Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 12. Do zobaczenia, kochanie

      Opierał głowę o brzeg wanny, obejmując wtulone w siebie drobne ciało, bliskość i okalająca ich ciepła woda były relaksujące. Pozwalały zapomnieć o przyszłości, która zbliżała się z każdą chwilą. O przyszłości, która miała ich rozdzielić już niedługo. Dzisiaj. Teraz jednak ten czas należał… jeszcze… do nich, nie zamierzał i nie chciał zmarnować go na niepokój i niepewność. Nie po to zerwali się tak wcześnie z łóżka, żeby odbierać sobie lękiem te chwile, które chcieli dla siebie skraść. To, co ich obudziło to… to…

      (strach)

      …pragnienie bycia razem. Chcieli ze sobą być jak najdłużej… móc na siebie patrzeć, odbierać bliskość cielesną… ciepło skóry… nacieszyć się tym, co jeszcze im pozostało. Wiedział, że wróci… wróci do swojego pięknego, małego Steve’a. I wtedy wszystko będzie dobrze. Nie istniała żadna inna możliwość. Jednak teraz tym, co kierowało jego myślami był moment, który dzielili…

      (pożegnanie)

      …i bardzo chciał, by nigdy się nie skończył… chciał się zapomnieć, odpłynąć… wczuwał się w ułożonego na sobie Rogersa… w chude ręce ułożone na własnej klatce piersiowej, w dotyk jego mokrego ciała… słuchał miarowego oddechu, który owiewał mu skórę. Kochał to jak Steve bezpiecznie chował twarz w zagłębieniu jego szyi tak, jak teraz… jak się przy nim odprężał, jak mu ufał… jak… jak w niego uciekał… O, nie… nie… właśnie o to chodziło, potrzebowali ucieczki od wahań i…

      (wojny)

      …lęku, a wolałby, aby nie musieli… wolałby zostać… Cała odwaga, którą zyskał dzięki temu, że Steve zobaczył w nim żołnierza, przemieniła się w rozpacz… w cichą, wewnętrzną rozpacz. Nie okaże jej, nie może… nie może… Zabronił sobie tego, nie mógł zniekształcić ich ostatniej, wspólnej chwili… po prostu nie mógł. Zacisnął zęby… i poczuł, że wcale nie chce być twardy, wcale nie chce ukryć swojego żalu… pragnął się otworzyć, oddać w opiekę ukochanemu… dzielić z nim każdą emocję, nawet bolesną.

      – Steve… – wydobył z siebie cichy, słaby szept – Proszę, zatrzymaj mnie tutaj.

      Połączył spojrzenie z przyjacielem, kiedy on natychmiast po usłyszeniu jego głosu uniósł głowę. Miał piękne, smutne oczy. Tak bardzo go kochał… tak bardzo chciał z nim pozostać… tak bardzo nie chciał, żeby te oczy były tak cholernie smutne. Odgarnął jasne włosy z jego czoła zmoczoną dłonią, przez co zwilgotniały… pogładził po policzku, docierając do kącika ust.

      – Zatrzymaj mnie. – poprosił – Spraw, żebym zapamiętał to na zawsze… żebym nie zapomniał nawet, gdy…

      Nie dostał możliwości, by dokończyć to zdanie. Ukochany scalił ich wargi w nagłym pocałunku, natychmiast się odwzajemnił, czując jak bardzo potrzebuje pozostać w tej chwili… zapomnieć się… w bliskości. Łączyli się w zachłannych, intensywnych poruszeniach ust… smakując się wzajemnie… przesuwając językami po podniebieniach. Pocałunek nabierał na sile… pojękiwali cicho… ich zmoczone ciała… usztywnione przez nagość i obustronną potrzebę penisy… przylegały ściśle do siebie… Przenikali się we własnych pragnieniach… we władającej nimi namiętności… i właśnie ten żar sprawił, że nie byli w stanie bać się czegokolwiek… strach zniknął, został pokonany przez ich miłość… nie mogli myśleć o niczym innym niż o zbliżeniu, które dzielili… i którego tak bardzo pragnęli… więcej. Więcej. Przerwali pocałunek, by zaczerpnąć powietrza i zastygli z twarzami oddzielonymi zaledwie o milimetry.

