Córa rodu Phoenix – Rozdział 31

Zbrodnia Salazara

                 Luther przeniósł ich na początek brukowanej ścieżki prowadzącej ku rezydencji. Natura wokół odżyła, odzyskując swe bijące, ciepłe serce ukryte przed światem w kunsztownych murach dworku, królującego na wzgórzu. Niezliczone odcienie zieleni lasu tańczyły swobodnie na delikatnym, chłodnym wietrze. To miejsce nareszcie prezentowało się jak powinno – niczym spokojna oaza pośród szarej codzienności. Dragan wyciągnął szyję, by lepiej czuć na skórze kojące podmuchy. Kochał to miejsce. Poświęcił Blackowi więcej czasu, niż na dobrą sprawę posiadał, ale nie żałował podjętej decyzji. Zerknął na towarzysza kątem oka i uśmiechnął się delikatnie. Dziwny dzieciak. Gdy Ravi poinformował go o dość niespodziewanej i niepokojąco szybko postępującej zmianie w zachowaniu czarodzieja, od razu wiedział, gdzie upatrywać źródła problemu. Syriusz Black z całą pewnością był idealną zwierzyną dla Otchłani, a on nie miał najmniejszego zamiaru dać tej dziwce tego, czego tak bardzo pożądała. Bardziej przemawiała przez niego czysta przekora, niż jakiekolwiek przejawy choroby, nazywanej troską – to znacznie bardziej pasowało do Vallerin, niż do niego. Jakiekolwiek nie byłyby jego prawdziwe motywacje, nie zmieniało to faktu, że zaczynał coraz bardziej lubić tego szarookiego pchlarza. Nie żartował mówiąc, że powitałby Syriusza w gronie swoich braci z otwartymi ramionami, jednak miał poważne wątpliwości, czy Black poradziłby sobie z dźwiganiem takiego brzemienia. Po ustaniu pogromów, Ethan przejął obowiązki głowy zdziesiątkowanego rodu, skupiając się przede wszystkim na zorganizowaniu ocalałym bezpiecznego schronienia w świecie, który ich zdradził. Turkusowe oczy rozbłysły lodowato. On sam zdecydował się stanąć na czele zbrojnego ramienia wyniszczonego klanu, początkowo planując jedynie zniszczyć półświatek, stojący za zorganizowaniem masakry – z czasem wsiąkając w niego coraz to głębiej. Szybko rozeznał się w panujących tam zależnościach, ostatecznie decydując się na zemstę znacznie bardziej przewrotną i bolesną. Zamiast zmieść w proch półświatek, postanowił nim zawładnąć i zmusić go, do padnięcia na kolana przed wolą rodu Luther. Za takim rozwiązaniem przemawiał jeszcze jeden argument…Krew Lutherów przez bardzo długi czas krążyła w podziemnym handlu, częstokroć służąc do tworzenia wymyślnych artefaktów, o zaskakujących właściwościach. Poczuł, że musi je odzyskać i złożyć w krypcie Indrahill, tuż obok kości poległych. Tego wymagało jego własne, dość wypaczone poczucie sprawiedliwości. Właśnie…Indrahill. Powinien jak najszybciej odstawić Syriusza do rezydencji, wyjaśnić nieco Vallerin sytuację, ewentualnie zgarnąć opierdol za samowolkę i wrócić do ponurego zamku. Stęsknił się za swoimi braćmi, choć okazywał to na swój patologiczny, mocno wątpliwy sposób. Dni takie jak ten, gdy mogli spędzić czas wszyscy razem, zdarzały im się nie częściej niż raz na 30-40 lat. Liam, Jean, Akiva i Lio byli mu bratnimi duszami, a ich odrodzenie się w Otchłani z jednej strony potwornie go rozzłościło, z drugiej ucieszyło. Nie był już dłużej całkowicie osamotniony w swoim szaleństwie i cynicznym, wyrachowanym spojrzeniu na świat. Żałował tylko, że nie mogli spotykać się z Vallerin – podjął już co prawda pewne kroki w tej sprawie, lecz efektu nie mógł być pewien. Powtórnie spojrzał na Syriusza i prychnął rozbawiony. Czarodziej szedł obok niego bez słowa, coraz to bardziej ponury i niepewny. Zapewne wcale nie przemyślał decyzji o powrocie, przez co właśnie mierzył się z natłokiem uciążliwych myśli. Dziwny dzieciak…przetrwał niezły emocjonalny rollercoaster w Indrahill, więc powinien radośnie podskakiwać na samą myśl o powrocie, zamiast przejmować się głupotami. Luther, uśmiechając się półgębkiem, klepnął ramię kundla, chcąc dodać mu w ten sposób otuchy.

– Oddychaj, słoneczko! – roześmiał się perliście – Vallerin przecież cię nie udusi. Lepiej o mnie byś się pomartwił!

– Pomartwię się za nas obu…

Ton Blacka do reszty rozbawił Dragana. Czarodziej brzmiał jak jakiś skazaniec, niepewny tego, czy za drzwiami czekan na niego upragniona wolność, czy też okrutna śmierć. Zdecydowanie nawet przez chwilkę nie pomyślał, z czym wiązała się decyzja o powrocie. Tutkusowooki, w przypływie nagłej serdeczności, położył silną dłoń na głowie szarookiego i bezlitośnie potargał jego ciemne włosy. Taki gest zawsze kojarzył mu się z zachowaniem starszego brata, chcącego nienachalnie okazać cieplejsze uczucie młodszemu. Syriusz Black III, pomimo ponad trzydziestki na karku, w jego oczach wciąż był wystraszonym gówniarzem i tak zamierzał go traktować – jak zagubionego chłopca, nieprzygotowanego na realny bój z otaczającym go światem.

– Vallerin na ciebie czeka, szczeniaczku. Kiedyś już trułem ci o tym, że kiedy ona się tobą zaopiekuje, nie ma szans, żebyś kiedykolwiek został całkiem sam. Podnieś dumnie głowę, Syriuszu! – zaśmiał się krótko – Wracasz do domu. Do rodziny, która za żadne skarby świata nie przestanie cię oczekiwać.

Czarodziej przystanął gwałtownie i wbił szeroko otwarte, zdumione oczy w Luthera. Kruczowłosy uśmiechał się do niego w sposób zupełnie inny, niż do tej pory – nieskończenie wręcz ciepły i pozbawiony ulotnej kpiny. Z jego niesamowitych oczu uleciała cała ta niepokojąca, groźna i nieprzystępna nuta, którą zazwyczaj emanowały. Pozostał jedynie przenikliwy, błyszczący turkus, rozświetlony szelmowsko promieniami słońca. Pod wpływem tego spojrzenia, całe napięcie opuściło więźnia, przynosząc mu kruchy spokój. Może Dragan miał rację? Rezydencja już raz stała się dla niego domem, a jej mieszkańcy kimś na kształt rodziny. Choć te wszystkie tajemnice, niedomówienia, półprawdy i zwyczajne kłamstwa mocno go dotknęły, wątpił, by mógł myśleć o tym miejscu w odmienny sposób. Posłał Kolekcjonerowi wdzięczy półuśmiech, dając tym samym znak, że rozumie i jest gotów iść dalej. Cała ta pewność siebie uleciała, gdy zatrzymali się tuż przed masywnymi drzwiami. Szarooki automatycznie przesunął się za plecy kompana, nie chcąc być pierwszym, który przestąpi przez próg. Luther, jako stały bywalec dworku, nie trudził się czymś równie upierdliwym jak pukanie, a mimo to już w progu powitała go uśmiechnięta twarz Stena. Ten stary skurczybyk miał niebywałego czuja, jeśli chodziło o wykrywanie niezapowiedzianych wizyt.

– Cieszę się widząc panicza w domu! – skrzat usłużnie przesunął się na bok, witając Dragana z niemalże z ojcowską czułością – Posłać po panienkę Crown?

– Nie kłopocz się, tatuśku! – turkusowooki zaśmiał się melodyjnie – Wystarczy, że powiesz mi, gdzie znajdę Lady. Mam dla niej małą niespodziankę.

Wyciągnął dłoń do tyłu i wprawnie złapał kołnierz marynarki Syriusza, siłą wywlekając go zza swoich pleców. Skruszony czarodziej nie czuł się na tyle pewnie, by spojrzeć w oczy Stena, więc wbił wzrok w podłogę, zastanawiając się intensywnie, co powinien powiedzieć. Durny mózg po raz kolejny nie chciał współpracować!

– Panicz Black! Wielkie nieba…nic paniczowi nie jest?

Przejęty Sten nie czekał na słowa powitania, ani tym bardziej przeprosiny. Po prostu podbiegł do Syriusza i chwycił obiema dłońmi krawędź jego marynarki, mierząc go badawczym spojrzeniem. Martwił się o czarodzieja, tak jak pozostałe skrzaty, a widząc go teraz w progu…tak zmarniałego i wymęczonego…serce mu się kroiło i nie mógł myśleć o niczym innym, niż należyte zatroszczenie się o tego chłopca.

– Nie, Sten. Jestem cały – bąknął mocno zakłopotany szarooki. – Miło cię widzieć.

– Lady będzie uradowana, widząc panicza całego i zdrowego w domu! Proszę, proszę niech panicze wejdą! Panienka Crown wypoczywa na tarasie. Uprzedzę Merion, żeby przygotowała dodatkowe nakrycia przy kolacji. Panicz Black…cóż za szczęście! – majordomus uśmiechnął się szeroko.

– Jedni nakrycie, Sten – Luther odgarnął z twarzy nieznośne pasma smolistych włosów. – Mam coś do załatwienia i nie zostanę długo.

– Z całym szacunkiem, paniczu Crown! – uśmiech skrzata zniknął, zastąpiony chmurnie zmarszczonym czołem – Jeśli nie będzie się panicz odpowiednio odżywiał, będę zmuszony napomnieć panicza w ostrzejszy sposób.

– Możesz mi nawet skopać tyłek, nie będę się bronił. Odpuść sobie panicza Crown. Syriusz już poznał moje prawdziwe imię, więc wystarczy Dragan.

Sten przez dłuższą chwilę przypatrywał się na zmianę obydwu gościom, szukając w ich mimice potwierdzenia usłyszanych słów. Black nie wydawał się zaskoczony, ani zdezorientowany. Staruszek westchnął ciężko, uśmiechając się niezgrabnie. Więc nadszedł ten dzień…

– Zapowiada się na długą i ciężką rozmowę. Poinstruuję skrzaty, by nie przeszkadzały, jeśli nie będzie to absolutnie konieczne. Proszę za mną.

Majordomus odwrócił się i skierował się ku wyjściu na taras, magią zatrzaskując drzwi wejściowe. Czarodzieja zaniepokoił cień żalu, malujący się w dobrotliwych oczach staruszka, jednak nie miał czasu zastanawiać się nad możliwą przyczyną. Zrobiło mu się niesamowicie wręcz głupio. Opuścił rezydencję, porzucając ich wszystkich bez słowa wyjaśnienia. Sten, zamiast go skarcić za przysparzanie zmartwień swej pani, dopytywał o jego samopoczucie i wylewnie okazywał radość, z powrotu syna marnotrawnego. Idąc krok za Draganem, Syriusz czuł się coraz bardziej ociężały. Każdy napotkany skrzat witał go z takim samym ciepłem i entuzjazmem jak majordomus, informując swych współbraci o pojawieniu się byłego skazańca. Tym sposobem, zanim dotarli do drzwi tarasowych, zdążył przywitać się w wszystkimi skrzatami – żaden z nich nie zapytał go, gdzie się podziewał, ani dlaczego uciekł. Stworzonka najzwyczajniej radowały się z ponownego spotkania, niezamierzenie wzmagając w nim poczucie winy. Odetchnął głęboko, kiedy w końcu dotarli do celu. Dragan już szykował się by otworzyć drzwi, kiedy przerwał mu Sten, chwytający rękaw Syriusza.

