Sachiko czy Sayuri? – Rozdział 1

          Wokół Suny szalała piaskowa burza, która uniemożliwiała normalne funkcjonowanie wioski. Wykonanie większości misji okazało się niemożliwe i jedynie garstka najbardziej doświadczonych shinobi przedarła się przez śmiercionośną barierę. Choć było to ryzykowne, zarządcy wioski nie mieli innego wyjścia — odmówienie wykonania misji wiązało się z coraz mniejszą ilością zleceń, a na to Suna nie mogła sobie pozwolić.

          Wszyscy mieszkańcy Wioski Piasku boleśnie odczuwali skutki zaprzestania wykonywania misji. Przez stagnację militarną Suna nie mogła zapewniać podstawowych potrzeb większości, ale wybrane rody i klany nigdy nie miały zaznać tych reperkusji.

          Wśród uprzywilejowanej grupy znajdowali się mieszkańcy okazałego domostwa położonego na skraju wioski. Stało ono w najbardziej zacienionym miejscu, dzięki czemu ogrodnikom udało się wyhodować imponujące, jak na pustynne warunki, ogrody, przez które prowadziła kamienna ścieżka. Gdzieniegdzie postawiono ławki, by ludzie chcący napawać się urokami natury, mogli odpocząć w cieniu kilku drzew liściastych, które wyrosły w tej nieurodzajnej krainie.

          Kwiaty gęsto ścieliły się na trawie i to również było wynikiem pracy ogromnych mas ludzkich, by te delikatne rośliny mogły cieszyć oczy domowników. W najbardziej oddalonym od posiadłości miejscu znajdowało się sporych rozmiarów oczko wodne, gdzie hodowano ozdobne ryby, a nawet udało się znaleźć sposób, by wodna roślinność wypełniła piaszczyste dno.

          Choć w Sunie sposób zagospodarowania przestrzenią był przemyślany, a przepisy obowiązywały każdego, by zachować porządek i estetykę, którą przodkowie narzucili dalszym pokoleniom; okazały budynek wyłaniający się zza drzew był wyjątkiem. Zbudowany został z ciemnego kamienia i lepiej nie zastanawiać się, ile materiału zostało zużytego, by zaspokoić zachciankę zagranicznego Lorda, który pragnął twierdzy, a nie domu.

          Ściany były masywne, szerokie, by za dnia mogły zapewniać chłód a nocą ciepło. Grube mury suto ozdobiono licznymi żłobieniami, a pośród tych dekoracji umieszczono ogromne okna, znane mieszkańcom Suny raczej z opowieści. Na pustyni było to niepraktyczne rozwiązanie, ale ten budynek z praktycznością miał niewiele wspólnego.

          By wejść do tego domostwa, musiano minąć aż dwa punkty strażnicze. Później prowadziła prosta droga ku okazałym drzwiom, umieszczonym w otoczeniu ozdobnych nisz.

          Ale któż odważyłby się zbliżyć do tego miejsca? Wszystkie te wspaniałości były zasłonięte przed ciekawskimi spojrzeniami motłochu wysokim murem. A nawet jeśli komuś niepożądanemu udało się dostrzec choć ułamek tego bajkowego terenu, nie miał możliwości opowiedzieć swoim bliskim o tych dziwach. Straż w okolicy była wyjątkowo wyczulona na próby wtargnięcia i każda, nawet przypadkowa, próba zbliżenia się do domostwa, karana była z pełną surowością.

          O ile z zewnątrz budynek przypominał raczej fragment fortyfikacji niż siedzibę znaczącej osobistości, tak w środku spełniał oczekiwania nawet najbardziej wybrednych członków arystokratycznych kręgów. Również kuchnia, która nie należała do najbardziej reprezentatywnych pomieszczeń, utrzymana była z pełną starannością, żeby zadowolić Sachiko-sama.

          Yuriko pospiesznie schodziła po schodach, by sprawdzić przebieg prac nad posiłkiem.

