Córa rodu Phoenix – Rozdział 34

 Biała Wiedźma

                 Dragan w skupieniu przeglądał równy stos dokumentów, piętrzący się na jego biurku. Uważnie czytał każdą jedną stronę, starając uporać się z natłokiem obowiązków, zanim całkiem trafi go szlak od siedzenia na tyłku. W pewnym momencie nieświadomie zacisnął pięść na piórze, łamiąc je w pół. Nagły, ostry ból całkowicie sparaliżował go na kilka frustrujących, męczących sekund. Odetchnął głęboko i położył dłoń na mostku. Skrzywił się upiornie, wyczuwając opatrunek, przysłonięty gładkim materiałem czarnej, miękkiej koszuli. Mechanicznie odsunął szufladę biurka i wyciągnął z niej obitą skórą, srebrną piersiówkę, z której pociągnął solidny łyk. Cierpki, gorzkawy eliksir nieprzyjemne oblepił jego gardło, ale nie miał nic przeciwko, skoro pomagał w satysfakcjonującym tempie. Od momentu wykonania zabiegu usunięcia pieczęci, nawiedzały go nieregularne, gwałtowne bóle, których źródła mógł się jedynie domyślać. Dodatkowo rana na klatce piersiowej nie chciała się zagoić, zupełnie jakby była odporna na regenerację. Westchnął ciężko. Nie był przyzwyczajony do konieczności uważania na obrażenia fizyczne, ani dbania o ich prawidłowe gojenie, które w jego ocenie ciągnęło się w nieskończoność. Zakręcił piersiówkę i wsunął ją do wewnętrznej kieszeni marynarki – lepiej było mieć ją cały czas przy sobie, na wypadek kolejnego ataku. Przysłonił dłońmi zmęczoną twarz. Wiele rzeczy zwaliło mu się nagle na łeb i chcąc nie chcąc, zaczęło się to na nim poważnie odbijać. Kiedy ostatnio sprawdzał, Legion funkcjonował spokojnie swoim rytmem, więc król mógł zniknąć – co zdarzało mu się bardzo często – i bez problemu skupić się wyłącznie na misji czuwania nad panną Crown. Uśmiechnął się gorzko. Teraz wisiało nad nimi widmo nieodległej, paskudnej wojny z jego niegdysiejszym podwładnym. Nie był naiwny, oj nie. Znał Lazariusa i był w pełni świadom tego, że ten zdrajca nie miał nic wspólnego z pierwszym lepszym, zidiociałym pyszałkiem, bez krzty pojęcia o trudnej sztuce prowadzenia wojen. Były Ogar posiadał zmysł militarny, niemałe doświadczenia oraz zaciętość, niezbędną do umiejętnego toczenia długich, skomplikowanych taktycznie batalii. Sam go tego nauczył, dostrzegając w tym chłopaku coś niezmiernie rzadkiego – naturalny talent, który teraz stał się jego największym problemem. Miał ochotę śmiać się z własnej głupoty! W tamtym czasie nie dopuszczał myśli, że którykolwiek z jego ukochanych braci, może zwyczajnie się od nich odwrócić. Był zbyt pobłażliwy dla swoich Ogarów…Zajmował się nimi najlepiej, jak umiał, choć początkowo nie miał wobec nich za grosz instynktów opiekuńczych. Uczył ich niemalże wszystkiego, co sam potrafił. Dawał im nieustanne wsparcie; dostęp do wszystkiego, czego mogli potrzebować w rozwoju swoich talentów; wspólny cel, do którego mogli dążyć… A teraz przyjdzie mu słono zapłacić za bezmyślność. Wojny Cieni…to była zupełnie inna liga, niż jakiekolwiek starcia pośród śmiertelnych. Toczyły się poza granicą ludzkiego wzroku, były znacznie dłuższe, krwawsze i brutalniejsze, niż można było sobie wyobrażać. Tutaj nie było miejsca na honor, litość, sentymenty, żal, empatię, czy inne bzdury, w których Lutherowie dostrzegali przejawy słabości. Trzeba było dopuścić się rzezi niewinnych, żeby zabezpieczyć teren wokół bazy wypadowej? Trudno. Taktyka spalonej ziemi dawała chociażby nikłą przewagę? O to chodziło. Należało zniszczyć infrastrukturę, częstokroć skazując postronnych na życie w nędzy lub śmierć głodową? Zdarza się. Trucizny i śmiercionośne mikstury wymknęły się spod kontroli? Bywa. Poświęcenie własnych ludzi, ponieważ ratowanie ich wiązałoby się ze zbyt dużymi kosztami? Niefart. Porwania, precyzyjne zabójstwa, prowokacje, akcje sabotażowe? Codzienność. Wszystkie chwyty były dozwolone, o ile prowadziły do zwycięstwa – bez względu na cenę. Z nieśmiertelnymi był pewien istotny problem, wpływający na prowadzenie takich batalii – cholernie ciężko było wykończyć ich w bezpośrednim starciu. Wojny Cieni zazwyczaj wygrywała strona lepiej przygotowana taktycznie, z bardziej dopracowanym zapleczem i kilkoma planami awaryjnymi. Ich przeciwnik miał znaczną przewagę czasu oraz ludzi i co gorsza, wiedział jak to wykorzystać, więc nie można było traktować go z góry. Znając Lazariusa…nie cofnie się przed niczym – poświeci dosłownie wszystko, byleby uderzyć wprost w króla Indrahill, którego miał za osobistego wroga numer jeden. To właśnie martwiło go najbardziej. W swoim długim żywocie toczył setki wojen, ale żaden z jego przeciwników nie posiadał o nim tak wielu informacji, jak Winehell. Ten wygadany, cwany skurwiel był świadom największych słabości swego byłego lidera i zapewne już wiedział, jak zrobić z nich użytek. Zacisnął zęby, słysząc słodką, ohydnie mdlącą pieśń Otchłani, zachęcającą go do sięgnięcia ku jej kłamliwym, wspaniałym obietnicom. Nie miał zamiaru poddawać się żałosnemu wezwaniu, a stawianie ciągłego oporu kosztowało go wiele energii. Za nic mu się to wszystko nie podobało, jednak sam wybrał właśnie taką drogę i musiał zmierzyć się z konsekwencjami tej decyzji – bez znaczenia, jak opłakanymi mogły finalnie się okazać. Kruczowłosy skupił się na rozmyślaniach do tego stopnia, że całkowicie zapomniał o obecności Syriusza. Czarodziej siedział wygodnie na kanapie, bez słowa obserwując przyjaciela. Drugiego dnia świąt Vallerin poprosiła go o zostanie przy Draganie, czego najpierw nie potrafił zrozumieć. Turkusowooki dość wprawnie unikał panny Crown, co tłumaczył nową rolą przyszłego nauczyciela. Dla niego ta wymówka brzmiała całkiem logicznie, jednak Erin nie dało się tak łatwo oszukać. Płomiennowłosa od samego początku wiedziała, że coś jest nie tak, jednak Luther nie za bardzo chciał z nią rozmawiać, więc odpuściła temat, zanim zdążyła całkiem zniechęcić go do swojej osoby. To ona uświadomiła Blackowi, że ten świrnięty idiota jest ranny i prawdopodobnie nie czuje się najlepiej. Im więcej czasu szarooki spędzał w gabinecie, tym wyraźniej dostrzegał o czym mówiła – widział skutki napadów oraz paskudną ranę, przecinającą mostek oraz lewą pierś Kolekcjonera. Zamiast dopytywać, co u licha się stało, zaproponował jedynie pomoc w zmianach opatrunku i ważeniu eliksirów – tak, jak podpowiedziała mu Erin. Kolejną rzeczą, którą zaobserwował, było to jak wiele czasu kruczowłosy poświęcał sprawom administracyjnym, choć na dobrą sprawę nie był pewien, czego dotyczył – wciąż rosnący – stos dokumentów. Co prawda kariera pedagogiczna Luthera ruszyła z kopyta, jednak tego było zwyczajnie za dużo, jak na obowiązki przyszłego nauczyciela. Westchnął, dopijając whisky i podszedł do ukrytego w globusie barku, żeby napełnić opustoszałą szklankę. Zabrał całą butelkę, po czym podszedł do gospodarza z zamiarem dolania mu alkoholu, o co sam nie poprosił – przy okazji zerknął pobieżnie na kartkę, którą Luther obecnie czytał. Skrzywił się, nie rozumiejąc ani jednego słowa. Nie był pewny, czy to z powodu jakiegoś nieznanego mu języka, czy też wiadomość zapisano przy użyciu wymyślnego szyfru.

– Raport od Lio – odezwał się turkusowooki.

– Słucham? – czarodziej wyprostował się.

– Mówię, że to raport od Lio, skarbeńku – zaśmiał się Kolekcjoner, opierając zgrabne, długie palce na ściance napełnionej szklanki. – Słyszę, jak dyszysz mi w kark z ciekawości.

– Wcale nie dyszę! – obruszył się były skazaniec.

– Dyszysz.

– Wcale nie!

– Wcale tak! – doktor plagi zaśmiał się pobłażliwie – Dobra, kwiatuszku, odłóżmy flirty na później. Muszę z tym skończyć, zanim ciemna noc mnie zastanie, a mam jeszcze wypociny smarkaczy do sprawdzenia. Nie dziwię się, że Nietoper ciągle łazi taki skwaszony. Gdybym musiał czytać takie pierdoły przez lata, też straciłbym wiarę w powodzenie misji edukacyjnej – nagle przestał się śmiać i obrzucił kompana dziwnym spojrzeniem. – Właściwie, skoro tak cię to ciekawi, możesz zebrać swój śliczny tyłeczek i mi pomóc.

– To się posuń – Syriusz zignorował jawną zaczepkę.

Kolekcjoner roześmiał się perliście i przesunął w lewo, robiąc Blackowi dość miejsca przy biurku. I tak miał w planach rychłe wciągnięcie szarookiego w szeregi Legionu, więc dlaczego miałby zwlekać, skoro już teraz mógł okazać się całkiem przydatny? Jako nauczyciel cieszył się co prawda większą swobodą działania, jednak rozsądniejszym wyjściem było wysyłanie animaga na spotkania z Ravenem w Chacie, niż zaryzykowanie ściągnięcia na siebie uwagi pewnej niezadowolonej z życia marudy. Snape stał się dość częstym bywalcem w jego gabinecie, czemu nie mógł się dziwić – Ponury całkiem na poważnie potraktował rolę mentora, niekiedy go tym wkurzając. Początkowo miał pewne wątpliwości co do reakcji Ravena na nowego współpracownika – którego dość otwarcie nie trawił – jednak Ravi był profesjonalistą w każdym calu i potrafił bezbłędnie oddzielić obowiązki od osobistych preferencji. Syriusz, podekscytowany wizją dowiedzenia się, co takiego Dragan robił całymi dniami, przystawił do biurka wolny fotel i usiadł prosto, czekając na instrukcje. Luther przysunął mu mniej niż pięć stron, zapisanych przy użyciu maszyny w pięknej, nieco archaicznej angielszczyźnie. Pierwszym co zauważył, była karmazynowa pieczęć z symbolem lecącego kruka, wyraźnie odciśnięta w zastygłym laku. Ten osobliwy znak rozpoznał bez najmniejszego problemu. Z jakiegoś powodu te kilka kartek wydało mu się elegancko staromodne, jakby sam ich wygląd niósł za sobą konkretne znaczenie, oczywiste dla wtajemniczonych. Cóż…znając Dragana i jego Ogary, nie mógł absolutnie wykluczyć takiej możliwości. W nich wszystkich było coś magnetycznie urokliwego – jakiś rodzaj subtelnego, odległego czaru, otulającego dawno minione epoki. Uśmiechnął się półgębkiem, ostrożnie przesuwając palcem do krwistym laku. Im więcej czasu spędzał z Lutherem, tym mocniej pociągał go tamten świat, ukryty w niedostępnych murach mrocznego, kamiennego zamczyska. Może to głupie, ale przebywając w Indrahill…czuł się jak w domu, choć sam budynek początkowo budził w nim najczystszą grozę. Gdzieś w głębi serca zapragnął stać się częścią tego wszystkiego, co wydawało mu się tak absurdalne, że aż komiczne. Wejście w mury Indrahill przypominało przeniesienie się w czasie o całe wieki – nagle miałeś możliwość zwiedzenia olbrzymich sal balowych, zabytkowych komnat, minimalistycznych sal rycerskich…Dało się tam wyczuć wyraźnego ducha historii, opiewającego surowe piękno czasów wielkich rycerskich kampanii oraz wypraw do nowego, nieodkrytego świata. W zimnych podmuchach bryzy można było wyczuć subtelną woń drewna i stali, wtopioną w masywne ściany. Wrażenie to z całą pewnością potęgował fakt, że jedyni żywi goszczący w tamtym miejscu ubrani byli w dziwaczne stroje i maski, dodające im tajemniczości. Przygryzł wewnętrzną stronę policzka. Znowu zapędzał się w tych swoich durnych pomysłach. Nie mógł równać się ani z Lutherami, ani z Ravenem, więc jak u licha wyobrażał sobie zostanie częścią Indrahill? Jego były strażnik co prawda nie należał do członków rodu, lecz wydawał się doskonale do nich pasować – z całą tą wyważoną oschłością, małomównością i zmysłem strategicznym. Chciałby być bardziej podobny do Ravena, ale mieli zbyt odmienne charaktery i nie sądził, by udało mu się zbliżyć do poziomu niebieskookiego. Odsunął dłoń od papieru. Teraz miał okazję nieco lepiej poznać ten zagadkowy, odległy świat…siedząc u boku jego niekwestionowanego króla.

