Kroniki Iball. Tom I: Niosąca Światło | 4.2

Powrót tego wieczora do domu zakonnego nie należał do zadań szczególnie łatwych. Malary i Zalmara musiały kilkukrotnie przystawać, by z trudem dochodząca do siebie Brienne mogła zwymiotować w zacienionym zaułku. Koleżanki nie chciały, by ktokolwiek widział dziewczynę w takim stanie. Nazbyt zwracałoby to uwagę przechodzących obok nich ludzi. Trzeba było pamiętać, że uwaga obcych, rodziła plotki, które w tym przypadku z całą pewnością doszłyby do uszu Nymetii, a zaraz po niej do uszu Sirene, a ta nie darowałaby tak łatwo pijaństwa czarownicy.

Zalmara miała wrażenie, że wszystkie ubrania lepią się do jej zmęczonego ciała. W samej spelunie było dość ciepło i duszno, ale gdy wracała, było jeszcze gorzej. Mimo późnej pory powietrze było ciężkie, a nie zapowiadało się na to, żeby w najbliższych dniach miała spaść, choć kropla wody. Jedynym ratunkiem pozostawał więc wiatr znad jeziora Suan, ale i on jak na złość postanowił zamilknąć tej nocy.

Wychodząc z komnat Brienne, Zalmara odniosła wrażenie, że jej ciało błaga o kilka godzin snu. Już przed wyjściem czuła, że potrzebuje odpoczynku, ale wydarzenia nocy zdawały się wyłącznie potęgować tę potrzebę. Dodatkowo znać o sobie dawało wspomnienie tańca z kapitanem Mortonem. Czarownica dawno nie miała okazji do tak dobrej zabawy, zwłaszcza że dawniej byli ze sobą naprawdę blisko.

Po przekroczeniu progu pokoju Zalmara natychmiast zamknęła się w łazience niemal z cichym namaszczeniem, wchodząc do ciepłej wody, która wydawała jej się prawdziwym darem od Bogów. Gdy znalazła się w wodzie, jej mięśnie zaczęły się rozluźniać, a napięcie, które gromadziło się w nich przez cały dzień, zniknęło w ciągu krótkiej chwili.

Z trudem sięgnęła dłonią po flakon z olejkiem wyrabianym w małej aptece przy zakonnej lecznicy. Gdy wlała nieco zawartości, pomieszczenie wypełnił delikatny zapach liści cytrynowca. Dodała też nieco olejku z flakonu zawierającego wyciąg z lilii, by móc się rozkoszować wonią swoich ulubionych kwiatów. Czarownica zamknęła na chwilę oczy, masując obolały kark dłonią i oparła się o rozgrzany metal wanny. Z jej ust dało się słyszeć ciche mruczenie, gdy zrelaksowana nasłuchiwała odgłosów muzyki cały czas dobiegającej z ulic miasta, które zdawało się nie zwalniać tempa.

Z wanny wyszła prawie godzinę później. Naciągnęła na siebie długą, męską koszulę z miękkiego jedwabiu, w której miała zwyczaj spać i z nabożnym życzeniem długiego snu ułożyła się na grubym sienniku, który już po chwili dostosował się do ułożenia jej zmęczonego ciała. Zalmara miała szczerą nadzieję, że poranne dzwony, wyjątkowo zamilkną tego ranka, aby nie musiała wstawać na trening, który odbywał się wraz z resztą oddziału.

Faktycznie, poranne dzwony milczały, ale tylko dla niej. Rano obudziła się oblana kubłem lodowatej wody przez Vivienne i Brie. Po wiecznie roześmianej czarownicy nie było kompletnie widać, aby była, choć odrobinę zmęczona. Vivienne za to ciskała na nią gromy, gdy tylko dziewczyna raczyła się odezwać. Najwidoczniej sama nie miała zbyt dobrego humoru, a przyjaciółka jedynie ją drażniła.

Zalmara, mimo tego, że jej łóżko skończyło całe mokre, błagała swoje zastępczynie, by te dały jej spać, choć pięć minut dłużej, zakrywając przy tym swoją głowę mokrą poduszką. Niestety obie były nieubłagane, szczególnie Vivienne, dla której poranne ćwiczenia były wręcz świętością.

Po treningu odbyło się spotkanie strategiczne, na którym Zalmara musiała po raz kolejny sprawdzić przygotowanie swojego oddziału przed wieczorną wartą. Nie chciałaby którakolwiek z nich, była nieprzygotowana. Każde naciągnięcie zasad lub przeoczenie mogło ciągnąć za sobą konsekwencje dla nich wszystkich. Młode czarownice zostały połączone w mniejsze zespoły z bardziej doświadczonymi koleżankami, których miały słuchać. Ona, Brie i Vivienne podzieliły grupki między siebie, aby w razie potrzeby można było kontrolować sytuacje. W każdej z grup wyznaczyły po jednej osobie, która miała się kontaktować z dowódcą. Po festiwalu czekała na osobny raport od lidera grupy, o tym, jak poradziły sobie z wyznaczonymi zadaniami nowicjuszki i cały zespół. Mimo że była to tylko ochrona festiwalu, to stanowiła dobre pole treningowe dla kadetek, które nie uczestniczyły nigdy w regularnych bitwach. Zalmara wychodziła z założenia, że dzięki takiemu przygotowaniu, będzie im łatwej, jeśli zajdzie potrzeba stanięcia oko w oko z groźniejszym wrogiem.

