Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 8

          Wbrew oczekiwaniom Temari, Sachiko zachowywała się bez zarzutu. Zgodziła się pełnić rolę shinobi. Bez zająknięcia wdrapała się na plecy Kankurō i w milczeniu dotarli w pobliże Suny. Wówczas musiała zejść i nawet nie pisnęła, kiedy na jej czole została umocowana opaska z symbolem Piasku.

          Dziewczyna próbowała iść o własnych siłach, ale każdy krok alarmował Temari, że to nie wypali. Żaden shinobi Suny nie miałby takich problemów z poruszaniem się na piasku. Szybko przerzuciła rękę Sachiko przez swoje ramiona i to zostało zaakceptowane bez sprzeciwów.

          — Nie opieraj ciężaru ciała na tej nodze przy mnie.

          Temari wpatrywała się w Sachiko, czekając na jakiś wybuch, który przesądzi o braku powodzenia dla tego planu.

          — Pierwszy w historii shinobi, który skręcił sobie kostkę na misji? — zadrwił Kankurō. — Temari, powinniśmy…

          — Myślisz, że to o tym pomyślą, kiedy na nią spojrzą? No sam spójrz na nią. Gdybyś spotkał kogoś z naszych po drodze i tak by wyglądał, nie zostawiłbyś go na pastwę losu.

          Kankurō zerknął na Sachiko i westchnął cicho.

          — Lepiej zacznij składać modły, żeby nikt z jej świty nie stanął nam na drodze.

          Sachiko nie odzywała się ani słowem na tę wymianę zdań, tylko ze spuszczoną głowa szła przed siebie. Jak wojownik po przegranej bitwie. Temari wątpiła, że były to umiejętności aktorskie. Czyżby w końcu dotarło do niej, w jakiej sytuacji się znalazła?

          Nadal nie wymyśliła, co powiedzieć, jeśli zostaną wzięci na spytki przez strażników. Choć… z wpuszczeniem nie powinno być ogromnych problemów. Musiała już dotrzeć do Suny informacja o porażce i zapewne wielu z wracających nie miało dokumentów, przepustek i innej papierologii. Tylko dzięki chaosowi dadzą radę wślizgnąć się z Sachiko do Suny, ale Kankurō miał rację — co jeśli ktoś ze służby albo strażników z domu dziewczyny nieoczekiwanie stanie przed nimi przy punkcie strażniczym?

          Udało się minąć strażników… a właściwie strażnika. Nie zachowywał się całkiem normalnie. Nie skomentował braku papierów Sachiko. Kiedy poruszył ręką, wskazując w kierunku wąwozu, dostrzegła świeży opatrunek na ramieniu mężczyzny. Rannego wystawili do ochrony wejścia?! Jednego z tych, którzy dopiero co wrócili z tej przeklętej misji?! Cholera… co tu się wydarzyło? Gdzie shinobi, którzy powinni mieć wartę na skałach?

          Kiedy weszli do wioski, domyśliła się. Choć późna pora temu sprzyjała, na ulicach nie widziała cywilów, czyli ogłoszono stan wyjątkowy, bo kto by zrezygnował z możliwości zarobku i zamknął stragan? Z jakiego innego powodu nie byłoby żywej duszy, poza patrolującymi shinobi? Ale dlaczego w takim wypadku wpuścili ich bez większych problemów? No tak… szukali kogoś. Nie bali się wprowadzenia nowych osób do osady. To Sachiko przepadła, a oni wprowadzili ją w pułapkę.

          Wymieniła pełne strachu spojrzenia z Kankurō, ale dalej brnęli wgłąb Suny. Tylko z daleka widzieli shinobi, którzy oddalali się, najpewniej poznając nawet ze znacznej odległości sylwetkę Gaary. Jeszcze nigdy nie była mu tak wdzięczna za to, że kroczył obok niej.

          Musieli dostosować tempo do możliwości Sachiko, więc droga dłużyła się strasznie. Temari wolałaby już mieć z głowy tę najbardziej niebezpieczną część wędrówki. Teraz przechodzili koło domów członków Rady. Jej rodzina na co dzień mieszkała w budynku administracyjnym, bo było to najwygodniejsze dla ojca, ale na szczęście niczym dziwnym nie był widok ludzi wchodzących do domu prywatnego ich klanu. Razem z Kankurō często tam przesiadywali, nie chcąc trafić w posiadłości na ojca, a na zewnątrz na Gaarę.

