekazał kleszcze jednemu z asystentów. Drugi w tym czasie dezynfekował narzędzia w blaszanym zlewie i reagując na wezwanie Q odwrócił się gwałtownie, niechcący przeciągając skalpelem po jego dłoni. Nic wielkiego, jednak Q uparł się, żeby to zszyć, a dyskutowanie z nim nie wchodziło w grę. Uśmiechnął się oszczędnie. Najważniejsze, że operacja poszła przyzwoicie. Z rozmyślań wyrwał go powrót błękitnookiej. Lady rzuciła w niego gładkim, ciemnozielonym tank topem, czarną koszulą oraz skórzaną kurtką.

– Tam zawsze jest zimno – odpowiedziała na jego pytające spojrzenie.

– Fakt – uśmiechnął się kącikiem ust.

Dał radę samodzielnie wciągnąć tank top, jednak przy koszuli potrzebował pomocy, nie radząc sobie z małymi, upierdliwymi guzikami. Lady bez słowa zareagowała na niemą prośbę, coraz bardziej niechętne dopinając smolisty materiał. Czuła, że nie zostało im już dziś za wiele czasu… Podejrzewała, że szarooki za chwilę opuści Hogwart, żeby dołączyć do batalii, toczącej się w cichych murach Indrahill. Była mu wdzięczna za zaangażowanie w walkę o zdrowie Dragana i Ravena, naprawdę! Po prostu…przy nim czuła się znacznie lepiej.

– Muszę iść – jego słowa potwierdziły obawy.

– Legion wzywa – odpowiedziała z goryczą, której nie zamierzała uzewnętrzniać.

– Legion bym olał – odparł twardo. – Przyjaciel wzywa.

Dumne, stalowe oczy rozbłysły pewnością, o jaką sam siebie nie podejrzewał. Kruczowłosy był jego przyjacielem, a on nie zostawiał przyjaciół w potrzebie – cokolwiek by o nim nie mówiono. Nie robił tego wszystkiego, ponieważ czuł się w jakikolwiek sposób zobligowany, do odwdzięczenia się tym dwóm za to, co dla niego zrobili. Robił to, bo szczerze tego chciał. Lady obserwowała go przez moment, czując narastającą radość. Lubiła w nim ten nonszalancki, nieco arogancki upór i szanowała jego decyzję. Wspięła się na palce, po czym pocałowała jego brodę.

– Przypilnuj dla mnie Harry’ego, dobrze? – przemówił ciepłym, emocjonalnym tonem.

– Postaram się, ale nie ręczę za efekty! – zaśmiała się cicho – Ma talent do przyciągania kłopotów.

– Zupełnie jak jego staruszek – przewrócił oczami, wspominając wybryki Rogacza. – Chcesz, żebym przekazał coś Draganowi, jeśli będzie przytomny?

– Powiedz mu, że jeśli jeszcze raz mnie tak wystraszy, to sama go zabije! – uroczo pogroziła drobną, wyjątkowo zabójczą pięścią.

– W Stumilowym Lesie powiało grozą – zażartował, całując jej zaciśnięte palce.

– W czym? – wbiła w niego zdezorientowane tęczówki.

– Stumilowy Las? – nie widział krzty zrozumienia – Kubuś Puchatek? – wciąż nic – To z takich książek dla dzieci.

– Nie słyszałam.

– Nasz naczelny mól książkowy czegoś nie zna? – z przesadnym szokiem położył dłoń na swoim mostku – Jestem wstrząśnięty!

– Za chwilę będziesz obolały – zagroziła z przekąsem.

– Mogę ci poczytać, mała – zadziornie poruszył brwiami.

– To ty umiesz czytać? – szeroko otworzyła oczy – Myślałam, że tylko obrazki oglądasz.

– Auć! – próbował się nie śmiać, ale nie mógł.

– Leć już – delikatnie odepchnęła go od siebie, przeczuwając, że gdyby tego nie zrobiła, to w życiu by nie wyszedł.

– Do wieczora – korzystając z przewagi wzrostu, wychylił się i przelotnie musnął wargami jej usta.

Nie zdążyła oddać pocałunku, ponieważ zmienił się w psa, ostatecznie deklarując chęć wyjścia. Pomogła mu z drzwiami i stojąc w progu sali zajęciowej patrzyła, jak biegnie przed siebie. Czuł na sobie jej wzrok, jednak nie miał czasu się odwracać. Umiejętnie przemknął korytarzami i skorzystał z jednego z tajnych przejść, żeby przedrzeć się niezauważonym do Hogesmeade – gruntowna znajomość zamku popłacała. Oddalił się od wioski na tyle, by móc bezpiecznie wrócić do ludzkiej postaci, wykorzystując leśną gęstwinę. Niepewnie spojrzał na zabandażowaną dłoń. Indrahill było znacznie lepiej zabezpieczone, niż Azkaban i Hogwart razem wzięte. Niewielu członków Legionu miało wstęp do siedziby głównej, a każdy z nich mógł przenieść się tam wyłącznie posiadając cieniutki, ledwo widoczny pierścień. Wczoraj otrzymał od Jarriego taką błyskotkę, ale nie miał jeszcze okazji z niej skorzystać. Zamknął oczy, przygotowując się na trudy teleportacji. Procedura przebiegła w miarę bezproblemowo, więc już po chwili stał na dziedzińcu zamku, tuż przy rzeźbie kobiety. Nikt nie wyszedł mu na powitanie, w czym nie widział niczego dziwnego – wszyscy zajęci byli swoimi sprawami. Wszedł do wnętrza budowli i skierował się wprost na piętro, gdzie ulokowane były pokoje stałych bywalców.