Po treningu i spotkaniu z oddziałem, na którym domagający się jedzenia żołądek nie dawał jej spokoju, w końcu mogła się udać na wyjątkowo późne śniadanie. Dochodziła jedenasta, gdy usiadła na miejscu przy długim stole, który zajmowała zwykle ponad setka czarownic. Późna pora posiłku powodowała brak towarzystwa, z którym mogłaby porozmawiać, dzięki czemu w jadalni panowała kojąca cisza. Promienie światła wpadały do pomieszczenia jedynie przez niewielkie, okrągłe otwory w ścianach, a cząsteczki kurzu wirowały w powietrzu, gdy tylko przeciąg wpadał do środka.

Z kuchni dochodziły do jej uszu pobrzękiwania talerzy i garnków, którymi zajmowały się młode czarownice wyznaczone do pełnienia obowiązków w kuchni na najbliższe siedem dni. Zakon nie wynajmował kucharek z zewnątrz, chyba że organizowano jakiś poczęstunek dla gości, a i takie okazje były bardzo sporadycznym zjawiskiem. Dwunastka, która zarządzała finansami, lata temu doszła do wniosku, że umiejętność gotowania przyda się czarownicom i że gdzieś muszą się jej nauczyć. W końcu nie każda z nich pochodziła z chłopstwa i część przez większość życia miała usługujących służących, choć takie przypadki nie były zbyt częstym zjawiskiem od zakończenia wojny.

Najbardziej na takim rozwiązaniu cierpiała część kobiet, która nie pełniła dyżuru, gdyż nie zawsze serwowane potrawy były zjadliwe. Tak więc, jeśli nie miało się odłożonych sum złotych derlihów, to albo się chorowało, albo głodowało. Obie opcje nie były dobre, szczególnie po całym dniu treningów na placu. Bywały nawet przypadki, że dziewczęta odurzone swoją głupotą wolały jeść robaki, niż tknąć paciaję nieznanego pochodzenia przygotowaną przez mniej uzdolnione koleżanki.

Zalmara z trudem przełknęła ostatni łyk napoju, który piła codziennie rano od blisko miesiąca. Mimo rutyny, którą wprowadziła do swojego życia, napar wciąż pozostawał tak samo paskudny w smaku. Gorzka breja przeciskała się z trudem przez jej spięte gardło. Nie pomagała w tym częściowo galaretowata konsystencja, ale cóż można było zrobić? Musiała pić to ustrojstwo jeszcze przez tydzień, aby wzmocnić swój organizm, który nieco ucierpiał podczas ataku demonów w górach Tihi. Gdyby tego nie robiła, jej rdzeń mógłby się rozpaść w drobny mak, odbierając jej tym samym życie, na końcu wybuchając niczym podłożony nanhuński ogień zabryzgując przy tym ściany krwią, a tej zaskakująco trudno było się pozbyć.

Kufel odstawiła z głośnym trzaskiem, nim wstała od stołu, pozostawiając po sobie brudne naczynia na blacie. Pogwizdując wesoło, weszła po schodach na pierwsze, a potem drugie piętro. Kierowała się do swojego pokoju, nie przejmując się niczym zanadto. Miała nadzieję na, choć odrobinę snu przed wartą, którą miała pełnić podczas wigilii, ale jej mżące z tyłu głowy pragnienie wyparowało tak samo szybko, jak się tam pojawiło, gdy przed wejściem zobaczyła czekającą na nią Nymetię.

— Czego chcesz? — zapytała bez przywitania kobietę opierającą się o ścianę. Jej usta i nos zakrywał czerwona, jedwabna chusta przylegająca ściśle do twarzy. Czarne, krótko przycięte włosy opadały na bladą twarz. Oczy o prawie zlewających się ze źrenicą tęczówkach miała przymrużone, jakby nad czymś się zastanawiała, ręce skrzyżowała na piersi, nieco się pochylając do przodu.

Ładnie to tak bez żadnego ‘dzień dobry’? Mogłabyś zacząć od czegoś w stylu „Miło cię widzieć, Nymetio!”, „Jak minął twój dzień, Nymetio?” albo ”Wyspałaś się dzisiaj, Nymetio?” przedrzeźniała ją głos przełożonej docierający do jej głowy. Stałabyś się wtedy znacznie milsza dla innych Zalmaro wzruszyła ramionami.

W dupę wsadź sobie ‘dzień dobry’, Nymetio uśmiechnęła się uroczo do przełożonej, zbliżając się do drzwi swojego pokoju, otwierając je na oścież. Akurat ty, jesteś ostatnią osobą, która powinna mnie pouczać, o tym, jak odbierają moją skromną osobę inni ludzie. Przekroczyła próg i zasłoniła oczy ręką, gdy promienie światła wpadającego do pokoju przez okno padły na jej twarz. Z nieodzowną radością podeszła do ogromnego łóżka i skoczyła na miękki siennik, który zapadł się pod jej ciężarem.

