Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 2

          Wąskimi uliczkami Suny podążał mężczyzna w średnim wieku. Szedł szybkim krokiem z zaciętym wyrazem twarzy. Jedną rękę trzymał zaciśniętą w pięść, a drugą miał schowaną w kieszeni. Co jakiś czas prychał wyraźnie zirytowany i kręcił głową.

          W końcu doszedł do celu i stanął w cieniu budynku, patrząc na niemal opustoszały plac zabaw. Jedynie trójka dzieci siedziała w kącie.

          — Dalej, Gaara! Nikt się nie dowie, że to ty dorobiłeś wąsy na pomniku! — powiedział starszy z chłopców z łobuzerskim uśmiechem.

          — Dorośnij w końcu! — Drobna blondynka wstała i tupnęła nogą o piasek. — Potem ja się będę tłumaczyć!

          — Daj spokój, Temari… — Starszy chłopiec przewrócił oczami. — Na żartach się nie znasz?

          Dziewczynka prychnęła i odwróciła się plecami do swoich towarzyszy.

          — Jutro jej się pozbędziemy, to się zabawimy!

          Najmłodszy z nich chyba nie rozumiał, czego dotyczyła ta rozmowa, ale rozpromienił się, słysząc o zabawie.

          — Kankurō, słyszałam to!

          — Wzywałeś mnie, Kazekage-sama?

          Obok mężczyzny, który chwilę wcześniej przyszedł w pobliże placu, stanął zamaskowany shinobi.

          — Tak, Yashamaru. — Rasa westchnął cicho i oderwał wzrok od dzieci. — Ta kobieta od córki Lorda życzy sobie towarzystwa dla małej.

          — Nie rozumiem, Kazekage-sama…

          — Żaden z członków Rady nie wyraził zgody. Przeklęci idioci! — Rasa skrzyżował ręce na piersiach i znowu utkwił wzrok w placu zabaw. — Jeżeli ta kobieta złoży zażalenie Lordowi kraju Ognia, to ten dureń gotowy będzie zwrócić się do naszego Lorda i dostawy do Suny zostaną jeszcze bardziej ukrócone.

          — Nie  możemy sobie na to pozwolić — powiedział zduszonym głosem Yashamaru.

          — To oczywiste.

          — To dlaczego nikt nie wyraził zgody?

          — Naprawdę nie domyślasz się? — Rasa, zauważywszy zdezorientowaną minę mężczyzny, zmrużył oczy. Otwierał usta, ale szybko je zamknął. Twarz mu złagodniała i zdecydowanie mniej opryskliwym tonem powiedział: — Ta mała stanowi prawo w obrębie posiadłości. Żadne z nas nie ma wpływu na to, co się wydarzy po przekroczeniu progu.

          — I ty chcesz…

          — Tak, zabieram Temari. Miej na niego oko.

          Nie musiał nic dodawać. Obaj doskonale wiedzieli, o kogo chodziło.

          Yashamaru pokłonił się przed mężczyzną i zniknął w kłębach gęstego dymu.

          — Temari! — wykrzyknął Rasa.

          Trójka dzieci odwróciła się w kierunku ojca i wyraźnie przygaśli. Chłopcy patrzyli na siostrę, która oddalała się od nich szybkim krokiem. Kiedy stanęła przed mężczyzną, pochyliła głowę.

          — Ojcze… To Kankurō chciał…

          — Wróć do posiadłości i przebierz się w odpowiedni strój — powiedział mężczyzna nieznoszącym sprzeciwu głosem. — Za dwadzieścia minut masz być gotowa.

          — Dobrze, ojcze. Ale… co to znaczy odpowiedni strój?

          Krótką chwilę Rasa mierzył córkę srogim spojrzeniem, aż w końcu westchnął ciężko.

          — Najlepszy jaki masz.

***

          Ojciec trzymał jej dłoń w mocnym uścisku i ani myślał puścić. Nie, żeby chciała próbować się wyrwać. Była przekonana, że ojcu nie da się sprzeciwić.

          Temari z niezbyt zachwyconą miną spoglądała na przechodniów. Każdy z nich kłaniał się ojcu, mówił kilka miłych słów i odchodził. Nie mogła patrzeć na twarz ojca, który dla tych obcych ludzi potrafił zmusić się do uśmiechu, ale dla nich nigdy. Nie pamiętała nawet, czy kiedy matka żyła, potrafił to robić.

