Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 10

          — Hej, masz chwilę?

          Sayuri leżała w poprzek łóżka. Odłożyła na bok książkę i spojrzała na Temari, która wpadła do jej sypialni.

          — Ale o co chodzi?

          — Mówiłam ci, że muszę ogarnąć transport swoich rzeczy do Konohy, nie?

          Temari nie czekała na jej odpowiedź i ciągnęła:

          — Kankurō właśnie przyszedł oznajmić mi, że nikt nie chce się tym zająć, bo to zbyt duża odpowiedzialność… — Prychnęła. — Właśnie skończyłam sprzątać salon, ale zostały mi jeszcze nasze sypialnie. Zabrałabyś się za to?

          Sayuri oniemiała. Bogowie… Chciałaby móc wejść do głowy Temari i rozgryźć, jak działały jej szare komórki odpowiedzialne za ustalanie priorytetów. Za kilka dni ruszała na ślub, na którym miała być dość znaczącą postacią, a mimo to z uporem szaleńca walczyła z kurzem.

          — Pewnie! Daj mi tylko…

          — Jesteś kochana! — wykrzyknęła Temari i pobiegła w stronę drzwi wyjściowych.

          Sayuri patrzyła ładnych kilka sekund na miejsce, w którym przed chwilą stała Temari. Kochana?! Kto to był i co zrobił z Temari? Sprzątanie zawsze było kwestią konieczności, a nie przysługą.

          Pokręciła głową i wstała z łóżka. A zapowiadał się jeden z nielicznych dni, w których mogła leniuchować…

          Poszła do salonu, gdzie na stole czekały równo ułożone środki czystości. Uśmiechnęła się pod nosem, kiedy, zabierając je do rąk, niszczyła doskonale skomponowany układ różnych płynów i ściereczek.

          Co opłacało się bardziej? Zacząć od sypialni Kankurō czy Temari? Chyba lepiej zmęczyć się na początku pracy i potem mieć na głowie jeden sterylnie czysty pokój, a drugi w miarę ogarnięty.

          Otworzyła drzwi sypialni Kankurō i parsknęła śmiechem na widok kilkunastu marionetek w różnym stanie rozkładu. Jedne były w pełni gotowości bojowych, a inne całkiem rozbebeszone. I jak niby miała tu posprzątać, żeby nie zniszczyć mu czegoś?

          Pospiesznymi ruchami zamiatała podłogę, na której zalegały opiłki drewna i pilnowała, by być obróconą w stronę drzwi. Na ścianie wisiały marionetki… Jak to Kankurō mówił? Ludzkie marionetki. Po plecach przechodziły jej ciarki, ilekroć spojrzała na którąkolwiek z nich.

          Na początku nie wierzyła mu, że da się zrobić z ludzi marionetki. Chociaż tłumaczył jej ten proces, nijak nie mogła tego pojąć. Jak człowieka przerobić na lalkę, przedmiot? Upewniała się i u Temari, i u Gaary, że Kankurō się nie zgrywał, ale i oni potwierdzili jego wersję. Miała do wyboru albo uwierzenie, że jakimś magicznym sposobem było to możliwe, albo był to wieloletni, długofalowy żart, którego puentę kiedyś jej zdradzą.

          Patrzyła na podłogę i zastanawiała się, czy był sens ją zmywać. Praca bezsensowna, bo już za kilka godzin nie będzie widoczne, że ktoś tu w ogóle sprzątał, ale z drugiej strony Temari mogła zrobić inspekcję…

          Kiedy już zaczynała rozumieć, w jaki sposób funkcjonował świat i nie była zamknięta w bezpiecznym kokonie, który Yuriko dookoła niej roztoczyła, dziwiła się, że Temari usługiwała braciom. Z czasem zrozumiała, że tyczyło się to tylko sprzątania. Jeżeli nie miała ochoty gotować, musieli radzić sobie sami, ale jeżeli choćby jeden pyłek kurzu pojawił się na półce…

          Otarła pot z czoła, kiedy doprowadziła sypialnię Kankurō do stanu używalności. Obiecała sobie, że zabije go, jeśli chociażby do ślubu nie utrzyma tu czystości. Co te kobiety w nim widziały, że lgnęły do niego? Ona bałaby się go dotknąć, bo szansa nadziania się na jakąś drzazgę albo ubrudzenia smarem była wysoce prawdopodobna… Może chociaż w tej intymnej sferze nie był całkowitym fleją?

