Kroniki Iball, Tom I: Niosąca Światło | 2.2

Vesta leżała na sienniku, przykryta białym kocem. Wydawała się jedynie spać, choć od kilku dni nie otwierała oczu. W jej ciele panowała walka śmiercionośnej trucizny i tlącego się życia. Skóra na jej lewym przedramieniu pokryta była fioletowymi żyłkami rozchodzącymi się spod czystego opatrunku, a płaty jej skóry odlatywały przy najmniejszym ruchu powietrza wokół dziewczyny, tworząc rany, które nie miały szans się zagoić. Długowieczność czarownicy na nic nie zdawała się w tym przypadku, podobnie jak czary lecznicze stosowane przez pracujące w lecznicy czarownice.

Z nieprzytomną podwładną znały się zaledwie kilka lat krócej niż z jej siostrą Vivienne. Dziewczyny były bowiem bliźniaczkami, które dzieliły między sobą bardzo silną więź. Mimo tego, na Magalladę trafiły w różnym wieku, ponieważ Vesta później wykazała pierwsze oznaki posiadanej mocy. Bywały momenty, że kobiety nieświadomie ubierały się dokładnie tak samo lub kończyły za siebie zdania. Zalmara, mimo upływu wspólnie spędzonych lat, czasami miała problem z ich rozróżnieniem. Mimo całkiem niewinnego wyglądu obie potrafiły siać spustoszenie na polach walki. Osobno były trudne do zatrzymania, ale razem stanowiły gwarancję śmierci.

Białowłosa kobieta zagryzła nerwowo wargę, na której pojawiły się drobne kropelki krwi. Wiedźmy nie miały w zwyczaju płakać i użalać się nad swoim losem. Cały oddział dawno temu obiecał, że żadna z nich nie uroni łzy z powodu krzywdy wyrządzonej którejś z nich. Czarownica miała zamiar dotrzymać danego swoim podwładnym słowa. Jako dowódca, musiała świecić przykładem, nieważne jak ciężkie musiało to być zadanie.

— Masz wyzdrowieć, inaczej znajdę cię choćby w Wenheimie i razem z twoją siostrą spiorę cię na kwaśne jabłko — wyszeptała, ściskając mocno ciepłą dłoń nieprzytomnej kobiety leżącej na łóżku, W melodyjnym głosie znać było smutek, ale jej ton wskazywał także na groźbę, której nie wahałaby się spełnić.

Tymczasem Vesta oddychała spokojnie, a jej klatka piersiowa unosiła się regularnie do góry. Gdyby nie poranione przedramię, nikt nie pomyślałby, że czarownicy stała się krzywda. Ze smutkiem spojrzała po raz ostatni na śpiącą Vestę i złożyła na jej czole delikatny, niemal siostrzany pocałunek.

Brie pozostająca za parawanem zasłaniającym łóżko Vesty, nasłuchiwała ruchów swojej przywódczyni oraz obserwowała pielęgniarki opiekujące się chorymi w lecznicy. Kilka z nich zerkało co jakiś czas na czarownicę z nieskrywanym w oczach niesmakiem. Mimo tego Brie uśmiechała się do nich wesoło, nucąc melodie starej, skocznej przyśpiewki pochodzącej z okolic, w których się wychowała i tupiąc nogą w jej rytmie. Echo stukania metalu o ciemny granit niosło się po całej sali, obijając się o mury lecznicy.

Zalmara wynurzyła się w końcu zza parawanu, a w jej oczach zionęła pustka. Rudowłosa czarownica przestała tupać nogą, gdy tylko zobaczyła swoją przełożoną. Choć znały się od dawna, dziewczyna rzadko kiedy widywała tak przybitą przyjaciółkę. Kobiety bez słowa ruszyły w stronę wyjścia, którym weszły do sali.

Brie założyła ręce za głowę, a tupanie nogą przełożyło się na wesołe gwizdanie. Zalmara zastanawiała się, co wprawiło Brienne w tak wesoły nastrój, być może była to wina tego, że dziewczyna nie wiedziała, co stało się z jej przyjaciółką, ponieważ przywódczyni nie pozwoliła wejść za parawan nikomu, poza Vivienne. Była jej to winna, w końcu to ona posłała Vestę z konwojem zaraz po tym, jak doszła do siebie po ich przygodzie w wiosce jakiś czas temu. W każdym razie jedyne czego pragnęła, to choć odrobina snu przed wartą na jutrzejszym festynie, który miał odbyć się w mieście i uniknięcie czekającej ją rozmowy z Vivienne.