– Paniczu Black – wyszeptał cicho. – Rozumiem, że ma panicz wiele pytań i jak najbardziej uzasadnionych pretensji, jednak jeśli mogę chciałbym prosić panicza o zachowanie spokoju. Nasza pani wiele przeszła ostatnimi czasy…proszę, by nie był panicz dla niej zbyt surowy. Lady już odpokutowała za okłamywanie panicza. Tak jak my wszyscy….

Zanim czarodziej zdążył otworzyć usta, żeby zapytać o co chodziło, Sten pokłonił się i zniknął. Szarooki spojrzał pytająco na Luthera i ciężko przełknął ślinę, widząc metaliczny błysk w jego oczach. Bez wątpienia się wkurzył, ale czemu?

– Oj…zapomniałem ci o czymś wspomnieć, pchlarzu – Kolekcjoner niewinnie zatrzepotał rzęsami. – Mówiłem ci, że Vallerin dość poważnie zachorowała, ale jakoś wyleciało mi z głowy, żeby powiedzieć, że na kilka dni zapadła w śpiączkę, a po wybudzeniu miewa delikatne problemy z pamięcią.

– Co? – wyszeptał skołowany mężczyzna.

Nie otrzymał odpowiedzi, ani dalszych wyjaśnień. Kruczowłosy po prostu odsunął przeszklone drzwi i wpadł na taras, szeroko rozpościerając umięśnione ramiona. Black, nie mając wyboru, poszedł za nim wciąż mocno skonfundowany tym, co usłyszał. Zatrzymał się ledwie krok za progiem, z całych sił zaciskając pięści. Na jasnej, rozłożystej kanapie siedziała drobna dziewczynka o płomiennych włosach, ściągniętych w wysoki kucyk. Twarz młodej damy schowana była w książce, którą obecnie zawzięcie czytała. Nie dostawała do podłogi, więc uroczo machała nogami, najwidoczniej podekscytowana treścią czytanego tomu, oprawionego w twardą, ciemnobrązową skórę. Gdy podniosła oczy…ciałem czarodzieja zawładnął gorący, niepowstrzymany dreszcz. Przepiękne, lazurowe tęczówki za których spojrzeniem tak cholernie tęsknił…to bez wątpienia była Vallerin. Dziewczynka odłożyła książkę i zsunęła się z kanapy, nie spiesząc się z podejściem. Stała ledwie kilka kroków przed nimi badawczo przyglądając się Blackowi, przez co zaczynał wpadać w panikę. Wyglądała, jakby wcale go nie rozpoznawała… W końcu uśmiechnęła się łagodnie i podeszła do Dragana, utrzymując jak największy dystans od szarookiego czarodzieja. Stanęła obok Luthera, subtelnie chowając się za jego nogami i kątem oka wciąż nieufnie obserwowała Syriusza, przez co serce o mało mu nie pękło. Nie miał pojęcia czego spodziewać się po powrocie, ale na pewno nie oczekiwał takiego…chłodu. Nieprzyjemną atmosferę przerwał śmiech Dragana, który objął płomiennowłosą i bez trudu podniósł ją, mocno przyciskając do szerokiej piersi. Vallerin uśmiechnęła się radośnie, po czym usiadła na jego przedramieniu – zawsze uważała to za najzabawniejszą zaletę posiadania dziecięcego ciałka.

– Ej, mała! – mrugnął roześmiany Luther – Nie za wygodnie ci?

– Ej, duży! – odpowiedziała identycznym tonem – Nie prosiłam się, żebyś mnie podnosił. Sam zacząłeś, więc nie marudź z łaski swojej! Nie wiedziałam, że dziś wpadniesz. Zostaniesz na dłużej?

– Nie mogę, śliczna. Mamy małe zebranko w Indrahill, a wiesz co się dzieje, kiedy zostawi się tych błaznów samych – westchnął teatralnie. – Sama siedzisz? Gdzie wcięło marudnego dupka?

– Ethan pojechał do Norwegii. Dostał wezwanie z tamtejszego Ministerstwa i chyba chodziło o przebadanie jakiegoś wraku, ale nie dopytywałam dokładniej – dziewczyna po raz kolejny zerknęła na Syriusza, po czym nachyliła się bliżej ucha Kolekcjonera. – Nie chcę być niemiła, ale kto to jest? Jeden z twoich ludzi?

Blackowi dosłownie odjęło mowę. Stał jak ostatni kretyn, nie mogąc uwierzyć w to, co usłyszał. Więc ona…naprawdę go nie rozpoznawała? Cholerny los postanowił po raz kolejny z niego zakpić, dając mu to, czego pozornie chciał? Przez te wszystkie dni w Chacie pragnął, by o nim zapomniała…żeby raz na zawsze wymazała z pamięci jego przynoszącą nieszczęścia mordę! Miotał się wściekle między tęsknotą za nią, a pragnieniem żeby zapomniała, sam nie do końca wiedząc, czego tak właściwie chce. Jednak teraz…teraz, gdy zadała to pytanie…poczuł, że wolałby umrzeć, niż je usłyszeć. Przynajmniej w tej jednej kwestii uzyskał jednoznaczną odpowiedź. Był tak żałośnie słaby…sam siebie oszukiwał myśląc, że pogodziłby się ze stratą Vallerin na dobre…że zniósłby jej obojętność. Nie potrafił opanować drżenia całego ciała, ani lodowatych szponów rozpaczy, rozdzierających to, co pozostało z jego serca oraz duszy. Miał ochotę paść na kolana i zwyczajnie wyć. Jego anioł…patrzyła na niego, jak na zupełnie obcego człowieka. Nie potrafił sobie z tym poradzić. Bezwiednie splótł ręce na piersi, wbijając mocno paznokcie w chłodną skórę. Mechanicznymi, niekontrolowanymi ruchami drapał się do krwi, podświadomie starając się zagłuszyć fizycznym bólem ten znacznie gorszy – psychiczny. Dosłownie w jednej chwili cały jego kruchy świat zwalił mu się na łeb, więżąc go pod dusznymi, ciemnymi gruzami. Przestał dostrzegać cokolwiek. Wszystkie obrazy zlały się w jednolitą, niewyraźną masę, nabierającą chaotycznego rozpędu. Zimne skurcze nie pozwalały mu ustać spokojnie, więc kołysał się lekko w przód i w tył. Ciało oraz umysł całkowicie poddały się nowemu wymiarowi cierpienia. Nie rozpoznała go…Uciążliwe, nieprzyjemne myśli rozbrzmiały w jego głowie, z siłą dzwonu. Szok przejął panowanie nad wszelkimi zmysłami, oddzielając je od jego woli grubym, nieporuszonym murem. Sądził, że to koszmar w nowym wydaniu był bolesny, jednak w porównaniu z tym…mógł spokojnie uznać go za ledwo drażniące uszczypnięcie. Niespodziewanie poczuł ciepło tak intensywne, że niemal palące. Oczy, pod wpływem nieoczekiwanego dotyku, momentalnie odzyskały zdolność widzenia. Niepewnie spojrzał w dół i z całych sił zacisnął wargi, widząc wpatrzone w niego, litościwe oczy. Vallerin pewnie trzymała jego nadgarstki, tym samym powstrzymując go przed dalszym kaleczeniem przedramion. Ściskała go na tyle mocno, by mieć pewność, że nie będzie w stanie sam siebie krzywdzić.

– Niech pan przestanie – szepnęła cicho, niestrudzenie patrząc wprost w jego oczy. – Proszę.

Nie potrafił jej odmówić…nie potrafił się jej sprzeciwić…nie, kiedy patrzyła na niego w ten sposób. Nawet jeśli go nie rozpoznawała, cały czas się o niego martwiła. W jej lazurowych tęczówkach wyraźnie widział szczerą troskę – coś, czego żadna istota nie potrafiłaby udawać. Uświadamiając sobie ten fakt, bezwładnie opuścił ramiona wzdłuż ciała. Był w domu…u boku kobiety, której na nim w jakiś sposób zależało.

– Kurwa, stary! Ale z ciebie szajbus – usłyszał śmiech Luthera. – Uprzedzałem, że Vallerin ma drobne problemy z pamięcią. Zaraz to naprawię, więc weź się wstrzymaj na chwilę z odpierdalaniem. Vallerin, ten nerwus to Syriusz.

– Syriusz… – powtórzyła płomiennowłosa.

Zamyśliła się na chwilę, próbując dopasować usłyszane imię do konkretnych wspomnień. Black zauważył, jak podświadomie przyłożyła dłoń do miejsca, w które ją uderzył, gdy stracił nad sobą panowanie. Po plecach przeszedł mu lodowaty dreszcz. Nigdy…przenigdy nie był sobą tak rozczarowany, jak w tym momencie. Pierwszą rzeczą jaką sobie o nim przypomniała było to, że śmiał podnieść na nią rękę! Powinszować, Black! Mężczyzna pełną gębą! Gdyby istniało królestwo palantów, niezaprzeczalnie zostałby jego królem, jako najbardziej skretyniały, schamiały, bezmózgi ćwok, spośród wszystkich żałosnych ćwoków. Te myśli skutecznie uleciały, kiedy poczuł drobne ramiona Vallerin, oplatające jego tors. Obejmowała go z całych sił, patrząc na niego z radością wymalowaną w błękitnych oczach i uśmiechając się cudownie.

– Wróciłeś…Witaj w domu, Syriuszu! – dziewczyna niespodziewanie puściła go i poczerwieniała na twarzy – Wracasz nareszcie do domu, a ja witam cię w takim stanie! Beznadziejna ze mnie gospodyni – zaśmiała się niezręcznie. – Siadajcie proszę. Ogarnę się i za chwilę do was dołączę.

Nie czekając na reakcję mężczyzn, zgrabnie wyminęła Blacka i jak strzała wpadła do wnętrza rezydencji. Zaskoczony czarodziej zamrugał kilkukrotnie, starając się ułożyć sobie to wszystko we względną całość. Kruczowłosy w tym czasie już rozsiadł się na kanapie i z zainteresowaniem wertował książkę, którą wcześniej czytała Lady. Jego beztroski spokój rozzłościł Syriusza. Opadł ciężko na siedzisko, tuż obok Kolekcjonera, i bezpardonowo trącił do pod żebra łokciem, jednocześnie wbijając pełne niemej pretensji spojrzenie w jego policzek.

– Jak mogłeś zapomnieć powiedzieć mi o czymś tak ważnym, dupku? – warknął szorstko.

