Kroniki Iball. Tom I: Niosąca Światło | 2.1

Rozdział II

Starzy przyjaciele, dawni kompani

Słońce było już wysoko na nieboskłonie, kiedy Zalmara wraz z kilkoma innymi czarownicami z jej sabatu mogła skoncentrować się na ćwiczeniu walki. Każda z nich zajęła miejsce po przeciwnej stronie placu ćwiczebnego, na którym panował niemiłosierny skwar. Orzeźwiająca bryza znad jaziora Suan nie docierała tu, jako że przestrzeń znajdowała się poniżej poziomu ulicy, pośrodku licznych budynków klasztornych oddzielających dzielnice biedoty i biedniejszego mieszczaństwa, od dzielnicy arystokratycznej.

Jej dwie przeciwniczki oddaliły się od niej o niemal dziesięć metrów, starając się złapać jak najwięcej tchu po przednim, szybkim ataku w którym próbowały ją rozbroić. Sama czarownica nie była w lepszym stanie od swoich podwładnych, mimo to starała się nie okazywać zmęczenia, jakie ogarniało jej umysł. Polegała na pamięci swojego ciała, a większą część ruchów wykonywała automatycznie. Starcia na placu, trwały od niemalże godziny. Zwykle trenowały w większej grupie, mieszając między sobą słabsze i silniejsze czarownice, aby o ile nie podnieść, to chociaż wyrównać poziom grupy. Tym razem jednak, Zalmara dała swojemu oddziałowi dzień wychodny, jako że spisały się podczas ostatniej misji. Pozostały z nią jedynie jej przyboczne.

Ciemna skóra Vivienne błyszczała spocona w promieniach słońca górującego nad ich głowami. Czarne, związane w kucyk włosy lepiły się do jej karku i czoła. Czerwoną tunikę miała zakurzoną od wszędobylskiego kurzu, który dostawał się na plac z ulic stolicy. Czekoladowe oczy przybocznej błyszczały wesoło mimo zmęczenia, gdy ta rozpędzała się, by po raz kolejny zaatakować Zalmarę.

Vivienne trzymała miecz mocno, a jej ruchy były płynne i precyzyjne, choć w opinii Zalmary, czarownica robiła zbyt duże zamachy. Wykonywała kolejne pchnięcia, z prędkością, której pozazdrościłyby jej nie jeden żołdak. Jej ruchy zmuszały Zalmarę do cofnięcia się o kilka kroków. Atak wyglądał niemal jak taniec ciała i stali. Kobieta doskonale wiedziała, na co stać jej mięśnie.

Ostateczny cios wymierzyła z góry, co stało się głównym powodem jej nadchodzącej porażki. Zalmara zablokowała ostrze zmierzające ku niej, bocznym zębem sztyletu trzymanego w lewej, silniejszej ręce. Impet, z jakim uderzyła Vivienne, sprawił, że jej ciało doświadczyło nagłego wstrząsu, a ocierające się ostrza wywołały rozlewające się iskry. Mimo tego Zalmara trzymała mocno pozycję obronną, w której przyjęła cios. Nie chciała dać za wygraną młodszej przeciwniczce.

Czarownica zacisnęła mocniej szczękę, jednak większość swojej energii włożyła w nogi, zapierając się o uciekający spod jej nóg piach. Wiedziała, że przeciwniczka nie podda się tak łatwo, w końcu stoczyły tak wiele wspólnych pojedynków, że wiedziała, jak uparta potrafiła być Vievienne.

W końcu odepchnęła przeciwniczkę, celując jednocześnie w jej podbrzusze drugim sztyletem trzymanym mocno w prawej dłoni. Jego końcówka zrobiła delikatny otwór w lekkim pancerzu treningowym, wykonanym z owczej skóry. Przez twarz Vivienne przemknął wyraz zaskoczenia, który zniknął tak samo szybko, jak się pojawił, zastąpiony rzadko spotykanym u kobiety zacięciem.

Zalmara poczuła na swoich plecach zimne ostrze melee, które przebiło jej koszule. Brie była za nią, zmuszając przełożoną do opuszczenia broni wymierzonej w jej partnerkę. Gdy sztylety zagrzebały się końcami w piachu, Brie uśmiechnęła się hardo do Vivienne zza pleców ich przełożonej.

Mam cię wysyczała do ucha Zalmary zadowolona.

Zalmara uśmiechnęła się chytrze i jednym, płynnym ruchem uchyliła się przed mierzącym w nią ostrzem. Czas wokół Zalmary spowolnił, a sama czarownica prześlizgnęła się pod klingą długiego, zakrzywionego na końcu miecza, ku swojej przyjaciółce. Pchnęła Brie dłonią w klatkę piersiową, przywracając stały bieg czasu. Rudowłosa kobieta wypuściła z dłoni miecz, który pochwyciła Zalmara, obracając go klingą ku przeciwniczce. Druga przyboczna Zalmary upadła na zakurzoną ziemię, w tym samym momencie, gdy ostrze znalazło się na wysokości jej szyi.