          Weszła do sypialni Temari i zatrzymała się w półkroku. Co niby miała tu zrobić? Rozejrzała się po pomieszczeniu i dostrzegła krzywo uwieszony wachlarz. Szybko to naprawiła. Może to był test, którym Temari chciała ją sprawdzić, czy wywiązała się z zadania?

          Podążała za szaleństwem przyjaciółki i zaglądała w każdy kąt w poszukiwaniu brudu. Desperacko zajrzała pod łóżko, ale i tam pachniało świeżością, a w panelach imitujących drewno mogła dostrzec swoje odbicie.  Nie… Nie była aż tak nierozgarniętą osobą, żeby sprzątać idealnie posprzątany pokój.

          Ostatnie pomieszczenie, jakie jej zostało, było sypialnią Gaary.

          Weszła do środka i przypomniała sobie, że w tym przypadku mogła to odłożyć na później. Chwilę przed tym zanim przyszła do niej Temari, słyszała ich rozmowę. Pytał siostry, czy miała jakieś wolne walizki. Porozrzucane po całym pokoju białe szaty Kazekage i codzienne stroje też były podpowiedzią, gdzie mógł pójść w ten wolny dla niego dzień.

          Odwracała się, żeby wyjść z powrotem na korytarz, ale kątem oka dostrzegła… Nie. To niemożliwe. Podeszła do łóżka. Wśród ubrań leżał Kitsune-sama.

          Opadła na posłanie, a środki czystości, które trzymała w rękach, rozsypały się po podłodze. Drżącą dłonią chwyciła pluszaka. Pięknie wyhaftowany na jego brzuszku symbol Lorda kraju Ognia był ostatecznym dowodem.

          Łzy napłynęły do oczu i parsknęła śmiechem. Wtuliła się w ten miękki materiał i setki wspomnień zbombardowały jej umysł.

          —  Co tutaj…

          Szybko spojrzała w stronę drzwi. Gaara urwał w pół zdania, patrząc na nią z rozszerzonymi oczami.

          — Ja…

          Nie miała pojęcia, co powiedzieć, więc zamilkła. Próbowała uporządkować myśli, aż w końcu coś do niej dotarło.

          — Skąd go masz?

          Po raz pierwszy w życiu widziała Gaarę naprawdę zmieszanego. Nie wytrzymał nawet jej spojrzenia i odwrócił wzrok. Dopiero po chwili odważył się i znowu na nią spojrzał.

          — Kiedy tu trafiłaś, poszedłem po niego do twojej dawnej posiadłości. 

          — Poszedłeś po… Kitsune-sama? — wyjąkała. — Dlaczego go nie oddałeś? — Po tym pytaniu zrozumiała, że mogła nigdy nie zobaczyć ukochanego pluszaka z dzieciństwa. — Przywłaszczyłeś go sobie! — Raptownie wstała z łóżka. — Zakradłeś się do naszego domu i zabrałeś jedyną pamiątkę po naszych rodzicach!  Dumny jesteś z siebie? Przez tyle lat mogłeś nam go oddać, ale trzymałeś go dla siebie! Po co?!

          Nie mogła znieść postawy Gaary. Skrzyżował ręce na piersiach, znowu zamykając się na możliwość interakcji, ale gdzieś pod tą warstwą nieprzebranego spokoju przebijało się rozbawienie.

          — Żałosny jesteś! Może to ciebie trzeba by było wystawić na widok publiczny z napisem złodziej!

          Spojrzała na porozrzucane środki czystości, ale zebranie ich nie dodałoby dramaturgii jej wyjściu. Przeszła szybkim krokiem obok Gaary, który nawet nie próbował się bronić i wyszła, trzaskając za sobą drzwiami. 

*** 

          Mocna kreska. Trzymała ołówek, a wściekłość napędzała jej dłoń. Szarpanymi, gwałtownymi ruchami tworzyła wizerunek Gaary. Niedbale naszkicowane kontury ciała, ale mimo to jasno dające do zrozumienia, kto był przedstawiony.

          Piaskowa gurda, z której wyłaniała się ręka demona, sięgająca po kolejną ofiarę. Twarz tego mężczyzny wykrzywiona w grymasie strachu. Dookoła cała sceneria…

          Zerknęła na biurko i chwyciła pierwszą lepszą czerwoną kredkę.

          Cała sceneria umazana we krwi poprzednich ofiar, które napatoczyły się temu cholernemu złodziejowi.

