Kroniki Iball. Tom I: Niosąca Światło | 4.3

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy Zalmara w końcu zajęła wyznaczone jej miejsce pod jedną ze ścian w sali balowej. Podczas przydziału, wszystkie wiedźmy dostały rozkazy, jakoby miały być niewidzialne dla gości, a tym samym miały nie zakłócać uroczystości jedynie obserwując co się dzieje na sali i interweniując gdy nie będzie innego wyjścia.

Wiedźma okryta płachtą iluzji, zerkała na roześmianych gości. Zdawali się dobrze bawić, choć udało jej się dostrzec kilka markotnych min wymuskanych szlachcianek. Jej uwagę przyciągali kelnerzy krzątający się między arystokratami, którzy roznosili wśród nich kieliszki. Kwestią czasu było nim para królewska wkroczy na salę wraz z ambasadorami Tinz. Do tego momentu, wszyscy powinni mieć już w dłoni szampana i odtańczyć pierwszy taniec. Potem cała uwaga powinna skupiać się na królu Alisterze i królowej Ezabell oraz pierwszym księciu koronnym, Leonardzie, o ile zechce przybyć na bal.

Sfrustrowana Zalmara prychnęła pod nosem. Nienawidziła bali. Od dziecka czuła uprzedzenie do zbiorowisk i tylko cudem udawało jej się wytrzymać strojenie we wszystkie tiule, koronki i inne bzdety, gdy była mała. Mimo to wspomnienia wydarzeń na które była zapraszana jako dziecko napawały ją sentymentem przez upływ lat, które minęły od tamtego czasu. Po jej bliskich dawno zatarł się ślad, a krew rozrzedziła się do tego stopnia, że nie pozostało w niej nawet krzty mocy jaką się cieszyli. Jako najmłodsza córka miała wybór. Mogła wyjść za wspaniałego księcia, jak ci obecni na przyjęciu lub poświęcić się na rzecz mocy i wolności jaką ze sobą niosła. Wybrała drugą opcje i co jakiś czas wmawiała sobie, że niczego nie żałuje.

Jeszcze bardziej zdenerwowana wspomnieniami, jakie przyniosło trwające przyjęcie, skupiła swój wzrok na tłoczących się ludziach. W sali panował coraz większy gwar, a tłum dyskutował na temat coraz to nowych debiutantek wchodzących na salę. Zdawało jej się, jakby to zaledwie wczoraj ona sama znajdowała się na ich miejscu.

Mademoiselle Mellisetia de Lyaga, pierwsza córka wicehrabiego Lyaga oraz jej partner monsieur Geubert Béchassard, pierwszy syn hrabiego Béchassard — wykrzyczał konsjerż stojący przy głównym wejściu prowadzącym do sali balowej.

Do środka weszła niska blondynka w bogato zdobionej, czerwonej sukni wraz z przystojnym młodzieńcem u boku. Z pewnością mogłaby zostać gwiazdą wieczoru, gdyby na balu nie debiutowała siostrzenica samego władcy. Według jej obliczeń, Dama powinna wejść już za chwilę, a towarzyszyć jej miał sam drugi książę koronny. Malary pilnująca wejścia potwierdziła przybycie jego oraz księżniczki koronnej dobrą godzinę temu. Od tego czasu cały czas przebywał w holu, natomiast Eleanor, jak zwykle przed publicznymi wystąpieniami raczyła się trunkami w jednym z mniejszych salonów przeznaczonych dla gości domu królewskiego we wschodnim skrzydle. Zapewne nie chciała odciągnąć całej uwagi od brata i kuzynki.

— Meghara Luciana Argent y Avberg, pierwsza córa rodziny Argent, szósta w kolejce do tronu, Dame du Nord oraz jego wysokość książę koronny i następca tronu królestwa Ainsgarthern Bruno Teebald Argent y Vialliaris — ogłosił konsjerż, którego ledwo było słychać przy ścianie pod którą stała Zalmara, przez szepty jakie rozległy się, gdy w drzwiach stanęła dziewczyna z księciem koronnym u boku.

Kiedy tylko przekroczyli próg szmery ucichły. Ciężka suknia, którą miała na sobie debiutantka nie zabrała jej wdzięku i sprężystości kroków. Gdy znaleźli się na środku sali, książę pochwycił ją w talii przyjmując odpowiednią pozycję. Dla Zalmary, która ledwo widziała ich z tej odległości wydawali się nie tylko kuzynostwem, ale także parą zakochanych w sobie ludzi. Możliwe, że nie tylko ona zauważyła chemię między nimi. Zresztą wśród ludności stolicy od dawna krążyły plotki o ich ślubie, który pogodziłby arystokracje i rojalistów. Starała się o to głównie matka dziewczyny, która była siostrą króla. Nic nie mogło być jednak potwierdzone przed debiutem młodej damy.