W tym czasie ku niej wybiegła Vivienne, która trzymając w swoich dłoniach długi miecz. Pęd, jakiego nabrała druga czarownica pozwolił wytrącić jej oręż niespodziewanym kopniakiem wyprowadzonym przez Zalmarę. Vivienne spojrzała wściekła na przełożoną i rzuciła się na nią bez jakiegokolwiek oręża. Czarownica puściła miecz Brie, przytrzymując go odrobiną magii przy jej gardle, by uniknąć kolejnych ciosów Vivienne.

Zalmara wykorzystała jeden z nieudolnych ciosów ciemnoskórej czarownicy z Wysp Tinz i pochwyciła jej przedramię i bark, a następnie podciąć jej nogi mocnym kopnięciem w ścięgna znajdujące się za kolanem. Vivienne z gruchotem znalazła się na ziemi, podobnie jak Brie, jednak tym razem to bezpośrednio kolano przełożonej przygwoździło ją do ziemi.

Poddajesz się? zapytała z groźbą w głosie Zalmara.

Vivienne oddychała głośno, lecz ruchy jej klatki ograniczało kolano przełożonej uciskające jej mostek. Leżąca na ziemi kobieta przełknęła głośno ślinę i z rezygnacją wymalowaną na twarzy skinęła niepewnie głową. Zalmara puściła przyjaciółkę, podając jej dłoń, by mogła wstać.

Brie? — Spojrzała na rudowłosą czarownicę, leżącą na ziemi z ostrzem przy gardle.

Niech cię Wenheim pochłonie Zalmaro — wydyszała — poddaje się dodała szeptem czarownica, pewna, że dzisiaj także nie zje ciasta czekoladowego, które tak bardzo uwielbiała.

Odebranie deseru swoim partnerkom było jedną z nielicznych kar, jakie stosowała Zalmara wobec swoich podwładnych. Przynajmniej w ramach kar za przegrane walki podczas treningów. Kodeks, który obowiązywał jego członkinie był znacznie bardziej surowy, ale nie regulował kwestii sparingów.

Kobiety znały się, odkąd skończyły dwunasty rok życia, kiedy trafiły do szkoły Zakonnej na wyspie należącej do czarownic – Magalladzie. Choć było to lata temu, wszystkie pamiętały chrzęszczący pod butami piach na wybrzeżu i łąki obsiane zbożem, którego złote kłosy targane porywistym wiatrem znad oceanu kołysały się spokojnie, gdy przemierzały szlaki wyspy na zakonnych wozach. To jedyne na świecie miejsce, gdzie wszystkie niezależnie od statusu społecznego czuły się w pełni wolne. Na lądzie czuły oddech przeszłości, który ciążył im na karku, nawet gdy ich bliscy i oprawcy leżeli już dawno w grobie.

Zalmara podała dłoń Brie, gdy ta gramoliła się z ziemi. Druga przyboczna nie poskąpiła jej chwytu pod kolanem i obalenia jej z impetem na skutek jednoczesnego pociągnięcia na ziemię. Zalmara znalazła się obok podwładnej w ciągu sekundy, gdy noga mimowolnie się pod nią ugięła. Czarownice wybuchły śmiechem, a wchodzące na plac po popołudniowej przerwie adeptki przyglądały im się z ciekawością.

Ignorując je, Brie podniosła melee, która znalazła się na ziemi wraz ze zniknięciem cząstek mocy Zalmary. Przywódczyni wyciągnęła z piachu swoje sztylety, a Vivienne ruszyła by poszukać w krzakach nieopodal swojego miecza, który wytrącony wylądował gdzieś na granicy małego lasku otaczającego z jednej strony plac ćwiczebny.

Kobiet nie widywało się często na ogólnym placu treningowym, toteż Brie, Vivienne i Zalmara wzbudziły niemałe zaciekawienie adeptek, które przyglądały im się bacznie. Plac, na którym się znajdowały były przede wszystkim używany do ćwiczenia świeżo przybyłych do domu zakonnego adeptek, które oceniane i szkolone były pod okiem innych, bardziej doświadczonych czarownic. Po odbytym kilkumiesięcznym, obowiązkowym szkoleniu, podczas którego poznawały między innymi topografie miasta, kobiety otrzymywały przydział do konkretnych regimentów i wyjeżdżały do miejsc, gdzie te aktualnie stacjonowały. Inaczej było, gdy dziewczyna miała silniejszą od innych moc, wtedy trafiała na Magalladę, gdzie pobierała nauki. Pobyt zwykle trwał tyle, ile było to konieczne, czyli dopóki dziewczyna nie nauczyła się wzorowo posługiwać swoją mocą.