Brie po chwili delikatnie szturchała Zalmarę, usiłując zwrócić na siebie jej uwagę. Czarownica spojrzała na przyboczną karcąco. Dziewczyna przypominała jej czasami małego kociaka, któremu w głowie były jedynie zabawy. W jej oczach szalał czysty ogień, a tęczówki przypominały barwą bursztyn. Skórę miała opaloną, a na policzkach uwydatniły się piegi.

Kobiety przeszły przez szklane drzwi, znajdując się w korytarzu o przezroczystych ścianach, by następnie przekroczyć próg wejścia prowadzącego na korytarz na drugim piętrze. Gdy minęły znajdujący się kilka metrów dalej zakręt, Brienne odezwała się w końcu, niezadowolona z braku reakcji przełożonej:

— Zalmaro? — Wyjęczała zrezygnowana. Idąca obok towarzyszka zerknęła na nią poirytowana. — Chodźmy do miasta. Napijemy się zimnego piwa! — Wykrzyczała, nagle zarzucając jej rękę na ramię.

— Nie jestem w nastroju na świętowanie Brie — Zalmara zrzuciła rękę przyjaciółki ze swojego ramienia. — Weź Vivienne na przechadzkę po barach. Znając ją, chętnie się przyłączy, licząc na darmowe jedzenie i alkohol stawiany wam przez obcych mężczyzn. Przyda jej się chwila oderwania od rzeczywistości, gdy dowie się, że Vesta leży nieprzytomna w lecznicy — uśmiechnęła się skwapliwie.

— No weź Zal — wyjęczała — nie możesz cały czas siedzieć w tej zatęchłej norze, wypełniając papiery i pisząc raporty dla Zakonu! Stan Vesty i rozmowa z Vivienne to też ciężar dla ciebie.

Rudowłosa kobieta zastąpiła jej drogę, podpierając się rękami pod boki. Na jej twarzy malował się cień troski, jaką czuła w stosunku do swojej przełożonej.

Pewna siebie Brie, zawsze budziła podziw swoich przyjaciółek. Za każdym razem, gdy podróżowały przez kontynent, to do niej lgnęli biesiadujący wieśniacy. Można było powiedzieć, że to przykład czarownicy idealnej, ale obie doskonale wiedziały, że to tylko pozory.

Brienne nim wstąpiła w zakonne mury żyła w małej wiosce rybackiej na południu królestwa Fiorn, jej rodzina nie należała do bogatych, za to bardzo dumnych ze swojej ciężkiej pracy. Zalmara i Vivienne odwiedziły miejsce jej urodzenia jedynie dwa razy. Pierwszy raz, gdy ojciec dziewczyny zaginął na morzu podczas sztormu. Było to na lata przed pierwszą wojną kontynentalną. Jego łódź rybacką znaleziono rozbitą o skały u wybrzeży Ibrasil. Jednak wśród szczątków łodzi nie doszukano się obecności choćby żywej duszy. Drugi raz nastąpił zaraz po wojnie, gdy dotarły do nich wieści, że wioska, w której wychowywała się dziewczyna, została zrównana z ziemią przez wrogie wojska, w których maszerowały demony Wyklętego Boga.

Żadna z towarzyszących jej czarownic nie chciała więcej widzieć łez na pulchnej buzi swojej przyjaciółki. Choć Brienne nie chciała dać tego po sobie poznać, bliskie jej osoby dobrze wiedziały, że obraz zniszczonej wioski z jej wspomnień, wciąż był w niej żywy i tlił się niczym płomienie w jej oczach. W związku z tym za każdym razem widok spalonych chałup wieśniaków uderzył w nią niczym najboleśniejszy cios. 

Brie uczciła wtedy pamięć poległych członków rodziny i mieszkańców wioski puszczając na wody oceanu tradycyjne kwiatowe wiązanki z białoróżowych scyryjskich kwiatów. Rośliny te miały znaczne właściwości lecznicze, ale służyły też jako kwiaty pogrzebowe, gdyż dawniej były dość łatwo dostępne na ziemiach królestwa. Kwitły przeważnie w suchej porze roku, choć zdarzały się odmiany wydające kwiaty porą zimną, gdy słońce było znacznie niżej, a jego promienie świeciły słabiej.