W sali rozbrzmiała muzyka, nadająca tempo do fussa. Ten styl tańca narodził się ponad dwieście lat temu i stanowił razem z crowlem taniec narodowy Ainsgarthern, jednak dla czarownicy wciąż pozostawał tworem nowym, którego podstaw nie mogła pojąć. W starych czasach zabawy taneczne także jej nie porywały, jednak nowa era nie przynosiła w tej kwestii żadnej poprawy.

Do wirującej na parkiecie pary dołączyła reszta debiutantów, a Dama i książę przestała ukrywać się na środku parkietu. Dwójka ludzi, których miała chronić, okrążała salę pogrążana w tańcu. Musiała przyznać, że państwo stanowiący główną atrakcję wieczoru mieli w sobie coś co uzależniało.

Przyciągali wzrok jak magnes. Zapatrzona w nich Zalmara obserwowała z tyłu, jak zbliżają się do niej w rytmie wygrywanym przez królewską orkiestrę, wykonując kolejne obroty. Do jej nozdrzy zdążył dolecieć wątły zapach tłoczonych migdałów dodawanych do drogich olejków, zielonego ogórka i czegoś jeszcze, co trudno było jej zidentyfikować. Zapachy wymieszały się z wszechobecnym zapachem kwiatów, którymi otoczone były filary podpierające bogato zdobiony sufit.

Też to poczułyście? — wysłała myśl do czarownic znajdujących się w sali lub jej pobliżu.

Co takiego? — dotarła do niej odpowiedź od Vivienne.

Co się dzieje? — zapytała Brienne i Malary równocześnie.

Zalmara milczała, wolała się upewnić nim odpowie cokolwiek swoim współpracownicom. Niestety muzyka zmieniła się, nadając takt do kolejnego nowatorskiego tańca, jakim był bardzo stateczny crowl.

Nic takiego — stwierdziła jakby od niechcenia. — Dajcie mi znać, gdyby coś zwróciło na siebie waszą uwagę.

W jej umyśle zapanowała pustka, którą naraz zastąpiła z powrotem muzyka. Drugi utwór trwał znacznie krócej. Przynajmniej tak się wydawało Zalmarze, która po rozejrzeniu się wśród gości, zwróciła całą swoją uwagę na parę królewską. Nie była w tej kwestii wyjątkiem. Dama Północy i książę wciąż przyciągali znaczną część uwagi gości przyglądających się tancerzom, mimo że od pierwszego tańca zrobiło się na parkiecie znacznie bardziej tłoczno. Do debiutantów dołączali co bardziej odważni szlachcice, a kolory pstrokatych sukien zamieniały się w wielobarwne wiry, sprawiając, że Zalmara na chwilę straciła z oczu interesującą ją parę.

Dostrzegła ich na nowo, gdy muzyka nieco zwolniła, a książę pochylał się w kierunku swojej oblubienicy szepcząc jej coś do ucha. Zaraz potem, proponując jej ramię, podszedł z nią do drzwi prowadzących na taras, skąd dolatywało świeże powietrze. Młoda Avbergówna wdychała je, nabierając go jak najwięcej w usta. Zalmara pokręciła głową z dezaprobatą, wiedząc zawczasu, że nie skończy się to dla niej dobrze. Wiatry znad jeziora Suan były bardzo zdradliwe o tej porze roku, w wyniku czego miasto trawiła gorączka panosząca się wśród mieszkańców. Nie mogła się jednak spodziewać, żeby dziewczyna żyjąca w złotej klatce myślała o takich rzeczach.

Czarownica prychnęła kolejny raz, uświadamiając sobie, że niegdyś sama nie myślała o tak przyziemnych rzeczach, jak choroby trawiące ludzi lub katastrofy do których dochodziło co roku w górach Tihi, albo o problemach zwykłych handlarzy i biedzie w niektórych częściach kraju, gdzie zwykły bochenek chleba wydawał się skarbem ratującym życie, a leki były rzadkością.

Otaczający ją goście zwrócili swój wzrok ku wejściu, co Zalmara zignorowała. Za wcześnie było na przybycie rodziny królewskiej w szerszym składzie, a księżniczka wciąż sączyła alkohol w salonie. Razem z nią pozostawiła Sybillę, która pojawiłaby się na sali wraz z nią, dając wcześniej znać Zalmarze o ich nadejściu. Para która dopiero co zjawiła się na balu podeszła bezpośrednio do Avbergówny i księcia. Od mężczyzny potwornie czuć było tanią gorzałką, a od kobiety dobiegała woń starych futer i taniej aromatyzowanej wody. Czarownica skrzywiła się czując odór dochodzący od pary. Niemalże zatkała nos nie mogą znieść fetoru.