      Przesunął rękami po plecach Rogersa, docierając do jego tyłka, ścisnął lekko… wyczuwając, jaki jest przyjemnie miękki, wywołując u kochanka ciche westchnienie, które subtelnie owiało mu twarz. Pragnął go mocniej, bliżej… potrzebował… docisnął go do siebie, powodując większy nacisk jego twardej męskości na swoją… o Boże, tak… tak…  docisnął raz jeszcze… obaj jęknęli. Rozchylił jego pośladki i wetknął między nie palec, poruszył nim lekko… i kolejny raz… i kolejny… nie musiał nawilżać, okalająca ich woda posłużyła za naturalny lubrykant. Czuł na twarzy oddech partnera, jego ręce masujące lekko tors… delikatnie dosięgnął jego ust, rozchylił je językiem… włożył go… głęboko… czyniąc pocałunek bardzo powolnym i zmysłowym. Wyjął palec z dziurki przyjaciela i od razu włożył dwa… poruszał nimi wolno, precyzyjnie dostosowując tempo do mocnych… a jednocześnie subtelnych… zetknięć ich warg. Wkładał i wyjmował palce… raz po raz… i wtedy ukochany zaczął lekko ocierać się o niego, dodając kolejny przyjemny bodziec do ich miłosnego aktu, woda cicho pluskała. Jęknął mu w usta, czując jego męskość na własnej… o Boże… tak dobrze… jego ciało na swoim, przemoczoną skórę… przerwał pocałunek… wsunął palce mocniej w pojedynczym, nagłym ruchu. Tym posunięciem wyrwał z niego cichy, zaskoczony okrzyk… i tak to na niego zadziałało… tak bardzo, że chciał w niego wejść natychmiast. Teraz. Zaraz. Pozwalał jednak, by partner wciąż się o niego ocierał… tarł o siebie ich erekcjami… całą powierzchnią ciał… o Boże, Steve… tak mocno go kochał… tak mocno pragnął… tak, właśnie tak… patrzył z bliska w jego piękną, rozemocjonowaną twarz. Boże, kochał go w takim stanie. Dopasowywał rytmikę rozluźniania jego szparki do tego, w jaki sposób on pocierał ich sztywne… mokre od wody i naturalnej wydzieliny penisy… i wtedy poczuł, że to musi być teraz, że już dłużej nie wytrzyma. Wyjął z niego palce, krótko i żarliwie musnął jego wargi, po czym odchylił lekko głowę.

      – Steve…

      Rogers zrozumiał natychmiast. Uniósł się nieco, opierając kolana po obu stronach miednicy kochanka, było trochę ciasno, przytrzymał się jedną ręką krawędzi wanny, chwycił jego członka w drugą dłoń, nakierował… i zaczął się na niego nasuwać… Boże, był taki twardy… Boże… z każdą chwilą wypełniał go coraz bardziej… opadł na niego całkowicie… i znieruchomiał.

      – Jak chcesz?

      – Tak jak mnie kochasz.

      Boże. Ta prośba… tak bardzo pragnął jej sprostać. Poruszył ostrożnie biodrami, czyniąc przyjemność powolną, delikatną… a jednak głęboką… tak jak ich miłość. Wykonał kolejny ruch… wolno… kolejny… i kolejny… robił to bardzo subtelnie, wprawiał wodę w falowanie… patrzył w piękne oczy Bucky’ego, który odpowiadał mu lekko zamglonym, lecz świadomym ich bliskości spojrzeniem. Z każdym ruchem ich wejrzenia przenikały się, oddawali się sobie, ufali bezgranicznie. Kochał Bucka subtelnymi poruszeniami bioder… jego penis tak bardzo go wypełniał… Boże… Boże, tak… słuchał jego cichych, lecz ciężkich jęków i brzmiały one tak, jakby powolna… boleśnie powolna… rozkosz niemal go przytłaczała. Jedną ręką przytrzymywał się wanny, drugą opierał na klatce piersiowej przyjaciela, a on przesuwał dłońmi po jego bokach docierając aż do bioder, po czym znów powtarzał tę pieszczotę od początku. Zmienił lekko sposób, w jaki go ujeżdżał, zaczął unosić się wyżej, zsuwając się z jego męskości do połowy i ponownie się na nią nasuwając… Boże, Bucky… Bucky… a przyjaciel odwrócił głowę w bok, przerywając kontakt wzrokowy, splótł trochę gwałtownie ich palce i teraz ich połączone dłonie wspierały się o jego tors. Rozpoznawał, że Barnes chce już szybciej, że nie wytrzymuje… ale zamierzał doprowadzić go do szczytu inaczej… powolną, obezwładniającą przyjemnością. Wpatrywał się w jego odwróconą profilem twarz, w zaciśnięte powieki… w odsłoniętą, błyszczącą od wody szyję… wyczuwał na dłoni niemal kurczowy uścisk… i wiedział… po prostu wiedział, że ekstaza jest dla niego wręcz bolesna. Zsuwał się z jego członka… do połowy… i znów się na niego nasuwał… i wciąż… i wciąż… a Buck jęknął tak boleśnie, tak bardzo boleśnie… kochanie… już dobrze… jeszcze trochę… oddech ukochanego stał się chaotyczny, rwał się… och, Buck… był taki piękny w tym skrajnym przeżyciu… jego twarz, jego ciało… jego głos…