Zalmara westchnęła zrezygnowana, patrząc w nieustępliwe oczy przyjaciółki i wyminęła ją zniecierpliwiona, przeklinając w myślach brak asertywności w swoim zachowaniu.

— Daj mi się odświeżyć i przebrać. Za pół godziny będę gotowa — piszcząca z radości Brie podążyła za nią, nieomal rzucając jej się na szyję. — W tym czasie możesz odszukać Malary, ta dziewczyna stanowczo musi oderwać się od tych zakurzonych tomów z naszej biblioteki — westchnęła po raz drugi, wdrapując się po schodach na wyższe piętra. 

— To wszystko? Zwykle dajesz mi więcej zadań, odwlekając wspólne wyjście w czasie — zastanawiała się Brie, stojąc u dołu schodów. Zalmara przypatrywała się dziewczynie zaciekawiona.

— Gdybyś spotkała Vivienne, możesz ją zabrać, ale wolałabym z nią najpierw porozmawiać o Veście. W końcu to jej siostra bliźniaczka. — Napięcie na twarzach obu czarownic zdawało się pogłębić. — Lepiej, żeby dowiedziała się jak najszybciej od kogoś, komu ufa, a nie z plotek. — Uśmiechnęła się do swojej podwładnej i zniknęła na kolejnej kondygnacji schodów.

Kroki czarownicy odbijały się echem wśród długich korytarzy domu zakonnego. Z zewnątrz dało się słyszeć hałas spowodowany przez ludzi, którzy krążyli po głównych ulicach miasta. Skądinąd dobiegały dźwięki skocznych przyśpiewek, które nasiliły się, gdy czarownica otworzyła drzwi do swoich prywatnych pokoi, których okna wychodziły na główną ulicę stolicy.

Nawet teraz, mimo że niebo już dawno pokryło się granatem, jej mały pokoik był rozświetlony niczym w ciągu dnia. Jasna tapeta odklejała się gdzieniegdzie, a deski w starej podłodze wymagały wymiany, trzeszcząc okropnie, gdy ktoś na nich niewłaściwie stanął. Pod wschodnią ścianą stało proste, drewniane łóżko, ze stolikiem nocnym. Obok nich do ściany dosunięta była sporych rozmiarów prosta szafa. Pod oknem umieszczone było biurko pozbawione zbędnych ozdób, na którym walała się cała masa papierów, a na środku pokoju ustawiono podłużny stolik kawowy i dwie kanapy obite czarnym jedwabiem, które stanowiły jedyny, zdobny element pokoju. Ściany od dawna nie gościły na sobie żadnych zbędnych ozdób, a światło w pokoju zapewniały dwa uchwyty na świece osadzone na ścianach.

Zalmara zamknęła z hukiem drzwi i zmęczona opadła na kanapę. Westchnęła głośno, gdy poczuła ból w nogach, powstały w wyniku treningu, którego skutki miały pojawić się w niedługim czasie. Zmęczona obróciła głowę w stronę okna, by spojrzeć na rozświetloną przez świętujących ludzi stolicę. Ciężko było odszukać dom, w którym zgaszone były wszystkie świata. Choć wigilia święta Vestirii przypadała dopiero nazajutrz, ludzie już świętowali wraz z przyjaciółmi i rodziną. Tego wieczoru na ulicach panowała muzyka, a w głowach mieszkańców stolicy królował alkohol. Mężczyźni chętnie spędzali wieczór z kuflami piwa w dłoniach i otaczającymi ich roześmianymi dziewczętami, z kolei te liczyły na znalezienie dla siebie bogatego męża lub przynajmniej kochanka, którego mogły naciągnąć na dziecko.

Święto Vesturii przez niektórych nazywane było też świętem płodności, gdyż w dziewięć miesięcy po nim przypadało najwięcej nowo narodzonych dzieci. Zresztą nazajutrz stolica zwykle huczała od plotek, na temat młodych panien ze szlacheckich rodzin, które okazały się pięknościami, a których maniery okazały się niedostateczne i popełniły jakiś mezalians na jednym z wielu bali organizowanych przez rodziny arystokratyczne. Na całe szczęście bale debiutantek były zwykle ochraniany przez Gwardię Królewską, więc władze nie zawracały głowy czarownicom, jeśli coś poszło, nie tak jak powinno.