Czarownice, które posiadały swój przydział, najczęściej ćwiczyły na placu, który budowniczowie ulokowali na jednym z dziedzińców domu zakonnego. Było tam zwykle mało miejsca, co miało zarówno swoje wady, jak i zalety, jednak magazyny przy placach ćwiczebnych były znacznie lepiej wyposażone niż sale we wnętrzu budynku. Inną kwestią była dostępność placu, gdyż przez większość czasu był okupowany przez miejscowe sabaty i świeżaki.

W wejściu do wnętrza budynku, gdy wyszła z nich ostatnia adeptka, pojawiła się blada twarz czarownicy, okolona prostymi, krótkimi włosami. Kobieta była ledwo zauważalna przez rażące promienie popołudniowego słońca. Jednak Zalmara mogła wszędzie rozpoznać jej kąsającą aurę. Nymetia przypominała jej węża, który skradał się do swojej ofiary, by zaraz potem zadać ostateczne, śmiercionośne ukąszenie.

Cały dobry humor wyparował z Zalmary, gdy dostrzegła patrzącą się na nią kobietę. Nie przepadały za sobą. Zresztą Nymetia nie była lubiana przez nikogo w Zakonie. Przerażała wszystkich, gdy tylko pojawiła się na horyzoncie. Była przysłowiową czarną owcą, jeśli chodziło o jakiekolwiek stosunki społeczne. Zalmara pamiętała, gdy Sirene powołała kobietę na stanowisko swojej zastępczyni. Szczerze powiedziawszy, nikt się tego wówczas nie spodziewał, ale sama Nymetia spełniała się w przydzielonej jej roli, choć początkowo sprawiała wrażenie dość nieporadnej osoby.

Brie i Vivienne wzdrygnęły się, gdy zobaczyły, na kim spoczął wzrok ich przełożonej. Mimo tego zasalutowały kobiecie o wyższej pozycji. To samo zrobiły adeptki, gdy zauważyły gest dwóch przybocznych Zalmary. Nymetia zrobiła krok do przodu, a jej ciemną sylwetkę, za którą ciągnęły się cienie, oświetliło ostre popołudniowe słońce, które traciło na mocy w zetknięciu z mrokiem, jakim emanowała czarownica.

Sirene, wraz ze swoją zastępczynią należały do słynnej dwunastki, która zarządzała zakonnymi włościami i zawierały intratne kontrakty z koronowanymi głowami. Dwanaścioro Wielkich Czarownic Magallady było formacją, która powstała zaraz po pierwszej wojnie kontynentalnej. Miały za zadanie chronić wyspę i najważniejsze koronowane głowy. Przez lata ich wpływy poszerzyły się nie tylko na Iball, ale wpłynęły też znacząco na losy Ashas czy Wolnych Wysp Tinz, które w wojnie stanowiły pierwszą linię obrony przeciwko demonom Ksedara.

Dwunastka kiedyś proponowała wstąpienie w ich szeregi Zalmarze, która miała zająć miejsce swojej szanowanej nauczycielki, gdy ta postanowiła przejść na emeryturę po utracie mocy wskutek ran odniesionych podczas bitwy. Kobieta była pierwszym takim przypadkiem w długiej historii Zakonu, prawdopodobnie ewenementem na skalę światową. Czarownica odmówiła, twierdząc, że siedzenie za biurkiem i gierki polityczne nie są dla niej atrakcyjne. Nie mogły w końcu przymusić jej do dołączenia. Moc którą dysponowała była na stosunkowo równym poziomie, a doświadczenie bojowe dawało jej znaczną przewagę nad częścią z nich, w związku z czym była przydatnym dowódcą terenowym.

Sirene cię wzywa. Samotnie. Chłodny głos przełożonej zalał myśli Zalmary niczym mroźne fale jeziora Suan. Czarownica zerknęła kątem oka na swoje podwładne, dając im jasno do zrozumienia, że mają za nimi nie iść.

Zalmara niechętnie ruszyła w stronę przyglądającej się jej Nymetii. Vivienne i Brie w tym czasie zwróciły się w stronę adeptek, które trwały w tej samej pozycji, salutując niemej wiedźmie. Brie i Vivienne posłały jej ostatnie, współczujące spojrzenie, gdy ta zniknęła pod łukowatym przejściem prowadzącym do wnętrza budynku. Zalmara niespiesznie podążała za starszą wiedźmą.