          Robiła się zła, kiedy myślała o braciach. Ich przynajmniej nikt nie ciągał do jakiejś głupiej córki głupiego Lorda. Ani Kankurō, ani Gaara nie musieli wciskać się w te idiotyczne ciuchy i czuć wstydu, kiedy obce osoby patrzyły na nich niemal nagich. Nie dało się założyć tradycyjnego kimono bez pomocy. Dlaczego ją to spotkało? Bo była starsza? Bo była dziewczynką?

          Prychnęła pod nosem, ale napotkawszy wzrok ojca, szybko stuliła uszy po sobie i wbiła wzrok w piasek.

          — Wiesz, czego od ciebie oczekuję? — spytał ojciec.

          — Nie, ojcze. Nie wiem nawet…

          — Masz się zaprzyjaźnić z córką Lorda. Nazywa się Sachiko-sama.

          — A co, jeśli się nie polubimy? — Jej ton głosu zdradzał rozdrażnienie, ale tym razem obyło się bez karcącego wzroku ojca.

          — Wówczas narazisz Sunę na kłopoty. Liczę na twoje zaangażowanie.

          — A ile ma lat?

          — Pięć, może sześć.

          — Ale mała! Ja już mam…

          — Temari!

          Zacisnęła usta i próbowała nie myśleć o ogromie niesprawiedliwości, jaka ją spotkała.

          Po kilku minutach marszu, dotarli do celu. Temari zapomniała o poniżeniu i z otwartymi ustami wpatrywała się w ten wysoki mur. Nie była jeszcze pełnoprawnym shinobi, ale trenowała z ojcem, który uczył ją tajników tego zawodu. Kazał jej, między innymi, nauczyć się zwracać uwagę na otoczenie pod względem bojowym.

          Mur nie był nie do sforsowania, ale gdyby ktoś chciał to zrobić, zapewne musiałby się liczyć z przykrymi niespodziankami strażników.

          Dotarli do żelaznej bramy, która była jeszcze wyższa od muru. To przy niej znajdował się punkt strażniczy. Temari nie słuchała rozmowy między ojcem a strażnikami, tylko z ciekawością zaglądała za bramę. Nigdy nie widziała trawy. Wiedziała, że na większości terenów występowała, ale dla niej wyglądało to jak z bajki. Przecież na ziemi zawsze jest… piasek.

          Jakiś strażnik szerzej otworzył bramę, a ojciec pociągnął ją do środka tego… Wydała zduszony okrzyk, gdy dostrzegła te śliczne rośliny. Ależ to było piękne! Przystanęła, by móc napatrzeć się na te niesamowite widoki. Nie mogła oderwać wzroku od kolorowych kwiatów i kamiennych ławeczek. Ile tu było cienia!

          Ojciec mocniej ją pociągnął i ze zdumieniem zrozumiała, że mogła lepiej zaprzeć się nogami o podłoże. Dopiero wówczas zorientowała się, że nie chodziła po piasku, tylko po ziemi!

          — Dość, Temari.

          Zerknęła na ojca i wzdrygnęła się, widząc jego wzrok.

          — Przepraszam, ojcze, ale… Tu jest tak pięknie!

          — Mam nadzieję, że znalazłaś motywację, żeby zaprzyjaźnić się z Sachiko-sama.

          — T-tak, ojcze.

          Temari więcej nie próbowała przedłużać wędrówki. Posłusznie dreptała za ojcem i rozglądała się dookoła, chcąc zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Bracia jej nie uwierzą, co widziała!

          Kiedy po raz kolejny spojrzała na oczko wodne, w końcu dostrzegła coś jeszcze. Zmarszczyła brwi, kiedy zaczęła liczyć kręcących się dookoła shinobi. W samym ogrodzie piętnastu? Nie! Jeszcze ten pod wielkim drzewem! Szesnastu? A po co tylu? Nawet w chronionej posiadłości, gdzie mieszkali, nie widziała tak wielu wojowników.

          — Przepraszam, Kazekage-sama, za te środki bezpieczeństwa, ale proszę pokazać dokumenty.