          — Panienka oczekuje kolacji na siedemnastą. Czy będzie gotowa?

          Początkowo służące dziwiły się na tak restrykcyjnie przestrzegany plan dnia, ale po ponad trzech latach nie było konieczności im o tym przypominać. Wymieniły między sobą spojrzenia i próbowały ukryć złośliwe uśmiechy.

          — Oczywiście, Yuriko-dono! — zapewniła ochmistrzyni. — Za dwie godziny podamy.

          — Doskonale, Mariko. Liczę, że tym razem obejdzie się bez przykrych niespodzianek. Wczoraj Sachiko-sama nie dała rady zjeść tego niedogotowanego kurczaka.

          — Rozpuszczony bachor… — wymamrotała pod nosem jedna ze służek.

          — Przepraszam, mówiłaś coś? — Choć ton Yuriko był przesadnie miły, wszak okazywanie emocji nie przystało na dworze, to wyraz twarzy kobiety zwiastował kłopoty. — Wydawało mi się, że słyszałam narzekanie na konieczność starannej pracy.

          — Przepraszam Yuriko-dono. — Mariko złożyła głęboki pokłon. — Dopilnuję, by dania były najwyższej jakości.

          — Trzymam cię za słowo, Mariko.

          Groźba zawisła w powietrzu, gdy Yuriko patrzyła po twarzach służących, a kiedy ostatecznie wyszła z kuchni, napięcie natychmiast opadło.

          — Niedogotowany kurczak, też coś! — prychnęła korpulentna kobieta w średnim wieku. — Moje dzieciaki w wieku tej gówniary zjadały wszystko, byleby mieć coś w gębie.

          — Rozpuszczona, ot co! — podłapała staruszka, która nie zapanowała nad językiem przy Yuriko. — Kto to widział, żeby dziecko rozpoznawało, czy coś jest niedogotowane? Smarkula wybrzydza i tyle! A ta wariatka jeszcze jej wtóruje!

          — Nic to… — Mariko westchnęła cicho. — Za godzinę wrócę, a produkty na kolację mają już być przygotowane.

         — No co ty, Mariko, zostań z nami. — Słusznej budowy kobieta wstała od stołu i uśmiechnęła się ciepło do przełożonej. — Dzisiaj już wszystko przygotowane. Kobitki już poszły i tylko te, co mają nocny dyżur i my zostałyśmy. Co jeszcze chcesz zrobić?

          — Muszę nadzorować proces suszenia pościeli wielce szacownej panienki, która swoim pańskim moczem zlała łózko — odparła ochmistrzyni ponurym tonem. 

***

          Yuriko opuściła kuchnię i, powstrzymując łzy, wdrapywała się po schodach. Nienawidziła ich. Przeklęte schody. Co by Wielkiemu Lordowi przeszkadzało zasponsorowanie zwykłej, szlacheckiej posiadłości? Z tradycyjnym układem pomieszczeń i przede wszystkim jednopoziomową? Jak miała uczyć panienkę noszenia stroju, kiedy stopnie były zbyt wysokie, by dała radę odpowiednio przemieszczać się pomiędzy pokojami? Cholerne schody! Nie powinno ich być!

          Kiedy wdrapała się na pierwsze piętro, oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy. Szybko starła łzy, które wbrew jej woli wypłynęły. Musiała zapanować nad sobą. Wzięła uspakajający oddech. I jeszcze jeden. W końcu otworzyła oczy, a z jej ust wydarł się zduszony okrzyk.

          — Yuriko, Yuriko…

          Próbowała opanować się, ale ten zastrzyk adrenaliny, gdy Kira nieoczekiwanie pojawił się przed nią, jeszcze nie do końca rozszedł się po organizmie.

          — Kiedy w końcu nauczysz się, żeby olewać te idiotki?

