Kroniki Iball, Tom I: Niosąca Światło | 3.1

Rozdział III

Prośby do bogów

Pokój był ciemny, a cienie i światło wpadające przez okna sypialni mieszały się, nie ustępując w zażartej walce o dominacje. Nie wiedziała, ile czasu minęło, odkąd ostatni raz nie zmrużyła w nocy nawet jednego oka, ale teraz zdecydowanie nie mogła tego zrobić. Jej umysł starał się wyprzeć z pamięci wszelkie ślady ostatnich godzin, które miały miejsce, zanim Igris znalazła ją, matkę i Lazara w jadalni, gdzie rozegrał się horror rodziny Argent. Zdawało jej się, że krzyki matki słyszy jeszcze godziny po znalezieniu się w łóżku, a na stan jej ducha nie pomagały nawet zioła parzone przez Igris, które zwykle pomagały gdy emocje buzowały w jej umyśle.

Fakt, dziewczyna nie przepadała za starszym bratem, ale nie życzyła mu takiego końca, z tego co zrozumiała, wysłano go do lecznicy czarownic w mieście i miała się nim zając sama Sirene. Jakie to bestialskie, zostać skatowanym przez najbliższych sobie ludzi, w miejscu gdzie powinien się czuć bezpieczny? W jej mniemaniu tylko potwory mogły dopuścić się takiej zbrodni. Lecz nie wiedziała, co ma myśleć, gdy ową bestią okazał się jej własny ojciec. Jakby tego nie rozpatrywała, na poczynania jej ojca nie było wytłumaczenia. Powinien ich kochać, dbać o ich dobro. Tymczasem był oprawcą, który skrzywdził własną żonę i dziecko, a takich rzeczy się nie wybacza, nawet w świecie rządzonym wojnami i polityką.

Meghara już od kilku godzin spoglądała na dłonie, z które nie przestawały się trząść z emocji. Oczyma wyobraźni, wciąż widziała wyrywającą się matkę z usilnych objęć ojca oraz beznadziejny, pełen bólu wyraz twarzy Lazara. Mimo różnic, jakie ich dzieliły, w głębi serca go kochała, choć sama nie zawsze zdawała sobie z tego sprawę. Obrazy wspomnień przepływały przez jej umysł powoli. Miała wrażenie, że jej własna świadomość postanowiła ją dodatkowo torturować w każdej sekundzie mijającej nocy. Tymczasem Meghara opadała powoli z resztek sił.

— Lazar — wyszeptała. Imię brata zabrzmiało w jej ustach obco. Jej wargi zacisnęły się mocno, a oczy wezbrały łzami. Czuła, że jej ręce instynktownie zaciskają się w pięści, a zadbane paznokcie wpijają się w skórę, pozostawiając na niej trwałe ślady. Nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy pierwsza łza spłynęła po grzbiecie jej nosa i wylądowała na poduszce, do której przytulała policzek i bok głowy.

Za pierwszą łzą potoczyła się druga i trzecia ukształtowane w krople wielkości ziarenek grochu. Dziewczyna skuliła się pod kocem, obejmując swoje nogi rękami. Czarne włosy rozsypały się wokół jej głowy, a beżowa koszula nocna otulała jej umęczone ciało. Ciałem Meghary wzbierały kolejne, beznadziejne szlochy, a z ust wydobywały się jęki, tłumione przez koc, w który nieświadomie się wgryzała. Miała wrażenie, że się dusi, że nie może oddychać.

Podświadomie wciąż słyszała kroki ojca na marmurowej podłodze oraz kroczących za nim mężczyzn, którzy byli współwinni dokonanego bestialstwa. Przed jej oczami pojawiał się czarny płaszcz mokry od błota i jasne oczy Igris, która znalazła się przy niej niewiele później po wyjściu ojca.

Dziewczyna chciała zapomnieć, chciała móc wymazać to wszystko z pamięci, ale nie mogła. Podświadomie czuła, że okaleczenie matki i Lazara będzie prześladować ją do końca życia, które miała ochotę jak najszybciej zakończyć i nie musieć patrzeć więcej w twarze rodziców. Miała jednak na to zbyt mało odwagi i silnej woli. Podświadomie wiedziała, że ten wieczór zmienił jej życie o sto osiemdziesiąt stopni, rozdzierając jej egzystencje na znane i nieznane.

— Księżniczki przecież nie płaczą. Księżniczki nie narzekają. Księżniczki dają przykład innym — powtarzała niczym mantrę, szepcąc do siebie łamliwym głosem, dopóki jej powieki nie stały się zbyt ciężkie, aby powstrzymać je przed nadchodzącym snem.