Na wszystkie świętości! — Usłyszała w swoim umyśle głos Brienne. Niemalże odruchowo chwytając za sygnet z głęboko osadzonym rubinem, który wspomagał ich komunikację. — Zalmaro, cóż to za fetor? Wpuścili stado dzików do sali? — Zapytała piskliwym głosem.

Nie. To tylko hrabia Ibrasil pojawił się z tą paskudną ropuchą na balu — odpowiedziała swojej przybocznej.

To wiele tłumaczy — stwierdziła sucho, po czym zamilkła.

Niektóre czarownice doświadczyły współpracy z hrabią Ibrasil. Choć spokrewniony w bocznej linii z rodziną królewską, swojego tytułu dorobił się głównie poprzez zgromadzony majątek. Był człowiekiem obrzydliwie bogatym, który mógłby wykupić połowę królestwa. Mówiono, że udzielał pożyczek Ainsgarthiańskiej rodzinie królewskiej, przez co oni byli mu przychylni. Jak sam jednak twierdził, bardziej opłacalny był dla niego handel z Nanhun i Fiorn, których produkty sprowadzał do kraju. Od niedawna konkurował z nim Elias Morton, który prowadził handel z Magalladą i zaopatrywał się na Ashas oraz Wolnych Wyspach. Konkurencja między oboma zaostrzyła się na tyle, że Morton zaczynał konkurować o traktaty i pozwolenia królewskie, które przyznałyby mu wyłączne prawo na sprowadzanie określonych produktów, a to zapewniłoby stabilność i sposobność do gromadzenia kruszców i nieruchomości.

Zalmara obserwowała hrabiego i jego towarzyszkę, gdy ci zbliżali się do królewskiej pary. Niemalże natychmiast zauważyła napięcie, jakie zapanowało pomiędzy starzejącym się hrabią, a młodą arystokratką, gdy ten jedynie się pokłonił. Coś było na rzeczy, czarownica żałowała, że nie wiedziała co. Sama postać Damy budziła w niej coraz większe zainteresowanie. Postanowiła sobie, że tego wieczoru przyjrzy jej się nieco bardziej dokładnie.

„Nic się nie stanie, jeśli zamienię się z kimś na stanowisku” — myślała. „Jakaś znudzona czarownica na pewno przyjmie moją propozycję, byle tylko zmienić swój monotonny punkt obserwacyjny w ogrodzie”.

Mimo rozmowy i wzroku zebranych nie zwracała uwagi na dokładniejszy przebieg wydarzeń. Kątem oka zerkała na czwórkę ludzi stojących przy wyjściu na taras, którzy wymieniali między sobą uwagi.

Księżniczka kieruje się na salę balową — usłyszała głos Sybilli w swojej głowie.

Przyjęłam — odpowiedziała zwięźle.

Faktycznie chwilę potem księżniczka koronna pojawiła się na sali. Ruchem dłoni uciszyła majordomusa, nakazując mu nie obwieszczanie swojego przybycia tłumowi, który obecny był w sali. Zgrabnie okrążyła gości i podeszła do pary królewskiej w jak najmniej zauważalny sposób. Sunąc za nią wzrokiem, Zalmara miała wrażenie, że księżniczka świetnie nadawałaby się na szpiega. Odzywając się wywołała nie lada zaskoczenie i przerażenie na twarzach zebranych. Zwłaszcza hrabiego Ibrasil oraz jego towarzyszki.

Kolejna rozmowa, której tym razem Zalmara cząstkowo się przysłuchiwała, co jakiś czas usiłując powstrzymać śmiech. Interesująca ją debiutantka przez większość czasu milczała, jakby bała się, że zostanie rozszarpana przez sępy, które przybrały postać szlachciców. Księżniczka koronna w jej mniemaniu trzymała fason i mogła poszczycić się dość ostrym językiem, nawet jak na jej pozycję społeczną, którą mogła się cieszyć. Jej uwagę na dłuższą chwilę przyciągnęły stanowcze protesty Fesi Grashell i hrabiego Ibrasil, gdy wezwano do nich gwardię. Księżniczka wiedziała o obecności czarownic na przyjęciu, mimo tego wolała nie wzbudzać sensacji i zadanie przydzieliła straży. Po wyprowadzeniu w sali nastąpiła chwila konsternacji, która szybko minęła, co skrzętnie wykorzystała Avbergówna wymykając się na zewnątrz. Książęca para zauważyła to dopiero po chwili. Zalmara śledziła dziewczynę wzrokiem na tyle długo, na ile pozwalały jej na to wysokie okna i przesuwający się tłum. Na zewnątrz czekało na nią kilka czarownic, które będą ją obserwowały.