– Black!

Zatrzymał się, słysząc znajomy głos. Jarri podbiegł do niego, trącając go barkiem w ramach osobliwego powitania.

– Chodź! – blondyn nie tracił czasu, zaciskając obydwie dłonie na jego przedramieniu – Muszę z tobą pogadać!

Tymczasowy gospodarz nie zawracał sobie głowy bzdurami, zwyczajnie ciągnąc go za sobą do saloniku, w którym spotkali się za pierwszym razem. To pomieszczenie robiło upiorne wrażenie – jak zawsze – dodatkowo podsycone zalegającą w nim ciszą. Charakterystyczne fotele stały na swoich miejscach, z makabrycznym tronem królującym u szczytu stołu. Lio wskazał mu krzesło należące do Akivy i w podskokach pognał po dwa puchary oraz karafkę z rumem.

– Lubisz rum? – uśmiechnął się szeroko, siadając na swoim miejscu.

– Lubię alkohol – Syriusz starał się zabrzmieć swobodnie, choć cały był spięty.

– To tak jak Drag! – blondyn wybuchnął śmiechem, napełniając puchary – Nie ważne co, byle sponiewierało!

– Chciałeś o czymś porozmawiać.

Czarodziej przyjął rum, nie pozwalając sobie na zbyt bezpośrednie zachowanie wobec Ogara. Lio wydawał mu się najprzyjemniejszy i najbardziej otwarty z tego całego towarzystwa, ale pamiętał doskonale ostrzeżenia Ravena. Miał świadomość tego, do czego ci faceci byli zdolni i nie zamierzał głupio prowokować jednego z nich. Zielonooki spojrzał na niego z dziecinnym przekąsem, po czym zaśmiał się radośnie.

– Coś ty taki poważny?! – poklepał jego ramię – Teraz jesteś członkiem rodziny i to najbliższej! Drag mówił ci, jakie tu mniej więcej panują zwyczaje?

– Bardzo mniej więcej – uśmiechnął się, upijając łyk.

– Pewnie chciał, żeby Raven cię wtajemniczył – zamyślił się na moment. – No cóż! Teraz nie ma na to czasu. Pewnie wiesz, że zwracamy się do siebie pseudonimami. To zastępuje nam imiona w Legionie, ale nie jest obowiązkowe – pokiwał poważnie głową. – Masz strasznie fajne nazwisko!

– Dziękuję?

– Naprawdę fajne! Black, Black, Black… – powtarzał, z rosnącym uśmiechem. – Brzmi groźnie! Chcesz, żeby tak się do ciebie zwracać, czy masz pseudonim?

– Sargas – zaśmiał się krótko, nie mając wątpliwości, że właśnie tego imienia chciał używać.

– Od sargasse? – zielone oczy rozbłysły iskrą zrozumienia – Całkiem sprytne! Podoba mi się! Więc, Sargas, jak sprawdził się pierścień?

– Doskonale, chociaż trochę piecze – zerknął na swoją rękę.

– Nic dziwnego – Jarri opróżnił puchar. – To tymczasowe rozwiązanie. Każdy z nas ma własny pierścień, do stworzenia którego potrzebna jest krew właściciela. Wykucie twojego zajmie jeszcze ze dwa tygodnie. Robią za taki identyfikator! – dolał kolejną porcję alkoholu – Dzięki temu wiemy, kto przyłazi i kto opuszcza Indrahill.

– Przydatne skubaństwo – przyznał z uznaniem.

– Pomysł Jeana, on lubi takie cudeńka – przewrócił oczami. – Jeśli już mówimy o jego dziełach…

Jarri sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej niewielkie, obite czerwonym aksamitem pudełeczko. Bezceremonialnie rzucił pakunek na kolana swojego gościa, z upodobaniem obserwując jego zdziwioną minę.

– Prezent! – wyszczerzył się radośnie – No, otwieraj!

Syriusz ostrożnie uchylił wieczko, krzywiąc się bez przekonania. W środku znajdowało się coś podobnego do opakowania, w którym przechowywało się soczewki kontaktowe. Niespiesznie odkręcił nakrętkę, nie wiedząc dokładnie, na co właściwie patrzył. W przeźroczystym płynie znajdowała się soczewka, jednak podświadomie wiedział, że nie do końca była tym, na co wyglądała.

– Co to? – zerknął na kompana.

– Soczewka, chyba widać? – Lio zamrugał, zdziwiony pytaniem. – Musimy jakoś usprawnić komunikację, więc Jean przysłał dla ciebie to maleństwo. Wiesz co to lusterko dwukierunkowe?

Czarodziej wybuchnął głośnym, melodyjnym śmiechem, czym zaintrygował rozmówcę. Czy wiedział, do czego służyły lusterka dwukierunkowe?! Mógłby książkę napisać o tym, jak z Jamesem wyciskali z nich ostatnią kroplę potencjału! Wspaniałe, beztroskie czasy…

– Masz ładny śmiech.

