Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 8. Patrząc poprzez czerwień

      Nie był w stanie zogniskować spojrzenia. Nie dostrzegał… nic… jedynie zamazane… odcienie szkarłatu, które przysłaniały widoczność. Było jeszcze coś… ból… rwący, dotkliwy… dlaczego doświadczał takiego bólu? Dlaczego… widział… wyłącznie czerwień? Był taki… oszołomiony. Odpływał… tracił świadomość… Poczuł na ramieniu… na plecach… subtelny, niepewny… kojący… kontakt z drobnymi dłońmi.

      – Bucky, proszę… wróć do mnie…

      Rozpoznał ten dotyk… i ten łamiący się, drżący… przejęty… delikatny ton. Zadziałały na niego pobudzająco… otrzeźwiły omdlewający umysł. Chciał odpowiedzieć… pocieszyć. Nie zdołał. Czułe ręce pogładziły go po czole… po powiekach… i powoli… zaczął wracać mu wzrok… wciąż w lekkich tonach czerwieni, ale… mógł dostrzec klęczącą przed sobą sylwetkę. Zorientował się, że leży na boku… spróbował pomóc zetrzeć ze swoich oczu… krew… obrócił się na brzuch, podparł dłońmi, by się podnieść… dopadły go zawroty głowy…

      – Jestem przy tobie. Ostrożnie, skarbie.

      Zależało mu, by ten kochany głos nie brzmiał tak smutno… tak porażająco smutno… Wziął się w garść… cały czas czuł na sobie łagodne, podpierające go dłonie… zmusił się, by chwiejnie usiąść… Pozostał w tej pozycji, przymykając oczy… oddychając głęboko… zbierając myśli…

      – Tak mi przykro, Buck. Tak bardzo… mi przykro.

      Spojrzał na Steve’a… na swojego pięknego, cudownego Steve’a… nie mógł znieść bólu… i poczucia winy, które zobaczył w jego oczach. Uśmiechnął się do niego uspokajająco… i natychmiast uśmiech zmienił się w bolesne wykrzywienie ust. Kurrrwa. Dlaczego bolała go twarz? Chciał dotknąć własnego policzka, lecz ukochany schwycił jego dłoń.

      – Lepiej nie. Jesteś ranny.

      – Co się… stało? – wychrypiał słabo.

      Umiał mówić. Sukces, pomyślał nieprzytomnie. Patrzył wyczekująco na przyjaciela… krew już mu go nie przesłaniała… wyraźnie dostrzegał jego zmartwienie… jego cierpienie… Steve, kochanie… przeraził się szkarłatem pokrywającym jego dłoń… Boże… i wtedy przypomniał sobie, że Rogers ocierał mu twarz. Przestraszył się tak bardzo… nie wybaczyłby sobie, gdyby… Oszołomiony myślał, że ulga, która opanowała go ze zrozumieniem, że to nie krew ukochanego… odbierze mu przytomność… czuł się nią wręcz uderzony. I gdyby nie oparcie, które otrzymywał wraz z jedną ręką przytrzymującą jego tors, a drugą zaciśniętą na jego własnej… byłby znów upadł.

      – Steve… moja głowa…

      – Wiem, kochanie… – przy ostatnim słowie kąciki ust Rogersa wygięły się boleśnie w dół – Uratowałeś mnie. To przeze mnie…

      Wraz ze słowami Stevena wspomnienie wróciło do jego zamroczonego umysłu. No tak, jasssne… Ilu ich było? Trzech? Przypomniał sobie, że zdążył akurat, aby… w ostatniej chwili odepchnąć tego, który miał kopnąć leżącego Steve’a… a wtedy jeden z jego kumpli zamachnął się na niego pięścią i… trafił. Sukinsyn miał sygnet. Rozciął mu… policzek… jak kastetem. Uderzenie i szok powaliły go na ziemię. Pamiętał, że Steve krzyczał. Nie zdążył wstać… dostał podkutym buciorem… w głowę. Chyba… stracił przytomność… nie wiedział, co było dalej. Stevie… skrzywdzili go? Zmierzył przyjaciela wzrokiem… wystraszony… tak bardzo wystraszony… a on natychmiast to z niego wyczytał, pogładził delikatnie… uspokajająco… po policzku, tym zdrowym, nieprzyciętym. Przytulił się do ciepłej dłoni… wczuł się w subtelny… dotyk… potrzebował wyciszenia… ukojenia…

      – Spokojnie, Buck. Tylko trochę mnie zeszmacili zanim się pojawiłeś. Potem uciekli. Kiedy cię ogłuszyli… wiesz, chyba pomyśleli… on cię kopnął bardzo mocno… pomyśleli, że cię zabili. Leżałeś tak bezwładnie… przepraszam.

