Kroniki Iball, Tom I: Niosąca Światło | 0.3

Ludzie wieczerzali w domach, kiedy staruszka, siedząca przez ostatnie trzy dni przy ogniu, obudziła się z twardego snu, w który zapadła po rozmowie z nieznanym im mężczyzną. Tak samo, jak większa części wioski spała za dnia, starając się jak najwięcej wynieść z jej nocnych opowieści. Cały proces miał na celu zebranie jak największej ilości sił, by móc ochronić życia wieśniaków przed demonami nękającym ich w nocy. Nieświadomie dzielili się z nią energią słuchając jej opowieści. Zmiany kształtu czy koloru ognia były wszakże niezwykle widowiskowym zabiegiem, który mimo wszystko nie wyczerpywał znacznie sił witalnych Baby.

Noc zbliżała się coraz większymi krokami, a cienie padające na wioskę wydłużały się coraz bardziej, gdy słońce chowało się za szczytami wysokich gór Tihi znajdujących się na południowym krańcu kraju. Różowe niebo wskazywało na mróz, który zapanuje nad światem wraz z ponownym ukazaniem się słońca. Nim to miało nastąpić, mieszkańców wioski czekała jeszcze zimniejsza noc i poranek.

Chwilę przed tym nim całkowita ciemność zapadła nad wioską, do staruszki podeszła kobieta, która codziennie przynosiła jej miskę ciepłej potrawki i pajdę chleba. Starucha wiedziała, że kobieta nie jest jej przychylna, a karmi ją jedynie z powodu rozkazu jaki wydał jej mąż, który był rządcą w wiosce w której przebywała. Mężczyzna był człowiekiem głęboko wierzącym w bóstwa, którymi jego małżonka gardziła, a historie opowiadane przez Babę, traktowała jedynie jako wymysły przodków. Mimo tego uśmiechnęła się szeroko, dziękując kobiecie. Gdy ta odwróciła się, aby odejść, staruszka chwyciła ją za lnianą spódnicę, zwracając tym samym jej uwagę na siebie po raz wtóry.

— Dobra kobieto, przekonaj wszystkich, aby dzisiaj się zebrali wokół ognia — poprosiła uprzejmie staruszka.

Wieśniaczka spojrzała na nią tylko pełnym wzgardy spojrzeniem i szarpiąc ją za rękę, odepchnęła z siłą, jakiej ta się nie spodziewała po tak drobnej istocie.

— Nie licz na moją pomoc kobieto — odparła wyszarpując spódnice z chudych rąk starszej kobiety, a na jej twarz wdarł się wyraz obrzydzenia. — Takie przekupne ścierwo jak ty nigdy nie powinno mieć wstępu do naszej wioski. I zapewne tak by było, gdyby to nie mój pożal się bogowie mąż nią rządził — przerwała zdając sobie sprawę, że i tak powiedziała już znacznie za dużo. — Podlegam tylko jemu i jego prośbą bądź rozkazom. Nie waż się mnie o nic prosić, starucho — rzuciła z irytacją na odchodne kobieta.

Wiedźma zacisnęła szczękę, a jej zęby głośno zazgrzytały. Wieśniaczka zdążyła zniknąć już z pola jej widzenia. Baba miała ochotę wylać potrawkę i roznieść tę wioskę, poświęcając wszystkich mieszkańców na rzecz demona, a przełożonym powiedzieć, że wydarzył się wypadek. Irytowały ją sprzeciwy wolnych ludzi, których chciała chronić. Mimo tego nie znosiła, gdy sprzeciwiali się jej w tak bezczelny sposób i mieli tupet by jeszcze robić przytyki w jej kierunku. Baba doskonale pamiętała bowiem czasy, kiedy ludzie kochali jej lud, a czarownice wraz z Zakonem zapewniały im poczucie bezpieczeństwa i równowagę na wypadek starcia z Wielkim Imperium Nanhun, które graniczyło z nimi pod południowego wschodu i stanowiło potęgę militarną kontynentu Iball.

Te czasy dawno już minęły, a wymordowanie wioski pełnej niewinnych ludzi nic by im nie dało, poza doszczętną klęską powierzonego im zadania i strachu, który nie był obecnie nikomu potrzebny.

Gdy tylko ogień się zapalił w palenisku, wieśniacy na nowo poczęli się zbierać wokół niego, aby móc raczyć się opowieściami staruszki. Pierwszy pojawił się syn rządcy, wraz z młodą małżonką, za nim sam rządca, aż wokół zaroiło się od mieszkańców wioski i przyjezdnych, tak samo jak poprzedniej nocy. Nigdzie nie było jednak kobiety, która wcześniej przynosiła jej strawę kilka godzin wcześniej. Dzieci rozsiadły się na kolanach rodziców, a większość wieśniaków zajmowała miejsca na drewnianych belach, które pełniły funkcję siedziska, a których nikt nie przestawił na swoje miejsce od poprzedniego wieczora.