W pełni poważny, stanowczy głos Lio zwrócił jego uwagę. Ogar wpatrywał się w niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy, jednak gdzieś w otchłani szmaragdowych oczu czaił się nikły cień nostalgicznego smutku.

– Mój najstarszy brat śmiał się bardzo podobnie – okaleczone, doświadczone życiem oblicze momentalnie poszarzało. – Wszyscy w mojej rodzinie ładnie się śmiali, ale jego śmiech był wyjątkowy… – urwał na chwilę, zatapiając się w wyblakłych wspomnieniach. – Taki…szczery i kojący. Zawsze się śmiał, wiesz? Nawet wtedy, kiedy go zarzynali. Czasami słyszę jego śmiech, o tutaj – zastukał palcem w swoją skroń. – Wtedy wszystko było inne…takie miłe i spokojne. Pozwolisz mi czasem posłuchać, jak się śmiejesz?

Przez chwilę Black nie wiedział, jak zareagować. Znał opowieść o tragicznych losach Ogarów i ich częściowej utracie zdrowych zmysłów. Zrobiło mu się strasznie szkoda Lionela. Skoro mógł zrobić coś, co tak wiele dla niego znaczyło, nie miał nic przeciwko.

– Pewnie – uśmiechnął się ciepło.

– I uśmiech też masz podobny! – Lio wrócił do względnej normy – Dobrze, że Dragan cię znalazł… bardzo, bardzo dobrze… Będę mógł do ciebie mówić Syriusz, jak będziemy tylko we dwóch?

– Możesz do mnie mówić Syriusz przez cały czas, jeśli chcesz.

– Nie…Akki by się wkurzył – mechanicznie pokręcił głową. – Ale umowa! Jak będziemy sami, to ja będę mówił do ciebie Syriusz, a ty do mnie Lio!

– Stoi.

Szarooki wyciągnął dłoń, którą Ogar ochoczo uścisnął. Były więzień sam nie wiedział dlaczego, ale blondyn bardziej przypominał mu uroczego, zagubionego dzieciaka, niż dorosłego faceta, zdolnego siać przerażający terror. Prawdopodobnie przyjdzie mu tego żałować, ale nie miał zamiaru się tym martwić na zapas.

– Słodko! – Jarri roześmiał się ochryple – Czyli wiesz, co to lusterko dwukierunkowe? – płynnie wrócił do tematu.

– Wiem. Korzystałem z przyjacielem z takich lusterek za szkolnych czasów – postanowił wyrazić się bardziej konkretnie.

– Ta soczewka – wskazał na pudełeczko – działa podobnie do takiego lusterka. Jean zmodyfikował tę technologię i przerobił ją tak, żeby dało się z niej łatwiej korzystać. Wkładasz soczewkę do oka, a jak któryś z nas chce się skontaktować, to zobaczysz taki śmieszny, czerwonkawy rozbłysk. Trzeba zamrugać trzy razy okiem z soczewką, żeby odebrać połączenie i zamknąć drugie oko. Soczewka wysyła jakieś tam magiczne impulsy, dzięki którym widzi się i słyszy drugą osobę. W sumie, nie wiem jak to działa – rozłożył ręce, śmiejąc się w głos. – Jean tłumaczył, ale jak on coś tłumaczy, to słyszę tylko blablabla… – dłonią naśladował paplanie Setha. – On tu jest ten mądry od wynalazków i chyba tylko on wie, jakim cudem to działa!

– Żeby się z kimś skontaktować, trzeba wymówić jego imię? – Syriusz był mocno zainteresowany.

– Mrugasz trzy razy i wymawiasz imię. Ta soczewka to jeden z kilku prototypów, więc postaraj się jej nie rozwalić.

– Przetestowaliście to? – słowa Lio wzbudziły jego podejrzenia.

– Tak nie do końca… – zielonooki wyszczerzył się koślawo. – Wybuchnąć nie powinno, ale kto tam wie?

– Mało pocieszające – westchnął.

– Nic, co robimy nie jest pocieszające! Jesteśmy pojebani, jakbyś nie zauważył. Też musisz być walnięty! – zaśmiał się maniakalnie – Drag nie lubi normalnych ludzi. Nudzą go.

– Potraktuje to jako komplement – uśmiechnął się półgębkiem.

– Komplement, tak! – Jarri zerwał się z fotela – Masz fajne nazwisko, ładny śmiech i jesteś świrem! Pasujesz do nas!

– Tak jak Raven? – wstał z krzesła.

– Nie – blondyn zaprzeczył ostro. – Raven jest bardziej stuknięty, niż my wszyscy. Kiedy Dragan wymyśla coś głupiego i za nic nie chce zmienić zdania, tylko Raven zawsze od tak za nim idzie. Nie pyta…po prostu za nim idzie. Oni dwaj są troszeczkę inni. Sam się przekonasz, ale nie teraz! Teraz musimy iść do Dragana!

– Obudził się?

– Wczoraj. Chodź! – mocno chwycił ramię czarodzieja – Q ci opowie!