– To oficjalne dokumenty, więc postaraj się ich nie uszkodzić, bo muszą trafić do archiwum w Indrahill. Masz przed sobą rozliczenia wydatków, przesłane przez doktora Q, naszego czołowego lekarza. Podlicz wszystko, pomijając sumy podkreślone na zielono.

– Kto to lekarz? – zaskoczony arystokrata zerknął na kruczowłosego.

– Wy czystokrwiści czarodzieje i te wasze ograniczone móżdżki! – Dragan zakpił z przekąsem – Lekarz to taki mugolski odpowiednik uzdrowiciela. Mniej więcej to samo, minus magia.

– To po co wam lekarz, skoro możecie mieć uzdrowicieli? Chyba są bardziej przydatni niż ci lekarze.

– Bo nie każdy w naszej organizacji jest czarodziejem, głuptasku – zachichotał, poniekąd rozczulony niewiedzą byłego skazańca. – Q przez długi czas pracował jako chirurg w mugolskim szpitalu, gdzie nie korzystał z magii i jest świetny w swoim fachu. Łatwiej pracuje się uzdrowicielom, kiedy ktoś wprawnie poskłada kości przed zaaplikowaniem mikstur wspomagających zrastanie. Nie wszystkie przypadki wymagają też od razu ingerencji magicznej i nasz drogi Q doskonale o tym wie. Potrafi bezbłędnie ocenić ryzyko, czym oszczędza nam masę zbytecznej roboty oraz kosztów. Częste, intensywne i bezmyślne pospieszanie natury, potrafi wywoływać mało przyjemne skutki uboczne, które lepiej eliminować zawczasu – tłumaczył cierpliwie, nie odrywając wzroku od dokumentów. – Nieraz bywa, że człowiek wyrabia odporność na pewnego rodzaju eliksiry i potrzebuje coraz mocniejszego stężenia, żeby osiągnąć ten sam efekt.

– Czemu nazywacie go Q? – Black żartobliwie uniósł brew – Jakaś obsesja na punkcie Bonda?

– Nie lubi swojego imienia – gospodarz wzruszył obojętnie ramionami. – Bezpieczniej zwracać się do niego po prostu Q lub pseudonimem doktor Smiley, chociaż tego drugiego nie polecam, jeśli się z nim porządnie nie zakumplujesz, bo możesz łatwo zarobić skalpelem pod żebra – zaśmiał się miękko, wspominając chwilę, gdy sam został bezczelnie dźgnięty. – Skończyliśmy ploteczki? Nie chcę być nieuprzejmym gburem, skarbie, ale czas goni.

Czarodziej żwawo przytaknął i zabrał się za analizowanie przekazanych papierów. Różowym ołówkiem, zwieńczonym gumowym łbem jednorożca, zakreślał odpowiednie kwoty oraz dziwaczne oznaczenia, pojawiające się na końcu każdego z raportów. Pojęcia nie miał, jak powinien interpretować skróty G84AT oraz L12PY, ale nie chciał przeszkadzać w pracy towarzyszowi, więc zamierzał zaczekać z pytaniem do sporządzenia ostatecznego podsumowania. W raportach przewijały się niewiarygodnie wysokie sumy, podane w amerykańskich dolarach. Syriusz dość sprawnie policzył co powinien i przetarł oczy ze zdumnienia, widząc liczbę z sześcioma zerami – dla pewności sprawdził jeszcze dwa razy, ale nie mogło być mowy o pomyłce. Wywodził się z bardzo majętnej rodziny, która nie hamowała się w szastaniu pieniędzmi, jednak w życiu nie patrzył na równie kolosalny rachunek. Oficjalnie wystawiono go za opiekę medyczną, sprzęt medyczny, składniki, gotowe lekarstwa, wyposażenie oraz coś nazwanego enigmatycznie projektem numer 4. W sumie średnio orientował się w fachu księgowego, ale miał o tym jako takie pojęcie – nie raz obserwował, jak jego ojciec borykał się z domowym budżetem, chociaż nie robił tego przesadnie skrupulatnie. Próbował na własną rękę rozgryźć, dlaczego Kolekcjoner miałby ponosić aż takie koszty, ale się poddał. Nie było sensu się nad tym zastanawiać, ponieważ logika mogła zaprowadzić go bardzo daleko od stanu faktycznego. Niezgrabnie klepnął ramię Luthera.

– Czego? – warknął marudnie turkusowooki – Dodawanie cię przerosło?

– Właściwie to już skończyłem, ale musiałem coś pomylić – podsunął końcowe rozliczenie kompanowi. – Zerkniesz?

Król Indrahill spojrzał kątem oka na kartkę, pobieżnie przejrzał obliczenia i uśmiechnął się kącikiem ust. Dla niego takie widoczki to była norma, ale podobne sumki musiały robić niemałe wrażenie na kimś, kto nie był wtajemniczony w realia funkcjonowania rozbudowanej organizacji, którą bez wątpienia był Legion. Wiele lat temu sam bywał przerażony, jednak zdążył się przyzwyczaić i myśleć o finansach w znacznie szerszym zakresie. Jego dowódcy potrafili dobrze zarządzać przekazywanymi środkami i raczej nie zdarzało się, żeby uważniej przepatrywał wykazy szczegółowe. Przestał się uśmiechać i sięgnął po szklankę. Zwykle nudną, upierdliwą robotą papierkową zajmowali się wykwalifikowani księgowi – których w każdej dywizji było przynajmniej dwóch – lecz tym razem musiał dopilnować wszystkiego osobiście, od początku do końca. Zazwyczaj wystarczało mu spojrzenie na końcowe zestawienia, przedstawiane co pół roku przez każdy oddział, jednak nie w tym zasranym przypadku. Wojny nie były wyłącznie niebezpieczną, brutalną rozgrywką…to był kolosalny wydatek, na który powinni być w pełni przygotowani. Musiał mieć przynajmniej ogólny pogląd na obecną kondycje finansową Legionu, by w razie konieczności zatroszczyć się o bezpieczny zapas – łatwo dostępnej – gotówki. Potężne środki mieli ulokowane w nieruchomościach, firmach, akcjach, kruszcach, kamieniach szlachetnych, antykach oraz artefaktach, więc ewentualne ich spieniężenie mogło chwilę potrwać. na co nie byłoby czasu w trakcie prowadzenia zaawansowanych działań zbrojnych.

– Q postarał się z ograniczeniem wydatków w tym półroczu – rzucił raźnie.

– TO jest ograniczenie wydatków? – Black nieomal zachłysnął się pitym alkoholem.

– Jak na nasze warunki, owszem. Myślisz, że bawimy się tylko w siedmiu, może dziesięciu, co? – westchnął z rozbawieniem, spoglądając zaczepnie na czarodzieja.

– Tylu tylko spotkałem… – wymamrotał speszony szarooki.

– Bo tylu chciałem, żebyś spotkał, cukiereczku. Przez wiele długich, cholernie frustrujących lat budowaliśmy organizację, której rozmiarów nikt, poza mną, nie jest w stanie precyzyjnie określić.

– Nazywacie się jakoś? – Black nie ukrywał zainteresowania.

– Oficjalnie nie istniejemy – turkusowooki zaśmiał się melodyjnie. – Nieoficjalnie nazywamy siebie Legionem. Mało wyrafinowane, przyznaję, ale tak się już utarło. Posłuchaj mnie uważnie, Blacky, bo tego co teraz powiem, prawdopodobnie już nigdy więcej nie powtórzę. Musisz w miarę poznać strukturę Legionu, ponieważ chcę, żebyś do niego dołączył.

Czarodziej, szczerze zdumiony, wlepił spojrzenie w profil siedzącego obok przyjaciela. Serce waliło mu jak oszalałe, po części z radości, po części ze zdenerwowania. Nie spodziewał się, że usłyszy od Luthera zaproszenie do grona jego współpracowników i chociaż tego chciał, nie wiedział, jak powinien zareagować. Niebezpieczna mieszanka skrajnych emocji zgasła, gdy spojrzały na niego lodowate, w pełni poważne demoniczne tęczówki. Więc…Dragan mówił serio. Skoro sam król uznał go za godnego, jedyne co mógł zrobić, to postarać się, by nie żałował ofiarowanej mu szansy.

– Mówisz poważnie? – zapytał mimowolnie.

– Śmiertelnie poważnie. Czekają nas ciężkie czasy i potrzebujemy ludzi, którym można ufać, ale wszystko po kolei. Skup się teraz i słuchaj – zaplótł ręce na karku i odchylił się, patrząc na sufit. – Wiesz już, że Ogary działają niezależnie od siebie, na czterech kontynentach. Każdy z nich posiada swoją własną dywizję, w ramach której działają po dwa oddziały z dowódcami, niższymi rangą od Ogarów. Pod rozkazami Larana działa kontrwywiad na czele z Veive oraz oddział zajmujący się manipulowaniem światowej sceny politycznej, pod przewodnictwem Heracle. Jarri jest specem od wywiadu, którego wspiera Sius. Do wywiadu formalnie zalicza się również pododdział łączników, którym zarządza Raven. Ravi, jako dowódca pododdziału powinien podlegać Jarriemu, ale z racji tego, że jest moją prawą ręką, działa wyłącznie na moje polecenie. Wodan sprawuje pieczę nad sekcją szkoleniową, pod wodzą Tuisto oraz jednostką likwidacyjną, podległą Krodo. Najbardziej skomplikowana jest sytuacja w dywizji Setha, ponieważ jako jedyny ma do pomocy równego sobie przywódcę, nienależącego do grona Ogarów. Doktora Q, o którym już rozmawialiśmy. Seth bardziej związany jest z sekcją naukową i jej liderem Tothem, natomiast Q wraz z Bastet zajmują się jednostką medyczną. Nadążasz?

– Średnio… – szarooki przyznał szczerze.

– Może i dobrze – Dragan westchnął przesadnie. – Ciebie powinien interesować wyłącznie pododdział łączników, bo to do niego trafisz. Twoim zadaniem będzie przekazywanie informacji między mną, a Ravenem. Ravi, co jakiś czas, będzie pojawiał się w Chacie, gdzie będziesz się z nim spotykał i odbierał wieści lub przekazywał rozkazy. Pewnie zdarzy się parę razy konieczność wysłania cię bezpośrednio do Indrahill. Poradzisz sobie z taką robotą?

– Powinienem, o ile Raven mnie nie udusi – Syriusz zaśmiał się gardłowo.

– Już został poinformowany o zmianach i przyjął to z godnością – kruczowłosy roześmiał się szczerze. – Jest jeszcze jedna sprawa, o której powinieneś wiedzieć, zanim podejmiesz ostateczną decyzję. Vallerin nie może się o niczym dowiedzieć, rozumiesz? Czegokolwiek byś nie usłyszał, ona nie może się dowiedzieć.