Krok z Nymetią zrównała, dopiero gdy mijały wejście do ogólnego magazynu, który mieścił się zaraz obok zbrojowni i szatni dla adeptek. Korytarz stał się wtedy na tyle szeroki, że koło siebie mogły iść dwie osoby.

Twarz kobiety odzianej w czerń pozbawiona była wyrazu, a jej chód był pewny, przepełniony niezachwianą pewnością siebie. Ku zdziwieniu Zalmary, minęły schody prowadzące do stołówki na parterze oraz kwater czarownic na piętrach, nad którymi znajdował się gabinet i prywatne pokoje najwyższych czarownic. Zamiast tego przeszły kawałek dalej korytarzem i skręciły w jedną z najdalszych odnóg, która prowadziła na inną klatkę schodową.

Zalmara i Nymetia schodziły po kręconych schodach, które śmierdziały wilgocią i stęchlizną. Im głębiej pod ziemią się znajdowały, tym powietrze było chłodniejsze i bardziej cuchnęło. Kilka, a może kilkanaście poziomów niżej, do odoru stęchlizny dołączył także smród, jaki wytwarzała uryna, zepsute mięso i krew.

Ściany zaczął pokrywać zielonkawy osad przypominający nieco zgniliznę. Z łukowatego stropu i nierównych ścian, skapywała woda, która nie jeden raz syczała po zetknięciu z wątłym płomieniem świec, ustawionych w małych niszach na kamiennych lichtarzach. Świece były jedynym źródłem światła, mimo tego żadna z czarownic nie widziała powodu, aby tworzyć kule świetlne nad ich głowami.

Na końcu klatki schodowej, gdzie odór uniemożliwiał oddychanie, kobiety zasłoniły swoje nosy rękawami lnianych koszul, które miały na sobie. Nie powstrzymało to smrodu, ale pomogło im nieco zniwelować pieczenie w gardle, które powodował.

Zalmara skrzywiła się, gdy zobaczyła stojącą dumnie Sirene, która nie zasłaniała niczym ust i nosa. Przywódczyni jak zawsze była wyniosła i dumna, a sylwetkę trzymała wyprostowaną, nawet w tak okropnym miejscu, jak to. Nad głową Dwunastej lewitowała jasna kula światła, która lawirowała między skałami zgodnie z wolą wiedźmy.

— Sirene — czarownice zasalutowały, przykładając dłoń do serca, jak to robiło się w zakonie. Zwróciły tym na siebie uwagę głównodowodzącej.

Przełożona nie oderwała wzroku od punktu, w który cały czas się wpatrywała. Przed oczami Zalmary przez chwilę pojawiały się mroczki, zanim jej wzrok przyzwyczaił się do rozświetlonego wnętrza katakumb.

Wysoko nad ich głowami wisiała cała masa stalaktytów, które podobnie jak ściany pomieszczenia były pokryte grubą warstwą zielonej mazi spływającej po nierównych ścianach. Dopiero gdy wzrok dziewczyny przyzwyczaił się do ostrego światła, spostrzegła kraty łączące ziemię z sufitem. Za kratami zaś widać było tylko ziejącą ciemnością pustkę.

Już myślałam, że będę musiała tu spędzić wieczność, czekając na waszą dwójkę odezwała się w końcu Sirene. Chodźcie za mną.

Czarownica obróciła się na pięcie i ruszyła w głąb korytarza, który ciągnął się przez najmniej kilkaset metrów. Po obu jego stronach znajdowały się kraty, których końce ginęły w stalaktytach i stalagmitach. Jeśli orientacja nie myliła Zalmary, tunele ciągnęły się pod murami obronnymi pałacu królewskiego, który górował nad miastem. Możliwe, że sięgały dwóch końców jeziora Suan, nad którym położone było miasto.

Jedynym źródłem światła wciąż pozostawała kula wisząca nad głową Sirene. Jej migoczącemu blaskowi towarzyszyły delikatne szumy, echo uderzającej o skały wody oraz warczenie z pobliskich klatek, które nasilało się, gdy tylko zbliżały się do kolejnych krat. Zalmara nie wiedziała kto, a raczej co znajduje się w poszczególnych celach. Miała dziwne wrażenie, że wcale nie chce się tego dowiedzieć. Gdzieniegdzie wydawało jej się, że śledzi ją czyjś wzrok, ale na samą myśl o takiej możliwości przechodził jej ciało zimny dreszcz niepokoju.

Sirene zatrzymała się w końcu przed jedną z krat i przygasiła nieco światło. Z celi nie dało się niczego usłyszeć, co więcej zapaść znajdująca się w niej wydawała się opustoszała. Po krypcie rozszedł się ledwo słyszalny szept kobiety, a kraty zniknęły pomiędzy okalającymi je stalagmitami. Zaciekawiona Zalmara zrobiła krok ku niebezpiecznie ostrej krawędzi. Gdy spojrzała na Sirene, miała wrażenie, że pod ciasno przylegającym gorsetem sukni, w którą była ubrana, czarownica napięła wszystkie możliwe mięśnie. Dwunasta gestem zachęciła ją do podejścia bliżej czeluści.

