Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 6. Szarość za oknem

      Spoglądał za szybę okienną, stojąc na wprost niej, dobrze znał ten widok. Znał tę szarość. Ściany, budynki, ulice… a nawet przechodnie… wszystko to zdawało się zespajać w podobnych do siebie odcieniach codzienności. Wydawało się to trochę smutne. Szare. Ci wszyscy ludzie na zewnątrz snuli się monotonnie, zajęci swoimi sprawami, podążali za obowiązkami.

      W jego życiu był jednak ktoś, kto potrafił rozjaśnić każdy cień. Bucky. Sprawiał, że był szczęśliwy, mogąc z nim dzielić każdą troskę, radość… miłość… i bliskość wynikającą z tego uczucia. Jeden człowiek, a znaczył dla niego wszystko. Kochał jego uśmiech, jego dotyk… jego wrażliwość i piękno… Jak to możliwe, że ktoś tak cudowny pokochał akurat jego? Był mu wdzięczny za to, że go wybrał… że pozwolił im jeszcze bardziej zespoić się w jedno. Widział, jak bardzo jest w tym oddany. Potrafił być wobec niego tak wierny… tak wyjątkowy w swojej uczuciowości, ponieważ zakochał się w kimś, kogo tylko on jeden dostrzegał naprawdę, bezbłędnie potrafiąc zajrzeć w jego serce.

      Wiódł wzrokiem po postaciach za oknem… i zdjął go nagły strach. Gdyby… gdyby ktoś się dowiedział… o nim i Bucky’m… Nie, nikt nie może wiedzieć. Inaczej ludzie zrobiliby im krzywdę, nie tolerowali takiej miłości… a nawet nią pogardzali, tępili jak tylko mogli. Gdyby ich dopadli… gdyby ktoś próbował z powodu ich uczucia zakatować Bucka… Boże, nigdy na to nie pozwoli. Nikt go nie tknie. Nigdy. Obroni go.

      Zorientował się, że Bucky się zbliżył dopiero, gdy ten przytulił się do jego pleców, a rękę przełożył przez ramię, by go objąć i delikatnie zacisnął palce na jego boku. Niepokój prysł natychmiast, gdy tylko poczuł jego ciepłe ciało przy swoim. Sięgnął do nadgarstka Barnesa i zamknął go w uścisku własnej dłoni. Po prostu go trzymał. Bucky wychylił się nieco, by też spojrzeć w szybę, oparł się trochę policzkiem o czoło ukochanego. I patrzyli tak razem w szarość za oknem… lecz ona ich nie sięgała. Byli bezpieczni. Stali przytuleni, zapewniając sobie własną kojącą obecność.

      – Kocham cię, skarbie.

      Bucky przylgnął bardziej swoim ciałem, poruszony tym wyznaniem, jakby usłyszał je po raz pierwszy, po części tak było, ponieważ Rogers powiedział do niego… powiedział…

      (skarbie)

      …jak nigdy wcześniej. Wtulił nos we włosy przyjaciela, przesunął nim krótko, wyczuwając ich miękkość… wdychając zapach. Będąc wciąż bardzo blisko, pochylił głowę Steve’a do przodu, przeciągnął opuszkami po jego karku… a potem przyłożył wargi… musnął nimi subtelnie skórę… i kolejny raz… Podobało mu się jak ukochany cicho oddychał, lecz… wydobył z niego głośniejsze westchnienie, mocniej przyciskając usta do jego karku… całował namiętnie, nasycając się jego smakiem i dźwiękami przyjemności, które z siebie wydawał. Przytrzymał żuchwę, sięgając ręką z drugiej strony… przeniósł pocałunki na bok szyi… zostawiał na niej mokre ślady swojego pragnienia… Przejechał ustami aż do krawędzi szczęki… a Steve obrócił głowę i połączył ich wargi w sposób bardzo gorący, pożądliwy… Wsuwali sobie głęboko języki, nie mogąc wręcz złapać tchu…

      Niespodziewanie Barnes się oderwał i odsunął, a zaskoczony przyjaciel skierował się do niego przodem. Ujął chłopaka za rękę i wolno pociągnął za sobą aż znaleźli się przy krawędzi łóżka. Musnął wargami jego głowę, przytulił policzek do puszystych włosów.