Baba stworzyła wokół nieświadomych mieszkańców wioski ledwo widoczną, cienką jak żabia membrana barierę magiczną, po czym tak jak poprzednio zmieniła kolor ognia, który pełnił funkcję odwrócenia uwagi mieszkańców wioski od tego co dzieje się w puszczy otaczającej ich domy. Co wieczór bowiem zastąp jej sióstr patrolował okolicę, zapewniając bezpieczeństwo mieszkańcom doliny. Wszystkie obrazy i otoczenie spokojnego, pogrążonego we śnie lasu przez ostatnie dwie noce były ułudą. Baba dbała, aby wieśniacy nie zasnęli ani tej, ani poprzedniej nocy, natomiast swoje działania poprzedzała skrzętną obserwacją, jakiej dokonywała, gdy siedziała przy palenisku. Części mieszkańców i przyjezdnych, zdawać się mogło, że Baba chrapie pod nosem, siedząc z laską ułożoną na kolanach. Mylili się jednak, ponieważ kobiety z jej sabatu nie miały w zwyczaju działać bez planu, biorąc tym samym na swe barki konsekwencje niepowodzeń.

Tak jak poprzednio zasępiła się, myśląc nad tym, jaką historię im opowiedzieć, aby się nie zdradzić, w końcu raczyła się odezwać:

Obie historie, jakie wam opowiedziałam, działy się na długo przed tym, zanim ktokolwiek słyszał o choćby zaczątkach dzisiejszych mocarstw. Czasy panowania władców Nanhun, Ainsgarthern czy Fiorn miały nadejść setki lat później. W czasach, o których wam opowiedziałam Iball był podzielony na wiele większych i mniejszych państewek, a świat wydawał się ograniczany przez rzeki i morza. Niektóre z tych państw, później władane były przez większe kraje, których królowie czynili sobie podwładnych z władców mniejszych państw. Nim do tego doszło, miejsce miała Pierwsza Wojna Kontynentalna. To wtedy życie straciły elfy, a Zakon, który istniał od zaledwie kilkudziesięciu lat, jedynie cudem uniknął starcia z powierzchni ziemi. Wzburzony przez Babę ogień, przybrał tym razem odcień szkarłatu i kształt twierdzy na samotnej wyspie, pośrodku wielkiej wody – Wtedy Zakonem rządziła Ruelle Le Blank, która była uczennicą samej Genary, zanim ta spotkała Fao. Trzeba wam wiedzieć, że Czarownice potrafią żyć nawet setki lat, a zabicie stworzenia, które ma stulecia na ćwiczenie walki i władania magią, nie należy do łatwych. Dlatego też, kobiety nieposiadające większego celu w długoletnich życiach postanowiły założyć zbrojny zakon, który miał pilnować ładu narzuconego przez bogów na świecie. Przejęły rolę jaką, po części, dawniej sprawowały elfy cieszące się zresztą podobnymi zdolnościami co one same. Między oboma ludami, było tyle samo różnic co podobieństwa. Część elfickich frakcji optowała za wojną i wybiciem czarownic, część natomiast było zgoła innego zdania i wnosili o pokój z Zakonem. Tuż przed Pierwszą Wojną Kontynentalną władzę obejmowali dwaj potężni elficcy królowie: Tanyth i Belanor. Obaj byli tak samo uparci i żądni władzy. Belanor należał do frakcji zwolenników czarownic, a wśród ludu słyszało się nawet, że on i Ruelle Le Blank połączeni zostali płomiennym uczuciem z którego miało zrodzić się nieślubne dziecko. Gdyby tak faktycznie było, Ruelle złamałaby Prawa powierzone istotom żyjącym na kontynencie, czarownice nie mogły i dalej nie mogą spółkować ani ze śmiertelnymi, ani z elfami, a nawet draagerami. Po prawdzie plotki były fałszem, a sama historia posiadała wiele wersji, jak każda plotka, jednak Tanyth postanowił to wykorzystać, aby wszcząć wojnę, przez którą, Ibrasil opanował chaos. Nie bez znaczenia pozostał udział samego Ksedara w tym konflikcie. Przez lata przysyłał on swoje na wpół demoniczne dzieci, aby ci szukali Genery i jej córek ukrywających się wśród śmiertelnych. Dżinowie, których Ksedar stworzył poprzez swe niewyobrażalnie chore eksperymenty, przez lata jedynie podsycali zamęt wśród ludu kontynentu. Często postrzegano ich jako elfy, gdyż byli zmiennokształtni, co czyniło ich wspaniałymi szpiegami. Na lata po wojnie, niektórzy władcy wciąż drżeli na myśl, że mogli dostać się w ich najbliższe kręgi oraz szpiegować ich na rzecz sąsiednich mocarstw, a nawet innych kontynentów, z którymi kraje Iball często łączyły stosunki handlowe.