Noc i ranek zlały się w jedność. Meghara otworzyła oczy, dopiero gdy pierwsze promienie słońca zaczęły przedzierać się na tyły budynku, wpadając przez wysokie, wychodzące na południe okna jej sypialni. Nie wiedziała która godzina, ale promienie wkrótce zaczęły bić w jej twarz z pełną mocą. Chciała zniknąć, nie szykować się do uroczystości i debiutu, nie ubierać sukni, nie witać gości, nie tańczyć z proszącymi ją o to potencjalnymi kandydatami na męża. Nie chciała udawać przez Brunonem, że jest szczęśliwa, chociaż i tak pewnie sam się domyśli prawdziwie targających nią emocji.

Leżała na łożu usiłując odciąć się od otaczającego świata. Chciała ponownie zasnąć, nie musieć myśleć, po prostu dać się pochłonąć ciemności zsyłanej na jej ludzki umysł przez bogów. W tej chwili komnata była jej jedyną ostoją, w której chciała spędzić resztę życia, unikając zbliżających się obowiązków i spotkania ze wszystkimi ludźmi, przed którymi będzie musiała udawać wieczne szczęście oraz brak trosk. Bała się i – co gorsza – coraz mocniej zdawała sobie sprawę z tego, jak słaba była, mimo wysokiego miejsca w drabinie społecznej.

Trogostretti. Bogini końca, córo zniszczenia. Utul swe dziecię w ramionach. Zabierz nas do swej kolebki. Daj schronienie w wiecznym Wenheimie” — prosiła w myślach.

Wejście Igris do komnaty uświadomiło ją, jak późno musiało już być. Meghara nie liczyła ile razy kukułka z rzeźbionego zegara, dała jej znać o pełnej godzinie, odkąd się przebudziła, nie chciała rejestrować uciekającego czasu, który mimo jej najszczerszych chęci nie chciał się zatrzymać. Kobieta postawiła tacę z posiłkiem na komodzie znajdującej się niedaleko łóżka i z troską na twarzy przysiadła na skraju łóżka. Twardymi opuszkami zimnych dłoni zgarnęła z jej twarzy lepiące się od łez ciemne włosy, które wpadały do popękanych ust.

Przez chwilę bała się, że Meghara odtrąci jej dłoń lub skuli się jeszcze bardziej, unikając jej wzroku. Jej podopieczna nie zareagowała na zewnętrzne bodźce, podkulając pod siebie nogi i patrząc na przykrywający ją koc bez żadnych emocji. Wiedziała, jak się czuła, ich ból był podobny, choć od jej osobistej tragedii minęły wieki. Dłonie Igris instynktownie dotknęły podbrzusza, na którym do tej pory znajdowała się blizna przecinająca w poprzek jej gładką, bladą skórę. Nie liczyła już lat, które minęły od tego czasu, ale jej życie zdążyło się wywrócić od tego czasu do góry nogami parokrotnie. Teraz miała swoją podopieczną, która była dla niej jak córka i choć odrobinę uśmierzała ból po stracie dziecka, który czuła przez lata długiego życia, jakie wiodła.

Widząc dziewczynę w tym stanie, piastunka chciała krzyczeć, chciała wybiec z komnaty i rozszarpać jej ojca i wszystkich winowajców stanu dziewczyny na kawałki. Czułaby przy tym przerażającą satysfakcję mordercy, którym przez lata mogła się nazywać patrząc w swoje lustrzane odbicie. Nic nie mogło bowiem usprawiedliwić jej zbrodni. Pozbawienie człowieka życia było straszliwym czynem bez względu na to, jakie okoliczności jej towarzyszyły. Czasami, w jej snach wciąż przewijały się sceny z pola walki i trupy zaścielające pola bitew. Nie jeden raz słyszała ich głosy wołające o pomoc i nie jeden raz im jej odmawiała. Nikt nie mógł przywracać życia w innej istocie, nieważne jak dużą mocą dysponował. Każdy taki czyn miał bowiem swoją cenę, bez względu na kierujące sprawcom pobudki.

Mimo wszystko wiedziała, że wystarczyłoby skinienie głowy tej bezbronnej dziewczyny, a w rezydencji rozgorzałoby najprawdziwsze piekło. Nie wiedziała, kiedy tak bardzo zbliżyła się do dziecka, którego życie było tak mało istotne, by jej słowo skłoniło ją do tak brutalnych poczynań i cały czas w pamięci szukała tego jednego, jedynego momentu bliskości, który wpłynął na nią bardziej niż inne momenty z długiego życia.

— Megharo — wyszeptała — musisz wstać.

Głos Igris był przepełniony niepokojem, smutkiem i troską. Obejmował ciało dziewczyny niczym najczulsza pieszczota, budząc ją do życia i przywracając świadomość. Kuląca się Meghara nie chciała tego. Z całego serca błagała w duchu, by świat o niej zapomniał, nie wyobrażała sobie uśmiechu, który miał gościć na jej ustach przez większą część nadchodzącej nocy.

— Zostaw mnie Igris — wyjęczała, nakrywając swoją głowę miękką poduszką, obleczoną w poszewkę z białej, grubej satyny.

— Wiesz, że nie mogę — odpowiedziała smutna opiekunka.