Po tych słowach nastała chwila uciążliwej, niezręcznej ciszy. Black oczywiście chciał być członkiem Legionu, jednak jeśli miało się to wiązać z oszukiwaniem płomiennowłosej…jego entuzjazm ostygł momentalnie. Czarodziej milczał, siedząc w nienaturalnie wyprostowanej pozycji, czym zwrócił na siebie uwagę kompana. Luther westchnął cicho, po czym sięgnął po butelkę, z której pociągnął kilka łyków. Spodziewał się po Syriuszu podobnej reakcji i wiedział, że jeśli miało się to wszystko udać, powinien być z nim szczery. Legion powstał w wyniku jego chwilowego kaprysu, jednak rozkwitł właśnie w oparciu o niezachwiane zaufanie podwładnych do swojego szalonego króla. Nie chciał psuć tej chwalebnej tradycji. Dodatkowo uważał, że szarooki zbieg będzie w stanie zrozumieć motywy, jakie nim kierowały i nie przekuje ich w żałosny, ckliwy teatrzyk.

– Wiem, że masz wątpliwości – położył dłoń na ramieniu czarodzieja. – Wspominałem, że czekają nas trudne czasy. Warto, żebyś wiedział, w co ewentualnie się wpakujesz.

Turkusowooki dolał towarzyszowi whisky i spokojnie opowiedział mu, kim był Lazarius. Syriusz wsłuchiwał się uważnie w każde jedno słowo, nie dowierzając w to, że po świecie mógł się pałętać Ogar, pozbawiony nadzoru Dragana. Ta myśl…przyprawiła go o istne dreszcze. Pamiętał doskonale krótką rozmowę z Jeanem na tarasie, zanim wytrącony z równowagi Ogar próbował połamać mu szczękę. Jedna z upiornych, bezwzględnych bestii zerwała się z łańcucha i była gotowa zaryzykować wypowiedzenie wojny swoim dawnym braciom. Skamieniał, gdy Luther wspomniał o niedawnej naradzie wojennej. Więc to tam, z daleka od niego, zapadła decyzja, o włączeniu go w działania Legionu. Czy czuł się z tym komfortowo? Ani trochę. Pocieszała go wyłącznie myśl, że w razie konieczności odwiedzenia Indrahill, natknie się tam na Lio, którego najlepiej wspominał.

– Ten świr wie, jak skutecznie w ciebie uderzyć… – wyszeptał po tym, jak kruczowłosy skończył swą opowieść. – Obierze za cel Vallerin.

– Taki scenariusz wydaje się najbardziej prawdopodobny.

Kolekcjoner sięgnął po nową papierośnicę, którą otrzymał w prezencie świąteczno-urodzinowym od Ceda oraz panny Crown. Od dziesięcioleci obchodził urodziny oficjalnie 1 stycznia. Przyjął taką datę – za namową Lady – ponieważ nie miał najmniejszego zamiaru celebrować dnia, w którym stracił matkę, a Nowy Rok wydał mu się terminem zabawnie oczywistym. W sumie data nie miała dla niego najmniejszego znaczenia…cholerny 17 kwietnia stał się dla niego wyłącznie rocznicą najgorszego wydarzenia, jakiego przyszło mu doświadczyć. Obrócił subtelnie pudełeczkiem, wpatrując się w jego zachwycająco kunsztowne, klasyczne wykonanie. Przez dłuższy czas milczał, przesuwając wzrokiem po najmniejszych detalach Jolly Rogera kapitana Fley’a, nie mogąc powstrzymać fali przyjemnych, nostalgicznych wspomnień. Tak wiele czasu upłynęło, a jego wspomnienia nie wyblakły nawet odrobinę. Kiedy zamykał oczy, niemalże czuł na twarzy lekką, słoną bryzę ciągnącą znad spokojnych wód oceanu. Pamiętał radosny głos fircykowatego, wiecznie rozgadanego szelmy, jakby rozmawiał z nim ledwie wczoraj, przechadzając się po zatłoczonym pokładzie sfatygowanego, pirackiego okrętu. Czas spędzony w załodze Fley’a, był dla niego tym, w którym ostatecznie poznał znaczenie prawdziwej, nieskrępowanej wolności. Ci ludzie…ta rozwrzeszczana, zapijaczona banda lekkomyślnych kanalii…bywało, że tęsknił za ich swobodnym towarzystwem. Tęsknił za kuszącym wezwaniem przygody. Tęsknił za ekscytującą niepewnością, towarzyszącą każdemu zejściu na niezbadany, obcy ląd. Tęsknił za imponującymi, nieprzewidywalnymi bitwami na pełnym morzu. Tęsknił za nagłymi skokami adrenaliny, powodowanymi przez potęgę nieprzejednanej, wrogiej natury. Zachichotał gorzko. Tamte czasy odeszły bezpowrotnie i wiedział o tym znacznie lepiej, niż ktokolwiek inny. W końcu otworzył papierośnicę – którą dawno temu dzierżył jego kapitan – i wprawnie wyciągnął z niej papierosa, którego natychmiastowo odpalił, po czym podsunął papierośnicę Syriuszowi.

– Wiesz… – turkusowooki wymruczał melodyjnie, zerkając na ciemnowłosego – troszeczkę ubarwiam rzeczywistość, plotąc wszędzie wokół, że Vallerin jest delikatniusim płateczkiem śniegu, o który trzeba się nieustannie zamartwiać. Jeśli zajdzie taka potrzeba, ta dziewczyna doskonale poradzi sobie sama, ale nie potrafiłbym znieść myśli, że to przeze mnie może ucierpieć. Lazarius nie posunąłby się tak daleko, gdyby nie miał wsparcia kogoś znacznie potężniejszego, niż on sam. Jeśli moje przypuszczenia okażą się prawdziwe, za jego plecami stoi któryś z Phoenix’ów – roześmiał się szorstko – albo i ze dwóch.

– Myślisz, że świadomie wsparliby człowieka, który zagraża ich jedynej siostrze? – głos Blacka zabrzmiał wyjątkowo ponuro.

– To nie byłby pierwszy raz, gdy postawili swoje ambicje ponad Vallerin, wierz mi. Kill pracuje nad potwierdzeniem lub wykluczeniem udziału skamielin, ale to może potrwać. Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna nie jestem w pełni przekonany, że zdołałbym ją ochronić w razie konieczności.

– Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić – uśmiechnął się szarooki.

– To upokarzające, chłopcze, jednak zdaję sobie sprawę z tego, że mogę nie podołać walce z Phoenix’em. Jeszcze nie teraz… – wymruczał gniewnie. – Powiedz, uważasz mnie za całkiem silnego? – diaboliczny turkus zalśnił szaleńczo.

– Jakbyś nie wiedział – burknął były więzień.

– Dziesięciolecia temu trenowałem pod okiem Lorda Killiana przez kilka morderczych lat. Kill jest dobrym mentorem, ale potrafi być nieludzko wymagający – zaśmiał się, wspominając trudy swojej pierwszej wyprawy. – W tamtym czasie byłem święcie przekonany, że ten upierdliwy narkoleptyk zrobił ze mnie istną maszynę, ale zanim całkiem się rozstaliśmy, Kill zaproponował przyjacielski sparing. Początkowo szło mi przyzwoicie, jednak w końcu Lord przestał się bawić i zaczął walczyć na poważnie. Wytrzymałem jakieś 40 sekund – wybuchnął niekontrolowanym, maniakalnym śmiechem. – Taka jest różnica siły między mną, a dinozaurami. Wiele lat upłynęło od tego pojedynku. Z całą pewnością stałem się znacznie lepszy, ale nie wiem, czy na tyle, by realnie zagrozić którejś z tych kreatur. Po tym co stało się ostatnio, potrzebuję czasu, żeby się przystosować. W sumie… – król Indrahill spoważniał i spojrzał w czarodzieja – skoro masz zasilić szeregi Legionu, powinieneś trochę się podszkolić. Poproszę Vallerin, żeby z tobą trenowała.

– Dlaczego Vallerin? – Syriusz nie ukrywał zaskoczenia – Wolałbym trenować z tobą. Nie chcę zrobić jej krzywdy.

Ściany gabinetu dosłownie zadrżały pod wpływem śmiechu Luthera. Kruczowłosy śmiał się tak gwałtownie, że zaczynało brakować mu tchu. Drobne łzy rozbawienia spływały po jego arystokratycznej, doskonałej twarzy, a mina Blacka nie ułatwiała ich pohamowania. Dziedzic szanowanego rodu patrzył na niego z mieszanką niedowierzania, zażenowania oraz gniewu, nie rozumiejąc, co u licha tak go śmieszyło. W końcu Kolekcjoner poskromił wybuch, tłamsząc go do niepokojącego chichotu.

– Wybacz, Blacky! – energicznie klepnął plecy kompana, bez mała wybijając mu płuca – Nie musisz się martwić o Vallerin – nachylił się do ucha czarodzieja i zniżył głos do mruczącego półszeptu – radziłbym ci martwić się o siebie, skarbie.

Szarooki chciał odpowiedzieć, jednak pogawędkę przerwał im ostry, chrapliwy odgłos otwieranego przejścia. Black natychmiast poderwał się z fotela, przybrał postać psa i usiadł obok gospodarza. Zastanowiło go, dlaczego Luther nawet nie drgnął, ani nie próbował zakryć wypracowaniami niezwiązanych ze szkołą dokumentów. Po chwili już wiedział…Nawet przez zamknięte drzwi wyraźnie czuł kojący zapach oraz słyszał charakterystyczne, wyjątkowo lekkie kroki.

– Wejdź! – krzyknął Dragan, zanim zdążyło rozlegnąć się pukanie.

Lady Crown delikatnie uchyliła drzwi gabinetu i zwinnie wślizgnęła się do środka. Obrzuciła twarz Luthera badawczym, czujnym spojrzeniem, po czym uśmiechnęła się łagodnie. Podeszła wprost do biurka i wyciągnęła ze swojej torby butelkę whisky, którą postawiła na blacie.

– Chcesz czegoś? – turkusowooki zapytał znacznie ostrzej, niż zamierzał.

– Niczego konkretnego – przyznała szczerze, nie przejmując się humorkami przyjaciela. – Wpadłam zobaczyć, jak się czujesz.

Kolekcjoner uśmiechnął się szeroko. Nie mógł liczyć na to, że nie zauważyła jego obrażeń i był jej bardzo wdzięczny za brak dociekliwości w tym temacie. Jego ukochany aniołek potrafił byś bardzo wyrozumiały, ale nie oznaczało to, że przestawała się o niego martwić. Przez to, że nie pytała, pojęcia nie miał, do jakiego stopnia zorientowana była w sytuacji i nie chciał prowokować poruszania drażliwych kwestii.

– Znacznie lepiej, do kiedy przyniosłaś to cudo! – chwycił za butelkę.

– Alkoholik – westchnęła zaczepnie. – Syriusz, przyłączysz się?

Animag nie omieszkał skorzystać z zaproszenia. Wrócił do swojej normalnej postaci i usiadł obok doktora plagi, jak wcześniej.

– Doprawdy, dobre maniery w grobie się przewracają! – płomiennowłosa przewróciła oczami – Żeby żaden z dwóch gentlemanów nie zaproponował damie drinka? Grubiaństwo się szerzy!

Black już miał wstawać – zawstydzony brakiem wyczucia – ale powstrzymała go twarda, duża dłoń Dragana. Gospodarz, jak wypadało, podszedł do barku z którego wyciągnął schłodzoną, kryształową szklankę.

– Życzy sobie pani czystą whisky, czy z jakimś dodatkiem? – zerknął przez ramię.

– Z lodem, jeśli łaska.