          Temari szybko odwróciła głowę w stronę ojca i mężczyzny, z którym rozmawiał. Nawet nie zauważyła, kiedy dotarli pod drzwi domu. Budynek strasznie jej się nie podobał. Był okropny i taki ponury! Te duże okna były całkiem ładne, ale dlaczego ściany były z tak ciemnego kamienia? Przecież Suna wyglądała ślicznie z tymi kulistymi domkami z piaskowca! Dlaczego ten dom nie mógł być tak ładny jak ogród?

          — Rozumiem, oto nasze przepustki.

          Temari powstrzymała chichot. Przecież to takie głupie! Ojciec sam musiał wypełnić te dokumenty, to co szkodziło strażnikowi wpuścić ich do środka?

          — Zapraszam i życzę miłego pobytu, Kazekage-sama.

          Shinobi złożył głęboki pokłon, a po chwili pospiesznie otworzył drzwi.

          Temari rozszerzyła oczy, patrząc do środka. Myślała, że wnętrze będzie równie paskudne, co cały budynek, ale pomyliła się. Podłoga zrobiona była z jakiegoś jasnego drewna, podstawy fusume z nieco ciemniejszego, co przyjemnie kontrastowało z białymi shoji, które ozdobiono delikatnymi malunkami. W miejscach, gdzie ściany były solidniejsze, przywieszono kakemona ze starannie wykaligrafowanymi symbolami Lorda kraju Ognia. Większości z tych rzeczy nie było w Sunie, nawet w domach bardziej zamożnych mieszkańców, a ich nazwy znała jedynie z lekcji, które wraz z Kankurō pobierali.

          Próbowała przekroczyć próg tego domostwa, ale przeszkodziła jej w tym jakaś służąca.

          — Proszę zdjąć buty, panienko! — wykrzyknęła kobieta, wskazując jej na odpowiednie miejsce. — Tam są sandały, które proszę założyć.

          Trochę oszołomiona Temari posłusznie wykonała polecenie kobiety. Zerknęła na ojca, ale najwidoczniej jemu służąca nie odważyła się niczego narzucić.

          Sandały nie były zbyt wygodne w porównaniu z jej codziennym obuwiem i miała trudności, by utrzymać tempo. W ciszy weszli po schodach, po drodze mijając wielu strażników, którzy bili głębokie ukłony przed ojcem, aż w końcu stanęli pośrodku jakiegoś pomieszczenia.

          — Dziękuję za fatygę — powiedział ojciec do nadal towarzyszącej im kobiety, która po jego słowach pokłoniła się i odeszła. — Temari, proszę, żebyś traktowała z szacunkiem Sachiko-sama.

          — Dobrze, ojcze.

          — Mam nadzieję, że nie przyniesiesz hańby naszej rodzinie.

          Co miała na to odpowiedzieć? Nie zdążyła otworzyć ust, a już ojciec zwrócił się do strażnika:

          — Po audiencji ktoś ma odprowadzić moją córkę do domu.

          — Tak jest, Kazekage-sama!

          Ojciec nie pożegnał się, nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem, a już odszedł.

          Nagle poczuła nieprzyjemne dreszcze rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa. Co jeśli popełni jakąś gafę? Jak ojciec zareaguje na taką porażkę? Głośno przełknęła ślinę i rozejrzała się po najbliższych shinobi. Żaden z nich nawet na nią nie spojrzał.

          Drżącą dłonią odsunęła fusume i głośno wciągnęła powietrze.

          Jaki śliczny pokój! Z uśmiechem przekroczyła próg i z zachwytem patrzyła na niskie stoliczki, na których poustawiane były drzewka bonsai. Widziała je już kiedyś i nawet prosiła ojca, by zakupił jej kilka do pokoju. Ojciec obiecał, że to zrobi, ale nigdy do niej nie trafiły.

          — Spodziewałyśmy się ciebie. Jesteśmy ukontentowane, że przyjęłaś zaproszenie.

          Temari spojrzała w lewo i zarumieniła się. Bogowie! Tak się zapatrzyła na jakieś roślinki, że nie zwracała na nic innego uwagi.