Przyglądała się przez chwilę dziewczynie, w nadziei, że ta przynajmniej na nią spojrzy, choć wypowiedzenie przez nią odmawiającego zdania było już i tak sporym sukcesem.

Nieco zniecierpliwiona Igris, uniosła kawałek koca przykrywającego Megharę, by następnie wślizgnąć się na jej łóżko. Nie chciała pozwolić na całkowite załamanie dziewczyny, wiedząc jak ciężko wyjść z takiego stanu. Ją samą uratowała dopiero przyjaciółka z dawnych lat i poczucie misji, które ze sobą niosła odpowiedzialność za los wielu ludzi na kontynencie Iball.

Kobieta ułożyła się za dziewczyną na łóżku i objęła ją mocno, przyciągając do siebie silnym ramieniem, głaszcząc ją lekko po delikatnych, czarnych włosach. Meghara czuła ciepło bijące od jej nauczycielki i opiekunki. Przez umysł przelatywały wspomnienia spędzonych wspólnie z nią lat, które minęły w jej mniemaniu stanowczo za szybko. Gest Igris sprawiał, że dziewczyna znów stała się na moment dzieckiem, znajdującym się w bezpiecznych ramionach ukochanej matki, którą w głębi duszy była dla niej właśnie Igris.

W jej oczach na powrót wezbrały łzy, a z ust wydobył się najgłośniejszy do tej pory krzyk rozpaczy, który dotarł nawet do uszu czekającej za zwykle otwartymi drzwiami sypialni Anny, a w jej ciało wdarł się lęk o stan panienki. W pałacu pojawiły się plotki o stanie pani domu i jej córki. Mówiono, że diuczessa nie była w lepszym stanie psychicznym od Meghary, choć jej, Annie, wcale nie było żal. Kobieta przez lata przypatrywała się matce dziewczyny i rozumiała większość działań podejmowanych przez pana domu, wobec swojej małżonki. Ba! Czuła wręcz satysfakcje, gdy dobiegły ją krzyki Tiffany, które słychać było niemalże w całej posiadłości. Nigdy nie okazywała jednak satysfakcji, którą czuła na myśl o bolączkach znienawidzonej przezeń kobiety.

Nie rozumiała jednak co zaszło w komnacie, a bała się o to zapytać Igris, która pewnie udzieliłaby jej surowej reprymendy za plotkowanie. Piastunka nie tłumaczyła niczego służbie, rozkazała im jedynie nie wchodzić pod żadnym pozorem do jadalni, grożąc pozbawieniem pensji i pracy. Ze względu na to, że służący byli często jedynymi żywicielami rodziny, nikt nie odważył się naruszyć nakazów Igris, która miała władzę większą od majordoma w posiadłości.

Anna westchnęła, ciężko odchylając głowę na miękkiej sofie. Po wydarzeniach ostatniej nocy jej powieki były ociężałe w wyniku krótkiego czasu snu, jednak nie mogła sobie pozwolić na zamknięcie oczu i chwilową drzemkę. Musiała wytrzymać do wieczora, kiedy będzie mogła zaczerpnąć, choć odrobiny odpoczynku. Przed wydarzeniem miała ich zmienić specjalnie wynajęta na przyjęcie dodatkowa, bardziej doświadczona zmiana. Zresztą państwo też mieli bawić się na balu, a co za tym idzie, przez przynajmniej kilka godzin miało ich nie być w komnatach. Dziewczyna miała więc zamiar wykorzystać ten czas na naprawdę solidną dawkę snu.

Dziewczyna przeciągnęła się na kanapie, na której pozwoliła sobie zaczekać, aż Igris da jej znać, że może wejść do prywatnych komnat jej podopiecznej, po czym ziewnęła głośno. Drzwi sypialni otworzyły się z trzaskiem, akurat, gdy zamknęła usta, a w progu stanęła zdeterminowana Igris, która rzuciła jej szybkie spojrzenie. Z jej zwykłego koka, wymknęło się kilka niesfornych loków, a spódnica sukni z ciemnego jedwabiu opinająca jej sylwetkę była pomięta. Zaskoczona Anne posłała jej jedynie zdziwione spojrzenie, ale ta nie odpowiedziała nawet słowem. Służąca zrozumiała jej stan, gdy zobaczyła Megharę, której czerwone, spuchnięte od płaczu oczy mogły przestraszyć nawet nieboszczyka.

Włosy Meghary sterczały na wszystkie strony, a koszula nocna lepił się do jej piersi i dekoltu. Anna miała wrażenie, że dziewczyna nie spała całą noc, co mogły potwierdzić okropne sińce pod oczami. Kobieta pokręciła z rezygnacją głową. Czekało je dużo pracy, jeśli miały przygotować panienkę na uroczystości i świąteczny bal.