          Niestety ludzie mieszkający dookoła mieli największe wpływy na ojca i gdyby to członkowie Rady, a nie ona, pierwsi przekazali informację o miejscu pobytu córki Lorda, Sachiko miałaby zerowe szanse na przeżycie.

          Nie miała pojęcia, jak przekazać tę wiadomość ojcu, żeby był skłonny uratować dziewczynę. Czy w ogóle istniała taka szansa? Czy ojciec był w stanie okazać empatię? Przecież to nie wina Sachiko, że urodziła się jako córka tego, a nie innego człowieka…

          — Masz klucz?

          Z przemyśleń wyrwał ją głos Kankurō. Sprawdziła w kieszeni i na szczęście klucz nie zgubił się nigdzie po drodze. Wiedziała, że zachowywała się nieracjonalnie, nosząc go ze sobą, ale bez niego czuła się niepewnie. Ten dom był azylem i brak możliwości wejścia do niego od razu po misji nie wchodził w grę.

          Otworzyła drzwi i pierwszą przepuścili Sachiko. Sami podążyli za nią, nawet Gaara, po raz pierwszy od lat, przekroczył próg tego domu. I co teraz? Co mieli…

          — Strasznie tu obskurnie — oznajmiła Sachiko, rozejrzawszy się po wąskim korytarzu. — Tak mieszka gmin?

          — Błagam, Sachiko; zacznij myśleć, zanim coś powiesz. — Temari zdjęła wachlarz, oparła się plecami o ścianę i zamknęła oczy. Bogowie… podjęła się niemożliwego do zrealizowania zadania. Jak niby miała przekonać ojca do swoich racji, skoro Sachiko była zdolna wypalić do niego z takim tekstem?

          — Myślimy i mówimy, co myślimy. — Sachiko patrzyła na nią z powagą. — Rozumiemy, że nie jesteście z gminu, więc… Nie rozumiemy tylko, dlaczego mieszkacie w takich warunkach, ale to nieistotne. Kiedy służące przygotują nam posłanie?

          — To się nie uda, Temari — mruknął Kankurō, patrząc spode łba na dziewczynę. Mocniej zacisnął dłoń na Karasu, którego postawił na ziemi. — Ojciec po pierwszym słowie ją straci, a zalecenia od Lorda będą tylko wymówką.

          — Nie po to taki kawał ją ciągnęliśmy, żeby teraz…

          — Nie mówcie o nas, jakby nas nie było!

          — Ja u widzę tylko jedną cholerną księżniczkę. Nie dwie, nie trzy, nie dziesięć. Jedną. Zacznij mówić w końcu normalnie…

          — Mówimy tak, jak wymaga od tego…

          — Nie! Już nie masz pozycji, prestiżu, szacownych przodków. Możesz to wszystko mieć, ale wtedy wypierdalaj z tego domu albo…

          — Uspokój się! — warknęła Temari. Rozumiała wściekłość Kankurō. Do Sachiko przyzwyczajała się latami i, w przeciwieństwie do brata, w bardziej sprzyjających okolicznościach. Bez wizji stracenia głowy za ryzyko, które podejmowali dla osoby niewdzięcznej za te starania. — A ty Sachiko… zrozum. Nikt tak nie mówi. Jeżeli zdradzisz się, to wszystkich nas ukarzą.

          — To ten prostak powinien powiedzieć, że chodzi o szeroko zakrojoną konspirację — mruknęła dziewczyna, mierząc Kankurō miażdżącym spojrzeniem. — Po-postaram się.

          — Doskonale. — Temari odetchnęła. Teraz tylko musiała utrzymać Sachiko przy życiu do czasu spotkania z ojcem. Nie mogła snuć dalszych planów, bo wszystko stało po jego stronie. — Za chwilę…

          — Zaprowadźcie nas do domu. Musi… Muszę zabrać jedną rzecz, niezwykle dla nas cenną.