I tu się mylisz Zalmaro. Ja z pełną świadomością kreuje swój wizerunek w domu zakonnym. W końcu tylko strach może utrzymać te histeryczki w ryzach, ale o tym zdaje mi się, że doskonale wiesz przełożona uśmiechnęła się szeroko pod maską.

— Skończ pieprzyć głupoty i powiedz lepiej czego potrzeba jej tym razem? Mam robić za kuriera czy nieodłączną strażniczkę, któregoś z tych zafajdanych książątek, z którymi prowadzi interesy? — zapytała, ściągając but i rzucając nim o ścianę.

W dłoni Nymetii, która rozsiadła się na jednej z ciemnych kanap, pojawił się dorodny owoc emon, który wiedźma przez chwilę podrzucała, zastanawiając się nad odpowiedzią, by następnie odsłonić usta i wgryźć się w niego. Sok owocu pociekł delikatną strużką po podbródku kobiety, a po pokoju dziewczyny rozniosła się delikatna woń, przypominająca pszczeli miód. Włosy Nymetii zafalowały, gdy druga z czarownic rzuciła w nią zdjętym z nogi butem, aby przypomnieć jej o udzieleniu odpowiedzi. Zalmara spojrzała na nią pewnie, na co Nymetia zareagowała jedynie, karcąco na nią patrząc. Czasami nie rozumiała jakim cudem chciano zaprosić do Dwunastki kogoś takiego jak Zalmara. Dziewczyna mimo posiadanej mocy i bardzo dobrych zdolności potrzebnych do dowodzenia czarownicami, była w jej mniemaniu nie tylko nieokrzesana, ale wręcz szalona, bezmyślna i arogancka.

Mamy drobne komplikacje stwierdziła ze spokojem Nymetia. Straż Królewska nie posiada tak dużej liczby ludzi, żeby jednocześnie chronić pałac i miejską posiadłość Avbergów dzisiejszego wieczora. Wysłali do nas oficjalną prośbę o wsparcie wytłumaczyła zdawkowo czarownica.

Przecież to jakiś absurd! wykrzyczała wściekła Zalmara. Nie mogli wysłać prośby wcześniej? Przecież braki w ludziach powinno się rewidować wcześniej niż na kilka godzin przed samym wydarzeniem! Zdenerwowana spojrzała na przełożoną. Czuła, jak w jej głowie zaczyna huczeć od podniesionego tętna krwi.

Wiesz, jak jest Zalmaro. Nymetia zerknęła na swoją podwładną spod przymrużonych powiek. Dowódcy Straży mają Zakon w serdecznym poważaniu, podobnie jak ich żołnierze i większość arystokratów. Oni nie widzą i nie wiedzą tego, co my. Od lat starają się nam utrudniać życie, jak mogą, z czego, mam nadzieję, doskonale zdajesz sobie sprawę. W myślach czarownicy dało się słychać wściekłość. Kobieta ewidentnie nie pałała sympatią do królewskich, choć starała się nad tym panować.

— No a co ja mam do tego? Błagam, tylko nie mów, że Sirene chce tam posłać mój oddział! — Wykrzyczała, widząc, jak na usta przełożonej wpełza lekki niczym muśnięcie piórka cień uśmiechu. — Niech to jasny szlag wszystko trafi! — zajęczała.

Tak. Sirene wytypowała was do tego zadania, Zalmaro, ale nie chce im dawać całego oddziału. Weźmiesz swoich najlepszych ludzi, może was być trzydziestka, może mniej i pomożecie królewskim przy ochronie pałacu — odpowiedziała opanowanym głosem. Zirytowana czarownica spojrzała oskarżycielsko na swoją przełożoną. Nymetia doskonale wiedziała, że jej podwładna nienawidziła przyjęć organizowanych przez szlachtę.

To niemalże ćwierć przydzielonych na festiwal sił, Nymetio! Jak mamy ochraniać ludzi podczas festiwalu, skoro niemal jedna czwarta czarownic będzie siedzieć zamknięta w tym zasranym pałacyku wraz z rozpitymi panińczykami o zbyt wygórowanym ego?! Zalmara zerwała się z łóżka i gestykulując energicznie rękami, zaczęła krążyć po swoim pokoju.

Wiesz, że nie możemy zignorować ich prośby, Zalmaro rozłożyła ręce w geście wymuszonej rezygnacji. Ich wsparcie jest nam potrzebne podczas najbliższego zebrania Rady Królewskiej, jeśli chcemy poszerzyć zakres rekrutacji potencjalnych kandydatek Zakonu lub przynajmniej dzielić się wiedzą medyczną w zakresie używania przez nie mocy. Wśród szlachcianek jest zbyt dużo kobiet posiadających odpowiedni potencjał magiczny, które ucząc się na Magalladzie, mogłyby wspomóc armię podczas konfliktu z Fiorn!

