Córa rodu Phoenix – Rozdział 11

Przerwany mecz

             – Odczep się ode mnie, kobieto!

W Pokoju Wspólnym rozległ się poddenerwowany, podniesiony głos Luthera. Rozbawiona Tea zerknęła w stronę wejścia do dormitorium i uśmiechnęła się szeroko, widząc Dragana zmierzającego ku niej szybkim krokiem oraz nieporadnie drepczącą tuż za nim Daisy, bezskutecznie starającą się zagadać kruczowłosego. Z tą dziewczyną coś zdecydowanie musiało być nie tak…mimo dosadnych słów turkusowookiego i jego nadmiernie szorstkiego zachowania, nie potrafiła zostawić go w spokoju. W sumie nikt nie wiedział, czy chłopak aż tak jej się spodobał, czy postawiła sobie za punkt honoru uwiedzenie przystojnego, odpornego na jej wdzięki kolegi z czystej przekory. Daisy Delave zdecydowanie nie była dziewczyną, która mogłaby od tak pogodzić się z odrzuceniem – cieszyła się mianem jednej z najpiękniejszych uczennic, chodzącego urzeczywistnienia męskich marzeń, a takie kobiety wyjątkowo źle reagowały na wszelakiej maści przejawy bycia ignorowanymi.

– Nie bądź taki uparty, jesteś niesamowity z zaklęć! Pouczymy się razem w bibliotece? No wiesz…tylko we dwoje. Nie będziesz żałował, obiecuję – wydęła zalotnie wargi, bezceremonialnie flirtując z obiektem swych westchnień.

Kruczowłosy usilnie starał się nie zwracać uwagi na namolną Ślizgonkę, jednak dziewczyna nieświadomie przekroczyła granicę jego cierpliwości, gdy złapała go za rękę, wplatając swoje palce między jego. Płomiennowłosa widząc mocno zaciśniętą szczękę Luthera oraz jego gwałtowne zatrzymanie się, wstała z kanapy – miała wszelkie powody by sądzić, że przyjaciel przesadzi z reakcją, a Delave ani trochę nie ułatwiała mu opanowana wzbierającego gniewu. Demoniczne oczy przeszył lodowaty błysk furii, kiedy uczennica zaczęła wodzić palcami po paśmie ciemnych, aksamitnych włosów. Błękitnooka czując w kościach nadchodzącą burzę, stanęła obok Dragana gotowa w każdej chwili odciągnąć go od, niczego się nie spodziewającej, Daisy. Dragan jedynie trzem osobom pozwalał na dotykanie swoich włosów, bez groźby utraty zdrowia i życia – miał tak od dzieciństwa, nie mając ochoty zmieniać przyzwyczajeń. Mężczyzna odwrócił się napastliwie w stronę koleżanki, bezlitośnie wyszarpując dłoń z jej uścisku. Starał się…naprawdę próbował, ale tego było już zdecydowanie za wiele!

– Nigdy więcej mnie nie dotykaj, cholerna kretynko – syknął złowieszczo. – Nienawidzę żałosnych kobiet, a przez ciebie zaczyna mnie już mdlić. Zrozumiałaś, czy mam ci to dobitniej wytłumaczyć, pożałowania godna parodio damy?

Czas jakby stanął w miejscu, powstrzymany przez falę nagłego, niejasnego niepokoju, który wypełnił Pokój Wspólny – tak silnego i złowróżbnego, że aż paraliżującego. Większość Ślizgonów nieświadomie wstrzymywała oddechy, zbyt przerażona, by normalnie zaczerpnąć tchu. Przepełniona złowrogą presją aura Dragana, nie była czymś, z czym byliby w stanie skutecznie walczyć – Luther nie potrzebował ani słownej, ani fizycznej agresji, żeby skutecznie wzbudzać niepokojów. Posiadał niezrównaną umiejętność dominowania otoczenia, na pozór, bez większej przyczyny. Taki już miał urok…nieprzejednanego władcy na włościach. Najbardziej wystraszona z całego towarzystwa była naturalnie Daisy, na niej bowiem skupiała się cała uwaga demonicznych oczu. Ognistowłosa, chcąc oszczędzić młodziutkiej czarownicy traumy, delikatnie wsunęła palce w dłoń Dragana, żeby odciągnąć go od Ślizgonki.

– Już wystarczy – szepnęła, opierając głowę o jego ramię.

Luther spojrzał na nią z ukosa i nieoczekiwanie wybuchnął śmiechem, uwalniając tym samym zebranych z żelaznych objęć lęku. Uczniowie zerkali na siebie ukradkowo, nie mając zielonego pojęcia, co tak właściwie się wydarzyło – nawet Delave wyglądała na szczerze zdezorientowaną, choć znajdowała się w ścisłym centrum wydarzeń. Kolejna z deprymujących zdolności zdolności Dragana…mistrzowsko mieszał w umysłach, dzięki czemu był w stanie momentalnie usunąć się w cień. Kruczowłosy uścisnął lekko dłoń panny Dumbledore i bez ostrzeżenia podniósł ją. Wciąż się śmiejąc spoglądał w ciepłe, lazurowe oczy dziewczyny. Przyciągnął ją bardzo blisko swojej klatki piersiowej, uśmiechając się szelmowsko.

– Zgodnie z rozkazem, moja pani – wymruczał niemalże bezgłośnie.

Puszczając mimo uszu protesty przyjaciółki, przerzucił ją przez swój bark i jak gdyby nigdy nic, odwrócił się plecami do Daisy, zwalczając pokusę dania jej ostrzejszej nauczki. Lady nie miała zamiaru za bardzo droczyć się z turkusowookim – Luther często nosił ją w ten sposób, lubiąc podkreślać przewagę siły fizycznej. Sprężystym krokiem podszedł do rozłożonego na kanapie Blaise’a, po czym wychylił się nad oparciem, by móc spojrzeć na młodszego kolegę.

– Cześć, Zabini, co robisz? – zagadną swobodnie.

Ciemnoskóry chłopiec nie krył rozbawienia patrząc na, niemrawo starającą się wyrwać z uścisku Luthera, Dumbledore. Naburmuszona płomiennowłosa spoglądała na policzek czarnowłosego, ale widać było od razu, że nie za bardzo przeszkadzała jej nonszalancja starszego chłopaka. Blaise nie miał pojęcia właściwie dlaczego Dragan, aż tak bardzo, upatrzył sobie Gallateę i czemu obydwoje zachowywali się, jakby znali się od wieków. Tea znosiła, czasem nieco dziwaczne, zachowania Luthera i z całą pewnością świetnie się przy nim czuła – wymieniali drobne uszczypliwości, śmiali się z tych samych rzeczy, gadali godzinami o wszystkim i o niczym…Szybko odnaleźli wspólny język, jednak jak o tym dłużej pomyśleć, nie było w tym nic wyjątkowego. Dragan dość łatwo dogadywał się z niemalże wszystkimi.

– Mam napisać karne wypracowanie dla McGonagall – Zabini machnął niechętnie trzymanym podręcznikiem. – A ty co? Zająłeś się porywaniem księżniczek?

– Księżniczek? – oczy Luthera zalśniły zaczepnie.

Zrzucił z ramienia pannę Dumbledore, tylko po to by złapać ją pod pachy i podnieść tak, żeby mógł wpatrywać się w prost w jej porcelanową twarzyczkę. Był dużo, dużo wyższy, więc Tea nijak nie mogła sięgnąć podłogi. Chcąc złapać jako taką stabilność, oparła dłonie na napiętych mięśniach przedramion mężczyzny i uśmiechnęła się delikatnie – zdecydowanie nie próżnował przez te wszystkie lata. Dragan z tym swoim firmowym, szelmowskim półuśmieszkiem ignorował wszelkie oznaki niezadowolenia dziewczyny. Zachichotał złowieszczo i spojrzał na Blaise’a.

– Bardziej z niej karzełek, niż księżniczka.

Płomiennowłosa tej zniewagi nie mogła od tak puścić płazem! Kopnęła dość mocno Luthera w udo, jedynie potęgując jego śmiech.

– Zmieniłem zdanie. Lepiej pasuje zadziorny gnom – czarnowłosy mrugnął do niej porozumiewawczo.

Ta scena do złudzenia przypominała sytuację z samego początku ich znajomości, wtedy jednak to ona podniosła chłopca, nazywając go gnomem. Do dziś miała przed oczami jego urażoną, komiczną minę. Tak wiele czasu minęło…tak wiele się wydarzyło…co by jednak się nie działo, zawsze mogła liczyć na Dragana. Niezawodnie pojawiał się dosłownie znikąd, gdy go potrzebowała – jak najprawdziwszy rycerz.

– Możesz mnie postawić? – uśmiechnęła się łagodnie.

Luther ostentacyjnie przewrócił oczami, spełnił jednak jej życzenie. Odstawił bezpiecznie dziewczynę na ziemię, po czym położył dłoń na rzeźbionym oparciu kanapy i bez trudu przeskoczył ją, wybijając się z miejsca. Blaise w geście dobrej woli podkulił nogi, zwalniając kawałek siedziska dla kolegi. Dragan rozsiadł się wygodnie i spojrzał na Zabini’ego – ten dzieciak wkurzał go najmniej z całego towarzystwa.

– Dzięki, stary. Gdzie Arystokrata i Blondyna?

– Draco jest na treningu, a Dafne siedzi u siebie z Parkinson. O czym te dwie znowu gadają, nie wiem i nie chcę wiedzieć.

– Cholerny Marcus! – warknął Dragan, niespecjalnie zainteresowany tym co robiła Greengrass – Miał mnie zabrać na kolejny trening!

– Pewnie by cię zabrał, gdybyś nie zniknął na prawie cały dzień! – błękitnooka strzeliła go w tył głowy – Gdzieś ty się włóczył?

