Chory z Miłości – 5

5

***

– Kochanie daj już z tym spokój.

Ciepły pocałunek złożony na karku przez Davida, zaalarmował jej system samoobrony. Ostatnimi czasy Alvins przy najmniejszej pieszczocie ze strony męża z automatu cierpiała na różne straszne dolegliwości. Typu migrena, ból pleców, niewyobrażalne przemęczenie czy boleści przedmiesiączkowe. Bądź owulacyjne.

Bywało, że decydowała się przenieś syna do ich wspólnego łóżka kiedy David wyszedł na chwile do łazienki, pod pretekstem, że ten się przebudził.

Innym razem brała długą kąpiel w celach przygotowawczych, czekając cierpliwie aż ten zaśnie.

Alvins znała wszystkie te sztuczki, a nawet jeszcze więcej. Jak każda mężatka z podobnym stażem małżeńskim. Nie chcąc zostać źle zrozumianą, wystrzegała się zwyczajnie kłótni z kimś kto i tak jej nie zrozumie.

Tym bardziej teraz kiedy na głowie dziewczyny spoczywają inne sprawunki.

Z westchnieniem odchyliła głowę, kiedy David usiadł za nią, sprawiając iż znalazła się w nieciekawej sytuacji. Utkwiwszy bowiem między jego nogami wiedziała już iż nie zdoła wymyślić niczego wiarygodnego by uciec. Za sobą mieli zaś łóżko, nie trzeba było wiele aby doszło do czegoś między nimi. Jednak nie zamknęła laptopa, tkwiąc wciąż przy małym stoliku postawionym w nogach ich łóżka.

– Dobrze wiesz, że jeśli nie zrobię tego teraz, to nie zrobię tego nigdy.

Mruknęła całując go w policzek, kiedy ten muskał ustami jej ramię. Pomimo jednak tych słów, dłonie Dawida powędrowały do pierwsi dziewczyny.

– Hmm… – zamruczał nad jej uchem, przywierając ustami do szyi Livi. – Sutki ci stoją, masz na mnie ochotę?

Zapytał, ściskając lekko w palcach oba naraz.

– David mam robotę… – urwała gdy wpił się w jej usta. Po czym, przeciągnął językiem po całym policzku. Od dołu do góry, zostawiając mokry ślad. – Poza tym muszę Ci o czymś powiedzieć.

– Tylko nie teraz. – Sapnął, wsuwając jedną rękę pod jej koszulę nocą, zaś drugą wciskając między uda dziewczyny. – Wszystko inne może zaczekać.

Alvins w odruchu ścisnęła jednak mocniej nogi i chwyciła go za rękę, aby powstrzymać męża przed rozwojem sytuacji, której wcale nie chciała.

– David, proszę cię. Nie mam dziś ochoty.

Stało się. Nim zdążyła pomyśleć wypowiedziała słowa których wypowiedzieć nie powinna, sprawiając, że David zesztywniał za jej plecami i mocno sposępniał.

– Nie podniecam cię już?

Zapytał z rozczarowaniem w głosie. Czując się odrzuconym i zaniedbanym jak cholera!

– To nie tak… Wiesz cały ten projekt jest ryzykowny, ale nie mam innego wyjścia, muszę spróbować. Może wtedy Saymon mnie nie zwolni.

– Kurwa! – warknął osuwając się od Livi. – Znowu to samo! Nic tylko Denis i Denis, a teraz jeszcze ta twoja praca. Szlag mnie zaraz trafi!

– Nie zaczynaj, rozmawialiśmy o tym. Ciekawa jestem co zrobisz kiedy będę musiała zostać po godzinach.

– Co takiego?!

Na dźwięk podniesionego głosu męża, serce Alvins zabiło niespokojnie przeczuwawszy najgorsze.

– Ciszej mów! Obudzisz Denisa.

Syknęła, przyciskając palec do ust.

– Mam tego dosyć!