Wiedźma po prawdzie nawet nie próbowała typować kogoś innego do wykonania powierzonego przez Sirene zadania, mimo że ulice miały patrolować także siły z oddziału Sybilli i Lorelei. Zalmara winna była jej wiele przysług, o które Nymetia chętnie się upominała, gdy tylko mogła zagrać podwładnej na nerwach. Poza tym trzeba było przyznać, że podwładne Zalmary należały do najbardziej doświadczonych wiedźm w Zakonie, które stacjonowały w stolicy Ainsgarthern.

— Nawet mnie nie wkurwiaj — prychnęła Zalmara, stając na chwilę w miejscu. — Chcecie powiększyć zasięg rekrutacji mimo woli tych wypindrzonych arystokratów? Prędzej ich wszystkich bogowie pokarają, niż któryś z nich odda którąkolwiek z tych rozkapryszonych córeczek — skrzywiła się wiedźma. — Przykro mi to mówić, ale czasy się zmieniły, Nymetio. Szlachta nie odda już tak chętnie nam swoich dzieci, choćby były to siódme czy ósme córy. Przez lata popadłyśmy w zbyt dużą niełaskę wśród ludzi i doskonale wiesz, że to nasz główny problem. — Zalmara, z której powoli ulatywały nerwy spowodowane nieoczekiwaną wizytą Nymetii z powrotem opadła na wielkie łoże.

Doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Na własne nieszczęście. Fakt pozostaje niestety faktem i musimy wyznaczyć ludzi do wsparcia Straży, ty zaś, jesteś mi winna wiele przysług, o ile dobrze pamiętam zniecierpliwienie w głosie jeszcze spokojnej Nymetii przybrało na sile. Z ust Zalmary wydobyło się ciężkie westchnienie.

— Niech będzie — odparła znużona. — Gdzie i kiedy mam się stawić z moimi ludźmi?

Trzy godziny przed rozpoczęciem przyjęcia powinnyście być w rezydencji. Tu macie plany pałacu królewskiego. Zaznaczyłam obszary, które są szczególnie narażone. Wyślij tam po dwie czarownice, nie ważne co powie ci ten bufon Thedeus. Zamachnęła się ręką, a pokój wypełnił ostry zapach siarki. Na łóżku obok młodszej czarownicy pojawiły się zwinięte w role arkusze papieru przewiązane białymi, bawełnianymi tasiemkami. Na chwilę obecną musisz wiedzieć, że ochrona rodziny Avbergów i ich gości, dostała najwyższy priorytet od dowódcy Straży. Pułkownik Jotsis będzie na was czekał przy bramie wejściowej do posiadłości. Na miejscu poznacie szczegółowe plany działania strażników i całą resztę badziewia, która pewnie i tak wam się do niczego nie przyda Nymetia wzruszyła ramionami. Zresztą sama wiesz, jakie mają procedury dodała, podnosząc się z fotela i otrzepując ubrania z niewidzialnego pyłu.

Po kilku powolnych, pełnych nieodpartej buty krokach, wyższa stopniem czarownica znalazła się przy drzwiach prowadzących na korytarz, nacisnęła na złoconą klamkę i uchyliła nieco skrzydło, wpuszczając do środka nieco zapachu gulaszu roznoszącego się po zakonnych arteriach. Zalmara wodziła za nią uważnie wzrokiem. Lubiła Nymetię, choć czasami jej na pozór pozbawiona wszelkich uczuć postawa potrafiła przyprawić ją o dreszcze. Wiele niższych stopniem czarownic, które nie spędzały czasu wraz z Sirene i jej zastępczynią plotkowało o Nymetii, określając ją mianem Kamiennej Wiedźmy.

Ach i Zalmaro Nymetia odwróciła się do niej na chwilę. Nie spieprz tego, bo wyśle ciebie i twój oddział na Magalladę w celu prowadzenia zajęć z młodymi adeptkami. Złowieszczy uśmiech na ustach Nymetii pogłębił się, gdy kobieta znikała za drzwiami.

— Kurwa — przeklęła czarownica, gdy odgłosy kroków na korytarzu całkowicie ucichły.

Leżała jeszcze przez chwilę bezczynnie, patrząc się na wiekowy sufit, który znała bardzo dobrze. Często mu się przyglądała podczas długich, bezsennych nocy, kiedy dopiero co wróciła z wykonanej misji lub zwyczajnie nie mogła zasnąć i rozmyślała o dawnych czasach. Ludzie, którzy chodzili po świecie tyle lat co ona, dość często wspominali swoje życie i czasy, w których dane im było żyć. Ona miała co wspominać. Doświadczyła biedy i dostatku, widziała upadające imperia oraz małe miasta, które z czasem przeradzały się w królestwa, chroniła życie i je odbierała. Była zarówno dobra, jak i zła. Na dodatek Bogowie ją wyklęli i błogosławili, dając jej klucz do stania się panią własnego losu.

Zalmara zerknęła niechętnie na plany pozostawione jej przez przełożoną, Wiedziała, że zmiany funkcji w ochronie festiwalu oznaczały dla niej brak snu przez cały dzień i nieuchronnie zbliżającą się noc. Najbliższa szansa na nieco dłuższą drzemkę pojawiała się przed nią dopiero po wykonaniu obowiązków związanych z ochroną przyjęcia lub podczas pełnionej przez nią warty, jeśli tylko dopisze jej nieco więcej szczęścia. Sama myśl o tak małej dawce snu przyprawiała ją o niestrawność.