Opowieść Staruchy przerwał skrzek ptaków i szelest piór dochodzący z drzew otaczających wioskę. Niedaleko nich, jedno z nocujących w puszczy stad zerwało się do lotu, poruszając przy tym koronami drzew na których gniazdowały. Niebo, na którym jeszcze chwilę temu widać było migoczące gwiazdy zasłane zostało ciemnymi chmurami, które miejscowo były rozświetlane przez błyskawice. Wieśniakom i Babie wydawało się, że sama matka natura ma w zamiarze wzbogacić o grozę opowieść, którą Starucha miała w zamiarze opowiedzieć. Po zetknięciu pierwszych kropel deszczu z ogniem, ku górze zaczęły unosić się słupy pary, a języki ognia głośno zasyczały.

W każdym razie kontynuowała staruszka napiętą sytuację między elfami postanowił wykorzystać Ksedar. Uderzył on najpierw na Wolne Wyspy Tinz, które jeszcze wtedy stanowiły część kontynentu i nazywane były półwyspem Vorlesty. Utworzył tam obóz dla swojej demonicznej armii, z którym utrzymywał stałe połączenie morskie. Ponoć dalej na tamtych ziemiach mieszkają potomkowie potworów sprowadzonych przez Złego Boga. Chmary demonów, które uderzyły na południowe wybrzeże dzisiejszego Fiorn, rozszalały się na dobre. Wybijały kolejne pomniejsze, nie zdolne do obrony wioski i miasta, a ludzie drżeli w posadach. Armie Belanora zostały podzielone, Część z nich przystąpiła do walki na południu, druga natomiast tłumiła wojska atakujące z północy, które uderzyły na zachodnim wybrzeżu Fiorn w kilka dni po oddziałach na granicy z Vorlestą. Sił do obrony południowych terenów graniczących z Nanhun i górami Tihi, było zdecydowanie za mało i nie minęła nawet pora sucha, jak wroga armia zapukała do bram Arvisty, będącej niegdyś stolicą Republiki Fiorneńskiej. Do wojny nie chcieli dołączyć panowie na Thirid i w Bothii, które swoje tereny posiadały znacznie bardziej wysunięte na wschód, a na dodatek były oddzielone pasmem gór Tihi.

Deszcz, który do tej pory mżył, zaczął siekać mieszkańców wioski ostrymi kroplami. W oddali rozległ się pierwszy silny grzmot, nadchodzącej burzy. Ludzie rozglądali się między sobą, ale nikt nie miał odwagi się ruszyć i schować w zaciszu chat. W końcu nawet staruszka wstała z miejsca, na którym siedziała jako pierwsza, a za nią podobnie postąpiła reszta gawiedzi.

— Rządco, czy jet tu takie miejsce, aby pomieścić was wszystkich? — zapytała w końcu rozglądając i się po ludziach i usiłując ocenić liczbę zebranych osób.

Łysy mężczyzna z długim wąsem, który siedział tuż za swoim synem i jego małżonką, podrapał się po głowie i z namysłem spojrzał na swoją synową oraz syna, którzy także mu się przyglądali i odpowiedział:

— No tak w sumie… eee… to nasza stodoła jest dość spora — wydukał w końcu.

Więc prowadź, dokąd mamy iść, aby dokończyć w spokoju opowieść. — Staruszka zamachnęła się laską, kierując tym samym podmuch wiatru, który zgasił ogień i utworzył wyrwę wśród zaskoczonych wieśniaków.

Stodoła rządcy nie okazała się na tyle duża, by pozostawić im choćby trochę wolnego miejsca. Gdy wszyscy się rozsiedli, w środku zapanował ścisk, nawet pomimo tego że dzieci ułożyły się skulone na sianie kilka metrów nad dorosłymi, którzy umościli się na suchej ziemi. Baba wzniosła ku górze kulę światła, która choć trochę oświetliła wnętrze szopy. Dopiero rozjaśniające od wewnątrz światło ukazało lichość budynku w którym się znajdowali. W ścianach, między deskami rzucały się w oczy liczne szczeliny, które widać było teraz jak na dłoni. Sam dach przeciekał gdzieniegdzie, wpuszczając do środka pojedyncze krople deszczu, które tworzyły z kolei nieliczne kałuże na wydeptanej podłodze. Baba zacisnęła mocniej szczękę, aby nie okazywać braku wdzięczności rządcy za ugoszczenie ich w środku. Sama z głośnym jękiem starych kości zajęła miejsca na najwyższej kopie zeschniętej słomy, tak aby każdy z wieśniaków mógł ją zobaczyć.