Błękitnooka przysunęła sobie fotel tak, by siedzieć naprzeciw kompanów. Zgrabnym ruchem przyciągnęła jeden z raportów, niespiesznie przeglądając jego treść z rosnącym, ciepłym uśmiechem. Bezbłędnie rozpoznała charakterystyczne, pochylone mocno w lewo pismo jednego z niegdysiejszych podopiecznych – dobrze wiedzieć, że chłopcy jakoś sobie radzili pod przewodnictwem młodszego Luthera. Kruczowłosy podszedł do biurka, postawił szklankę obok prawej dłoni panny Crown i nalał odpowiednią ilość alkoholu, po czym uzupełnił naczynko kostkami lodu. Nie miał nic przeciwko temu, by błękitnooka przeglądała dokumentację, dotyczącą Legionu. Prawda była taka, że bez jej wsparcia organizacja nie wyglądałaby tak, jak w chwili obecnej. Kiedy zakładał Legion, nie miał bladego pojęcia co robił. Chciał dać swoim braciom dom oraz wspólny cel, dzięki któremu mogli żyć w miarę spokojnie, jak na ich standardy. Uśmiechnął się kącikiem ust. Początkowo był więcej niż beznadziejny w sprawach organizacyjnych, a i odpowiednimi środkami do pociągnięcia tego cyrku nie dysponował. Zawsze był indywidualistą, niespecjalnie czującym się w grze zespołowej i śmiał podejrzewać, że spierdoliłby wszystko koncertowo, gdyby nie pomoc panny Crown. To Vallerin nauczyła go jak dbać nie tylko o siebie, ale i innych. To ona podarowała mu pieniądze, dzięki którym mogli wystartować. To w podziemiach jej rezydencji szkoliło się wielu członków Legionu, na czele z Bastet, która w szeregi organizacji trafiła w wieku zaledwie 15 lat. Płomiennowłosa niestrudzenie służyła im swoją wiedzą, umiejętnościami oraz doświadczeniem, niezbędnym do funkcjonowania w świecie zapomnianych artefaktów. Dzięki zgromadzonym w jej posiadłości zapiskom, zaczęli wprawnie organizować poszukiwania bezcennych skarbów, nie dając się powalić klątwom, częstokroć strzegącym dostępu do pradawnych sekretów magii. Nienachalnie pogładził ogniste włosy przyjaciółki. Zawsze mógł liczyć na pomoc Vallerin, choć nigdy nie ciągnęła go za język, jeśli chodziło o sam Legion. Wiedziała kiedy i w jakim celu go założył, co wydawało jej się w zupełności wystarczać. Kiedy król półświatka wpadał w kłopoty, za jego plecami natychmiast pojawiał się czujny, potężny anioł.

– Lio jest w Indrahill? – płomiennowłosa zapytała miękko, gdy gospodarz w końcu usiadł.

– Sytuacja tymczasowa, moja pani – uśmiechnął się łagodnie. – Masz dzisiaj wolny wieczór?

– Powiedzmy – westchnęła ciężko. – Blaise poluje na jedną z biednych, nieświadomych zagrożenia pierwszorocznych, a Dafne spędza dzień z Astorią – upiła niewielki, elegancki łyk whisky. – Pomyślałam, że zajrzę do was, skoro i tak nie mam nic do roboty.

– Czyżby Po Prostu Harry również był poza zasięgiem? – turkusowooki zaczepnie uniósł brew.

– Raczej to ja wolę być poza zasięgiem – zaśmiała się dźwięcznie. – Nasze Trio z Gryffindoru znowu weszło w stan wojny domowej.

– Nie sądziłem, że ta cholerna miotła przysporzy tylu problemów – westchnął Black.

Panna Crown rzuciła czarodziejowi pocieszające spojrzenie. Nikt nie spodziewał się, że prezent świąteczny wywoła takie zamieszanie, pomimo tego, że jeśli się nad tym na spokojnie zastanowić, mogli to przewidzieć. Harry oczywiście szalał ze szczęścia, trzymając w dłoniach Błyskawicę, jednak tak drogi prezent – niewiadomego pochodzenia – wzbudził niepokój Hermiony. Młoda czarownica zaczęła zastanawiać się, od kogo zielonooki mógłby otrzymać coś takiego. Ona i Ron odpadali w przedbiegach, podobnie jak mugolska rodzina wybrańca. Po krótkiej eliminacji nie pozostał nikt, poza przebywającym wciąż na wolności zbiegiem. Obawy Granger spotkały się z ostrym sprzeciwem chłopców, co sprowokowało konflikt, ciągnący się od kilku dni. Hermiona rozmawiała na ten temat z panną Dumbledore i upierała się, żeby o wszystkim poinformować MaGonagall. Póki co do tego nie doszło, jednak błękitnooka dobrze znała bezprecedensowy upór koleżanki oraz jej żelazną chęć robienia tego, co uważała za słuszne. Najprawdopodobniej w najbliższych dniach Mineva dowie się o podejrzeniach podopiecznej.

– Zobaczymy, co z tego wyniknie – Erin wyciągnęła rękę przez stół i delikatnie uścisnęła dłoń Syriusza. – Nie martw się na zapas.

– Czyli picie przez całą noc, w naszym skromnym towarzystwie? – Luther wyszczerzył się zaczepnie, nie mając zamiaru komentować kolejnego spięcia wśród szczyli.

– Nie bardzo – Lady cofnęła rękę i powtórnie uniosła szklankę. – Za godzinę jestem umówiona z Severusem.

– Czego on znowu chce? – warknął Black.

– Porozmawiać i przetestować kilka nowych receptur – wzruszyła ramionami. – Jutro prowadzisz zajęcia? – zwróciła się do kruczowłosego.

– Tylko asystuję – burknął Kolekcjoner, nieszczególnie podekscytowany wizją marnowania bezcennego czasu. – Ponury chyba nie za specjalnie wierzy, że nie wysadzę całej szkoły. Powiem ci, że masz świetne wyczucie czasu, mała. Mamy do ciebie malutką prośbę.

– Już się boję – zakpiła lekko.

– I słusznie! Znalazłabyś czas na podszkolenie naszego pieszczoszka? – turkusowooki nonszalancko wskazał na czarodzieja. – Jak widzisz całkiem się zapuścił w Chacie, a lepiej, żeby był w jako takiej formie, na wypadek komplikacji. Sam bym się tym zajął, ale mam mocno napięty grafik. Nietoperz zrzucił na mnie sprawdzanie prac i przygotowywanie konspektów zajęć, a Siwobrody zaczyna dopytywać, kiedy byłbym w stanie zacząć zajęcia z magii pradawnej. Dodatkowo tylko poprawi się pogoda i ruszą również dodatkowe zajęcia z odbijania piłek, o ile wcześniej mnie Hoot-Hoot nie otruje – roześmiał się szczerze. – Brak mi wolnej chwili na uratowanie tego chuderlawego ciałka.

Vallerin spojrzała na Syriusza, który spłonął delikatnym, kłopotliwym rumieńcem. To prawda, że podczas ucieczki stracił na wadze oraz masie mięśniowej, ale Dragan nie musiał od razu wypominać mu tego w tak bezpośredni sposób! Powinien ostro się wkurzyć, ale jakoś nie miał na to ochoty. Wciąż zastanawiała go wcześniejsza reakcja Luthera na jego słowa i po prawdzie chciał się sam przekonać, o co mogło mu chodzić. Nie potrafił myśleć o Erin inaczej, niż jak o delikatnej, subtelnej kobiecie, którą mógłby uszkodzić byle mocniejszym szarpnięciem. Dlaczego kruczowłosy uważał, że nadawała się do podciągnięcia jego umiejętności i o jakie konkretnie mu chodziło? Pojęcia nie miał.

– Bardzo chętnie – odpowiedziała po dłuższej chwili. – Jaki rodzaj treningu masz na myśli?

– Magicznie nie jest z nim najgorzej, ale słabo radzi sobie bez badyla w dłoni – turkusowooki podsumował krótko. – Pchlarz powinien nauczyć się, jak radzić sobie bez konieczności sięgania po czary-mary. Naucz go po prostu, jak nie zarobić w pysk przy pierwszej lepszej okazji.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że to dość długi proces, jeśli nie masz doświadczenia w walce wręcz? – płomiennowłosa skupiła się na byłym skazańcu.

– Wiem – przyznał niechętnie, unikając jej wzroku. – Wolałbym trenować z Draganem, ale skoro on nie ma czasu, to nie mam kogo prosić…

– Dla mnie to żaden problem, naprawdę – uśmiechnęła się szeroko. – Jeśli będziesz miał dość, zwyczajnie mi powiedz. Od kiedy chcesz zacząć?

– Możesz wpaść wieczorem?

– Pewnie! Dzisiaj nikt nie powinien nam przeszkadzać, ale na wszelki wypadek zablokuję drzwi i po problemie.

– Jeśli chcesz, możecie wykorzystać salę zajęciową – wtrącił się kruczowłosy. – Tutaj nikt na pewno się nie napatoczy, a i ja będę szczęśliwy, oglądając, jak kopiesz mu to zarozumiałe dupsko.

Dragan objął ramieniem szyję Syriusza, zmuszając go do pochylenia głowy. Podejrzewał, że czarodziej nie wziął na poważnie tego, co wcześniej mówił i bardzo chciał zobaczyć jego minę, gdy przekona się o umiejętnościach Vallerin na własnej skórze. Sam stulecia temu nie dowierzał w słowa Killiana, ale musiał przyznać, że narkoleptyk nie mylił się co do siostry, Może i wyglądała jak najbardziej subtelna kobieta na świecie, ale potrafiła nieźle dołożyć! We trójkę spędzili prawie godzinę, rozmawiając, pijąc i śmiejąc się z byle głupot. W końcu panna Crown przeprosiła ich i wyszła na wcześniej umówione spotkanie, zostawiając niedopitą butelkę. Po jej odejściu Luther natychmiastowo spoważniał. Po raz kolejny odczuwał ból, więc sięgnął po eliksir. Black przypatrywał mu się w milczeniu, jednak zauważył coś niepokojącego.

– Dragan – położył dłoń na ramieniu przyjaciela – znowu krwawisz.

Kruczowłosy odruchowo spojrzał na swoją pierś i zaklął w duchu. Przesiąknięty krwią materiał przykleił się do opatrunku, nie pozostawiając złudzeń. Już miał wstawać, gdy czarodziej go zatrzymał.

– Siedź, ja przyniosę.

Po tych słowach zebrał się i zniknął za ukrytymi drzwiami, prowadzącymi do części sypialnej. Turkusowooki podniósł się z fotela, po czym zdjął marynarkę oraz czarną koszulę, odsłaniając przygnębiający widok. Jego tors, na wysokości klatki piersiowej, oplatał biały bandaż, który obecnie nadawał się wyłącznie do wyrzucenia. Odwinął go i odlepił ociekającą krwią gazę, pobieżnie oceniając stan, frustrująco niepokornej, rany. Głębokie cięcie przecinało jego mostek oraz żebra przy sercu, tworząc kształt przechylonego półksiężyca. Po jasnej skórze leniwie spływały strużki gęstej, częściowo zakrzepłej krwi. Zirytowany Kolekcjoner oparł się plecami o brzeg biurka i sięgnął po butelkę, którą opróżnił do końca. Z tego co wiedział, tkanki zdążyły się w większości zagoić, jednak blizna nie miała takiego zamiaru i potrafiła otworzyć się w najmniej spodziewanym momencie. Black wrócił, niosąc ciemnobrązową torbę oraz zapasową koszulę, wiszącą na wieszaku. Odłożył ubranie i rozchylił torbę, wyciągając z niej wszystkie potrzebne szpargały. Wprawnie oczyścił ranę, zdezynfekował ją, po czym chwycił zapakowaną gazę.

– Nie wygląda to najlepiej – skomentował, przyglądając się bliźnie. – Szwy znowu puściły.

– Poprawisz je? – turkusowooki spojrzał na niego przelotnie.

– Dragan… – westchnął ciemnowłosy.

– Po prostu popraw.