Niechętnie wyciągnęła dłoń po pierwszy ze zwojów i posłała w jego kierunku moc, która go otoczyła, emanując delikatną, ledwo widoczną dla oczu aurą. Tasiemka trzymająca w ładzie pergamin, na którym wykonano plan domu, rozwiązała się w wyniku jej intencji, a sam zwój zawisł w powietrzu, nad twarzą kobiety rozwijając się mozolnie.

Czarownica przyglądała się nakreślonym na pergaminie czarnym liniom, które układały się w prostokąty i kwadraty, które dla obcej osoby mogły niewiele znaczyć. Nigdzie nie napisano bowiem, czego to są plany, ani nie zamieszczono odręcznych notatek. Zastosowano jedynie na ogół przyjęte przez kartografów znaki umowne, które umożliwiały odczytanie rysunków. Tak czerwone krzyżyki zamieniono w główne punkty widokowe, w których mieli być rozstawieni strażnicy, a na niebiesko oznaczone najsłabiej strzeżone punkty, które wymagały dodatkowej uwagi patrolujących. Zalmara analizowała plan, szukając najszybszych dróg ucieczki lub możliwych wejść do posiadłości, a także miejsc, w których mogły się ukrywać osoby, których obecność nie była pożądana.

Najsłabszym ogniwem wydawał się ogród, który ze względu na rozmiary trudno było obstawić wystarczającą ilością ludzi oraz przez zarośla, w których mogli ukryć się intruzi. Problematyczne zdawały się też bawialnia oraz gabinet pana domu z ogromnymi oknami wychodzącymi na zewnątrz. Zalmara czasami nie mogła pojąć, jak bogaci ludzie mogli być na tyle bezmyślni, by budować domy z taką ilością luk osłabiających obronność rezydencji, dla niej samej liczyłoby się bezpieczeństwo i praktyczność domu, w którym miałaby przetrzymywać najcenniejsze rzeczy oraz wychowywać własne potomstwo.

Rozczarowana kobieta odłożyła pierwszą rolkę, związując ją na nowo bawełnianą tasiemką. Znudzona posłała odrobinę mocy ku drugiemu zwojowi przedstawiającemu wyższe piętra posiadłości rodziny Avberg.

Analizując rysunek, szybko zauważyła, że w rezydencji znajduje się kilka prawdopodobnie rzadko odwiedzanych zakamarków, które nadawałyby się na schadzki gości lub do krótkiej drzemki w czasie służby. Jej wzrok błądził po karcie, szukając potencjalnych punktów obserwacyjnych znajdujących się na korytarzach budynku. Wiedziała, że dobry dowódca postawi po przynajmniej jednym człowieku na każdym końcu korytarza i przy wszystkich ważniejszych przejściach.

Ostatnia karta, którą rozłożyła nad sobą, z pozoru była najmniej istotna. Piwnice w większości zapełniały magazyny, beczki, w których leżakował alkohol, pralnia, kuchnia, mały ziołowy ogród z wejściem do kuchni i spiżarnia. Sprawiało to, że piwnica była jednym z najłatwiej dostępnych miejsc do ukrycia się w całym domu. Koniecznym było, aby zabezpieczyć wszystkie wyjścia z podziemi oraz regularnie je patrolować, tak samo, jak ogrody wokół posiadłości. Na poddaszu znajdowały się głównie pokoje dla służby, co wciąż pozostawało często stosowaną praktyką w budownictwie.

Martwił ją brak danych o zatrudnionym personelu. Podczas takich zadań lubiła przynajmniej kojarzyć osoby przebywające w posiadłości. Zwłaszcza podczas przyjęć, na które z łatwością mogły się dostać niepożądane osoby. W końcu nie było wyczynem zdobycie stroju pokojówki lub strażnika, a nawet wypożyczenie drogiej toalety, co zresztą często robiły damy z klasy średniej lub uboższej szlachty.

Zalmara z jękiem podniosła się z łóżka, na którym leżała. Wiedziała, że jej oddział czekała dodatkowa lekcja strategii, która miała im uświadomić, w jakie bagno wpakowało je dowództwo. Nienawidziła naglących zmian prawie tak samo mocno, jak chodzenia na niezapowiedziane przyjęcia. Stając na równych nogach, ruszyła niespiesznie do wyjścia z pokoju. Lewą ręką przytrzymywała plany dostarczone jej przez Nymetię, a prawą zamykała za sobą wejście. Dopiero gdy skrzydło zatrzęsło się z niosącym się po korytarzu jękiem, a zamek w drzwiach delikatnie kliknął, ruszyła spokojnie w stronę schodów, które prowadziły na dół.