Po rezydencji od rana niosły się plotki na temat poprzedniego wieczoru oraz tego, co stało się podczas wieczerzy. Kilka pokojówek mówiło o tym, jaki to panicz Lazar stał się obcesowy i gadatliwy w stosunku do nich. Lady Tiffany nie wpuszczała nikogo do swoich komnat, chyba że przynosił świeżą butelkę wina, lub tace z jedzeniem, które kazała pozostawiać na stoliku koło drzwi, a ciężkie zasłony w jej komnatach były zasłonięte odkąd odprowadzono ją do pokoi poprzedniego wieczoru.

Lord Vicar chodził za to dumny jak paw, a uśmiech z jego ust wydawał się nie schodzić od samego rana, mijając pokojówki, pytał o ich zdrowie i czy są zadowolone ze swojej pracy. Poza młodszymi siostrami Lazara i Meghary był jedyną uśmiechniętą osobą w domu Argentów, co służbie wydawało się miłą odmianą względem jego negatywnie nastawionej do życia osoby. Gdy tylko się przebudził, zamknął drzwi do pokojów Pani na cztery spusty. Wchodziła tam tylko jedna służąca, której ani Anna, ani Igris wcześniej nie widziały wśród służby. Sama ona była zaś kobietą dziwną, która z nikim poza szefem kuchni nie zamieniła słowa.

Igris bez wahania chwyciła zdobioną złotem szczotkę i poczęła rozczesywać włosy swojej podopiecznej, tak jak robiła to, gdy była jeszcze mała. Podobnie jak wtedy nuciła przy tym starą kołysankę, przez którą w oczach dziewczyny kolejny raz znalazły się łzy, szybko przez nią osuszone rąbkiem koca, którym szczelnie się owinęła. Opiekunka spojrzała na nią karcącym wzrokiem, zatrzymując ruch ręki w połowie długości czarnych pukli.

Meghara zerknęła na nią zaskoczona, nigdy nie widziała tak zachowującej się kobiety. Miała wrażenie jakby na moment, stała się zupełnie kimś innym, niż starą, dobrą Igris, a jej cała dobroć uleciała wraz z podmuchem wiatru za oknem. W jej postawie, wyrazie twarzy i wzroku zaszła jakaś zmiana, której Meghara nie potrafiła zidentyfikować. Czuła, że powinna się mieć na baczności i nie dopuścić do większej ilości wylanych łez, nie przy Igris. Dłoń dziewczyny zacisnęła się mocniej na materiale koca, gdy wymieniały się spojrzeniami. Wzrok Igris przerażał ją, do tego stopnia, że jej ręce zaczęły trząść się mimo wkładanego w uspokojenie ich wysiłku.

— Przygotuję kąpiel — wtrąciła nagle Anna, przerywając ciszę.

Anna porzuciła szykowanie podwyższenia i sukni uszytej na świąteczny bal, by szybko zniknąć za parawanem, który odgradzał wejście do prywatnej łazienki Meghary od reszty pokoju. Tak naprawdę tylko ona i najbardziej zaufane pokojówki miały do niej dostęp, gdyż rodzina królewska panicznie bała się zamachu na ich życie. W wyniku takiego zdarzenia zmarł ojciec lorda Vicara i obecnego władcy, króla Alistaira. Zamach przeprowadziła grupka wynajętych zabójców, którzy wdarli się do zimowego pałacu królewskiego niedaleko Lorfort. W pałacu plotkowano, że zabójcy nie mieli zamiaru uśmiercić władcy, lecz jedną z wysoko postawionych czarownic, która okazywała dużą zażyłość z królem.

Anna wychyliła się zza jedwabnego parawanu wraz z kłębami pary, które dostały się do pokoju przez otwarte drzwi. Igris przestała szczotkować włosy Meghary, a ona sama wysunęła się spod koca, ostrożnie stawiając stopy na zimnej posadzce. Jej ciało wydawało się nadzwyczaj ociężałe. Chwiejnym krokiem podeszła do parawanu i opierając się o ścianę, weszła za Anną do pomieszczenia łaziebnego. Służąca cały czas uważała na dziewczynę, by ta nie upadła, ale Meghara nie przyjęła jej pomocy, gdy Anna ją zaproponowała, podając swoją rękę, na której mogłaby się wesprzeć.

Widoczność była ograniczona przez unoszącą się wewnątrz parę. Mimo tego Meghara czuła chłód kamienia, którym wyłożona została podłoga i ściany pomieszczenia. Dzięki świecom ustawionym na pułkach i podłodze pokój łaziebny przypominał jej zaparowaną jaskinie. Wchodząc, Anna pomogła zdjąć jej koszulę nocną, którą natychmiast złożyła i przełożyła przez parawan stojący na zewnątrz. Przez otwarte wejście do pomieszczenia wdarło się chłodniejsze powietrze, przyprawiając dziewczynę o gęsią skórkę.

Meghara zajęła przygotowane dla niej niskie krzesełko i cierpliwie zaczekała, aż Anna opłucze jej ciało z pierwszej warstwy nagromadzonego brudu. Po skórze spłynęła chłodna, czysta woda wylana z wiadra na jej głowę. A na nagich ramionach poczuła szorstką gąbkę, która gładko sunęła po ciele, rozprowadzając mydliny. Anna delikatnie uniosła rękę Meghary do góry, myjąc jej bok.