David wstaje gwałtownie z posłania i wychodzi z sypialni. Liwia przez chwilę patrzy w na wpół przymknięte drzwi, a dostrzegając sylwetkę i niespokojne ruchy męża, również decyduje się opuścić pokój.

– Co, znowu?! – Syknęła przez zęby stojąc już na korytarzu. – O co ci chodzi, co znowu jest nie tak? – Dziewczyna nerwowo zaciska piąstki, czując jak robi jej się gorąco. David nie odpowiada jednak Livi, unika z nią kontaktu wzrokowego i zakłada buty. – Nie możesz znowu wyjść, dlaczego ciągle to robisz?!

– Żadna różnica, jestem czy też nie i tak cię to nie obchodzi. Masz Denisa!

– Nie chrzań! – Zdenerwowała się na dobre, do oczu podeszłym jej łzy. – Dobrze wiesz, że oboje jesteście dla mnie bardzo ważni!

– Widocznie nie tak jak twoja praca!

Warknął, zarzucając na plecy jesienną kurtkę.

– David proszę!

– Mam dość! Nie rozumiesz, że czuję się jak piąte koło u wozu? Ciągle ci przeszkadzam! Ciągle jakieś wymówki!

Mówiąc to David, zaciskał już dłoń na klamce przy drzwiach.

– No jasne! Najlepiej wszystko zwalić na mnie!

– Bo to wyłącznie twoja wina! Od dziś też mam wszystko w dupie. Wychodzę!

– Świetnie! – Zawołała wychodząc za nim z mieszkania na klatkę schodową. – Tylko kurwa więcej nie wracaj!

Ryknęła, zalewają się łzami. Następnie z hukiem zamknęła za sobą drzwi. Lecz dopiero po chwili, dotarł do niej płacz Denisa.

Dziecko zanosiło się od wrzasku najwyraźniej już od jakieś chwili. Jednak dopiero teraz zdołała to zauważyć.

Livia pobiegła do pokoiku syna wycierając rękami oczy. Lecz, od widoku zaczerwienionej i wykrzywionej od płaczu twarzy chłopca, łzy znów spłynęły obficie po jej policzkach

Alvins nie czekając dłużej wzięła dziecko na ręce, zaczynając odruchowo kołysać je w ramionach.

– Już dobrze malutki. – Szeptała uspokajająco ściśniętym z emocji głosem. – Jestem przy tobie i bardzo cię kocham.

Pocałowała tył małej lekko owłosionej główki, spoczywającej na jej obojczyku. Ocierając wolną dłonią łzy syna.

Następnie z wyczuciem go przytuliła, wdychając mieszankę kremów do pielęgnacji ciała, płynów do kąpieli i mleka. W takich chwilach nachodziły Livię bowiem różne myśli, Alvins zamartwiała się głównie o przyszłość Denisa.

Jej priorytetem zawsze była pełna rodzina, pomimo iż z takiej ona sama nie pochodziła. Pragnęła tego dla syna.

Jednakże teraz nie miała pojęcia czy zdoła mu ją zapewnić.

***

Za nią kolejna burzliwa noc, jedna z wielu w ciągu ostatniego roku. Livia stara się jednak oddzielić sprawy rodzinne od tych firmowych.

Siedzi więc w nienagannej fryzurze białej koszuli i dżinsach z zabójcza dawką kofeiny u boku w biurze, i któryś raz z rzędu przeciera oczy, gwałtownie mrugając aby lepiej widzieć tekst który zdążyła napisać wczoraj w nocy.

Uznając iż trop jest dobry choć brakowało dziewczynie klucza, poczuła się odrobinę lepiej niż dotychczas. Wiedząc doskonale, że gdyby nie David, zrobiłaby znacznie więcej. Przez cały ten czas była nerwowa.

Jednak teraz spokojnie mogła przystąpić do dalszego działania i osiągnąć efekt, nad którym nieustannie pracowała.

Livia nie chciała przedstawiać wyścigówki Swindona w tradycyjny i obeznany sposób, jak na przykład tor wyścigowy.