Gdy zeszła na parter budynku skręciła w lewo, gdzie mieściły się sale lekcyjne oraz magazyny na pościel. Kiedy ponownie skręciła w lewo, zauważyła białego, puszystego kota, który pod względem wielkości mógł dorównać nie jednemu psu. Jego jasne futerko wydawało się niemal lśnić, gdy leżał w kręgu promieni, wygrzewając przy tym swoje stare kości na posadzce. Kobieta miała szczerą ochotę podrapać futrzaka po brzuchu, doskonale wiedząc, że to obudzi kocura, ale powstrzymała się w ostatniej chwili, widząc, jak ten mocno śpi. Wyminęła go długim krokiem, lecz ten, w tym samym momencie poderwał się niczym oparzony, wyrównał z nią krok i zaczął ociekać się o wysokie, skórzane buty, które miała na nogach.

— Czego chcesz Minuit? Nymetia nie chciała cię do siebie wpuścić, czy może jakaś wiedźma sprała cię za zniszczenie mebli w komnacie? — zapytała, patrząc na futrzaka z góry. Kot usiadł przed nią, polizał szorstkim językiem białą łapkę i zaczął się myć za uchem. Zalmara pokręciła głową zirytowana i ruszyła w kierunku sali, do której miała zamiar zwołać oddział. — Nie chcesz rozmawiać, to nie. Tylko nie błagaj mnie później o resztkę ryby z kolacji. — Wzruszyła ramionami.

Nie zdążyła nawet wyminąć kolejnych drzwi, a kocur już był na nowo przy niej, choć musiał iść znacznie szybciej niż kobieta. Białe futerko odbijało promienie słońca, które na niego padały, gdy przechodzili koło okien, a niebieskie oczy zdawały się błyszczeć niczym szmaragdy. Mimo tego kot wydawał się wiecznie naburmuszony, jakby całe jego życie było jednym wielkim żartem. Płaski pyszczek sprawiał, że czarownicy cały czas chciało się śmiać z wyrazu jego mordki.

— To nie tak, że nie chcę z tobą rozmawiać, Zalmaro. To ty nie wpuszczasz mnie do pokoju, a ja tak bardzo pragnę wygrzewać się na twoich parapetach! — Odezwał się kocur zachrypłym, gardłowym głosem.

— Zapomniałeś jeszcze o wejściu do szafy i nasikaniu do butów. Ach, no i kanapom też z pewnością by się oberwało — odburknęła zirytowana, nie zwalniając tempa marszu.

— Nie moja wina, że masz tak fatalny gust — odparł z wyrzutem, gdy czarownica przypomniała mu o zniszczeniach, jakie notorycznie musiała naprawiać po jego wizytach w jej pokoju. Wcale nie tak dawno temu, bo zaledwie przedwczoraj odebrała fotel od tapicera, a tydzień wcześniej musiała zakupić parę nowych butów, których wzmocnione metalem palce potwornie ją obtarły, nim zdążyła je rozchodzić.

Zalmara zatrzymała się w połowie kroku i pochwyciła kota za białą sierść na grzbiecie. Uniosła go w górę, po czym odczekała chwilę, nim ten przestanie wymachiwać łapami, usiłując uwolnić się i odbiec zdała od trzymającej go wiedźmy. Spojrzała na niego groźnym wzrokiem i potrząsnęła kilka razy, nim przestał miauczeć, wzywając pomocy. Minuit spojrzał na nią z przerażeniem w oczach, a Zalmara uśmiechnęła się wrednie do niego, ukazując tym samym własne białe kły.

— Życie ci chyba niemiłe kocurze — wyszeptała z szerokim uśmiechem na ustach. — Jeszcze jeden, jedyny raz powiesz coś takiego, a rodzona matka cię nie rozpozna i nigdy więcej nie zobaczysz tej słodkiej kocicy z domu Albertinich. Wyraziłam się jasno? — Czarownica zmrużyła oczy w wąskie paski, a kot skinął jej głową, z trudem przełykając ślinę. — Zjeżdżaj, niech cię nie widzę, albo zrobię specjalnie dla ciebie darmowy kurs latania w stronę przemiłych dobermanów mieszkających zaułek dalej. — Uśmiechnęła się jeszcze szerzej. — Nie mam ochoty dłużej oglądać twojego pyska — dodała.

Minuit ruszył biegiem korytarzem, gdy tylko Zalmara odstawiła go na podłogę. Nie zauważył, jak na jej usta wpłynął znacznie delikatniejszy uśmiech. Kobieta lubiła kocura, ale czasami musiała pokazać, kto rządzi w tej relacji, inaczej potrafił wejść człowiekowi na głowę. Świetnym tego przykładem była Nymetia, która codziennie rano zostawiała w swoim pokoju spodek z mlekiem lub kawałek ryby przeznaczony dla jej ulubieńca. Wieczorem brała go na kolana i z kocurem zatapiała się w lekturze romansów, których posiadała pokaźną kolekcję w swojej prywatnej komnacie. Oczywiście myślała, że nikt o tym nie wie, ale wyjątek stanowiła Vivienne i Zalmara, które kiedyś poszły za kotem, chcąc go złapać i wykąpać. Obie wiedźmy trafiły właśnie do pokoju przełożonej, ale bały się czegokolwiek tam dotykać.