Dziewczyna mogła prosić o pozostawienie jej samej w łazience, ale to mogłoby wywołać skandal, gdyby ktoś nagle postanowił wpaść do jej komnaty. Anna i Igris z pewnością niczego nikomu by nie powiedziały, ale gdyby ktoś inny dowiedział się, że wysoko urodzona dama myje się sama, z pewnością straciłyby pracę, a ta była im obu potrzebna. Meghara zacisnęła więc wargi, powstrzymując wybuch irytacji, który wzbierał na sile podczas każdej kąpieli i skupiła swój wzrok na lustrzanym odbiciu przed nią.

Kiedy Anna skończyła powierzchowne mycie, podała dłoń Megharze, cały czas milcząc. Pogrążona we własnych myślach, pomogła dziewczynie wejść do złoconej wanny, w której woda została wzbogacona przez olejek migdałowy, który miał za zadanie nawilżyć i ujędrnić skórę dziewczyny. Podopieczna uśmiechnęła się szeroko, wdychając z zadowoleniem znajomy zapach i opierając głowę o ciepły ręcznik, oddała swoje włosy w zwinne dłonie Anny. Zanim służąca przystąpiła do pracy, położyła na oczach dziewczyny okład ze świeżych plasterków ogórka.

W umyśle Meghary, mimo przyjemności jaką odczuwała z kąpieli, wciąż kołatały się nieprzyjemne myśli. Bała się spotkania z ojcem i matką, które nieuchronnie zbliżało się wielkimi krokami. Była wściekła i zestresowana na samą myśl o zbliżającym się wieczorze, który jeszcze wczorajszego ranka wydawał się najciekawszym wydarzeniem w jej dotychczasowym życiu i triumfem rodziny królewskiej, która mogła wprowadzić do życia towarzyskiego kolejną przedstawicielkę. Jej debiut naturalnie nie mógł równać się z wstąpieniem jej kuzynki, Eleanor, ale także budził swego rodzaju sensację.

O czym panienka tak rozmyśla? zapytała wesołym głosem Anna.

Pokojowa zajmowała się jej włosami. Meghara coraz bardziej zazdrościła jej prostego życia jakie wiodła. Przynajmniej tak się jej wydawało, po prawdzie nigdy nie pytała swoich opiekunek jak żyją prości ludzie. Wiedziała, że nie musiała, choć marzyła o tym, żeby podróżować, poznawać świat ale nie tak, jak robiła to większość szlachcianek. Nie chciała całego orszaku podążającego jej śladem. Wolała, aby towarzyszył jej jedynie koń lub ktoś bliski, jak Igris lub Anna. Żeby sama sobie była panią. Czasami po prostu pragnęła, choć odrobiny spokoju, ale w głębi czuła, że nie takie życie jest jej pisane przez Bogów.

— O życiu, o śmierci. Na ogół o świecie — odpowiedziała wymijająco.

Mimo wszystkich kłębiących się w jej sercu uczuć, nie chciała się zwierzać kobiecie. Anna spojrzała na nią zaciekawiona, jakby nie widziała wcześniej dziewczyny, która wygrzewała się teraz w wannie. Kobieta miała nadzieję, że kąpiel oczyści nie tylko jej ciało, ale także umysł z brudu pozostawionego przez wydarzenia z poprzedniego wieczora.

— Nie powinna panienka sobie tym zaprzątać głowy — przerwała — szczególnie dzisiaj. W końcu to dzień debiutu! Zjadą się najważniejsze rodziny w kraju! Taki zaszczyt! – wykrzyknęła rozpromieniona.

Drzwi, które wcześniej zostały zamknięte, otworzyły się nagle, a w progu stanęła poirytowana Igris mierząca je wzrokiem. Cały entuzjazm w zachowaniu Anny zdawał się ulatywać wraz z kłębami pary, które zasłaniały piastunkę dziewczyny. Z jej oczu ciskały gromy wściekłości. Zapewne na Thilde, której kasztanowe włosy związane w ciasnego kucyka, wystawały nad parawanem zasłaniającym wejście do pokoju łaziebnego.

Lady Tiffany wzywa cię do siebie. Nie jest dziś w nastroju. Lepiej uważaj na siebie, Anno głos starszej kobiety był pusty, pozbawiony emocji, a zmarszczki na delikatnej skórze wokół oczu wydawały się nienaturalnie pogłębić, dodając jej kolejnych lat do wyglądu.