W przepaści panował mrok, przy którym nawet cienie oplatające Nymetie wydawały się niesłychanie mizerne. Ciemność wydawała się nieprzenikniona, a nie przyzwyczajone do niej oczy Zalmary niczego nie ułatwiały. Zirytowana czarownica już chciała uszczuplić nieco zapasy swojej mocy, kiedy na jej nadgarstku zacisnęła się mocno zimna, blada dłoń, przez którą prześwitywały jasnoniebieskie żyły.

Stanowczo odradzam pojawiła się myśl w umyśle czarownicy.

Zaskoczona kobieta spojrzała na przełożoną, której dłonie wykonywały skomplikowaną serię znaków. Nymetia nie potrafiła mówić, zamiast tego wyrobiła w sobie silny nawyk pokazywania wszystkich słów dłońmi, nawet zaklęć, choć wcale tego nie potrzebowała. W przeszłości, gdy jeszcze nie odebrano jej zdolności mowy, znana była z posługiwania się magią niewerbalną, która nawet w zakonie była rzadkością.

Podwładna skinęła jej głową na znak, że rozumie co ma na myśli. Musiało oznaczać to tyle, że stwór żyjący na dnie albo nienawidzi światła, albo wręcz przeciwnie, żywi się nim. Tymczasem dłonie drugiej wiedźmy zatrzymały się, a mrok przed nimi nieco ustąpił. Białowłosa czarownica spojrzała w dół jeszcze raz. Tym razem jej oczy dostrzegły w dole kształt, który z sekundy na sekundę ustępował pod wpływem czaru Nymetii, kuląc się na zimnej skale.

Potwór znajdujący się na dole w żadnym stopniu nie przypominał olbrzymich robali, jakie wytłukli niemalże miesiąc temu pod Ogat Avberg. W zadziwiająco większym stopniu przypominał człowieka. Jego skóra była czarna, oleista, jakby pokryta gładko rozprowadzoną smołą. Z czaszki i ramion wystawały mu rogi, przy czym te wyrastające z głowy były ogromne i zakręcone niczym rogi kozła. Na plecach miał ogromne, błoniaste skrzydła pokryte taką samą mazią. Palce miał zakrzywione jak u dzikiego ptaka, zbudowane były jednak nie z ludzkiego czy ptasiego kośćca. Materiał odbijał smugę światła niczym metal, Zalmara jednakże nie była pewna swoich osądów z tej odległości, a problemów przysparzała dodatkowa słaba poświata, którą odważyła się stworzyć Sirene.

Nagle stwór uniósł spuszczony, podłużny łeb i spojrzał na wiedźmę spod zamglonych bólem oczu. Jego wzrok zdawał się ciskać gromy na zgromadzone u góry kobiety, a pysk zacharczał ciężko. Stwór rozprostował skrzydła gniewnym ruchem i szarpnął za mocne kajdany, którymi jego kończyny były przymocowane do betonowych kloców. Gdy to nic nie dało, warczenie z jego pyska zyskało na sile, a ogon zakończony ostrym jak brzytwa szpikulcem, którego wcześniej nie zauważyła Zalmara, uderzył wściekle o ścianę z taką siłą, że ta ukruszyła się, tworząc szczelinę w jednolitej masie.

Warczenie demona zamieniło się w niemożliwie wysoki pisk rozchodzący się echem po krypcie. Zalmara miała wrażenie, jakoby nieznane jej stworzenie błagało o pomoc. Wokół głów czarownic pojawiła się bańka mocy, która zdołała wygłuszyć nieprzyjemny dźwięk. Mimo tego Zalmara odruchowo zatkała uszy palcami.

Nieopodal nich spadło kilka stalaktytów, które roztrzaskały się z hukiem, niosąc się echem po korytarzu, który rozciągał się daleko w obu kierunkach. Skrzek ucichł, lecz po dosłownie kilku sekundach na końcu długiego korytarza rozległy się wrzaski, a każdy z nich był inny. Zaczęło się od jednego, znacznie cichszego od tego, który czarownice słyszały chwile temu, ale fala echa docierająca do ich uszu była dłuższa. Zanim jej słuch opanował kolejny nieprzyjemny dźwięk, a potem następny i jeszcze jeden. Skrzeki docierały do nich falowo, odbijając się o ściany pomieszczenia wykutego w skale.