          — Poddaję się. — Kankurō parsknął śmiechem. — Oczywiście, księżniczko, zapraszam. Zabiorę cię do domu, zabierzemy jakiś niezwykle cenny przedmiot, a potem tu wrócimy, tak?

          — Tak — odparła Sachiko. — Później dostosujem… dostosuję się do waszych zaleceń.

          — I wszystko szczęśliwie się skończy, co? — kontynuował Kankurō. — Najpierw miniemy dziesiątki shinobi, którzy cię szukają, potem wejdziemy do twojego domu, bo przecież na pewno nie ma tam nikogo, kto by nas powstrzymał przed wejściem, prawda? No! Co to dla nas? Jakbyśmy wpadli, to po prostu wyrżniemy swoich krajan, bo księżniczka chce jakąś błyskotkę, tak?

          — Nie musisz dla nas zabijać. — Sachiko cofnęła się o krok. — I nie chcemy… nie chcę błyskotek, tylko jedyną pamiątkę po rodzicach.

          — Może doprecyzujmy, bo chyba nadal się nie zrozumieliśmy. Chcesz narażać swoje życie i nasze życie, bo koniecznie musisz mieć przedmiot po osobach, które całe życie miały cię w dupie i które bez mrugnięcia wydałyby cię na śmierć, by chronić warunków pokoju, tak?

          — Jesteś pokraczną formą przedstawiciela gatunku ludzkiego! Chciałyśmy tylko naszego Kitsune-sama, a ty nie możesz…

          — Powiem to jeszcze prostszymi słowami, żebyś zrozumiała. — Kankurō nie krzyczał. Spokojnym tonem jej przerwał i kontynuował: — Dostosuj się lub zgiń. Nie ma innej drogi. Nikt nie pójdzie ci po jakiegoś lisa, nikt nie będzie bił przed tobą pokłonów, nikt nie będzie narażał swojego życia dla ciebie, nikt nie uchroni cię przed własną głupotą. Możesz albo to zaakceptować i próbować przeżyć, albo odrzucić i umrzeć jako księżniczka. To jak — wolisz przeżyć czy zginąć?

          — Jesteś bezduszną personą, której nie będziemy zaszczycać naszym towarzystwem. Gdzie możemy zażyć kąpieli? — Sachiko ze łzami w oczach spojrzała na Temari.

          — Tam są drzwi. — Pokazała dłonią na koniec korytarza. — To zrobię ci…

          Ale Sachiko już jej nie słuchała. Weszła do łazienki i trzasnęła drzwiami.

          — Nie wytrzymam z nią, Temari — jęknął Kankurō i oparł się o ramię siostry. — Co to za cholerny Kitsune-sama?

          — To jedyna rzecz, która nie był doskonała u niej w pokoju — wyszeptała Temari, przypominając sobie te piękne pomieszczenia. — Taki mały pluszak. Jak była młoda, nie miała najwidoczniej zbyt wiele wyobraźni, a że miał kształt lisa, to go nazwała Kitsune-sama.

          Kankurō ryknął śmiechem i osunął się po ścianie.

          — Bogowie… Chciała nas wydać na śmierć za pluszaka. Ona ma w ogóle mózg?

          — Wiesz… najgorsze jest to, że to nie jej wina. — Temari miała dość tego przeklętego dnia i opadła na podłogę obok Kankurō. — Ta cała Yuriko tak ją wychowywała. Sachiko była najważniejsza, jej słowo było prawem w domu, czegokolwiek sobie nie zażyczyła, miała to podawane pod nos… — Westchnęła cicho. — Chyba każdy by zwariował.

          — Zawsze po misji składaliśmy raport. — Nieoczekiwanie Gaara zabrał głos. Nawet nie zauważyli, kiedy podszedł do drzwi. — Nabiorą podejrzeń. Pójdę zobaczyć, czy jeszcze ktoś jest na miejscu i wrócę po was.

          — Jeśli… jeśli ci to pasuje… — wyjąkał Kankurō.

          Gaara skinął im głową i wyszedł z domu.

          — Nie ma już dla nas nadziei, Temari. Zwariujemy z tą dwójką.