      – Przestań, Steve. – chciał go upomnieć, lecz ledwo zdobył się na szept – Zabierz mnie… do domu, dobrze?

      Rogers pokiwał głową, czując, że nie zdobędzie się teraz, by cokolwiek powiedzieć. Chciało mu się płakać. Jego kochany Buck… był taki osłabiony… mówił z wysiłkiem, jakby nawet to sprawiało mu ból. Ciężko było patrzeć na jego zakrwawioną… na wpół świadomą twarz… na wykrzywione usta… Cierpienie Bucky’ ego było także jego własnym… odczuwał je wręcz w sposób fizyczny… opanowywało jego umysł i ciało. Potrafiłby znieść wszystko… tylko nie jego ból. Nie ze swojej winy. Żaden. I wiedział, że Barnes całkowicie odwzajemnia się taką samą empatią. Przeżywali wszystko razem… przenikali się w emocjach… stanowili jedność… i każdy chciał uchronić drugiego… nawet kosztem siebie. I to właśnie zrobił Buck… nie pierwszy raz… lecz jeszcze nigdy wcześniej nie zdawał się niemal omdlewający, gdy teoretycznie był przytomny… Bucky, kochanie… Przecież oni mogli… mogli…

      – Stevie.

      Głos ukochanego tym razem wybrzmiał jak ostrzeżenie… bardzo ciche… lecz rażąco kategoryczne. Zabraniał mu się nim zamartwiać… wiedział, kiedy to robił… oczywiście przeczytał mu to w myślach. Zawsze twierdził, że to potrafi.

      – Gotowy?

      – Daj mi… chwilę. – Barnes wciągnął głębiej powietrze, by się otrzeźwić, lecz już zaraz chciał pokazać jaki jest dzielny – Dobra. Już.

      Podtrzymał Bucka za ramię, kiedy ten się podnosił… zaniepokojony wpatrywał mu się w twarz, czekając na najmniejsze skrzywienie… na jakąkolwiek oznakę bólu… widział jak zaciskał szczękę… jak starał się utrzymać równowagę. Oparł ręce na jego klatce piersiowej, gdy już stanął prosto… lecz wyraźnie chwiejnie… zapewnił mu oparcie… a ukochany przymknął oczy i zaczął robić powolne wdechy i wydechy…

      – Bucky?

      – Trochę mi słabo… zaraz… zaraz będziemy mogli iść…

      Czekając aż przyjaciel poczuje się trochę pewniej, przypatrywał się jego przyciętemu policzkowi… przez czoło też szła szkarłatna pręga po tym jak tamten zbir tak brutalnie go kopnął… lecz posoka zdążyła przyschnąć i dzięki temu przynajmniej już nie krwawił… co nie znaczy, że obraz sprawiał pozytywne wrażenie. Nie. Zupełnie nie. Widok ukochanej twarzy… cierpiącej… oznaczonej zakrzepłą krwią…  uderzał prosto w jego serce, sprawiał mu dotkliwy… nieznośny ból…

      – Stevie? Chodźmy, dobrze? Już mi… lepiej.

      Usłuchał, chociaż nie był tego całkowicie pewien… nie chciał, by Buck mu tutaj zemdlał. Ruszyli powoli. Pozwolił, by osłabiony ukochany podpierał się o jego ramię, lecz wyczuwał w nim, że stara się nie przenieść na niego całkowicie swojego ciężaru. Cały Bucky. Nawet wtedy, gdy sam ledwo funkcjonował z bólu, troszczył się i próbował go oszczędzać. Milczał, nie chciał prowokować rozmowy, wiedząc, że sprawiałaby mu trudność. Asystował przyjaciela, który zawsze był silniejszy… lecz nie dziś… nie dziś… teraz to on potrzebował jego pomocy… jego opieki. Pragnął mu ją zapewnić… zatroszczyć się najlepiej jak umiał… z całego serca. Tak bardzo było mu żal… gdyby Buck się nie zjawił, nie skrzywdziliby go… nie poranili… Boże, co oni mu zrobili… Nie mógł sobie darować, że został uratowany jego kosztem… nawet wiedząc, że Barnes nie żałuje… a może zwłaszcza dlatego… bo przyjaciel wziąłby na siebie każdy cios, byleby tylko nie spadł na niego. Był wojownikiem… a tacy odnoszą rany.

      Odczuwał, że Barnes stawał się cięższy, gdy coraz mocniej wspierał się na jego ramieniu… gdy słabł. Spojrzał na niego… i zobaczył, że ma zamknięte oczy… a twarz skupioną, jakby usiłował zapanować nad zawrotami głowy.