Lio zaciągnął Syriusza do pokoju, w którym ulokowano Ravena, ale nie wszedł z nim do środka. Miał kilka pilnych rzeczy na głowie i na dobrą sprawę, nie powinien się rozpraszać, jednak nie mógł odmówić sobie przyjemności spędzenia chwili sam na sam z Blackiem. Ten człowiek wzbudzał jego zainteresowanie, a on nie interesował się ludźmi bez powodu. Sargas…był ciekawy…oj, bardzo ciekawy! Jego bracia prawdopodobnie nie podzieliliby jego zdania, jednak on uważał, że Dragan szczerze polubił tego dziwnego czarodzieja i chciał sam odkryć dlaczego. Ot, zagadka! Gdy jego lekkie, nieregularne kroki ucichły, szarooki w końcu przestąpił próg pomieszczenia, omiatając je krytycznym spojrzeniem. Nie wyglądało na to, by stan byłego Łowcy jakkolwiek poprawił się przez noc. Q stał przy statywie na kroplówki, prawdopodobnie kombinując coś z dawkowaniem eliksiru. Syriusz nie chciał przerywać lekarzowi, więc cicho przesunął się w kąt pokoju, gdzie mógł spokojnie obserwować.

– Nawet się nie przywitasz? – uzdrowiciel zakpił, nie patrząc w jego stronę.

– Nie chciałem przeszkadzać – przyznał, podchodząc bliżej mężczyzny. – I jak?

– Bez zmian, obawiam się – Q westchnął ciężko, topornie kiwając głową. – Jeśli tak dalej pójdzie… nie uda nam się go uratować. Czekam jeszcze na wyniki badań, ale marne są nadzieje, chłopcze.

– Spałeś coś? – położył dłoń na barku kompana.

– Niewiele i niespokojnie – zaśmiał się płytko. – Jak twoja ręka?

– Działa – starał się poruszyć palcami, ale coś nie wyszło.

– Pokaż – doktor zwrócił się ku niemu twarzą.

– Nie trzeba, jest dobrze – próbował się wzbraniać.

– Dupa, a nie dobrze – prychnął zielonooki. – Black…po prostu daj mi wykonać cholerną robotę, która dla odmiany ma szansę pójść, jak powinna.

Black przestał się opierać i podał skaleczoną rękę lekarzowi. Q wprawnie odwinął opatrunek, cmokając z niezadowoleniem. Szwy co prawda trzymały się nie najgorzej, ale rana krwawiła. Bez uprzedzenia walnął czarodzieja w tył głowy.

– Chyba ci mówiłem, że masz oszczędzać rączkę – syknął z niezadowoleniem.

– Oszczędzałem – przewrócił oczami.

– Właśnie widzę! Wy, młodzi… – pokiwał głową z dezaprobatą – same z wami problemy. Masz szczęście, że moi ludzie uzupełnili zapasy eliksirów.

Puścił dłoń byłego więźnia i podszedł do metalowej, przenośnej szafki z której wyciągnął odpowiednią buteleczkę. Chciał podać Syriuszowi wywar już wczoraj, ale szarooki nie chciał o tym słyszeć, ponieważ uważał, że nie powinni marnować na niego zasobów. Q uśmiechnął się słabo. Miał dzieciak przeczucie, trzeba mu przyznać.

– Łykaj – podał miksturę towarzyszowi.

– Jesteś pewny? – Black rzucił mu to swoje irytujące, wyzywające spojrzenie.

– Powiedziałem przecież, że mamy zapasy! – odrobinę uniósł głos – Pij, nie marudź. Jeśli masz się do czegoś przydać, wolę, żebyś miał obydwie ręce sprawne.

Czarodziej, uśmiechając się półgębkiem, otworzył butelkę i wypił jej zawartość. Eliksir nie smakował wyśmienicie, jednak nie spodziewał się niczego innego. Q miał rację…jeżeli myślał o przydaniu się na cokolwiek, niesprawna dłoń mogła znacząco utrudniać sprawę. Odłożył puste opakowanie na pobliską szafkę i brodą wskazał na statyw.

– Co robisz?

– Zwiększałem dawkę – lekarz wrócił do łóżka pacjenta. – Teraz powinno być trochę lepiej. Muszę jeszcze zmienić opatrunki, a potem pójdę do laboratorium.

– Idź – szarooki spojrzał na niego z pełnym przekonaniem. – Zajmę się opatrunkami.

Doktor uśmiechnął się słabo, akceptując deklarację pomocy. Syriusz bardzo pomógł mu w pierwszych godzinach walki, a lata doświadczenia nauczyły go, jak rozpoznać ludzi niezawodnych w trudnych sytuacjach. Black nie wchodził mu w drogę, nie próbował niczego zrobić na własną rękę, ani niepotrzebnie dyskutować, co było całkiem przyjemną odmianą. Z medykami zawsze był jeden problem – każdy z nich miał własne metody i w mniejszym lub większym stopniu był przekonany o ich absolutnej słuszności. Roześmiał się w duchu. Miał ograniczoną liczbę ludzi, a prędzej by sobie zdrową nogę odrąbał, niż zostawił Lio samego przy poszkodowanym. Jarri z tym swoim…cudacznym usposobieniem oraz tendencją do rozpraszania się, nie podołałby zajęciu wymagającemu ciągłego skupienia i najwyższej uwagi. Nie wspominając już o tym, że nie potrafił odciąć się emocjonalnie i patrzeć na Ravena wyłącznie, jak na pacjenta – uczucia w tej robocie często okazywały się wyjątkowo zdradliwe, prowokując do popełniania głupich błędów. Pan Syriusz Black dołączył do Legionu w najlepszym możliwym momencie.