Wojna w końcu rozpętała się na dobre. Nikt nie śpieszył Belanorowi i jego poddanym na ratunek, w efekcie dawny król skończył skrócony o głowę. Prawda wszakże jest taka, że nawet z pozoru nieśmiertelne elfy nie przeżyją takiego ciosu. Podobnie skończyła jego partnerka, królowa Vianola. Zabójcy wysłani przez Tanytha przybyli na zamek już po fakcie, to właśnie oni odnaleźli opustoszałą stolicę, gdzie nie było żywego ducha. Ciała Belanora, jego żony i dzieci wisiały na basztach, nabite na chorągwie. Jego siostrę znaleziono zamurowaną w ścianie, z której zwisały jedynie nacięte przedramiona z których do złotych pucharów skapywała krew i głowa pozbawiona języka, zębów oraz z wypalonymi oczyma. Wszystkie komnaty, jakie widzieli zbójcy, wyglądały jakby przeszło przez nie tornado, a arystokraci, którzy należeli niegdyś do królewskiego dworu i cała zamkowa służba, byli w podobnym stanie jak ich władcy. Ściany niejednej komnaty pokryte były grubą warstwą kurzu, odłamków szkła i elfickiej krwi.

Staruszce przerwało głośnie skrzypienie drewna, poruszonego nagłym podmuchem wiatru, a zaraz za nim błysk i huk łamanego drzewa. Przestraszeni wieśniacy zakrzyknęli głośno, a Baba tylko się uśmiechnęła szeroko, ukazując tym swoje bezzębne, poczerniałe dziąsła.

Zbójcy szybko zrozumieli, w jak ogromnym niebezpieczeństwie się znaleźli i że ich najgorszym wrogiem jest czas oraz strach. Przerażeni ciemnością, która niechybnie miała ich zastać w zamczysku, czym prędzej uzupełnili zapasy i wyjechali z opustoszałego miasta, które tak bardzo ich przerażało. Ich dowódca, zdążył napisać jeszcze krótką wiadomość do najbliższego garnizonu, który miał skierować swoje siły na opustoszałe miasto. Czarny niczym noc orzeł, miał nigdy nie dotrzeć do adresata, pożarty przez demony, które go schwytały. W tym czasie wrogie armie starły się na równinach niedaleko wąwozu Gorge. To starcie było istną masakrą dla stacjonujących tam wojsk Tanytha. Dwustutysięczna armia została zmieciona z powierzchni ziemi, a w miejscu, gdzie się starli, do tej pory nie rośnie nic prócz trawy, jakby ziemia opłakiwała śmierć poległych. Ksedara nie były w stanie zatrzymać ani górskie zaspy i śnieżyce, ani klątwy zsyłane przez resztę bóstw. Uparcie parł do przodu z zamiarem wybicia ukochanych przez nich nacji i odnalezienia ukochanej, która go opuściła. Miał w zamiarze zabrać swoją córkę i pozbyć się wszelkich żywych istot, licząc, że Genera przeleje uczucia żywione do nich, wprost na niego i zrozumie, że to on jest jej przeznaczony.

Wycie wilka rozniosło się echem pomiędzy szumem ulewy. Błyskawice siekały wokół wioski, a liście zrywał szalejący wiatr. Ludzie zdawali się jednak nie zauważać dziejących się poza stodołą rzeczy. Mimo tego Baba nasłuchiwała i czekała cierpliwie, kiedy z jej ust wypowiadały kolejne słowa dobrze znanej w królestwie historii:

Widząc chmary demonów, które nadlatują znad pasma górskiego, czarownice które osiadły w Rag, Bothii i Thirid stanęły do walki. U ich boku pojawiły się elfy z królem Tanythem na czele, czarownice z Ruelle Le Blank w przednich szeregach oraz już wtedy powołaną do życia drużyną dwunastu najsilniejszych czarownic, jakie widziało Ibrasil, jako dowódcami poszczególnych legionów. Nawet bogowie we własnej osobie raczyli zejść z piedestałów, wcielając się w wielkich kamiennych tytanów. Słysząc o tym, co się działo zarówno Genera i jej córy stanęły do bitwy, jednak po zupełnie innych stronach barykady, niż spodziewał się tego Zły Bóg. Demoniczne istoty niszczyły wszystko, co spotkały na swojej drodze. Niektóre z nich rozpierzchły się, widząc pogrom, jaki sieją ich stworzyciele. Inne, łaknęły krwi tak mocno, że rzucały wyzwanie dawnym pobratymcom Ksedara. Wojna trwała przez wiele lat, doprowadzając do wymarcia elfów i wielu, wielu innych ras, które znane nam są jedynie z podań.

Wiedźma przed innymi usłyszała zbliżający się szczęk stali i rozchlapywane przez skórzane, ciężkie buty błoto. Jeszcze, gdy mówiła, wiedziała, co się święci, dlatego zamachnęła laską i podmuch wiatru otworzył ledwo trzymające się zawiasów liche drzwi szopy.. Dosłownie minutę później pojawiła się w nich płomiennowłosa kobieta w skromnej, lekkiej zbroi i podszytą futrem delią.

— Ruszaj tyłek, ty zgrzybiała starucho! — wykrzyczała jedynie i zniknęła za drzwiami równie szybko, jak się pojawiła.

