Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 21. Potrafili uwierzyć

1944r.

      Stał za plecami przyjaciela siedzącego na powalonym drzewie, zaglądając mu przez ramię i spokojnie przyglądał się powolnemu procesowi, jakim było szkicowanie. Patrzył na uwidaczniany kreskami ołówka wojskowy obóz, od którego pierwowzoru znajdowali się w sporej odległości. Na kartce sprawiał ładne, mniej rzeczywiste wrażenie, przypominał zdjęcia w gazetach, na które kiedyś patrzył, myśląc, że to nie ich świat, że oni do niego nie należą. Starannie poprowadzone linie powodowały, że nawet mając świadomość, że żyją w wojennej teraźniejszości wydawała mu się ona bardziej odległa. Wyblakła jak stare fotografie.

      W takich chwilach wracało do niego poczucie lekkości, które tak dobrze znał z czasów sprzed wojny, kiedy relaksował się, podczas gdy Steve oddawał się swojej artystycznej pasji. Potrafił się wtedy odprężyć, zapomnieć o chaosie, który kiedyś nie był ich rzeczywistością… i który teraz ich otoczył. Uniósł wzrok, kierując go z rysunku na obozowisko i tym razem nie uderzyła w niego nagłość szarego wojennego realizmu. Znał tę codzienność. Znał zagrożenia i niepokój, które ze sobą niosła, jednak… miał przy sobie Steve’a. Jego obecność sprawiła, że nauczył się poczucia bezpieczeństwa tam, gdzie nie było na to miejsca.

      Przeniósł spojrzenie na kark Rogersa, pozwolił sobie unieść dłoń, subtelnie i dyskretnie przesunąć po skórze opuszkami palców. Od razu wyczuł jak jego dotyk zadziałał na ukochanego, kiedy ten nieznacznie zadrżał. Uśmiechnął się do siebie z lekka. Lubił na niego wpływać, delektować się wrażeniami, kiedy najlżejszy kontakt wywoływał upragnione reakcje. Gładził delikatnie skórę… powoli… kochał sposób, w jaki Steve rozluźniał się pod jego wpływem. Wiedział, że nikt ich nie zauważy. Nie z takiej odległości.

      Przesunął rękę wzwyż i zanurzył w miękkości jego włosów, wplatając w nie palce… a ukochany przestał szkicować i odchylił głowę w tył, przymykając przy tym oczy. Zapatrzył się w jego twarz, na której rysowało się rozluźnienie nadające jej tak piękny wyraz… lekko rozchylone usta, długie rzęsy rzucające małe cienie, niezawodnie trwałe zmarszczki mimiczne miedzy brwiami, męski zarys szczęki… kochał każdy szczegół. Podobała mu się ta lekkość… ufność, z jaką Stevie poddawał się jego dłoni delikatnie masującej skórę głowy. Przyglądał się dojrzałym rysom, które ostatnimi czasy zbyt często wyrażały powagę, a teraz były cudownie rozluźnione. W taki sposób, w jaki zawsze potrafił odprężać się jedynie przy nim, w jaki działała na niego ich miłość i możliwość dzielenia się nią. Dzięki takim chwilom zapominali o wojennym chaosie, doświadczaniu niebezpieczeństwa, strachu… i potrafili uwierzyć, że istnieją tylko we dwóch, niepokoje i strachy znikały, jakby już nigdy nie miały ich nawiedzać, zapewniali sobie poczucie stabilności w miłości.