          — To te schody — odparła. — Nie powinno ich tu być. Jak mam…

          — W zeszłym tygodniu płakałaś przez piasek, który, zapewniam, jest w Sunie stałym elementem. — Puścił jej oczko. — Miesiąc temu rozpaczałaś, bo przez wiatr szanowna panienka nie mogła wyjść na zewnątrz. I wiesz co?

          Yuriko bezradnie pokręciła głową.

          — Dziwnym trafem zaczynasz narzekać na te oczywistości, kiedy usłyszysz coś na swój temat albo Sachiko-sama.

          — Nie rozumiem… Dlaczego nie chcą okazywać szacunku?

          — Jesteś obcą z arystokratycznymi zapędami, z dalekiego kraju. Jak myślisz, jakie są szanse, że proste kobiety z Suny, zrozumieją twój punkt widzenia? — Próbował mówić poważnym tonem, ale zdradzało go rozbawione spojrzenie i kąciki ust, które mimowolnie składały się do uśmiechu. — W Sunie na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a pochodzenie mało kogo obchodzi. U nas żeby żyć, trzeba o to walczyć. Jedynie rodziny osób z Rady są bardziej szanowane, bo oni w oczach mieszkańców zasłużyli sobie na ten szacunek. Co zrobiłaś albo Sachiko-sama, żeby zdobyć nasz szacunek?

          — Po co w takim razie zawracasz sobie głowę osobą, której nie szanujesz? — spytała Yuriko lodowatym tonem.

          Wykonała kilka kroków w stronę pokoju dziennego, ale Kira zastawił jej drogę ramieniem. Dostrzegłszy złośliwy uśmieszek, miała ochotę zetrzeć mu go z twarzy.

          — Gdyby było tak, jak mówisz, to myślisz, że po eskortowaniu was poszedłbym do Kazekage-sama z prośbą, żeby zgodził się mianować mnie na strażnika rozpuszczonego bachora i osoby, której nie szanuję?

          — Sachiko-sama nie jest rozpuszczonym…

          — Oczywiście, że jest. — Kira przewrócił oczami. — I nie ma w tym nic niezwykłego. Każde dziecko z tych kręgów jest rozpuszczone jak dziadowski bicz. I nie zaprzeczaj mi tutaj! — Opuszką palca przejechał po ustach Yuriko, która zastygła w bezruchu. — Sachiko-sama jest dokładnie taka, jak powinna być, ale ty… — Uśmiechnął się łobuzersko. — Nie powinnaś być taka nieśmiała.

          — Przestań! — Yuriko odtrąciła jego dłoń. — Uzgodniliśmy, że nikt nie może nabrać podejrzeń.

          — I absolutnie nikt się nie domyślił. Tak sądzisz?

          — Mam ważniejsze sprawy na głowie niż plotki — odparła, nie mogąc podjąć się odpowiedzi na jego pytanie. Zagryzła wargi, gdy dostrzegła, że spojrzał na nią z politowaniem. Szybkim ruchem nawinęła pukiel blond włosów na palec, ale niemal natychmiast zgromiła się w myślach. Nie powinna okazywać, jak bardzo mógł na nią wpływać. — Panienka mnie potrzebuje.

          Musiała uciec od tych oczu, które przeszywały ją spojrzeniem. Nie mogła odpowiadać na niektóre zakamuflowane pytania, bo odpowiedzi, które miała, zapewne by mu się nie spodobały.

          Teraz, kiedy mierzyli się spojrzeniami, Kira przegrał w tej walce woli i przeczesując czarne włosy, stanął pod ścianą. Yuriko nie była pewna, ale chyba przeklął pod nosem.

          — Dziękuję — wyszeptała, mijając go.

          Szybkim krokiem udała się do pokoju dziennego. Panienka bardzo źle znosiła jej zbyt długą nieobecność.