      – Odwróć się, dobrze?

      Zaczekał, aż Rogers spełni jego prośbę, złapał za rąbki koszulki i powoli podciągał ją w górę, patrząc na odsłaniane chude plecy. Dawał ukochanemu czas, by podniósł ręce i pozwolił zdjąć z siebie cienki materiał, a gdy to dokonało się, przesunął dłońmi po jego skórze delikatnie, czule. Ucałował najpierw jedną wystającą łopatkę, potem drugą. Chciał pokazać jak bardzo kocha każdy fragment jego ciała. Każdy. Chciał, by Steve to odczuł… by wiedział, że podoba mu się cały. Uklęknął, pociągając przy tym opuszkami po plecach przyjaciela… zatrzymał dłonie na biodrach, tuż nad spodniami… sięgnął do rozporka, rozpiął go, cały czas wstrzymywał oddech… a Steve stał bez ruchu, na wszystko mu pozwalał, oferował całego siebie. Ostrożnie zsunął z niego spodnie wraz z bielizną… patrzył… opadły do kostek… nie potrafił oderwać wzroku… ukochany strącił buty i na dobre pozbył się spodni, unosząc jedną nogę, a potem drugą. Cały czas za nim klęczał… oddechem owiewał pośladki… Widział jak bardzo Steven był oszczędny we własnej budowie, chudy… lecz kochał go i pragnął takim, jakim był.

      – Rozbierz się, Buck.

      Zapatrzył się, drgnął nieznacznie, wytrącony z tego stanu. Wstał, płynnie zdjął z siebie koszulkę… słyszał cichy szelest materiału… i wiedział, że Steve też słyszy, lecz nie poruszył się, czekał. Pozbył się reszty odzieży, spoglądając na drobną sylwetkę przed sobą. Objął ukochanego… a on położył dłonie na jego przedramionach, chcąc zacieśnić uścisk… gorąco spowodowane ich nagością, bliskością było tak wielkie… tak wielkie… Czuł, że mu stoi… jego sztywny członek przylegał do ciała Rogersa… Boże… Chciał być jak najbliżej, jak najmocniej… Przesunął wargami po karku kochanka… słyszał jego niespokojny oddech… wyczuwał drżenie ciała… znaczył go namiętnymi muśnięciami… delektował się delikatnością jego skóry… cudownym, zniewalającym smakiem. Odbierał jak bardzo Steve jest zrelaksowany w jego ramionach… jak oddaje się miłości… pragnieniu…

      (Kocham cię, skarbie)

      Westchnął między pocałunkami… używał własnych ust zmysłowo… powoli, lecz mocno pieścił nimi skórę na karku Stevena… kochał jego oddech, to uczucie, które w nim wybrzmiewało… Ujął go za szczękę i skierował jego twarz ku swojej. Zetknęli się wargami… lekko… i niemal natychmiast pocałunek przeistoczył się w prawdziwą ekspresję pożądania… całowali się bez pohamowania, zapamiętale… Odczuł, że Steve przełożył rękę za jego głowę, odbierał dotyk jego palców… to jak przesuwały się z karku aż we włosy. Niecierpliwie wkładali języki do własnych ust najgłębiej jak tylko mogli… chcieli podarować sobie przyjemność i miłość. Przytulał się do pleców Rogersa intensywnie, wręcz niespokojnie… przyciskał swoje biodra… wiedział, że Steve czuje na sobie jaki jest twardy… jak ściśle przylega… Przerwali pocałunek… potrzebowali oddechu…

      – Bucky…

      Ten ton… Zawierał w sobie miłość, pragnienie… i coś jeszcze. To… to prośba? Zrozumiał… o Boże, zrozumiał… Wiedział, że się nie pomylił… i właśnie dlatego się zawahał.

      – Jesteś… jesteś pewien, Stevie?