Celem dziewczyny było podkreślić jakość marki Fusjon, zamierzała też zapewnić odbiorców o jej świetlnej przyszłości. Lecz w jak najbardziej luźny oraz zabawny sposób.

Widziała więc zarys z nawiązaniem do tematu koni pod maską, które przedstawiłaby w jak najbardziej naturalny sposób w jakiejś stadninie. Ułatwiając sobie zadanie odnosząc się do zamienników w postaci ” zwierząt ” z klimatem kowbojskim lub western.

Nad ty głównie cięgle debatowała w myślach. Chcąc uzyskać efekt w przybliżeniu do znanego powszechnie powiedzonka ” nawet jeśli nazwali, dalej jedzie.” Lecz nie było to łatwe.

I choć wydawać się mogło dziwne.

Zdaniem Livi reklama wypadłaby dużo lepiej od tych z prezentacją na torach, w współczesny sposób. Tym bardziej iż odważyłaby się trochę namieszać, oczywiście w schludny i praktyczny sposób.

Jednak nad tym musiała się jeszcze skupić, ponieważ nie wiedziała dokładnie czego chce i jak to przedstawić. Jeśli zaś dopnie wszystko na ostatni guzik, potrzebować będzie Taylor. Praca Alvins oczywiście na tym się nie kończy, jednakże żeby wszystko było jak należy, musiała być to Taylor. Kobieta odwalała naprawdę dobrą robotę, Livia nie widziała na tym stanowisku innej osoby.

Gdy pracowały razem, Taylor doskonale wiedziała co ma robić. Ona dosłownie wyjmowała obrazy z jej głowy po czym, przetwarzała tak aby inni mogli je zobaczyć.

Innym słowy, wkraczała do wyimaginowanego świata Livi i umiała przełożyć go na ekran komputera, co za każdym razem budziło w niej nie mały podziw.

Właśnie przełożyła kartki sięgając po kolejny segregator ze swoimi wycinkami i zapiskami. Gdy jakaś postać zatrzymała się przy jej biurku.

– Chujowa strategia Alvins. Właśnie dzwonił do mnie Swindon. – Fuknął Saymon utkwiwszy w niej oczy. – Joseph nie chce nawet słyszeć o współpracy, zaś Taylor… – Przerwał, zauważając, że nie wygląda najlepiej. – Dobrze się czujesz?

Źle wyglądasz, chyba nie jesteś znowu w ciąży?

– Nie. – Alvins przymyka na chwilę oczy. – David mnie wkurwia i niedługo dostanę pewnie przez to pierdolca, ale to nic poważnego. Dzięki za troskę.

– Naprawdę? – Zmarszczył teraz brwi i zbliżył się do niej. – Ten wasz kryzys… Jesteś pewna, że nie potrzebujecie pomocy?

Livia odetchnęła głęboko odwracając od niego wzrok. Teraz gdy Saymon wykazał się zainteresowaniem, zrozumiała dlaczego wzięła go kiedyś za przyjaciela.

Dayley po prostu taki już był, nawet teraz gdy nie była pewna tego kim dla siebie są. Nie umiał być obojętny.

– Daj spokój, jestem w pracy. Poza tym, to że się komuś wygadam nic nie zmieni. – Wzruszyła ramionami, zaznaczając kawałek tekstu ołówkiem. – Mówiłeś coś o Taylor?

– No mówiłem, ale nie wiem czy powinienem to teraz ciągnąć.

Livia spojrzała na niego z uwagą, przeczuwając kłopoty.

– Co się stało?

– Jest chora… – Saymon zrobił nieciekawą minę. – bardzo z nią źle, twój plan nie wypalił.

Nie mogąc uwierzyć własnym uszom, dziewczyna wpatruje się w niego tępym wzrokiem.

– Joseph…

– On znalazł już inną pracę. Nie chce tu wracać nawet na miesiąc.

– A co z Brandonem?

– Jak zwykle. – Dayley spojrzał na nią znacząco i westchnął. – Kazał przekazać, że jeśli czegoś chcesz to sama masz dzwonić.