– Jakbyś nie zauważył, kundlu, mam całkiem sporo na głowie. W sumie Sten mi przypomniał i mogłem od razu powiedzieć Vallerin kim jesteś, ale dużo bardziej spodobał mi się pomysł poobserwowania twojej reakcji. Z głębi serca pragnę przyznać, że warto było! – zaśmiał się swobodnie – Amnezja mojej pani to już w większości przeszłość. Opowiadałem jej na zmianę ze skrzatami i Ethanem o tobie, ale umknął mi jeden istotny szczególik. Nie mieliśmy żadnego twojego aktualnego zdjęcia, przez co Vallerin nie mogła dopasować wspomnień do konkretnej twarzyczki. Jak widzisz naprawiłem to, więc się nie czepiaj! Nie ma za co, pchlarzu!

– Kiedyś uduszę cię we śnie – westchnął czarodziej.

– Masz zamiar ze mną spać? Wracamy do tematu, kokietko? – Luther wymruczał flirciarsko.

– Jeśli dzięki temu będę mógł łatwiej cię zamordować, poświęcę się – były więzień zatrzepotał rzęsami.

– Ty i ja… – Kolekcjoner przysunął się bliżej, zniżając głos do mruczącego szeptu – Miła kolacyjka…wspólna noc…walka na śmierć i życie…Potrafisz skusić faceta, skarbie! To co? – uśmiechnął się zaczepnie – Tylko nas dwóch, czy zaprosić jeszcze jakieś koleżanki, żeby nie było nudno?

– Jak to możliwe, że ktoś taki jak ty, jest tak beznadziejnie durny? – zakpił Syriusz – Masz tak tylko po godzinach, czy przez cały czas? Musisz okropnie wkurzać podwładnych.

– Co masz na myśli mówiąc taki jak ja? – Dragan zignorował zaczepkę, zamierzając ciągnąć gierkę po swojemu – Przystojny? Czarujący? Zabawny? Wygadany? Utalentowany? Pociągająco niebezpieczny? Czy pan ze mną flirtuje, panie Black? – przesadnie teatralnym gestem przysłonił usta.

– Gdzieżbym śmiał! Jesteś zbyt wspaniały, żebym ośmielił się chociażby spróbować.

– Ekhm…może nie będę wam przeszkadzać. Wiecie, że na górze są wolne sypialnie?

Obydwaj, niemalże automatycznie, przenieśli wzrok ku wejściu na taras. Vallerin, w swej dorosłej postaci, przysiadła zgrabnie na brzegu stołu i wspierając łokcie na kolanach, przyglądała im się z szerokim, rozbawionym uśmiechem. Ani odrobinę nie dziwiło jej zachowanie Dragana – ten facet wręcz uwielbiał wprawiać innych w zakłopotanie, a im bardziej kogoś lubił, tym dosadniejszy w docinkach się stawał. Dziwactwa kruczowłosego nie były w stanie jej zaskoczyć, jednak zaintrygowała ją reakcja Syriusza oraz jego niewymuszona swoboda w toczeniu gierek z Lutherem. Była pewna, że kiedy nabierze nieco więcej doświadczenia i lepiej wyczuje Kolekcjonera, będzie w stanie mierzyć się z nim jak równy z równym. Póki co Black dawał się jeszcze dość łatwo onieśmielać, o czym dosadnie świadczyło jego nerwowe odsunięcie się od towarzysza oraz rumieniec zażenowania, pulsujący na bladych policzkach. Dragan oczywiście zauważył jak niezręcznie czuł się czarodziej, więc bezpardonowo zarzucił ramię na jego bark i przycisnął go do swego boku, opierając skroń o czubek jego głowy.

– Którą konkretnie sypialnię pani poleca? – uśmiechnął się zaczepnie.

– Zdecydowanie twoją – przewróciła oczami. – Z tego co wiem, tamto łóżko nie raz już wypróbowałeś i nigdy nie wyglądałeś na niezadowolonego, w przeciwieństwie do nieszczęsnych dziewcząt. Jeśli koniecznie chcesz rozczarować kolejną osobę, bawidamku, droga wolna, ale sugeruję zrezygnować z zapraszania koleżanek. Możesz nie podołać wyzwaniu, staruszku.

Luther wybuchnął niepohamowanym, głębokim śmiechem. Jak on uwielbiał tę dziewczynę! Vallerin nie dało się zgasić tak łatwo jak pchlarza lub któregokolwiek z jego braci. Ona, w przeciwieństwie do wszystkich wokół, nigdy się go nie bała i nie czuła potrzeby hamowania języka. Znali się za długo…zbyt wiele podobnych rozmów odbyli, żeby wciąż wznosił się między nimi niewidzialny mur niepewności. Tylko przy niej mógł być w pełni sobą i nie obawiać się, że ujrzy w jej oczach cienie lęku, lub co gorsza odrazy. Czego by nie zrobił…czego by nie powiedział, zawsze mógł liczyć na troskliwą miłość, lśniącą w zachwycającym lazurze.

– Przestań molestować Syriusz, z łaski swojej.

Nie przestając się śmiać, uniósł ręce w obronnym geście. Black, wykorzystując chwilę wolności, jak najszybciej odsunął się od Dragana na bezpieczną odległość. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. Słowna przepychanka między Kolekcjonerem, a Lady natychmiastowo poprawiła mu nastrój. Przy okazji dowiedział się czegoś nowego o płomiennowłosej – jeśli chciała, potrafiła wprawnie przygadać. Ciężko wyrokować dlaczego, ale wyjątkowo mu się to spodobało. Miał szczerą nadzieję na tyle zacieśnić relację z Erin, by pewnego dnia móc rozmawiać z nią w podobny sposób – na samą myśl o przekomarzaniu się z nią, robiło mu się gorąco. Przyjrzał się dokładniej swemu aniołowi i przeklął w duchu swój durny mózg za brak zdolności zapamiętywania szczegółów. Jego wspomnienia wyjątkowo marnie oddawały jej niezwykłą, powalającą wręcz urodę. Ta kobieta nie była po prostu piękna…zapierała dech w piersiach – była tak naturalna, filigranowa i czarująco wysublimowana. Jego tęsknota, czy chciał się do niej przyznać czy nie, została nareszcie złagodzona. Zapewne mógłby całymi godzinami siedzieć bez ruchu i w milczeniu wpatrywać się w pannę Crown – jej cudowny uśmiech, błyszczące oczy, wydatne usta, drobny nosek, doskonałe niuanse łabędziej szyi – w obecnej sytuacji jednak rozmowa była rzeczą więcej niż wskazaną.

– Jak się czujesz, Vallerin? – zapytał łagodnie, podchodząc do gospodyni.

– Słucham?

Lady zamrugała kilkukrotnie, niepewna tego, o co dokładnie mogło chodzić Syriuszowi. Wiedziała, że Luther musiał podzielić się z nim prawdą, ale nie była pewna, w jak rozległym zakresie. Dragan zrezygnował z udawania Kaia, zostając przy swoim naturalnym wyglądzie, więc pewnie powiedział Blackowi kim jest. Na początku zwrócił się do niej mała, zamiast siostrzyczko, co świadczyło o odpuszczeniu sobie odgrywania ról rodzeństwa. Syriusza nie zaskoczyła jej dziecięca forma – nie zapytał o to, ani nie domagał się pilnych wyjaśnień, zatem o tym również musiał zostać uprzedzony. Pytaniem jednak pozostawało, jak wiele wiedział i ile jeszcze, wedle zamysłu Luthera, miał się dowiedzieć.

– Spokojnie, moja pani – turkusowooki bezbłędnie wychwycił rozterkę przyjaciółki. – Zawarłem z kundlem drobny układzik. Zgodził się przyjąć znamię saekulam derrerum, w zamian za prawdę o nas. Opowiedziałem mu oględnie o tym kim jesteś. O Phoenix’ach, Lutherach, misji w Hogwarcie, znajomości z Siwobrodym oraz Harrym – ze znudzeniem wyliczał na palcach – takie tam, pierdoły. Kontekst mniej więcej zna, a o szczegóły nie pytał, jak na grzecznego psa przystało. Tak strasznie chciał cię zobaczyć, że zrobiło mi się go szkoda, a znasz moje łagodne, wrażliwe serduszko – roześmiał się, wstając z kanapy.

– Dragan, czy tobie całkiem już odbiło? – westchnęła z rezygnacją – Naznaczyłeś go wiecznym oddaniem? Tak nie można…to niebezpieczne, dobrze wiesz! Syriuszu, czy mogę dotknąć twojej szyi?

Nieoczekiwane pytanie tak wytrąciło z równowagi czarodzieja, że zdobył się ledwo na mizerne potaknięcie. Crown zaczęła ostrożnie wodzić opuszkami palców po jego karku i szyi, próbując odszukać znamię klątwy. Szarooki nawet nie drgnął, czując, jak zesztywniałe przez niewygody Chaty mięśnie rozluźniały się pod wpływem subtelnego dotyku. Nawet najmniejsza, najbardziej ulotna styczność z jej delikatną, przyjemnie ciepłą skórą pozostawiała po sobie przyjemne mrowienie, rozprzestrzeniające się po całym jego ciele. Przymknął powieki i instynktownie przygryzł lekko dolną wargę, gdy smukłe palce Vallerin musnęły jego obojczyk, wsuwając się pod koszulę. Serce waliło mu jak oszalałe, chcąc najwidoczniej wyrwać się z piersi. Doskonale wiedział, że Lady nie dotykała go w sposób czuły ani nic takiego, jednak miał to gdzieś. Jej bliskość…jej dłonie na jego ciele…w tym momencie był cholernie pewien, że niczego więcej w życiu nie potrzebował. Luther, obserwując szczeniacko podnieconą minę Blacka, ryknął śmiechem – odrobinę wymuszonym. Nie spodobała mu się równie…emocjonalna reakcja byłego więźnia na zwyczajny dotyk Vallerin i chciał przerwać to żałosne przedstawienie, nie wychodząc przy okazji na zaborczego, starszego braciszka. Tak właściwie to był kimś na kształt zaborczego, nadopiekuńczego brata, ale nikt nie musiał o tym od razu wiedzieć! W sumie to całkiem zabawne biorąc pod uwagę fakt, że to Vallerin opiekowała się nim praktycznie od zawsze, a nie na odwrót. Dorastając i kształcąc się pod jej czujnym okiem, czuł się za nią coraz bardziej odpowiedzialny. Lady zawsze była beznadziejną optymistką jeśli chodziło o podejście do ludzi oraz świata, przez co najczęściej cierpiała. Nie mógł tego spokojnie znosić. Dawno, dawno temu postanowił stać się mężczyzną, który będzie potrafił obronić tę delikatną, łagodną kobietę przed wszelką krzywdą – cel swój poniekąd osiągnął, ale nie zamierzał sobie odpuszczać. Póki Vallerin darzyła śmiertelnych sympatią, póty narażona była na ból rozczarowania. Od wieków ignorował uszczypliwości, prześmiewcze uwagi, a nawet groźby, wyrażane wprost przez Lordów oraz rodzonego brata, mając ich nic nie warte zdanie głęboko w dupie. Robił dokładnie to, co chciał i nikomu nic do tego! Uśmiechnął się kącikiem ust, dostrzegając, że jego jakże wyrafinowany fortel przyniósł zamierzony efekt. Lady przestała szukać znamienia i spojrzała na niego jak na kretyna, najwidoczniej zamierzając coś powiedzieć. Zanim zdążyła otworzyć usta, w drogę wszedł jej czarodziej.