Anna skinęła głową starszej kobiecie i skierowała swoje kroki ku wyjściu. Zanim zniknęła za drzwiami, pokłoniła się na pożegnanie i życzyła Megharze dobrej zabawy podczas uroczystości. Razem z nią podążyła Thilde, druga pokojowa jej matki, która wyglądała jej rówieśnice. Kukułka z zegara wyskoczyła w międzyczasie kilkukrotnie, oznajmiając kolejną godzinę zbliżającą ją do wyjścia z prywatnych komnat, której tak bardzo chciała uniknąć. Meghara posmutniała zdając sobie sprawę z tej smutnej prawdy, a wyraz jej twarzy przyozdobiło pogłębiające się przerażenie.

Myślisz, że dam sobie radę na przyjęciu? Nadal nie jestem pewna, czy nie rozpłaczę się w środku uroczystości, gdy zobaczę ojca wyszeptała dziewczyna, opierając głowę o przemoczony ręcznik — lub co gorsza matkę — dodała.

Szczerze powiedziawszy, to jestem pewna, że mimo przytłaczających cię emocji, będziesz błyszczeć zarówno w tańcu, jak i podczas uroczystości. — Uśmiechnęła się pokrzepiająco, a w jej oczach odbijało się światło zapalonych świec. — Pamiętaj, że będzie cię eskortował sam trzeci książę Megharo. Twój kuzyn jest dla ciebie w stanie zrobić wszystko, jeśli go poprosisz, wiesz o tym. —Powiedziała, odsuwając z jej czoła czarne, mokre od pary włosy.

zajmując miejsce za wanną, w której leżała jej podopieczna. Meghara zerknęła na swoją opiekunkę, otwierając szerzej przymknięte do tej pory oczy.

Meghara na nowo zamknęła oczy, które potwornie ją szczypały przez wysuszenie, do którego miała skłonności. Skóra pod nimi była delikatna i napuchnięta. Powinna teraz płakać w niebo głosy i czuła wyrzuty sumienia, że nie starczyło jej na to łez. Lazar zasługiwał przynajmniej na tyle z jej strony, ale dziewczyna nie potrafiło długo płakać i udręczać się, mimo że gniew w niej kipiał zwykle przez długi czas.

— Nie zadręczaj się Megharo — wyszeptała Igris, gdy dziewczyna wychodziła z wanny i chwytała miękki ręcznik, podany jej przez kobietę. — Czas na to przyjdzie po spełnieniu twoich dzisiejszych zadań — Igris położyła zimną dłoń na jej rozgrzanym barku.

Zasłaniając się niezgrabnie ręcznikiem, Meghara spojrzała po raz wtóry na zaparowaną tafle lustra, w której tym razem zobaczyła swoją czystą sylwetkę i Igris stojącą za nią, rozmazane przez mgłę. Wyglądały niczym matka i córka, nie jak debiutantka i jej opiekunka. Igris stała dumnie, trzymając prawą dłoń na ramieniu dziewczyny. Głowę miała uniesioną wysoko, a w jej spojrzeniu widać było skaczące chochliki gniewu, które dodawały jej dzikości. Wąskie usta i ziemista cera kontrastowały z rudymi puklami, tworząc piękne, ale i niezwykle egzotyczne połączenie dla Ainsgarthianczyków

Masz rację wyszeptała cicho po balu, pochowamy naszą dumę z godnością dziedzica domu Argent y Avberg, a potem zniszczymy wszystkich, którzy winni są krzywd, mających miejsce w tym domu dodała, po czym zanurzyła twarz w miękkim ręczniku.

Na twarz Igris wpłynął leniwie szeroki uśmiech pełen przepełniającej ją satysfakcji. Smutek Meghary stał się cieniem, gdy tylko wypowiedziała na głos swoje pragnienie, a czający się w jej wnętrzu gniew podsyciła napływająca determinacja przepływająca przez budzący się skarb, jaki nosiła w ciele.

— Jak sobie życzysz — odpowiedziała, gdy dziewczyna wychodziła z pokoju łaziebnego otulona miękkim szlafrokiem.

Po wyjściu z łazienki Igris w milczeniu osuszyła i ułożyła włosy podopiecznej w misterny warkocz, opadający aż do talii. W górną część fryzury wpięła złote wsuwki, zakończone drobnymi kwiatami opuncji z cennego kruszcu. Twarz przypudrowały miękkim puszkiem i otrzepały nadmiar specyfiku z porcelanowej skóry. Na jej głowie spoczął diadem bogato zdobiony szmaragdami i drobnymi kryształkami cytrynu. Jasne oczy zlewały się z karnacją, którą podkreślono czerwoną pomadą.

Piwne, niemal żółte oczy Meghary patrzyły się w odbicie innej dziewczyny, która zdawał się dużo dojrzalsza i pewniejsza siebie od szlachcianki, którą widywała na co dzień w odbiciach srebrzystej tafli mijanych luster. Igris kazała jej wstać, co też chętnie, choć nieco ociężale uczyniła. Opiekunka pomogła jej ubrać warstwy halek, szeroki stelaż i gorset, by w końcu nałożyć wierzchnią spódnicę oraz resztę biżuterii, która miała dzisiejszego wieczoru zdobić jej oblicze.