Wyjaśnił, po czym poklepał ją po ramieniu, a następnie odszedł znikając za drzwiami od biura.

Wytrącona z równowagi tymi wiadomościami, Liva natychmiast sięgnęła do swojej torebki aby znaleźć telefon.

Następnie podniosła się z miejsca, obeszła biurko i zapukała w wrota Saymona.

– Wejść!

Usłyszała, natychmiast pchając drzwi.

– Mógłbyś powiedzieć mi czy moje kontakty są aktualne?

Alvins podchodzi do biurka przy którym dopiero zasiadł.

– Chciałbym, ale… – Saymon nawet na nią nie zerknął zza laptopa którego przed chwilą uruchomił. – istnieje coś takiego jak ochrona danych osobowych, a ja nie chcę iść siedzieć.

– No weź! – Livia ściągnęła w niezadowoleniu mocno brwi. Dobrze wiedziała, że to zemsta za ustalenia na które nie był gotowy. Zaś Swindon nie pozostawił mu wyjścia. – Nie utrudniaj tego, jak niby w inny sposób mam się dowiedzieć?

Tym razem Dayley zerknął na nią z irytacją.

– Nie wiem, może zadzwoń?

Burknął, na powrót wlepiając oczy w ekran komputera. Przez chwilę więc patrzyła na niego z niedowierzaniem. Po czym prychnęła pod nosem i wyszła z gabinetu zatrzaskując drzwi.

***

Pierwszy numer wykręciła do Taylor, zastanawiając się jak zacząć rozmowę po tak długiej przerwie. Mając na uwadze fakt, że kobieta jest od niej dużo starsza.

Czuła się trochę dziwnie iż nie zadbała o relację wcześniej, a teraz męczy ją to, że podupadła na zdrowiu.

Z Josebem było inaczej, ponieważ zajmował się organizacją i plenerem do zdjęć z czym Livia także sobie radziła. Zaś współpraca z nim nigdy nie wychodziła poza ramy należących do niego obowiązków.

Alvins gotów była stanąć na rzęsach jeśli nie zdoła go przekonać.

Jednakże Brandon budził w niej największe emocje. O ile mogła więc wziąć na siebie pracę Joseba, grafika komputerowego trudno będzie jej zastąpić. Zaś o innym fotografie niż Brandon, nie chciała nawet słyszeć.

Lecz sprawę z nim komplikowały ich wzajemne stosunki. Od samego początku, jeszcze za czasu szkoły, Livię i Brandona łączyły bliskie przyjazne relacje. Na tyle bliskie iż wylądowali razem w łóżku.

Później jednak ich drogi się rozeszły na bardzo długi czas, zaś ponownie zeszły tu w studiu Grenze. Brandon nadal był kawalerem więc usłyszawszy o tym iż Livia wyszła za mąż, dbał o dystans wodząc za nią jedynie tęsknym wzrokiem.

Bynajmniej do czasu aż zaszła w ciążę. Wtedy rzucił robotę i wyjechał nie racząc się z nią pożegnać.

– Ugch… Hallo?

– Taylor? – Alvins przysiadła na brzegu biurka, przygryzając lekko wargę. – Cześć tu Livia.

– A tak… Alvins. Słyszałam, że wróciłaś.

Głos Taylor pozbawiony był nie tylko barwy ale także życia. Co dodatkowo zmartwiło dziewczynę.

– Słuchaj, nie będę udawać, że o niczym nie wiem. Taylor…

Na moment zabrakło jej słów.

– To rak Livio. Nie mam dużych szans, ale nie zniosę jeśli i ty będziesz się użalać nade mną.

Na chwilę zapadła cisza w czasie której, starała się przełknąć suchość w ustach.

– Jak się czujesz?

– W zasadzie nijak, jak większość kobiet w moim wieku. Wiesz nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że będzie Ci mnie brakować.