Schodząc kolejnymi schodami w dół, skręciła w korytarz po lewej stronie. Idąc do sali, przyglądała się treningowi nowych wiedźm, które przygotowywały się do pierwszej wyprawy. Na razie nie miały wśród siebie autorytetu, który mógłby nimi zarządzać, a część z nich wydawała się tak rozkapryszona, że Zalmara miała ochotę przyłożyć im kilka razy obuchem w głowę na otrzeźwienie. Na zewnątrz panował skwar, podobnie zresztą jak przez ostatnie kilka tygodni. Jeśli deszcz nie spadnie w ciągu najbliższego miesiąca, północna część królestwa będzie musiała zmierzyć się z największą suszą, jaką widziano od bez mała dwudziestu lat.

Zalmara stanęła w oknie, wypatrując przez szybę sylwetek Brie i Vivienne, które powinny nadzorować trening nowicjuszek. Skutecznie utrudniały jej to promienie padające pod kątem na jej twarz. Mimo przeszkód po chwili zauważyła swoje przyboczne, które zawzięcie o czymś dyskutowały, przyglądając się przy tym swoim podopiecznym, które co rusz wzbijały w powietrze kolejne tumany kurzu, kiedy upadały lub wypuszczały z dłoni broń.

Część z nich dobrze radziła sobie z walką wręcz, ale niektóre dalej miały nad czym pracować. Wbrew temu, co sądziła część ludzi, oba rodzaje walki, nieważne czy bronią, czy bez jej użycia były równie ciężkie i równie pomocne w sytuacjach zagrażających życiu. Młode wiedźmy jeszcze tego nie odczuwały, ale pole walki potrafiło dać w kość nawet po całych latach przygotowań, jakie je czekały pod okiem przełożonych.

Zalmara współczuła kobietom znajdującym się w tej chwili na placu, ale jednocześnie im zazdrościła. Spędzenie kilku godzin w pełnym słońcu i z pełnym rynsztunkiem w tym w zbrojach płytowych i z mieczami musiało być dla nich męczące, mimo tego nic nie gwarantowało tak spokojnego snu, jak zwykłe zmęczenie, które czarownice odczuwały mimo wspomagania eliksirami ważonymi w piwnicach i mocą produkowaną przez rdzeń.

Z drugiej strony wszystko, co się działo wokół nich, było takie nowe, takie świeże. Cała wspaniałość świata, której mogły doświadczyć podczas zbliżających się wielkimi krokami wypraw stała przed nimi otworem. Wbrew pozorom noszony przez nie herb Zakonu ofiarował wiele przywilejów, nigdy nie mogłyby zaznać tyle wolności, co przystępując do niego i ucząc się przez lata, by potem oficjalnie wstąpić w jego szeregi.

Mimo tego Zakon i moc, jaką oferował, wiele rzeczy także odbierał. Zarówno Zalmara, jak i jej koleżanki widziały, jak umiera cała ich rodzina. Matka, ojciec, siostra, wuj, ciotka. To bez znaczenia. Nawet przy posiadanej mocy, dziewczęta nie mogły zatrzymać biegu czyjegoś życia. Takie prawo posiadali jedynie Bogowie i to ich interesem było, by świat ten funkcjonował według reguł przez nich przyjętych.

Była jeszcze kwestia płodności i relacji międzyludzkich. Kiedy czarownica wstępowała do Zakonu, poprzysięgała celibat, który po prawdzie nie miał zbytniego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Jedyną kwestią, jaka trapiła Zakon, było to, że czarownice nie mieszkały wraz z mężczyznami i nie wchodziły z nimi w oficjalne związki. Niedane im było powić własnego dziecka, gdyż ich jajowody były operacyjnie usuwane tuż po przybraniu zakonnego herbu i szat. Nie oznaczało to, że wiedźmy nie opiekowały się dziećmi, ale robiły to na własny koszt, a Zakon umywał od takich spraw ręce.

Brie stojąca wraz z Vivienne spojrzały w kierunku okna, przez które wyglądała Zalmara. Rudowłosa przyboczna pomachała do niej z radością wymalowaną na twarzy. Czarownica przy oknie pokręciła głową i pokazała na palcach liczbę pięć, która miała sygnalizować, że oddział ma się zjawić w tym miejscu za równe pięć minut. Vivienne ogłosiła zbiórkę, a jej krzyk dotarł aż do ścian korytarza, na którym stała Zalmara. Trenujące kadetki ustawiły się w równym rzędzie, który jak szybko się pojawił, tak samo szybko się rozsypał, gdy Vivienne ogłosiła koniec ćwiczeń. Vivienne i Brie ruszyły za nimi, nie śpiesząc się przy tym zbytnio i śmiejąc się głośno, z czegoś, co powiedziała jedna z nich.

Zalmara podążyła dalej korytarzem i weszła dopiero przez ostatnie drzwi na lewo. Sala, która się znajdowała, jako jedna z nielicznych w budynku była w stanie pomieścić grupę liczącą blisko sto kobiet będącymi pod jej bezpośrednią jurysdykcją. Stoły znajdowały się na niewielkich tarasach, a w każdym rzędzie mogło zasiadać obok siebie maksymalnie dziesięć osób.

