Chory z Miłości – 4

4

– Postradałaś rozum? Wiesz kto to jest? 

– Taa… To ten… – Livia przenosi wzrok na koleżankę, wykonując znany gest ręką w stronę własnych ust. Wypychając przy tym do rytmu, językiem policzek. – Sprzedawca lodów na ciepło.

– Jesteś stuknięta! – Rebeka uśmiecha się szeroko, początkowo na próżno usiłując się przed tym powstrzymać. – To nie jest śmieszne. Widziałaś jak na ciebie patrzy?

– Co masz na myśli? – Alvins skrzyżowała ręce na piersi, unosząc przy tym brwi. – Przecież doskonale wiesz, że od kilku lat oddana jestem tylko jednej gałce o tym samym smaku.

– Na litość boską, Livia! – Kobieta wywróciła oczami młynek. – Nie interesuje mnie to, tak samo jak technika którą dysponujesz. 

– Naprawdę? – wytrzeszczyła zęby, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Już myślałam, że mam udzielić kilka wskazówek. 

Beki pod tym względami nie była tak otwarta na rozmowy jak Livia. Często wpadała w zakłopotanie, rumieniąc się po uszy w wyniku podobnych uwag. Tym razem nie było inaczej. Jednakże Alvins zależało na pozbyciu się napięcia które wciąż wyraźnie czuła, więc obrała sobie to za cel. 

– Przestań już, wcale nie jest tak, że znasz się na tym najlepiej. – Prychnęła Beki, przypominając już rumiane dojrzałe jabłko. Po czym, obdarzyła ją nieśmiałym uśmiechem. – Cieszę się, że wróciłaś. 

Dodała, odkładając pustą tace na stertę pnących się w pionie segregatorów. 

– Ja też, chociaż nie tego spodziewałam się po powrocie. 

– Powiedziałabym ci gdybym tylko wiedziała. 

Rebeka westchnęła głośno, sięgając po kubek z kawą. Dziewczynom nigdy nie zdarzyło się pracować razem, ponieważ działem koleżanki były bilbordy oraz ulotki, mijały się nie tylko na zmianach, ale też na korytarzu. 

Jednakże pewnego razu w trakcie zjazdu integracyjnego odkryły, iż bardzo dobrze im się rozmawia. I tak spotykały się do teraz, od czasu do czasu na szybką kawę gdy Beki kończyła pracę, albo Alvins ją zaczynała. 

– Domyślam się. Gorsze od tego jest chyba to, że muszę pracować dla Swindona. – Westchnęła, machając od niechcenia ręką. – Znowu zarwałaś nockę? Czy to biuro kiedykolwiek śpi? 

Livia spojrzała z zadumą na stertę dokumentów przez które musiała się przekonać. W tej kupie papierów, mieściły się same skarby świata. Alvins lubiła zbierać różne ciekawe informacje, które pomagały jej w działaniu. W zależności co przykuło jej uwagę, ale można było znaleźć w tej kolekcji prawie wszystko. 

– Wiesz jak jest, co tu gadać. –  Westchnęła ciężko Beki. – Wracając jednak do tego Swindona. Co to w zasadzie przed chwilą było? 

– Skoro już tak bardzo chcesz wiedzieć, to nie jestem do końca pewna Beki, ale niech mu zwiędnie lub uschnie i odpadnie. Jeśli choć jeszcze raz postąpi w podobny sposób. 

Na te słowa, skrzywiłam się lekko, chwyciwszy swoją porcję z kofeiną. 

Pomimo wszelkich jednak starań, wciąż czuła Jonnya blisko. Zapach Swindona ciągle unosił się w powietrzu uczulając na siebie jej zmysł węchu. 

– Obawiam się, że jest odwrotnie. – Zauważyła rumieniąc się jeszcze bardziej niż dotychczas Beki. – Jest wielki, mokry i sterczy jak wieża eiffla. 

– Jeśli o mnie chodzi, to może stać nawet jak Burdż Chalifa w Dubaju. Nie ma większego znaczenia jeżeli wiesz jak poskładać każdą konstrukcje. 

– Rany, po porodzie musiało przybyć ci parę ładnych lat!

– Owszem, jestem atrakcyjną mentalną osiemdziesiątką. – Livia wystawiła jej język, a następnie zamoczyła usta w wywarze. – Spróchniała ze mnie dewotka! 

Obie zaśmiały się wesoło na te słowa. Co poprawiło znacznie humor Livi. Chwilę jeszcze dyskutowały o rychłej  destrukcji Swindona, i tym jak w razie potrzeby Alvins go załatwi. 

I nim się spostrzegła, zapomniała całkowicie o całym porannym zajściu, poświęcając się sumiennie swojej pracy. 

***

– Zmęczona? 

Oderwana od własnych myśli, Liva zerknęła pośpiesznie na swój zegarek. Po czym odchrząknęła lekko, przenosząc oczy na Swindona. 

Jonny postawił prze nią niewielką butelkę z napisem “sport” z jej niebieską zawartością w środku. Nie pytając nawet o zdanie. 

– Świetnie. – Bąknęła, odgarniając pasmo włosów za ucho. – Skoro już Pan wie “jak poderwać dziewczynę, ” radzę dowiedzieć się jeszcze, ” jak pogodzić się z porażką.”

Swindon uśmiechnął się lekko nachylając trochę nad biurkiem. 

– A przegrałem? 

Zapytał, wyginając jedną brew a następnie wsparł dłonie o blat. 

Na dobrą chwilę zamykając jej tym usta. 

Minęło kilka godzin, było już po południu zaś Alvins nie zrobiła sobie jeszcze przerwy. W dodatku dziewczyna prawie nie spała w nocy, ze względu na budzącego się co pięć minut syna. Przeciążony umysł Livi prosił się już więc o regenerację poprzez porządny sen. To dlatego nie mogła wymyślić niczego od razu. 