– Zostawię jeszcze dwa zastrzyki – zwrócił się do byłego więźnia. – Jeden podaj za jakieś 20 minut, drugi po godzinie. Jadłeś coś dzisiaj?

– Jeszcze nie – Syriusz nie spuszczał oka z Q.

– Przyślę kogoś – westchnął staruszek. – Zgodzisz się oddać jeszcze trochę krwi? Ostatnio uratowałeś nam tym tyłki – zaśmiał się ponuro.

– Bierz ile potrzebujesz – roześmiał się melodyjnie. – Jarri wspominał, że Dragan się wybudził.

– Ta… – nie miał ochoty ciągnąć tego tematu. – Na razie zmusiłem go, żeby odpoczywał, zamiast pałętać mi się pod nogami. Pewnie prędzej, czy później tu zajrzy, ale póki co musimy skupić się na Ravenie. Masz – z kieszeni fartucha wyciągnął paczkę fajek, którą podał czarodziejowi. – Nie powinienem pozwolić ci jarać, ale co tam – uśmiechnął się łagodnie. – Dzięki, Black.

Zamiast odpowiadać, Syriusz puścił staruszkowi zaczepne oczko, w ramach podziękowania. Q poinstruował go, jak zająć się opatrunkami i na co zwrócić uwagę przy poszczególnych ranach – choć dobrze wiedział, że niepotrzebnie się powtarza. Czarodziej wysłuchał go cierpliwie, świadomy tego, że lekarz zwyczajnie się martwił, a rozmowa na temat pracy pozwalała mu się uspokoić. Kiedy został sam z Ravenem, podszedł do niewielkiej szafy, w której trzymali stroje ochronne. Ponieważ podany eliksir zaczął działać, mógł w miarę swobodnie zdjąć kurtkę oraz koszulę, chcąc mieć większą swobodę. Wprawnie założył fartuch oraz rękawiczki, gotowy do rozpoczęcia procedury zmiany opatrunków. Zanim zajął się robotą, odetchnął głęboko, by oczyścić umysł ze wszystkich zbędnych myśli – powinien całkowicie skupić się na zadaniu. Gdyby nie był czarodziejem zmiana bandaży w pojedynkę mogłaby sprawić niemały problem, jednak magia skutecznie to ułatwiała. Ostrożnie usunął opatrunek z torsu byłego Łowcy i skrzywił się, widząc paskudną, podbiegającą krwią linię cięcia. Q był prawdziwym artystą, jeśli chodziło o szwy, ale widok i tak pozostawał mocno wstrząsający. Srebrzysty blask nici chirurgicznych wyraźnie odcinał się na tle spuchniętej, poczerwieniałej skóry. Idąc za instrukcjami lekarza, metodycznie oczyścił ranę i położył na niej cienką warstwę wyjątkowo cuchnącej maści, wspomagającej procesy gojenia. Miał chwilę, zanim specyfik się wchłonie, więc wykorzystał ją na pozbycie się przesiąkniętego krwią opatrunku i przygotowanie świeżego. Przez chwilę wpatrywał się w makabryczne cięcie. Nie miał pojęcia, jakim cudem udało się Ravenowi przetrwać coś takiego i wykrzesać z siebie na tyle sił, by nieść nieprzytomnego Dragana na własnych plecach – blizny pooperacyjne przy tym sprawiały wrażenie ledwie zadrapań. Uważnie umieścił nowy opatrunek, spinając bandaż za pomocą specjalnych klamerek. Westchnął ciężko, wiedząc, że najgorsze wciąż było przed nim. Ręce zadrżały mu delikatnie, kiedy zaczął pozbywać się opatrunku z twarzy Ravena. Widywał tę twarz tak często, w przeciągu ostatnich tygodni…przyzwyczaił się do jej chłodnego, kamiennego uroku, jednak teraz… teraz wydawała mu się w jakiś upiorny sposób spokojna. Zacisnął mocno wargi, odczuwając wzbierającą falę żalu. Nie mógł teraz pozwolić sobie na słabość…nie w tym cholernym momencie. Krew zamarzła mu w żyłach, gdy mimowolnie skupił spojrzenie na okaleczonym oku. Pionowa, głęboka blizna przecinała łuk brwiowy oraz powiekę niebieskookiego, sięgając aż po środek policzka. Długo walczyli o uratowanie jego oka, jednak ponieśli bolesną, sromotną klęskę. Ostrze oparło się o krawędź kości, ale zdołało na tyle poważnie uszkodzić gałkę oczną, by nie mieli wyjścia…musieli ją usunąć. Q ociągał się jak mógł z podjęciem ostatecznej decyzji. Być może w duchu liczył na to, że zdołają wpaść na jakieś genialne rozwiązanie, lecz tak się nie stało. To właśnie tę porażkę odczuli najmocniej. Syriusz zebrał się do kupy i wrócił do swoich obowiązków. Nie mogli odwrócić tego, co już się stało, więc chciał chociaż zapewnić Ravenowi odpowiednią opiekę. Był w połowie bandażowana głowy byłego Łowcy, gdy wyczuł ruch za swoimi plecami.