          — Cały czas bałam się, jak Gaara zareaguje na tę całą historię. — Temari zamknęła oczy. Po chwili zachichotała cicho.

          — Co?

          — Wyobrażasz sobie minę ojca, jak by mu Sachiko wyleciała z takimi tekstami?

          — Lepiej, żeby tego nie wypróbowywała…

          — Jestem zdziwiona, jak bardzo się wczułeś. — Trąciła go łokciem. — I to nie chodzi tylko o nasze głowy. Jest ujmująca, co?

          — Ta… zwłaszcza kiedy nazywa mnie kmiotem. — Kankurō uśmiechnął się pod nosem. — Nie, po prostu to nie mieści mi się w głowie — całe życie jesteś traktowany jak jakiś bóg, żeby na koniec dowiedzieć się, że to gówno warte, a nawet możesz przez to zginąć.

          — Nie bądź taki ostry dla niej. Widzisz, że nie zacięła się, tylko próbuje dostosować.

          — To kto będzie tym ostrym? — Kankurō patrzył na nią z poważną miną. — Na spotkaniu z ojcem ma się uczyć pokory? Bo jak na mój gust to dla niej trochę za późno… Ej! Skąd ty…?

          — Znam cię całe życie, Kanki. — Objęła go i zmusiła, by oparł się o nią. Oboje cicho zachichotali. — Na początku fakt, tylko cię wkurzała, ale kiedy ustąpiła i próbowała nie mówić my, też chciałeś zaryzykować.

          — Bo na początku myślałem, że w jej głowie nie zachodzą żadne procesy myślowe… — Westchnął cicho i zerknął na zamknięte drzwi. — Dobrze, że go o nic nie pytałaś.

          — Co?

          — Gaarę. Nie wydaje ci się… On tak chyba na poważnie.

          — Też tak to odebrałam. Ale dlaczego miałabym go o nic nie pytać?

          Kankurō nadal patrzył zamyślony na zamknięte drzwi i dopiero po chwili spojrzał na nią.

          — Gdyby był jak dawniej, nawet przez chwilę nie pomyślałabyś, żeby podjąć decyzję bez jego zgody. Teraz sam się wycofał i nie odezwał ani słowem. Wydaje mi się, że musi się sam ze sobą uporać, zanim zacznie mieszać się do życia innych.

          — To jego też trzeba będzie pilnować. — Temari potargała brata po włosach. — Chociaż ty jeden względnie normalny mi się ostałeś.

          Kankurō już otwierał usta, ale drzwi od łazienki gwałtownie się otworzyły. Sachiko patrzyła z końca korytarza w ich kierunku.

          — Kąpiel nie jest gotowa — oznajmiła obrażonym tonem.

          Temari walczyła ze sobą. Pilnowała się, żeby nie wybuchnąć śmiechem, bo już dawno domyśliła się, jak Sachiko go odbierała. Możliwie spokojnym tonem spytała:

          — A kto miałby ci ją przygotować?

          — Same chciały… chciałam, ale woda nie leci.

          — Tak… To może być problem. — Cholera. Coś w rurach? Kilka miesięcy wcześniej była wielka awaria sieci kanalizacyjnej. Co prawda ta sieć obejmowała tylko domy najbardziej możnych, ale i wśród nich znajdowali się idioci, którzy z lenistwa wyrzucali śmieci do toalety. Oczywiście tworzyły się zatory i wszyscy cierpieli, ale… Nagle coś zaskoczyło w jej mózgu. Chyba nie powinna snuć takich scenariuszy, skoro rozwiązanie mogło być banalnie proste. — Włączyłaś w ogóle dopływ wody? 

*** 

          — Zobacz, Sachiko. — Temari uniosła pokrywkę od garnka. — Tu już masz wszystko przygotowane. Muszę na chwilę wyjść i resztę zostawiam tobie. Ugotuj ryż i pilnuj go, żeby się nie rozgotował jak ostatnio! — dodała surowym tonem. — Jak już to zrobisz, odlej wodę z garnka, a potem wszystkie naczynia umyj. Rozumiesz?

          Sachiko niepewnie skinęła głową.