          Odetchnęła z ulgą, gdy stanęła na progu i dostrzegła uśmiechniętą dziewczynkę, która z zadowoleniem przypatrywała się swojemu odbiciu w lustrze. Miała właśnie nakładaną wierzchnią część kimona i wyraźnie podobał jej się strój.

          Na życzenie Yuriko większość strojów panienki była zielonych lub niebieskich, by przyjemnie kontrastowały z kaskadą rudych kosmyków. Oczywiście, kolorem rodowym, podkreślającym w kraju Ognia status rodziny Lorda, był czerwony, ale panienka okropnie w nim wyglądała. Aby podkreślić status, Yuriko zdecydowała się na długi tren, który na całym kontynencie był wyznacznikiem pozycji wśród wyższych warstw społecznych.

          Sachiko początkowo nie lubiła tradycyjnych strojów i jeszcze w pieluszce uciekała służącym, ale na szczęście od dłuższego czasu traktowała to jako dobrą zabawę.

          Nagle dziewczynka dostrzegła ją w odbiciu lustra.

          — Zobacz Yuliko! — Odwróciła się do niej, ku niezadowoleniu służących, które próbowały odpowiednio ułożyć ostatnią warstwę kimono. — Mam nowe buciki!

          Energicznie pochyliła się, by podwinąć połacie materiałów i przy okazji doszczętnie zniszczyła podwaliny pod fryzurę, w którą tego dnia miała być uczesana.

          Yuriko kątem oka zerknęła na czerwonego ze złości fryzjera, którego odprawiła krótkim ruchem głowy. Jeżeli panienka nie dała się przez ostatnie pół godziny uczesać, nie powinni zmuszać jej do tego siłą. Niektóre wybryki mogły być tolerowane, inne nie.

          — Panienko: Mamy nowe buciki. — Yuriko podeszła do Sachiko i patrzyła na nią surowym wzrokiem. — To nie wypada, żebyś mówiła o sobie jak każdy inny. Jesteś córką Wielkiego Lorda.

          Dziewczynka patrzyła na nią uważnie i posłusznie skinęła głową.

          — Mamy nowe buciki, Yuliko.

          Yuriko uśmiechnęła się promiennie, nagradzając panienkę za szybko przyswojoną lekcję. Od wielu miesięcy strofowała ją, że powinna mówić o sobie my, jak każdy z rodziny Lorda, ale Sachiko miała problemy, by to zapamiętać. Nikt poza nią tak o sobie nie mówił i ponadto jeszcze nie rozumiała, do jak szacownej rodziny należała.

          — Są przepiękne, panienko. — Yuriko spojrzała na starannie wykonane, drewniane sandały, wyściełane delikatną, cielęcą skórą. — Dzisiaj będziemy kontynuować naukę pisania.

          Sachiko jęknęła cicho i patrzyła na nią błagalnym wzrokiem.

          — A nie możemy lysować?

          — Starsza siostra panienki jest już uczona sztuki kakemono. Wielki Lord życzył sobie, byś była kształcona w grze na shamisenie.

          — Ształcona?

          Yuriko uśmiechnęła się do dziewczynki. Choć inne córki Wielkiego Lorda były wychowywane przez wielu mistrzów z różnych dziedzin, a Sachiko ostała się tylko ona, nie odbiegała chyba zanadto od swoich rówieśniczek z dworów. Tam nigdy nie mówiono do dzieci z typową dla gminu infantylnością i prostotą. To jedynie hamowało rozwój dziecka.

          Panienka nadal miała drobne problemy, by wypowiedzieć er, ale jeżeli chodziło o zasób słownictwa, czyniła szybkie postępy.

          — Kształcona, panienko. To oznacza, że będziesz uczyła się czegoś. Na życzenie Wielkiego Lorda nauczysz się gry na shamisenie.

          — Muszę… musimy dzisiaj?

          — Obawiam się, że tak, panienko.

          Sachiko opuściła wzrok. Dopiero po chwili spojrzała na nią.

          — Ale oni — wskazała ręką na strażników i służących — mają odejść.