– Ktoś nieźle skopał ci dupsko – zaśmiał się gardłowo.

– Przymknij się, kundlu.

Dragan usiadł na krawędzi łóżka poszkodowanego i chwycił jego dłoń – tak samo lodowatą, jak zapamiętał. Nie odzywał się przez dłuższy czas, błędnym wzrokiem obserwując każdy ruch Blacka.

– Jak to wygląda? – wyszeptał w końcu.

– Paskudnie – czarodziej nie silił się na bzdurną delikatność. – Rana na torsie wciąż się paprze.

– Gdzie Q?

– Poszedł do laboratorium – szarooki, skończywszy pracę, usiadł na podłodze i wyciągnął paczkę papierosów ku towarzyszowi. – Przyda ci się.

– Skąd masz fajki? – poczęstował się jednym, tęskniąc za smakiem dymka.

– Q mi dał – wzruszył ramionami, odpalając zapalniczkę.

– Dziadyga z własnej woli dał ci fajki? – nie ukrywał szczerego zaskoczenia, znając doskonale niechęć lekarza do tego paskudnego nałogu – Prędzej uwierzyłbym w króliczka wielkanocnego.

– Wyjścia są dwa – czarodziej głęboko zaciągnął się dymem. – Albo mnie lubi, albo chce się mnie pozbyć.

– Obstawiam to pierwsze – Kolekcjoner zaśmiał się krótko. – Widziałeś się z Vallerin?

– Dopiero co wróciłem z Hogwartu – przyznał, zgrabnie omijając możliwość wejścia na skomplikowane tematy. – Kazała ci przekazać, że jeśli jeszcze raz tak ją wystraszysz, to sama cię zabije.

– Wkurzyłem anioła! – zachichotał niepokojąco – Kolejne osiągnięcie do CV. Mówiła ci co się stało… – urwał na moment – no wiesz…wtedy?

– Porządnie obiła mordę Damonowi w twoim imieniu – zaśmiał się, wypuszczając dym. – Możesz mi powiedzieć, co ci odjebało z rzucaniem się na Lorda? Sam mówiłeś, że nie jesteś jeszcze gotowy.

– Mogę, ale to musi zostać między nami – demoniczne oczy rozbłysły upiornie.

– Będę trzymał gębę na kłódkę.

– Mówiłem ci, że lata temu wałęsałem się po świecie z Killianem, pamiętasz? – szarooki potwierdził kiwnięciem – Szukaliśmy wtedy Imeriona, ojca Vallerin. Z tego staruszka był kawał przebiegłego, inteligentnego skubańca! – zaśmiał się z podziwem – Przez bardzo długi czas wodził nas za nos, wymykając się cholera wie jakim cudem. Nie do końca wiedziałem, dlaczego właściwie Kill chciał się z nim spotkać, ale to nie ma teraz większego znaczenia. W końcu go odnaleźliśmy, a właściwie to, co z niego zostało. Elias dopadł go przed nami…

– Elias… – warknął Black.

– Czyli Vallerin opowiadała ci już o swoim słodkim jak cukiereczek braciszku! – zaśmiał się ponuro – Nie jestem pewny, dlaczego Eliasowi tak zależało na pozbyciu się Imeriona, ale dopiął swego i to w spektakularnie obrzydliwy sposób – postanowił pominąć szczegóły, które nawet po tylu latach napawały go odrazą. – Wyprawiliśmy Imerionowi godny pogrzeb, ale ja nie mogłem, tak jak Kill, zwyczajnie zapomnieć i iść dalej. Nie po tym, co wtedy zobaczyłem… – wspomnienia odżyły, przyprawiając go o dreszcze. – Wiesz, że jestem stuknięty i lubuję się w okrucieństwach, ale to…to była sroga przesada, nawet jak na moje standardy. Wtedy po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że Lordowie to nie zwykła banda narcyzowatych dupków, tylko prawdziwe potwory, zdolne do wszystkiego. Postanowiłem nie odpuszczać, w imię szacunku do ojca mojego anioła i przez dziesięciolecia szukałem odpowiedzi na własną rękę. Imerion, nawet po śmierci, wyjątkowo dobrze strzegł swoich tajemnic – uśmiechem starał się zakamuflować smutek. – Wiele mnie to kosztowało, ale udało mi się ustalić, że Imerion wiedział o Lordach coś, co przypłacił życiem. Dokopał się do jakiegoś ich brudnego sekreciku, więc pozbyli się go…tak samo, jak wielu przed nim.