Luther posłał jej rozbawione spojrzenie. Wątpił, żeby nie wiedziała gdzie był, ale wypadało mu jakoś wykaraskać się z opresji. Odchylił marynarkę i z wewnętrznej kieszeni wyciągnął swoją sfatygowaną papierośnicę – palenie dawało mu najwięcej przyjemności spośród rozlicznych nałogów…no może poza jednym. Odpalił fajkę, zaplótł dłonie na karku i przymknął oczy, zaciągając się cudownie gryzącym dymem. Lady usiadła na dywanie, wspierając plecy o jego nogi. Sama paliła, więc nie chciała pouczać kuzyna – wiedziała bardzo dobrze, że nic by to nie dało. Dragan robił co chciał…zawsze i bez wyjątku.

– Nie miałem ochoty iść dzisiaj na zajęcia – skwitował beztrosko, zaciskając lekko zęby na filtrze papierosa.

– Lubisz być problematyczny, co przystojniaku? – zakpiła Gallatea.

– Hmm? Czyżbym dobrze usłyszał, panno Dumbledore? Uważasz, że jestem przystojny? – kruczowłosy zaśmiał się krótko.

– Chodzący Adonis – uderzyła go pięścią w kolano.

– Snape ci nie daruje zrywania się z zajęć – Zabini zebrał się z pozycji półleżącej i usiadł bliżej Luthera.

– Musiałby wyleźć z tej swojej piwnicy na światło dnia, żeby mnie dopaść. Masz pewność, że to by go nie zabiło?

Jeszcze przez dłuższą chwilę Luther i Zabini nabijali się bezlitośnie z opiekuna domu. Tea obserwowała ich uważnie z rosnącym uśmiechem. Doceniała to jak bardzo Dragan się starał – póki co zachowywał się najnormalniej jak potrafił, a był to nie lada wyczyn w jego wykonaniu. Zapewne z trudem przychodziło mu znoszenie towarzystwa dzieciaków i brak możliwości sięgnięcia po rozrywki, które lubił najbardziej.

– Blaise, dużo ci zostało tego wypracowania? – turkusowooki nagle zmienił temat.

– Nie, już prawie skończyłem. Została mi jeszcze jakaś strona, może trochę więcej. To tylko notatki…przepiszę je na czysto po kolacji. Czemu pytasz?

– Denerwuje mnie jak Delave oddycha. Pomogę ci z notatkami i pójdziemy na trening, pasuje?

Zabini’ego nie trzeba było namawiać. Uczył się dobrze, nawet bardzo dobrze, ale tematy zadawane na karne referaty były męczącym, skrajnie nudnym bełkotem – samo zbieranie źródeł potrafiło przyprawić o depresję, a profesor McGonagall była w tej kwestii bezlitosna. Młody czarodziej podał starszemu koledze plik dotychczasowych zapisków, gotów w razie czego pomóc mu je rozczytać. Luther jednak pomocy nie potrzebował – przerzucił szybko materiały, pobieżnie je czytając.

– Straszne gówno – zaśmiał się cynicznie.

– Transmutacja zła nie jest, ale “XIV wieczny odział głównych gałęzi transmutacji, wady i zalety” brzmi jak jakiś wyrok – jęknął Blaise.

Już miał sięgać po stosik książek i podręczników piętrzący się przy kanapie, jednak Luther powstrzymał go pobłażliwym spojrzeniem. Durne dzieciaki…

– Nie będą potrzebne.

Płomiennowłosa z subtelnym uśmiechem patrzyła na szok, wzmagający się na twarzy Zabini’ego. Dragan Luther, tak jak i ona, narodził się ze szczególnym darem – był geniuszem, posiadającym zarówno niedościgły intelekt, jak i pamięć doskonałą. Poczuła bolesne ukłucie w okolicy serca, nie pozwalające jej się dłużej uśmiechać. Dragan za swój dar musiał zapłacić makabryczną cenę. Po raz pierwszy spotkała go, gdy zgodziła się towarzyszyć Arienowi w wizycie u syna oraz jego najbliższych. Miriam, matka Dragana i Ethana, przedstawiła jej młodszego synka – wtedy właśnie podniosła go i nazwała gnomem. Kruczowłosy już wtedy był dość zamknięty w sobie, smutny i nieprzystępny. Stało się tak z prostego powodu – niewielu potrafiło nadążyć za jego tokiem rozumowania, a im był starszy, tym boleśnie odczuwał przepaść dzielącą go od innych. Z reguły patrzono na niego jak na dziwaka, któremu brak było piątej klepki. Chłopiec nie odnajdując oparcia wśród najbliższych, zamykał się na całe dnie w bibliotece i oddawał swojej pasji – nauce. Izolowany przez otoczenie i po części samego siebie, nigdy nie nauczył się budować trwalszych relacji. Nikomu nie ufał, do nikogo się nie odzywał, a empatia umarła w nim niemalże całkowicie – nie rozumiał uczuć i tak już zostało. Młodziutki Luther był bardzo, bardzo samotny i w żaden sposób nie potrafił z tym walczyć. Zmieniło się to dopiero w dniu, w którym spotkali się po raz kolejny – podczas pogrzebu jego ukochanej matki. Sytuacja w jakiej wtedy postawiono turkusowookiego była wyjątkowo ciężka, dołująca i dogłębnie niesprawiedliwa. Nie mogąc znieść wrogiej, brutalnej atmosfery narastającej wokół dziecka, zabrała go do siebie – nie pytając nikogo poza Arienem o zdanie. Przez ledwie rok mieszkania razem, zdążyli się bardzo mocno zżyć, głównie dlatego, że mieli ze sobą wiele wspólnego. Zrezygnowali z niedomówień i posiadania tajemnic, dzięki czemu zaufali sobie bezgranicznie. Dobrze jej się żyło z Lutherem, ale czuła w nim jakiś rodzaj tęsknoty, nawołujący go coraz mocniej i mocniej do opuszczenia rezydencji – był bardzo ciekaw świata i sekretów jakie skrywał. Błękitnooka wyciągnęła dłoń i musnęła palcami długie, krucze włosy mężczyzny. Ich dotyk…przywoływał tak wiele nostalgicznych wspomnień. Przed laty nakłoniła go do pierwszej podróży. Popchnęła go w stronę ścieżki, którą podążył na własnych zasadach. Z okrzykniętego dziwadłem, wyobcowanego chłopca, Dragan zmienił się w żywą legendę – ponurą i mroczną legendę…Na twarz płomiennowłosej wrócił uśmiech, gdy obserwowała zacięcie na przystojnej twarzy przyjaciela. Pisał szaleńczym tempem, nie zawracając sobie głowy książkami – zapewne posiadał dużo rozleglejszą wiedzę na temat transmutacji, niż ta przedstawiona w podręcznikach. Jego popis ściągnął uwagę kilku Ślizgonów, którzy otoczyli ich ciasnym wianuszkiem, z niemym niedowierzaniem przypatrując się poczynaniom nowego ucznia. Draganowi już dawno temu przestało zależeć na ukrywaniu swoich zdolności – traktował je jako coś naturalnego, coś od czego nie było ucieczki. Nie przejmował się również opinią innych na swój temat ani tym, że może niechcący zrazić do siebie młodych adeptów sztuk magicznych – od wieków obchodziło go jedynie zdanie Vallerin i nikogo innego. Skończył pracę po ledwo 10 minutach, po czym z obojętną miną oddał notatki Blaise’owi. Chłopiec przeglądał je, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. W dłoniach trzymał gotowe wypracowanie, zawierające wszystkie informacje, które zdążył wyczytać plus olbrzymie pokłady detali do jakich nie udałoby mu się dotrzeć bez pomocy.

– Jak ty… – wykrztusił mało składnie, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w turkusowookiego.

– Myślałeś, że skoro mam taką buźkę, to muszę być debilem? – roześmiał się szyderczo Luther.

– Co? Ja…nie… – młody Ślizgon odetchnął głęboko. – Nie o to mi chodziło…Nie no! Jesteś całkiem niczego sobie i w ogóle, ale nie chciałem zasugerować…

Zabini jeszcze przez chwilę usiłował niezdarnie się wytłumaczyć. Jego niepewny bełkot rozbawił czarnowłosego, który nie odmówił sobie przyjemności podpuszczania dzieciaka. W końcu zniecierpliwił się i zakończył przeciąganie niezręcznych tortur pod granice czystego sadyzmu. Nie chciało mu się dłużej siedzieć w Pokoju Wspólnym i wysłuchiwać szeptów na swój temat – dobra zabawa na kilka-kilkanaście minut, ale szybko się nudziła. Wstał zwinnie, uważając, żeby nie zakłócić spokoju płomiennowłosej.

– Jak już skończyłeś się jąkać, to możemy iść? – westchnął teatralnie.

– Jasne! Dzięki wielkie za notatki, życie mi uratowałeś! Odniosę graty do pokoju i możemy iść.

Blaise energicznie pozbierał wszystko co przytaszczył i nie chcąc nadwyrężać cierpliwości Luthera, w podskokach pobiegł do swojego pokoju. Kruczowłosy odprowadził młodziaka znudzonym wzrokiem, po czym przeniósł spojrzenie na ogniste włosy dziewczyny, wciąż opartej o jego nogi. Jak ona wytrzymywała z tym stadem dzieciaków, pojęcia nie miał – łatwo było im zaimponować byle bzdurą, a odporność psychiczną na gierki mieli na poziomie dwulatka. Miał wyraźne przeczucie, że przebywanie w szkole nie będzie dla niego tak łatwe, jak początkowo sądził. Nie działo się tu nic, na czym mógłby skupić swą uwagę, a tym bardziej pobawić się w satysfakcjonujący dla niego sposób – zbyt wielu świadków, których musiałby uciszyć.

– Idziesz z nami, Gall? – szepnął swobodnie.

Ognistowłosa zadarła głowę i wlepiła w niego swoje olbrzymie, lazurowe oczy z szerokim, na wpół radosnym uśmiechem.

– Głupie pytanie – mrugnęła porozumiewawczo.