Suknia z tafty odbijała łagodne światło świec, a materiał ciągnął się metr za nią, mimo podwyższenia, na którym stała. Ubranie nie było aż tak ciężkie, jak można było się tego spodziewać. Mimo tego wiedziała, że będzie sprawiać problemy podczas tańca przez swoją długość i liczne warstwy halek.

Mniejsze i większe kryształki cytrynu przyszyte zostały do sztywnego gorsetu, do którego wszyto ramiączka zsuwające się na przedramiona dziewczyny. Zapleciono je tak, aby kawałki materiału tworzyły wzór pnączy, splatających się ze sobą na przodzie gorsetu sięgając gałązkami aż do wysokości pępka. Między nie zostały wszyte drobne szmaragdy, ukształtowane w malutkie listki. Góra spódnicy, podobnie jak gorset, wykończona była kamieniami szlachetnymi, pod którymi ukryto szew i wszycia ozdobnych, jedwabnych tasiemek zawiązanych między fałdami materiału sukni.

Meghara uśmiechnęła się do siebie pokrzepiająco, gdy Igris przewiązywała jej lewy nadgarstek pasującym do sukni kotylionem wykonanym ze świeżych kwiatów opuncji wspartych na czarnej, cienkiej tasiemce. Na jej szczupłej szyi mieniła się dumnie złota kolia zdobiona cytrynami, którą dopasowano do kolczyków z wtopionymi szmaragdami.

Igris podała jej jedwabne pantofelki na niewielkim obcasie, które wykończono tasiemką ze szmaragdami w kształcie delikatnych listków. Dziewczyna wsunęła ostrożnie stopy do środka i unosząc odrobinę materiał sukni, zeszła z podwyższenia na drewniany parkiet. Meghara chciała jak najszybciej mieć cały spektakl za sobą, lecz Igris jej na to nie pozwoliła, zatrzymując ją, by poprawić niesforne kosmyki, wymykające się z fryzury.

Jestem z ciebie dumna, Megharo wyszeptała Igris, w której oczach pojawiły się słone łzy. Opiekunka otarła je szybko rąbkiem rękawa, by po raz ostatni spojrzeć na dziewczynę. — Dzisiejszego wieczora będziesz błyszczeć, jestem tego pewna dodała z ulgą. Teraz idź i baw się dobrze podczas uroczystości. Niech Bogowie ci błogosławią!

Igris przytuliła ją mocno, tak jak robiła to matka z córką. Z jej oczu spłynęły drobne łzy. Pociągnęła niezgrabnie nosem i odsunęła dziewczynę od siebie przyglądając jej się, czy nie zepsuła fryzury lub makijażu.

Obiecuję, że będę bawić się, jak najlepiej potrafię wyszeptała do wzruszonej opiekunki. Ucałowała ją w oba zaróżowione od powstrzymywanych łez policzki. Niech bogowie nam sprzyjają.

Przekraczając próg komnaty, spojrzała po raz ostatni tego wieczoru na Igris, której z oczu toczyły się ciężkie łzy wzruszenia. Jej szloch przybierał na sile, choć usiłowała ukryć to przed podopieczną. Nie były to jednakże łzy smutku. Igris cieszyła się szczęściem dziewczyny. Przynajmniej jego małym rąbkiem, który w założeniu powinien towarzyszyć jej przez resztę wieczoru. Meghara posłała jej ciepły uśmiech pocieszenia i pozostawiając uchylone drzwi do własnych komnat, ruszyła wzdłuż korytarza, który prowadził pod drzwi ogromnej sali balowej.

Po drodze przystanęła jeszcze na chwilę przy oknie. Jej wzrok powędrował do frontowego wejścia pałacu, gdzie co rusz podjeżdżały powozy ciągnięte przez zadbane, bogato przystrojone konie. Wypatrywała karety z herbem rodziny królewskiej, którą miało jechać jej kuzynostwo. Odnosiła wrażenie, że nie widziała ich całe wieki, choć spędzili razem święta w czasie pory mokrej.

Rozczarowana brakiem powozu swego kuzynostwa ruszyła ku dalszej części korytarza niespiesznym tempem, zbliżając się niebotycznie dużego holu głównego, który przepełniały głosy i piski podekscytowanych debiutantek. Dziewczęta, tak samo, jak w poprzednich latach, wchodziły w kolejności wyznaczonej według statusu społecznego. Z racji pochodzenia Megharze przypadał zaszczyt wchodzenia jako ostatniej.

Przez chwilę przystanęła przy balustradzie przybranej w girlandy kwiatowe. Hol rozświetlały ustawione w lichtarzach i na kandelabrach świecie. Pod sufitem i na ścianach udrapowano wstęgi muślinu, między którymi spływał bluszcz, zaś grube kolumny, podobnie jak balustradę balkonu, opinały sploty kwiatów. Obok wejścia rozwieszono wąskie proporce przedstawiające herb rodziny Argent y Avberg przedstawiające lwa i orła na szmaragdowym tle.

