Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 11. Ich ostatnia noc

      Obejmował poduszkę i myślał o tym jak znowu wdał się w bójkę i oczywiście został uratowany przez swojego niezawodnego Bucky’ego. Tyle już przeżyli takich sytuacji, tyle chwil poznaczonych krwią, ale jednak wspólnych, przez co wartościowych… tyle opatrywanych ran, bólu pomieszanego z zaufaniem.

      (Czasem mam wrażenie, że ty to lubisz)

      Kochał jego cięty język, to jak potrafił rozładować w nim napięcie, jak umiejętnie posługiwał się swoimi zaczepkami. Pamiętał, co poczuł wtedy, gdy na niego spojrzał… i pierwszy raz ujrzał go w mundurze. Niedowierzanie, a potem szok, gdy uświadomił sobie, że naprawdę widzi go gotowym, by iść na wojnę.

      (Masz już przydział?)

      Trochę się bał, czuł się tym przytłoczony… przyjaciel go na to nie przygotował, nie uprzedził. Dowiedział się tuż po tamtej bójce, gdy uniósł na niego wzrok. Gdyby nie zaskoczenie i oszołomienie spowodowane nagłością tej wiedzy… byłby zły, bardzo zły. Teraz już nie potrafił.

      (Do sto siódmej. Sierżant James Barnes.)

      Te słowa… były drugim ciosem. Pamiętał jak Buck uniósł dumnie głowę, tak przystojnie przy tym wyglądał… jak żołnierz. Wpatrywał się wówczas w niego, nie potrafiąc uwierzyć, że ten piękny mężczyzna w mundurze to jego Bucky, jego ukochany Bucky. A jednocześnie widział to tak wyraziście, że odbierało mu trzeźwość myślenia. Przypomniał sobie swój strach, niepewność… Buck nie mógł iść na wojnę bez niego. Nie mógł. I nie pójdzie, nie sam, nie pozwoli na to. Nie był zły za to, że dowiedział się o tym tak nagle, że Barnes nie wyznał mu tego wcześniej… została im ostatnia noc przed jego wyjazdem. Tak mało czasu, tak mało… chciał by mieli więcej, lecz rzeczywistość nie brała pod uwagę jego zdania. Naprawdę nie był zły… nie teraz, kiedy wiedział, że doktor Erskine dał mu szansę, by mogli być w wojsku razem. W innym wypadku byłby wściekły. Leżał samotnie w łóżku, mając świadomość, że przyjaciel niedługo wróci, rozmyślał o przyszłości… i bał się jej. Nie wiedział, co czeka ich na wojnie, lecz będą razem, a to liczyło się najbardziej. Przetrwają wszystko.

      Wytężył słuch. Dochodziły do niego tak dobrze znajome, ciche kroki. Zaskrzypiały drzwi sypialni. Tak bardzo czekał na swojego Bucky’ego… a teraz bał się na niego spojrzeć… bał się, że on wyczyta z niego, że zawarł swego rodzaju umowę z doktorem Erskine’m. Nie miał zamiaru mu o tym powiedzieć, wiedząc, że zareaguje on silnym gniewem… i strachem. Nie chciał, by taki był ich spędzony razem czas zanim poznają gorzki posmak wojny. Miał zamiar postawić go przed faktem dokonanym, gdy spotkają się w wojsku. Zdawał sobie sprawę, że Buck przeżyje szok, wścieknie się, ale nie będzie mógł mu zabraniać… mimo że i tak by go nie posłuchał. Sądził, że oszczędzi im kłótni teraz… i tak będą musieli się z nią zmierzyć, ale dopiero jak przyjaciel się dowie. Nie oszukiwał go, po prostu… nie chciał go martwić wcześniej niż było to konieczne. Myślał w poważny i racjonalny sposób, ale jednak miał wyrzuty sumienia. Nigdy wcześniej nie zatajał przed nim niczego tak istotnego, zawsze dzielili wszystko, każdą myśl, każdą emocję… a teraz musiał go okłamać. Nie, to nie tak… to dla jego dobra, dla jego spokoju. Musieli być razem do końca. Przecież sobie to obiecali. Nie można złamać przyrzeczenia dwójki zakochanych ludzi… to, co wynika z uczuć jest nienaruszalne. Nawet wojna ich nie rozdzieli.