      – Bucky…

      Za odpowiedź posłużyło jedynie jego imię, lecz to mu wystarczyło. Usłyszał w tym jednym słowie tyle zaufania, uczucia… Czule ucałował jasne włosy, wypuścił przyjaciela z objęć… a on odwrócił się do niego twarzą… aż poraziło go jak bardzo niewinnie wyglądał. Jego cudowne oczy… lekko rozwarte usta… był taki piękny… piękny… i należał do niego. Obaj do siebie należeli. Delikatnie się pocałowali, co było odzwierciedleniem wzajemnego oddania… chcieli okazać sobie przywiązanie i zaufanie zanim odważą się zagłębić we własną miłość najbardziej wnikliwie jak to tylko możliwe.

      Obserwował jak Steve ustawiał się na łóżku na kolanach, podpierając się z przodu rękami i zwieszając głowę między nimi. Podobał mu się w takiej pozycji… wyglądał niesamowicie zachęcająco… wyczuwał jaki jest rozpalony… Uklęknął za nim bardzo blisko… przesunął dłońmi po jego bokach aż do pośladków… Był ogromnie rozgorączkowany… i trochę zestresowany. Nie do końca wiedział, co powinien zrobić, aby wystarczająco rozluźnić kochanka, zależało mu, by go nie bolało. Masował jego tyłek kolistymi… powolnymi… ruchami… rozkoszował się jego miękkością… drżącymi westchnieniami, które powodował. Delikatnie powiódł palcami między pośladkami, przyzwyczajał ukochanego do swojego dotyku… zdawał się na intuicję, wierzył, że nie zrobi mu krzywdy. Jego poddenerwowanie zanikało pochłaniane przez namiętny żar… przez miłość. Polizał palec wskazujący, włożył koniuszek w ściśniętą szparkę, odrobinę pogłębił… a Rogers drgnął, zacisnął dłonie na pościeli… powoli wsunął bardziej… Boże… i począł imitować ruchy, które były podstawą przy stosunku seksualnym. Wsuwał… wysuwał… powtarzał tę czynność… i nagle Steven jęknął nieco inaczej… z przyjemnością, ale też… z bólem? Chodziło o to… że jest już za sucho? Trochę obcierał? Wyjął palec, pochylił się i pocałował uspokajająco oba pośladki, potem rozsunął je dla ułatwienia… i zaczął lizać między nimi. Posługiwał się językiem z zaangażowaniem… znaczył z zewnątrz zaciśnięty otwór śliną… słyszał seksowne jęki Rogersa… Boże, nie wytrzymywał, tak go to nakręcało… Wsunął język w dziurkę… a kochanek aż wygiął plecy, jęknął tak przeszywająco… wysunął… i znów wsunął… Boże… zaciskał oczy, był wręcz nieznośnie twardy, długo nie wytrwa… Włożył do ust dwa palce, nawilżył… zadyszany oparł policzek o pośladek ukochanego… i włożył je niespiesznie… ostrożnie… w szczelinę, pogłębiał delikatnie… a jednak Steve jęknął z zaskoczenia powolnym dyskomfortem… i znowu jęknął, tym razem z wyraźną aprobatą. Starał się rozszerzać otwór cierpliwym posuwaniem palców… naprawdę się starał… lecz już nie mógł… nie wytrzymywał… słyszał w głosie przyjaciela, że też jest już blisko. Wyjął palce, wyprostował się na kolanach i przybliżył biodra do tyłka Rogersa… chwycił jego pośladki, rozwarł je… przyłożył główkę penisa do otworu, wetknął ją… och, Boże… co za uczucie… i zaczął powoli się wsuwać… a Steve zaciskał dłonie tak mocno na posłaniu, że zbielały mu kłykcie, jego jęki rwały się w słyszalnej rozkoszy i… jednak… bólu. Nie potrafił… nie chciał teraz przestać… znalazł się w nim cały… zaparło mu dech… tak ciasno… tak ciasno… Odchylił głowę, otworzył szerzej usta, by móc złapać oddech, przytrzymywał pośladki… i zaczął się poruszać… powoli… spokojnie, mimo własnego roznamiętnienia… musiał przyzwyczaić ukochanego… do… siebie… wewnątrz. Słuchał jego ekstatycznych… cudownych… nieco bolesnych jęków i wiedział… wiedział… jak bardzo mu dobrze… gdy go wypełnia… o Boże… tak, Steve… tak… Spłycał własny oddech, by zachować resztki trzeźwości… lecz tracił ją… zapominał się… jego ruchy stopniowo stawały się szybsze… głębsze… wykańczał się, to już, zaraz…