Zaskoczeni mieszkańcy wioski spojrzeli na dziewczynę, gdy ta weszła do leciwego budynku, a potem na staruchę. Ta z kolei spojrzała jedynie na Blythiela, który stał oparty o ścianę niedaleko niej i z obojętnością jedynie spoglądał na jej umorusane w błocie ubranie. Baba uśmiechnęła się szeroko, pogłębiając tym zmarszczki na swojej twarzy. Po czym ostatni raz zamachnęła nad głową spróchniałą laską by zdjąć z siebie urok, który rzuciła na długo przed przybyciem do wioski.

Jej ruchy zamarły, a oczy zaszły czernią. Stodołę, oświetloną delikatną łuną światła stworzoną przez Babę, przeszedł dźwięk łamanych kości, a zaraz za nim wysychającej, pękającej i rozszarpywanej ostrymi pazurami skóry. Ciało staruchy od tułowia w dół opadło bezwładnie na siano, plamiąc je tryskającą ze zwłok krwią. Zamiast niego wyrosła głowa młodej dziewczyny, o prostych, jasnych włosach oblepionych kleistą krwią. Przerażone dzieci przytulały się do matek, inne patrzyły na zjawisko z fascynacją. Niektórzy nie bali się nawet krzyczeć z przerażenia, ponieważ jak to wieśniacy nie widzieli nigdy ceny, jaką ponosi się czasem wraz z magią i jak dochodzi do zdjęcia niektórych zaklęć.

Wiedźma o jasnych włosach wydostała się z ciała staruchy naga, oblepiona posoką od czubka głowy aż po palce u stóp. Ciało Baby, którą musiała zabić przed nałożeniem uroku, leżało zmaltretowane i rozerwane na sianie. Bez większej zwłoki młoda kobieta wyjęła z jej zimnych, posiwiałych dłoni swój kostur i kolejnym zamachnięciem laski doprowadziła się do stanu użyteczności. Na jej ciele pojawiły się ubrania, jakie zwykła nosić podczas zadań wykonywanych w górach, a z ciała i włosów zniknęła oblepiająca ją krew.

— W życiu nie widziałem wolniejszego zdjęcia uroku, Wiedźmo — odezwał się w końcu Blythiel.

Nieco wyszłam z wprawy przez pobyt na Ashachańskich ziemiach Dżinie — odparła z wyrzutem. — Poza tym przypominam ci, że tam nie ma magii i zaklęć, więc pozostawało mi jedynie ćwiczenie walki wręcz. — Czarownica podeszła do dżina i zmierzwiła jego włosy, wciąż mokre od deszczu. Chodź, mamy robotę do wykonania.

Oboje wyszli na zewnątrz. Czarownica rozejrzała się, ale nigdzie nie widziała swojego oddziału, który namierzył już demona nękającego wioskę, w której przebywała. Część zaciekawionych wieśniaków wyszła z szopy za nimi, ale Blythe niemal natychmiast rozkazał im schować się z powrotem do budynku i stamtąd nie wychodzić. Kobieta stworzyła pod ich stopami ognisty dysk, który uniósł ich w powietrze, tuż poniżej poziomu chmur. Sunąc w świetle księżyca, starała się przypomnieć sobie topografię terenu oraz zlokalizować miejsce, gdzie mogła rozgorzeć walka, co na szczęście nie należało do trudnych. W okolicy znajdowało się jedynie kilka polan, a reszta terenów była porośnięta gęstymi iglastymi lasami lub ukształtowanie terenu nie pozwalało na swobodne poruszanie się większości dzieci Ksedara.

Fale magii i błyski wybuchów rozchodziły się w nierównych odstępach z okolic górskiej przełęczy znajdującej się niedaleko wioski. Wystarczył impuls, by dysk skierował się na miejsce bitwy. Ich twarze chlastały lodowane podmuchy wiatru, rozwiewając przy tym długie włosy kobiety. Mroźny wicher przenikał przez ich ubrania powodując dreszcze na całym ciele, natomiast wciąż padający deszcz przemoczył ich delie.

Gdy w końcu znaleźli się nad polaną, ich oczom ukazał się wyjątkowo oślizgły stwór, o dwóch głowach i setkach odnóży pokrytych drobnymi, parzącymi włoskami. Pysk naszpikowany ostrymi zębami, które mimo niewielkich rozmiarów w stosunku do jego cielska potrafiły rozrywać ludzkie wnętrzności w mgnieniu oka. Sama warstwa zewnętrzna potwora oblepiona była ciemną mazią, która cuchnęła rozkładającymi się szczątkami ofiar demona. Grzbiet napakowany został długimi, ostrymi kolcami, wystającymi z galaretowatej tuszy, przypominając tym samym grzbiet smoków. Potwór górował nad drzewami unosząc się na licznych, tylnych odnóżach. Nigdzie nie było widać narządów wzroku, a jego ruchy oparte były przede wszystkim na drganiach powietrza wokół niego, jakie wyczuwał dzięki parze czułek umiejscowionych w okolicach otworu gębowego.

Na wszystkich bogów, co to za ohydztwo? – zapytał z odrazą Blythiel.