      Pamiętał… pamiętał traumę, jaką przeżył w niewoli, mimo że wspomnienia nie dawały mu jasności, co do tego, co tam się dokładnie wydarzyło. Tak, pamiętał… ale nauczył się z tym żyć. Nie zmieniało to tego, że nie lubił o tym myśleć, budziło to w nim jakiś rodzaj odrętwienia, poczucia porażki, odzywało się echo strachu, który zbyt dobrze znał… lecz traktował to jako konieczność. Miał świadomość, że ten cień już z nim pozostanie. Przygnębiające, ale potrafił to dźwigać, nie upadał. Dzięki Steve’owi… dzięki swojemu małemu Steve’owi, który był z nim zawsze, gdy go potrzebował, gdy gnębiły go koszmary wykraczające poza granicę snów. W jego bezpiecznych ramionach zasypiał spokojnie, przy nim się nie bał… i każda cielesna bliskość, każdy drobny gest, ciepłe spojrzenie… leczyły jego poranioną duszę. Steve cierpliwie ratował go swoją miłością, raz za razem… tyle, ile było potrzeba. Dzięki niemu uwierzył, że potrafi znów być szczęśliwym. Wiedział, że się zmienił, ale nie bał się tego, kim się stał. Wszedł w smutny rodzaj dorosłości, jaki oferowała jedynie wojna i który trzeba było przyjąć. Dzielił tę dojrzałość z ukochanym. Wierzył, że kiedy to wszystko się skończy, ich życie znów będzie należało tylko do nich. Już nie będzie musiał się o niego niepokoić podczas kolejnych akcji. Nie miało znaczenia, że przyjaciel był Kapitanem Ameryką. Zawsze się o niego bał.

      Zorientował się, że się zamyślił i machinalnie głaskał ukochanego jak w transie, instynktownie się uspokajał, wyczuwając jego bliskość, miękkość włosów łaskoczących palce. Patrzył w jego twarz, mając potężną świadomość, że ten człowiek jest jedynym, czego potrzebuje w życiu… Stevie… Stevie, skarbie… wręcz niemożliwie go kochał. Chłonął jego oddanie i lekkość, wiedząc, że w miejscu, w którym się znajdują takie emocje są ulotnym pięknem, które łatwo może zgasnąć, a jednak… zawsze do nich wracało. W miłości.

      – Podobasz mi się taki, wiesz?

      – Ty mi się podobasz zawsze, skarbie.

      Zaśmiał się cicho, zaczepnie. Specjalnie pociągnął Rogersa za włosy, odchylając mocniej jego głowę w tył, a on zaskoczony sięgnął dłońmi do jego ręki, przytrzymując ją, jakby w ten sposób mógł zapewnić sobie równowagę. Stabilność przy nim? Niemożliwe.

      – Buck! Chcesz mnie zwalić?

      – A masz ochotę poleżeć? – odbił pytanie.

      Steve delikatnie przesunął dłońmi po zaciśniętej na swoich włosach ręce, zaczynając od przegubu i docierając do połowy przedramienia, pochyła pozycja była niewygodna, ryzykował upadkiem, jeśli tylko Barnes nie porzuci dziecinnych zagrywek. A jednak pod wpływem jego dotyku uchwyt się najpierw rozluźnił, po czym przyjaciel całkowicie go puścił, choć nie mógł sobie darować, by przed tym pociągnąć ponownie, tym razem lekko. Ukochany przestąpił przez powalone drzewo, pochylił się, by podnieść szkic i usiadł blisko, przylegając do niego bokiem. Lubił kojące ciepło jego ciała.

      – Kiedyś mnie wykończysz. – udał, że narzeka.

      – Nie kiedyś tylko tej nocy.

      – Skąd wiesz? Może to ja będę górował?

      Podobał mu się służący za odpowiedź bezczelny uśmiech widniejący na twarzy Bucky’ego, bardzo przypominał te sprzed wojny, które tak go ujmowały, lecz dostrzegał coś, co nie pozwalało mu zapomnieć, gdzie się znajdują i czego doświadczyli. Dorosłość. A jednak… pokochał ten nieco inny sposób, w który Barnes zaczął się uśmiechać odkąd go odnalazł. To wciąż był jego piękny Bucky, w taki sposób się wyrażał, zmienił się, lecz pozostał uosobieniem wszystkiego, co było dla niego najważniejsze. On jeden mu wystarczał, dawał poczucie spełnienia. I wiedział, że nawet w tym nowym świecie, świecie wojny, Bucky potrafił być z nim szczęśliwy. A jego dojrzałość stała się kolejną cechą, którą w nim kochał. Podobnie jak dziecinna zadziorność, która wracała w takich momentach jak ten, gdy mogli pozwolić sobie na lekkość.

