Kapłanka Pięciu Żywiołów – Rozdział 6

[Imię] leżała na leżance u swojej kuzynki. Chiyemi trzymała jej głowę na kolanach i głaskała kojąco po włosach. Był to swego rodzaju zwyczaj, jaki wprowadziła do życia matka [Imię]. Jako mała dziewczynka, gdy było jej smutno i źle, kładła się na kolanach matki, a ta ją w ten sposób pocieszała, czasem nucąc ulubioną kołysankę. Czerwonowłosa kunoichi nie śpiewała, gdyż nie wiedziała co, ale dała jej możliwość wypłakania się.

[Imię] była wdzięczna jej za to, że może dać upust emocjom, które się nazbierały w ciągu dwóch dni. Dawno już nie odczuwała strachu na taką skalę. Dwa zagrożenia i Świątynia Pięciu Żywiołów. Tego było za dużo…

– Jak tam Mito? – zapytała Chiyemi, chcąc odwrócić uwagę kuzynki od czarnych chmur, zwisających ciężko nad nią.

– Dobrze, dzieci rosną jak na drożdżach – odparła krótko i znów zatraciła się w swoich myślach, roniąc łzy.

Chiyemi westchnęła cichutko, dalej czesząc jej włosy palcami. Chciała ją jakoś pocieszyć, ale nie wiedziała jak. Poza tym cokolwiek dziewczyna by nie powiedziała, [Imię] by się nie polepszyło. Zbyt dobrze ją znała.

– Dlaczego los rzuca nam kłody pod nogi?

Chiyemi spojrzała na nią.

– Chyba już wystarczająco dużo przeżyliśmy podczas ery wojen… Czemu musimy walczyć o nasz świat z samobójczymi idiotami? Jak zniszczą nas i świat, to nie będą mieli czym władać? Nawet nie będą żyć, będą tak samo martwi jak my.

[Imię] podniosła się gwałtownie i usiadła po turecku. Zaczęła myśleć intensywnie nad tym.

– Myślisz, że wiedzą o czymś, czego my nie wiemy? – spytała szeptem Chiyemi.

Nie podobał się temat rozmowy. Nie lubiła mówić i rozmawiać o śmierci, wojnie, zagrożeniach świata i państwa oraz polityce. Już samo pytanie wywołało u niej mdłości.

– Mogą… chyba – przyznała niechętnie [Imię]. – Skoro za pomocą Fūinjutsu można przywołać demony, to inne światy lub wymiary też mogą istnieć. Już nic nie jest pewne, nawet zaufanie najbliższym. – dodała, wywołując u Chiyemi dreszcz i strach.

Czerwonowłosa miała średni kontakt z kuzynką przez te ostatnie sześć lat. Dostawała wiadomości, wiedziała co się z nią działo, ale czy na pewno? List jest formą płytką, nie widzi się i nie słyszy osoby, za pomocą słów można było przekazać emocje. Jednak Chiyemi czuła, że jest oszukiwana, [Imię] nie mówiła jej całej prawdy. Nie chciała tego przyznawać, ale była naiwna, łatwo ją okłamać. Pewnie [Imię] nawet się nie trudziła, żeby wymyślić coś, co miała uwierzyć.

Jednak Chiyemi bywała ciekawską dziewczyną, w przeciwieństwie do swoich kuzynek ona wychowała się na posłuszną żonę, gospodynię domu. W porównaniu z kunoichi pokroju [Imię] oraz mistrzyni Fūinjutsu, jak Mito, ona wypadała słabo. Dlatego też często chodziła i podsłuchiwała, co się dzieje w rezydencji.

Doskonale pamiętała kłótnię dziadka z [Imię], jej oburzenie z jego postawy i zachowania. Nie miała wpływu na to, że jej kuzynka po tamtych wydarzeniach odeszła.

Nagle wróciła do rzeczywistości, gdy [Imię] wstała z leżanki.

– Pójdę już, czuję się znacznie lepiej – powiedziała szybko i nim Chiyemi zdążyła cokolwiek powiedzieć, zaprotestować, była już przy drzwiach. – Dzięki za towarzystwo i pocieszenie.

Opuściła pokój kuzynki z ciężkim westchnieniem. Atmosfera między nimi była ciężka, dlatego wolała zakończyć spotkanie. Poza tym spędziła tam dobrą godzinę, wypadałoby się zająć też innymi rzeczami. W końcu była na misji, powinna się teraz na tym skupić.