„Spryciula” — pomyślała Zalmara.

W tłumie wciąż rozdawano lampki lekkiego, musującego wina. Zalmara, choć nie powinna, ukradkiem zabrała jeden kieliszek od kelnera przechodzącego obok niej, rozszerzając na naczynie swój czar iluzji. Słodki smak zmieszany z delikatnymi bąbelkami rozszedł się po jej języku, gdy upiła łyk słabego alkoholu. Brak procentów w składzie, napój nadrabiał smakiem. Zwykle, choć nie zawsze, po pierwszym tańcu gościom podawano właśnie taki słaby alkohol, aby zbyt szybko nie uderzył im do głowy. Mocniejsze trunki można było nabyć w przeznaczonych do tego pokojach dla pań i panów, gdzie z dala od muzyki toczyły się rozmowy towarzyskie wśród wysoko urodzonych. Tam także były czarownice i to zwykle one przynosiły najlepsze plotki towarzyskie w mury Zakonu.

Ludzie dyskutowali ze sobą, czekając na przybycie pary królewskiej, następcy tronu i delegacji z Tinz. W końcu ich oczy po raz kolejny zwróciły się na wejście, gdzie pojawił się goniec, podający kartkę z tytułami do odczytania majordomusowi zapowiadającemu do tej pory wejście do sali balowej debiutantek.

Skrzydła drzwiowe rozstąpiły się,, a w nich stanęli trzej mężczyźni, których torsy przepasały błękitne szarfy z przypiętymi odznaczeniami. Najwięcej miał ich młodzik, stojący pośrodku całej trójki, którego bystry wzrok czarnych, jak noc oczu rozglądał się subtelnie po sali. Obok niego stał starszy, nieco posiwiały człowiek, opierający się o bogato zdobioną dębową laskę posiadający na szarfie głównie odznaczenia wojskowe. Był on dla Zalmary najbardziej interesujący z całej trójki. Po jego pomarszczonej twarzy i zmęczonych oczach widać było ilość trosk i przeżytych na służbie lat. Ostatni był średniego wzrostu, blondyn o nieco rudawym odcieniu włosów. Stał napięty niczym struna, prężąc się przed zgromadzonymi ludźmi, na których zerkała przez krystalicznie czyste szkło okrągłego monokla.

Książę koronny Wolnych Wysp Tinz, Halvard Saerus Rauf Mildrun. — Przerwał na chwilę usiłując rozczytać pismo na karteczce. — Admirał królewskiej floty, Eanraig Cragtail oraz hrabia Carbry Cowper — dokończył doniosłym głosem.

Panowie przekroczyli próg, kłaniając się nisko gościom w ramach oficjalnego przywitania, na co otrzymali odpowiedź skinienia głowy ze strony obserwującej ich szlachty, która rozstąpiła się przed nimi. Zebrani prowadzili ich do przeznaczonych im miejsc, które znajdowały się niedaleko ustawionych na podwyższeniu zdobnych krzeseł, o wysokich oparciach i rzeźbionych na kształt lwich głów podłokietnikach, które pełniły funkcję tronu królewskiego. Drzwi za nimi zostały na powrót zamknięte.

— Władca z łaski bogów. Pan Ainsgarthern, Magallady, Dzieci Gór. Obrońca wiary i najwyższy zwierzchnik ludzi na kontynencie Iball, król Alistair Crimal Milsus Argent y Roffiseul oraz z łaski bogów królowa Ezabell Gathaeia Isine Vifort y Sumeur! — Wykrzyczał tytuły majordomus, a drzwi rozchyliły się, ukazując tym samym mężczyznę w posiwiałej, sięgającej torsu brodzie oraz kobietę w zdobionej drobnymi diamentami, białej sukni, która gdyby nie ciasny gorset i stelaż uginałaby się pod ciężarem kamieni.

Królowa Ezabell spojrzenie miała harde, podobnie jak jej pasierbica Eleanor. Nosiła się dumnie, z wypiętą do przodu piersią i wysoko uniesioną głową, na której ciążył pokaźnych rozmiarów fryzura, upięta wysoko i misternie, zgodnie z najnowszą modą oraz wpięty w nią pokaźnych rozmiarów diadem, zdobiony podobnie jak suknia połyskującymi diamentami.