Zalmara chciała liczyć każdy z nich, ale przy trzydziestym straciła rachubę. Jej umysł ledwo rejestrował co się dzieje wokół niej. Nagle coś wpadło na nią, a czarownica zderzyła się z zimną skałą, omal nie nadziewając się na ostry koniec pobliskiego stalagmitu pokrytego zieloną substancją. W ziemię obok niej wbiły się podłużne igły, wyglądające jak kolce znajdujące się na końcu ogona stwora przykutego do ściany.

Cholera syknęła zirytowana Nymetia w myślach. Nie widzisz co się wokół ciebie dzieje? Nie jesteśmy na treningu, żebyś mogła tracić czujność Zalmaro!krzyk wiedźmy, która ją powaliła na ziemię własnym ciężarem, wypełnił głowę czarownicy.

Wszystko w porządku? Zapytała zaciekawiona Sirene. — To jego pierwszy atak od momentu schwytania.

Zalmara skinęła głową w jej kierunku i podniosła się szybko z ziemi, skupiając się jedynie na potworze znajdującym się w klatce. Z jego pyska buchała para, a łuski, którymi pokrytą miał paszczę, odbijały światło, podobnie jak reszta jego skóry. Czarownica nie wiedziała co myśleć o stworze. Był pierwszym przedstawicielem swojego gatunku od lat i niemal na pewno nie pochodził z tego kontynentu.

Kto schwytał tę maszkarę? Zalmara wskazała podbródkiem na stwora czającego się na nie w dole.

Ani Nymetia, ani Sirene nie zwróciły na nią uwagi, jakby obawiając się, że stworzenie nieznanego pochodzenia mogło zerwać się z kajdan.
Czarownica ochraniająca konwój kupiecki z Fiorn.

Zalmara spojrzała na Nymetie zaskoczona. Miała nadzieję, że nie był to konwój, o którym myślała.
Kiedy konwój wrócił do stolicy? Przesłuchałyście ją? Macie raport? Zaciśnięte zęby Zalmary zazgrzytały o siebie dźwięcznie.
Niestety. — Sirene pokręciła z rezygnacją głową. — Dziewczyna cały czas przebywa nieprzytomna w lecznicy. Padła ofiarą trucizny któregoś z jego pobratymców, ten jest najsłabszy, prawdopodobnie dlatego zdołała go schwytać wyszeptała Sirene.

— Co z konwojem? — przerwała jej Zalmara.

Sam konwój, cóż. Nie skończył zbyt dobrze. Jego szczątki znalazła grupa zwiadowcza strażników granicznych. Były rozrzucone na terenie niemal pięciu kilometrów. Sami kupcy zaś… – przerwała.

To była istna masakra — dokończyła za nią Nymetia. — Strażnicy zastali jedynie zniszczone wozy i krew. Całe mnóstwo krwi. Wedle ich słów ziemia była nią tak przesiąknięta, że zmieniła kolor, mimo obfitych deszczy, które przeszły nad ranem, po ataku. Sami kupcy i kilkoro najemników im towarzyszących zostało pożartych lub porwanych.

Na wszystkich bogów! Zalmara pobladła słysząc słowa Sirene. – Znacie imię tej czarownicy? Jesteście pewne, że nikt więcej nie uszedł z życiem? Wysłałyście kogoś do okolicznych wiosek? — zapytała z nieukrywaną niechęcią.

Niestety nie Nymetia pokręciła przecząco głową. Co do wieśniaków, nie chcemy siać paniki. Sytuacja na granicach i tak jest już wystarczająco napięta, przez konflikt z Fiorn — przerwała. — Nie jestem pewna, ale czarownica miała na imię Veria, Vesa, Veta… Coś takiego, nie jestem w stanie sobie przypomnieć. W każdym razie jakaś początkująca. Po ciele Zalmary przeszedł dreszcz strachu, a po kręgosłupie pociekła stróżka zimnego potu.

Vesta wyszeptała mimowolnie.

Zalmara bez zbędnego słowa wstała z zimnego kamienia, na którym w międzyczasie przykucnęła, by zawrócić się w stronę, z której przyszły z Nymetią.

Wracaj! — Dotarł do jej umysłu rozkaz przełożonej, ale Zalmara go zignorowała.

Na ramieniu niemej czarownicy spoczęła zimna dłoń Sirene. Nymetia spojrzała na nią pytająco.

— Niech idzie — powiedziała — to jej podwładna.

Nim Zalmara się zorientowała biegła już po schodach prowadzących do podziemi fortecy, by czym prędzej znaleźć się na głównej klatce schodowej prowadzącej na wysoki parter. Przeskakiwała po dwa śliskie stopnie, usiłując się czym prędzej dostać na wyższe piętra, gdzie znajdowało się wejście do przyzakonnej lecznicy. Jej umysł szalał z niepokoju o stan przyjaciółki. Wiedziała, że nie powinna dopuszczać jej do wykonywania kolejnych zadań, mimo że ta zapewniała ją o dobrym samopoczuciu. Popełniła błąd, a to mogło kosztować życie jej przyjaciółkę.