          Po lewej stronie znajdowała się kolejna fusuma, zza której dobiegał dziecięcy głos. To tam powinna pójść, ale żaden ze strażników nie zwrócił jej uwagi. Wzięła głęboki oddech i weszła do kolejnego pomieszczenia.

          Plecami do niej siedziała mała dziewczynka. Zapewne ta cała córka Lorda. Nawet z takiej perspektywy mogła zauważyć, jak wiele warstw miało jej kimono. Temari współczuła jej z całego serca. Skoro to córka Lorda, to zapewne codziennie kazali jej ubierać się w te straszne ciuchy.

          Niepewnie wykonała kilka kroków, by stanąć naprzeciw Sachiko. Musiała w tym celu obejść mały parawan, który był rozłożony tuż przy dziewczynce. Zdziwiła się, patrząc na wystrój pokoju. Sądziła, że znajdzie tu jeszcze więcej pięknych przedmiotów, najlepiej roślin, ale to pomieszczenie było prawie puste. Na jednej ścianie wisiało kakemono, na podłodze rozłożone były cztery tatami. Zaraz, zaraz… Gdzie jakieś krzesła albo chociaż poduszki? Czy to jakiś żart? Miała stać naprzeciw niej?

          Kiedy w końcu mogła spojrzeć na twarz dziewczynki, powstrzymała wybuch śmiechu. Ależ wyglądała z tą dumną, poważną miną i w tej dziwnej fryzurze, ozdobionej jakimiś złotymi szpilami! Jakim cudem to się utrzymywało? Nawet jeśli kilka rudych kosmyków psuło ten efekt, to i tak nie miała pojęcia, jak to zrobili. Może jakiś żel utrzymywał tę fryzurę?

          — Witam, Sachiko-sama.

          Pokłoniła się przed nią, co było absurdalne, ale nie chciała dowiadywać się, co ojciec by zrobił, gdyby w jakikolwiek sposób uraziła tę małą…

          — Również witamy cię w progach tego domu. Prosimy, spocznij.

          Temari raz jeszcze rozejrzała się po pomieszczeniu i nadal nie dostrzegła niczego, na czym mogłaby usiąść. Zerknęła na Sachiko, która zmrużyła oczy. O bogowie… zbyt dobrze znała tę minę. Ojciec zawsze tak na nią patrzył, kiedy uznawał, że go zawiodła.

          — Przepraszam… na czym mam usiąść? — wydukała cichym głosem.

          — Nie uczono cię ceremonii picia herbaty?

          Ceremonia picia herbaty?!

          Była przekonana, że Sachiko uznała ją za osobę nieokrzesaną, kiedy potrząsnęła głową. Ale co miała poradzić, że u niej w domu herbatę po prostu pili? Bez żadnych ceremoniałów, uroczystości i etykiety. Herbata to… herbata.

***

          — I co? Córeczka Czwartego już zabiła panienkę?

          Yuriko odwróciła się w stronę Kiry, który z rozbawioną miną opierał się o fusumę. Prychnęła cicho na jego komentarz i powróciła do obserwowania dziewczynek.

          Cała posiadłość została zbudowana w ten sposób, by każdy pokój mógł być obserwowany z najwyższego piętra bez alarmowania osób znajdujących się w pomieszczeniach poniżej. Kiedy chciała być naprawdę sama z panienką, to tym strażnikom u góry kazała wyjść, a pozostali, znajdujący się z nią w pomieszczeniu, również wychodzili. Czasami wiedziała, że nie powinna zostawiać siebie i panienki bez ochrony i dawała znak tylko tym z pokoju, żeby wyszli i stwarzali dla Sachiko pozory prywatności.

          — Znowu będziesz się gniewać?

          Kira stanął tuż za nią i objął ją w talii. Walczyła ze sobą, ale ostatecznie oparła się o niego, co przyjął z cichym chichotem i pocałował ją w czubek głowy.

          — Nie będę się gniewać, Kira. — Odwróciła się w jego stronę, oswobadzając się przy okazji z uścisku. — Wiem, jakie masz zdanie na temat panienki. Wiem też, że zrobiłbyś wszystko, żeby ją ochronić. Dziękuję, że nadal tu jesteś.

          — Ta mi tu słodzi, kiedy obrażam panienkę! — Cofnął się o krok i rozejrzał dookoła z przestraszoną miną. — Chyba jesteśmy atakowani, bo tylko w genjutsu uwierzę.