                     Znajomi panny Crown szybko przyzwyczaili się do obecności Dragana, a sam Luther, choć był rozchwytywany przez niemalże wszystkich, zawsze spędzał z nimi przynajmniej dwie godziny wieczorami, chcąc jak najlepiej poznać towarzystwo przyjaciółki, by wyrobić sobie zdanie o młodych adeptach sztuk magicznych. Z zasady również podczas posiłków w Wielkiej Sali odmawiał starszym uczniom, siadając obok Dumbledore i jej grupy. Dawno już zauważył, że niezobowiązujące rozmowy przy jedzeniu mogły dać mu najlepszy ogląd na rzeczywiste relacje między nimi panujące – człowiek wiele był w stanie ukryć, jednak tak czy inaczej kiedyś musiał się odsłonić, a najłatwiej było o to podczas relaksującej wymiany zdań o codziennych, zwyczajnych rzeczach. Tego dnia nie było inaczej. Siedział między Malfoy’em i Zabinim, przysłuchując się ich żwawej dyskusji na temat katorżniczego wypracowania z eliksirów. Dużo łatwiej dogadywał się z chłopakami. Na Dafne patrzył raczej mało pewnie, chociaż starał się być dla niej tak miły, jak tylko potrafił – odrzucały go jej wiecznie wlepione w niego oczy i przedziwna skłonność do długich rozmów na błahe tematy.

– Dragan, ty chyba krwawisz! – Greengrass z przejęciem wskazała na dłoń kruczowłosego.

Rzeczywiście gładki blat stołu plamiło coś, co wyglądało na krew. Luther szybko zabrał dłoń i zdecydowanym ruchem starł lśniące kropelki, zanim ktokolwiek mógłby dopatrzeć się ich nietypowej barwy – nie byłoby mu na rękę tłumaczyć się z tak zagadkowej odmienności. Uśmiechnął się do, zdradzającej pierwsze oznaki ataku paniki, Dafne. Na panikującą małolatę też nie miał zamiaru tracić czasu.

– To nic takiego – zacisnął dłoń w pięść. – Musiałem się czym zaciąć, kiedy przerzucałem rzeczy w kufrze.

– Lepiej żeby madame Pomfrey rzuciła na to okiem. Zaprowadzę cię do Skrzydła Szpitalnego – Tea poderwała się od stołu i spojrzała na kruczowłosego z przekąsem. – O dziwo tam jeszcze nie wylądowałeś.

Luther mógłby podroczyć się z przyjaciółką, ale nie było na to czasu. Nie protestując wstał i pokornie wyszedł z Wielkiej Sali u boku błękitnookiej. Lady co jakiś czas zerkała ukradkowo na dłoń, którą Dragan przycisnął do piersi i skrzywiła się lekko, uważnie lustrując wzrokiem, względnie pusty, korytarz. Bez ostrzeżenia złapała towarzysza za łokieć, zaciągając go w stronę wejścia na Wieżę Astronomiczną. Kiedy dotarli na jej szczyt, po raz kolejny upewniła się, że są sami i spojrzała pytająco na turkusowookiego.

– Od kiedy z ciebie taki paranoik? – zaśmiał się beztrosko.

– Uczyłam się od najlepszych – wskazała na niego dyskretnie, śmiejąc się subtelnie. – Wiadomość?

Dosadnie spojrzała na krwawiącą dłoń – dobrze znała tę metodę przekazywania wieści. Była to procedura dość wiekowa, wysoce zaawansowana, niewykrywalna i nieco bolesna. Typowy przedstawiciel starej, dobrej szkoły magicznej o którym pamięć się zatarła.

– Ta…mogę skorzystać w twojego pokoju? Wolałbym mieć za plecami zabezpieczenia na wypadek nieproszonych gości.

– Nawet nie musisz pytać. Uważaj tylko, żeby nikt cię nie przyłapał. Wrócę do reszty i powiem, że jeszcze będziesz żył – uśmiechnęła się do niego kąśliwie. – Póki co.

– Dzięki, księżniczko! – Luther roześmiał się w głos.

Obrzuciła go rozbawionym spojrzeniem, po czym zbiegła samotnie z Wieży. Wracając spokojnym krokiem do Wielkiej Sali zastanawiała się, kto mógł przysłać wiadomość w ten sposób – w obecnych czasach ta metoda była z całą pewnością wymarłą sztuką. Polegała na zawarciu między przynajmniej dwiema osobami tzw “paktu krwi“. Potwierdzenie paktu umieszczało się na skórze w postaci symbolu, najczęściej utrwalanego w formie tatuażu, choć niektórzy preferowali wyrycie go. Gdy chciało się wysłać wiadomość, trzeba było naciąć skórę i krwią zapisać słowa na pergaminie. Gotową wiadomość wystarczyło przyłożyć do symbolu, który pochłaniał krew. Odbiorca dowiadywał się o wiadomości, gdy na jego dłoni tworzyła się niewielka rana, a sygnałem uprzedzającym o tym co ma nastąpić było charakterystyczne pieczenie. Konieczne było znalezienie płaskiej, dość jasnej powierzchni. Przeciągało się po niej powoli skaleczoną dłonią, tak by zdążyła spłynąć odpowiednia ilość krwi, a w nieco makabrycznym śladzie utworzonym z roztartej substancji pojawiały się słowa wiadomości – kolejno zdanie po zdaniu. Po odczytaniu całości, krew samoistnie wracała do ciała, sklepiając ranę. Technikę tę opracował jej brat – Damon – jako podstawową, służącą do porozumiewania się rodowi Phoenix. Niegdyś pakty praktykowali również czarodzieje parający się czarną magią, nie sądziła jednak by w ich kręgach sztuka ta przetrwała do obecnych czasów – czarodzieje zdążyli opracować niemniej skuteczne, bezbolesne metody. Przed wejściem do Sali odetchnęła głęboko, przywołując swój codzienny, wyuczony uśmiech. Usiadła obok Blaise’a, zajmując dotychczasowej miejsce Luthera.

– Co z nim? – poddenerwowana Dafne odłożyła srebrną łyżeczkę.

– Nic mu nie będzie, to płytkie rozcięcie. Powiedział, że spotkamy się po lekcjach.

– O ile na zajęcia dotrze – zaśmiał się Draco.

Szkolne życie płynęło swym tempem, nie odróżniającym tego dnia od pozostałych. W środku dnia korzystali z godzinnej przerwy, czerpiąc z jednego z ostatnich słonecznych dni. Choć wciąż było nieco chłodno, ciepłe promienie zachęcały do wyściubienia nosów poza szkolne mury, więc siedzieli na jednej z kamiennych ław zamkowego dziedzińca. Dafne, z jak to określił Malfoy “zacięciem wściekłego chomika”, starała się wbić palce między żebra Blaise’a, żeby ukarać go za uszczypliwą uwagę na temat jej włosów. Greengrass należała do dziewcząt szczupłych o delikatnej budowie, nie miała więc szans na przebicie się przez materiał płaszcza Ślizgona, co tylko bardziej go rozśmieszyło. Blondynka, zdając sobie sprawę z przegranej, zmieniła taktykę i zepchnęła kolegę z ławki wprost w błoto powstałe z roztopionego śniegu. Już nie tak wesoły Blaise wstał powoli, przyglądając się wybrudzonemu ubraniu z kwaśną miną. Otrzepał jako tako rękawy, po czym spojrzał ostrzegawczo na Dafne.

– Masz pół minuty – syknął z pełną powagą.

Ślizgonka, rozumiejąc do czego to wszystko nieuchronnie zmierza, poderwała się do ucieczki. Zabini, jak zapowiedział, dał jej pół minuty przewagi, po czym rzucił się w pogoń – śmiejąc się przy tym w głos. Śmiech Blaise’a i radosne piski Dafne zlały się w przyjemną kakofonię dźwięków, odbijających się echem od murów szkoły. Tea i Draco obserwowali szaleńczą gonitwę dopingując zarówno łowcę, jak i jego niedoszłą ofiarę.

– Będzie mi tego brakowało – nieoczekiwanie wyszeptał Malfoy.

Ognistowłosa zmierzyła go pytającym spojrzeniem. Choć nie przestawał się uśmiechać, w jego szarych oczach próżno było szukać radości. Blondyn wydawał się przygaszony i w jakiś sposób odległy – jakby niedostrzegalna ściana w ułamku sekundy oddzieliła go od swobodnej atmosfery dziedzińca. Kątem oka zerknął na koleżankę, wymuszając coś co miało prawdopodobnie imitować szczery, lekko zaczepny uśmiech.

– W sensie takich wygłupów – doprecyzował, odwracając wzrok.

– Gdzieś się wybierasz? – szturchnęła go dziewczyna – Tu możemy się wygłupiać ile dusza zapragnie.

– Na dwa miesiące wakacji do domu – westchnął z rezygnacją. – Gdyby mój ojciec zobaczył, co tu wyczyniamy…nie takiego syna chciał wychować, wierz mi.

Dziwna mieszanka smutku i wstydu w głosie chłopca uderzył ją z siłą najpotężniejszego zaklęcia. Jak wymagający wobec syna musiał być Lucjusz, skoro takie przemyślenia zaprzątały głowę ledwie dzieciaka, który obecnie powinien przejmować się wyłącznie swoimi szkolnymi sprawami oraz przyjaciółmi? Nie raz słyszała od Draco o surowych, konserwatywnych metodach wychowawczych pana Malfoy’a, polegających w głównej mierze na trzymaniu oschłego dystansu. Najgorsze w tym wszystkim było to, że blondyn uważał je za całkowicie normalne – zimne obycie ojca wydawało mu się czymś zupełnie naturalnym i koniecznym. Tempo patrzyła na biegającego za Dafne Blaise’a. To nie dotyczyło wyłącznie Draco…oni wszyscy podlegli byli podobnym schematom. Znała aż za dobrze poglądy rodów czystej krwi na temat wychowania. Cały trud rodziców wkładany był w ukształtowanie dziecka na godnego dziedzica rodu – pozbawionymi znaczenia były takie drobnostki jak charakter, zdolności, poglądy, cele i marzenia potomka. Przyszyły dziedzic miał bezwzględnie wpasować się w tradycję swego rodu, a opornych z zimną krwią wydziedziczano, nie przejmując się zupełnie ich dalszym losem. Niepodzielnie panowała jedna zasada: jesteś z nimi, lub przeciw nam. W końcu wśród czystokrwistych największą ujmą było wychowanie burzącego schematy odmieńca, albo co gorsza rządnego zmian wizjonera, z własnymi planami na przyszłość. To co nestorów starych rodów przyprawiało o dumę, ją niezmiennie irytowało. Chyba tego najbardziej nienawidziła w świecie czarodziejów. 