          — Dobrze… Kankurō i Gaara powinni niedługo przyjść, ale nie masz co liczyć na ich pomoc. Chyba że zagrozisz, że zabraknie obiadu, to może Kankurō się zlituje, ale nie liczyłabym na to. Musisz sobie sama poradzić, dasz radę?

          — Tak… — mruknęła Sachiko i z lekkim grymasem chwyciła wiaderko z ryżem. — Temari… a co z waszym ojcem?

          I ona, i Kankurō unikali odpowiedzi na to pytanie. Sachiko nie miała pojęcia, dlaczego ją zwodzili. Przecież, o ile dobrze zrozumiała, to od niego zależał jej dalszy los.

          Uważnie patrzyła na Temari i znowu zauważyła, że zacisnęła usta. Znała ten gest, ale jego przesłanie zrozumiała niedawno. Yuriko zawsze tak robiła, kiedy była pytana o coś, na co nie chciała odpowiadać.

          — Nadal nie mamy konkretnych informacji.

          — To zdobądźcie je jakoś! — wykrzyknęła i odłożyła na drewniany blat ryż. — To przecież od niego zależy nasze życie!

          — Sachiko… A nie pomyślałaś, że nam też byłoby miło wiedzieć, co dzieje się z naszym ojcem? — Temari wyraźnie chciała kontynuować, ale powstrzymała się. Zamknęła oczy, wzięła kilka głębszych oddechów i dopiero wtedy spojrzała na nią. — Będę za jakieś pół godziny. Proszę, postaraj się niczego nie zbić.

          Odeszła szybkim krokiem.

          Sachiko stała przy blacie i zerknęła na wiaderko z ryżem. Co się stało, że Temari tak zareagowała? Wrzuciła ryż do wody, przekręciła kurek z gazem i po chwili ogień palił się pod garnkiem. Powiedziała coś nie tak? Ale co? To chyba nic złego, że chciała konkretów. Kto by się nie bał na jej miejscu o własną głowę? Chyba tylko nierozgarnięta osoba…

          Zaczęła zmywać naczynia. Uraziła ją jakoś? Ale przecież… Talerz z hukiem wylądował na podłodze. O nie… Czuła uderzenie gorąca na twarzy. Temari martwiła się o ojca, o którym nie miała żadnych informacji, a ona jeszcze narzekała na jego nieobecność.

          Gdyby mogła, cofnęłaby czas, żeby nie zadać tego głupiego pytania i nie czuć tak ogromnego wstydu.

          Koniec z dawną Sachiko. Nie chciała co krok przeżywać tak upokarzających chwil. Yuriko na pewno… Jakaś nieznana siła po raz kolejny ścisnęła jej płuca. Nie znowu. Nie mogła znowu się załamywać. Musiała jakoś z tym walczyć.

          Pokręciła głową. Obiecała sobie, że nie będzie więcej o niej myśleć. Sama musiała się z tym uporać. Ale co mogłaby zrobić? Teraz już chyba nic, ale na przyszłość będzie wiedziała. Musiała wczuwać się w to, co ludzie przeżywali i nie mówić wtedy niemiłych dla nich rzeczy. Kolejne z setek postanowień, które ostatnio sobie narzuciła.

          Schyliła się, by pozbierać resztki talerza. Kiedy unosiła się, żeby podejść do kosza i wyrzucić skorupy, dostrzegła siedzącego przy stole, w kącie kuchni, Gaarę. Wydała zduszony okrzyk i znowu to co z talerza pozostało, upadło na podłogę.

          — Ale nas przestraszyłeś!

          Mierzył ją uważnym spojrzeniem. Rzadko go widywała, a właściwie tylko dwa razy, odkąd wrócili w czwórkę do Suny i nie miała okazji zamienić z nim choćby zdania. Z drugiej strony może to dobrze… Jeśli okazałby się tak złośliwy jak Kankurō… Nie! Musiała przestać myśleć w ten sposób.

          — Mogę zrobić ci herbaty. Chcesz? — Zaproponowała jedyną rzecz, którą potrafiła robić dobrze. Zdecydowanie lepiej od Temari.

          Drażniła ją cisza i brak reakcji z jego strony. Nadal patrzył na nią uważnie i kiedy już miała powrócić do zmywania, Gaara skinął głową. 