W dole mieszały się różnokolorowe suknie dam, które podobnie jak i ona przygotowywały się godzinami do przedstawienia w towarzystwie. Suknie były mniej lub bardziej zdobne, ale wszystkie bez wątpienia kosztowały majątek. Na ten bal, nawet najuboższe rodziny nie szczędziły funduszów.

Gdy schodziła w dół po schodach, zauważyła, że przed wejściem do sali, za zamkniętymi drzwiami, ułożył się wężyk składający się z debiutantek oraz ich partnerów tanecznych. Panowie nie odstępowali kroku swoim towarzyszkom. Wystrojeni w modne fraki, ścigali się w niemych zawodach napinania mięśni wypracowanych podczas lat ćwiczeń walki bronią białą.

Większość tegorocznych debiutantów znała się ze sobą, gdyż arystokracja była wbrew pozorom bardzo zamkniętym środowiskiem, które rzadko kiedy wpuszczało w swoje kręgi nieznajomych ludzi. Meghara, choć nie udzielała się zbytnio w stolicy, także rozpoznała kilkoro arystokratów i arystokratek, choć głównie z czasów dzieciństwa.

Już na schodach starała się wypatrzeć ciemną czuprynę prostych, zaczesanych do tyłu włosów w kolorze dorodnej wiśni. Mężczyzna stał koło zamkniętych drzwi wejściowych, pilnie strzeżonych przez gwardię królewską. Podchodząc do swojego partnera, złożyła przed nim głęboki, pełen wdzięku ukłon, skłaniając przy tym głowę.

— Bądź pozdrowiony książę koronny — powiedziała pewnym siebie głosem, zwracając tym samym uwagę zebranych gości. Wokół nich rozniosły się szepty. Gdzieniegdzie słychać było chichoty oczarowanych urodą Brunona panien. Meghara zachowała powagę, mimo że miała szczerą ochotę prychnąć na niewychowane damy.

— Niech chwała przyświeca koronie — odpowiedział.

Głos miał głęboki, wręcz uwodzicielski. Choć nie było słychać w nim chrypki, która charakteryzowała jego brata Leonarda. Jasne, przypominające barwą lód, oczy mroziły jej dusze i ciało, gdy na nią patrzyły. Mimo tego, czuła się spokojna i bezpieczna w jego towarzystwie.

Bruno podał Megharze dłoń schowaną w lśniącej, białej rękawiczce. Księżna przyjęła ją z wdzięcznością i wyprostowała się, by spojrzeć na górującego nad nią mężczyznę. Bruno mógł mierzyć dobre dwa metry, co sprawiało, że większość ludzi, w tym Meghara, czuła się przy nim wyjątkowo mała. Mimo silnych, szerokich barków i nóg, talię miał wąską, co podkreślał krój jego fraka. Szczecina na szerokiej szczęce dodawała męskości w oczach niektórych dam.

Bruno i Meghara dobrze znali się z młodzieńczych lat, gdyż często bawili się, biegając w królewskich ogrodach jako brzdące, zanim król, ojciec Brunona, wysłał ich rodzinę na południe, by pilnowali granic z Fiorn.

Jesteś najpiękniejszą panną wśród tegorocznych debiutantek, Megharo wyszeptał, lekko się nachylając ku niej, gdy zajmowali swoje miejsce w pochodzie.

Meghara spąsowiała delikatnie, pamiętając jednak, by trzymać swoje emocje na wodzy.

— Ty za to bijesz resztę partnerów na głowę — uśmiechnęła się do niego szeroko.

Odwracając się delikatnie, Meghara rozejrzała się po holu pełnym ludzi. Z tej perspektywy wnętrze holu prezentowało się zupełnie inaczej. Wydawało się być większe niż przy balustradzie, a lepiej widoczne na białych ścianach freski, ujawniały swoje prawdziwe piękną, ukazując istotę powstania ich świata.

— Miło to słyszeć, droga kuzynko — odpowiedział po chwili.

Drzwi do sali balowej właśnie się otworzyły, ukazując sylwetki debiutantów stojących na początku pochodu. Zaproszeni goście tłoczyli się przy wejściu do sali, chcąc jak najwięcej zobaczyć.

— To co? Raz kozie śmierć, kuzynko? — Zaśmiał się Bruno, widząc zestresowaną Megharę, którą nagle dopadła trema. — Nie martw się, moja droga siostrzyczka, też przeżywała swój debiut, bardziej niż powinna to okazywać, a teraz bryluje na salonach.

Meghara przyjrzała się kuzynowi, uśmiechając się szeroko. Brunonowi nie dało się nie odpowiadać uśmiechem. Zawsze potrafił rozładować napiętą atmosferę. Między innymi za to cenili go najbliżsi i królewscy doradcy, którym wielokrotnie uratował skórę, wyprowadzając rozmowę z impasu.

— Raz kozie śmierć! — odpowiedziała, uśmiechając się do niego promiennie.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 258
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!