                        Płomiennowłosa poderwała się jak oparzona i wciąż zaspana mocno chwyciła krawędź kołdry, naciągając ją pod samą brodę. Ze snu wyrwały ją uparcie utkwione w jej twarzy oczy, przez które poczuła się nieswojo do tego stopnia, że nie mogła dłużej spać. Pospiesznie rozejrzała się po pokoju. W półmroku lodowato lśniły turkusowe tęczówki. Dragan siedział na fotelu z łokciami wspartymi na kolanach, a o splecione dłonie opierał brodę, ukrywając tym samym częściowo usta. Nic nie mówiąc, patrzył zawzięcie na dziewczynę. Odetchnęła delikatnie i usiadła, przeczuwając, że może jej się nie spodobać przebieg tej wizyty.

– Długo tu siedzisz? – warknęła poirytowana, zagarniając włosy z twarzy.

– Nawet w tym śpisz? – Luther, ignorując pytanie, wskazał na jej naszyjnik.

– Wiesz dobrze, jak to bywa z moją mocą. Potrafi wyrwać się spod kontroli w najgorszym możliwym momencie, a już zwłaszcza, jeśli nie daję jej ujścia.

– Nałożyli ci obrożę? – mężczyzna zaśmiał się nieprzyjemnie.

– Dragan, daj spokój – westchnęła ciężko. – Jest środek nocy. Nie mam ochoty na twoje złośliwości, kretynie.

Błękitnooka opadła wygodnie na ciepłe łóżko i uśmiechnęła się, słysząc, jak jej gość wstaje. Bez słowa przesunęła się, po czym podniosła kołdrę, robiąc mu miejsce. Luther położył się tuż obok niej, zaplótł ręce na karku i wlepił wzrok w rzeźbioną ramę łóżka. Nie miał ochoty na tę rozmowę, dlatego przeciągał jej rozpoczęcie jak tylko mógł.

– Nie powiesz mi po co przyszedłeś? – płomiennowłosa przymknęła oczy.

– Pozwól mi jeszcze przez chwilę poleżeć w spokoju, mała.

Przystała na prośbę subtelnym potaknięciem. Kruczowłosy zerkał przez dłuższą chwilę na jej profil, wiedząc, że będzie musiał zburzyć ten spokój. Objął ramieniem przyjaciółkę i przyciągnął ją bliżej swojego boku, zmuszając by oparła policzek na jego piersi. Często tak robił, więc błękitnooka nie widziała w tym niczego dziwnego. Wsłuchiwała się w miarowy oddech Dragana, nie mogąc sobie wyobrazić jakie zdarzenie mogłoby zaburzyć ten przepełniony zdecydowanym spokojem rytm. Wolałaby nigdy nie mieć do czynienia z czymś, co wzbudziłoby niepokój Luthera. Nagle w jego tak znajomym zapachu wyczuła coś niepasującego – lekko kwaśną, metaliczną nutę. Otworzyła gwałtownie oczy, wbijając spojrzenie w policzek turkusowookiego i oparła drżącą dłoń na jego obojczyku. Rozpoznawała ten zapach…był dla Dragana charakterystyczny, ale wciąż nie potrafiła się z tym pogodzić.

– Coś ty zrobił… – wyszeptała.

Mężczyzna spojrzał na nią z tym swoim budzącym grozę uśmieszkiem. Znała go zbyt dobrze, żeby wywołał w niej zamierzone emocje – Lady Vallerin Crown niezwykle trudno było nastraszyć. Doskonale wiedziała, że maniakalny uśmiech był niczym ponad jedną z kolejnych masek, za którymi Dragan uwielbiał się ukrywać.

– Musiałem, Vallerin – odpowiedział twardo.

– Dragan…

Nie mogąc znieść ulotnej iskry zawodu w jej oczach, odwrócił wzrok. Robił co uważał za słuszne i nikim się nie przejmował…nikim poza panną Crown. Tylko i wyłącznie z jej zdaniem był w stanie zawsze się liczyć.

– Posłuchaj najpierw czego się dowiedziałem, a później możesz mnie zmieszać z błotem, w porządku?

– Tak.

Lady delikatnie chwyciła dłoń mężczyzny, chcąc okazać mu należne wsparcie. Gesty między nimi zawsze działały dużo lepiej, niż słowa. Luther w odpowiedzi mocniej ją przytulił, wodząc mechanicznie po szczupłych plecach dziewczyny.

– Wiem już czego tak usilnie chciał pozbyć się Malfoy – syknął złowieszczo.

Erin wzmocniła uścisk, denerwując się tym, co miała za chwilę usłyszeć.

– Dziennik, Vallerin. Nie wiem skąd go wziął, ale jedno z moich niezawodnych źródeł wyśpiewało, że Lucjusz Malfoy w zaufanym towarzystwie wspomniał o posiadanym dzienniku. Nie jakimś tam pierwszym lepszym różowym, puchatym notatniczku, którego możesz się wstydzić przed kolegami. Lucjusz miał dziennik opatrzony inicjałami poprzedniego właściciela. Wiesz jak nazywał się ten właściciel? – zerknął na pannę Crown – T.M. Riddle. Rozumiesz? Skubaniec położył łapy na dzienniku Toma Marvolo Riddle’a.

Dziewczyna bezwiednie wbiła paznokcie w skórę mężczyzny, raniąc ją aż do krwi. To co się tu działo…nie wierzyła w aż takie zbiegi okoliczności!

– Wiesz jak wyglądał ten dziennik? – wyszeptała zamyślona.

– Musiałem się sporo nagimnastykować, żeby się tego dowiedzieć. Tylko jeden szczęśliwiec miał okazję go zobaczyć i nie był zbyt chętny do współpracy, ale postawiony pod ścianą grzecznie wszystko wyśpiewał. Riddle za wyszukanego gustu to nie posiadał. Dziennik to zwyczajny cienki notatnik, a jedyną ciekawszą rzeczą jest to, że był…

– Pusty – płomiennowłosa przerwała Lutherowi.

– Dokładnie, mała! Skąd wiesz?

– Dragan, Harry ma ten dziennik.

Kruczowłosy, niewiele myśląc poderwał się z łóżka, niezamierzenie przewracając przyjaciółkę. Mięśnie na jego twarzy napięły się, ciasno oplatając piękne, arystokratyczne kości policzkowe. Intensywnie przypatrywał się błękitnookiej, próbując powstrzymać napierającą falę gniewu.

– Jesteś tego pewna? – chciał zabrzmieć łagodnie, lecz kompletnie mu to nie wyszło.

Ani jemu, ani pannie Crown nie podobała się wizja tego, że Potter mógł być w posiadaniu przedmiotu niegdyś należącego do Voldemorta. Coś, czego dotykał ten zepsuty człowiek, nie mogło pozostań niezmienione przez jego chore ambicje…te same, które w tym momencie mogły oddziaływać na Harry’ego, robiąc z jego mózgu papkę.

– Prawie. Harry opowiadał mi o dzienniku, który znalazł w dość specyficznych okolicznościach. Wedle jego słów dziennik ot tak leżał sobie w opuszczonej, damskiej toalecie i nie wiadomo skąd mógł się tam wziąć. Harry mówił, że dziennik jest pusty, jednak gdy zaczął w nim pisać, dziennik sam z siebie mu odpowiedział. Umożliwił mu wejście we wspomnienia poprzedniego właściciela i pokazał mu, co działo się 50 lat temu, kiedy Komnata została po raz pierwszy otwarta. Jeśli to rzeczywiście dziennik Voldemorta i jego wspomnienia…

– To mamy przejebane.

Turkusowooki opadł ciężko na łóżko, ignorując krew cieknącą z jego dłoni. Zerknął na Vallerin i zaklął w duchu, widząc, jak mocno przygryzała wargi, wpatrzona gdzieś w dal. Zebrał się do pozycji półsiedzącej, po czym chwycił delikatnie ramiona przyjaciółki i oparł ją o swój prawy bok. Westchnął cicho, zauważając, że nawet tego nie poczuła. Nieświadomie znów złapała jego dłoń, zatapiając paznokcie w bladej skórze – nie przeszkadzało mu to, jak dla niego mogła mu nawet kości połamać, jeśli miałoby przynieść jej to ulgę. Obejmując ramieniem Lady, postanowił przerwać ciszę. Musieli ustalić plan działania, dzięki któremu odzyskaliby dziennik zanim zdąży wyrządzić nieodwracalne szkody. Rozmawiali do samego ranka, analizując wszystkie możliwości. Luther z wyjściem zaczekał do rozpoczęcia pierwszych zajęć, chciał bowiem mieć pewność, że nikt nie zobaczy go wychodzącego z pokoju Dumbledore o tak dwuznacznej porze – nie były im potrzebne żadne plotki, już wystarczająco zwracali na siebie uwagę wyglądem. Bezpiecznie wyślizgnął się z Pokoju Wspólnego i ruszył szybkim krokiem przez labirynt szkolnych korytarzy. Dokładnie wiedział gdzie ma iść, dzięki Marcusowi, który kilka razy wspomniał o czwartkowych, porannych treningach Gryffindoru. Z powodu chłodu zarzucił na plecy skórzaną kurtkę, którą zabrał ze sobą wieczorem w sumie bardziej na wszelki wypadek, niż z konieczności. Nie skręcił do swojego pokoju, żeby założyć szatę bo raz: nie miał na to czasu, a dwa: nie przepadał za wbijaniem się w nudny mundurek, kojarzący mu się z więziennymi uniformami. Został więc w czarnych spodniach, białej koszuli i niezawiązanym krawacie, luźno zwisającym z jego obojczyków. Wypadł z murów szkoły zupełnie niezainteresowany tym, czy zostanie przyłapany przez któregokolwiek z nauczycieli. Gładką gadką był w stanie wykaraskać się z większości problemów, a w razie ostateczności zawsze mógł powołać się na Dumbledore’a. Na boisko dotarł akurat w trakcie końcówki pogadanki Wooda. Zielony krawat Slytherinu niemalże natychmiast ściągnął na niego wrogie spojrzenia Gryfonów, ale kruczowłosy nie zwracając uwag na nastroje panujące wśród uczniów, podszedł prost do Olivera. Kapitan uśmiechnął się szeroko, przybijając powitalną piątkę ze Ślizgonem.