Zalmara nie wiedziała, ile czasu spędziła, patrząc na migające za oknem światła, gdy jej pokój wypełnił odgłos natarczywego pukania w drzwi.

— Wejść — wymruczała zmęczona.

Odwróciła głowę, opartą na wezgłowiu kanapy, w stronę wejścia. W drzwiach stanęła Vivienne, mająca na sobie przewiązaną paskiem jasną, prostą tunikę, sięgającą do połowy uda, z wyszytym na piersi herbem zakonu oraz czarne, obcisłe spodnie. Zalmara patrzyła na swoją podwładną zmęczonym wzrokiem, lustrując sylwetkę czarownicy.

— Brienne wspomniała, że chciałaś o czymś porozmawiać na osobności – zaczęła Vivienne, przekraczając próg pokoju swojej przełożonej.

Kobieta stanęła prosto niczym struna i czekała na pozwolenie Zalmary, by móc usiąść. Vivienne była jedną z najbardziej zdyscyplinowanych podwładnych w sabacie czarownicy, co dawało swoje skutki nawet w ich prywatnych relacjach.

— Tak, siadaj — Zalmara wskazała jej miejsce na kanapie stojącej naprzeciwko.

Przyboczna zajęła wskazane przez kobietę miejsce, sama także podniosła się do góry, zajmując miejsce na przeciwko. Obie czarownice siedziały przez chwilę, patrząc się na swoje poważne oblicza.

— Vesta wróciła — powiedziała zmęczonym głosem Zalmara.

Vivienne odetchnęła z ulgą, myśląc, że jej siostra musiała mieć ważny powód, by nie dawać jej znaku życia od jakiegoś czasu. Na jej twarz wpłynęła nieoczekiwana ulga, która znikła tak samo szybko, jak się pojawiła, kiedy spojrzała na swoją przełożoną i jej poważny wyraz twarzy. Czarownica w ciągu sekundy uświadomiła sobie, że to nie wszystko, co przyjaciółka ma jej do przekazania.

— Co się stało? — wyszeptała sparaliżowana strachem.

Przerażenie, jakie dotarło do dziewczyny, opanowało jej głos, który drżał, mimo że ta starała się nad nim zapanować. Vivienne miała ochotę zatkać sobie uszy dłońmi, ale wiedziała, że to nic nie da. Chciała zapaść się pod ziemię albo rozpłynąć w powietrzu, aby tylko nie usłyszeć odpowiedzi, jaka na nią czekała. Siostra była jedyną, niezmienną częścią dawnego życia, które prowadziła, nim odkryto w jej ciele obecność rdzenia. Nigdy przedtem nie pragnęła mocy magicznych, a jedynie posiadać zdrową, szczęśliwą rodzinę.

— C-czy wszystko z nią w porządku? — wyszeptała w końcu.

Czuła, jak w jej gardle rośnie gula uniemożliwiająca mówienie. Zalmara pokręciła głową z rezygnacją.

 — Tak mi przykro Vivienne — oczy ciemnoskórej czarownicy zabłyszczały przez gromadzące się w nich łzy. — Vesta leży w lecznicy, ale nie wiem, czy lub kiedy odzyska przytomność. Medycy nie znają lekarstwa na truciznę, która trawi jej organizm. Sirene i Nymetia starały się ją wyleczyć, ale lekarz opiekujący się nią twierdzi, że to na nic.

Zalmara przerwała monolog, który zaczął wylewać się z jej ust. Chciała mieć tę rozmowę za sobą, licząc, że w ten sposób poczuje ulgę, problem leżał w tym, że to nie przynosiło efektu. Zamiast tego poczuła delikatne ukłucie wyrzutów sumienia, które mimo tego, że czuła nieprzerwanie od lat, teraz tylko się nasiliły. Vivienne wstała ze swojego miejsca, gdy tylko Zalmara przestała mówić. Głowę miała wciąż spuszczoną, a jej wzrok błądził po ciemnym dywanie rozłożonym pod kanapami. Pięści zaciskała, aż zbielały jej kłykcie, drżąc z wysiłku.

— Jeśli Vesta z tego nie wyjdzie, możesz być pewna, że za to odpowiesz Zalmaro. Zarówno jako nasza przyjaciółka, jak i przełożona.