– A jednak brakuje Taylor. Nie dość, że jesteś najlepsza w tym fachu to jeszcze najbardziej opanowana z nas wszystkich. – Livia uśmiecha się do siebie ze smutkiem. – Zawsze wiedziałaś co zrobić żeby schłodzić temperament Saymona. Umiałaś też poradzić sobie z Brandonem, w chwilach perswazji jego umysłu.

– O tak, nawet jeśli chodziło o ciebie.

– Wiem o tym. To było takie głupie z jego strony.

– Prawda, lubił się z tobą droczyć. Szkoda, że wyjechał.

– Dayley nic ci nie mówił? Chcemy żeby było jak dawniej, więc i Brandon na pewno tu wróci.

– Powiedział, że wróci?

Zdziwiła się lekko Taylor.

– W zasadzie to jeszcze z nim nie rozmawiałam. – Przyznała się, opuszczając smętnie ramiona Alvins. – Nawet nie chce myśleć o tym co będzie, jeśli odmówi.

– Cóż Livio, sama mogę powiedzieć tylko tyle, że posłużę wam radą. Nie czuję się na siłach by siedzieć przed monitorem jak kiedyś, ale… – Taylor przerwała na chwilę głęboko wzdychając. – jeśli będziesz miała jakieś pytania, dzwoń śmiało.

– Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.

– W porządku. Wybacz proszę teraz, mam gości.

– Jasne nie ma sprawy. Trzymaj się.

– No… pa.

Dziewczyna zakończyła rozmowę wpatrując się w zgaszony ekran z mieszanką gorzkich uczuć oraz dozą strachu.

Nie mogła uwierzyć iż z Taylor jest tak źle a także nie wiedziała jeszcze jak sobie bez niej poradzi, i czy uda jej się dogadać z innym grafikiem komputerowym.

Poza tym ten Brandon… Livia żałośnie westchnęła. Bez szans, żeby do niego zadzwoniła i udawała, że nic się nie stało. W końcu wyjechał, nawet się nie żegnając. Alvins czuła się tak, jakby popełniła jakieś przestępstwo, a przecież nigdy nic złego nie zrobiła.

Z rezygnacją odłożyła telefon na biurko i usiadła w fotelu, czując jakby przybyło jej od tak, co najmniej dziesięć lat więcej. David nie wrócił na noc, nie widziała go także rano, a żeby tego było mało. Nic nie idzie w pracy po jej myśli.

Bezradnie wyłożyła się na biurku aż po same pachy, chowając twarz w zięciu łokciowym, pragnąć chwilę odpocząć. Nim jednak zdążyła zauważyć, zmorzył ją sen, zaś jedna łza ześliznęła się po policzku.

Pozostawiając ślad nie tylko na skórze, ale także na przygotowanych plikach papieru, które miała pod sobą.

***

Nadszedł wieczór, jesienny wiatr wyczesał z drzew pierwsze wielobarwne liście, a deszcz zmoczył ulice wsiąkając też spokojnie w jego wierzchnie ubranie.

Lampy nie radziły zaś po oczach, rozmazane w strugach deszczu, na tle ciemnej nadchodzącej z oddali otchłani. Prezentowały się niczym olejny obraz, smętnie odbijając słabe światło w przydrożnych kałużach.

Jeff wysiadł właśnie z samochodu, uchylając się pod dachem niewielkiego kiosku, przed nasilającym się deszczem.

Aby dotrzeć do studia, musiał przejść ulicę a następnie przeciąć zapchany od samego rana parking pod siedzibą. Lało jak z cebra od dobrej godziny, ale nie dla tego na chwilę się zatrzymał.

Mężczyzna wyjął telefon z kieszeni i spojrzał na ekran, oświetlając własną twarz białym światłem. Następnie wybrał wbity już raz dzisiejszego dnia numer, nie zamierzając go zapisać. Po czym ściągając w namyśle brwi, przycisnął aparat do ucha i wsłuchuchał się w serię sygnałów z głośnika.

Docelowy rozmówca nie odebrał jednak połączenia, więc Jonny zamierzał zadzwonić raz jeszcze, gdy jego czynność przerwało inne połączenie.