          — Mógłbyś spróbować… — Yuriko przerwała. Zagryzła wargi i odwróciła się z powrotem do miejsca, z którego zazwyczaj strażnicy obserwowali pokoje z góry. Objęła się ramionami i próbowała skupić na rozmowie dziewczynek.

          — Hej, Yuriko… — Kira obszedł ją, by móc spojrzeć na jej twarz. Zmarszczył czoło i wyszeptał: — Naprawdę coś się stało?

          — Ja… — Yuriko zamknęła oczy, by powstrzymać łzy. Dopiero po chwili była na tyle spokojna, żeby móc mu odpowiedzieć. — Miałeś rację.

          — Jakoś nie sprawia mi to przyjemności… — mruknął cicho. — Ale mów, kochanie. Co się stało?

          — Lord po raz kolejny nie odpisał na listy panienki. Nie przesyłają już nawet prezentów, tylko pieniądze. Bez żadnej notatki, bez niczego! — Zacisnęła dłonie w pięści. — Mówiłeś mi, że zapomną o niej. Że powinnam wychowywać panienkę jak normalne dziecko, bo dla dworu będzie tylko obciążeniem finansowym, ale… ale…

          — Ciii… Już dobrze. — Kira chwycił jej zaciśnięte dłonie i zmusił, by je rozluźniła. Szybko złożył na nich pocałunek. — Wszystko da się…

          — Nie da się!

          Yuriko wybuchła szlochem i szukała schronienia w ramionach Kiry. Nie zawiódł. Objął ją i dawał poczucie bezpieczeństwa. Cicho wypowiadane słowa otuchy sprawiały, że była w stanie zapanować nad gwałtowną reakcją.

          — Dlaczego tak bardzo teraz się tym przejęłaś? — Kira delikatnie chwycił jej podbródek i zmusił, by na niego spojrzała. — Lord nie odpisuje od kilku lat. Oderwanie od dworu było oczywiste w chwili, w której Sachiko znalazła się w Sunie. Co się zmieniło?

          — Zawsze myślałam, że… — Yuriko zawahała się, ale odważnie spojrzała mu w oczy. — Miałam nadzieję, że skoro okazuję panience uczucia, to, pomimo wychowania, będzie potrafiła wyczuć…. Nawet nie wiem co! Miałam nadzieję, że będzie wiedziała, kiedy zachowywać się jak dobrze wychowana i ułożona dama, a kiedy jak normalna osoba, a teraz… Teraz już wiem, że nie potrafi.

          — Yuriko, odwaliłaś kawał dobrej roboty — wyszeptał Kira. Znowu zamknął ją w uścisku i pocałował w czubek głowy. — Sama jedna nauczyłaś ją wszystkiego. Jeżeli Lord kiedyś przypomni sobie o małej, będzie miał dokładnie tak okropnego bachora, jakiego sobie wymarzył. A Sachiko jest okropna, ale nie tak całkiem zepsuta.

          Yuriko chciała mu przerwać, ale na te słowa spojrzała na niego z szeroko otwartymi oczami. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się powiedzieć choćby jednego dobrego słowa o panience, kiedy byli sami. Wiedziała, że mówił tak, bo panienka przeszkadzała mu w wielu planach, ale…

          — Co masz taką minę? — Kira parsknął śmiechem. — Dałaś jej więcej niż piastunki z dworu. Mała jest do ciebie przywiązana i słucha się ciebie. W sumie to nie wiem, czy przez to spieprzyłaś robotę, czy wręcz przeciwnie — sprawiłaś, że Sachiko ma coś tam w głowie. Wiem tylko, że zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy.

          — Chciałabym, żeby panienka potrafiła odnaleźć się w towarzystwie ludzi…

          — I kto to mówi? — Kira przewrócił oczami. — Dwa lata mi zajęło, zanim pozwoliłaś mówić do siebie Yuriko, a nie Yuriko-dono.

          Yuriko parsknęła śmiechem i trzepnęła go w ramię. Może miał rację? Może była jakaś nadzieja dla panienki? 

***

          — No ale to przecież bez sensu! — wykrzyknęła Temari. — Przecież jesteś jedna, to dlaczego mówisz my?!