Były skazaniec niechętnie wypakował sterylną igłę oraz nić, przeznaczoną do zszywania ran. Ostrożnie zabrał się za poprawianie szwów, odczuwając ciarki za każdym razem, gdy zagłębiał igłę w ciało przyjaciela. Luther znosił to w całkowitym milczeniu – nawet nie drgnął, gdy szarooki rozpoczął szycie. To nie był pierwszy raz, gdy prosił Syriusza o taką przysługę, chociaż wiedział, że kumpel nie znosił tego najlepiej. Niejednokrotnie sam siebie zszywał, kiedy zachodziła taka potrzeba i wiedział, że nie był to najprzyjemniejszy widok – zawsze lepiej wychodziło, przy wsparciu drugiej osoby. Fizyczny ból mu nie przeszkadzał, ponieważ przyzwyczajony był do znacznie gorszych niedogodności, związanych z obrażeniami. Prawdopodobnie powinien wyrwać się z kilka godzin ze szkoły i poprosić Q o porządne połatanie, skoro doktor już dotarł do Indrahill. Uśmiechnął się półgębkiem, odpalając wyciągniętą fajkę. Q by mu żyć nie dał i zmusiłby go do opowiedzenia dokładnie, co się stało i dlaczego regeneracja nie działała. Jak miałby mu wyjaśnić, że ta rana została zadana na jego własne życzenie narzędziem, należącym do samego Anioła Śmierci? Sammy jeszcze przed zabiegiem uprzedzał go, że może się tak skończyć i jakoś to zignorował, więc jakie miał prawo teraz narzekać? Gdyby Samael teraz go zobaczył… najprawdopodobniej dźgnąłby go tym sztyletem jeszcze ze dwa razy, w ramach pokuty za głupotę. Turkusowooki zerknął na Blacka, wyczuwając delikatne drżenie jego dłoni i wyszczerzył się w złowieszczym uśmieszku. Dzieciakowi szło coraz lepiej z szyciem, choć sam zapewne wcale tak nie uważał.

– Zrobione – były skazaniec wyprostował się. – Szwy są paskudne, ale powinny jakiś czas wytrzymać.

– Dzięki, Blacky.

– Podnieś ręce. Zabandażuje to.

Król Indrahill bez ociągania się zrobił to, o co go poproszono. Stał spokojnie, czekając aż Syriusz założy opatrunek i zabezpieczy go świeżym bandażem. Były więzień wprawnie zacisnął materiał, związując go na tyle ciasno, by się nie zsunął ani nie utrudniał poszkodowanemu ruchów. Po zakończeniu swojej roboty, obserwował, jak Dragan zakłada czystą koszulę. Mimowolnie przyglądał się dziesiątkom blizn, które znaczyły jego jasną skórę. Vallerin wspominała, że mógł swobodnie się ich pozbywać, jednak w przypadku jednej miał poważne wątpliwości. Wyraźne cięcie na podbrzuszu wyglądało jakoś tak…dziwnie. Przypominało ślad nie tylko po ranie zadanej ostrzem, ale również wypalonej, o czym świadczyły dość wyraźne ślady poparzenia. Nie wiedział dlaczego, jednak spoglądanie na tę konkretnie bliznę wzbudzało w nim dreszcz niepokoju.

– Co ci się stało? – postanowił zapytać, częstując się jednym z papierosów, pozostawionych na biurku.

– Musisz być bardziej konkretny, słodziaku – zakpił gospodarz.

– Chodzi mi o tę bliznę – szarooki wskazał na brzuch kompana.

– Masz dobre oko – turkusowooki zaśmiał się melancholijnie. – To pamiątka po starciu z jednym z braci Vallerin.

– Próbowałeś walczyć z Lordem?! – Syriusz nieświadomie uniósł głos – Przecież sam mówiłeś, że nie masz z nimi szans!

– A myślisz, że skąd mam taką pewność? – kruczowłosy dopiął koszulę i odwrócił się twarzą do przyjaciela – Był taki czas, kiedy naprawdę ślepo wierzyłem w swoją siłę. Ta blizna…przypomina mi, jak słaby jestem w rzeczywistości. Wtedy mnie poniosło, Blacky i dałem się sprowokować, jak każdy amator.

– A to na twojej piersi? Też pamiątka po niedawnym starciu z Lordem? – po raz pierwszy odważył się poruszyć ten temat.

– Nie. Może czasem zachowuje się jak kretyn, ale nie jestem kompletnym idiotą, wiesz? – Luther uniósł brew w geście rozbawienia.

– Więc? Jak to się stało? – ciemnowłosy nie dawał za wygraną.

– Nie musisz wiedzieć, skarbie – gospodarz uciął krótko. – Jestem ci wdzięczy za pomoc, ale powstrzymaj się z pchaniem pyszczka za daleko, bo możesz oberwać w ten mokry nosek.

Czarodziej przewrócił oczami, dając sobie spokój z drążeniem tematu. Erin uprzedzała go, że w przypadku Dragana odnosiło to efekt odwrotny od zamierzonego – prędzej nabierał ochoty na mord, niż zwierzenia, jeśli się go zmuszało. Cóż. To że Luther darzył go względnym zaufaniem nie znaczyło wcale, że musiał mu o wszystkim mówić. Ten facet uwielbiał mieć swoje tajemnice.

– Niech ci będzie – westchnął, siadając za biurkiem. – Skoro Vallerin pojawi się dopiero wieczorem, wracamy do roboty?

– Wreszcie mówisz jak człowiek!

               Ethan wysiadł z samolotu na lotnisku w Limie. Zręcznie podwinął rękawy ciemnozielonej koszuli i zsunął na nos okulary przeciwsłoneczne, zanim ostre słońce zdążyło wypalić mu oczy. Nieraz bywał w Peru i szczerze lubił to państwo, jednak klimat równikowy potrafił dać w kość – zwłaszcza, że najczęściej wzywano go w związku z wykopaliskami. Wszedł do głównego budynku, ciesząc się ulgą, jaką przynosiła sprawna klimatyzacja.

– Profesorze Anderson!

Niebieskooki zatrzymał się i rozejrzał po twarzach zgromadzonych. Przy barierkach stał młody chłopak, trzymający odręcznie wykonaną tabliczkę. Luther uśmiechnął się łagodnie, śledząc zaskakująco schludne, czarne litery. Profesor Ethan Anderson…pod tym pseudonimem znano go obecnie w świecie nauki. Wysławił się jako specjalista z zakresu szeroko pojętej antropologii, choć przedstawiciele magicznego społeczeństwa kojarzyli go głównie z wybitnego talentu do łamania klątw. Może i nie był tak niedorzecznie genialny, jak jego młodszy brat, jednak przez te wszystkie lata zdążył się porządnie wyedukować na kilkunastu słynnych uniwersytetach, obierając za cel w szczególności antropologię oraz archeologię. Miał na swoim koncie przeszło 17 profesur i około 50 doktoratów, z przeróżnych dziedzin nauki. Zacisnął mocniej dłoń na plastikowej rączce walizki, po czym powolnym krokiem podszedł do chłopca.

– Wzywał pan? – uniósł delikatnie brew.

– Raul Liosa – młodzieniec pokłonił się niezdarnie. – Profesor Madera przysłał mnie po pana.

Ciemnowłosy chłopiec wyciągnął rękę, żeby wyręczyć Luthera w niesieniu walizki, jednak Ethan nie był skłonny do jej oddania. To nie tak, że podejrzewał dzieciaka o zamiar kradzieży, jednak w swoim bagażu miał rzeczy, z którymi powinno obchodzić się z należytą troską. Widząc zakłopotaną minę wysłannika, uśmiechnął się łagodnie.

– Nie ma potrzeby, żebyś to dźwigał, Raul. Biuro Tadeo jest gdzieś w centrum?

– Tak, ale profesor prosił, żebym przywiózł pana do jego domu. Pozwoli pan za mną.

Liosa zaprowadził gościa na parking przed lotniskiem i wskazał mu czarnego SUVa, z przyciemnianymi szybami. Obok auta stało dwóch rosłych ochroniarzy, ubranych w czarne garnitury. Ethan uśmiechnął się pod nosem. Z całą pewnością jego wizyta została potraktowana bardzo poważnie i nie do końca wiedział, skąd miałyby wynikać podobne środki ostrożności. Jeden z ochroniarzy otworzył przed nim drzwi, zapraszając do wnętrza samochodu. Panowie w garniturach usiedli z przodu, natomiast Raul dołączył do niego na tylnej kanapie. Pierwsze kilometry drogi spędzili w kompletnej ciszy, która nijak nie przeszkadzała niebieskookiemu. Długi lot zdążył go zmęczyć i nie miał ochoty na banalne pogadanki, z ledwo poznanym dzieciakiem. Zmienił zdanie, widząc zaciętą minę towarzysza oraz niespokojne ruchy jego dłoni, zaciśniętych sztywno na kolanach.

– Od dawna pracujesz dla Tadeo? – rzucił miękko.

– Nie, proszę pana – piwnooki zerknął na niego niepewnie. – Dopiero od dwóch miesięcy.

– Mogę zapytać, czym się zajmujesz? Jesteś jednym z jego studentów?

– Nie do końca – chłopak zmieszał się jeszcze bardziej. – Nie skończyłem szkoły i nie mogę iść na studia. Profesor zaproponował, żebym wrócił do szkoły, a jak będzie mi dobrze szło, to postara się o przyznanie mi stypendium. Pozwolił mi mieszkać u siebie, w zamian za pomoc w obowiązkach.

– Cały Tadeo – Luther roześmiał się ciepło. – Masz już upatrzony jakiś konkretny kierunek?

– Chciałbym iść na archeologię, albo ekonomię – dzieciak ożywił się nieco.

Przez dalszą część podróży rozmawiali luźno o studiach oraz planach Raula na najbliższą przyszłość. Ethan, między słowami, starał się wybadać, ile Liosa wiedział o swoim obecnym pracodawcy – póki co stwierdził, że niewiele. Samochód zatrzymał się na chwilę przed bramą niewielkiej, pięknej architektonicznie posiadłości. Luther wykorzystał okazję, by chwilę się rozejrzeć. Sam budynek stał na niewielkim pagórku, otoczony zewsząd zadbanym, imponującym ogrodem. Westchnął cicho. Rozumiał skąd ten przepych, jednak miał wątpliwości, czy jego stary przyjaciel powinien ściągać na siebie uwagę w podobny sposób. Brama, po dokonaniu wszelkich formalności odnośnie bezpieczeństwa, rozsunęła się i SUV ruszył w ślimaczym tempie podjazdem, mozolnie wspinając się pod górę. W końcu zaparkowali przed drzwiami frontowymi domu. Ochroniarz powtórnie otworzył drzwi, bez słowa zerkając podejrzliwie na walizkę, którą Ethan cały czas trzymał przy sobie.

– Ethan!

Podwójne wrota ustąpiły, a na szczycie białych schodów stanął niewysoki mężczyzna w sile wieku. Z rozpostartymi ramionami zbiegł po stopniach i uścisnął przyjacielsko wyczekiwanego gościa.

– Jak minęła podróż? – w ciemnych, lekko podkrążonych oczach zamigotała troska.

– Lot był odrobinę uciążliwy, ale Raul skutecznie umilił mi dalszą drogę – niebieskooki puścił gospodarzowi oczko.

– Zdolny dzieciak! Wejdź proszę i rozgość się!

Luther skorzystał z zaproszenia i bezzwłocznie zniknął w murach posiadłości. Samo wnętrze nieszczególnie przykuwało jego uwagę. Ot eleganckie, nowoczesne domiszcze, pozbawione większego charakteru. Nie bardzo wiedział gdzie się skierować, więc zaufał doświadczeniu i poszedł przed siebie, natrafiając na otwartą, w większości białą kuchnię. Postanowił usiąść na jednym z wysokich krzeseł, ustawionych przy wyspie kuchennej i tam zaczekać na gospodarza. Profesor zjawił się po kilku minutach, zupełnie sam. Ostrożnie podszedł go gościa i położył mu dłoń na ramieniu, chcąc zwrócić jego uwagę. Odsunął się, kiedy Ethan odwrócił się ku niemu twarzą.

– Wybacz mi proszę to przedstawienie z powitaniem – usłużnie pochylił głowę, w pełnym szacunku ukłonie.

– Daj spokój – westchnął niebieskooki. – Świadkowie, rozumiem.

– Możemy przejść do gabinetu na piętrze? To bezpieczne miejsce.