Król, choć zmęczony ciągłymi obowiązkami, które z każdym rokiem przygniatały go coraz bardziej, nie odbiegał zbytnio od swojej małżonki dumą z jaką maszerował. Mimo upływu lat wciąż należał do silnych mężczyzn, którzy z łatwością władał mieczem na polach bitew, które co rusz powstawały między zwaśnionymi rodami, mimo że już poprzedni król, ojciec Alisteira i Tiffany zakazał praktykowania tradycyjnej zemsty rodowej, która prowadziła do wykruszenia się starych, arystokratycznych rodów.

Zalmara przyglądała się z daleka, jak król i królowa przemierzają salę wypełnioną swoimi krewnymi i poddanymi. Goście złożyli głęboki ukłon dopiero, gdy para królewska zasiadła na tronach, a u ich boku znalazły się dzieci, z którymi wymienili szeptem kilka uwag. Brakowało jedynie następcy tronu, ale nie było to niezwykłe zjawisko. Pierwszy książę koronny rzadko opuszczał pałac, a jeszcze rzadziej bywał na oficjalnych przyjęciach organizowanych przez arystokracje, przez co Zalmara, choć widziała go jedynie kilka razy w ostatnich latach, czuła z nim swego rodzaju nić porozumienia.

Sprawdzę, jak się ma sytuacja w ogrodach. Sybillo zostań na sali. Przekazała podwładnym swoją instrukcję, Dotykając czerwonego niczym krew kamienia w złotej oprawie, który pobłyskiwał na jej palcach.

Wiedziała, że za chwilę król wygłosi przemowę i czarownice chętnie jej wysłuchają. Nie czekała na odpowiedź swojej podwładnej z wyjściem. Idąc wzdłuż ściany nie musiała się przeciskać przez tłum, więc szybko dotarła do wyjścia tarasowego w którym chwilę wcześniej zniknęła młoda Avbergówna. Przekraczając próg, odesłała do wnętrza jeszcze dwie czarownice, które miały mieć na baczeniu sytuacje na zewnątrz i kontrolować kto wchodzi, a kto wychodzi z sali balowej. W pobliskich drzewach czaiły się kolejne dwie, które obserwowały wyjście. Sama po płachtą iluzji, zeszła po schodach i opierając się na pozostawionym przez dziewczynę zapachu, skierowała swoje kroki w ślad za nią.

Dotarła do sporego kręgu na środku którego znajdowała się fontanna z półnagim posągiem bogini sztuki, Yraury, z której harfy do sadzawki tryskała krystalicznie czysta woda, mieniąca się w świetle lamp i okrągłego jak spodek księżyca. Okrąg otoczony był równo przyciętymi krzewami, za którymi ukryła się na wszelki wypadek Zalmara, kiedy zobaczyła trójkę osób znajdujących się po drugiej stronie fontanny.

Najbliżej niej stała młoda Avbergówna, za którą tak chętnie podążała czarownica. Jej ślad był tu silny i tłumił zapachy pozostałych osób, jakby starał się je zamaskować. Woń olejku migdałowego zdawała się otumaniać, mieszając z nikłym siarczanym swądem rozwiewanym przez podmuchy ciepłego, morskiego wiatru.

„Siarka? Niemożliwe! Jak?” — myślała opierając się o kolący w plecy krzew.

Mademoiselle de Lyaga, jak mniemam? — zapytała młoda Avbergówna, drugą kobietę, która śmierdziała feromonami i delikatna wonią drogich, różanych olejków.

Kiedy czarownica poczuła zapach dochodzący od mężczyzny, nagle zdała sobie sprawę do czego o mało nie doszło, zanim do ogrodów przybyła Avbergówna, a w ślad za nią Zalmara. Woń, która docierała od niego, mieszała się z zapachem kobiety w czerwonej, rozległej sukni, która stała najdalej od czarownicy.

„Więc to musi być Lazar.” — Przygryzła wargę zaciekawiona wystawiając głowę zza krzaków wśród których się ukrywała.

— Wynoś się — wychrypiał mężczyzna, zwracając się do kobiety stojącej za nim.

Dziewczyna, wyraźnie przerażona zrobiła krok do tyłu, co było ledwo widoczną reakcją przez konstrukcję jej sukni. Ten jeden krok zdradził utykanie dziewczyny na prawą nogę, które mogłoby zostać zignorowane, gdyby Zalmara nie przyglądała jej się uważnie.