          Rzuciła gdzieś w kąt kredkę i głośno westchnęła, przechylając się na oparcie krzesła. Zamknęła oczy i powoli uspakajała się.

          Tę metodę na zszargane nerwy odkryła dość przypadkowo.

          Temari opowiadała jej o Gaarze. Poznała jego historię i uczynki, którymi wsławił się za młodu. Ale przez te pierwsze tygodnie, w których mieszkała w nowym miejscu, nie mogła jej uwierzyć. Rzadko widywała Gaarę, ale kiedy już pojawiał się w jej towarzystwie, nie widziała ani żądzy mordu, o której wspominała Temari, ani agresji.

          Intrygowała ją ta cała historia, ale nie miała kogo spytać o prawdziwość usłyszanych słów. Nawet wtedy zdawała sobie sprawę, że spytanie samego zainteresowanego byłoby nie tyle nietaktem, co skrajną głupotą. Postanowiła obserwować Gaarę i dopiero po jakimś czasie nauczyła się odczytywać jego stan emocjonalny. Zazwyczaj pilnował, by nawet najlżejszym drżeniem mięśni na twarzy, nie ułatwić jej zadania, ale nie było to niemożliwe.

          Zastanawiała się, jak Gaara wyglądałby w różnych sytuacjach. Jak wyglądałby śmiejący się? Mający zmarszczone czoło? Wściekły? Smutny?

          To tak zaczęła przygodę z rysowaniem. Bawiła ją ta rozrywka i z czasem zaczęła rysować wszystko, co popadnie, a metoda uspokojenia, w której rysowała Gaarę w roli rozszalałego demona, przyszła z czasem, przy pierwszej poważnej awanturze jaką przeżyła z Kankurō.

          Najczęściej była na straconej pozycji, z czego zdawała sobie sprawę, ale w tej konkretnej sytuacji ich zdania były po prostu różne, bez jasnego wskazania na to które z nich miało rację. Nie pamiętała już, o co konkretnie poszło, ale wychodząc z salonu, w którym odbywali tę przemiłą wymianę zdań, życzyła mu wyjątkowo bolesnej śmierci. Oczywiście mówiła wtedy jeszcze z emfazą i tylko go rozbawiła.

          Ze łzami wstydu odeszła pokonana, ale na kartce papieru mogła z nim zrobić, co tylko zechciała. Chwyciła piękny szkicownik, który Temari jej podarowała i wpadła na pomysł sprawdzenia, jak Kankurō wyglądałby śmiertelnie przerażony, a Gaara w jednym ze swoich rzekomych napadów szału.

          Kiedy skończyła rysunek, okazało się, że złość wyparowała. Dziwiła się temu w duchu, bo już wtedy uważała się za osobę impulsywną i pamiętliwą równocześnie, a tu taka niespodzianka. Od tamtej pory za każdym razem wyładowywała negatywne emocje w rysowaniu mordującego Gaary.

          Teraz też dała radę się uspokoić. Zerknęła kątem oka na Kitsune-sama, którego położyła na biurku tuż obok kubka, w którym leżały kredki.

          Po co go zabrał?

          Pamiętała reakcję Kankurō na jej prośbę o zabranie pluszaka z posiadłości. Według niego nie było to możliwe. Dlaczego Gaara zdecydował się na to? Co chciał tym osiągnąć? Dlaczego nie oddał Kitsune-sama tuż po tym, jak go zdobył?

          Westchnęła cicho. Nie potrafiła nawet ocenić, czy powinna być na niego zła czy raczej wdzięczna. Gdyby chciał oddać jej pluszaka, miał na to sporo czasu, ale… Może zapomniał? W sumie leżał on wśród porozrzucanych ubrań. Może lata temu odzyskał go dla niej, ale wrzucił w kąt szafy z myślą, że wręczy go jej niedługo, ale zapomniał o tym? I dopiero teraz, kiedy zaczął się pakować na wesele, odnalazł go?

          Nie miała pojęcia. Chyba zwyczajnie nie chciała być na niego zła, a to było jedyne rozwiązanie, które go usprawiedliwiało…

          Parsknęła śmiechem, kiedy dotarło do niej, że zrobiła wielką scenę złości z powodu dziecięcej zabawki. Ale też była to jej jedyna zabawka, jaką kiedykolwiek miała… To stanowiło niezłe wytłumaczenie dla tego wybuchu.