Zamiast odpowiadać, Ethan zwyczajnie wstał. Gospodarz zaprowadził go po schodach, następnie kierując się w lewo. Weszli do obszernego gabinetu, który wydawał się znacznie mniejszy, z powodu setek gratów ustawionych na strzelistych regałach oraz dębowym biurku. Tadeo wskazał mu fotel w rogu pomieszczenia i zaczekał, aż Luther zajmie miejsce.

– Pozwól, że się poprawię – uśmiechnął się koślawo. – Wielkim zaszczytem jest dla mnie możliwość goszczenia cię w moich skromnych progach. Dziękuję, że postanowiłeś poświęcić mi swój bezcenny czas.

– Jeśli mamy rozmawiać otwarcie, oszczędź mi proszę tego cyrku, Sean.

Madera prychnął pod nosem i bezzwłocznie wrócił do swojej normalnej postaci. Nie pozostał nawet ślad po starszym, delikatnie łysiejącym profesorze. Zamiast niego przed Ethanem stał młody człowiek o wyrazistych rysach, zielonych oczach i kasztanowych, krótkich włosach.

– Tak lepiej – uśmiechnął się niebieskooki.

– Przepraszam za to, co stało się ostatnio – gospodarz opadł ciężko na fotel. – Nie spodziewałem się, że sprawy zajdą tak daleko.

– Gdzie pozostali? – nie miał zamiaru się roztkliwiać.

– Są jeszcze w Brazylii z Silvio. W ciągu najbliższych tygodni ściągnę ich po kolei do Limy, ale najpierw muszę załatwić im pracę i dopracować konieczne dokumenty.

– Jeśli czegoś potrzebujesz, po prostu mi powiedz – Luther uścisnął ramię kompana.

– Naprawdę przepraszam, Ethan – zielonooki położył dłoń na dłoni rozmówcy. – Powierzyłeś mi opiekę nad rodziną, a ja…zwyczajnie spanikowałem. Widziałeś się ostatnio z Draganem?

Imię młodszego brata ścięło krew w żyłach brązowowłosego. Spodziewał się, że ten temat padnie w rozmowie, ale to nie znaczyło, że miał ochotę na jego roztrząsanie.

– Owszem – przyznał sucho.

– Jeśli zobaczysz go w najbliższym czasie, przekaż mu proszę nasze podziękowania.

– Przekażę. Powiesz mi dokładnie, co się stało?

– Zawaliłem, a co innego mogło się stać? – gospodarz zaśmiał się cynicznie – Jeremy uległ niewielkiemu wypadkowi w pracy, ale myśleliśmy, że nikt nie zauważył jego regeneracji. Przez tygodnie nic się nie działo, a potem… – urwał, przymykając oczy – potem po nas przyszli. Zdołaliśmy się obronić, ale spodziewaliśmy się, że przyjdą znowu…tak jak kiedyś. Uciekliśmy, jednak oni cały czas nas tropili. Jak jakąś zwierzynę – zadrżał z obrzydzenia. – To wszystko z czasów pogromu nagle wróciło, tak samo realne, jak lata temu. Znowu nas ścigali i nie wiedzieliśmy co robić, ale wtedy zjawił się Akiva. Powiedział, że przysłał go Dragan i kazał grupie swoich ludzi wywieźć nas do kryjówki w Brazylii, gdzie mieliśmy bezpiecznie zaczekać na twoją pomoc. Reszta została z nim, żeby ściągnąć na siebie uwagę tamtych ludzi. Zostali, chociaż wiedzieli, że będą dla nas żywą tarczą.., że mogą tam zginąć, bo my nie nadajemy się do walki. Oni ciągle to robią! – nagle wstał, poddając się fali gniewu – Za każdym razem, kiedy ktoś wpada na nasz trop pojawia się Dragan ze swoimi Ogarami i pozwalają na siebie polować, żebyśmy mogli uciec! Jak, Ethan?! – w zielonych oczach zaszkliły się łzy – Jak oni mogą godzić się na życie w taki sposób…

Niebieskooki wstał i bez słowa objął ramieniem Seana, który położył czoło na jego barku. Znał historię panicznej ucieczki z Wenezueli, jednak chciał usłyszeć ją z ust naocznego świadka. Również był tym wszystkim sfrustrowany! Był głową rodu…odpowiadał za bezpieczeństwo swoich krewnych, ale jedyne co był w stanie robić, to zapewniać im środki, nowe tożsamości i w miarę bezpieczne miejsca do spokojnego życia. Rzeczywistość bywała nieubłagana. Zdarzało się, że członkowie rodu byli demaskowani, a gdzieś tam, w czeluściach mrocznego rynsztoku, cały czas czaiły się ludzkie ścierwa, gotowe mordować ich dla kilku litrów krwi. Dawno temu synowie Uriena podzielili między siebie obowiązki, względem rodziny. On był tym, który troszczył się o sprawy bieżące oraz poszukiwania, a Dragan pełnił funkcje osobliwego kata. Ci, którymi zajmował się Ethan, nie chcieli walczyć i ich życzenie zostało uszanowane. Kolekcjoner stanął na czele bandy popaprańców… Zganił się w myślach za to sformułowanie, które w okolicznościach całej sprawy zabrzmiało co najmniej podle. Jego brat oraz Ogary może i nie byli wzorcowym przykładem zdrowia psychicznego, ale niezawodnie stawiali siebie w roli tarczy, za którą mógł schować się każdy członek rodziny w potrzebie. Nigdy nie trzeba było ich o to prosić, ani specjalnie informować, ponieważ cały czas mieli oko na krewniaków, dzięki rozbudowanej siatce wywiadowczej. Stawiali na szali swoje zdrowie oraz życie, nie oczekując niczego w zamian. Uśmiechnął się pod nosem. Dobrze wiedział, jak bardzo Dragan gardził podziękowaniami. Ogary… prawdopodobnie powinien przestać ich tak nazywać. Oficjalnie nigdy się do tego nie przyznał, ale od bardzo dawna nie potrafił patrzeć na Akivę, Liama, Jeana i Lio inaczej, niż jak na przybranych braci. Dzięki stałej współpracy z Deckimem znacznie poszerzył swoje kontakty oraz wpływy w świecie polityki, dzięki czemu łatwiej było mu wspierać członków rodu – niekiedy przyznając im całkiem nowe tożsamości, w obawie przed wykryciem. Poprawne stosunki z Lévi-Mérimée gwarantowały mu dostęp do informatorów, z których usług chętnie korzystał. Z braćmi de Ligne kontaktował się najrzadziej, jednak jeśli czegoś potrzebował, zawsze mógł liczyć na ich pomoc. Lutherowie, pomimo podziału na dwie frakcje, byli ze sobą na tyle zgrani, żeby porzucić dzielące ich różnice na rzecz bezpieczeństwa rodu. Taki układ działał wyśmienicie, czego dowód miał przed sobą. Od informatorów dowiedział się o problemach Seana, choć początkowo nie wiedział, że Dragan już zdążył wysłać im na pomoc Akivę. Deckim skontaktował się z nim jeszcze przed zabezpieczeniem członków rodziny i uprzedził, że zamierzał ukryć ich w Brazylii, gdzie mieli czekać na dalsze instrukcje. Mając taką wiedzę, mógł spokojnie skupić się nad zaplanowaniem wysłania Seana do Peru, gdzie załatwił mu posadę wykładowcy na uczelni oraz stołek w peruwiańskim odpowiedniku ministerstwa kultury. Korzystając ze wsparcia innych członków rodziny, przygotował cały życiorys profesora Tadeo Madery, wraz z dowodami na jego działalność naukową – w ciągu stuleci robił podobne przekręty tyle razy, że niemalże weszło mu to już w krew. Westchnął ciężko i delikatnym ruchem odsunął się od zielonookiego, chcąc postąpić tak, jak powinien odpowiedzialny przywódca. Nie bez powodu wyznaczył tego chłopaka na opiekuna części rodziny, która osiadała na terenach Ameryki Południowej. Sean posiadał opanowanie, rozwagę oraz analityczny umysł, konieczny w tego typu robocie. Doskonale odnajdował się na stanowiskach politycznych, które zapewniały mu niezbędną swobodę działania – do tej pory nie zdarzyło się, by władza uderzyła u do głowy. Bardzo przydatna była również metamorfomagia, będąca czymś w rodzaju naturalnego talentu Lutherów. Nie wszyscy w rodzie mogli pochwalić się wybitnymi zdolnościami w tej dziedzinie, jednak Sean okazał się w niej ponadprzeciętnie biegły.

– Oni wybrali swoją drogę, my swoją. Nie obwiniaj się, Sean. Nie wszystko jesteśmy w stanie przewidzieć. Najważniejsze, że jesteście już bezpieczni.

– Myślisz, że Dragan ich znajdzie? Tych, którzy na nas polowali?

– Jak znam tego psychola, ci ludzie już są martwi – zaśmiał się gardłowo. – Odpowiada ci obecne stanowisko? Nie mieliśmy czasu na wybrzydzanie, więc nawet nie zapytałem cię o zdanie.

– Jasne! Dzięki za załatwienie posady.

– Taka moja rola. Wystarczy wam środków na świeży start?

– Powinno – potaknął bez spektakularnego przekonania. – Co prawda nie zdążyliśmy zabrać ze sobą zbyt wiele, ale to co przysłałeś wystarczy. Całkiem nieźle zarabiam, wiesz? Damy sobie radę.

– Nie wątpię – uniósł brew z rozbawieniem. – Wspominałeś, że chcesz ze mną coś koniecznie omówić.

– A, tak! Przepraszam, jestem jakiś rozkojarzony – Madera uśmiechnął się pobłażliwie. – Doszły do mnie całkiem interesujące wieści. Profesor Lange jest od dwóch tygodni w kraju.

– Friedrich w Peru? – niebieskooki nie ukrywał zaintrygowania – Więcej szczegółów proszę.

– Profesor bierze udział w wykopaliskach, we wschodniej części kraju. Z dokumentów złożonych w ministerstwie wynika, że chodzi o prace archeologiczne nad, niedawno odkrytymi, ruinami. Lange poprosił o przysłanie na miejsce drugiego antropologa, w ramach wsparcia – spojrzał porozumiewawczo na towarzysza. – Znaleźli masowy grób, który chcą zbadać.

– Może chodzić o naszych? – Ethan zapytał krótko.

– Z tego co wiem, żaden z naszych krewnych nie mieszkał w tamtych okolicach, ale sam wiesz… – szmaragdowe oczy pociemniały – potrafili nas wywozić setki kilometrów od miejsc rzezi, żeby zatrzeć ślady. Tak czy inaczej, chciałem ci o tym powiedzieć. Skusisz się na wyprawę w samo serce dżungli?

– Chętnie popracuję z Friedrichem, skoro jest okazja. Kiedy mam się stawić?

– Najszybciej, jak to możliwe. Podejrzewałem, że się zgodzisz, więc już zarezerwowałem ci pokój w hotelu, w którym zatrzymał się profesor. Ethan, zanim tam pojedziesz, muszę cię ostrzec – westchnął przeciągle. – W tamtych rejonach nie mieszka zbyt wielu ludzi, a miejscowi są dość mocno uprzedzeni, w stosunku do czarodziei. Nie wiem jeszcze z czego wynika ich niechęć, ale proszę, żebyś był ostrożny.

– Na miejscu wybadam, o co chodzi i nie będę się wychylał.

– Trzymam cię za słowo – Sean uśmiechnął się szczerze po raz pierwszy od wielu dni. – Na miejscu będzie czekał na ciebie samochód, który zawiezie cię na teren wykopalisk. Pytaj o doktor Alitę Sewantez. Ona jest kierownikiem wyprawy i jednym z lepszych archeologów w tym kraju. Wtajemniczy cię we wszystko, co musisz wiedzieć.