Jednak nie mogła się powstrzymać od zwiedzania, dawno jej tu nie było.

Zrobiła sobie spacer po swoim starym domu, oddając się nostalgii i tęsknocie za rodziną. Osiem lat temu przeniosła się do Konohy, a sześć lat temu długo tu nie pobyła. Chciała nadrobić zaległości, w końcu tu mieszkali jej krewni.

Dom przywódcy Wioski Wiru był ogromny, często czuła się, jakby chodziła po labiryncie. W pięknych ogrodach znajdującymi się dookoła i w centrum domu często bawiła się z córką służki i Chiyemi, w ziemię na przykład! Biedna Chiyemi była najmłodsza i z każdą nową zabawą miała problemy. Dziś jednak te same ogrody byłyby dla [Imię] miejscem, w którym chciała się znaleźć i oddać samotności, pozwolić płynąć słono gorzkim łzom po policzkach. Ale w obecnej sytuacji musiała zadowolić się tarasem. Z niego był widok na wioskę, zawsze wyglądała cudownie, gdy budynki i morze kąpało się w blasku zachodzącego słońca. Oparła dłonie na poręczy, westchnęła któryś raz z kolei i patrzyła na ten malutki, pomarańczowy promyk.

Czyjeś kroki wyciągnęły ją zza dumy. Odwróciła się w kierunku Tobiramy. Mężczyzna przystanął przy framudze i oparł o nią prawy bok. Trochę czasu minęło, odkąd się pojawili w progu rezydencji. Przez ten czas Tobirama zdążył się umyć i sprawdzić zabezpieczenia wokół posiadłości.

Czuła wstyd swoim wyglądem. Stała przed nim w znoszonych ubraniach, w rozpuszczonych włosach, które obecnie targał wiatr oraz z opuchniętymi od płaczu oczami, domyślała się, że muszą być też zaczerwienione.

– Jak się czujesz? – zapytał, chyba nie wiedząc, jak zacząć rozmowę.

– Co zamierzasz? – odparła pytaniem. – Zmierzamy dalej do świątyni?

– Ona musi poczekać. Najpierw trzeba pomóc Junko i Miwie – odpowiedział – oraz Uzushiogakure.

[Imię] nic po tym nie dodała. Skinęła tylko głową i spróbowała wygiąć kąciki ust w delikatnym uśmiechu, ale nie czuła żadnej radości z tej decyzji. Bardziej odczuwała ciężar obowiązku, jaki na nią spadł, musiała powstrzymać gangi i spróbować naprawić błędy swojej rodziny i klanu. Dłonią przeczesała włosy i przygarbiła się lekko nad poręczą. Jej spojrzenie znowu powędrowało do ukochanego miejsca z dzieciństwa, ale… Coś mignęło jej przed oczami.

– Tobiramo – odezwała się cicho, ale na tyle głośno, by Tobirama usłyszał. Chciał już się odwrócić i wrócić do swojego pokoju, ale nawet się nie ruszył. Wciąż stojąc oparty o framugę, mruknął pytająco. Nie zerknęła na niego, dalej przypatrywała się, coraz bardziej pochłaniającego przez ciemność, ogrodowi. – Chyba mamy nieproszonego gościa.

Senju podszedł do niej i przystanął tak, by kątem oka obserwować ten sam obszar co ona. Łatwo powiedzieć, obserwować ciemny obszar na dworze, gdy w środku paliło się światło. Odczekał chwilę, aż jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, jeszcze nie tak ciemnej. Przy okazji formował czakrę, by wiedzieć, czy kogoś tu nie ma. Natychmiast poczuł wszystkich, obecnych członków drużyny, mieszkańców domu i służbę, każdego, kto dookoła rezydencji i w środku posiadał czakrę.

– Gdzie?

– W ogrodzie, coś się przemieściło między altanką a krzakiem.

Krzew się poruszył raz, ale Tobirama nie czuł tam czakry, czyżby to był zwykły człowiek? Nie wiadomo, kogo wzięli do tych gangów, a było całkiem możliwe, że znajdowali się tam różni ludzie. Liście znów się zakołysały, [Imię] sięgnęła do sakwy i czekała w napięciu. Następny ruch był gwałtowny i…

[Imię] zeskoczyła z tarasu, uzbrojona w kunai prosto na przeciwnika. Rzuciła broń, która się wbiła w malutkie ciałko wiewiórki. Spojrzała osłupiała w to, co zobaczyła i zrobiła. Tobirama szybko dołączył do niej i położył jej rękę na ramieniu.