      Wyczuwał na sobie wzrok stojącego przy framudze Barnesa, lecz w jakiś sposób nie był zdolny się poruszyć, leżał na boku odwrócony do ściany, wiedząc, że czeka ich trudna rozmowa. Ta świadomość wywoływała w nim stres, nie wiedział co powinien zrobić. Bał się, ale byłoby gorzej, gdyby ukochany szedł do wojska sam. Bez przerwy by się o niego zamartwiał, odchodziłby od zmysłów… po prostu by oszalał… Dość! Nie, to się nie wydarzy, nie w ten sposób. Będą zmagać się z demonami wojny, ale razem, uda się… wytrwają… Wychwycił cichy dźwięk, gdy Buck domknął drzwi sypialni, słyszał szelest materiału, gdy zdejmował z siebie…

      (mundur)

      …ubrania, lecz wciąż się nie odwracał, czuł jak drżą mu wargi, tak bardzo się bał… bardziej niż był skłonny przyznać, bo przecież będą we dwóch… i to powinno zlikwidować strach przed…

      (koszmarem)

      …czekającą ich walką, lecz to wszystko było takie nieznane. Chciał być żołnierzem u boku swego ukochanego, bronić niewinnych ludzi… tylko to, co tam na nich czekało było jedną wielką niewiadomą. Niepewnością. Lękiem.

      – Przepraszam, skarbie. Bardzo jesteś… – Buck zaciął się, jakby chciał zapytać o coś zupełnie innego, miał smutny, niepewny głos – Bardzo jesteś na mnie zły?

      Poczuł jak Barnes wsuwa się obok niego pod kołdrę, jak przytula się do niego odzianym jedynie w bokserki ciałem. Obydwaj sypali jedynie w nich… chyba że zdejmowali je, gdy się kochali. Czuł ciepło jego skóry przy własnej… tak bardzo tego potrzebował… i przyjaciel to wyczytał, przylgnął szczelniej do jego pleców, stulił delikatnie ich policzki, sięgnął ręką przez bok, ujął dłoń i splótł ich palce.

      – Przepraszam. Naprawdę, ja… chciałem ci powiedzieć.

      Zamknął oczy, wczuwał się w jego ciepło, relaksowało go, pozwalało lepiej przygotować się… jeśli to w ogóle było możliwe… do niepewnej przyszłości. Ścisnął lekko palce przyjaciela, by pokazać mu, że się nie gniewa… a on oddał ten uścisk z taką mocą, jakby właśnie to uratowało mu życie.

      – Boże, Stevie… Tak mi przykro. Ja próbowałem to wyznać, naprawdę, ale zawsze gdy patrzyłeś na mnie z takim zaufaniem… po prostu nie mogłem. Nie potrafiłem. Jak miałem powiedzieć ci, że odejdę? No jak? Myślałem, że mam jeszcze czas, że jeszcze trochę… – Buck urwał, próbując zapanować nad emocjami, wziął głębszy oddech – Byłem głupi. Przyszły rozkazy i to całe moje durne przekonanie, że to jeszcze nie teraz szlag trafił. Myślałem, że zdążę i wiesz… będziemy mogli trochę się z tym oswoić. Jestem idiotą, przepraszam.

      – Zasługiwałem na to, żebyś mi powiedział.

      Zabrzmiał dość ostro, wyczuł jak ukochany drgnął i natychmiast tego pożałował. Przecież właśnie robił to samo, zatajał prawdę związaną z uzyskanym przydziałem dzięki doktorowi Erskine’owi… tyle że w przeciwieństwie do przyjaciela robił to umyślnie, z pełną świadomością kłamstwa. Och, kochanie… tak bardzo nie chciał, by jego piękny Bucky czuł się winny… zwłaszcza, że nie miał do niego żalu. Naprawdę, nie do niego… po prostu… żałował tego, że to wszystko było takie nagłe… jednak wiedział, że tam, na wojnie, będą razem tak, jak teraz… nawet kiedy będzie trudniej, poradzą sobie z tym.