Niecałą dobę po zakończeniu rozmowy w gabinecie Seana, Ethan w towarzystwie przewodnika przedzierał się przez lepki gąszcz peruwiańskiego lasu. W sumie nie było powodów do takiego pośpiechu, ale chciał jak najszybciej znaleźć się na miejscu. Jego głównym celem było oczywiście poszukiwanie szczątków krewnych i sprowadzanie ich do Indrahill, jednak lubił swoją pracę badawczą i jeśli dysponował czasem, chętnie się jej oddawał. Znacznie częściej niż o ekspertyzy antropologiczne proszono go o łamanie klątw, jednak to właśnie antropologia dawała mu najwięcej satysfakcji. Nie miał pojęcia dlaczego akurat to sprawiało mu przyjemność i nie chciał nad tym rozmyślać – jeszcze doszedłby do jakiś dziwnych wniosków, które skutecznie zrujnowałyby mu nastrój. Kilka razy w życiu zastanawiał się, jakby to wyglądało, gdyby nie był Lutherem. Czy wówczas również lgnąłby do szeroko pojętej nauki i skończyłby jako antropolog, tudzież archeolog? Może szkoda byłoby mu czasu na wnikliwą naukę oraz stawianie sobie poprzeczki na tyle wysoko, żeby mógł ją ledwo muskać koniuszkami palców? Miałby swoją rodzinę? Żonę i dzieci o których przyszłość troszczyłby się całym sercem? Świat, który znał obecnie, trzymałby swoje tajemnice z daleka od jego, nieświadomych niebezpieczeństw, oczu? Nie musiałby cały czas borykać się z podskórną zazdrością, jaką odczuwał wobec własnego brata? On i Dragan…mogliby być normalnymi, przeciętnymi braćmi ze zwyczajnymi problemami, omawianymi przy butelce piwa, podczas rodzinnych spotkań? Szybko otrząsnął się z tych podłych rozważań. Urodził się Lutherem. To była jego droga i to na niej powinien się skupiać, zamiast dawać się ponieść bzdurnej fantazji. Po około półgodzinnej walce z zawziętą roślinnością oraz upartymi, niezmordowanymi owadami, w końcu dotarli do miejsca pracy archeologów. Tuż przed nimi rozciągał się widok na pięć stanowisk, przy których krzątała się grupa zaaferowanych, przesiąkniętych kwaśnym potem osób.

– Profesor Anderson?

Podeszła do niego szczupła kobieta, na oko ledwo po czterdziestce. Pospiesznie zdjęła gumową, dość grubą rękawiczkę i wyciągnęła ku niemu kościstą dłoń, którą uścisnął. Pobieżnie przyjrzał się swojej nowej towarzyszce, nie mogąc wyobrazić jej sobie w roli wykładowcy akademickiego. W jego ocenie znacznie lepiej pasowała do pracy w terenie, niż produkowania się przed stadem studentów, w jakiejś dopasowanej garsonce.

– Proszę zwracać się do mnie po prostu Ethan – uśmiechnął się ciepło do kobiety. – Pani doktor Sewantez, jak mniemam?

– Alita – odwzajemniła uśmiech. – Cieszę się, że profesorowi Maderze udało się cię ściągnąć. Wspominał, że jesteś zainteresowany naszymi pracami.

– Tadeo wie, jak mnie zaintrygować, choć w gruncie rzeczy nie jest to wybitnie trudne – zaśmiał się flirciarsko.– Wystarczyło, że wspomniał o masowym grobie. Chciałbym rzucić na niego okiem, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Praca z tobą będzie dla nas wszystkich zaszczytem! – mimowolnie przybrała swobodniejszą pozę, reagując na urok dopiero spotkanego mężczyzny – Nie ma archeologa, który nie słyszałby o twoich dokonaniach. Szczerze mówiąc… – podświadomie obniżyła ton głosu – myślałam, że będziesz sporo starszy.

– Cóż mogę powiedzieć, Alito? – brązowowłosy puścił jej subtelne oczko – Może to czas obchodzi się ze mną łagodnie, a może to zasługa dziedziczenia nie tylko nazwiska?

– Wzbudził pan moją ciekawość, profesorze.

– Moje pełne nazwisko to Ethan Anderson III – wyjaśnił z wyuczoną nonszalancją. – Mój ojciec oraz dziadek również parali się archeologią. Cała tajemnica.

– Rodzina archeologów, co? – zachichotała – Wasze spotkania przy świątecznym stole muszą być cudowne.

– Raczej koszmarne – roześmiał się uroczo. – Chociaż, jeśli za coś cudownego uważasz godziny kłótni na temat badań i wyższości jednych metod nad drugimi, byłabyś zachwycona.

– Nie pogardziłabym takim widokiem! Dość, flirciarzu, bo nigdy nie zabierzemy się za pracę! Pokażę ci stanowisko.

Kobieta odwróciła się, ostentacyjnie zarzucając długimi włosami i skierował się w stronę przygnębiającego cmentarzyska, któremu zawdzięczała obecność niebieskookiego. Idąc ramię w ramię z Lutherem, z ekscytacją opowiadała mu o ruinach, nad którymi obecnie pracowali i jak to się właściwie stało, że ktokolwiek natknął się na nie w środku dżungli. Ethana nie obchodziło nic z tego co mówiła, ale taktownie dał się wciągnąć w pogawędkę. Flirtowanie z kobietami zazwyczaj nie wchodziło w zakres jego obowiązków, ale Alita była szefowa tutejszych prac i jej przychylność mogła nieść za sobą wiele korzyści – co nie zmieniało faktu, że nie przepadał za tak cynicznymi metodami. Kątem oka zauważył poruszenie wśród grupy ludzi, stających po prawej stronie – najprawdopodobniej studentów lub doktorantów – którzy głośno dyskutowali, nie powstrzymując się od przesadnej gestykulacji. Zainteresowany nietypową żywiołowością rozmowy, zatrzymał się. Alita poszła w jego ślady i zmarszczyła gniewnie czoło, widząc, cóż takiego zwróciło uwagę jej gościa. Doprawdy! Dzisiejsza młodzież za łatwo dawała ponieść się wybujałej wyobraźni!

– Wiesz o co im chodzi? – Luther zwrócił się do niej.

– Wiesz jak to bywa na wykopaliskach – zażartowała, nerwowo wzruszając ramionami. – Jesteśmy zakwaterowani w pobliskim miasteczku i niepotrzebnie pozwalam im szlajać się wieczorami po barach. Nasłuchają się jakiś bredni od miejscowych, a później nie mogą skupić się na robocie.

– Czyżby opowieści o duchach, klątwach i temu podobnych cudach? – niebieskooki spojrzał porozumiewawczo na Sewantez.

– A jakżeby inaczej! Miejscowi twierdzą, że zakłóciliśmy spokój zmarłych, a teraz ona po nas przyjdzie i wszyscy skończymy martwi – westchnęła z rezygnacją.

– Ona?

– Biała wiedźma – zerknęła na kompana z rozbawieniem. – Ponoć gdzieś między miasteczkiem, a tym miejscem mieszka straszliwa wiedźma, która trzyma się z daleka od poczciwych ludzi. Dobrze, że nie wiedzą kim jesteśmy, bo by nas zlinczowali.

– Lokalna ludność jest niemagiczna? – zapytał swobodnie, starając się potwierdzić wcześniejsze słowa Seana.

– W przeważającej większości. Jest tutaj kilku czarodziei, ale żyją jak mugole i z własnego wyboru nie używają magii. Sama pochodzę z niewielkiej mieściny, jakieś 50 km stąd i wiem, że w tak zamkniętych społecznościach żadna odmienność nie jest mile widziana – w jej głosie wybrzmiała gorycz. – Idziemy?

– Pani przodem.

Doktor wróciła do swojej przerwanej opowieści na temat wykopalisk, jednak tym razem Ethan jawnie nie słuchał. Informacje Seana wydawały się potwierdzać. Skoro i tak miał znaleźć się w hotelu – razem z resztą archeologów – może warto było wybrać się wieczorem na piwo do lokalnego baru. Snute przez miejscowych historyjki mogły mu podpowiedzieć, czy miał zawracać sobie głowę zostaniem tutaj przez dłuższy czas. Dzięki badaniu ludowych opowieści, kilkukrotnie natrafił na ślady po swoich zamordowanych krewnych, więc może tym razem będzie podobnie? Skupił się na gadaniu Ality, która nareszcie zatrzymała się o kilka kroków od krawędzi dołu, pieczołowicie pozbawionego warstwy roślinności, splecionych korzeni oraz ziemi. Niebieskooki podszedł bliżej i zerknął do środka. Oczyszczone z brudu, pożółkłe kości z całą pewnością tworzyły makabryczną mozaikę splecionych szkieletów, których kompletności nie mógł od tak potwierdzić. Szczątki sprawiały wrażenie, jakby chowano je w pośpiechu, bez najmniejszej dbałości o zasady towarzyszące ceremoniom pogrzebowym w tych okolicach. Brakowało wielu elementów, jednak to całkowity brak jakichkolwiek darów i biżuterii na dobre go zainteresował.

– Głęboko zeszliście? – zerknął na Alitę.

– Nie – przyznała szczerze. – Przestaliśmy, kiedy natknęliśmy się na pierwsze szkielety. Nie chcieliśmy naruszyć pozostałych.

– Jest ich więcej?

– Tak sądzimy. Zrobiliśmy pomiary i wszystko wskazuje na to, że grób może mieć około 5 metrów głębokości, więc coś tam musi jeszcze być. Tych nieszczęśników zwyczajnie wrzucano jednego na drugi – odruchowo się przeżegnała, chcąc oddać cześć zmarłym. – Zabezpieczyliśmy jeden szkielet, który obecnie jest badany. Nasi ludzie właśnie nad tym pracują i z tego powodu zwróciliśmy się o pomoc do profesora Madery. Nie byliśmy przygotowani na konieczność badania aż tylu szczątków.

– Po to Tadeo mnie przysłał – Luther odsunął się od grobu.

– Stanowisko antropologiczne jest w namiocie, w centrum obozu – mechanicznie wskazała kierunek ręką, zwracając jego uwagę na ciemnozieloną płachtę brezentu. – Zanim do tego przejdziemy, nie chcesz chwilę odpocząć? Podróż musiała być trudna.

– Zdążyłem przywyknąć do gorszych warunków. Wolałbym jak najszybciej zabrać się do pracy – spojrzał w niebo, przedzierające się przez baldachim koron drzew. – Niedługo zacznie się ściemniać, a sama wiesz, że praca przy lampach to ostateczność.

– Zwłaszcza, że mamy tylko jeden agregat – zachichotała mało dźwięcznie. – Drugi szlak trafił i czekamy na wymianę.

– Szybko zdążyliście załatwić sprzęt – Ethan roześmiał się subtelnie.

– Ostatnio sporo padało i woda podeszła pod ruiny – poczuła, jakby musiała się wytłumaczyć. – Pompy chodzą bez przerwy, żeby dało się jako tako pracować.

– Pogoda nigdy nie sprzyja archeologom – zażartował naturalnie.

– Przekleństwo tego zawodu – wzniosła spojrzenie ku nieboskłonowi. – Zaprowadzę cię do namiotu. Może udało się czegokolwiek dowiedzieć.

Wspólnie przedarli się na sam środek obszaru – nieraz zatrzymywani przez ciekawskich studentów – i weszli do wielkiego namiotu, skleconego naprędce z prostokątnych połaci brezentu, solidnie naciągniętych mocnymi linami. Trzeba było przyznać, że ekipa całkiem dobrze poradziła sobie ze wzniesieniem stabilnej konstrukcji w takich warunkach. Zdołali nawet wykonać równą podłogę, zbitą z grubych, topornie oszlifowanych desek. W namiocie zgromadzono cały sprzęt, wymagany do sprawnego prowadzenia prac i przy okazji zbyt delikatny, żeby zostawić go na świeżym powietrzu. W lewej części stał prowizoryczny stół, na którym leżał szkielet, oświetlony mocnym światłem kilku lamp, przymocowanych do lin. Przy stole krzątał się średniego wzrostu człowiek, ubrany w jasnozielony fartuch, maskę oraz okulary ochronne. Alita podeszła do mężczyzny i wytrąciła go z transu za pomocą ostrożnego, nienachalnego klepnięcia w ramię. Ethan uśmiechnął się mimowolnie. Profesor Friedrich Lange był austriackim antropologiem, rozmiłowanym w prowadzeniu badań w najbardziej odległych zakątkach świata. Mieli kilkukrotnie przyjemność współpracować i zawsze miło wspominał tego cudownego staruszka, o bystrym jak brzytwa umyśle i niebanalnym sposobie bycia.