– Siemka, Luther! Flint przysłał cię na przeszpiegi? – zaśmiał się cicho.

– Czekaj, tylko sięgnę po pamiętniczek, żeby niczego nie pominąć! – turkusowooki wyszczerzył się zaczepnie – Kapitanie, mogę prosić na słowo jednego z twoich żołnierzy?

– Pewnie, tylko żeby nie było tak jak ostatnio z Weasley’ami! Puściłem ich na chwilkę i już nie wrócili.

Oliver zerknął z dezaprobatą w stronę bliźniaków i przewrócił oczami, słysząc ich rozbawiony, zgodny śmiech. Patrząc na to wszystko z boku, można było odnieść wrażenie, że coś tu jest nie tak. Luther w końcu był Ślizgonem, a ci nie byli mile widziani wśród uczniów Gryffindoru, ale z Draganem…z nim było jakoś inaczej. Nie dało się na niego patrzeć przez pryzmat barw, jakie nosił. Uczniowie chcąc tego czy też nie, nie oceniali go pod względem przynależności do jednego z domów. Dragan Luther po raz chyba pierwszy w historii Hogwartu wybijał się ponad odwieczne podziały, ignorując zastane przez stulecia animozje – stał się dzięki temu jedynym uczniem tej szkoły, którego postrzegano jak pozbawionego jednego konkretnego domu. W szkolnym środowisku był zupełnie jak apatryda – stając się takowym z własnego wyboru. Kruczowłosy podszedł wprost do Pottera i uścisnął niezbyt mocno ramię chłopca, delikatne pochylając się do jego ucha.

– Musimy pogadać, Po Prostu Harry – wymruczał ostrzegawczo.

Zielonooki nie zareagował jakoś jednoznacznie, próbując wymyślić, czego Luther mógł od niego chcieć. Poirytowany turkusowooki mocniej wbił palce w bark Pottera i nie zważając na słaby opór dzieciaka, odciągnął go od drużyny. Zatrzymał się dopiero przy trybunach, wcześniej czujnym okiem oceniając, że to bezpieczna i w pełni satysfakcjonująca odległość. Zmierzył okularnika nieprzesadnie chłodnym spojrzeniem, z zadowoleniem widząc, że wprawił go w zakłopotanie samą posturą. Bardzo dobrze. Nie chciał nastraszyć Harry’ego, ale nie powinien też dać mu odczuć, że są równi – nie przywykł do działania w taki sposób, zawsze stawiając na zdominowanie rozmówcy.

– Przysłała mnie Dumbledore – odrzucił czarny kosmyk włosów z twarzy. – Ma teraz zajęcia, a chciałaby się z tobą koniecznie zobaczyć.

– W-w porządku – Potter niezdarnie poprawił okulary. – Kiedy?

– Dzisiaj o szesnastej na błoniach. Pasuje?

Gryfon nieznacznie przytaknął, nie potrafiąc zmusić się do wyrazistszej reakcji – starszy kolega budził w nim respekt. Nieraz podziwiał dziwną umiejętność Dragana, dzięki której oczarowywał i naginał do swojej woli kogo tylko chciał – rozbił to w sposób tak naturalny, że nie łatwo było to dostrzec. Harry zacisnął mocno pięści i zerknął nieśmiało na twarz rozmówcy, zbierając się do zadania pytania, mogącego nieco przedłużyć rozmowę. Sam nie wiedział dlaczego chciał pogadać z Lutherem choć chwilkę dłużej.

– Czemu Tea wysłała ciebie?

Demoniczne oczy zalśniły metalicznie, a ich właściciel zwlekał z udzieleniem odpowiedzi. Nic nie miał do tego dzieciaka, lecz nie w smak były mu wymuszone grzeczności.

– Nasza mała księżniczka z każdego potrafi zrobić pazia! – zaśmiał się cynicznie – A tak na poważnie, dzieciaku, to wiszę jej przysługę za ratowanie mi tyłka u nauczycieli.

                     Harry nerwowo krążył w okolicy zejścia na błonia. Zupełnie zapomniał zapytać Luthera, gdzie dokładnie miałby czekać na Teę – starszy kolega mimo jego starań, szybko zakończył rozmowę i zniknął w murach szkoły. Zielonooki nie za bardzo wiedział, czego dziewczyna mogła od niego chcieć, ani dlaczego nie mogło to zaczekać na przykład do wieczora. Spodziewał się, że Dumbledore nie przyjdzie sama, więc poprosił Rona, żeby mu towarzyszył – w ewentualnym starciu z Malfoy’em i Zabinim wolał mieć wsparcie. Weasley, w przeciwieństwie do niego, nie zdradzał żadnych oznak poddenerwowania. Stał spokojnie z ciasno splecionymi na piersi rękami, by w ten sposób choć trochę powstrzymać nieprzyjemne podmuchy zimnego wiatru, wdzierające się pod ciemnobrązową kurtkę, którą odziedziczył po jednym ze starszych braci. Niewiele to pomagało, ale zawsze coś. Uważnie obserwował ścieżkę, wyczekując pojawienia się Gallatei, mając odrobinę za złe przyjacielowi, że za wcześnie wyciągnął go na zewnątrz – dotarli tu dobre pół godziny przed czasem, a teraz zamarzali, jak te dwa kołki. Uśmiechnął się triumfalnie i szturchnął Pottera, gdy w końcu w oddali mignęła mu ognista czupryna. Tea zbliżała do nich, uroczo podrygując przy każdym kroku – z daleka można było ją rozpoznać po tym charakterystycznym chodzie. Widząc wyczekiwaną Ślizgonkę, Harry nareszcie przestał łazić i stanął grzecznie obok przyjaciela. Zdziwił go nieco brak obstawy płomiennowłosej, nie było z nią bowiem nikogo: ani tych dwóch irytujących dupków; ani zachowawczej, miłej blondynki; ani turkusowookiego. Okularnik niezbyt chciał się do tego przyznać, nawet przed sobą samym, ale nieobecność Dragana ukuła go wątłą igłą zwodu. Choć Luther wzbudzał w nim dość skrajne uczucia, lubił jego towarzystwo – był inny niż wszyscy, których do tej pory poznał…obojętny na to kim Harry’ego ogłoszono i daleki od posiadania wobec niego oczekiwań, których chłopiec obawiał się nie udźwignąć. Harry czuł się przy Draganie komfortowo, wolny od otaczającej go nieustannie presji miana Chłopca Który Przeżył. Tea podeszła do nich i przywitała Gryfonów szerokim uśmiechem.

– Wybacz, Harry, że poprosiłam Dragana, żeby z tobą porozmawiał. Bałam się, że cię dzisiaj nie spotkam, macie pewnie sporo na głowie przed jutrzejszym meczem – błękitne oczy łagodnie patrzyły wprost w zielone tęczówki.

Chłopiec zarumienił się delikatnie, unikając bezpośredniego spoglądania w jej oczy. Zawsze tak reagował, rozmawiając z Dumbledore – samo wpatrywanie się w jej porcelanową twarz z bliska, powodowało nieuchronne pieczenie policzków.

– Chyba tylko Lutherowi Wood pozwala od tak wpadać na treningi – zaśmiał się Ron, rozładowując atmosferę.

– Czemu chciałaś się spotkać?

Potter nieomal ugryzł się w język. Chciał zabrzmieć rzeczowo, ale przez nadmiernie suchy ton wyszło to bardziej oskarżycielsko. Uśmiechnął się niezręcznie, starając się jakoś z tego wybrnąć – ostatnim czego chciał było wprawienie Tei w zakłopotanie. Na szczęście dziewczyna nie wydawała się ani trochę przejęta, zupełnie jakby zignorowała napastliwy ton kolegi.

– Chciałam cię zapytać o ten dziennik – rzuciła lekko .– Zainteresowało mnie to, że umożliwił ci zobaczenie czyichś wspomnień, więc poszperałam trochę w księgach i chyba znalazłam odpowiedź, jak to możliwe. Dla pewności chciałabym zobaczyć dziennik. Nie chcę po pożyczać, ani nic takiego! Wystarczy, że na niego zerknę.

Harry i Ron wymienili zawstydzone spojrzenia. Ich dotychczas zwyczajne miny, zrzedły co nie uszło uwadze płomiennowłosej, której taki stan rzeczy wyjątkowo się nie spodobał. Wyczuła nadciągające kłopoty, a zgodne opuszczenie głów przez chłopców, jedynie utwierdziło ją w tym przeczuciu. Weasley nerwowo podrapał się po karku. Potter jak ognia unikał spojrzenia błękitnookiej, zaczynając bawić się dłońmi i wyginając nadmiernie palce. Niezbyt intensywny, kontrolowany ból pomógł mu wrócić do nieprzyjemnej rzeczywistości.

– Tea…ja-ja, już nie mam tego dziennika – zerknął przepraszająco na Ślizgonkę.

Tego się nie spodziewała. Ani ona, ani Dragan nie pomyśleli, że Potter mógłby stracić dziennik. Jak u licha mieli znaleźć tak niepozorny przedmiot wśród tysięcy innych, wypełniających mury Hogwartu?

– Jak to? – zapytała, nie próbując ukrywać zaskoczenia.