      – Wolniej…

      Zacisnął zęby. Ostatnim wysiłkiem silnej… słabej… woli zmusił się, by usłuchać. Stonował poruszenia bioder do łagodnych… subtelnych… zanurzał się w ciasnym… gorącym… wnętrzu ukochanego… Boże… ach, Boże… skupiał się na głębokości… tak dobrze… tak… Wsłuchiwał się w ciężkie jęki Rogersa… brzmiał tak seksownie… zaraz przez niego… i w nim… dojdzie, nie wytrwa… Starał się oddychać płytko, wydawał ciche syknięcia przez ściśnięte zęby… opanowywała go rozkosz i… i ból… tak skrajny ból… nie wytrzyma… nie… już nie… O Boże… Tak dobrze… Boli… Słyszał w głosie Steve’a tę samą przyjemność… ten sam ból rozpalony przez ekstazę… I już wiedział… wiedział… Pchnął mocniej… ledwo zarejestrował, że przerwał tym jęk Stevena wpół… i znów mocniej… usłyszał przytłumiony… uderzający monumentalną ekstatycznością krzyk kochanka, gdy doprowadził go do orgazmu… i… i odpłynął w szokującej przyjemności, gdy po raz pierwszy w życiu doświadczył wytrysku wewnątrz ukochanego, napełniając go własną spermą… och, Boże… Boże…

      Wymęczony spojrzał na Steve’a, na jego chude, spocone plecy, ugięte w łokciach ręce, głowę zwieszoną tak nisko, że niemal dotykał nią poduszki. Chciał mu powiedzieć, że go kocha, lecz nie potrafił… nie mógł mówić… Boże, nie mógł nawet oddychać… Z wysiłkiem wysunął się z partnera… a on natychmiast padł na posłanie, wycieńczony, dyszał urywanie… Położył się obok, naciągnął na nich pobieżnie kołdrę, nakrywając Rogersa staranniej niż siebie, objął go jednym ramieniem, ułożył swoją głowę tuż obok jego głowy, by mogli wyczuwać na sobie własne przeżywające oddechy. Uniósł kąciki ust w delikatnym, zmęczonym uśmiechu… a Steve odpowiedział tym samym i był przy tym tak nieprawdopodobnie urokliwy… tak osłabiony przez bliskość… dokładnie w tej chwili zakochałby się w nim, gdyby już tak bardzo go nie kochał.

      Leżeli ze sobą umęczeni… zjednoczeni… otaczali się uczuciem miłości. Wpatrywali się we własne twarze… tacy szczęśliwi… Wierzyli piękną, młodzieńczą… naiwną… wiarą, że ich życie będzie się składało jedynie z takich momentów.

      – Bucky…

      – Wiem… Czułem to samo co ty…

      Uspokajali się stopniowo, wyczuwając wzajemne ciepło, zamknęli oczy, pozwolili, aby do snu ukoiły ich z każdą chwilą cichnące oddechy… Zasypiali bezpieczni… zakochani… spokojni… utuleni…

      Steve obudził się pierwszy. Musieli się przesunąć przez sen, ponieważ teraz ich ciała nie były stulone, ale jednak wciąż na tyle blisko, że czuł spokój wynikający z samej obecności przyjaciela. Buck leżał na boku zwrócony w jego stronę z dłońmi wciśniętymi pod policzek, spał mocno, oddychał cichutko przez rozchylone wargi. Miał bardzo ładne usta. Pełne. Zmysłowe. Poznał już ich cudowny smak. Uśmiechnął się szczęśliwy, patrząc w tę delikatną, kochaną twarz. Kołdra okrywała Bucky’ego skąpo, bo jedynie do seksownie zarysowanych bioder, przy których jego ładny bok wyginał się w łagodny łuk i rozszerzał przy umięśnionych ramionach. Był piękny. Cały. Tak bardzo piękny… Dostrzegał to z uderzającą ostrością, tak samo jak po tamtej ulewie, gdy zaczął rozumieć, że pragnie od niego czegoś więcej.