Słucha… — próbowała się odezwać młoda Avbergówna. Szybko jednak ucichła, gdy przerwał jej brat.

Zamknij się mężczyzna wskazywał krótkim, grubym palcem na przerażoną panienkę Lyaga, która otworzyła usta w niemym proteście. Nie chcę cię więcej widzieć. Z tobą natomiast chciałbym porozmawiać. Siostrzyczko. Przybliżył się o krok do młodej Avbergówny, która automatycznie cofnęła się o krok. Twarz mężczyzny wykrzywiła się w złowrogim grymasie.

Mięśnie Zalmary napięły się. Gotowa był skoczyć pomiędzy troje ludzi znajdujących się przed nią, jeśli dojdzie do rękoczynów ze strony mężczyzny, który coraz mniej jej się podobał.

Mademoiselle de Lyaga? powtórzyła Avbergówna, zbliżając się do kobiety i wymijając nieco swojego brata.

Dziewczyna pokłoniła się przed nią wyrażając tym swój szacunek do jej pozycji. Zalmarze wydawało się, że przestrach powodowany przez Lazara Avberga, nieco ucichł, gdy blondynka skupiła swoją uwagę na jego siostrze, w styczności z którą, odnosiło się wrażenie znacznie większej życzliwości.

Mellisetia de Lyaga, pani potwierdziła z trzęsącym się z nerwów głosem. Niech bogowie sprzyjają koronie — wymamrotała, tak cicho, że Zalmara ledwo usłyszała jej słowa. Zachęcona jej zachowaniem, panna w szmaragdowej sukni zbliżyła się jeszcze o kilka kroków, obserwując uważnie reakcje swojego brata, który purpurowiał na twarzy, widząc, że żadna z kobiet nie chce słuchać jego rozkazów.

Uwagę Zalmary od trójki obok której stała odciągnęły śmiechy, które rozległy się przy tarasowych schodach. Czarownica najciszej, jak potrafiła schowała się jeszcze głębiej w otaczających ją zaroślach, ukrywając się za pniem jednego z pobliskich dębów o szerokiej koronie. Przez staranność w zachowaniu ciszy, nie zwracała przez chwilę uwagi na toczącą się w ogrodzie rozmowę. Gdy wychyliła się zza pnia, panienki de Lyaga, nie było już w pobliżu. Za to na jej miejscu pojawiła się księżniczka koronna Eleanor i książę koronny Brunon.

Powtórzę moje pytanie, gdyż najwidoczniej jesteś równie głuchy, co leciwy. — Usłyszała głos księżniczki, która stojąc pewnie zwróciła się do swojego kuzyna. Kim jesteś? Powiedziała.

Zdezorientowana Zalamara spojrzała na Lazara Avberga, który niemal z niezachwianą pewnością siebie przyglądał się swojej kuzynce. Oboje mierzyli się, łypiąc na siebie wrogo. Meghara Avberg stała pośród tego wszystkiego niepewna, nie wiedząc jak ma się zachować. Książę koronny przyglądał się to swojemu kuzynowi, to siostrze zaciskając mocno szeroką szczękę. Ich ciemne włosy w kolorze dorodnej wiśni rozwiewał wiatr, który zrywał się co jakiś czas tego wieczora.

Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz, droga kuzynko. Mogę cię jednak zapewnić, że to ja, twój najbardziej nielubiany kuzyn.

Rechot jaki wydobył się z ust młodego panicza poniósł się echem po opustoszałych ogrodach, które oświetlał księżyc. Było w nim coś niecodziennego, upiornego. Coś co przyprawiało czarownice o dreszcze obrzydzenia wstrząsające ciałem.

Zalmara poczuła dłoń, która zasłoniła jej usta. Delikatna chusteczka nasączona chloroformem skutecznie uniemożliwiła jej wydanie jakichkolwiek głośniejszych dźwięków. Poczuła delikatne ukłucie w szyje, a w oczach niemal natychmiast zatańczyły mroczki. Scena z udziałem książęcej pary i ich kuzynów rozmazała się w ciągu następnych kilku sekund, a jej bezwładne ciało opadło na miękkie, leśne runo.

Umysł czarownicy pochłonęła niemoc, która ciążyła jej, wciskając jej świadomość w ogarniającą ją pustkę. Chciała otworzyć oczy, ale coś jej przeszkadzało, coś ją blokowało.

Zalmaro — słyszała cichy, niczym szemrzenie drzew głosik w swojej głowie. — Zalmaro — powtórzył, otulając jej umysł miękką woalką otumanienia. — Musisz mnie wysłuchać moja córo — wyszeptał, wiążąc myśli w jej umyśle. — On nadchodzi — przerwał — musisz ją odszukać — rozkazał. — Tylko Jego córa, może stawić mu czoła.