      Schwycił dłoń Bucka, splótł ich palce i przyłożył sobie do twarzy, po czym delikatnie ucałował wierzch jego dłoni, zaledwie muskając ją wargami i kiedy ją odjął… Boże… dostrzegł jak ukochany patrzył na ten gest… ciepło w jego oczach… Bucky, kochanie… Bucky…

      – Przy tobie potrafię wierzyć, że wojna nas nie dotyczy. Liczysz się tylko ty, dajesz mi spełnienie. Szczęście. Kocham cię, Stevie.

      – Buck… – przez chwilę wzruszenie nie pozwoliło mu dokończyć, lecz zebrał się w sobie, głos mu zadrżał – A ja kocham ciebie.

      Poczuł się wręcz niemożliwie szczęśliwy… tutaj, w wojsku, pośród niezliczonych niebezpieczeństw, u boku mężczyzny, który był jego życiem. Ułożył ich splecione dłonie na swoim udzie, zacieśnił uścisk… i niemal natychmiast uczuł jak Barnes również ściska jego rękę. Dawali sobie tak potrzebną w ich więzi bliskość wynikającą z drobnych gestów, delikatnie okazywali sobie miłość, potrzebowali czuć, że wzajemnie siebie potrzebują. Skóra Bucky’ego wydawała się lekko zmarznięta. Przykrył ich złączne ręce wolną dłonią.

      Miał w sobie silny instynkt ochrony tego, co najbardziej ukochał. Ochrony Bucka. Wiedział, że już nigdy nie pozwoli go skrzywdzić, zadba o niego i sprowadzi do domu, gdy ten chaos się skończy, już zawsze będą mogli się sobą cieszyć. Kiedy przyjaciel skierował wzrok w stronę obozowiska, zwracając twarz do niego profilem, poraziło go wrażenie jak bardzo męsko wyglądał. Mocny zarys szczęki, dojrzałość uwidoczniona w rysach… spoglądał na żołnierza… i tylko lekko uniesiony w uśmiechu kącik ust nadawał mu ulotnej łagodności. W uderzający sposób dotarło do niego, że nie odwróci tego, co go spotkało, nie cofnie jego krzywd… już zawsze będzie dostrzegał je w jego pięknej twarzy… Boże… poczuł smutek tak ogromny… tak ogromny… i wtedy Barnes znów na niego spojrzał, zupełnie tak, jakby usłyszał jego myśli.

      – W porządku, Steve. Jesteśmy razem, mamy siebie. – powiedział czule, miękko – I to jest wszystko. Nie potrzeba nic więcej. Wystarczy mi, że czuję twoją dłoń w mojej, abym był szczęśliwy. Wierzysz mi?

      – Wierzę. Jesteś niesamowity.

      W odpowiedzi zasłyszał jego śmiech, jego śliczny śmiech… nieco inny niż ten sprzed wojny, podobnie dźwięczny, a jednak bardziej dojrzały… lecz wciąż wyrażający jego szczęście. Nagle poczuł się wdzięczny za to, że Bucky wciąż potrafi się tak przy nim czuć, że pozwolił mu pokochać siebie nowego. Obaj tego dokonali, odnaleźli się w tym świecie, który na niedokończonym szkicu trzymanym w drugiej ręce przyjaciela wydawał się tak nierzeczywisty… a jednak rozglądając się, widzieli tylko takie realia. I wiedzieli, że przetrwają wszystko. Razem. Nawet wojna nie była wystarczającą siłą, by ich rozdzielić.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 344
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!