– Cześć Dick. Co masz?

Zapytał odbierając połączenie Jonny.

– Witam Panie Swindon. – Odezwał się spokojny niski i lekko zachrypnięty głos starszego mężczyzny. – Ma Pan czas na pogawędkę?

– No nie bardzo, jeśli chcesz się spotkać to dopiero za godzinę.

– Rozumiem. W takim razie może jutro, później nie dam rady.

– Stało się coś Dick? Jeśli to coś ważnego…

– Nie, nie. Spokojnie. Proszę jednak uważać na tego fotografa, wygrzebałem coś, co z pewnością się Panu nie spodoba.

– Co masz na myśli Dick, jest brudny? Siedział za kratami?

Zapytał, spiętym nagle głosem.

– Nic z tych rzeczy. Z moich ustaleń wynika tylko iż między nim a pana kobietą istniała silna więź. Zaś facet najwyraźniej będzie chciał to wykorzystać.

– Podaj więcej szczegółów, nie każ mi się domyślać!

Zirytował się nie na żarty jego słowami Swindon.

– To pierwszy mężczyzna w życiu Pana dziewczyny. Spotykali się jeszcze w liceum, potem on wjechał na studia zaś po szkole wrócił i zatrudnił się w studiu Grenze jako fotograf. – Przerwał na chwilę odchrząkując w wyraźny sposób. – Jak się Pan już domyśla, nie przez przypadek akurat w tym studiu.

Swindon zgrzytnął złowrogo zębami, zaciskając mocniej rękę na urządzeniu.

– Przecież ma męża…

Zaczął, jednak detektyw szybko mu przerwał.

– A czy panu to przeszkadza? – Zapytał z lekkim rozbawieniem Dick. – Nie sądzę panie Swindon. Uważam, że większym problemem będzie jej syn. Brandon potrzebował więcej czasu niż Pan, ale kto wie jak zachowa się teraz, gdy znów ją zobaczy. Szczególnie, że nie układa jej się z mężem.

Swindon nabrał więcej powietrza w płuca i szybko je wypuścił.

– No dobra, a masz coś na tego Davida?

– Jeszcze nie, ale pracujemy nad tym. Jeśli tylko będę coś miał, zadzwonię.

– Z niecierpliwością czekam na te informację. Teraz muszę jednak kończyć, spieszy mi się.

– Rozumiem, w takim razie do usłyszenia panie Swindon.

– Do widzenia Sterlet.

Jeff nacisnął czerwoną słuchawkę na ekranie smartphonea i zgasił wyświetlacz, spoglądając na zalany deszczem parking przy biurze Grenze.

Nie wiedział bowiem jak jeszcze to zrobi, ale będzie musiał wyperswadować Livi tego całego Brandona. Nie dość, że musi wyeliminować Davida, to jeszcze fakt iż z dzieciakiem nic nie zrobi, niezmiernie go dobijał.

Oczywiście istniało kilka możliwości, ale na to był jeszcze czas.

Zaciskając dłonie w pięści, Jonny schował telefon w kieszeń od spodni, ruszając w kierunku biura. Rozchlapując przy tym dookoła wodę.

Sama myśl iż jakiś tam Brandon mógł pokrzyżować jego plany, dziwnie na niego działała. Jonny niepokoił się takim stanem rzeczy, i aby zapobiec nieprzewidzianym skutkom, postanowił towarzyszyć Livi w pracy, ile tylko trzeba będzie. Wziął nawet wolne u siebie, dochodząc do wniosku, że skoro i tak nie będzie w stanie na niczym się skupić. Przekaże pieczę nad przedsięwzięciem bratu, choć na parę tygodni.

Przecież już postanowił, nie wycofa się teraz. Kości zostały rzucone. Pani Livia Alvins, będzie należeć do niego! I lepiej żeby Brandon do tego się nie mieszał.

Autor Szapita
Opublikowano
Kategorie 18+ Romans
Odsłon 683
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!