– Tylko nie mów nikomu, proszę! – zielone oczy wlepiły się w nią błagalnie – Trzymałem go w naszym pokoju, najczęściej pod poduszką, ale on zniknął…

Chłopak zaczął niepewnie kluczyć pośród faktów, nie mogąc zdecydować czy powiedzenie Gallatei całej prawdy jest dobrym pomysłem. Chociaż bardzo tego chciał, nie mógł w pełni jej zaufać…coś mu się nie zgadzało w tej dziewczynie i sam nie wiedział co dokładnie. Za każdym razem, gdy próbował porozmawiać z nią od serca, w pewnym momencie pojawiała się blokada, nad którą nie panował – niejasne przeczucie, uniemożliwiające mu wyznanie wszystkiego. Tym razem nie było inaczej.

– Nie tak do końca zniknął. Ktoś grzebał w naszych rzeczach. Zaginął tylko dziennik – Weasley wybawił przyjaciela od trudów dalszych krętactw, uznając jego paranoję za coś irytująco bezpodstawnego.

Ognistowłosa zasępiła się na moment. Oczywiście nic nigdy nie mogło okazać się tak proste. jak w misternie snutych planach. Kradzież dziennika stawiała ich wszystkich w wyjątkowo kłopotliwej sytuacji – gdzieś na terenie szkoły jeden z uczniów hasał w najlepsze z, prawdopodobnie, czarnomagicznym przedmiotem o niejasnych właściwościach. Nie mieli pojęcia w jaki sposób działał dziennik, ani czemu Lucjusz zadał sobie tyle trudu, by ukryć jego istnienie. Czymkolwiek by nie był, najrozsądniej było uważać go za zagrożenie. Wpadli po uszy w bagno.

– Skoro podwędzono go z waszego pokoju, to znaczyłoby, że zabrał go ktoś z Gryffindoru – odezwała się, w końcu przerywając ciszę.

Gryfoni przytaknęli niechętnie. Im samym trudno było pogodzić się z faktem, że ktoś z ich domu dopuścił się kradzieży. Chcieli wierzyć, że to sprawka jakiegoś przebiegłego krętacza, najlepiej ze Slytherinu, jednak rzeczywistość ograbiła ich z czczych złudzeń. Nikt spoza domu lwa nie miał dostępu do dormitorium i tego faktu nie byli w stanie przeskoczyć.

– Nie powiesz o tym profesorowi Dumbledore’owi? Jutro mecz…później zajmiemy się szukaniem dziennika, obiecuję – Harry popatrzył błagalnie na dziewczynę.

– Przecież prosiłeś, żebym nikomu nie mówiła. Proszę was tylko, żebyście wyjaśnili to jak najszybciej. Takie sytuacje nie mogą mieć miejsca, bo zniszczą zaufanie uczniów do siebie nawzajem. Co za bezczelne zachowanie! – uniosła teatralnie głos.

Ron, z większą śmiałością niż przyjaciel, podszedł do Ślizgonki i położył dłoń na jej ramieniu, chcąc ją uspokoić. Nie zacisnął palców zbyt mocno, bowiem  Dumbledore wydawała mu się tak krucha, że byle mocniejszy dotyk mógł ją bezpowrotnie uszkodzić. Wyczuwał jak cała drżała, jednak nie mógł wiedzieć, iż nie działo się tak przez fakt kradzieży. W chwili obecnej intensywnie zastanawiała się, w jaki sposób namierzyć dziennik i odzyskać go, nim stanie się coś strasznego. Grono podejrzanych zawęziło się co prawda do wychowanków Gryffindoru, ale nie mogła mieć pewności, że dziennik nie dostał się w ręce ucznia innego domu – na dobrą sprawę mógł być wszędzie.

– Zajmiemy się tym, nie martw się – rudowłosy czarodziej uśmiechnął się do niej uspokajająco.

Odpowiedziała mu subtelnym śmiechem i lekko poklepała jego dłoń. Weasley oskarżycielsko zerknął na, widocznie zakłopotanego, Harry’ego mając coraz większą ochotę zdrowo potrząsnąć tym głupkiem. W przeciwieństwie do Pottera uważał, że od samego początku powinni powiedzieć o wszystkim Tei – w tej jednej kwestii podzielał w pełni zdanie Hermiony. Ani on, ani Granger nie potrafili zrozumieć wydumanych wątpliwości przyjaciela. Dumbledore zawsze stała po ich stronie i wspierała ich, jak tylko mogła…jak nikt inny zasługiwała na pełne zaufanie. Ron westchnął przeciągle. Chociaż to wszystko mu się nie podobało, nie dyskutował z opinią Pottera – musiał uszanować jego zdanie. 

                   Uczniowie powoli zbierali się na trybunach, zajmując miejsca przypisane do swoich domów i w napięciu oczekiwali rozpoczęcia meczu Gryffindor – Hufflepuff. Tea miała problem z zaciągnięciem na mecz Blaise’a i Draco, chłopcy bowiem zgodnie twierdzili, że nie chcą tracić czasu na oglądanie podrzędnego spotkania dwóch miernych drużyn. Malfoy’a do wyjścia zmusił Marcus, drąc się wniebogłosy, że ich drużyna nie może stracić żadnej okazji na przyjrzenie się strategii przeciwników i wszyscy mają ruszyć tyłki, koniec tematu. Zabini nie potrafił oprzeć się namowom Dumbledore, a poza tym nie odpowiadało mu zostanie samemu w dormitorium. Dafne i Pansy z radością pobiegłyby za Draganem chociażby w paszczę rozszalałego smoka, nie mówiąc już o, znacznie przyjemniejszym niż pożarcie żywcem, meczu. Luther usiadł obok płomiennowłosej, po czym z uśmiechem wskazał jej Rona. Dziewczyna energicznie pomachała koledze, doczekując się w odpowiedzi takiego samego gestu, ku niezadowoleniu pewnych dwóch kretynów. Draco i Blaise nie mieli jednak czasu na przerzucanie się kąśliwymi uwagami, ponieważ siedzący za nimi Flint, widząc obydwie drużyny na boisku, wychylił się w stronę młodszych kolegów i zaczął wygłaszać tyradę na temat domniemanej dyspozycji poszczególnych zawodników oraz najprawdopodobniejszej strategii gry. Greengrass mocno napierała na prawy bok Tei, starając się być jak najbliżej Dragana, który nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Zajęty był ratowaniem Malfoy’a i Zabini’ego przed narastającym ględzeniem Marcusa – skutecznie zagadywał kapitana, wypytując go o prozaiczne rzeczy. Nieoczekiwanie na środek boiska wbiegła profesor McGonagall.

– Dzisiejszy mecz zostaje odwołany!!! Proszę prefektów o zaprowadzenie uczniów do dormitoriów!!! Uczniowie proszeni są o pozostanie w swych dormitoriach, aż do odwołania!!!

Radosne rozmowy i donośne śmiechy ustąpiły miejsca fali niezadowolonych jęków. Niektórzy uczniowie nie spieszyli się z wykonaniem polecenia, ignorując potencjalne niebezpieczeństwo, szybko jednak zostali odpowiednio zmotywowani przez prefektów. Błękitnooka zauważyła jak Minerva odciąga na bok Harry’ego oraz Rona i niesiona paskudnym przeczuciem, chciała zbiec jak najszybciej na murawę, co skutecznie utrudniał jej wciąż gęstniejący tłum. Dragan, dostrzegając rozgorączkowany wzrok przyjaciółki, postanowił jej pomóc. Korzystając ze swej imponującej postury i posłuchu jaki budził, sprowadził Dumbledore, Zabini’ego, Malfoy’a, Greengrass i Parkinson na sam dół, nieraz torując drogę ostrzegawczymi spojrzeniami lodowatych, demonicznych oczu. U kresu wędrówki chwycił delikatnie ramię płomiennowłosej i przyciągnął ją bliżej na tyle gwałtownie, że zmuszona była oprzeć dłoń na jego piersi, by się nie przewrócić.

– Co jest? – wyszeptał, niemalże kładąc brodę na jej obojczyku.

– Nie mam pojęcia. McGonagall zabrała Weasley’a i Pottera. Mam potwornie złe przeczucia.

– Biegnij – Luther odsunął się od niej. – Odprowadzę twoich znajomych do dormitorium i będę na ciebie czekał w Pokoju Wspólnym. Wezwij mnie, gdyby coś się stało.

Lady spojrzała w turkusowe oczy, majaczące cieniem troski. Dragan szczerze się o nią martwił, co było nieco niepokojące. Do tej pory nigdy nie dał po sobie poznać, że chociażby potrafił odczuwać coś na kształt troski – bynajmniej nie od dobrych kilkuset lat. Przytuliła go mocno, nie zważając na obecność innych uczniów. Wyświadczał jej sporą przysługę, oferując zaopiekowanie się jej Ślizgońskimi znajomymi – nie wiedziała, co się działo i nie chciała zostawiać ich samych, ale z turkusowookim byli w pełni bezpieczni.

– Dziękuję – spojrzała na twarz przyjaciela.

– Nie ma sprawy, mała. Nie żeby mi się nie podobało przytulanko, ale chyba powinnaś się pospieszyć – zaśmiał się ciepło. – Powiem smarkaczom, że dziadek cię wezwał albo coś w tym stylu.

Skinęła delikatnie głową i pognała w kierunku szkoły, nie odwracając się za siebie mimo tego, że słyszała zaniepokojone pokrzykiwania znajomych. Nie miała teraz na to czasu. Biegła przez plątaninę korytarzy, w sumie bez większego celu – Merlin jeden wiedział, gdzie Minerva mogła zabrać chłopców, a śladu po nich nie było. Zdyszana przystanęła i oparła dłoń o jeden z parapetów. Pochyliła lekko głową, starając się wyrównać oddech oraz uspokoić myśli – zawsze mogła spróbować wyczuć energię McGonagall, chociaż w tak dużym zbiorowisku czarodziei nie należało to do rzeczy łatwych, ani tym bardziej przyjemnych.

– Co tu robisz?

Słysząc za plecami znajomy, znudzony głos, uśmiechnęła się i odwróciła ku nauczycielowi.