– Dragan uprzedził mnie, z czym wiąże się przyjęcie znamienia – uśmiechnął się ciepło. – Zgodziłem się na to dobrowolnie, więc nie miej do niego pretensji.

– Właśnie, moja pani! – turkusowooki uśmiechnął się kącikiem ust – Na marginesie, piękna, kazałaś mi przestać molestować naszego przystojniaczka, a sama macasz go w najlepsze. Niesprawiedliwość!

– Nie macam go, palancie, tylko usiłuję znaleźć znamię. Poza tym jakoś nie widzę, żeby ode mnie Syriusz uciekał w panice – Lady posłała przyjacielowi uroczy półuśmiech.

– Przy świadkach robi się odrobinę płochliwy, ale kiedy jesteśmy sami…w grę wchodzą nawet zalotne rozbieranki – wymruczał Kolekcjoner.

Vallerin spojrzała pytająco na Syriusza i roześmiała się w głos, dostrzegając jego wyraz twarzy. W życiu nie widziała kogoś równie zażenowanego i wkurzonego jednocześnie.

– Zamorduję cię, padalcu – czarodziej wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Wcale się przed tobą nie rozbierałem!

– Tak? – Dragan wymownie uniósł brew – To niby skąd wiem, że masz na sobie czarno-niebieskie bokserki, skarbie? Swoją drogą, całkiem nieźle opinają twój zgrabny tyłeczek.

– Bo nie chciałeś wyjść z cholernego pokoju?! – szarooki poczerwieniał na twarzy.

– Czyli jednak się przed nim rozbierałeś – gospodyni podsumowała poważnym, rzeczowym tonem.

– I ty przeciwko mnie? – jęknął Black – Tylko się przebierałem, a ten uparciuch nie chciał wyjść.

– Uuu! Poważne zarzuty – zaśmiał się kruczowłosy – Najpierw nazywa mnie kotem i pyta, czy wolę chłopców, a teraz nie, nie, nic nie było. Sama widziałaś, że bezczelnie ze mną flirtuje – spojrzał na pannę Crown.

– Wcale nie flirtuję! – były więzień zaprzeczył zdecydowanie – Przestań sobie dopowiadać!

– Trochę flirtowaliście – błękitnooka z uśmiechem pokiwała głową.

– Vallerin… – czarodziej choć starał się opanować, nie potrafił powstrzymać uśmiechu.

– Oj, Blacky! – żachnął się Luther – Chętnie bym się nad tobą jeszcze poznęcał, bo całkiem podoba mi się kierunek, w jakim to wszystko zmierza, ale obowiązki króla wzywają – podszedł bliżej gospodyni, powoli zbierając się do wyjścia. – Wpadnę tu jutro popołudniu i jeżeli nie zastanę cię w rezydencji… – demoniczny turkus wbił się w czarodzieja – znajdę cię i zabije w baaardzo wymyślny sposób. Aniele – skłonił czoło przed Lady.

Płomiennowłosa nie mogła od tak go wypuścić, więc oplotła ciasno ramionami jego szyję. Wspięła się na palce, by móc pocałować policzek przyjaciela, jednocześnie targając jego długie, aksamitne włosy. Dragan, dostrzegając doskonałą okazję do wkurzenia Blacka na odchodne, zamknął pannę Crown w objęciach, przyciskając ją do swego wyrzeźbionego torsu. Subtelnie zmierzył czarodzieja wyzywającym spojrzeniem, jednak mężczyzna, ku jego niezadowoleniu, nie wyglądał jakby pojął, że właśnie rzucono mu rękawicę. Miał zamiar sprowokować go sarkastyczną uwagą, lecz Vallerin mu to uniemożliwiła.

– Dziękuję, Dragan – przytuliła policzek do jego mostka.

– Dla ciebie wszystko, moja Lady – wyszeptał z czułością, o jaką ciężko byłoby go posądzać. – Kundlu! Nie waż się okłamywać Vallerin. O cokolwiek by nie zapytała, odpowiadaj szczerze i mną się nie przejmuj – mrugnął porozumiewawczo do byłego więźnia.

– Łapa… – szepnął Syriusz.

– Wszystko się zgadza – turkusowooki niezbyt wiedział, o co mogło chodzić. – Pchlarze, kundle, szczeniaczki, psinki i Fafiki mają łapy.

– Nie o to mi chodziło – czarodziej westchnął ciężko. – Tak mnie kiedyś nazywali. Łapa.

Luther puścił Lady i podszedł do tego nieszczęsnego człowieczka, ponieważ odrobinę ruszył go sposób, w jaki wymówił swój dawny przydomek – głos mu się łamał i za cholerę nie brzmiał pewnie, zupełnie jakby to proste słowo sprawiało mu fizyczny ból. Potrafił to zrozumieć, jak każdy, kto mierzył się z demonami przeszłości. Położył dłoń na ramieniu byłego skazańca, nie potrafiąc zmusić się do wyrazistszego gestu wsparcia – wrodzony brak empatii bywał kłopotliwy.  

– Słuchaj, słoneczko – zaczął łagodnie. – Nie będę cię tak nazywał. Lubię znęcać się nad ludźmi, to fakt, ale tylko w sposób, który uznaję za zabawny, a w tym nic śmiesznego nie ma. Rozumiem, że Łapą nazywali cię twoi dawni przyjaciele i ten pseudonim musi wiele dla ciebie znaczyć, więc nie mam zamiaru na siłę go profanować. Dzięki za propozycję, ale nie będę nazywał cię imieniem, które rozdrapuje rany.

Kolekcjoner puścił oczko zdębiałemu Syriuszowi, po czym władczym krokiem podszedł do, niemniej zaskoczonej, gospodyni. Szarmancko ucałował jej śnieżną dłoń i skierował się ku wyjściu, chcąc jak najszybciej wrócić do pilniejszych, zabawniejszych zajęć. Nim na dobre zniknął we wnętrzu rezydencji, zatrzymał się i zerknął przez ramię wprost na szarookiego. Miał do powiedzenia jeszcze jedną rzecz. Uśmiechnął się zadziornie, dumnie unosząc podbródek.

– Witaj w naszej wesołej bandzie wyrzutków, Syriuszu Blacku III. Rozgość się!

Po tych słowach Luther najzwyczajniej wyszedł, śmiejąc się niejednoznacznie. Szarooki i Vallerin jeszcze przez dłuższy czas stali obok siebie w milczeniu, zasłuchani w oddalający się chichot. Gdy niepokojący dźwięk ustał, Syriusza opuściła cała pewność siebie, napędzana dodatkowo przez adrenalinę. Dużo lepiej się czuł, mając pod ręką tego świra, a teraz…gdy został sam na sam z błękitnooką kompletnie nie wiedział, co dalej. Chciał ją tylko zobaczyć i nieszczególnie zastanawiał się, jak rozegrać czekającą ich rozmowę. Płomiennowłosa, niezamierzenie, wyratowała go z nie lada opresji.

– On naprawdę cię lubi… – wyszeptała, wciąż zdumiona zachowaniem przyjaciela.

– Tak myślisz? – uśmiechnął się bez przekonania – Przez większość czasu raczej się ze mną drażni.

– Dragan… – urwała, szukając najadekwatniejszych słów – no cóż. Ze swej natury jest bezlitosny. Kiedy znajdzie czyjąś słabość, w czym jest piekielnie dobry, będzie w nią uderzał tak długo, aż całkowicie nie zniszczy swojej ofiary. To urodzony drapieżnik, który nie lubi się powstrzymywać i bardzo rzadko zdarza mu się przejmować czyimiś uczuciami, ponieważ nie do końca je rozumie. Twoimi się przejął – zerknęła na rozmówcę. – Oczywiście nie w takim stopniu jak zwykli ludzie, ale jednak.

– Vallerin, mogę cię o coś zapytać?

– Spodziewam się, że masz całą masę pytań! – zaśmiała się nerwowo.

– Tylko jedno, jeśli pozwolisz – spojrzał na nią z pełną powagą. – Proszę cię, żebyś odpowiedziała mi szczerze, dobrze?

– Pytaj – Lady zaniepokoiła się tonem czarodzieja.

– Czy pierwszą rzeczą, jaką sobie o mnie przypomniałaś, było to, że cię uderzyłem?

Płomiennowłosa zwlekała z odpowiedzią. Usiłowała znaleźć odpowiednie słowa…coś dzięki czemu nie zraniłaby czarodzieja, jednocześnie odpowiadając mu zgodnie z prawdą. Westchnęła przeciągle, uznając, że tym razem musi się poddać. Dość było już między nimi kłamstw, przemilczeń i półprawd…zbyt wiele, żeby dokładać kolejne.

– Tak – odpowiedziała krótko.

– Boisz się mnie?

Black nawet na nią nie patrzył. Usilnie wpatrywał się gdzieś w dal, a jego głos brzmiał dokładnie tak samo – deprymująco sucho i rzeczowo. Pojęcia nie miała do czego niby zmierzała ta rozmowa, ale skoro już podjęła decyzję, zamierzała się jej trzymać. Wzięła głębszy wdech.

– Czasem.

Nieoczekiwanie Syriusz stanął tuż przed nią i delikatnym ruchem uniósł jej podbródek, chcąc, by spojrzała mu w oczy. Wiele działo się w tej przygaszonej szarości – niejasny ból przeplatał się z determinacją, smutkiem oraz sporą dozą wewnętrznej siły. Dokładnie w taki sposób wyglądały oczy mężczyzny, który po raz pierwszy w swoim życiu podjął trudną decyzję o stoczeniu walki, którą mógł przegrać z kretesem. Gdyby nie ten ból…jego wzrok całkiem by jej się podobał.

– Jestem beznadziejnym śmieciem, o czym dobrze wiesz – przemówił cicho. – Aroganckim, buntowniczym, porywczym, bezczelnym, narcystycznym, złośliwym draniem, który nie potrafi się w porę zamknąć – zaśmiał się gorzko. – Chcę jednak żebyś wiedziała, że pomimo tego wszystkiego…tych cholernych wad, których mam znacznie więcej niż zalet, nigdy więcej nie zrobię niczego, co mogłoby cię zranić. Przenigdy.

– Ja…

– Powiedz tylko, czy jesteś w stanie zaakceptować żałosną deklarację kretyna i pozwolić mi zacząć od nowa, w twojej rezydencji.

Jego słowa nieoczekiwanie ją rozdrażniły. Ten uparty facet niczego nie rozumiał i najwidoczniej zrozumieć nie chciał. Stanowczo chwyciła jego dłoń, ściskając ją mocno.

– Nie wróciłeś do rezydencji Lady Vallerin Crown, głupku. Jesteś w domu, pośród osób które na ciebie czekały i martwiły się o ciebie każdego dnia. Myślisz, że interesuje mnie, dlaczego odszedłeś? – wbiła paznokcie w jego skórę. – Błąd. To nie ma najmniejszego znaczenia, przynajmniej dla mnie, bo za resztę mówić nie mogę. Wróciłeś cały i zdrowy, tylko to się liczy. Nie potrzebujesz mojego pozwolenia, żeby stać się częścią tego domu, ponieważ już nią jesteś – uśmiechnęła się ciepło. – Jesteś jednym z nas, a rodzina zawsze będzie na ciebie czekać, nie ważne jak długo.