Na zewnątrz słońce zaczynało pochylać się ku dachom budynków, kiedy czarownica wbiegała po stromych schodach. Ze stołówki słychać były chichoty adeptek i starszych czarownic, które spożywały popołudniowy posiłek. Ktoś grał na lutni, a kilka z czarownic śmiało się do rozpuku. Nie to jednak zajmowało teraz myśli czarownicy. Cienie za jej plecami zdawały się zamykać na wąskiej klatce schodowej, jakby pchały ją ku górze. Zalmara nie zwracała uwagi na mijające ją twarze, gnając ku górze, jakby goniły ją złe duchy.

Gdy w końcu znalazła się na docelowym piętrze, skręciła w lewo, by na końcu korytarza znowu skręcić, tym razem w prawo, gdzie mieściło się wschodnie skrzydło budynku w którym zagospodarowano salę na trzy poziomową lecznicę. Na pierwszym piętrze mieściły się sale zabiegowe, natomiast na parterze gabinety lekarskie i podręczny magazyn w którym składowano lekarstwa. Główne zewnętrzne wejście wraz z poczekalnią umieszczono na parterze, jednak to nie ono teraz interesowało Zalmarę. Musiała znaleźć podwładną, którą najprawdopodobniej umieszczono w sali chorych na drugim piętrze lecznicy.

Delikatna woń anyżu uderzała w jej nozdrza, gdy tylko minęła zakręt. Świadomość tego, że Vesta wróciła w dodatku ranna, zdawała się dominować nad czarownicą, która czuła się odpowiedzialna za swoje podwładne, mimo że czasami nic na to nie wskazywało. Każdą z tych dziewczyn znała od lat. Najmłodsza czarownica w jej oddziale liczyła sobie obecnie prawie dwa stulecia, a dla części kobiet i tak pozostawała nieopierzonym pisklakiem.

Mimo świadomości, że w lecznicy Vesta była bezpieczna, czarownica, która zwykle nad sobą panowała, czuła, że jej serce wali jak oszalałe. Każdy nawet najszybszy krok ciągnął się w nieskończoność, a jej umysł przestał rejestrować dźwięki wokół niej. Wzdrygnęła się, kiedy kobieta o rudych włosach zrównała z nią krok, przyglądając jej się znajomymi, pełnymi ciepła, piwnymi oczyma ukrywającymi się pod bujnymi rzęsami.

Wyglądasz, jakbyś zobaczyła ducha lub najmniej demona — zauważyła. Brie uśmiechnęła się szeroko, zadowolona z życia i zapewne pełnego brzucha po posiłku. Wołałam cię, gdy minęłaś mnie na schodach dodała.

Przepraszam, nie słyszałam cię zmieszała się Zalmara. Masz jakąś ważną sprawę? — Zapytała popychając energicznie drzwi prowadzące do lecznicy.

W sumie nie, chciałam powiedzieć, że skończyłam raport z naszej ostatniej wizyty w górach, no i odniosłam wyczyszczone sztylety do twojej sypialni. Brie zatrzymała lecące ku niej skrzydło drzwi. Nie miała zamiaru odpuszczać Zalmarze, mimo że ta nie była w humorze na wesołe pogawędki z przyboczną. Nie powstrzymał jej nawet kierunek w którym zmierzała jej przełożona. W gruncie rzeczy to dokąd idziemy? W końcu zapytała, z zaciekawieniem rozglądając się po oszklonym korytarzu, który ciągnął się wzdłuż izolatek, za którymi znajdowała się sala chorych.

Do Vesty odburknęła Zalmara, przechodząc przez kolejne, przeszklone drzwi.

Przecież Vesta jest w Fiorn. Ma wrócić dopiero za dwa dni, pamiętasz? Zalmara posłała Brie wściekłe, mrożące krew w żyłach spojrzenie, gdy ta wypowiadała ostatnie słowa. Czarownica niemal natychmiast uciszyła się na dobre i krzyżując dłonie za plecami, podążała za swoją przełożoną wzdłuż szeregu łóżek zaścielanych białą pościelą.

Większość z nich była zajęta stękającymi z bólu mieszkańcami miasta. Znaczna część pochodziła z najbiedniejszej dzielnicy miasta. Jej mieszkańców nie było stać na dobrą pomoc lekarską, którą mogli otrzymać w zakonnej lecznicy, mimo że ze względu na małą liczbę ochotników, oczekiwanie w kolejce potrafiło zajmować kilka godzin. Niestety w Zakonie brakowało chętnych rąk do pracy, dlatego często pomagali tu praktykanci z królewskiego szpitala lub nawet zwykli mieszkańcy miasta, którzy nie posiadali odpowiedniej wiedzy.