      – Kochanie… już niedaleko. Wytrzymaj.

      Ostatnie metry pokonali chwiejnie stuleni. Buck był ciężki… naprawdę ciężki… Przekroczyli próg domu z poczuciem okupionego trudem zwycięstwa. Nareszcie. Dotarli do łazienki, a kiedy się w niej znaleźli, Bucky od razu oparł się o ścianę i osunął po niej aż do pozycji siedzącej. Nie spojrzał w lustro.

      Rogers pogłaskał ukochanego po wierzchu dłoni… tak bardzo się martwił… szybko podszedł do wanny, by odkręcić niebieski kurek… wypłukał ręce z krwi, wzdrygając się, gdy lodowata woda zetknęła się z jego skórą. Zbliżył się do Barnesa ponownie… pocałował przelotnie jego pochyloną głowę… kochanie… ujął go za dłoń, zacisnął na niej palce… pokrzepiająco, lecz zdecydowanie… a przyjaciel zrozumiał natychmiast, wstał powoli i pozwolił zaprowadzić się do wanny. Przyklęknęli obok siebie. Sięgnął po niewielki ręcznik, namoczył go… uchwycił Bucky’ego za podbródek… bardzo delikatnie… skierował jego twarz ku swojej… i przytknął do niej tkaninę… a przyjaciel przymknął oczy, ufnie oddając się w jego opiekuńcze ręce… ocierał ze szkarłatu ukochaną twarz. Najpierw przemył powieki i nieporanioną skórę, zimno materiału łagodziło napięcie i osłabienie Barnesa. Możliwie jak najsubtelniej oczyszczał ranę i jej okolice… lecz nie obyło się bez niezadowolonych posykiwań, gdy naruszał niechcący zranione miejsce. Wyciskał materiał i namaczał często pod bieżącą wodą… miała czerwonawą barwę… starannie obmył policzek i przyjrzał mu się… och, Bucky… szrama była podłużna, bolesna… i znów krwawiła. Obmył ją dokładniej, ścierając świeżą posokę, na co Barnes wyraźnie się krzywił, lecz nie powiedział ani słowa. Wstał, po czym wyjął z apteczki wodę utlenioną oraz dwa opatrunki samoprzylepne. Z tych większych. Jeden położył na brzegu wanny, a drugi przykleił do czystego rozcięcia, które uprzednio zdezynfekował, a gdy to robił, Buck wykonał taki ruch głową, jakby chciał uwolnić się z jego uchwytu.

      – Ciiiii… spokojnie.

      Pogładził z lekka powierzchnię okładu. Zabrał się za obmywanie rany na czole i tym razem Barnes wszystko dzielnie przetrzymał, mimo że nawet dyskretny dotyk na szkarłatnej prędze musiał sprawiać mu ból. Jęknął cicho dopiero w momencie, gdy rana została polana środkiem do dezynfekcji, lecz już nie usiłował od tego uciekać. Steve nakleił opatrunek, pogłaskał.

      – Widzisz? Już jesteś jak nowy.

      Obaj doskonale pamiętali, że Buck wypowiedział te słowa… chociaż niezupełnie, bo nie dokończył zdania… tuż przed ich pierwszym pocałunkiem… po którym… kochali się ze sobą. To piękne wspomnienie… zostanie z nimi na zawsze.

      – Stevie, kochanie…

      W odpowiedzi przesunął dłoń z żuchwy Barnesa na jego zdrowy policzek… uczynił dotyk ulotnym… lekkim… potrzebnym. Zbliżył się jeszcze bardziej i ucałował jego skroń… przytulił swoją twarz do jego skóry, odbierając ciepło… owładnął nim tak gwałtowny przypływ miłości, że niemal odebrał mu dech. Poczuł na plecach ramiona ukochanego, gdy ten go objął… i trwali tak klęcząc… wtuleni w siebie… wsłuchani we własne oddechy… połączeni… Przenikali się w uczuciach… ukojeni, ponieważ byli blisko… tak bardzo blisko…

      – Kocham cię, Steve.

      – A ja ciebie, Buck. Właśnie miałem to powiedzieć.

      – Wiem. Zawsze wiem.

      Znowu pocałował Bucky’ego w skroń… tym razem dłużej… odbierając jego ufność… nie chciał przerywać tej chwili, lecz wyswobodził się z jego objęć. Zatknął kurek i wyregulował wodę, by była silnie ciepła, lecz nie gorąca. Czekając aż napełni się do połowy, wyczuwał na sobie intensywny wzrok przyjaciela. Odwzajemnił spojrzenie… i uderzyło w niego jak bardzo Bucky wydawał się delikatny… kruchy… z tymi opatrunkami, przez które lekko przebijała się czerwień.