      – S… Steve… proszę… mocniej, błagam…

      Serce mu zamarło… och, kochanie… ale nie usłuchał. Zależało mu, żeby Buck doszedł w ten sposób. Choćby miał to robić przez cały dzień… mógłby… nie, wcale nie… nie mieli tyle czasu. Pochylił się w przód, wykładając się na partnerze… i zaczął całować jego szyję, czując wyraźny posmak wody… nie zesuwał już się tak bardzo z jego penisa… ujeżdżał go krótkimi, powolnymi poruszeniami… nasuwał się głęboko… tak bardzo… głęboko… Boże, zaraz dojdzie… tak cudownie było mieć go wewnątrz siebie… dłonie wciąż mieli splecione między własnymi ciałami, oparte o tors Barnesa… w miejscu jego serca. Wtulił twarz we wgłębienie jego szyi, potrzebując ukojenia i siły, aby wytrwać… a ukochany leżał pod nim niemalże bezwładnie, wymęczony powolną ekstazą, oddany w całej swojej bezradności. Kochał go głębokimi… powolnymi ruchami, powodując, że ekstaza wydawała się jeszcze bardziej bolesna… tak blisko… tak dobrze… o nie, to już… już zaraz…  i wtedy oddech Bucky’ego nagle się urwał i… i to on pierwszy przeżył orgazm, wypychając niekontrolowanie biodra w górę… lecz jego zmęczenie spowodowało, że ten ruch miał w sobie jakąś łagodność. Poczuł jego nasienie w sobie i… Boże… och, kochanie… wtulił szczelniej twarz w rozgrzaną skórę, tłumiąc okrzyk… i także doznał szczytu… obezwładniony przez miłość i rozkosz bliskości. Spuścił się między ich ciałami, a jego sperma natychmiast wmieszała się w falującą wodę. Obaj dyszeli… wymęczeni przez wysiłek… przez przyjemność. Nie miał już sił, ale wiedział, że musi… chce…  zrobić coś jeszcze. Ukochany go o to poprosił.

      Wyprostował się, stabilniej uchwycił krawędź wanny i wykonał nagły… ostry… ruch biodrami… a zaskoczony Bucky jęknął w taki sposób, że bardziej zabrzmiało to jak krzyk. I znów się poruszył… bardzo mocno… i znów… Boże… oddychał płytko, starając się w ten sposób opanować wycieńczenie spowodowane dopiero co doznanym orgazmem. Zależało mu, by nie było odpoczynku… by było to silne, potężne… tak jak ich miłość. Nabijał się na kochanka aż tak dogłębnie, że odczuwał przejmujący ból… i słyszał w jego głosie, że jego też boli… och, Buck… Boże… ale właśnie tego chciał… skrajnej, niemożliwej… oczyszczającej rozkoszy opanowującej ciało i umysł… tak niewyobrażalnej, że bolesnej. Wciąż zaciskał palce na dłoni ukochanego, przyciskając je połączone do jego torsu. Do jego serca. Poruszał się namiętnie, zapamiętale… wymuszając z partnera słabe pokrzykiwanie, wyczuwając jak bardzo jest obezwładniony przez ich bliskość. Uczuł jedną jego dłoń na pośladku, to jak ją ściskał… jak… jak starał się go do siebie przycisnąć, by ich akt miłosny… Boże… był jeszcze głębszy. Gdzieś poza świadomością słyszał głośne pluskanie wody. Było mu tak dobrze… tak mocno, rozkosznie… blisko… nie miał sił… pragnął… Och, Bucky… kochanie… Nie zwalniał tempa, ujeżdżał ukochanego niepohamowanymi, silnymi pchnięciami bioder… słyszał jego krzyki… i także krzyczał… i wtedy to się stało. Spuścili się w tym samym momencie. Wypełniła go sperma Bucky’ego, a jego własna rozmyła się we wzburzonej ich namiętnością wodzie. Znieruchomiał po kilku jeszcze, słabszych już, poruszeniach. Boże. Oddychali ciężko niemal zaszokowani doznaniem… zapomnieniem, które ze sobą przyniosło. Oczyszczeniem.

      Cały drżący zesunął się z penisa Barnesa i wyłożył się na jego mokrym ciele, przytulając się mocno, opierając policzek o jego pierś. Nie był w stanie opanować wycieńczenia, wyczuwał w także drżącym przyjacielu, że z nim jest podobnie. Stanowili jedność. Objęły go umięśnione ramiona, oddał się bezpieczeństwu, które ze sobą niosły.

      – Właśnie tak cię kocham.