          Nie powinna pogrążać się jeszcze bardziej. Całe to picie herbaty… Dlaczego ją to spotkało?!

          Próbowała zaproponować jakąś zabawę. Sachiko była mniej-więcej w wieku Gaary i Temari sądziła, że będzie chciała się w coś bawić. Ona i Kankurō stawali się powoli zbyt dorośli, żeby zabawy zajmowały im czas, ale dla młodszego braciszka próbowali się starać. Nawet jeśli widywali go coraz rzadziej, bo wujek zajmował się nim najczęściej, to kiedy już byli razem, wspólnie spędzali czas na zabawie.

          A ta cała Sachiko? Skarciła ją. Uznała, że gry i zabawa były poniżej jej godności. Uparła się na tę głupią ceremonię i wymusiła rozmowę na temat kakemono… Temari już lepiej bawiła się podczas wizytacji domów członków Rady, kiedy z Kankurō siedzieli cicho w kącie i słuchali, jak ojciec rozmawiał z innymi dorosłymi…

          — Pochodzimy z potężnego rodu o wielowiekowej tradycji. Rozumiemy, że maluczkim może nie mieścić się to w głowie, ale musimy mówić o sobie z odpowiednim szacunkiem, żebyśmy nie uraziły dumy i honoru naszych szacownych przodków.

          Temari miała ochotę wyrwać sobie włosy z głowy i wepchnąć je tej małej do gardła. Byleby się zamknęła. Jak można tak mówić? Ile ona w ogóle miała lat?

          — Myślisz, że przodkowie przejmują się jakąś małą dziewczynką?! I co byłoby złego w tym, gdybyś powiedziała: chcę, zrobiłam?! Tak się przodkowie zdenerwują, że cię przeklną czy co…

          — Jesteś naprawdę impertynencką osobą! — Sachiko po raz pierwszy podniosła głos. — Rozumiemy, że nie możesz pochwalić się tak godnymi szacunku więzami krwi, ale zazdrość nie przystoi damie.

          Temari zamknęła dłonie w pięści i próbowała opanować chęć uderzenia tej smarkuli. Domyślała się, jak wiele kłopotów mogłoby jej to przynieść, ale… ta chęć była naprawdę kusząca!

          Cisza przeciągała się coraz dłużej, aż w końcu Temari doszła do wniosku, że lepiej dla wszystkich będzie, jeśli sobie stąd pójdzie. Z trudem wstała. Przez tę przeklętą dziewuchę była zmuszona klęczeć, by nie urazić jej poczucia estetyki. Teraz miała wrażenie, że jej nogi były całkiem zmrowiałe i już nigdy nie odzyska w nich czucia, ale nie mogła się przejmować takim drobiazgiem. Choćby miała się czołgać, ucieknie od tej damulki.

          — Nie pozwoliłyśmy ci odejść!

          — Sama sobie pozwoliłam — burknęła Temari pod nosem i krok po kroku parła w stronę wyjścia. Przeklęte sandały! Takim tempem nigdy nie umknie.

          — Dobrze, masz odejść.

          Temari miała ochotę wybuchnąć śmiechem, kiedy usłyszała rozkazujący ton Sachiko. Chciała odpowiedzieć coś głupiego i inpertmenckiego. Odwróciła się w tej samej chwili, kiedy ona powiedziała:

          — Ale przyjdź do nas przy najbliższej sposobności.

          Temari prawie otwarła usta ze zdziwienia.

          Sachiko nie miała już dumnej, pewnej siebie miny. Opuściła głowę i patrzyła zaszklonymi oczami w stronę pluszowego liska, który był skryty za parawanem.

          — D-dobrze.

          Uciekła. Szybko wyszła z tamtego pokoju i przeklęła samą siebie za tę obietnicę. Co z tego, że ta mała smarkula była smutna… prawda?

          Wiedziała, że jej narzekania nie miały sensu. Skoro strażnicy słyszeli słowa Sachiko i jej obietnicę, na pewno przekażą to ojcu, który zmusi ją, żeby przychodziła tu w przyszłości.

          Westchnęła cicho. Musiała znaleźć jakiś sposób, żeby nie zwariować z tą małą…

Opublikowano
Odsłon 581
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!