      Sięgnął ręką do jego ust, delikatnie… jak najbardziej dyskretnie… przesunął po nich opuszkami… były takie miękkie… pogładził wierzchem dłoni policzek… a przyjaciel zmarszczył leciutko brwi, lecz nie przebudził się, a jedynie przekręcił na brzuch i zawinął pod siebie ręce. Usiadł ostrożnie, mógł spoglądać na jego nagie… tak dobrze uwidocznione plecy… na okryty kołdrą… zachęcający… tyłek. Uderzyło w niego wspomnienie tego, co robili zanim posnęli… wspomnienie tak intymne… gorące… że speszył się nawet sam przed sobą. Nie był to wstyd, a delikatne… miłe… uczucie, które zawierało w sobie nieśmiałe szczęście. Pamiętał to wrażeniami… emocjami… i było to wspaniałe. W jednej chwili zapragnął tym samym obdarzyć Barnesa… znaleźć się w nim… A gdyby… gdyby zrobił to teraz? Wstrzymał oddech, starając się wyczytać z twarzy ukochanego jak głęboko śpi… miał ochotę go w ten sposób obudzić. Wiedział, że nie może tego dokonać poprzez sam akt… lecz mimo wszystko mógł to zrobić… za pomocą przyjemności.

      Serce mu waliło ze stresu… zsunął kołdrę niżej, ukazując jędrny tyłek przyjaciela… i z podniecenia. Chciał go dotknąć… wyczuć pod palcami jego kształt… nie, jeszcze nie… uniósł się ostrożnie… i usiadł na nim okrakiem… patrzył w jego twarz spoczywającą policzkiem na poduszce, chcąc dostrzec na niej każdą zmianę… i dostrzegł… Buck ściągnął delikatnie brwi i westchnął, jakby się przebudzał… Nie mógł teraz pozwolić sobie na to, aby uleciała z niego cała odwaga, zagryzł wargi… i poruszył się na nim lekko, pocierając swoim penisem o jego pośladki… Buck odetchnął ponownie, już głośniej, zabrzmiał sennie… i nieświadomie… ale jednak przebiło się przez to coś jeszcze… doznanie. Znów wykonał biodrami ruch… łagodny, lecz wyczuwalny… i znów… a przyjaciel oddychał w poduszkę, nieubłaganie rozbudzany, nie otwierał jednak oczu, przeciwnie, mocniej je zacisnął. Ocierał się swoją… już twardą… męskością o tyłek kochanka, przechylał się przy tym nieco do przodu… tak przyjemnie… tak dobrze… Podniecało go jak westchnienia kochanka wraz z jego poruszeniami przeradzały się w seksowne… i bezradne… jęki. Świadomość, że przyjaciel mu się oddaje… że pozwala sobie przy nim na bezsilność wynikającą z bliskości, zaufania… Boże, Bucky… kochanie… Przytknął główkę penisa do jego dziurki, tak jakby chciał w nią wejść… a Barnes wciągnął gwałtownie powietrze, zacisnął dłoń na poduszce tuż obok własnej twarzy… lecz rozumiał, że jeszcze nie może, jedynie delikatnie nacisnął, musiał go rozluźnić…  nie wiedziałby jak, gdyby partner nie zastosował tego wcześniej na nim. Postarał się jak najbardziej nawilżyć palec i wkładał go w szparkę kochanka powoli, dając mu czas, aby się z tym oswoił… a potem zaczął nim poruszać… Boże, ależ Buck był ciasny… wręcz niemożliwie ciasny… cierpliwie wsuwał… i wysuwał palec… obserwował jego otwarte usta, zamknięte oczy… och, Boże… usłyszał syknięcie i dotarło do niego, że zrobił to samo co wcześniej Barnes. Skupił się na doznaniach, zapominając o komforcie. Powinien zwilżyć bardziej. Tym razem włożył do ust dwa palce, ssał je aktywnie, a gdy uznał, że wystarczy… wsunął je ostrożnie… wolno… w rowek… i starał się za ich pomocą odprężyć Bucky’ego… posuwał je wgłąb… i wysuwał… och, tak… oddech przyjaciela raptownie przyspieszył, rwał się…