Szarooki dosłownie poczuł, jak powoli topnieje w środku. Dragan od początku miał rację, chociaż nie zamierzał głośno tego mówić, żeby nie dać mu satysfakcji. Erin nawet nie chciała od niego wyjaśnień, choć powinien się wytłumaczyć…może to i lepiej? Mówiąc o tym, dlaczego uciekł musiałby przyznać się do tego, że jego najgorsze, najmroczniejsze obawy koncentrowały się wokół niej i panicznego, irracjonalnego lęku przed jej utratą. Nie był gotów na takie wyznania i szczerze wątpił, by kiedykolwiek miało się to zmienić. Miał ochotę śmiać się z samego siebie. Wielki Syriusz Black! Guru uwodzicieli, władca niewieścich serc, szkolne bożyszcze dziewcząt, król flirtu, wieczny singiel – zakochał się w kobiecie, będącej daleko poza jego zasięgiem. Nawet on nie był tak głupi, żeby tego nie pojąć. Karma postanowiła w końcu okrutnie ukarać go za te wszystkie lata pogrywania sobie z uczuciami dziewczyn. Jak na rozpieszczonego przez koleżanki bawidamka przystało, przyzwyczaił się do tego, że zawsze dostawał czego chciał, bez większego wysiłku. Czułe słówko, łobuzerski półuśmieszek, dwuznaczny żarcik, wymyślny komplement, trochę klasycznego olewania i jakoś wychodził na swoje, wzbudzając szczeniacki podziw wśród kolegów. Zapatrzył się na zmysłowo pełne usta Vallerin, czując przemożną chęć przesunięcia po nich kciukiem. Wyglądały na tak kusząco miękkie…i absolutnie nieosiągalne. Lata temu nawet przez sekundę by się nie zastanawiał, w pełni ufając własnemu urokowi. Nie raz i nie dwa bywało, że to dziewczyny inicjowały pocałunki, a kimże on był, żeby nie szanować ich woli? Jak teraz o tym myślał, to był z niego straszliwy palant – beztroski skurwiel, wykorzystujący swoją urodę do zabawienia się przez chwilę. Traktował dziewczęta jak swoistego rodzaju trofea – im trudniejsze do zdobycia, tym ciekawsze – a kiedy już osiągnął cel, zmieniał obiekt zainteresowań, w poważaniu mając zranione serca. Nigdy się nie zakochał, choć nieraz zapewniał wybranki o szczerej miłości. Nigdy tak naprawdę nie zależało mu na żadnej dziewczynie, a jak już zaczęło, to musiało paść na istną boginię u której szans, nawet czysto hipotetycznych, nie miał. Odsunął rozedrganą dłoń od twarzy płomiennowłosej, zanim coś durnego miałoby szansę wpaść mu do głowy.

– Chcesz o coś jeszcze mnie zapytać? – głos Lady sprowadził go na ziemię – Mój ród, braci, Albusa…cokolwiek?

– Dragan wspominał, że dość dobrze znasz Harry’ego – zaplótł dłonie na karku. – Mogłabyś mi coś o nim opowiedzieć?

– Mam lepszy pomysł! – uśmiechnęła się radośnie – Ethan, w ramach prezentu na zakończenie szkoły, kompletował dla mnie albumy ze zdjęciami z Hogwartu. Przez moje problemy z pamięcią był zmuszony pokazać mi je wcześniej, żebym mogła przypomnieć sobie twarze znajomych. Sporo tam fotografii Harry’ego. Chcesz pooglądać?

– Pewnie!

– To skoczę pomęczyć Stena o kawę, a później podkradnę albumy z pokoju Ethana. Poczekasz u siebie?

Zamiast odpowiadać, potaknął z szerokim uśmiechem. Ramię w ramię weszli do wnętrza rezydencji, jednak musieli rozdzielić się przy schodach, co średnio podobało się Blackowi. Trochę denerwował się powrotem do swojej dawnej sypialni, choć sam nie wiedział dlaczego. Zanim położył dłoń na mosiężnej klamce i otworzył drzwi, złapał kilka głębszych, uspokajających wdechów. Mimowolnie przymknął powieki wchodząc do pokoju i uchylił je dopiero, gdy stał mniej więcej na środku. Uśmiechnął się szeroko widząc, że nic się tu nie zmieniło. Pomieszczenie oczywiście było nienagannie wysprzątane, lecz jego osobiste drobiazgi leżały dokładnie tam, gdzie zostawił je zaraz przed ucieczką. Przesunął palcami po gładkiej ramie łóżka, podchodząc do szafy, którą z ciekawości postanowił otworzyć. Wszystkie ubrania wisiały na swoich miejscach, świeżo wyprane, wyprasowane i gotowe do użytku. Najwidoczniej poczciwy Dovan wierzył w jego rychły powrót, przez co skrupulatnie dbał o porządek tego miejsca – sypialnia wyglądała tak, jakby niewdzięczny panicz Black nigdy jej nie opuścił. Czarodziejowi niezbyt wygodnie było w efektownym garniturze, więc wyciągnął z szafy czarne bojówki i ciemnoszary, gładki tank top. Po chwili namysłu ściągnął z wieszaka jeszcze koszulę w czarno-szarą kratę, z długim rękawem. Z szuflady nocnej szafki wyciągnął szczotkę i gumkę do włosów, chcąc jako tako zebrać przydługie pasma – musiał poprosić Stena o zrobienie z nimi porządku. Zrzucił z siebie wspaniale szyty strój, niechlujnie naciągnął spodnie i podszedł do lustra, żeby okiełznać fryzurę.

– Kawa będzie za chwilę. Jeśli chcesz coś do jedzenia, mogę poprosić Meri…

Lady, trzymając na rękach kilka obszernych albumów, musiała biodrem popchnąć drzwi, żeby wejść do pokoju, dlatego dość późno zauważyła przebierającego się czarodzieja. Przez kilkanaście sekund patrzyła szeroko otwartymi oczami na blizny, pokrywające większość jego torsu oraz ramiona. Nigdy wcześniej ich nie widziała… Zaraz po uwolnieniu z Azkabanu, Syriusz chodził obandażowany, a później zawsze zakładał ubrania z długim rękawem, skutecznie zasłaniające makabryczne pozostałości po latach, spędzonych za kratami. Kiedy zdała sobie sprawę, że gapi się w chamski sposób na półnagiego mężczyznę – ubranego jedynie w nisko zawieszone na biodrach spodnie – odwróciła się pospiesznie.

– Przepraszam – wymamrotała speszona. – Nie pomyślałam, że mógłbyś…

Prawie podskoczyła, czując dużą dłoń na swoim ramieniu. Syriusz odruchowo podszedł do niej, chcąc przejąć albumy, które wyglądały na dość ciężkie. Za późno było na przejmowanie się bliznami, skoro i tak już je zobaczyła.

– Nie szkodzi – uśmiechnął się ciepło, gdy spojrzała na niego kątem oka. – Daj te albumy.

Płomiennowłosa bez słowa podała mu to, co chciał, starając się grubiańsko nie wbijać wzroku w pooraną głębokimi bruzdami skórę – jednak nie potrafiła się całkiem powstrzymać. Niektóre z blizn wyglądały paskudnie…zwłaszcza te tuż przy samych barkach, pod obojczykami. Miały bardzo nietypowy kształt i na pierwszy rzut oka nie potrafiła określić, w jaki sposób mogły powstać, ani jak dawno temu. Im dłużej na nie patrzyła, tym większy budziły niepokój. To… musiało być coś przerażającego.

– Haki – usłyszała cichy głos czarodzieja.

– Słucham?

– Te blizny na które patrzysz, zostały mi po hakach – uśmiechnął się krzywo. – Taka mało humanitarna metoda dyscyplinarna, której zakazano dziewięć, może dziesięć lat temu. Raz, na początku odsiadki, wdałem się w słowną pyskówkę z jednym ze strażników, ale straciłem panowanie nad sobą i skończyło się na tym, że złamałem mu nos. Wywlekli mnie z celi w środku nocy i zaciągnęli do takiej małej klitki, w której były jedynie ławka, dwa przerdzewiałe kołowrotki i dwa haki, zawieszone na grubych łańcuchach. Wbili mi haki w ramiona i podciągnęli prawie pod sam sufit – opuścił wzrok, widząc szok w lazurowych tęczówkach. – Nie mam pojęcia ile tam wisiałem, ani jak wróciłem do celi. Niewiele pamiętam z tego pierwszego razu. Przychodzili co noc, przez miesiąc – głos mu się lekko załamał. – Na początku rzucałem się, krzyczałem i próbowałem bronić, ale zawsze byli na to przygotowani. Później… – wziął głęboki wdech – później był mi już wszystko jedno. Dopiero kiedy praktycznie sam pozwalałem na wbicie haków, nie protestując, zabawa w końcu im się znudziła. Ten którego uderzyłem ostatniego dnia powiedział mi, że mogę być z siebie dumny. Podobno wytrzymałem dłużej niż ktokolwiek przede mną – odszedł od kobiety i położył albumy na parapecie. – Przepraszam, że musisz je oglądać.

– Mogę je usunąć.

Wyprostował się, słysząc za plecami szept Lady. Odwrócił się ku niej, żeby ocenić, czy mówiła poważnie, lecz wszystko wskazywało na to, że owszem. Próbował zakrywać blizny, kamuflować je tatuażami, wykonanymi przez jednego ze współwięźniów…nie był jednak wcale taki pewny, czy chciałby pozbyć się ich raz na zawsze. Bezwiednie dotknął szramy pod żebrami, uśmiechając się blado.

– W sumie się do nich przyzwyczaiłem – przyznał melancholijnym tonem. – Nie chciałem tylko, żebyś ty je widziała. Wiem, że są obrzydliwe, dlatego postaram się więcej ich nie odsłaniać.

– Jeśli o mnie chodzi, to wcale nie uważam blizn za coś obrzydliwego – zaskoczony spojrzał na gospodynię. – Musisz kiedyś zobaczyć plecy i tors Dragana. Może swobodnie pozbywać się szram, ale zostawia te, które mu się podobają, bo uznaje je za powód do dumy i fajny ozdobnik. Zawsze powtarza, że blizny to biżuteria prawdziwego mężczyzny – zaśmiała się dźwięcznie. – Nie wiedziałam, że masz tatuaże, poza tym na szyi.

– Na jednym nigdy się nie kończy – szare oczy rozbłysły łobuzersko. – Który podoba ci się najbardziej?

– Wszystkie razem świetnie się komponują, ale jeśli miałabym wybrać jeden, to zdecydowanie ten na mostku. Sama chciałam mieć tatuaże, ale moje zdolności regeneracyjne na to nie pozwalają.

Syriusza rozbawiła jej uroczo nadąsana minka. Szalenie cieszyło go to, że płomiennowłosa nie uważała jego oszpeconej skóry za coś odpychającego. Nie miał pojęcia co by zrobił, gdyby odwróciła od niego wzrok z odrazą. Bał się tego. Bał się, że Vallerin nie zaakceptuje ohydnych znamion jego pokręconej przeszłości i wszystko między nimi się zmieni. Bał się jej chłodu. Na szczęście ta wspaniała kobieta była najprawdziwszym aniołem – istotą przed którą bez obaw mógł się całkowicie odsłonić. Uśmiechnął się, opierając plecy o chłodną ścianę i dumnie wypiął pierś.