Zalmara zacisnęła szczękę, próbując zniwelować wszystkie swoje reakcje i uczucia, które targały jej umysłem w tej chwili. Kobieta nie chciała stawać naprzeciw swoim przyjaciółkom, chciała wziąć Vivienne w ramiona, ale bała się tego, tak samo, jak przed laty, kiedy to Brienne potrzebowała jej wsparcia w wiosce.

— Jestem na to gotowa, Vivienne. — Zaskoczona czarownica zerknęła na nią spod ciemnych rzęs. — To ja podpisałam rozkazy dla twojej siostry i w żadnym stopniu nie będę uchylała się przed twoim gniewem. — Przez usta wyższej stopniem czarownicy przemknął cień uśmiechu, który miał dodać otuchy jej podwładnej. — Obawiam się jednak, że nawet ty czy ja byśmy sobie nie poradziły z tym, co spotkało Vestę.

— Co masz na myśli? — wyszeptała Vivienne, której mięśnie stawały się odrętwiałe. Jej gniew, który na chwilę zaślepił umysł czarownicy, wydawał się ustępować niepokojowi.

— Musisz to zobaczyć na własne oczy Vivienne. Coś, co zaatakowało Vestę — przerwała, odwracając na chwilę wzrok. Przez jej umysł przemknęły obrazy z ostatniej wojny, kiedy jej rodzime królestwo ostatecznie zostało starte w proch. — Cóż, poza nią nikt nie przeżył. Osobiście mam szczerą nadzieję, że ten koszmar się nie powtórzy.

Zalmara wstała z kanapy, która zatrzeszczała pod wpływem nagłego ruchu czarownicy. Podeszła do stojącej kilka kroków od niej Vivienne i położyła jej rękę na ramieniu. Podwładna spojrzała na nią zaskoczona, a łzy, które wypełniały jej oczy, spłynęły powoli po ciemnych policzkach, docierając do pełnych warg i podbródka.

— Wszystko będzie dobrze, Vivienne — wyszeptała Zalmara, zbliżając usta do ucha przyjaciółki.

Przywódczyni sabatu zamachnęła się, opierając ciężar ciała na prawej nodze i wymierzyła uderzenie kolanem w twardy brzuch dziewczyny. Z ust Vivienne wydobył się głośny jęk, po czym zginając się wpół, lądując na ziemi, omal nie uderzając bokiem głowy o podłokietnik kanapy obitej w czarny jedwab. Vivienne skuliła się na ziemi, trzymając się rękami za brzuch, po którym rozlał się nagły ból. Białowłosa czarownica wyprostowała się i patrząc na swoją towarzyszkę, czerwonymi niczym wino oczami, fuknęła wściekle.

— Następnym razem dotrzymuj obietnic, danych swoim kompanom — rzuciła przez ramię, gdy przechodziła nad skuloną dziewczyną. — Miałaś jechać razem z nią, a nie leczyć kaca po nocy spędzonej w spelunie na graniu w karty — zagryzła wargę — we dwie dałybyście sobie radę — dodała smutniejszym tonem.

Nie pomogła Vivienne wstać, ani nawet nie czekała, aż ta zrobi to o własnych siłach. W duchu liczyła, że czarownica sama się domyśli, że ma zniknąć z jej pokoju. Nie zdarzało się często by kogokolwiek wpuszczała do zagospodarowanej przez siebie przestrzeni. Jedyną rzeczą jaka krążyła po umyśle Zalmary, była łazienka do której musiała dotrzeć nim Malary i Brienne stracą resztkę cierpliwości. Kobiety bywały dość niecierpliwe, a nikt nie chciał mieć do czynienia ze zdenerwowaną Brienne.

Nie spiesząc się, wyjęła ze schowka czysty komplet odzieży, który miała w zwyczaju trzymać także w łazience. Odkręciła kurek kranu nad wanną, a do żeliwnego naczynia poleciała ciepła, parująca woda. Gdy ją napełniła, dolała nieco liliowego olejku zapachowego, a jego aromat wypełnił całe pomieszczenia.

Czarownica w duchu dziękowała projektantom domu zakonnego, za pomysł budowy prywatnych łazienek w indywidualnych pokojach czarownic, co nie było często spotykane, nawet w obecnych czasach. Nic tak nie oczyszczało myśli, jak możliwość zanurzenia się w gorącej wodzie po szyję.