– Możesz mi powiedzieć co tu się wyprawia, Severusie?

Czarnooki czarodziej rozejrzał się dyskretnie po korytarzu, w sumie bardziej z przyzwyczajenia, niż faktycznego niepokoju. Ponieważ prefekci dostali wyraźną instrukcję odprowadzenia młodych adeptów sztuk magicznych do dormitoriów, w chwili obecnej mogli zostać zauważeni jedynie przez pracowników, a to był najmniejszy problem. W razie konieczności Snape mógł bez trudu zbyć ciekawskich oszczędną historyjką.

– Chodź za mną.

Mistrz eliksirów poprowadził błękitnooką w znajomym kierunku – do Skrzydła Szpitalnego. Choć usilnie wypytywała mężczyznę o powód zmierzania akurat do Skrzydła, za każdym jednym razem zbywał ją zdawkowymi, oschłymi warknięciami. W końcu się poddała. Snape nie należał do osób podatnych na proste sztuczki, a zadręczanie wciąż i wciąż tym samym pytaniem prędzej doprowadziłoby go do szału, niż zmiękczyło jego upór. Ramię w ramię stanęli przed drzwiami Skrzydła. Płomiennowłosa już miała pchnąć wrota, gdy zatrzymała ją chłodna dłoń Severusa, opleciona ciasno wokół jej nadgarstka.

– To co tam zastaniesz – wyszeptał bezbarwnie – proszę cię, zachowaj spokój.

Ton czarnowłosego zupełnie zbił ją z tropu, wydawał się bowiem zatroskany i niemalże współczujący, a to do Severusa Snape’a pasowało jak miłosierdzie do Dragana – powinni przemyśleć założenie klubu zamartwiania się o nią. Uśmiechnęła się do czarodzieja, czym wcale nie poprawiła mu nastroju, wręcz przeciwnie…wydawał się jeszcze bardziej ponury, niż zazwyczaj. Korzystając z tego, że byli sami ostrożnie położyła drobną dłoń na jego poszarzałym, kościstym policzku. Zaskoczony mężczyzna wzdrygnął się delikatnie, jednak nie odsunął się…nie miał na to ani sił, ani chęci. Z ulotną nutą czułości, wpatrywał się bez słowa w lazurowe oczy.

– Nie martw się o mnie, Severusie.

Przyjemnie niski, spokojny ton ognistowłosej złagodził nieco jego obawy. A może to jej dłoń, ogrzewająca jego policzek swoim przyjemnym ciepłem? Dotyk Lady Crown zawsze działał na niego kojąco, chociaż głośno by tego nawet na torturach nie przyznał. Uśmiechnął się do dziewczyny, co nie zdarzało mu się często i zdecydowanym ruchem popchnął drzwi. Sinieniem dał znak Dumbledore, żeby poszła przodem, ponieważ nie chciał patrzeć na jej minę, gdy odkryje po co tu przyszli. Tea nie czekając na swego przewodnika, szybkim krokiem ruszyła ku grupce znajomych twarzy, które dostrzegła zaraz po przekroczeniu progu – bez trudu rozpoznała Harry’ego, Rona, Minervę oraz Albusa. Zwolniła mimowolnie, gdy zorientowała się, że pochylali się milcząco nad jednym z łóżek. Niepewnie spojrzała na leżącą na nim osobę i bezwiednie zakryła dłonią usta. Hermiona…Choć wiedziała, że coś podobnego może się wydarzyć, nie potrafiła przejść obojętnie koło ciała spetryfikowanej koleżanki. Przystanęła wpatrując się w jej zastygłą, bladą, wystraszoną twarz i nie myśląc co robi, wyciągnęła dłoń ku policzkowi Gryfonki, by pogładzić delikatnie lodowatą skórę. Poczuła ramię oplatające jej barki i dłoń, która spoczęła na jej ramieniu – tuż obok niej stali Harry i Ron. Potter nerwowym ruchem zaczął gładzić ogniste pasma, a Weasley nie poruszył się nawet o milimetr, z kamienną twarzą obserwując spetryfikowaną Granger. W chwili obecnej między ich trojgiem nie potrzeba było słów…czuli się dokładnie tak samo i wiedzieli o tym doskonale.

– Bardzo mi przykro, Gallateo.

Głos Severusa dobiegał jakby z oddali, przypominał słabe echo wydobywające się z wnętrza głębokiej studni. Słyszała również Minervę, ale nie przywiązywała najmniejszej wagi do jej słów. Wszelkie dźwięki przegrywały z szumem wzbierającego w niej gniewu. Wiedzieli przecież o tym cholernym bazyliszku! Jak mogli dopuścić do tego, żeby ta gadzina po raz kolejny zagroziła uczniom, bezkarnie wałęsając się po zamku! Jak mogli pozwolić, by dopadła Hermionę…Była na siebie wściekła! Gdyby tylko nie ta durna przykrywka…Zebranych wystraszył trzask rozsadzonej szklanki, która stała na stoliku nocnym tuż obok łóżka Granger. Rozpędzone impetem wybuchu szkła z ogromną siłą wbiły się w sufit, zagrażając bezpieczeństwu nauczycieli i uczniów. Zaniepokojony Albus wkroczył do akcji, uprzednio dając znać Snape’owi, żeby uporał się ze szklanym problemem. Staruszek położył dłoń na czubku głowy wnuczki.

– Teo, pozwól ze mną na chwilkę.

Mechanicznie przytaknęła i poszła za Dumbledorem, zerkając ukradkowo na Hermionę. Odeszli w najdalszy kąt Skrzydła, a Minerva wraz z Severusem czuwali, żeby dwóch Gryfonów nie wpadło na pomysł oddalenia się w ich kierunku. Chłopcy byli jednak zbyt zszokowani i przybici, żeby zwracać uwagę na dyrektora oraz płomiennowłosą. Albus ujął ostrożnie podbródek przyjaciółki, chcąc mieć pewność, że skupi się tylko i wyłącznie na tym, co miał zamiar jej powiedzieć. Ciężko przełknął ślinę, widząc wzbierający w lazurowych tęczówkach gniew. Nie był pewien czy sam sobie z tym poradzi i zaczął żałować, że nie było obok niego Dragana – tak na wszelki wypadek.

– Panna Granger będzie miała zapewnioną najlepszą opiekę, obiecuję – przemówił dobrodusznie.

Płomiennowłosa nijak nie zareagowała na jego słowa, wciąż gniewnie wpatrując się w ukryte za szkłami oczy. Dyrektor głośno przełknął ślinę, starając się uśmiechnąć, co średnio mu wychodziło. Coraz mocniej odczuwał brak wsparcia turkusowookiego.

– Nadszedł chyba czas, żebyś wypełniła naszą obietnicę – jego stanowczy głos zadrżał .– Chroń Harry’ego za wszelką cenę, nawet kiedy mnie zabraknie.

– Wybierasz się gdzieś? – uniosła jedną brew.

– Nie z własnej woli – przyznał niechętnie, – Obawiam się jednak, że dzisiejsze wydarzenia nie przejdą bez echa. Mam w ministerstwie kilku wrogów i obawiam się, że mogą wykorzystać tragedię, która spotkała pannę Granger przeciw mnie.

– Lucjusz Malfoy – westchnęła ciężko błękitnooka.

Czarodziej zdębiał zaskoczony. Jego przyjaciółka nigdy nie przywiązywała większej wagi do Ministerstw Magii, ani toczonej przez nie polityki. Szczerze nie podejrzewał, żeby orientowała się w sprawach kadrowych, a tym bardziej animozjach między członkami ministerstwa i podmiotów mu podległych.

– Skąd wiesz? – wychylił się lekko w jej stronę.

– Nie bądź śmieszny, Albusie – prychnęła kpiąco. – To chyba oczywiste, że od Ethana. Ma kontakty w każdym z ministerstw i na bieżąco śledzi istotniejsze wydarzenia. Ma sojuszników również w brytyjskim ministerstwie, tak samo jak ty.