– Zrobił je znajomy ze skrzydła, więc są trochę inne niż robione profesjonalnie. Bardziej wypukłe. Chcesz dotknąć? – wskazał na swój mostek.

– Mogę? Nie będziesz czuł się nieswojo, ani nic takiego?

– Sam zaproponowałem – uśmiechnął się szerzej. – To w końcu tylko tatuaż. Zagoił się lata temu.  

Wytężył całą swą wolę, żeby nie zadrżeć, kiedy Vallerin położyła dłoń na jego piersi. Skupiona była wyłącznie na fakturze tatuażu, ale czego innego mógł się spodziewać? W jego przesranym położeniu każdy, nawet najmniejszy, kontakt fizyczny był na wagę złota. Przymknął powieki, czując gorycz wzbierającą w jego ustach. Więc to tak czuł się facet zakochany w kobiecie, która uważała go co najwyżej za przyjaciela… barbarzyństwo gorsze nawet od wyczynów króla Indrahill i jego Ogarów Wojny. Gorycz ustąpiła miejsca irytacji. Jak miał sobie z tym u licha poradzić?! Był jakiś podręcznik przetrwania w takich warunkach, czy co? Może powinien znaleźć jakiegoś frajera w podobnej sytuacji i poprosić go o duchowe przewodnictwo? Gdyby Rogacz go teraz widział…prawdopodobnie zabiłby go śmiechem. Dziwne myśli pierzchły, kiedy Lady delikatnie przesunęła dłoń w stronę jego barku. Z rozdzierającym serce żalem przyglądała się z bliska bliźnie po haku, ostrożnie gładząc ją opuszkami palców.

– Musiało potwornie boleć – szepnęła ledwo słyszalnie. – Gdybym tylko wiedziała co tam się dzieje…

Smutek w jej głosie przez chwilę całkowicie go sparaliżował. Przejmowała się nim…naprawdę się przejmowała, choć od dawna sądził, że nie może już liczyć na coś podobnego. Wszyscy, którym na nim zależało zniknęli – w taki, czy inny sposób. Przez lata sądził, że został na tym świecie całkiem sam, zdany wyłącznie na siebie. Sprawił jej tak wiele problemów, a mimo to wiąż się o niego troszczyła. Nie chciał, żeby było jej przykro z powodu zamierzchłej przeszłości – koszmaru, który sam na siebie ściągnął.

– Stare dzieje – uśmiechnął się półgębkiem. – Nie ma czym się przejmować.

– Chcę cię o coś zapytać – przemówiła tak samo cicho, jak przed chwilą.

– Proszę bardzo.

– Odpychasz mnie od siebie, ponieważ jestem zbyt natarczywa, czy nie potrafisz pogodzić się z tym, że komuś może na tobie zależeć?

Spojrzała mu prosto w oczy w przenikliwy, przeszywający sposób. Ciężko przełknął ślinę, rozumiejąc, że nie miała zamiaru dać mu się wykręcić od odpowiedzi, a takiego pytania z całą pewnością się nie spodziewał. Skąd w ogóle wziął jej się pomysł o tym całym odpychaniu? Znowu robił coś nie tak i nie zdawał sobie z tego sprawy?

– Dlaczego sądzisz, że celowo się od ciebie odsuwam? – postanowił spróbować wybrnąć z twarzą.

– To wniosek płynący z dłuższej obserwacji i miałam dość czasu, żeby o tym na spokojnie pomyśleć – zaplotła ręce na piersi. – Kiedy jestem smutna z powodu czegoś okropnego, co ci się przytrafiło, zawsze starasz się przekuć to w żart, lub zapewniasz mnie, że wszystko w porządku i nie mam czym się przejmować. Z góry zakładasz, że widzę w tobie tylko i wyłącznie to, co sam uważasz za odrzucające. Za każdym jednym razem, kiedy okazuję ci chociażby minimalną czułość, sprawiasz wrażenie urażonego, albo zwyczajnie uciekasz. Nie lubisz, gdy okazuję ci jakąkolwiek troskę i robisz wszystko, by nie pozwolić mi się o ciebie zatroszczyć. Wcześniej myślałam, że to kwestia dumy i niechęci do okazywania słabości, jednak teraz sądzę, że się myliłam. Jeśli jestem zbyt nachalna, po prostu mi powiedz.

– Nie, Vallerin! – zareagował ostrzej, niż zamierzał. – To nie twoja wina. Po prostu… – urwał nie wiedząc, jak się wyrazić – jakby to… Niech będzie prosto z mostu. Nie uważam, żebym był wart twoich starań.

– Syriusz, daj już z tym spokój! Rozmawialiśmy na ten temat…

– Pozwól mi dokończyć, proszę – uśmiechnął się nieśmiało. – Nie uważam, żebym był wart twoich starań, ale chcę to zmienić. Chcę poczuć, że zasługuję na to, by stać u twojego boku. I całej reszty, oczywiście – dodał pospiesznie. – Dasz mi jeszcze trochę czasu? – mrugnął figlarnie.

– Trochę, ale nie za dużo. Szczerze to wkurza mnie patrzenie, jak uparcie męczysz się ze wszystkim sam – przewróciła oczami. – Dobrze, że chociaż uskuteczniasz bromance z Draganem – roześmiała się.

– Że co niby robię?! – Black wyprostował się gwałtownie.

– Nie próbuj zaprzeczać, młodzieńcze! Bromance jak z Ziemi do Jowisza i z powrotem. Nawet słodko razem wyglądaliście, tak przekomarzając się na kanapie – błękitnooka na wszelki wypadek cofnęła się, gdyby ucieczka miała być koniecznością.

– Nawet tak nie żartuj… – jęknął czarodziej.

– Nie żartuję. Dragan już się od ciebie nie odczepi i prawdę mówiąc, cieszy mnie to.

– Nigdy się nie odczepi?

– Marne szanse – pokiwała głową, z udawanym współczuciem. – Jest dość… specyficzny w obyciu, ale naprawdę troszczy się o ludzi, których lubi. Chociaż okazuje to po swojemu, więc czasem można zwątpić. Chodź oglądać albumy.

Vallerin usiadła na parapecie, zostawiając dość miejsca jeszcze dla czarodzieja, który wykorzystał okazję. Całkiem podobało mu się siedzenie tak blisko płomiennowłosej, ale jej bark niewygodnie wbijał mu się w ramię, utrudniając przeglądanie zdjęć. Znosił to bez słowa, słuchając opowieści Crown na temat osób uwiecznionych na fotografiach. Dopytywał chętnie o swojego chrześniaka, jego grupkę przyjaciół i znajomych. Mniej entuzjastycznie podchodził do tematu Slytheriniu oraz Ślizgonów, a w szczególności do nazwiska Malfoy – zgrzytał zębami za każdym razem, gdy widział mini Lucjusza uwieszonego na błękitnookiej, mając coraz większą ochotę na powyrywanie mu tych platynowych kudłów przy pierwszej możliwej okazji. Panna Greengrass nie budziła w nim żadnych negatywnych emocji – wyglądała na nawet miłą dziewczynę, co potwierdzały słowa Vallerin. Blaise Zabini…z nim miał pewien problem. Nazwisko nic mu nie mówiło, za to buźka jak najbardziej. Na kilku zdjęciach – zwłaszcza z pierwszego roku – doskonale widział to maślane, błędne spojrzenie słane ku Lady. Skubaniec z czasem się rozkręcał! Jak nie opierał policzka o głowę Erin albo nie obłapiał jej ramionami, to trzymał ją na rękach, szczerząc się triumfalnie. Zacisnął usta, kiedy zobaczył fotkę ze szkolnego pokoju Vallerin – leżała na łóżku rozmawiając o czymś z Dafne, obok niej w pozycji półsiedzącej znajdował się Zabini z japą opartą o jej ramię, a przy nim leżała ta blond gnida, opierająca podbródek o kolano Erin. Wszyscy mieli na sobie piżamy, a uchwycony w samym rogu zegar, wskazywał kilka minut po 2. Co się porobiło z tymi dzieciakami! Wszyscy razem? W jednej sypialni?! Zgorszenie i wstyd! Za jego czasów tak nie było. Cóż…właściwie było i to znacznie gorzej, kiedy wbijali się koleżankom do pokoi, na co oczywiście sposób znaleźli. Całe szczęście, że nikt wtedy nie pomyślał o robieniu zdjęć bo mieliby zagwarantowany wstyd do końca świata i jeszcze jeden dzień dłużej. Całkiem przyjemnie tak się siedziało, oglądało fotografie i porównywało się je do własnych przeżyć. Nie miał pojęcia ile już siedzieli śmiejąc się wspólnie z byle powodu. Cała wesołość mu przeszła, kiedy zobaczył zdjęcie przedstawiające pannę Crown i dość przystojnego, młodego człowieka, który trzymał ją pod ramię. Pojawił się jeszcze na kilku fotografiach, zawsze bardzo blisko Vallerin. Coś aż nim rzuciło, gdy przewrócił następną stronę i dostrzegł tego samego chłopca, ale tym razem to już szczyl przegiął. Ubrany w strój reprezentacji Hufflepuffu uśmiechał się szeroko, pomagając zeskoczyć Erin z miotły, wiszącej mniej więcej na wysokości jego podbródka. Radośnie zadzierał głowę i obejmował płomiennowłosą obiema dłońmi w talii, podczas, gdy ona wspierała się o jego przedramiona.

– Niewygodnie ci?

Głos Lady Crown trochę go ostudził.

– Odrobinę. Lewa ręka mi drętwieje – zgiął kilka razy palce, żeby je rozruszać. – Co to za dzieciak?

– Cedrik Diggory – uśmiechnęła się szeroko. – Bardzo miły chłopak z którym można bez problemu rozmawiać godzinami. Dragan się z nim zakumplował i trochę pomaga mu z eliksirami. Nawet Raven go poznał! Wpadliśmy na niego, kiedy byliśmy z Cedem na kremowym piwie.

– W sensie razem?– serce czarodzieja zakuło nieprzyjemnie – We dwoje tylko?

– A co w tym dziwnego? – zaśmiała się dźwięcznie – Lubię z nim spędzać czas i wychodzić. Wtedy akurat szukaliśmy prezentu dla Dragana. O właśnie! Całkiem bym zapomniała! Muszę znaleźć szalik Ceda. Pożyczył mi go na czas leczenia, żebym o nim pamiętała. Urocze z jego strony, nie sądzisz?