      – Już… proszę…

      Nie usłuchał. Wiedział, że Buck nie jest jeszcze gotów… że zaczynając za wcześnie sprawiłby mu ból… Kontynuował rozluźnianie go… przygotowywał… I wtedy ukochany załkał… był to piękny dźwięk… cudowny… a jednak przeszywający… bezsilny. Napełnił jego serce miłością… Jak mógł odmawiać jego potrzebom… nawet mając świadomość, że to jeszcze nie czas? Jak? Przecież to jego Bucky. Nie zrobi mu krzywdy… Wyjął palce… splunął na swoją dłoń i wtarł ślinę w swojego członka… i tak był już mokry, ale to pomoże… położył ręce na jego pośladkach, rozchylił je… i najostrożniej jak potrafił zaczął w niego wchodzić… Bucky… kochanie… ucięło mu oddech… lecz… musiał patrzeć… i zobaczył jak ukochany wykrzywia lekko kąciki ust, jak rozluźnia palce na poduszce, po czym znów je zaciska… nie słyszał ani jego oddechu, ani własnego, jakby nagle zatracili tę zdolność. Zaczął się poruszać… powoli… jednocześnie masował jego przyjemnie miękkie pośladki… a ukochany wydawał z siebie głośne… lecz powolne, dostosowane do tempa… jęki. Brał go subtelnie, obdarowując powolną… niecierpliwą… przyjemnością… Boże… Boże… usłyszał w jego głosie, że już pragnie szybciej. Chciał zapewnić mu wszystko… i wzmocnił swoje ruchy… pogłębił je… och, tak… tak… poruszenia zmieniły się w pchnięcia… uderzał we wnętrze Bucka tak głęboko… tak mocno… nigdy by nie pomyślał, że tak potrafi… wymuszał z niego ekstatyczne… także bolesne… jęki, które w fascynujący… intymnie bezbronny… sposób przypominały krzyki. Mocno ściskał jego pośladki, dopasowując pieszczotę do rytmu. Kochał go namiętnymi… wręcz impulsywnymi, niepohamowanymi… pchnięciami… także krzyczał… przyjemność mieszała się z szokującym… skrajnym… bólem… I usłyszał, że okrzyk ukochanego gwałtownie się urwał, gdy doszedł… od razu zorientował się kiedy to nastąpiło… wyczuł to w jego ciele mimo własnego rozemocjonowania… pchnął biodrami raz jeszcze… niekontrolowanie, silnie… i spuścił się… tak głęboko… tak bardzo głęboko… w nim… w Bucky’m…

      Wydawało mu się, że zaraz zemdleje… patrzył na leżące bezwładnie ciało Barnesa… na jego umęczoną… a jednak ukojoną… twarz… przesunął palcami po umięśnionych… błyszczących od potu… plecach. Wysunął się umęczony i położył na nim, obejmując go swoimi chudymi rękami, oparł podbródek na jego ramieniu, aby zbliżyć do siebie ich twarze… A Bucky natychmiast to pojął, chciał się odwzajemnić, uniósł głowę na tyle… by opadła mu na poduszkę… nie miał sił.

      Ucałował zmęczonymi wargami bark Bucka, dyszał mu w skórę. Wydawało mu się, że nigdy nie dojdą do siebie po tak pięknej… ekstremalnej… bliskości. Chwycił ułożoną na poduszce dłoń… i poczuł, że przyjaciel leciutko oddał uścisk.

      – Bucky? Jesteś… wykończony…

      – Zgadnij… kto mnie… wykończył…

      Trochę się speszył… był bardzo mocny… Jednak wiedział, że właśnie tego było im potrzeba, że Barnes niczego mu nie wypominał, a jedynie zaczepił na tyle, na ile pozwalało mu zmęczenie, a zawsze trafiał celnie, także teraz.

      – Nie jest… ci ciężko?

      – Mówiłem ci… pióra… ważą… więcej…

      Uśmiechnął się, wtulając twarz w bark Bucky’ego, po czym zdobył się na wysiłek, zbliżył usta do jego policzka i złożył na nim przelotny pocałunek. Czuł się spełniony poprzez miłość do niego. Wiedział, że już zawsze będą do siebie należeć. Już zawsze będą się kochać.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 322
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!