– Spokojnie, to nie był szpieg…

Dziewczyna kręciła głową, po policzkach popłynęły łzy.

– Ona się za chwilę przemieni. Na pewno! – Jej głos brzmiał nienaturalnie, zaczynała histeryzować. – Na pewno zabijam jednego z tych gnoi! Za chwilę się zmieni z powrotem w swoją prawdziwą postać.

Senju chwycił ją mocniej za oba ramiona i delikatnie nią potrząsnął.

– Spójrz na mnie, [Imię] – powiedział miękko.

Pomimo szoku, stresu i strachu, które nią zawładnęły, podniosła na niego wzrok. Ostatni raz słyszała ten łagodny ton, gdy była jeszcze jego uczennicą. Tobirama, widząc, że jest skupiona na nim, kontynuował:

– To nie był szpieg. Owszem, mógł nim być, ale nie czułem czakry.

– Mógł się dobrze maskować – załkała cicho, ale w następnych słowach Tobirama słyszał w nich drwinę – Chyba nie zapomniałeś o Mū? Nieczłowieku z Wioski Kamienia. Mogą mieć kogoś podobnego w umiejętnościach!

Tobirama był cały sztywny. Z każdą chwilą było z nią coraz gorzej. Na czole pojawiły się kropelki potu, nie chciał tego i nie był dobry w tych sprawach. Przestał walczyć ze swoją chłodną naturą i ją po prostu przytulił. Próbowała się przez chwilę szamotać, ale poddała się i odwzajemniła uścisk, szlochając w jego ramię.

Usłyszał tupot stóp, zerknął w tamtą stronę. Pan Ashina stał w wejściu do ogrodu zaniepokojony krzykiem. Ubrany w yukatę, trzymał w dłoniach katanę. Widząc Tobiramę i [Imię] całych, odetchnął głęboko i przeczesał wilgotne włosy. Obok niego pojawili się Chiyemi ze strażnikami. Zielone oczy spojrzały na dziadka, a potem na kuzynkę i Tobiramę, na końcu na martwe zwierzątko. Zrobiło jej się słabo, gdy to zobaczyła. Nigdy nie była wojowniczką, a widok zwłok – nawet zwierząt – przyprawiał ją o mdłości. Odwróciła wzrok i weszła do środka, nie mogła na to dalej patrzeć. Ashina westchnął cicho.

– Przeszukajcie teren, sprawdźcie dokładnie każdy zakamarek.

~*~

Ashina zapalił fajkę i westchnął błogo. Palenie, choć odrobinę go rozluźniało w obecnej sytuacji. Ale nie zapomniał o siedzącym naprzeciwko niego Tobiramie, o nie! Fajka dawała mu malutką odwagę w ciężkiej rozmowie, która miała za chwilę się zacząć. Wiedział, że za dużo się wydarzyło i już Tobirama mu nie odpuści, będzie chciał wiedzieć, co dokładnie się dzieje z [Imię] i przy okazji – skoro shinobi z Konohy wpakowali się w to bagno i są zmuszeni pomóc – zagłębić bardziej w sytuację? Mężczyzna wziął wdech, ale został uprzedzony:

– [Imię] była tu dwa tygodnie temu, co się wtedy wydarzyło? – zapytał Tobirama, nie wiedząc, czy dobrze zaczął. Może jednak powinien zacząć od jej odejścia z Wioski Liścia?

– Nic… Zdenerwowała się na mnie, gdy się dowiedziała o kolejnym problemie z gangami. Ale tym razem zamiast jednego, są dwa.

– Dwa? – Tobirama podniósł do góry brew. – [Imię] mówiła o trzech.

– Nie dała mi dojść do słowa. – Wzruszył ramionami. – Pokłóciliśmy się i następnego dnia wyruszyła do was. – Wziął wdech i wypuścił dym. – Trzeci gang to nasi agenci. Nie jestem pewien, czy ten plan działa i coś daje, ale wciąż razem robimy ataki upozorowane. Ale nie mamy żadnych informacji o tych gangach. Z jednym walczyliśmy sześć lat temu.

Tobirama skinął głową, postukał palcami o stolik. To już coś, ale poza tymi atakami upozorowanymi chyba nie było większego pożytku z tego “gangu”. Gdyby coś udało im się dowiedzieć… Cokolwiek, co by pomogło. Chociaż już mieli jakieś zderzenie z tymi łotrami.

– Moment. Sześć lat temu?