Śmiechy wokół Zalmary nasiliły się, niszcząc wrażenie błogiego spokoju, które opętało jej umysł i ciało. Razem z głosami obcych, które przybierały na sile do jej kończyn powracała świadomość kości, mięśni, jakie posiadała i ścięgien, które poruszały jej zmarzniętymi kończynami. Zdziwiona poruszała nimi, usiłując pozbyć się opętującego ją odrętwienia, powodującego jej ciałem.

Pod głową czuła miękką ściółkę, ale zimno, które ją otaczało było wręcz przerażające. Nie czuła go od lat tak intensywnie. Nie chciała go czuć, bo to świadczyło o jej ludzkich cechach, których chciała się niegdyś wyzbyć, a do których przywiązania nie czuła nawet teraz. Jej wewnętrzny ogień zaczął w niej pulsować, gdy tylko wróciła do niej świadomość sytuacji w jakiej się znalazła. Stopniowo rozgrzewał jej sfatygowane ciało, którego ruchów nie była pewne przez pierwszych kilkanaście minut.

Gorączkowo rozglądała się po miejscu w jakim się znalazła. Zewsząd otaczały ją drzewa o grubych konarach i bujnym listowiu w koronach, przez które gdzieniegdzie widać było kawałki nieba. Podniosła się powoli do pozycji siedzącej, przerzucając ściółkę na której się obudziła. Przed utratą przytomności czuła ukłucie, które spowodowało jej nagły upadek. Jeśli miałaby szczęście, mogła odszukać przedmiot, który zawierał wstrzykniętą jej substancję. Choć bardzo w to wątpiła. Strzykawki lub igły maczane w niektórych substancjach, były drogim instrumentem, który tylko nieliczni potrafili wyrabiać, a na czarnym rynku osiągały zawrotne ceny.

Mimo tego w ściółce wymacała chłodny, metalowy fragment, który jak się okazało po odgarnięciu gnijących liści, okazał się być szklaną strzykawką, jakiej używano w lecznicy przynależącej do Zakonu. Taką samą widziała na stoliku, przy łóżku Vesty, gdy odwiedziła ją kilkanaście godzin temu. Z jednej z kieszeni wyciągnęła czystą chustkę, którą miała w zwyczaju ze sobą nosić i ostrożnie chwytając w dwa palce zawiniątko szczelnie je zawiązała, by wsadzić do kieszeni skórzanych spodni z niemal że nabożną ostrożnością.

Chwiejąc się na niepewnych nogach i opierając się o pień drzewa pod którym jeszcze chwilę temu leżała, Zalamara powstała na proste nogi. Usiłowała nałożyć na siebie czar iluzji, ale z przerażeniem stwierdziła, że jej magia nie chce działać. Substancje częściowo blokujące działanie rdzenia, były powszechne na czarnym rynku, jednak jak do tej pory nie miała z nimi bezpośredniej styczności.

— Kurwa — zaklęła głośno.

Biorąc głęboki wdech spojrzała w kierunku okręgu z fontanną, w którym nie było już nikogo. Księżniczka i książę koronny rozpłynęli się powietrzu, podobnie, jak Avbergowie.

Widzicie księżniczkę koronną? — odezwała się w myślach, dotykając czerwonego pierścienia, który wciąż znajdował się na jej palcu. Mogła wykluczyć napad rabunkowy.

Tak, spaceruje z księciem po parku. Idą w stronę urwiska — odezwała się w jej myślach Vivienne, która jako jedna z nielicznych miała widoki na niemalże cały ogród i park, zajmując swoje miejsce na dachu.

Pilnuj ich Vivienne. Wracam do środka. Wyślę do ciebie Sybillę rozkazała podwładnej.

Idąc wzdłuż linii drzew i krzewów znajdujących się na skraju ogrodu sąsiadującego z parkiem, co jakiś czas osłabiona musiała przytrzymywać się pni. W miejscu ukłucia, czuła nieprzyjemne mrowienie, które promieniowało na jej mięśnie i kościec. Wiedziała, że musi dotrzeć do sali balowej.

„Co jeśli ktoś czyha na gości? Jestem odpowiedzialna za ochronę balu, nie mogę zwieść” — myślała pokonując kolejne metry z trudnością.