      – Wiem. Kochanie, wiem. Ja tylko… nie umiałem. Proszę, nie bądź na mnie zły. Ja… ja nie chciałem cię zranić. Nie kłamałem, naprawdę, wybacz mi.

      – Nie potrafię się na ciebie gniewać. Nie mamy na to czasu, ale i tak nie mógłbym. To nasza ostatnia noc przed tym, jak…

      (wyruszymy na wojnę)

      Boże… Boże, prawie to powiedział… ależ by się wysypał. Przestraszył się, nie mógł narazić przyjaciela na stres wynikający z tej wiedzy. Nie, nie teraz… musiał być ostrożniejszy, lecz szczerość wobec niego miał zapisaną w osobowość. Mocne utrudnienie.

      – Wrócę do ciebie, kiedy ten chaos się skończy, Stevie. I wszystko ci wynagrodzę.

      Zaczął odwracać twarz w stronę Barnesa, przez co ten musiał rozdzielić ich stulone policzki. Wpatrywali się w swoje oczy z bardzo bliskiej odległości i właśnie ta intymność ich wejrzeń spowodowała, że ich usta się połączyły. Delikatne zetknięcia warg składały się na pocałunek tak ulotny… tak bardzo ulotny… niemal nierzeczywisty, jakby stanowił…

      (pożegnanie)

      …subtelny, lecz niezniszczalny fundament ich miłości. Wczuwali się w siebie wzajemnie, potrzebowali własnego smaku… ciepła… pocieszenia. Całowali się powoli, jakby to mogło sprawić, że zyskają więcej czasu… ich uczucie pokonywało zawahanie… i przez chwilę znów uwierzyli, że na świecie istnieją tylko oni dwaj.

      Rogers rozdzielił ich usta i przekręcił się tak, by być całkowicie zwróconym w stronę ukochanego. Pocałował przelotnie jego szczękę, a potem położył obie dłonie na klatce piersiowej, odpychając go lekko, by nie leżał na boku, lecz na plecach… a ukochany przyjął posłusznie ten ruch… oddychali cicho, odzyskiwali harmonię, będąc razem. Ułożył się na ładnie wyrzeźbionym ciele partnera, poczuł jego ręce na bokach, podciągnął się, by dosięgnąć jego ust, złączył je ze swoimi… i ten pocałunek stał się inny niż poprzedni, mimo że wynikał z tej samej miłości. Miał w sobie jakiś rodzaj niepokoju, lęku przed stratą najpiękniejszych potrzeb. Całowali się głęboko, bojąc się przerwać, jakby już to mogło ich rozdzielić, smakowali swoje usta, wczuwali się w dotyk skóry… wkładali języki do swoich ust, przesuwali dłońmi po skórze… tracili dech, pragnęli siebie… fizycznej miłości, głębi przeżywania… rozkoszy zdolnej zdominować lęk… i nagle przerwali pocałunek… dyszeli sobie w twarze. Wisiało nad nimi widmo jutra. Widmo wojny.

      Bucky przytulił do siebie małego mężczyznę… który wciąż wyglądał jak chłopak… poczuł jak on wtulił się w jego szyję, usłyszał stłumiony, bezradny jęk. Zacieśnił uścisk, chcąc dać mu jak najwięcej własnego ciepła, wyciszyć niepewność i strach. Tak strasznie żałował, że pozostało im niewiele czasu… na pożegnanie. Przytłaczała go świadomość, że to jego wina. Jak mógł to tak spieprzyć? Jak mógł być tak głupim i myśleć, że zdąży? A teraz mieli tylko… tylko tyle, na ile im pozwolił. Ostatnią noc. Był na siebie wściekły, ale nie temu uczuciu chciał pozwolić się teraz opanować. Będzie miał na to cały pobyt w wojsku. Teraz… teraz chciał być ze swoim Stevie’m, przytulać go, ukoić… podarować mu od siebie wszystko, całą miłość, którą w sobie miał. Dotarło do niego cichutkie, przytłumione pytanie, gdyż Rogers wyszeptał mu je w skórę.

      – Boisz się, kochanie?