– Wtedy, gdy [Imię] odeszła z Konohy. Napisałem do niej list z wiadomością o śmierci jej ojca. Była załamana, ale to ją nie powtrzymało, by przejąć dowodzenie nad sprawą i zakończyła ją. Tyle że… Nasi wartownicy schrzanili sprawę i miesiąc temu, będąc kompletnie pijani, dali im uciec. – Westchnięcie opuściło jego usta. – Ten gang to handlarze niewolników, drugiego nie znamy. Poza tym, że potrzebne były im dwa zwoje z zakazanymi technikami. Tylko zniszczenie świata spowoduje również ich śmierć, po co to robić?

– Nie wiadomo, co ludziom chodzi po głowach, a poza tym czy ma to jakieś znaczenie? Skoro już jesteśmy przy temacie [Imię]… Powiedz mi, co się z nią działo przez te ostatnie lata. Rozumiem, że była zajęta sprawami tutaj, ale nie dawała nam żadnego znaku życia. Nawet Mito, a przecież są ze sobą bardzo zżyte.

Ashina zamilkł.

– Nic mi nie powiesz?!

Tobirama zaczął tracić cierpliwość. Wiedział, że nie powinien się unosić, ale z dnia na dzień Uzumaki stawała się dla niego coraz to większą zagadką i łączyła mu się ze Świątynią Pięciu Żywiołów. Przynajmniej jej reakcje na to wskazywały, a pan Ashina to tylko spotęgował. Poza tym próbował uciekać od odpowiedzi, starał się odwrócić uwagę Tobiramy od jej tematu.

– To już będzie lepiej, by ona sama ci o tym opowiedziała. Ja nie powinienem się wtrącać.

– Jesteś jej dziadkiem do cholery! – Pięść uderzyła o stół. – Nie pytałbym, gdybym się o nią nie martwił. Widziałeś, co się wydarzyło w ogrodzie.

Milczenie, cisza, chwila ciągnęła się długo. Tobirama chciał znać odpowiedzi na nurtujące go pytania, a Ashina tylko utrudniał mu sprawę. Czerwone oczy patrzyły z wyraźnym gniewem na siedzącego naprzeciw mężczyznę, wzór dobrego shinobi, wojownika, który nigdy nie odwrócił się plecami do przeciwnika i jednocześnie nie oddawał mu pola. Autorytet przywódcy Hashiramy, kochający ojciec i dziadek.

Chociaż w przypadku [Imię], ten kochający dziadek był w mniejszym stopniu. Uzumaki przybyła do Konohy, ponieważ tutaj nie byli w stanie ją wyszkolić. Była uparta i nie chciała sięgać po broń. Co prawda to miały być odwiedziny, ale Tobirama za pomoc w ciężkiej sytuacji dla Wioski Liścia, zrewanżował się w treningach. W ciągu tego pobytu nabyła pokory, dumy z posiadania czakry i znalazła własną drogę uzdrowiciela. Nie była może mistrzynią w tej dziedzinie, ale trzymanie się z boku i leczenie rannych towarzyszy dawało jej satysfakcję.

– Jeśli nie chcesz walczyć, to znajdź inną drogę, by ją obejść – powiedział jej wtedy Tobirama, zanim jeszcze zaczęła się uczyć podstaw medycznego jutsu. Spojrzała z ogniem w oczach, na ustach pojawił się grymas, który ją strasznie szpecił. Tobirama tylko podniósł brew na tę minę. – Chociaż jest pokój, nigdzie nie jest powiedziane, że nie czyha niebezpieczeństwo. A shinobi to nie tylko wojownik. Znajdź coś, co okaże się twoją siłą w drużynie. A póki co będziemy kontynuować mój trening.

– Jest sens, skoro widzisz, że jestem beznadziejna? – odparła pytaniem.

– A powiesz to samo bandycie, czy innemu typowi spod ciemnej gwiazdy, że jesteś beznadziejna nawet w Taijutsu? – Uśmiechnął się złośliwie. – Nie ma sensu ginąć, nie próbując się nawet bronić.

[Imię] pomimo swoich wad była dobrą uczennicą. Pomimo tych ciężkich chwil, kłótni i jej oportunizmu, stała się mu niezwykle bliska. Nawet po jej odejściu wciąż myślami był przy niej. Dlatego ta niewiedza, co się z nią działo, była dla niego męcząca.

Autor Aven
Opublikowano
Kategorie Naruto
Odsłon 319
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!