Nad Zalmarą panował jeden zmysł: węch. Wyostrzył się on do granic możliwości, filtrując zapach anyżu i opuncji, którym pachniała jej przyjaciółka. Nigdzie indziej nie pomyliłaby tego swądu. Gdy czarownice były w połowie szeregu wąskich łóżek, do jej powonienia dotarł nowy, metaliczny zapach. Krew. Czarownica rzuciła się niemal biegiem ku miejscu z którego dochodził. Z każdym krokiem woń stawała się silniejsza, a wraz z nasilającym się zapachem, poczuła inną woń, taką samą, jaką czuła w katakumbach, przy obcym stworzeniu pokazanym jej przez Nymetię i Sirene.

Łóżko zasłonięte było cienką kotarą, przez którą widać było zarys ludzkiej sylwetki leżącej na sienniku. Zalmara podeszła do kotary na drżących nogach i równie niestabilnymi rękami uchyliła kawałek materiału. Odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, że na łóżku nie leży jej przyjaciółka, a całkowicie obca kobieta.

Co tu robicie? Nie powinno was tutaj być! Dobiegł do nich młody, męski głos. Kobiety stanęły niemalże jak słup soli. Rzadko zdarzało się, żeby do pracy w lecznicy przy Zakonie przyjmowani byli mężczyzn, tak jednak stało się tym razem. Ku nim zmierzał wysoki, nienaturalnie chudy mężczyzna w fartuchu zaplamionym krwią swoich pacjentów. Wonie anyżu i opuncji niemalże zanikły w nozdrzach czarownicy, przygniecione swądem krwi, uryny i ostrym zapachem suszonej kory sosny, z której wytwarzano leki uśmierzające ból. Co tu robicie? — Lekarz powtórzył pytanie, gdy znalazł się bliżej nich. Irytacja na twarzy mężczyzny widoczna była gołym okiem.

Natomiast cała pozytywna energia jaką kipiała Brie, zdała się w momencie zniknąć, a na jej usta wpłynął chytry uśmieszek starej pijaczki, którą nie da się ukryć, że była.
Zalmara wolała jej momentami nie przypominać o tym, ile razy
pomagała jej wrócić z tawerny w biedniejszych dzielnicach, gdzie według niej lali najlepszy alkohol po niezbyt zawyżonej cenie. Brie potrafiła pić lepiej od niejednego zawodowego alkoholika. Na szczęście potrafiła też się obronić, w innym przypadku już dawno jakiś jegomość zainteresowałby się jej wdziękami.

Przepraszam za nagłe wtargnięcie Zalmara wystąpiła krok przed Brie, która stała bliżej. Zabierając jej tym samym możliwość popełnienia głupstwa, jakim był flirt z nieznanym mężczyzną. — Jestem Zalmara, dowódca oddziału czarownic z Lorfort przedstawiła się patrząc hardo w zielone oczy mężczyzny. Szukam jednej ze swoich podwładnych. Powinna gdzieś tutaj być – Zalmara rozejrzała się nerwowo wokoło.

Gdyby była mi pani tak miła podać imię podwładnej, z całą pewnością ją zlokalizuje, jeśli tu jest lub była w ciągu ostatniego tygodnia. Mówiąc to, młody lekarz przewrócił kilka kart pacjentów, które miał spięte klamrą na drewnianej podstawce.

Czarownica Vesta z pierwszej kompani ósmego regimentu piechoty wyrecytowała Zalmara.

Lekarz przewijał przez chwilę karty, po czym zatrzymał się na jednej stronie, lustrując ją uważnie.

Leży na końcu ostatniego rzędu przy ścianie zachodniej. Zaraz koło pokojów izolacyjnych. Traficie same, czy was zaprowadzić? Brie i Zalmara pokiwały zgodnie głowami, a wiecznie poważny lekarz westchnął jedynie zrezygnowany.

— Trafimy same — odpowiedziała. — Dziękujemy za pomoc — dodała Zalmara.

W takim razie życzę paniom miłego popołudnia. — Lekarz odwrócił się by wrócić do swoich obowiązków. — Proszę, nie zamęczcie pacjentki pytaniami, może jeszcze nie czuć się w pełni na siłach — dodał zerkając na nie przez ramię.

Zalmara i Brie bez zastanowienia ruszyły w kierunku wskazanym przez lekarza. Ten natomiast śledził je wzrokiem, dopóki nie zniknęły za zakrętem.

Czarownice wymruczał pod nosem i skierował swoje kroki w kierunku z którego wcześniej przyszedł.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 274
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!