Sama rozgościła się przy ciężkim, dębowym biurku, które stało na podwyższeniu, naprzeciwko miejsc dla jej podwładnych. Po prawej znajdowały się stojaki z rozwieszonymi mapami ważnych miast, królestwa oraz kontynentu. Mapy konkretnych rejonów stały zwinięte w przeznaczonym na nie koszu. Za krzesłem czarownicy znajdowała się ciemna tablica, do której z pomocą własnej mocy przymocowała plany przekazane jej przez Nymetię, tak, aby każda z podwładnych mogła się im przyjrzeć bez potrzeby wytężania wzroku.

Pierwsza czarownica zjawiła się w sali dobry kwadrans po tym, jak Zalmara zdążyła się przygotować. Udawała, że nawet jej nie zauważyła i czekały w milczeniu, skupiając swój wzrok na przypadkowych punktach sali. Dziewczyna była młoda, niedoświadczona, nie tak dawno temu dostała przydział, podobnie jak dwie inne kobiety, które przyjechały razem z nią transportem. Wiedziała, że cała trójka będzie chciała się przed nią wykazać i to prawdopodobnie one zepsują plan. Musiała wybić im to z głów.

Po niej do sali weszły Brie i Vivienne, które zajęły miejsce za jej krzesłem. Za przybocznymi do sali wchodziły kolejne czarownice, które usadawiały się w mniejszych i większych grupach. Przestrzeń między nimi wypełniały kobiety, które były zobojętniałe na podziały panujące w oddziale lub nie chciały się mieszać w żadne spory. W ciągu pięciu minut sale wypełnił gwar, a Zalmara po szybkim przeliczeniu zebranych osób wstała ze swojego miejsca, głośno szurając przy tym skrzypiącym krzesłem. To zwróciło na nią uwagę zebranych czarownic.

Zgrzyty, szepty i szuranie ustało, a atmosfera w sali zdawała się tężeć z każdą mijającą sekundą. Zalmara wsunęła krzesło z równie głośnym szuraniem co to sprzed chwili i stanęła za nim, opierając ręce na blacie biurka oraz pochylając swoje ciało nad meblem, ku podwładnym. Spojrzała na nie pełnym powagi, skupionym wzrokiem, widząc, jak niektóre z nich napinając mięśnie ze strachu.

Będę się streszczać, bo nie mamy czasu na pogaduchy zaczęła w pełni poważnie, nie odwracając wzroku od zgromadzonych czarownic. Rozmawiałam dziś z przełożonymi przerwała na moment, badając reakcje kobiet – Straż Królewska poprosiła, aby Zakon wspomógł ich przy ochronie balu, który organizowany jest w miejskiej rezydencji Avbergów. Sprawę stawiam jasno. Uśmiechnęła się najbardziej pokrzepiająco, jak tylko potrafiła. Przed nami ciężka noc, a na warcie każdej z nas mogą wydarzyć się różne rzeczy. Szczególnie na tej w mieście. Znaczna część z was nie brała jeszcze udziału w takich akcjach, nie utoczyła jeszcze krwi przeciwnikowi. Jeśli więc nie jesteście pewne swoich umiejętności lub zachowania, możecie to zgłosić teraz przerwała, przyglądając się czarownicom zasiadającym w ławkach. Żadna z nich nawet nie drgnęła. Tak jak myślała, chciały się wykazać lub zwyczajnie bały się wyłamać z szeregu. Dam wam wolną rękę. Nie wybiorę żadnej z was jako wsparcie Straży. Jednakże ktoś pójść ze mną musi. Jeśli nikt się nie zgłosi, Brie i Vivienne, wybiorą po dwanaście osób ze swoich grup treningowych do pełnienia warty podczas balu. Osoby te pozostaną w tym czasie pod moją pełną kontrolą. Co do festynu, to po obiedzie, gdy wszystko będzie jasne, w miarę możliwości przegrupujecie się i pozostaniecie pod opieką przełożonych, które w awaryjnej sytuacji będą się ze mną kontaktować. Zalmara wyprostowała się i spojrzała na grupę. Wszystko jasne? Nikt się nie odezwał, nawet wieczny przeciąg panujący w tej części budynku zdawał się ucichnąć. Wymarsz odbędzie się po obiedzie, do tej pory niech każda z was zadba o swoje uzbrojenie i zapozna się z planami budynków na tablicy. Macie zapamiętać wszystkie strategiczne punkty i niech was bogowie bronią, abym nie przyłapała którejś z was na braku ich znajomości. Możecie się rozejść.

Szuranie krzeseł i rozmowy na nowo rozlały się po dusznej sali, gdy tylko Zalmara ruszyła do drzwi. Brienne i Vivienne zrobiły to samo co przełożona, ale znacznie wolniej, przez co czarownica zostawiła je kilkanaście kroków w tyle. Wspinając się po schodach, układała plan działania na najbliższe godziny, a jej priorytetem stał się odpoczynek, którego jej organizm zmuszał ją coraz mocniej, powodując ziewanie.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 351
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!