Oj, nie! Urocze było ostatnim określeniem jakie przychodziło mu do głowy! Już on dobrze pamiętał, co równie urocze gesty miały na celu! Wbił paznokcie w udo, chcąc się uspokoić. Powinien się cieszyć, że Vallerin miała znajomych spoza Slytherinu i nie musiała kisić się w jadzie oślizgłych Ślizgonów. Powinien, ale nie mógł…szarpnął się delikatnie, gdy w końcu do niego dotarło. Zbawienna myśl przedarła się przez bezkresny labirynt dwóch działających zwojów – był zazdrosny. Po raz kurwa pierwszy w życiu był zazdrosny o dziewczynę i to jeszcze przez jakiegoś cholernego gówniarza! Trzydziestoletni facet zazdrosny o gładkolicego nastolatka…no tego to jeszcze nie grali. Biedny dzieciak nawet nie wiedział o tym, że mógłby stracić swoją przystojną twarzyczkę, gdyby teraz go dopadł. Nie umiał sobie poradzić z zawiścią wobec Ceda, bo po raz pierwszy spotykał się z czymś podobnym. Czego on się właściwie spodziewał? Liczył na to, że nikt poza nim nie dostrzeże, jak wyjątkową i piękną kobietą jest Vallerin? Koszmary jasno dały mu do zrozumienia, że powinien być przy niej, a jeśli tego nie robił, nie miał prawa mieć pretensji do nikogo innego. To nie tak, że chciał zatrzymać anioła wyłącznie dla siebie…chociaż w sumie…właśnie, że chciał! Co się u diabła robiło w takich sytuacjach?! Przespał jakieś obowiązkowe zajęcia dla facetów, czy co? No i stał się cud. Myśli i wątpliwości uleciały, gdzieś bardzo daleko kiedy poczuł, jak Lady opiera się o jego bok. Płomiennowłosa wsunęła się pod jego lewe ramię.

– Cały dygotałeś, więc pomyślałam, że damy odpocząć twojej ręce – zerknęła na niego, przesuwając część albumu na swoje kolana.

Absolutnie nie miał nic przeciwko. Kompletnie zapomniał o ślicznym Puchonie, cwaniaczku Zabinim i tej małej podróbce Lucjusza. Nie zwracał nawet uwagi na zdjęcia Smarkeusa, którego w każdych innych okolicznościach skłonny byłby zagryźć. Siedział spokojnie, skupiając się wyłącznie na Harrym. Od wielu lat nie czuł się równie zrelaksowany i szczęśliwy jak w tej chwili, mając u swego boku kobietę, o której nie śmiał nawet marzyć. Przypomniało mu się co powiedziała mu Lily zaraz po toaście, który wygłosił na cześć nowo poślubionych państwa Potterów. Przyjaciółka wzruszona tym, że powstrzymał się od obrażenia żarcikami połowy gości powiedziała: Na ciebie też czeka druga połówka. Dziewczyna, która całkowicie zawróci ci w głowie! Kiedy ją spotkasz, od razu będziesz wiedział. No i sprawdziła się przepowiednia czarownicy Evans! Szkoda tylko, że nie sprecyzowała co u licha ma zrobić, jeśli tą jedną jedyną kobietą okaże się niedościgły anioł! Była w ogóle jakaś procedura postępowania w tak beznadziejnych przypadkach? Aż do kolacji rozmawiali o szkole, młodym Potterze, nauczycielach, uczniach i tym podobnych, zapominając całkowicie o kawie. Nawet podczas posiłku Erin, na jego prośbę, opowiadała o wszystkich przypadkach, gdy musiała interweniować dla dobra Harry’ego lub innego ucznia. Okazało się, że było tego całkiem sporo, a on nie chciał pobieżnych relacji – domagał się szczegółów, więc przenieśli się do salonu. Nic nie mógł poradzić na to, że z każdą kolejną opowieścią wkurzał się coraz bardziej. Nawet to, że Dragan nad nią czuwał nie było w stanie go uspokoić. To co zrobiła w Komnacie…wiedząc o konsekwencjach…nie był pewny czy ta kobieta była nieustraszona, czy nieodpowiedzialna – zapewne jedno i drugie. Nim się obejrzeli zaczęło robić się bardzo późno, a Syriusz po całym dniu wrażeń w stylu Luthera, miał zwyczajnie dość. Odprowadził Lady do jej pokoju i wrócił do siebie, chcąc rzucić się na łóżko w ciuchach i jak najprędzej zasnąć. Vallerin w tym czasie była już w trakcie wieczornej toalety. Spędziła dłuższą chwilę w łazience, po czym wyszła z niej przebrana w krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, rozczesując uparcie długie włosy. Przystanęła widząc Blacka. siedzącego na zwiniętej kołdrze przy jej łóżku.

– Wiem jak to wygląda, ale…mogę zostać? – spojrzał na nią błagalnie.

– Nie mam nic przeciwko. Wolisz spać na łóżku? Mogę przespać się na podłodze.

– Nie ma mowy! Zapominasz, że przez 12 lat siedziałem w więzieniu. Kołdra i kawałek podłogi to dla mnie luksus – zaśmiał się mężczyzna.

Płomiennowłosa uśmiechnęła się i podeszła do łóżka z którego ściągnęła swoją kołdrę. Ułożyła ją mniej więcej na środku pokoju, po czym z szafy wyciągnęła dwa grube koce. Jeden z nich rzuciła Syriuszowi, który przyjął go z pomrukiem podziękowania. Wstał i umościł sobie posłanie niedaleko Lady, tak by mieć ją na wyciągnięcie ręki. Obdarowany jeszcze poduszką obleczoną w aksamitną, ciemnozieloną poszewkę ułożył się wygodnie, czekając, aż dziewczyna zrobi to samo. Położyła się na swoim miejscu i nakryła wiśniowym kocem niemalże po same oczy, co czarodziej uznał za urocze. Przez jakiś czas leżał na plecach z rękoma splecionymi na piersi, wpatrując się bez większego sensu w sufit. Tej nocy nie chciał zostać kompletnie sam. Obawiał się, że wrażenia po całym dniu podsycą już i tak wykańczające koszmary.

– Erin, na tych zdjęciach…wyglądasz na całkiem szczęśliwą w Hogwarcie – szepnął cicho.

– Nie wiem czy można to nazwać szczęściem, ale przyjemnie jest chociaż raz przeżyć względnie normalne dzieciństwo. Nigdy nie miałam takiej okazji – odpowiedziała, przekręcając się na plecy.

– Co planujesz potem? Wiesz…jak szkoła się skończy. Wciąż będziesz opiekować się tymi dzieciakami? – zerknął na nią kątem oka.

– Nie wydaje mi się – szepnęła cicho. – Razem z zakończeniem siódmego roku, skończy się historia Gallatei Dumbledore. Wnuczka Albusa zwyczajnie przestanie istnieć. Nie mogę przy nich zostać.

– Dlaczego? – nie był pewien, czy powinien pytać.

– Nikt nie powinien być wciągany na siłę w mój świat – zaśmiała się gorzko. – Chcę, żeby oni wszyscy mięli spokojne, normalne życie z dala od tego wszystkiego – mistycznych klanów, pułapki nieśmiertelności, zwaśnionych braci, ograniczeń…niech będą wolni i szczęśliwi. Tego właśnie chcę.

– Sama nie jesteś ani wolna, ani szczęśliwa? – zainteresował się szarooki.

– Dragan jest wolny, więc ja pośrednio również – wzruszyła ramionami. – On od prawie zawsze jest moimi oczami w rozległym świecie. Co do szczęścia…czy ptak żyjący na uwięzi, może być w pełni szczęśliwy? – zapytała melancholijnie – Pamiętam doskonale czasy, gdy mogłam jeszcze podróżować. W każdej chwili wyjść z rezydencji i udać się gdziekolwiek zapragnęłam, ale to zamierzchła przeszłość. Moi bracia nie życzą sobie bym opuszczała ten dom i Anglię, a ja zgodziłam się uszanować ich wolę.

– Nie mam pojęcia, dlaczego cię tu uwięzili, ani czemu się na to zgadzasz – ton czarodzieja stał się szorstki.

– To skomplikowana sprawa, panie Black – zaśmiała się nieszczerze. – Bracia troszczą się o mnie i na swój sposób kochają, jestem pewna! Widzą we mnie jednak potwora…uśpione monstrum, które trzeba trzymać pod kontrolą. Te wszystkie kłamstwa i tajemnice…naprawdę nie chciałam oszukiwać cię tak długo – zerknęła na niego przepraszająco. – Po prostu chciałam, żebyś sam mnie ocenił, nie znając prawdy o moim pochodzeniu, ani krwi jaka we mnie płynie. Chciałam, żebyś ewentualnie polubił mnie za to jaka jestem – jej słowa ścisnęły mu serce. – Bałam się, że wystraszę cię historią mojego rodu. Bałam się, że słysząc nazwisko Vallerin Crown córa rodu Phoenix, uznasz mnie za potwora…tak jak wszyscy…

Tego było już zdecydowanie za wiele! Jaki mężczyzna byłby w stanie znieść tak przejmujący smutek w głosie kobiety?! Poderwał się z podłogi i przyklęknął przy jej prowizorycznym łóżku. Wściekły na głupotę całego cholernego świata, wpatrywał się intensywnie w jej oczy, powstrzymując niepojętą ochotę na przytulenie jej do swojej piersi. Kto był na tyle ślepy, żeby nazywać ją w ten sposób?!

– Nie jesteś żadnym potworem Vallerin! Zabraniam ci o sobie tak mówić, kiedy jestem obok, słyszysz? – odezwał się znacznie ostrej, niż zamierzał – Nigdy nie poznałem równie ciepłej, wyrozumiałej, troskliwej, opiekuńczej i łagodnej osoby jak ty. Ten, kto twierdzi, że jesteś potworem musi być gorszym kretynem ode mnie i Dragana razem wziętych, a to już wyczyn – rzucił z determinacją, która zaskoczyła nawet jego.

– Zasłużyłam na to miano… – wyszeptała, odwracając od niego wzrok.

– Nie wierzę – odparł twardo.

– Lepiej uwierz – znów ten nieszczery śmiech. – Wiele, wiele lat temu pozwoliłam, by moja moc mną zawładnęła, czego żałuję po dziś dzień.

– Nie wierzę – powtórzył z większym naciskiem.

– Skrzywdziłam wiele osób, Syriuszu – jej delikatny głos stał się zimny, niczym lód. – Pewnie moja utrata kontroli zakończyłaby się dużo tragiczniej, gdyby nie interwencja braci. Zrobiłam coś strasznego i muszę z tym jakoś żyć.

– Nie wierzę! – miał dość słuchania tych bzdur – Powiesz mi co takiego się wydarzyło?

– Znienawidzisz mnie…

Te słowa były dla niego, jak sztylet, wbijający się wprost w serce. Jak mogła chociażby przez sekundę pomyśleć, że byłby w stanie ją znienawidzić? Nie mógłby…czegokolwiek by nie usłyszał, zwyczajnie nie mógł i już.

– Erin, wiesz o mnie wszystko – szepnął łagodnie. – Znasz każde zadrapanie w mojej duszy. Zaakceptowałaś wszelakie głupoty, które wyczyniałem i nie znienawidziłaś mnie. Wiesz doskonale, że zawodziłem, krzywdziłem i zabijałem…

– To nie to samo – wydała mu się zirytowana.

– Przestań się upierać kobieto i mi powiedz! – porzucił zamiar delikatnego podpytania – Nawet Dragan opowiedział mi o swoim rodzie i zdecydował się zaprezentować twarz Kolekcjonera w pełnej okazałości. Miej we mnie choć odrobinę wiary i powiedz…

–- Dobrze, niech ci będzie – przewróciła oczami z rezygnacją. – Jeśli poczujesz, że to dla ciebie za wiele i nie możesz na mnie patrzeć, powiedz. Zdejmę z ciebie znamię klątwy i będziesz wolny. Zgoda?