W tym samym momencie w odsłonięty spód potwora wbiła się seria strzał wystrzelonych przez łuczniczki ukryte w koronach drzew i na skałach przy ujściu z doliny. Bestia zaryczała głośno, a jej krzyk przypominał najbardziej mrożący krew w żyłach skowyt, jaki czarownicy przydarzyło się słyszeć. Ciarki przeszły po jej ciele, a delikatne włoski, skryte pod czarnym płaszczem i zbroją stanęły dęba.

To ohydztwo nazywamy muvati. To rodzaj robaka górskiego, który wabi swoje ofiary podczas snu. Jasnowłosa kobieta zamieniła kostur w długi dwuręczny miecz, uderzając nim o ognisty dysk pod ich stopami. Strasznie ich nie lubię przez wydzielany zapach. Zresztą z jego powodu i rozmiarów kryją się głównie w podziemiach. Ten osobnik, którego masz okazję podziwiać, jest jeszcze względnie młody, a co za tym idzie dość łatwo było go zwabić w pułapkę — uśmiechnęła się pod nosem, — Jednak jeśli jest jeden, to z pewnością, możemy się spodziewać jeszcze kilku młodych, a wraz z nimi na pewno pojawi się najmniej dwójka dorosłych osobników.

Z cielska muvati wystrzeliły macki, wycelowane w jedną z czarownic dzierżących łuk. Ogromna prędkość uderzenia sprawiła, że dziewczyna odbiła się od pnia drzewa, jak lalka i wylądowała na ziemi wśród krzaków. Kilka bordowych liści osypało się na nią, a sama wiedźma zaklęła głośno, wypluwając krew zbierającą się w jej ustach. Zaraz potem wielkiego robala okrążyły trzy inne kobiety, oplątując go przy tym łańcuchami, które rozświetlały ciemność panującą na przełęczy. Deszcz, który cały czas siąpił z nieba, odparowywał zaraz po zetknięciu z rozgrzanym metalem. Wtedy zaskowyczał, a z jego paszczy wydobył się dźwięk mogący ogłuszyć osoby znajdujące się w pobliżu. Na jego krzyk odpowiedziały dziesiątki innych, podobnych, a ziemia pod nimi zadrżała sprawiając, że wapienne odłamki skał osypały się na dół omal nie przygniatając kilka mniej ostrożnych jednostek.

Czarownica zerknęła jeszcze na swojego towarzysza. Na jego twarzy widać było mrok, którego nie widziała jeszcze u żadnego z jego gatunku.

— Ubijemy tego skurwiela, a potem się nachlejemy, jak za starych czasów — uśmiechnął się szeroko ukazując rządek ostrych niczym igły siekaczy.

Bez chwili namysłu rzucił się z platformy. Gdy sunął ku ziemi, wyciągnął spod dali swój miecz. Jędza pokręciła głową z dezaprobatą i skoczyła w ślad za nim. Starając się wylądować jak najbliżej robaka pochwyconego przez jej siostry. Blythe już gdy nurkował w dół usiłował wycelować w sam środek robala, między jego czułki. Udało mu się to, a robal zawył kolejny raz. Miecz rozjarzył się, podobnie jak wcześniej łańcuchy, które parzyły cielsko potwora. Lądując na grząskiej ziemi czarownica widziała, jak cielsko potwora rozpada się na dwie odrębne części, a jego wnętrzności rozchlapują się wokoło.

Metalowe pęta puściły jeszcze zanim czarownica podniosła się na dobre z ziemi. W oddali słychać było łamiące się drzewa. Kobieta otarła z twarzy błoto, które utrudniałoby jej walkę, nie miały wiele czasu, zanim zjawi się więcej takich jak on. Zalmara podniosła broń wyżej i otrzepała ją z grudek ziemi i liści.

— Malary, Brie postawcie barierę! — wykrzyczała. — Vivienne, Vesta, do mnie! Reszta, ostrzał zewnętrzny. Wykończmy te gnidy, gdy tylko się pojawią!

Ciemnoskóre bliźniaczki niemal natychmiast pojawiły się u boku swojej przywódczyni i równie szybko zniknęły. Dobrze wiedziały, co było ich zadaniem. Niemal równocześnie wybiegły na spotkanie robakowi, który wyłonił się z wąskiego przesmyku częściowo zagrodzonego skałami i wystrzelił w ich stronę ogromne, ociekające trucizną, kolce jadowe. Czarownice zrobiły zgodny unik odskakując na bok w przeciwnych kierunkach. Piach pod podeszwami ich butów zachrzęścił, gdy odepchnęły się od podłoża i równocześnie uderzyły w potwora nieco poniżej paszczy. Zdezorientowany muvati zachwiał się, jakby miał za chwile upaść. Jednak zamiast obalić swoje wielkie cielsko na skały, ten powtórnie wystrzelił kolcami w kierunku bliźniaczek. Vivienne ponownie udało się uniknąć ostrzy, jednak Vesta okazała się wolniejsza od swojej siostry i upadła na ziemię z głośnym hukiem, który odbił się od górskich masywów. Zdezorientowana upadkiem siostry Vivienne nie zauważyła macki, która leciała w jej kierunku, trafiając ją z impetem w brzuch, który nie został osłonięty pancerzem lekkiej zbroi. Wtedy ponad czarownice wybił się Blythe i Zalmara wbijający w podbrzusze potwora ostre miecze w niemal tym samym czasie. Muvati zawył po raz ostatni i padł w momencie, gdy dżin i czarownica, odbili się od jego cielska, wyszarpując broń z ran potwora.