Wychodząc z wanny, po gorącej kąpieli, musiała uważać na każdy krok. Wyłożona kamieniem posadzka była śliska, więc nie trudno było się przewrócić i w najlepszym wypadku obić sobie pośladki. Zalmara nie mogła sobie na to pozwolić, gdy przed nią malowała się wesołymi barwami możliwość wypicia kilku kufli pełnych zimnego, pieniącego się piwa. Tym bardziej że skwar już od tygodni dokuczał mieszkańcom stolicy Ainsgarthern.

Po kąpieli w niemal parzącej skórę wodzie, Zalmara przebrała się w czyste ubrania. Wygodne buty treningowe zastąpiła wysokimi butami zakończonymi wzmocnioną cholewą, a zamiast brudnego stroju do ćwiczeń i lekkiej zbroi, wskoczyła w prostą tunikę w skórzane spodnie, zwykle wykorzystywane podczas długich podróży konnych. Pod materiałem ubrań, jej skórę o dreszcze przyprawiały mniejsze i większe sztylety, bez których nie ruszała się do miasta.

Gdy wyszła z przylegającego do komnaty pomieszczenia łaziebnego, z zadowoleniem stwierdziła, że Vivienne doprowadziła się do stanu użyteczności i opuściła jej pokój. Chwyciła naprędce lekki, ciemny płaszcz, którego kolory straciły na intensywności przez palące słońce i ruszyła na parter, gdzie czekały na nią zniecierpliwione Malary i Brienne.

Malary była dość niska, przez co jej ciało wydawało się korpulentne. Mimo że sprawiała takie wrażenie, kobieta była istną maszyną do zabijania, zresztą jak wiele czarownic należących do Zakonu. Jej niemal białe tęczówki, otoczone były złotą obręczą, co mogło świadczyć o krwi elfów płynącej w jej żyłach. Było to rzadkością, ponieważ rasa ta została wybita przez zastępy demonów Ksedara, które pochłaniały kontynent w najciemniejszym momencie jego historii, kawałek po kawałku.

Czarownice przerwały rzeź, tylko przez fakt, że w porę wycofały się na swoją świętą wyspę, lecz ich szeregi także zostały znacząco przerzedzone. Dawniej były jedną z najliczniejszych grup społecznych na kontynencie, zaraz po ludziach, których zginęło znacznie najmniej. Wyklęty miał ich za nic więcej, jak użyteczne robaki, więc nie marnował siły wojskowej na ich ściganie. Jakby nie patrzeć był całkiem dobrym strategiem, ale ignorowanie ludzi, doprowadziło do zguby Wyklętego Boga.

Malary wywodziła się ze stolicy Fiorn – Bkurn. Jej matka była wysoko postawioną szlachcianką, której ród w wyniku wojny znacząco zubożał. Kiedy u dziewczyny wykryto rdzeń, bez namysłu wysłano ją do szkoły zakonnej. Brienne, Vivienne i Zalmara były już wtedy doświadczonymi czarownicami, pod których skrzydła trafiła grupka rekrutek, wśród których znajdowała się Malary.

Dziewczyna od początku dawała się we znak Vivienne i Zalmarze, ale jak twierdziła Brienne, miała w sobie rzadko spotykany zapał do wojaczki, co było cenione w Zakonie. Finalnie Zalmara uległa namową przyjaciółki i wstawiła się u Dwunastki za Malary, a te przydzieliły ją do jej oddziału. Jak się z czasem okazało Brienne i Malary połączyła nie tylko fascynacja sztuką wojenną, ale też „siostrzana miłość”, jak często określano pociąg seksualny dwóch czarownic w meandrach zakonnego życia.

Mimo wszystko Malary zawsze pozostała pełnokrwistą Fiorenką. Nienawidziała Ainsgarthiańskiej kultury, równie mocno jak owoców morza, które w Rag stanowiły jeden z podstawowych składników dań.

Oba kraje nie żyły ze sobą w przyjaznych stosunkach niemalże od początków istnienia, głównie ze względu na stosunki handlowe z sąsiadującym Nanhun. Kupcy z Ainsgarthiańskiej kompanii częściej dostawali pozwolenie na handel, a to z kolei prowadziło do znacznego zrostu zamożności społeczeństwa, gdyż nowinki z Nanhun były bardzo pożądane w wyższych kręgach arystokratycznych obu państw. Imperium było znane z wysoko rozwiniętej technologii. Od miesięcy w stolicy krążyły plotki o latających statkach unoszących się w powietrzu bez energii magicznej, które widywano nieopodal wschodniego krańca gór Tihi, które posiadały herb Nanhuńskiej rodziny królewskiej, jednak mało kto wierzył w owe bajania kupców.