          — Dobrze, panienko. — Yuriko skinęła głową na strażników i służące, którzy pospiesznie opuścili pomieszczenie, zasuwając za sobą fusumę. — To teraz przejdziemy do pokoju herbacianego.

          Ruszyła wolnym krokiem i zerknęła na Sachiko, która miała problemy, by poruszać się w tym stroju z nowym obuwiem.

          — Proszę stawiać mniejsze kroki, panienko.

          — O tak? — Sachiko dreptała prawie w miejscu, ale robiła to z pełnym zaangażowaniem i ogromną energią.

          Yuriko musiała opanować wybuch śmiechu. Nie mogła przecież uczyć panienki nieodpowiednich zachowań.

          — Odrobinę większe. I wyprostuj się, panienko.

          Sachiko nadal szła niepewnym krokiem, ale było zdecydowanie lepiej niż przy pierwszej próbie. Będzie musiała jeszcze popracować nad ustawieniem głowy, ale wszystko po kolei…

          Yuriko odsunęła fusumę prowadzącą do pomieszczenia, w którym w przyszłości panienka będzie mogła podejmować gości. Postanowiła już oswajać Sachiko z formalnymi zachowaniami i zwyczajami, by zmiana nie była zbyt duża, gdy dorośnie.

          To w tym pokoju spędzały najwięcej czasu i tylko dlatego Yuriko pozwoliła na zaburzenie harmonii tego miejsca. Dekoracje i meble były dobrane z najwyższą starannością, by Sachiko mogła obracać się wśród przedmiotów dostatecznie godnych jej pozycji i tylko jeden element niszczył estetykę pomieszczenia. Mały, pluszowy lisek, nazywany przez panienkę Kitsune-sama, leżał na skraju fuzukue. Bez maskotki panienka robiła się markotna i nieskłonna do współpracy. Yuriko wypracowała kompromis i Kitsune-sama mógł przebywać w dwóch pokojach — w sypialni panienki i w pokoju herbacianym.

          Sachiko usiadła przy wykonanym z drzewa paulowni fuzukue i patrzyła na nią z rezerwą.

          Yuriko czasami miała ochotę nie zwracać jej uwagi, ale nie mogła myśleć o pobłażliwości. Od tego zależało prawidłowe wychowanie panienki.

          — Proszę usiąść poprawnie, panienko.

          Sachiko westchnęła cicho, ale posłusznie zmieniła pozycję. Uklękła i przyjęła odpowiednią postawę.

          — Wspaniale. — Siadając, uśmiechnęła się do panienki. — To teraz proszę wziąć do ręki pędzel i…

          — Yuliko, ale my chcemy lysować! — Sachiko oparła się rękoma o fuzukue i patrzyła na nią z przejęciem.

          — Wiem, panienko. Ale uwierz mi, że niedługo będziesz uczyć się grać na shamisenie i to będzie równie interesujące.

          — No nie wiem… — mruknęła pod nosem Sachiko. — A mama i tata nie mogą przyjechać?

          Yuriko miała problemy, by równomiernie oddychać. Niedawno panienka dowiedziała się, że każdy ma matkę i ojca, i od tamtego czasu zadawała niekończące się pytania na temat swoich rodziców.

          Wzięła uspakajający oddech i starała się zapanować nad drżeniem głosu.

          — Wielki Lord kraju Ognia i jego wielce szanowna małżonka to osoby bardzo zajęte, panienko. Powinnaś mówić o nich pan ojciec i pani matka.

          — Kim jest nasz pan ojciec i pani matka? Co lobią?

          Yuriko wiedziała, że nie zatrzyma już potoku skojarzeń i pytań Sachiko. Miała tylko niecałe dwie godziny do kolacji i nie uda jej się zapanować nad ciekawością panienki. Później też nici z nauki pisania, bo należało pilnować odpowiednich pór udawania się na spoczynek. Może nadrobią to nazajutrz…

          — Opowiem ci, jeżeli złożysz mi obietnicę, panienko.