– Zgoda.

Vallerin odetchnęła głęboko. Nie lubiła wracać wspomnieniami do tamtych chwil i nie zrobiła tego od czasu rozmowy z Albusem, wiele lat temu. Poczucie winy wyryło głęboko w niej obrazy tego co zrobiła, nie pozwalając nawet przez chwilę zapomnieć.

– Zacznijmy od tego, że miałam kiedyś męża – uśmiechnęła się, widząc szok na twarzy szarookiego. – Zakochałam się bez pamięci w młodym, szalenie ambitnym, uzdolnionym czarodzieju czystej krwi, którego imię znasz doskonale. Przez prawie pięć lat byłam szczęśliwą żoną Salazara Slytherina.

– Slytherin… – wydukał były więzień.

– Wiem co teraz myślisz, ale Salazar niegdyś nie był tak zepsuty i zgorzkniały, jak go zapamiętano. Był czarującym, niebywale inteligentnym, szarmanckim, dowcipnym przystojniakiem, dla którego bez trudu można było stracić głowę. Będąc u jego boku czułam się jak księżniczka z dawnych legend, która odnalazła swego rycerza. Tak wówczas myślałam – ściszyła głos. – Przez długi czas nie działo się z nim nic niepokojącego. Oczywiście często bywał zajęty sprawami Hogwartu, ale to właśnie w nim ceniłam. Jeśli na czymś mu zależało, wkładał w to całe serce. Na moje nieszczęście… – urwała na chwilę. – Mój przybrany ojciec, Imerion Crown, w pewnym momencie starał się delikatnie uświadomić mi, że z Salazarem jest coś nie tak, ale ja nie dostrzegałam zmian w jego charakterze, ani podejściu do życia oraz przyjaciół. Nie widziałam tego, lub nie chciałam widzieć, aż było już za późno. Zawsze sądziłam, że nie jestem taka jak inne małolaty! – zaśmiała się cynicznie – Uważałam, że bardzo daleko mi do ślepo zadurzonej, żałośnie naiwnej dziewczynki, ale los boleśnie uświadomił mi pomyłkę. Możesz potrzymać mnie za rękę?

Wysunęła śnieżną dłoń spod koca, spoglądając na towarzysza niemalże błagalnie. Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać! Mocno oplótł smukłe palce, spodziewając się, że nadciąga coś okropnego. W tym momencie nie był taki pewien, czy chciał ją zmuszać do rozpamiętywania bolesnych chwil, lecz było już za późno, żeby się wycofać. Wszystko co mógł zrobić, to być obok i starać się okazać jej wsparcie, nawet w najbardziej oklepany sposób.

– Spodziewałam się jego dziecka – te słowa dosłownie go zmroziły. – Owocu naszego małżeństwa i wzajemnej miłości, którego wyczekiwałam z utęsknieniem. Czułam, jak nasza córeczka z każdym dniem nabiera sił…jak wzrasta tuż pod moim sercem. Wybrałam nawet dla niej imię – w jej pięknych oczach perliły się łzy. – To był najszczęśliwszy czas w moim długim życiu. Wraz z ojcem i przyjaciółmi przygotowywałam rezydencję na narodziny Selivett, nie mogąc doczekać się upragnionego dzieciątka oraz pomyślnego rozwiązania, które nigdy nie nadeszło – Syriusz mocniej uścisnął jej dłoń, czując jak dygocze. – Pewnego styczniowego wieczoru siedziałam przed kominkiem w posiadłości Salazara, czytając na głos jedną z moich ulubionych książek. Byłam w 9 miesiącu ciąży, więc doskonale odczuwałam, jak Seliv reaguje na moje słowa. Czytając lubiłam wierzyć w to, że mnie słyszy i rozumie każde słowo, a książka jej się podoba. W pewnej chwili do komnaty wszedł Salazar i poprosił, żebym zeszła do jego pracowni, ponieważ miał problem z rozszyfrowaniem jakiegoś manuskryptu. Lubiłam pomagać mu w pracy, więc nie miałam nic przeciwko odrobinie ruchu i wysiłku umysłowego. Kiedy tylko weszłam do pracowni, zamknął za mną drzwi, co nie wzbudziło mojego niepokoju. Salazar zawsze dbał o to, żebym się nie przeziębiła i nie odbiło się to na zdrowiu dziecka. Jestem nieśmiertelna, więc nie łapę zwykłych chorób, ale rozczulała mnie jego troska. Tłumaczyłam dla niego jakąś prowincjonalną odmianę łaciny, a on stał za mną i obejmował mnie czule ramionami, gładząc delikatnie mój brzuch. Uznałam, że to urocze i odwróciłam się, żeby go pocałować. Wtedy to poczułam – głos płomiennowłosej stał się niepokojąco bezbarwny. – Zimne ostrze noża, zatapiającego się w moim sercu. Mój ukochany mąż stał tuż przede mną, z przerażająco obojętnym wyrazem twarzy i raz po raz ponawiał pchnięcia, dźgając na oślep. Po trzydziestym nie miałam już sił liczyć. Wszystko dokładnie zaplanował. Wiedział, że w czasie ciąży będę osłabiona i znacznie wrażliwsza, więc odszukał jedyny artefakt, mogący zrobić krzywdę Phoenix’om. Ostrze Zdrajcy…sztylet, od którego ciosu zginęła nasza poprzedniczka. Postanowił mnie zadźgać, żeby sprawdzić, czy dzięki mojej krwi uda mu się zdobyć nieśmiertelność. Ostatnim co pamiętam był jego szyderczy śmiech i brutalne pchnięcie wprost w mój brzuch, potem… – westchnęła ciężko – potem nastała ciemność. Ocknęłam się w zamku Ariena, otoczona przez moich braci. Pierwszą rzeczą o jaką ich zapytałam, to co z moją córeczką. Wciąż mam przed oczami ich miny, gdy wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami, a Arien pokręcił przecząco głową. Nawet Elias patrzył na mnie ze współczuciem. Wyrwałam się z łóżka, zauważając, że odrodziłam się w formie dziecka. Wtedy już wiedziałam, jaki los spotkał moją małą Seliv… – z jej gardła wydarł się pojedynczy szloch. – Salazarowi udało się przerwać moje życie, więc jak zwykle ciało rozsypało się w popiół i odrodziło na nowo…rozsypało w popiół, Syriuszu… – spojrzała na niego, z rozrywającym serce smutkiem. – Moja nienarodzona córeczka spłonęła, uwięziona w moim umierającym ciele.Jako matka powinnam ją chronić za wszelką cenę, a zamiast tego, stałam się powodem jej zguby. Nie pamiętam dokładnie co działo się później, pamiętam jednak ból, żal i nienawiść, które przerodziły się w nieokiełznaną furię. Arien mówił, że wybiegłam z zamku, a oni wszyscy czterej razem wzięci, nie byli w stanie mnie powstrzymać. W przypływie szału zaczęłam niszczyć wszelką magię znajdującą się w moim zasięgu. Brutalnie wyrywałam ją z rzeczy, roślin, zwierząt i ludzi, zupełnie nie dbając o to, że wydarcie magii dosłownie rozrywało na kawałki. Nie myślałam o niczym z wyjątkiem własnego bólu. Zrobiłam nawet krzywdę Killianowi, nadszarpując jego władztwo nad magią, bo próbował przemówić mi do rozsądku. Opowiadał mi, że nigdy nie widział czegoś takiego – głos jej się łamał – Ponoć moja forma Phoenix’a w pewnym momencie zamiast płomieniami, zaczęła emanować jakąś czarną mgłą, a wszystko co miało z nią styczność, kończyło martwe – zupełnie jakby wysysała nie tylko magię, ale i energię życiową. Z każdym pochłoniętym istnieniem, czułam się coraz potężniejsza i bardziej wściekła. Przez moment chciałam nawet obrócić cały świat w pył, jakby był mi cokolwiek winien. Chciałam, by ten świat spłonął, tak jak moja córeczka. Nikt nie był w stanie mnie zatrzymać, ani nawet się do mnie zbliżyć. Pozbawiłam życia tysiące ludzi – czarodziei i mugoli, którzy mieli to nieszczęście stanąć na mojej drodze, zmieniając ich w garstki suchego popiołu. Moje szaleństwo trwało nieprzerwanie przez cztery dni i cztery noce, aż Killian wpadł na to co można zrobić. Odciągnął mnie za pomocą swojej iluzji na wyludnione tereny, wprost w pułapkę. Bracia na trzy stulecia zamknęli mnie w jedynym miejscu, z którego nie da się uciec – byłym więzieniu naszej poprzedniczki. Słysze ich, Syriuszu…tych, których zabiłam. Słyszę ich krzyki, jęki, błagania o litość. Czuję magię, którą im wydarłam płynącą w moich żyłach…jej palące ciepło, przypominające mi o tym, że ta magia nie należy do mnie. Odebrałam im życie ledwie skinieniem, jakby nic nie znaczyło. Jestem potworem i nie mogę się tego wypierać…jestem jak plaga, niosąca wyłącznie zniszczenie. To coś co wtedy się przebudziło…wciąż we mnie tkwi. Cały czas pragnie się wyzwolić, chociaż nauczyłam się nad tym panować. Kusi mnie wspomnieniem potęgi, absolutnej władzy i kontroli nad wszelkim stworzeniem. Nienawidzę tego. Po tym wydarzeniu zaczęto nazywać mnie Lady Śmierć i słusznie traktować jak najpodlejszą spośród bestii. Możesz odejść, jeśli chcesz. Nie będę cię powstrzymywać.

Black był dogłębnie wstrząśnięty usłyszaną opowieścią, jednak w zupełnie inny sposób, niż Lady mogła się spodziewać. Ani trochę nie obchodziło go jej załamanie, a jego powód. Ta kochająca, litościwa kobieta ukrywała za maską łagodnego uśmiechu potworną bliznę, która nie mogła się zagoić pomimo upływu wieków. Zdrada, której sam doświadczył była niczym, w porównaniu do jej okrutnego losu. Nareszcie zrozumiał, dlaczego Dragan wydawał się darzyć Lordów dogłębną pogardą – sam zaczął odczuwać wobec nich odrazę. Nie potrafił pojąć, dlaczego zostawili ją zupełnie samą na trzy długie stulecie, doskonale wiedząc, przez co przeszła. Jak mogli wierzyć w to, że ktokolwiek miał na tyle sił, by samodzielnie podnieść się po czymś równie bestialskim?! Jeśli on był tchórzem…panowie Phoenix byli jeszcze gorszymi. Wzdrygnął się, gdy dotarło do niego coś jeszcze…Więc to to miał na myśli Luther, kiedy powiedział, że Vallerin nigdy nie dopuściłaby do skrzywdzenia dziecka i była gotowa na wszystko, by ochronić jego ojca. Nie myśląc za wiele pochylił się nad płomiennowłosą, chwycił delikatnie jej szczupłe ramiona i przyciągnął mocno do swojej piersi. Tulił ją, desperacko pragnąc choć na chwilę odgonić czarne myśli. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 439
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!