Równocześnie do ich uszu dopadł okropny jazgot stada pokonanego robala, a tuż przed wzniesioną barierą pojawiły się kolejne demony. Wszystkie były mniejsze od właśnie zabitego. Lądując na ziemi czarownica starała się obliczyć, ile ich jest. Jednak te ciągle nadciągały, zwiększając swoją liczebność, a dokładny osąd uniemożliwiała ciemność i kurz, wzbijany przez ich pędzące ku nim cielska. Zalmara ze strachem otworzyła szerzej oczy. Było to największe stado, jakie do tej pory widziała, a pierwsze z okazałych, oślizgłych stworów zaczęły nacierać na barierę ze strony lasu, gdzie wzniosły ją Brienne i Malary.

— Ożeż w mordę wyszeptał Blythe pod nosem, zdając sobie sprawę z tego, jak wiele jest demonów, które pędziły wprost na nich.

Zalmara spojrzała na niego ukradkiem. Włosy miał pozlepiane czarną mazią, która zdobiła ich wszystkich. Spojrzała na swój oddział, uzmysławiając sobie, co się właśnie stało i dostrzegając Vestę, przy której już była jej siostra.

— Co z nią? — zapytała, podchodząc bliżej.

Przeżyje, ale mocno oberwała odpowiedziała podnosząc nieprzytomną siostrę.

Dobrze, zabierz ją do wioski i opatrz rany. Powinniśmy sobie dać radę.

Jak na zawołanie pod nogami wiedźmy pojawił się dysk, na którym uniosła się wraz z siostrą w górę. Zalmara przyglądała się, jak obie znikają na nieboskłonie. Tymczasem muvati atakowały zaciekle barierę, na której pojawiały się pierwsze pęknięcia. Zalmara nigdzie nie widziała królowej stada, która powinna bronić swoich młodych. Modliła się jedynie o to, aby demon nie wyrósł nagle spod ziemi.

— Na co czekamy? Przecież bariera zaraz pęknie! wykrzyczał zbulwersowany Blythe.

Na królową odpowiedziała spokojnie Zalmara.

— Jaja sobie robisz? — zapytał z niedowierzaniem w głosie.

Nie, jestem absolutnie poważnie, Blythe — przerwała — jeśli zabijemy królową, padną wszystkie uśmiechnęła się szeroko, widząc wyraz twarzy mężczyzny.

Wraz z ostatnimi słowami czarownicy, bariera pękła, a jej okruchy posypały się niczym szkło, nie raniąc przy tym nikogo.

— Ognia! — wykrzyczała Malary, dając sygnał do wystrzału dla reszty wiedźm znajdujących się pod jej rozkazami.

Magicznie uformowane pociski pomknęły w stronę robali i już po chwili wybuchały uderzając w oślizgłe cielska. Ciała muvati, nie na długo pozostawały poranione, ponieważ ich tkanki natychmiast zaczęły się zrastać. Jedynie niewielki ułamek potworów poległ na ziemi, trafiony tuż pod otworami gębowymi, gdzie znajdowała się większość z potrzebnych im do funkcjonowania organów.

Ścinę pełną stworzeń zasłaniały teraz uderzające w nie pociski magiczne, których huk, mieszał się wraz ze skomleniem muvati. Zalmara, czekała tylko na jeden jedyny dźwięk, który oznaczałby przybycie królowej stada. Niemal jak na życzenie, ten rozległ się kilka sekund później, a jego echo niosło się w przełęczy burząc wapienne ściany. Niektóre czarownice zostały nim zdekoncentrowane, przez co trujące kolce wyrzucone przez potwory w ich kierunku, wbijały się w ich ciała jak w masło, przeszywając je na wylot. Część oddziału miała więcej szczęścia i w porę uniknęła pocisków, mknących w ich stronę z nadludzką prędkością.

Zalmara stała u wylotu przełęczy i czekała na nadejście swojej przeciwniczki. Muvati o błyszczącej niczym czarne diamenty powłoce wychylił się zza zakrętu i z pełną prędkością pędząc wprost na Zalmarę i Blythiela. Królowa górowała nad nimi dobrymi pięćdziesięcioma stopami różnicy, a gdy zbliżyła się bardziej, rzuciła się na nich nabierając jeszcze większej szybkości i sunąc po ziemi.