      – Pomóc ci zdjąć ubrania?

      – Jestem ranny w twarz. – prychnął Barnes dumnie – Mogę się ruszać. Innym razem pozwolę ci zdjąć ze mnie wszystkie. Teraz daj mi zachować godność.

      Obserwował jak Bucky rozpiął bluzę i uwolnił się z niej, po czym pozbył się także koszulki rozciągając ją ostrożnie, by nie zahaczyć o opatrunki, wyraźnie czuł się lepiej, zrobił to zaskakująco sprawnie. Jego ciało… tak ładnie umięśnione… a jednocześnie smukłe… Ukochany sięgnął do paska i spojrzał wyzywająco, kiedy go poluzował… rozpiął rozporek… zatknął palce za spodnie… Steve musiał odwrócić wzrok, czując się bardzo skutecznie prowokowanym… i niezmiernie zawstydzonym. Zakręcił kurek, podejrzewając, że Buck ma teraz świetną zabawę, znał dobrze jego zaczepną naturę. Sprawdził ręką ciepłotę wody. Zaczekał aż przyjaciel rozbierze się całkowicie, słyszał szeleszczące odgłosy materiału, lecz nie miał odwagi popatrzeć. Ależ był głupi. Tyle razy widział go całkowicie nagiego… tyle razy się kochali… dotykali… a teraz dał się tak łatwo onieśmielić. Wiedział, że Buck uwielbiał doprowadzać go do takiej niepewności… lubił prowokować… miał to wpisane w osobowość. Kochał to w nim… naprawdę, tylko… był w tym za dobry. Barnes wszedł powoli do wody, ułożył się, wykładając głowę na krawędzi, odetchnął rozluźniony. Tym razem po prostu musiał przenieść na niego wzrok. Boże, Bucky…

      – Dołączysz do mnie? Tobie też przyda się kąpiel.

      – Tylko… jesteś osłabiony i…

      – Chodź.

      Jego głos… taki miękki… czuły… nie mógł nie posłuchać. Zabrał się za zdejmowanie z siebie górnej części ubioru, wiedząc, że Bucky swobodnie mu się przygląda. Zagryzał dolną wargę, kiedy przyszła kolej na spodnie… zaczął je zsuwać… a ukochany cicho zagwizdał. Spiorunował go wzrokiem… a on jedynie się zaśmiał, a potem wykrzywił usta, kiedy śmiech sprawił mu ból. Oburzenie spowodowane bezczelnością Barnesa… och, kochanie… zniknęło w jednej chwili. Rozebrał się całkowicie… a Buck wyciągnął do niego dłoń, już nie podjudzał… patrzył spokojnie, czule… poważnie. Ujął jego rękę… a ten uścisk był tak delikatny… i ostrożnie wszedł do wanny. Położył się na ukochanym, otoczyła go woda… czuł pod sobą jego gładkie… mokre… idealne ciało. Nie musiał się obawiać, że sprawi zranionemu przyjacielowi jakiś rodzaj dyskomfortu… był lekki i wiedział, że każda forma ich kontaktu… to ukojenie… bliskość. Ułożył głowę na jego ramieniu… położył dłoń na torsie, pogładził z lekka… a Bucky… Bucky odwrócił do niego twarz i przytulił policzek do jego włosów. Słyszał jak zaciągnął się ich zapachem. Uczuł na plecach jego ciasno obejmujące go ręce. Przylgnął całym sobą, chcąc być jak najbliżej. Nagość Bucka intensywnie na niego oddziaływała… i miał świadomość, że jest to odwzajemnione, lecz… obaj potrzebowali w tej chwili ukojenia… nie szukali przyjemności… jedynie bliskości… własnej obecności. Pragnęli, by ich zapachy się wymieszały… przenikały się… by mogli wczuwać się wzajemnie w dotyk mokrej skóry… zatracili się w jedności… w miłości. Odpoczywali… pozwalali, by woda i bliskość zmywały z nich stres… napięcie… relaksowali się… było im tak bezpiecznie… tak bezpiecznie…

      Po oddechu Barnesa zorientował się, że on przysnął. Uśmiechnął się z lekka. Rozczuliło go zaufanie, jakim był obdarzony… łatwość, z jaką przyjaciel oddawał się pod jego opiekę. Unosił się wraz z jego klatką piersiową przy każdym unormowanym… spokojnym… wdechu. Wsłuchiwał się w bicie serca, które tak bardzo go kochało.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 374
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!