          Sachiko entuzjastycznie pokiwała głową.

          — Jeszcze nie możesz mi obiecać, bo nie wiesz, czego oczekuję w zamian, panienko. Opowiem ci o Wielkim Lordzie, jeśli jutro bez narzekania zaczniesz uczyć się pisać. Zanim się zdecydujesz, musisz wiedzieć, że nie można łamać obietnic raz złożonych. Wiesz dlaczego?

          — Bo damy tak nie postępują — odparła szybko Sachiko.

          Yuriko uśmiechnęła się pod nosem. Jeszcze przyjdzie czas, by nauczyć panienkę, czym jest honor, ale na razie taka odpowiedź była wystarczająca.

          — Dokładnie, a ty, panienko, chyba chcesz być damą, prawda?

          — Oszywiście!

          — Oczywiście, panienko. Dobrze, to składasz obietnicę?

          Sachiko patrzyła na nią i wyraźnie zastanawiała się nad tym. W końcu opuściła głowę i nieśmiało zerknęła na pluszowego liska.

          — A możemy na kolana?

          Yuriko głośniej wciągnęła powietrze.

          Wiedziała, że popełniła błąd. Nigdy nie powinna zgadzać się na kontakt fizyczny z Sachiko. To było niedopuszczalne, by ktoś spoza rodziny Lorda dotykał jego córki w celu innym niż pielęgnacja. Doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale… Jak miała nie przytulać niemowlaka, który tylko ją miał? Jak miała nie ocierać łez, kiedy panienka przewróciła się na kamiennych schodach?

          Musiała jakoś to przerwać, ale patrząc na małą dziewczynkę siedzącą przed nią, nie potrafiła odmówić. Możliwe, że w przyszłości panienka na nią nie doniesie i uniknie kary za tę zbrodnię.

          — Dobrze, panienko.

          Sachiko spojrzała na nią z promiennym uśmiechem. Szybko wstała z niewygodnej pozycji i pobiegła po Kitsune-sama. Zapiszczała z radości, dostrzegłszy otwarte ramiona Yuriko. Uściskała ją, a później grzecznie ułożyła głowę na kolanach opiekunki, przytulając pluszaka do piersi.

          Yuriko drżącą dłonią pogładziła Sachiko po rudych włosach, spływających po materiale kimona i dostrzegła uśmiech na twarzy panienki. Westchnęła cicho.

          — A co z obietnicą, panienko?

          — Obiecuję, Yuliko. Jutlo będziemy grzeczne.

          — Trzymam cię za słowo, panienko.

          — To opowiesz o mamie i tacie?

          — O panu ojcu i pani matce, panienko. Oczywiście, dotrzymam słowa.

          Yuriko dłuższą chwilę zastanawiała się nad tym, co mogłaby powiedzieć do dziecka na temat tak ważnych postaci. Uśmiechnęła się pod nosem.

          — Pamiętasz, panienko, legendy o władcach zza morza? o królach?

          Sachiko skinęła głową.

          — Wielki Lord jest takim jakby królem.

          — Klólem? — Sachiko odwróciła się w jej kierunku z rozszerzonymi oczami.

          — Dokładnie. Tak jak król musi być mądry i sprawiedliwy, żeby zarządzać krajem. Jak król trzyma pieczę nad armią. A wiesz co to znaczy, panienko?

          Sachiko pokręciła głowa.

          — Że ty jesteś księżniczką!

          Sachiko zachichotała i ponownie ułożyła się na jej kolanach, czekając na dalszą opowieść.

          Yuriko machinalnie gładziła jej włosy i z uśmiechem zauważyła, że panienka przymrużyła oczy pod wpływem dotyku.

          Nikomu nie pozwoli nazywać ją rozpuszczonym bachorem…

Opublikowano
Odsłon 304
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!