Kobieta szybko uniosła w powietrze siebie i swojego towarzysza. Obydwoje zawiśli ponad kłębami ziemi unoszącymi się ku górze i ledwo zdążyli spojrzeć w dół, gdy z kłębów wyłoniła się ledwo widoczna królowa muvati. W kilka sekund później, jej ogromne szczęki otoczyły ich ze wszystkich stron,

Malary i Brienne kątem oka obserwowały swoją przełożoną. Wstrzymały oddech, kiedy olbrzymi robal pochwycił ją swoją paszczą. Podobnie jak w przypadku reszty, ataki ustały, a zimną krew zdawały się zachować jedynie część z nich, wciąż śląc kolejne pociski w stronę rozwścieczonej hordy, która już rozlewała się po polanie.

Blythe nie widział co dzieje się z czarownicą. W środku muvati panowała kompletna ciemność, a jego nozdrza zalewał okropny smród. Czuł jak przez jego ubrania i pancerz schowany pod nimi przebijają się zęby potwora. Mężczyzna chwycił mocniej miecz, którym zdołał rozorać membranę zawierającą enzymy trawienne potwora. Po drugiej stronie widział niemalże uformowaną błonę, która rozświetlana od środka słabła, by w końcu ukazać wypalane dziury. Wnętrze potwora rozjaśniała bijąca w oczy fala światła. Dżin czym prędzej wbił miecz w cielsko muvati i ciął nim wzdłuż, by wykonać wyrwę, przez którą już po chwili się wydostał. Przedtem widział, jak Zalmara traci kontrolę nad pokładami niszczycielskiego ognia, który gromadziła w ciele od wielu tygodni. Już wcześniej zdawał sobie sprawę, że dziewczyna niedługo wybuchnie, jeśli nie uwolni zmagazynowanej dzięki rdzeniowi mocy.

Uciekajcie! krzyknął do czarownic w ostatnim momencie, nim fala mocy nie wypchnęła go na dobre z cielska potwora.

Czarownice spojrzały na niego jak na szaleńca, jednak widząc co dzieje się z królową, zrozumiały powód paniki w jego głosie. Niemal wszystkie rzuciły się do ucieczki. Jedne teleportowały się wprost do wioski, aby tam postawić barierę i uratować mieszkających ludzi. Inne z zamiarem ocalenia lasu wzbiły się w powietrze i na jego skraju, postawiły jeszcze jedną, mocniejszą ścianę mocy.

Dżin jak jego natura nakazywała, przewodził uciekającym czarownicom i schronił się za barierą w wiosce. Zalmara tymczasem ostatecznie traciła kontrolę. Jej żyły eksplodowały nadmiarem mocy, a krzyk, który wyrwał się z jej ust, zagłuszony został przez słup ognia wystrzelony w niebiosa i falą ognia, która w jednej sekundzie wydostała się z jej ciała, aby stworzyć ścianę płomieni nacierającą na pierwszą barierę.

Czarownice, które pozostały przy swojej przywódczyni z trudem utrzymały ochronną powłokę, wkładając w to całą moc jaka pozostała w ich ciałach. Nie był to pierwszy raz w ich wspólnej służbie. Magia ognia nie była łatwym do opanowania żywiołem, a gromadzenie jej w takich ilościach mogło skutkować zniszczeniem kilku okolicznych gór.

Gdy ściana płomieni zaczęła opadać, wylot przełęczy otaczały hałdy popiołu powstałego ze spalonych roślin i potworów. Same skały i ziemia były doszczętnie stopione. Pośród tego krajobrazu, pełnego tlących się zgliszczy i dymu leżała naga czarownica, która straciła przytomność. Rudowłosa Brienne, zbliżyła się do przełożonej. Nakładając na siebie, obowiązkową, wzmocnioną barierę. Krew z zadrapania na jej lewym policzku już dawno temu zaschła, a sama rana się zagoiła. Czarownica zdjęła płaszcz podszyty miękkim futrem i okryła Zalmarę, podnosząc ją ze spalonej ziemi. Wzięła także ocalały kostur, który zdobiło kilka nowych nadpaleń. Czarownice przerzuciła sobie przez ramię i tworząc dysk, uniosła się nad koronami drzew pędząc w stronę wioski, z której przybyli.

Chyba — przerwała — troszkę przesadziłam wychrypiała ledwo przytomna Zalmara do ucha przyjaciółki.

Brie przyjrzała się jej twarzy, pokrytej resztkami popiołu w który zamieniła się królowa podczas wybuchu. Nie spuszczając wzroku z celu, chwyciła mocniej rozgrzane ciało przyjaciółki i uśmiechnęła się szeroko.

— Troszkę? Nawet bardzo — odparła omal nie wybuchając śmiechem.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 963
5

Komentarze (1)

  • 21 listopada 2021 at 12:03
    Podoba mi się jeszcze bardziej. Uwielbiam dobrze napisane sceny walki, które uatrakcyjniają książkę. W końcu nie chodzi tylko o dobrze opowiedziane legendy, ale także krew i metal xxx

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!