Dumbledore roześmiał się cicho. No tak…jego założenia okazały się dalece naiwne. Lady Crown może i nie opuszczała swej rezydencji, ale wciąż posiadła oczy oraz uszy, informujące ją o wszystkim, co działo się w szerokim świecie. Porozmawiał z przyjaciółką jeszcze przez chwilę, nie chcąc jednak zabierać jej zbyt wiele czasu – powinna teraz być z tymi zdołowanymi dzieciakami. Dyrektor opuścił Skrzydło w towarzystwie nauczycieli, chcąc zwołać nadzwyczajne posiedzenie grona pedagogicznego. Skoro miał na jakiś czas zniknąć, musiał się upewnić, że zostawia losy szkoły w kompetentnych rękach. Płomiennowłosa w Skrzydle Szpitalnym spędziła jeszcze dobrą godzinę, wspierając jak umiała Harry’ego oraz Rona w tej ciężkiej dla nich chwili. Ich początkowe zaskoczenie szybko zmieniło się w palącą determinację do poznania prawdy – chcieli wiedzieć, co za bestia zagroziła ich przyjaciółce i jak mogli się przed nią bronić, żeby nie stracić w tak paskudnych okolicznościach nikogo więcej. Zanim rozgoniła ich madame Pomfrey, Potter poprosił koleżankę, by wraz z nimi wymknęła się wieczorem do Hagrida – zamierzali w końcu otwarcie porozmawiać z gajowym o swoich podejrzeniach. Błękitnooka przystała na ich plan bardzo chętnie bo, choć odrzuciła możliwość winy Rubeusa, uznała za konieczne nie odstępowanie tych dwóch narwańców nawet na krok. To Hermiona zawsze hamowała ich niebezpieczne zapędy, a w obecnej sytuacji z całą pewnością nie potrafili myśleć jasno. Pożegnała się z chłopcami przy schodach i samotnie ruszyła w drogę powrotną ku dormitorium. Albus poinformował ją, że Hermiona nie była jedyną ofiarą tego dnia – drugą okazała się niejaka Penelopa Clearwater, pełniąca funkcję prefekta Ravenclawu. Bestia coraz wyraźniej nabierała rozpędu, a to oznaczało, że kończył im się czas na jej powstrzymanie, zanim dojdzie do najstraszliwszej tragedii. Z tego co płomiennowłosa wiedziała, pół godziny po jej pojawieniu się w Skrzydle, prefekci domów zostali w pełni poinformowani o obecnej sytuacji przez McGonagall. Spodziewała się więc ponurej atmosfery, ale gdy weszła do Pokoju Wspólnego…przekonała się o własnej naiwności. Większość Ślizgonów nie kryło bolesnego zadowolenia z faktu „uporania się z problemem szlam”, głośno wychwalając nowe porządki. Puszczała kąśliwe komentarze mimo uszu, choć nie przychodziło jej to łatwo – w końcu, gdy banda arogantów cieszyła się ze słusznych ataków, cztery osoby leżały spetryfikowane w szpitalnych łóżkach. Poczuła pulsowanie w skroni, przypominające jej o dławionej furii. Jak można było być tak zaślepionym, bezczelnym i pozbawionym krzty wyczucia?! Te dzieciak…ta czwórka nieszczęśników miała rodziny, które zapewne właśnie odchodziły od zmysłów, przygniecione bezsilnością. Nie było chyba nic gorszego od świadomości, że nie było się w stanie pomóc własnemu dziecku, znajdującemu się w niebezpieczeństwie. Przystanęła pośrodku Pokoju, przytłoczona wzbierającym zdenerwowaniem. Jak mogła zapomnieć, dlaczego nienawidziła świata czarodziei? Ból głowy nasilał się z każdą sekundą, podsycany przez roześmiane, pogardliwe głosy kołujące wszędzie wokół. Słowa „czystość krwi” raz po raz wbijały się w jej świadomość niczym sztylety, rozszarpujące bezlitośnie od stuleci ignorowane rany. Spośród bólu jaki jej to sprawiało z wolna wyłaniały się przepiękne, srebrzyste oczy…rozpoznawała spojrzenie, które niegdyś kochała z całym tym szaleństwem je trawiącym. Zasłoniła dłońmi twarz, chcąc odciąć się od tego widoku. Zaczynało być jej niedobrze. Demony przeszłości mieszały się z wirem słów, które przestawały mieć jakikolwiek sens. Miała ochotę krzyczeć, żeby to wszystko rozpędzić – siłą pozbyć się traumatycznych wspomnień, potęgowanych odrażającą teraźniejszością. Nagle, w jednej chwili, to wszystko ustało, a ona poczuła wszechobecne ciepło, które rozegnało otaczający ją mrok w ułamku sekundy. Otulił ją znajomy, uspokajający zapach. Rozsunęła palce by spojrzeć na swego wybawcę. Dragan mocno tulił ją do swej piersi, uśmiechając się do niej nie w swój typowy, zawadiacki sposób, a z łagodną wyrozumiałością, wymalowaną w diabolicznych oczach. Przyłożyła czoło do jego mostka. W tym momencie brak jej było słów, by wyrazić jak cieszyła się, że Arien wymusił, żeby Luther był przy niej. Jednak brat znał ją znacznie lepiej, niż sądziła.

– Wszystko w porządku, maleńka?

Podniosła wzrok, słysząc delikatny ton kruczowłosego i uśmiechnęła się do niego tak, jak od dawna nie mogła – w pełni szczerze.

– Teraz dużo lepiej, dziękuję – uderzyła go lekko w ramię.

– Zaprowadzę cię do pokoju, dobrze?

Zdobyła się na ledwie nikłe potaknięcie. Lutherowi nie było wygodnie guzdrać się z dziewczyną wspartą o jego ramię, więc wziął ją na ręce – Lady jak zawsze doskonale wpasowała się w jego ramiona, z czego miał zamiar później bezlitośnie sobie żartować. Nim zniknął w korytarzyku, zerknął przez bark na jej znajomych, dławiąc ochotę roześmiania się w głos. Osłupiali panowie wpatrywali się w niego pytająco, a Dafne cała dygotała ze zdenerwowania. Nie miał ochoty się nad nimi pastwić, więc skinął w ich stronę, dając znak, żeby poszli za nim. Niemalże w ciągu sekundy stali już u jego boku. Tea widząc ich uśmiechnęła się niewyraźnie, czym nijak nie miała szans uspokoić dzieciaków. Zaniepokojona Greengrass chwyciła dłoń przyjaciółki i nie puściła jej nawet, gdy Dragan ostrożnie ułożył błękitnooką na łóżku. Turkusowooki odgarnął z twarzy niesforne pasma włosów, chcąc bezzwłocznie odejść, ale mocny uścisk Lady mu na to nie pozwolił. Spojrzał na nią lekko zaskoczony. Wydawała się straszliwie zmęczona, a on już nie raz widywał ją w podobnym stanie – przeszłość potrafiła dać o sobie znać w najmniej odpowiednich momentach.

– Zostaniesz?

Uderzyło go błaganie w jej oczach. Mieszanka czułości i wściekłości nie pozwoliła mu odejść. Jakby mógł ją zostawić? Roześmiał się głośno.

– Pewnie, ale weź się posuń! Nie mam zamiaru ślęczeć na podłodze.

Dziewczyna roześmiała się, robiąc mu miejsce. Luther w pozycji półleżącej ułożył się po jej lewej, a prawą stronę zajęła Dafne, wciąż kurczowo ściskająca dłoń przyjaciółki. Blaise i Draco po niezbyt długich namowach, również położyli się na łóżku, trzymając się zdecydowanie bliżej Greengrass niż Dragana. Malfoy spojrzał na płomiennowłosą.

– Tea, powiesz co się stało? – zapytał nienachalnie.

– To coś zaatakowało Hermionę. Leży spetryfikowana w Skrzydle Szpitalnym – podsumowała, bez wdawania się w zbędne szczegóły.

Blond czarownica ze szczerym współczuciem spojrzała na koleżankę, jeszcze mocniej ściskając jej drobniutką dłoń. Blaise wyciągnął rękę ku błękitnookiej i chwycił krawędź jej mundurka, ponieważ na więcej nie pozwalała mu pozycja, w jakiej leżał.

– Zobaczysz, będzie dobrze – uśmiechnął się pocieszająco. – Snape znajdzie sposób, żeby ją wybudzić tak jak pozostałych.

Roześmiany ton głosu Zabini’iego niezawodnie poprawił nastrój panny Crown. Blaise potrafił zachować bezprecedensowy optymizm nawet w najgorszych sytuacjach. Draco szczerze nie znosił Granger, więc powstrzymał się od mówienia czegokolwiek – dobrze wiedział, że próbując pocieszyć Dumbledore zabrzmiałby, łagodnie rzecz ujmując, nieszczerze a nie chciał jej dodatkowo denerwować wygłaszaniem pustych frazesów.

– Będę z tobą chodziła ją odwiedzać.

Tea odwróciła głowę w stronę Dafne, która uśmiechała się szeroko. Jej twarda, pewna deklaracja niejako wzruszyła ognistowłosą.

– To nie będzie dla ciebie problem? – szepnęła cicho.

– Pewnie, że nie! – zaśmiała się blondynka – Teraz, kiedy to coś wróciło, nie możesz nigdzie chodzić sama! Szczególnie, że to coś zaatakowało Penelopę.

– Właśnie – wtrącił się Malfoy. – Clearwater jest przecież półkrwi, tak samo jak ty.

– Nie strasz jej, idioto! – Zabini kopnął przyjaciela w bok.

– Mogę wiedzieć o co tu chodzi? – wybuch wojny przerwał głos Luthera.

Ślizgoni, niemalże się przekrzykując, zaczęli opowiadać mu co działo się od początku roku, nie omijając drastyczniejszych szczegółów. Dragan zerknął na płomiennowłosą, gdy usłyszał, że to postrzelone trio chodziło z nią wszędzie, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Od wieków nie słyszał niczego równie zabawnego! Trójka podrostków czuwająca nad bezpieczeństwem istoty potężniejszej od wszystkich czarodziei razem wziętych – ciężko o większe kuriozum! Powstrzymał przemożną chęć roześmiania się, gdy Lady mocno zacisnęła palce na jego dłoni. Przewrócił jedynie oczami, przyjmując do wiadomości, że mogła uważać zachowanie tych dzieciaków za nawet urocze. Nie powinien się z tego nabijać…póki co.

PAJĄKI

                   Ukryci, przed niepowołanymi spojrzeniami, pod Peleryną Niewidką, Gryfoni wraz ze swą Ślizgońską koleżanką w milczeniu obserwowali wydarzenia w chacie gajowego. W miarę przyjemną atmosferę wcześniejszej rozmowy, przerwało nieoczekiwane pojawienie się Albusa w towarzystwie Korneliusza Knota. Minister, kwiecistą przemową, poinformował o niezwłocznym przewiezieniu Hagrida tymczasowo do Azkabanu z powodu „nieczystych” akt sympatycznego brodacza – cokolwiek by to nie znaczyło. Korneliusz nie zważał na zapewnienia Dumbledore’a odnośnie niewinności przyjaciela, a sytuację dodatkowo zaogniło przybycie Lucjusza Malfoy’a we własnej, arogancko bezczelnej, osobie. Arystokrata wyniosłym tonem przekazał decyzję Rady, odnośnie natychmiastowego zawieszenia dyrektora w pełnieniu obowiązków. Jako przyczynę wydania takiego zarządzenia podał rażące zaniedbania Albusa w temacie zapewnienia bezpieczeństwa wychowankom Hogwartu. Tea musiała powstrzymywać Harry’ego i Rona przed wyrwaniem się spod Peleryny, by stoczyć nierówną walkę na argumenty z panem Malfoy’em – Lucjusz zadziałał znacznie szybciej i sprawniej, niż się spodziewała i niewiele byli w stanie z tym zrobić. Wraz z kolegami w ciszy musiała pogodzić się z zapadłą decyzją, rozmyślając w jaki sposób ma zapewnić Potterowi bezpieczeństwo.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 340
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!