          Podeszła do łóżka, ułożyła się na nim wygodnie i próbowała ponownie zagłębić się w świat wielkiej intrygi.

          Natsumi bezszelestnie poruszała się po pałacowych korytarzach. Usłyszała szczęk metalowej zbroi. Z mocno bijącym sercem skryła się w cieniu kolumny

          Gaara. Powinna go przeprosić.

          Musiała odczekać kilka minut, zanim uzyskała pewność, że strażnicy zniknęli w dalszej części zachodniego skrzydła. Nie po to tyle lat trenowała, żeby teraz ponieść porażkę.

          Powinna dorosnąć, umieć dostosować się i nie reagować z taką przesadą. Potrząsnęła głową.

          Ostrze chybiło. Cofnęła się o krok i położyła drżącą dłoń na ustach. Jej oprawcą był Katsuro?!

          Sayuri rozszerzyła oczy i zrozumiała, że właśnie zafundowała sobie spojler. Nie zauważyła, że kilkadziesiąt stron się przekartkowało. Cholera! Zamknęła książkę z impetem i prychnęła. Usiadła na skraju łóżka. Musiała pójść i przeprosić. I jeszcze nawrzucać mu, że był cholernie nieodpowiedzialnym człowiekiem, skoro poszedł po pluszaka do miejsca, gdzie pełno było strażników.

          Na samą myśl o tej głupocie robiła się zdenerwowana. A fakt, że nie oddawał jej przez te wszystkie lata Kitsune-sama, dolewał oliwy do ognia, ale nie mogła zostawić tej sprawy otwartej. Złamałaby wtedy jedno z postanowień, które od lat konsekwentnie realizowała — jeżeli widzisz swoją winę, przeproś.

          Przemogła niechęć i ruszyła w stronę sypialni Gaary. Domyślała się, że musiał wiedzieć o jej obecności pod drzwiami i był świadom jej zawahania. Cholerni shinobi z tymi super mocami! A ty męcz się szaraczku…

          Zapukała.

          Na chwilę przed tym jak otworzył, chciała się wycofać. Uciec i nie musieć się upokarzać. Kiedy patrzyła na otwierające się drzwi, serce waliło jej jak oszalałe. Tylko na ułamek sekundy zatrzymała spojrzenie na jego twarzy. Opuściła wzrok.

          — Przepraszam, że uniosłam głos. Raczej… — Raczej?! — Na pewno nie jesteś złodziejem, tylko nie rozumiem, dlaczego nie oddałeś mi Kitsune-sama. — Próbowała nie kontynuować. Gdyby na tym etapie zakończyła, byłby to dobry wstęp do dojrzałej rozmowy dwójki dorosłych ludzi. Byłby. — Nie wiem, co ci strzeliło do głowy, żeby tam pójść! — W końcu spojrzała na niego. — To było niebezpieczne! Cały czas kręcili się tam strażnicy, a…

          — Sayuri. Masz Kitsune i nikt mnie nie złapał. Chyba możesz uznać to za sukces.

          Dlatego tak bardzo nie znosiła jego sposobu bycia. Przy nim, gorzej niż przy Kankurō i Temari razem wziętych, wychodziła na niedojrzałą histeryczkę. Teraz drążenie było niemożliwe, bo wygrywał z nią opanowaniem. Zamknął jej usta, z czego doskonale zdawał sobie sprawę. Uśmiechał się pod nosem, co było jak na niego niezwykle rozbudowaną ekspresją.

          Policzki ją zapiekły. Znowu się z niej śmiał, ale nie miał odwagi zrobić tego tak otwarcie jak Kankurō. A może wyśmieje ją, kiedy zostanie sam?

          Nie mogła dopytywać, nie mogła dłużej ciągnąć tej parodii przeprosin i dawać mu satysfakcji z tego upokorzenia. Został tylko jeden sposób. Może nie wyjdzie z twarzą w tej sytuacji, ale nie będzie całkiem przegrana.

          — Usłyszeć gdzie znajdował się pluszaczek i ruszyć za nim niezwłocznie, to mogłeś zrobić bez problemu, ale zapamiętać jak się nazywał, to najwidoczniej zbyt trudna sztuka. To Kitsune-sama.

          Obróciła się na pięcie i pomaszerowała w stronę pokoju. Niestety Gaara nie spełnił jej oczekiwań i echo powstrzymywanego śmiechu długo dudniło jej w uszach.

Opublikowano
Odsłon 323
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!