– Ta rodzina… – słowo rodzina ledwo przecisnęło się przez gardło byłego więźnia – jest chora…

– Obawiam się, że znacznie bardziej, niż w moich najśmielszych przypuszczeniach, a wierz mi, że podejrzewam ich o najgorsze. Imerion ponad wszystko kochał córkę i święcie wierzę w to, że robił co mógł dla jej dobra…do samego końca. Ta wiedza nie pozwala mi ufać żadnemu z nich, włączając w to mojego dziadka – warknął gniewnie. – Jestem przekonany, że Arien osobiście by mnie zabił, gdybym okazał się dla niego równie kłopotliwy, jak Imerion. Tych czterech coś kombinuje – odpalił kolejnego papierosa. – Albo spiskują przeciw siostrze, albo usiłują za wszelką cenę ukryć coś, co już jej zrobili. Sądzę, że Imerion w jakiś sposób to odkrył i dlatego musiał zginąć. Prawdopodobnie wielka wyprawa Killiana miała na celu wyeliminowanie lorda Crown, dlatego tak ochoczo wrócił do podróżowania, gdy osobiście przekonał się o jego śmierci. Nie chce mi się wierzyć w to, że podszedłby do tego równie lekko, gdyby chciał od Imeriona czegokolwiek innego – powoli wypuścił dym przez zaciśnięte zęby. – Kill ma jedną wadę, której ja nie zamierzałem powielać. Łatwo się zniechęca – uśmiechnął się koszmarnie. – Imerion nie żył, ale to wcale nie oznaczało, że nie pozostawił po sobie śladu. Kiedy samotnie próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej o życiu lorda Crown, natrafiłem na człowieka, który znał go osobiście i podróżował z nim przez kilka lat. Według tego człowieka, Imerion prowadził dziennik, który przepadł po jego śmierci. Jakiś czas temu uznałem, że najwyższa pora skorzystać z tej wiedzy i za pośrednictwem kilku niezależnych informatorów rozpuściłem plotkę, że dziennik wpadł mi w ręce. Zaczynasz łapać?

– Chciałeś przekonać się, czy Lordowie wiedzą o istnieniu dziennika… – wymamrotał zamyślony.

– Otóż to! – kruczowłosy zaśmiał się maniakalnie – Musiałem wiedzieć, czy dziennik wpadł im w łapy, a jeśli nie, to jak wartościowy dla nich może być. Wedle plotek ukryłem go w domu rodzinnym Imeriona. Pozostało mi tylko czekać i nie potrwało to tak znowu długo. Damon zaczął kręcić się w pobliżu domu i to tam na niego wpadłem.

– To z powodu dziennika próbował cię zabić.

– Jestem tego pewny. Cokolwiek nie znajdowałoby się w dzienniku, Lordowie boją się tego, jak niczego wcześniej – turkusowe oczy zalśniły lodowato. – Niestety Damon wie już, że blefowałem i wiem co nieco o tym przedmiocie.

– Masz pojęcie, gdzie go szukać? – szarooki coraz bardziej wciągał się w tę osobliwą, makabryczną zagadkę.

– Najmniejszego – Dragan wzruszył ramionami. – Jak mówiłem, Imerion był mistrzem tajemnic. Dziennik przepadł bez śladu lata temu. Podejrzewam, że Crown zdążył go ukryć lub komuś przekazać, zanim odnalazł go Elias. Ten człowiek żył latami, czując na karku oddech Phoenix’ów, owładniętych żądzą wykończenia go. Włóczę się po najgorszych dziurach tego zepsutego świata w nadziei, że w końcu trafię na jakikolwiek obiecujący trop i znajdę ten dziennik.

– Ogary o tym wiedzą?

– Nie i lepiej, żeby tak zostało. Nie chcę więcej dopuścić do sytuacji, w jakiej obecnie się znajdujemy – mocniej uścisnął dłoń Ravena. – Z jednej strony wisi nad nami wojna, z drugiej czają się skamieliny, gotowe na wszystko, byleby ich tajemnice nie wyszły na jaw. Damon dał się sprowokować, ale nie sądzę, by z którymkolwiek z pozostałych poszło podobnie. Stąpałem po bardzo cienkim lodzie i mocno się przeliczyłem. A teraz Ravi płaci, za moją głupotę.

Zaległa między nimi cisza, przerywana wyłącznie pikaniem aparatury. Black myślał nad słowami przyjaciela i nabierał coraz poważniejszych wątpliwości, co do jego planu.

– Dragan? – spojrzał na Luthera.

– Czego? – warknął turkusowooki.

– Powinieneś wtajemniczyć swoje najbliższe grono – rzucił twardym, zdecydowanym tonem.

– A to niby czemu? – gniewny wzrok króla Indrahill nijak nie zrobił wrażenia na czarodzieju.

– Nie uważasz, że za późno już na bawienie się w przemilczenia? Lordowie wiedzą, że dowiedziałeś się o dzienniku, a skoro jest dla nich taki ważny…nie odpuszczą. Niedawno miałeś tu naradę wojenną i Killian wie, kto znajduje się w twoim najbliższym otoczeniu. Skoro uważasz, że on również zaangażowany był w polowanie na lorda Crown, powinieneś traktować go jak potencjalnego wroga. W sprawie dziennika… – przerwał, żeby złapać głębszy wdech – może nie okazać się równie wspaniałomyślny, jak przy wojnie.

– Kiedy ty się taki mądry zrobiłeś? – kruczowłosy zachichotał kąśliwie.

– Wielkie słowa! – Syriusz roześmiał się szczerze – Po prostu głośno myślę. Ogary powinny wiedzieć co się dzieje i dlaczego porwałeś się z pięściami na Lorda. Nie muszą się wychylać, ale lepiej, żeby byli gotowi na ewentualne wtrącenie się, w razie konieczności.