Z ulgą odetchnęła dopiero, gdy znalazła się w środku. Do jej nozdrzy dochodziły zapachy jedzenia z ogromnej jadalni mieszczącej wszystkich przy pięciu ogromnych stołach z ciemnego, polerowanego na wysoki połysk drewna. Na samym środku, na tle komina miejsca zajmowała rodzina królewska. Zalmara obrzuciła wszystkich wzrokiem, usiłując dopatrzyć się brakujących osób. Poza księciem Brunonem i księżniczką Eleanor, brakowało tylko Meghary i Lazara Avbergów, którzy jeśli nie byli razem z kuzynostwem w parku, powinni znajdować się na wieczerzy. Zalmara widziała rozpiekloną twarz diuka Ogat Avberg, skrywaną za fasadą opanowania, który nerwowo co jakiś czas zerkał na trzy puste miejsca po jego lewicy, rozmawiając ze swoim szwagrem, królem Alistairem.

Gdzie jest Dama i Lazar Avberg? — zapytała dotykając dużego, okrągłego pierścienia. Odpowiedziała jej cisza, na którą żadna z jej podwładnych nie odpowiedziała.

— Kurwa — zaklęła po raz kolejny na głos, gdy jej dłoń puściła pierścień.

Czarownica, zdając sobie sprawę z faktu, że nie ma na sobie czaru iluzji skrywała się za kolumnami, które podpierały ogromny, szklany sufit sali. Uwagę zwrócił na nią majordom oraz strażnicy, którzy nie odważyli się jej zatrzymywać. Kiedy opuszczała salę wychodząc do wielkiego holu, którego pustka zdawała się przytłaczać, jej czerwone oczy błyszczały chęcią mordu, która wzmogła się w jej ciele. Wchodząc w długie, zacienione korytarze i mijając strażników, wytężyła zmysły, bardziej niż robiła to do tej pory. Wszyscy strażnicy królewscy zostali poinformowani przy odprawie o obecności czarownic w posiadłości. Podejrzewała zresztą, że żaden z nich nie byłby na tyle głupi, by wejść jej w drogę, w momencie gdy maszerowała wściekła korytarzami posiadłości, przeszukując je jeden po drugim. W końcu znalazła się piętro wyżej, gdzie znajdowały się kwatery przeznaczone dla gości, którzy zapragnęliby osamotnienia. To tutaj, wcześniej tego wieczora Sybilla pilnowała księżniczki koronnej, aby ta nie narobiła kłopotów upijając się przed samą ceremonią. Jej woń dalej była tu obecna, i dość wyraźnie mieszała się ze swądem niskoprocentowego alkoholu, który lubiła popijać w chwilach relaksu.

Zalmara rozróżniała aromaty, które niosło ze sobą ciepłe powietrze wewnątrz budynku. Zdołała zwiększyć jego temperaturę o stopień lub dwa, co mogło zabić, ale także zwiększyć intensywność potencjalnego tropu. Starała się robić to ostrożnie nie wiedząc, jak zachowa się kryształ znajdujący się w jej sercu. Czarownicy wystarczyła choćby nieznana nuta, którą kojarzyła już z debiutantką, by ją odszukać.

Po przejściu kilkunastu metrów pochwyciła delikatną woń migdałów i siarki. Przechodząc przez kolejne metry korytarzy trop zwiększał swoją intensywność. Zalmara na wszelki wypadek wysunęła sztylet schowany w jej rękawie, chwytając za mocną, obłożoną skórą rękojeść. Szła jak najbliżej drzwi, sprawdzając, czy to nie stamtąd dochodzi zapach. W końcu zatrzymała się przed jednymi z nich, nasłuchując co dzieje się za nimi. Z końca korytarza przyglądał jej się jeden ze strażników. Zalmara pokazała mu gestem, że ma być cicho i zachować czujność. Mężczyzna skinął jej głową, mierząc ją pewnym siebie wzrokiem.

Przez zamknięte drzwi usłyszała dźwięk tłuczonego szkła, które odbiło się od ściany wokół drzwi. Spojrzała przez dziurkę od klucza, starając się, by nie upaść na ziemię i nie zdradzić swojej obecności. Widziała materiał ciemnej, zielonej sukni, które miała na sobie Avbergówna. Zaraz potem po komnacie rozniósł się jej krzyk i śmiech młodego Avberga, który słyszała już wcześniej.

Po nim nastąpiła szamotanina i kilka chrząknięć. Zalmara otworzyła z hukiem drzwi. W kilku krokach znalazła się przy mężczyźnie, który ściskał w dłoniach szyję Damy. Pochwyciła go za długie włosy i z siłą odciągając jego głowę do tyłu, przyłożyła sztylet do jego szyi.

— Puszczaj ją — wychrypiała do jego ucha.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 332
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!