Nabierając więcej tchu, oparła plecy o oparcie fotela, wsparła łokcie na rączkach po obu stronach i splotła palce przed sobą. 

– Tak. – Odparła w końcu. – Jakieś pięć lat temu, jak każdy inny facet z resztą. 

Na te słowa, Swindon wyraźnie się spiął. Zmarszczył czoło ściągnąwszy przy tym groźnie brwi. Zaś gdy jedną dłoń zwinął w pięść na biurku, drzwi od biura Saymona odskoczyły, a w progu pojawił się Dayley. 

– Dzień dobry Panie Swindon. Słyszałem, że był Pan wcześniej. 

Saymon uśmiechnął się niepewnie, wyciągając ku niemu dłoń. Mężczyzna zaś niechętnie wyprostował plecy, szczypiąc uprzednio własny język. 

– Dokładnie. Sądziłem, że skoro jest Pan tu szefem, można zastać Pana wcześniej. 

Jonny pomimo kąśliwej uwagi, podszedł i uścisnął mu dłoń. 

– Miałem spotkanie, ale już jestem. W czym mogę Panu pomóc? 

– I oto sedno sprawy panie Dayley. To nie mnie trzeba tu pomóc. – Jonny odwraca głowę aby spojrzeć na Livię. Po czym, znów wraca do Saymona. – Nigdy więcej nie zainwestuję w Pana firmę, dlatego też żądam, aby przywrócił pan ludzi na ich stanowiska zanim to wszystko się skończy. I jakoś z sytuacji wybrnął. 

Blondyn wytrzeszczył na niego oczy, rozdziawiając przy tym usta. 

– Najwyraźniej, coś mnie ominęło? 

Uniósł brwi, badając twarz Jonnya uważnym wzrokiem. 

– Pan pozwoli, że wyrażę się jaśniej. – Przesadzony grzecznościowy ton bruneta, zwróciłby uwagę dosłownie każdego. Nic dziwnego więc, że Livia przysłuchuje się tej rozmowie. – Jeśli chcesz zachować agencję przy życiu, zrobisz dokładnie to co każę. Albo, nigdy już  kurwa nie wyjdziesz z długów!

Obaj pod wpływem nagłego hałasu spojrzeli w stronę zakwaterowania dziewczyny. Livia słysząc ostatnie słowa Swindona, wstała szybko z miejsca, strącając przypadkiem butelkę, którą tam postawił. Zaś wraz z próbą uratowania sytuacji tylko ją pogorszyła, gdyż na ziemię zsunęło się także kilka teczek z papierami. 

– Ja pierdole, po prostu cudacznie! 

Jęknęła na widok rozsypanych na podłodze zapisków, mając świadomość tego, że przyjdzie jej przejrzeć wszystkie jeszcze raz! 

– Livia! – Usłyszała nad sobą niepokojący szorstki głos szefa. – Czy ty przypadkiem nie miałaś się wymeldować?! 

Szybko podniosła kilka aktówek z podłogi, zagarniając je do siebie w ramionach. 

Gdy wlepiła w niego oczy, ciągle nie wiedziała co powiedzieć. No bo jak wyjaśnić mu zaistniałą sytuację, gdy jeszcze wczoraj zapewniała, że odchodzi?

Tym bardziej, że nie zdążyli zamienić nawet słowa wcześniej. 

– No widzisz, trochę jakby się pozmieniało. – Wzruszyła ramionami, odkładając papiery z powrotem na stolik. – Trudno to przełożyć na twój prosty męski i bezawaryjny móżdżek, ale może nam się udać jeśli ściągniemy tu Brandona, Joseph oraz Taylor. 

– Kogo? –  Dayley marszczy czoło, wyraźnie nie zadowolony z tego co słyszy. – Masz mnie za idiotę, myślisz, że będę kłaniał się w pół komuś kogo zwolniłem ponad pół roku temu? 

– Eee… Nie do końca oto mi chodziło. 

– Bez szans! Ty także zabieraj graty! Nic tu po tobie! 

– Chwilunia szefuńciu, obiecałem, że pomogę. 

Jonny niespostrzeżenie podchodzi do Saymona i kładzie mu rękę na ramieniu. 

To w zupełności wystarcza, aby Dayley zrobił się miękki jak wata cukrowa. 

– Co proszę? Co to wszystko ma znaczyć?

Zapytał, podczas gdy Swindon wymieniał z Livią spojrzenia. 

– To, że ja ściągnę ich do studia, a ty sowicie nagrodzisz za pracę. 

Wyjaśnił pospiesznie, zaciskając mocniej palce na jego ramieniu. 

Mina Saymona mówiła zaś o wiele więcej niż sam Dayley by tego chciał. Alvins wiedziała już, że Zapowiada się na porządny spór, czego nie chciała być za nic w świecie światkiem.

Na szczęście, dobrotliwe duchy przodków wysłuchały jej próśb, ponieważ Saymon skinął tylko sztywno głową zapraszając Swindona do biura.

Zaś tam mogły dziać się już rzeczy o których świat nie słyszał. Nikogo nie obejdzie przecież kilka wybitnych okien, czy połamane krzesła. Grunt aby obaj wyszli z tego cało. Wtedy wszyscy jakoś przetrwają to nadchodzące tornado.

A przy odrobinie szczęścia, David może zechce w końcu ją docenić jeśli będzie miała mniej czasu dla syna. 

Bądź uzyska efekt odwrotny, który przecież także gdzieś ją w tym wszystkim doprowadzi. 

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie 18+ Romans
Odsłon 725
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!