      Wyczuł jak Bucky drgnął… zupełnie jakby oszołomił go tymi słowami… jakby szok doznanej bliskości sprawił, że zapomniał, o co prosił. I zrozumiał… zrozumiał, że te kilka słów tak bardzo go wzruszyło… tak bardzo… uczuł na czubku głowy delikatny pocałunek jego wymęczonych ust. Wiedział, że sprostał jego potrzebie, zatrzymał go przy sobie… zatrzymał go w miłości, pragnieniu dzielenia emocji, przeżyć. Pokazał tym jak go kochał. A kochał delikatnie, pięknie, subtelnie… a zarazem gwałtownie, chyba nawet obsesyjnie.

      Wciąż czuł się taki zmęczony… i jednocześnie zaspokojony, uszczęśliwiony… wsłuchiwał się w oddech swojej największej miłości. Powoli uspokajał się wraz z Bucky’m… wypoczywał na jego ciepłym, kochanym ciele. Istnieli tylko oni dwaj. Żaden niepokój nie zakłócał im tej chwili. Nigdy nie pozwoli, by cokolwiek ich rozdzieliło. Nigdy. Nagle zorientował się, że woda zrobiła się chłodna, lecz nie chciał opuszczać wanny, bo to oznaczało… że czas im się kończy.

      – Trochę zimno, kochanie. – usłyszał cichy głos Barnesa.

      – Wychodzimy?

      – Jeszcze trochę. Zostańmy jeszcze trochę.

      Leżeli razem przytuleni, wsłuchani we własne oddechy, relaksowali się własną obecnością… lecz okalający ich chłód sprawiał, że marzli mimo tego, że wczuwali się we wzajemne ciepło. Nie mogli już tego ignorować, znając słabość organizmu Rogersa. Ostrożnie wyszli z wanny, rozejrzeli się… i dostali ataku śmiechu. Cała podłoga w łazience była mokra i wydawało im się to tak zabawne, że musieli się podtrzymywać, by przypadkiem nie upaść. Było ślisko. Wciąż się zaśmiewali, kiedy wzajemnie wycierali się ręcznikami i tak jak poprzedni stosunek seksualny… ta radość ich odprężała.

      – Chyba wylaliśmy z połowę wody, Buck.

      Rozśmieszyło ich to tylko bardziej, z trudem się opanowali, owinęli się ręcznikami wokół bioder i podążyli do sypialni, trzymając się za ręce. Dopiero tam ich dłonie się rozłączyły.

      Steve przyglądał się jak przyjaciel zakłada mundur i… nigdy o tym nie myślał, ale jego ruchy miały w sobie coś żołnierskiego, jakąś zaciętą męskość. Przypatrywał się jego skupionej twarzy, dłoniom zapinającym guziki, wszystkiemu… mając wrażenie, że już tęskni, choć przecież jako jedyny z nich wiedział, że na wojnie będą razem dzięki doktorowi Erskine’owi. Zaczekał aż przyjaciel ubierze się całkowicie, zapamiętując każdy szczegół, każdy nawet najdrobniejszy ruch. I kiedy Barnes spojrzał na niego już w pełnym umundurowaniu… nie mógł oprzeć się wrażeniu jego niewinności. Wyglądał, jakby miał osiemnaście lat. Był piękny, czysty. Obawiał się tego, co wojna mogła z nim zrobić, ale… widział po ukochanym, że on już się nie boi. Dokonał tego, kiedy się kochali… zatrzymał go w ich więzi, miłości.

      Przyjął zachłannie ciepło bliskości Barnesa, gdy on do niego podszedł i go objął, odwzajemnił uścisk, wchłaniając w siebie jego rozluźnienie, wiarę w dobrą przyszłość. Żołnierz i chudy chłopak jedynie w ręczniku przepasającym biodra. Poczuł jego oddech owiewający włosy, gdy zaszeptał mu do ucha pożegnanie.

      – Do zobaczenia, kochanie. Kiedy wrócę, dam ci milion pocałunków.

      – Skarbie…

      Nic więcej nie był w stanie powiedzieć, nie teraz, wtulił się mocniej, władało nim poczucie bezpieczeństwa i wzruszenia. Od Barnesa emanował spokój, który zyskał dzięki ich bliskości. Wszystko będzie dobrze, nigdy siebie nie stracą. Będą ze sobą do końca. Obiecali sobie.

      – Nie poradzisz sobie beze mnie, Buck. – zaczepił go umyślnie, wiedząc, że już niedługo spotkają się ponownie.

      Reakcja Barnesa skradła mu serce, ponieważ… on po prostu się roześmiał. Tak dziecinnie… beztrosko, jakby wcale nie mieli się teraz rozstawać. Kochał dźwięk jego radości… tak bardzo w nim to kochał… tę czystość, niewinność… piękno sprawiające, że brzmiał, jakby był najszczęśliwszy. I nigdy więcej nie usłyszał, żeby Bucky śmiał się w ten sposób.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 303
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!