      Zastanowił się. Tak, to prawda… tylko strach był w tej chwili inny. Mniej wyrazisty. Przykryty przez złość i poczucie winy. Osłabł w momencie, w którym Steve się dowiedział i zobaczył go w mundurze. Pamiętał jego wzrok… to zaskoczenie, wręcz szok… i to właśnie sprawiło, że pojawiła się w nim duma, w jednym momencie przestał się bać. Wszystko dlatego, że ukochany patrzył na niego jak na żołnierza. Dzięki niemu obok lęku pojawiła się też świadomość, że zrobi coś dobrego, będzie walczył dla ludzi. Miał w sobie prawdziwą mieszaninę emocji, ciężko było je rozdzielić, a nawet rozpoznać. Miał wrażenie, że się wykluczają… że nie można jednocześnie mieć w sobie lęku, dumy i gniewu.

      – Już nie tak bardzo. Nie jestem sam ze świadomością, że wyjadę. Nie muszę bać się tej wiedzy, bo dzielisz ją ze mną. Jest mi lżej, ale wiem… wiem, że zawiniłem… że powinienem wcześniej…

      – Przestań, Buck. Nie zmienisz tego.

      – Wiem. Ja tylko… wiem.

      Pogłaskał ukochanego po plecach, delektując się delikatnością jego skóry, tak bardzo kochał jego ciało, jego bliskość… a już jutro nie będzie mógł go dotknąć… ani nawet zobaczyć. Nie, musiał przestać… nie może psuć tej chwili… teraz są razem, chciał uciec od niepokoju, oddać się ich intymności, więzi.

      – Nie wiem, co nas czeka. Boję się.

      Jego wnętrzem szarpnął smutek tak wielki… Tak bardzo było mu żal, nie chciał, żeby przyjaciel był skazany na ten niepokój, niepewność… i też się bał. Nie był w stanie się tego wyzbyć, targały nim różne emocje, ale lęk pozostawał. Mimo wszystko. Strach o tę drobną istotę, która się w niego wtulała powodował w jego sercu ciężki ucisk… Co jeśli coś mu się stanie? Jeśli ktoś zrobi mu krzywdę? Albo zachoruje? Jest taki kruchy… przecież musi wówczas przy nim być, opatrzyć, zaopiekować się. I wtedy poczuł na sobie delikatny ruch, gdy Steve przesunął powoli ręką przez jego pierś, a potem zaczął krążyć po niej palcami, rysując sobie tylko znane wzory. Ten dotyk był tak delikatny… piękny… zniewalający, wprawiający w błogość, której obaj tak bardzo potrzebowali. Oddech ukochanego łaskotał go w szyję, był ciepły i lekko drżący.

      – Stevie?

      Zaczekał aż Rogers zareaguje i uniesie głowę… wtedy wyciągnął szczękę i połączył ich usta… zrobił to łagodnie, subtelnie… i wyczuł jak ten pocałunek ich obu rozluźnia, jak daje im siłę, by mogli przetrwać wszystko. Delikatnie muskał wargi Steve’a… a on odpowiadał tym samym, miał w sobie tyle zaufania, tyle oddania… skradł tym jego serce. Przesuwał dłońmi wzdłuż po chudych bokach, kochał każdy fragment tego drobnego ciała. Wczuwał się w lekkie… a tak bardzo intymne… zetknięcia ich warg, byli tak bardzo blisko i to sprawiało, że mogli zaznać ukojenia… mogli zatracić się w delikatności, we własnej nierozerwalnej miłości. Zespoili się w jedno, strach przestał istnieć.

      Rogers znów ułożył twarz w zagłębieniu szyi Bucka i wdychał jego zapach. Obaj potrzebowali odpocząć od nadmiaru stresu, więc wtulali się w swoje ciała najmocniej jak mogli. Pragnęli siebie czuć, leżeć ze sobą szczelniej niż to było możliwe. Uspokajało ich wzajemne ciepło… oddychali coraz ciszej… powoli usypiali w poczuciu bliskości… miłości… i tylko gdzieś z tyłu w ich sennych umysłach znajdował swoje miejsce ulotny niepokój.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 441
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!