Zalmara nie chciała wierzyć w takie plotki, ale coraz więcej jej źródeł wśród członków karawan kupieckich potwierdzało informacje. Innym problemem mogły być pogłoski o ślubie księcia Leonarda z którąś córką Wielkiego Imperialisty, który rządził w Nanhun. Połączenie potęg dwóch krajów doprowadziłoby do utworzenia niemal niepokonanego sojuszu, który mógłby trząść całym poznanym do tej pory światem. Te informacje niepokoiły nie tylko Zalmarę, ale także Sirene, Nymetię i cały Zakon, który mógłby wiele zyskać, ale także stracić. 

 — Patrz Brienne, księżniczka w końcu raczyła nas zaszczycić swoją obecnością — zwróciła się do koleżanki irytująco piskliwym głosem Malary.

Kobieta stała przy schodach, opierając się o futrynę wyjściowej bramy, która prowadziła na główną ulicę miasta. Rudowłosa Brienne przykucnęła na ostatnim stopniu schodów, by zasznurować wysokie buty. Za plecami kobiet, znajdowała się pogrążona w ciemnościach jadalnia, zwykle wypełniona biesiadującymi czarownicami.

— Też się cieszę, że cię widzę Malary — rzuciła bezwiednie Zalmara. Po czym spojrzała na Brienne, która w obecnej sytuacji stała między młotem a kowadłem. Napięcie między tą dwójką było widoczne gołym wzrokiem, a cała sytuacja sprowadzała się jedynie do rywalizacji między kobietami. — Widzę, że humorek dopisuje?

— Nie bardziej niż twój, wiedźmo. — Malary uśmiechnęła się do niej szeroko.

— Idziemy? — Zapytała Zalmara, wysyłając delikatny impuls mocy, który miał za zadanie ukłuć Malary prosto w kark.

— Jasne! — odpowiedziała entuzjastycznie Brienne i jako pierwsza znalazła się za wzmocnionymi zaklęciami ochronnymi, okutymi w czarny metal drzwiami.

Gdy czarownice wyszły z twierdzy, wmieszały się w tłum wędrujący w dół głównej ulicy przecinającej miasto. Arteria tętniła życiem, jak co roku podczas okresu świątecznego. Tym razem ludzi było znacznie więcej. Mieszczanie oglądający towary przy rozmaitych straganach, które rozstawiono po obu stronach alei, mieszali się z mieszkańcami slamsów, którym nieprzychylne spojrzenia rzucali przechodzący obok arystokraci. Już po przejściu kilkunastu metrów, Zalmara mogła śmiało stwierdzić, że w tym roku, w tłumie przemykało znacznie więcej obcokrajowców, co mogło mieć związek z delegacją z Wolnych Wysp, która przebywała obecnie w pałacu królewskim.

Sprzedawcy z kolei byli uśmiechnięci, odpowiadając cierpliwie na pytania klientów, licząc przy tym na pokaźny urobek. Dzieci biegały między straganami uginającymi się pod ciężarem słodyczy, zabawek i biżuterii. Grajkowie przyśpiewywali na rogach ulic, którymi napływały kolejne fale ciekawskich mieszkańców miasta.

Skoczne rytmy muzyki granej na bębnach czy fletach wprawiały w dobry nastrój czarownice przedzierające się przez tłum. Po blisko trzydziestu minutach udało im się w końcu minąć wschodnią bramę miasta, za którą rozpościerał się widok na pogrążone w mroku wody jeziora Suan i port rybacki, gdzie mieściły się spelunki z najlepszym piwem w mieście. 

Ulice w dzielnicy rybackiej rozświetlały drobne lampki, wplecione w girlandy świeżych kwiatów, które rozwieszono między balkonami odrapanych domów. Nawet rozchodzące się z kramów zapachy nie mogły w pełni zamaskować swądu ryb i wodorostów, który naciskał na nozdrza przechadzających się biesiadników. Karczmy, najczęściej umieszczone w piwnicach domów pękały w szwach, a muzyka i śmiechy z nich dochodzące łączyły się w jedno z dźwiękami ulicy.