          — To fenomenalnie! Temari nigdy nie doceniała sztuki parzenia herbaty. — Odwróciła się do niego plecami i znalazła odpowiednie czarki. — Doprawdy, jakby można było ją pić jak jakieś dzikusy. Nie… nie… To długi proces, który tylko wykonany z pełną starannością może dać dobre efekty. Wiedziałeś?

          Zerknęła przez ramię. Gaara rozszerzył oczy i nadal nie odezwał się choćby słowem. Na szczęście doczekała się jego reakcji, bo pokręcił głową.

          — Tak właśnie jest. Jeśli choćby jeden z elementów nie będzie doskonale przygotowany z ceremonii nici… To daj nam chwilę i uraczymy cię prawdziwym napojem, a nie tymi zawiesinami, które do tej pory piłeś.

          Wiła się jak w ukropie, żeby udowodnić, że potrafiła coś zrobić dobrze. Nie miała wszystkich przyrządów pod ręką, żeby herbata wyszła idealna, ale czajnik musiał wystarczyć i zamiast chasenu zwykła łyżeczka.

          Z wysoko uniesioną głową stanęła obok Gaary i ułożyła czarki na stole. Zerknęła na resztki talerza i naczynia zalegające w zlewie, ale postanowiła to zignorować. Przynajmniej na razie. Tylko na czas picia herbaty.

          Musiała przystosować się do wielu rzeczy i zdawała sobie sprawę, że przyjdzie jej to z trudem, ale przynajmniej z jedną nie miała najmniejszych problemów. Te siedzenia — krzesła, taborety, fotele — były zdecydowanie wygodniejsze niż pozycja, w której dotychczas była zmuszona siedzieć w towarzystwie.

          Opadła na ławie kuchennej naprzeciw Gaary.

          — Zapraszam do skosztowania herbaty. Zapewniam, że zrobiłam ją z pełnym zaangażowaniem. — Patrzyła uważnie, jak chwytał czarkę w ręce. — Od najmłodszych lat uczyły… uczyłam się jak ją przyrządzać i… O nie… — Znowu rumieńce zakradły się na jej twarz, kiedy dotarła do niej pewna rzecz. Głupia! — Przepraszam! Najmocniej przepraszamy! Przecież ty jesteś upośledzony!

          Z mocno bijącym sercem patrzyła na Gaarę i zastanawiała się, jak naprawić swoją nieuprzejmość. Kątem oka dostrzegła Kankurō wchodzącego do kuchni, ale zignorowała go.

          — Słucham? — Gaara przez cały ten czas, odkąd dostrzegła go w kuchni, miał niewzruszoną minę, ale tym razem chyba nie zdołał się opanować, bo wyglądał na zdumionego.

          — To wszystko wina Temari! Tyle lat nie powiedziała nam wprost, to skąd miałyśmy wiedzieć? Ale mogłyśmy się domyśleć… — Przerwała na chwilę i przywołała w myślach wszystkie sytuacje, w których widziała Gaarę. — Upośledzenia umysłowe najczęściej związane są z trudnościami w mówieniu, ale… Żeby być wojownikiem raczej nie można być upośledzonym… — Zmarszczyła czoło. — To co… Jesteś tylko niemy? — Drgnęła i zignorowała wybuch śmiechu Kankurō. Nagle przeszły ją zimne dreszcze. — Ty mówisz! — Wstała na równe nogi. — My się tu kajamy, przepraszamy, nie chcemy cię urazić, a ty mówisz, tak? To dlaczego się przy nas nie odzywałeś?! Przez ciebie wyszłyśmy na nierozgarniętą osobę! Nie wstyd ci?!

          I ona, i Gaara milczeli, patrząc na siebie. Ze złością przyjęła jego spokojny wyraz twarzy. Może nawet był rozbawiony jej wybuchem.

          — Księżniczko…

          Przeniosła wzrok na czerwonego ze śmiechu Kankurō.

          — Odszczekuję wszystko, co mówiłem. Błagam, nie zmieniaj się.

*************

Koniec części pierwszej.

Opublikowano
Odsłon 498
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!