– Pomyślę nad tym – uśmiechnął się ciepło. – Dzięki, skarbie. Zazwyczaj od takich rozmów miałem Ravena…

– Jeszcze zdąży cię opierdolić za głupotę – czarodziej zebrał się z podłogi i wziął ze stolika strzykawkę. – Podwiniesz mu rękaw?

Zaskoczony Luther zamrugał kilkukrotnie. Ani Q, ani żaden z asystujących mu medyków nawet raz nie poprosili go o cokolwiek innego, niż odsunięcie się. Miał wrażenie, że obwiniali go o to co się stało i podświadomie próbowali odsunąć go od Raviego, zanim wyrządzi więcej szkód. Prośba Syriusza w jakiś sposób…ucieszyła go? Nie ociągając się dłużej uniósł delikatnie rękę przyjaciela i ostrożnie podwinął materiał, odsłaniając jego lekko posiwiałą skórę. Szarooki wprawnie wbił igłę w jedną z lepiej widocznych żył, powoli wstrzykując pełną dawkę lekarstwa. Kątem oka spoglądał na ekrany aparatury i westchnął z ulgą, gdy żaden z nich nie zaczął wariować.

– Dzięki – rzucił w stronę Kolekcjonera.

– Czemu się nim opiekujesz?

Wyzuty z emocji, przeszywający ton Dragana nie był czymś, co dałoby się zwyczajnie zignorować. W normalnych warunkach Blacka pewnie zdjąłby strach, ale teraz… zwyczajnie go to już nie ruszało.

– Bo chcę – wzruszył obojętnie ramionami.

– I tyle? – turkusowooki uniósł brew.

– Potrzebujesz czegoś więcej? – uśmiechnął się kącikiem ust.

– Niekoniecznie, kwiatuszku.

Atmosfera między nimi dosadnie wskazywała, że lada moment rozpęta się potyczka na złośliwostki, jednak nie było im to dane. Do pokoju weszła nieznana Syriuszowi kobieta, niosąca tacę z jedzeniem. Zatrzymała się w progu, obrzucając kruczowłosego pytającym spojrzeniem.

– Jak żeś się uwolnił? – nerwowym ruchem poprawiła okulary, przysłaniające jej ciemne oczy.

– Naprawdę?

Kolekcjoner uśmiechnął się pobłażliwie, po czym uniósł lewą rękę. Dopiero teraz szarooki zauważył, że na jego przegubie wisiały solidne, stalowe kajdanki. Nie mógł się powstrzymać od śmiechu, rozbawiony pomysłem, że coś tak trywialnego miałoby zatrzymać Dragana.

– Widzisz? Nawet kretyn się śmieje – kruczowłosy wskazał na czarodzieja.

– Idiota – przewrócił oczami, niezbyt dotknięty słowami przyjaciela.

– Debil – turkusowooki chciał pociągnąć gierkę.

– Bezmyślny narwaniec!

– Śmiertelny słabeusz!

– Nieśmiertelny dupek!

– Arogancki przystojniak!

– Pyskaty słodziak!

– Seksowny tyłeczek!

– Dość! – kobieta przerwała zdecydowanie – Przyjmijmy, że obydwaj jesteście rozczulająco uroczy. Panie Black, proszę coś zjeść. Nie chcemy, żeby pan nam zasłabł podczas oddawania krwi.

– Dziękuję – odebrał tacę z jej ręki.

– A moje żarełko? – Luther komicznie nadął policzki.

– Wiesz, gdzie jest kuchnia – ciemnowłosa kobieta rzuciła ostro. – Przy okazji, panie Black – wbiła spojrzenie w czarodzieja. – Może pan przekona naszego upartego despotę, do wzięcia leków.

– Postaram się, ale nic nie obiecuję.

– Tak czy inaczej jestem zobowiązana – podała mu eliksir oraz dwie białe ampułki. – Za dwie godziny doktor Q zaprosi pana do gabinetu, gdzie pobierzemy krew. Dziękuję panu za współpracę.

Kobieta skłoniła się, po czym wyszła pospiesznie. Syriusz zastanawiał się, kim ona była. Miała na sobie kitel, więc musiała należeć do oddziału medycznego. Skoro wcześniej jej nie widział, najwidoczniej pracowała w laboratorium. Nie myśląc o tym dłużej podszedł do Dragana i podał mu lekarstwa.

– Łykaj – nie trudził się zbędną gadką.

– Nie chcę – kruczowłosy zaplótł ręce na piersi i ostentacyjnie odwrócił głowę.

– Gówno mnie obchodzi, czy chcesz – syknął, poirytowany. – Łykaj.

– Nie!

– Łykaj, albo wcisnę ci je do gardła razem z butelką!

– No już dobra! Nie krzycz na mnie! – turkusowooki przyjął medykamenty – Teraz przez ciebie nie będę mógł pić przez 3 godziny.

– Jestem gotowy na to poświęcenie.

– Swoją drogą – król zrezygnował z zabaw, wracając do względnej powagi – Oddajesz Ravenowi krew?

– Tak, tylko mu nie mów, bo się załamie! – roześmiał się – Jestem uniwersalnym dawcą, a zapas krwi może się przydać. Chociaż wolałbym, żeby jednak nie. Kim jest ta kobieta? Jedna ze współpracowników Q?

– Ten marudny babsztyl? – wskazał kciukiem na drzwi – To Bastet, moja żona.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 573
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!