Malary i Brie zapodziały się gdzieś w tłumie, zaraz za bramą, co nie było niczym dziwnym w tych okolicznościach. Zalmara stała przez chwilę przy bramie, starając się je wytropić, ale wiele woni mieszających się we wciąż zmieniającym się tłumie, skutecznie jej to uniemożliwiało. Czarownica westchnęła głośno i zrezygnowana skierowała swoje kroki bezpośrednio do portu, gdzie tłum był nieco mniejszy i istniała szansa, że znajdzie nieco wolnego miejsca dla siebie. Niestety szczęście jej nie dopisywało tego dnia i wolne krzesło, w dodatku przy barze znalazła dopiero w obskurnym lokalu, gdzie jeszcze bardziej cuchnęło rybami, a w lożach miejsce zajmowało podejrzane towarzystwo.

— Co podać? — ryknął zza klejącej się lady, wytatuowany barman, trzymający dymiące cygaro między zębami.

— Co macie? — rzuciła w odpowiedzi zrezygnowana Zalmara.

— To już zależy od panny! — Ochrypły głos barmana wypełnił wnękę barową, a kilku mężczyzn, do których wypinały się ponętnie dziewki, ryknęło śmiechem.

— Polejcie mi piwa, tylko nie jakichś szczochów, które dajecie tym tutaj! — Czarownica próbowała przekrzyczeć hałas w lokalu, obłupiając przy tym okolice bacznym wzrokiem.

— Się robi szefowo — wymruczał barman i wycierając ręce w brudną ścierkę, zniknął za materiałem zasłaniającym wejście do kuchni.

Zalmara rozsiadła się na drewnianym stołku i przyglądała się uważnie mężczyznom którzy zajmowali miejsca nieopodal. Chłop po prawej ledwo siedział na krześle przez nadmiar alkoholu, który krążył w jego żyłach. Jego skąpo ubrana towarzyska nadskakiwała mu, opiewając słowami jego zalety, w tym silne ramiona i szerokie barki, które po prawdzie posiadał.

Mężczyzna po lewej był niższy od tego po prawej, za to miał silniejsze nogi i okrągły jak beczka brzuch. W rudej brodzie tkwiły resztki gotowanych ziemniaków, a pod paznokciami widać było półksiężyce brudu. Zalmara skrzywiła się z niesmakiem, gdy podeszła do niego panna do towarzystwa, a jej znaczny dekolt znalazł się na wysokości jego oczu.

Barman wynurzył się zza zasłony, niosąc kufle z piwem, a za nim podążyła blond dziewczyna, o bujnych kształtach, która mogła mieć nie więcej niż szesnaście lat. W drobnych dłoniach niosła dwie tace pełne jeszcze parujących dań. Mężczyzna przesunął w stronę czarownicy kufel, rozchlapując napitek po brudnym blacie.

— Niech mnie kule biją! Nie sądziłem, że spotkam cię w takim miejscu! — Wykrzyczał znajomy, męski głos za jej plecami. Zalmara obróciła się zaciekawiona krześle, trzymając w dłoniach ucho żeliwnego kufla, z którego wylewała się piana piwa.

Przed nią stał wysoki mężczyzna w czarnym płaszczu, zdobionym srebrnymi nićmi na mankietach. W dłoniach trzymał skórzany kapelusz z wetkniętym za pasek pawim piórem. Zielone oczy iskrzyły wesoło, gdy w źrenicach odbijały się nieliczne światła karczmy. Brunet pasował do wnętrza lokalu, jak pięść do nosa i bardziej nadawał się na pańskie salony, niż do podrzędnej spelunki w porcie.

Kilkoro ciekawskich oczu zerkało znad piwa na nowo przybyłego oraz na kobietę siedzącą przy barze. Dziewki chichotały, upatrując w mężczyźnie potencjalnego klienta, po którym widać było, że groszem nie śmierdzi. Po knajpie poniósł się cichy pomruk zaciekawienia.

Zalmara zastukała obcasem o drewno stołka, zakładając nogę na nogę i przyjrzała się spod przymrużonych powiek mężczyźnie, który pozornie był nieco starszy od niej. Uśmiechnęła się niczym lis, a jej oczy błysły zaciekawione.

— Kapitan Morton! — Uśmiechnęła się szeroko zaintrygowana czarownica. — Czy zechce pan się do mnie dosiąść?

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 205
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!