– Ethan! – profesor ściągnął maskę oraz okulary i bezceremonialnie uścisnął kolegę po fachu – Madera cię ściągnął?

– Owszem, ale słowem nie wspomniał, że tu jesteś – Luther postanowił rozminąć się delikatnie z prawdą.

– Skurczybyk lubi niespodzianki! Obawiam się, że tym razem zmarnowaliśmy twój czas, chłopcze. To nie wygląda mi na coś, co mogłoby cię zainteresować.

– Szczegóły? – brązowowłosy podszedł do stołu, skupiając całą uwagę na szczątkach.

– Profesjonalny jak ojciec – Lange zaczepnie przewrócił piwnymi oczyma. – U was to chyba dziedziczne, co?

– Na wychowanie nic się nie poradzi – Ethan uśmiechnął się szeroko.

– Właśnie, jak tam staruszek? Ciągle w Wiedniu?

– W tej chwili zapewne opala się gdzieś na wybrzeżu Dominikany. Przeszedł na emeryturę w zeszłym roku – kłamał jak z nut. – Wzrok mu wysiada.

– Jak minie w końcu krzyż strzeli, to może do niego dołączę! – profesor zaśmiał się chrapliwie. – Ale póki młodość dopisuje, czas do roboty. Przyjrzyj się. Jak na mój gust mamy tu młodego chłopaczka, o dziwo w jednym kawałku. Prawdopodobnie pochowano go trochę później od pozostałych, dlatego szkielet lepiej się zachował.

– Okryłeś jakieś uszkodzenia kości?

– Niestety, chłopcze, ale nie wydaje mi się, żeby którykolwiek z tych nieszczęśników zginął w wyniku dekapitacji – staruszek z zawodem pokręcił głową.

– Dekapitacji? – do tej pory milcząca Alita włączyła się do rozmowy.

– A to pani doktor nie wie? – Friedrich obrzucił ją karcącym spojrzeniem – Profesor Anderson poszukuje szczątków ludzi, którzy zginęli właśnie w taki sposób. Wciąż prowadzisz badania nad dekapitacją, jako metodą uśmiercania w różnych kulturach?

– Niezmiennie od lat – Ethan przyznał w pełni szczerze. – To fascynujące, w ilu częściach świata korzystano z tej metody i jak wiele różnorodnych znaczeń jej przypisywano.

– Słyszałem o twojej ostatniej wizycie w Skandynawii – Lange poruszył brwiami. – Znalazłeś coś?

– Coś tak, ale nic związanego z moimi badaniami. Skoro już tu jestem, pomogę ci w robocie, jeśli się zgodzisz.

– Z przyjemnością! – starzec klasnął w dłonie – Wybacz mi Alito, ale twoi studenci bardziej nadają się go grzebania w ziemi, niż badań nad szczątkami.

– Nie gniewam się – doktor roześmiała się w głos. – Archeologowie już tak mają.

– Cudowna kobieta – Friedrich karykaturalnie zatrzepotał rzęsami. – No, Ethan! Przebieraj się i zapraszam do stołu!

Niebieskooki pożegnał Alitę szarmanckim ucałowaniem dłoni i założył strój ochronny, niezbędny do pracy ze zwłokami. Wspólnie z Lange metodycznie dokonywali bardziej szczegółowych oględzin, pomiarów oraz badań, na jakie pozwalały im dostępne środki. Jako że Friedrich był głównodowodzącym odnośnie grobu, podjął decyzję o stopniowym wydobywaniu kolejnych szkieletów, żeby je przebadać, opisać i zabezpieczyć, zanim wyruszą w drogę do miasta, które posiadało stosowne laboratorium. Zapowiadało się na masę roboty w ciągu kilkunastu kolejnych dni, co nijak nie przeszkadzało Ethanowi. Potrzebował chwili oddechu. Po ostatnim spotkaniu w Indrahill przeczuwał, że stało się coś okropnego, ale nikt nie chciał mu powiedzieć więcej, niż musiał wiedzieć. Nie chodziło mu o Lazariusa i to całe zamieszanie wokół przygotowań do wojny – na takie rzeczy zawsze musiał być mentalnie gotów – a o Dragana. Coś stało się z jego bratem. Napięcie i niepokój, jakie wyczuwał od Ogarów dały mu sporo do myślenia. Ta banda brutalnych, nieobliczalnych świrów była całkowicie oddana turkusowookiemu i nigdy nie sądził, by w tej kwestii kierował nimi strach. Oni raczej go kochali, niż się go bali, a to zdecydowanie było bardziej przerażające. Nie pojmował też, dlaczego natknął się tam na Samaela. Nigdy nie miał większych kontaktów z Aniołem Śmierci, ale wiele od nim słyszał z ust dziadka oraz pozostałych Lordów. Kiedy i z jakiego powodu Dragan sprzymierzył się z kimś takim i dlaczego do jasnej cholery pochodził do tej znajomości równie lekko?! Czemu nazywał upadłego anioła swoim bratem… Zniesmaczony własnymi myślami potrząsnął głową, wracając do szkieletu. Nieoczekiwanie pojaśniało mu w głowie. Raven. Ten facet jakoś nie pasował mu do zgrai szaleńców z Indrahill. Był jakby…za rozsądny i opanowany? Nie mógł nie zauważyć tego, jak świetnie Raven radził sobie pośród bestii, które powinny budzić najczystszą grozę w każdym śmiertelnym. Jeśli chciał się czegoś dowiedzieć, to prawdopodobnie właśnie z nim powinien rozmawiać. Mając jasny cel, mógł całkowicie poświęcić się pracy. Po kilku godzinach nieustannego ślęczenia nad stołem, zmęczenie zaczęło wyraźnie dokuczać profesorowi Lange – duchem był dziarskim młodzieniaszkiem, jednak ciałem starym zgredem i dobrze o tym wiedział. Piwnooki odsunął się od stanowiska i ostentacyjnie rozprostował obolałe plecy.

– Na dziś mi starczy – zwrócił się do kompana. – Masz się gdzie zatrzymać?

– Tadeo zarezerwował mi pokój w hotelu Paradiso – Luther nie kłócił się w kwestii przerwania badań.

– Też tam pomieszkuję. Dziura jakich mało, ale czego wymagać od małej mieścinki – profesor zaśmiał się głośno. – Skoczymy na drinka?

– Chętnie – niebieskooki odłożył odzież ochronną na miejsce. – Miałem zamiar powłóczyć się trochę wśród miejscowych.

– Nie najlepszy pomysł, chłopcze – Lange pokręcił głową. – Miejscowi są uprzedzeni do przyjezdnych i mają nam za złe prowadzenie wykopalisk.

– Alita mówiła, że oskarżają nas o zakłócenie spokoju zmarłym.

– Nie o to chodzi, obawiam się. Siedzę to od kilkunastu dni i powiem ci jedno, oni wszyscy to banda czubków jest! – niespodziewanie uniósł się gniewem – Gadałem z lokalnymi czarodziejami i ciężko im tu żyć, oj ciężko! Muszą się ukrywać, albo zostaną wygnani z miasta, jak ta biedna dziewczyna.

– Jaka dziewczyna?

– To dłuższa historia, opowiem ci przy drinku. Zbierajmy się, bo nas zostawią, a nie mam ochoty wlec się kilka kilometrów przez puszczę i to w nocy!

Luther poszedł za radą starszego kolegi i wraz z nim przygotował się do wyjścia, wcześniej zabezpieczając stanowisko. W okolicę wykopalisk podjechało parę solidnych, wojskowych półciężarówek, z których wysiadło 12 uzbrojonych po zęby mężczyzn oraz grupa 4 młodych archeologów. Friedrich wyjaśnił szeptem, że ta ekipa miała za zadanie pilnować terenu do rana, na wypadek jakiś komplikacji. Wszyscy, obecni dotychczas na wykopaliskach, zapakowali się do samochodów, które pomknęły w stronę miasta, oddalonego o niespełna 10 km. Pierwszy kilometr podróży był istną, wyboistą katorgą, ale później półciężarówki wjechały na w miarę równą, utwardzoną drogę. Profesor Lange przysnął – przyzwyczajony do podobnych niewygód, jak znamienita większość doświadczonych badaczy – opierając skroń o bark Ethana. Niebieskooki włączył się do rozmów między studentami, co jakiś czas odpowiadając na pytania odnośnie swojej pracy i działalności naukowej. Nie mógł powiedzieć, żeby był zachwycony zainteresowaniem młodych ludzi, jednak wydawało mu to znacznie lepsze, od siedzenia w kompletnej ciszy, jak jakiś buc. Ciekawiło go, czemu wojsko zabezpieczało wykopaliska, jednak nikt słowem o tym nie wspomniał i nie chciał wymuszać tematu. Do miasta dojechali już po zmroku, więc nie miał za bardzo jak się przyjrzeć, ale mieścina sprawiała wrażenie jednej z tysięcy niewielkich miejscowości, jakie przyszło mu odwiedzić. Kilka ładniejszych, bogatszych domów w samym centrum; dwie szkoły; biblioteka; budynki administracyjne; dwa hotele, których szyldy były widoczne z daleka i kilkadziesiąt punktów obsługowych, restauracji, sklepików oraz barów. Nic imponującego, nic przerażającego. Ich samochód zatrzymał się przy placu – najwidoczniej pełniącym funkcję rynku – gdzie wszyscy wysiedli. Młodzież natychmiast skierowała się w stronę barów, natomiast zaspany Friedrich wskazał mu drogę do hotelu, położonego przy jednej z głównych, jasno oświetlonych ulic. Razem weszli do budynku, jednak rozstali się w recepcji. Lange powlókł się do swojego pokoju, natomiast Ethan podszedł do kontuaru, za którym siedziała uśmiechnięta kobieta w średnim wieku.

– Profesor Anderson – skłonił się dwornie. – Mam u państwa zarezerwowany pokój.

Kobieta spojrzała na niego niepewnie i zastukała długimi paznokciami w klawiaturę komputera, po chwili uśmiechając się jeszcze szerzej. Wstała ze swojego miejsca i wyciągnęła kartę magnetyczną, którą położyła na blacie. Przysunęła ją niezdarnie w stronę gościa.

– Witamy w hotelu Paradiso, profesorze – zaczęła niezręcznie, mówiąc łamaną angielszczyzną z mocnym akcentem.

– Proszę mówić po hiszpańsku, tak będzie wygodniej – uśmiechnął się, korzystając ze swojej znajomości języków.

Okrągła twarz recepcjonistki pojaśniała, co nieoczekiwanie go rozbawiło. Potrafił swobodnie mówić w ponad 20 językach i bardzo często automatycznie przestawiał się na język kraju, w którym aktualnie przebywał. Widocznie zbyt długo rozmawiał z Friedrichem, skoro od razu nie przyszło mu to do głowy.

– Dziękuję, profesorze! – kobieta zaszczebiotała melodyjnie – Jest pan zakwaterowany w pokoju numer 43, tuż obok profesora Lange, na drugim piętrze. Kierowca zostawił pańskie rzeczy, więc pozwoliliśmy sobie zanieść je do pańskiego pokoju. Serdecznie zapraszam do naszej restauracji na śniadanie, pomiędzy godziną 7:30 a 9:00. Gdyby miał pan jakiekolwiek życzenia, proszę się nie krępować i dzwonić.

– Dziękuję, madame.

Luther sięgnął do kieszeni, z której wyciągnął banknot o nominale 200 soli, który wręczył recepcjonistce w ramach podziękowania za obsługę. Kobieta spojrzała na niego z niedowierzaniem, jednak przyjęła napiwek, widząc zachęcający uśmiech nowego gościa. Z recepcji poszedł wprost na klatkę schodową. Co prawda miał do wyboru windę, ale jakoś zawsze wolał się przejść, o ile nie wiązało się to z mozolną wspinaczką na 10 piętro. Szybko pokonał schody i znalazł się na szerokim, jasnym korytarzu w spokojnych, neutralnych barwach. Numery pokoi sugerowały, że powinien iść w lewo, dzięki czemu bez problemu odszukał swoje tymczasowe lokum. Przeciągnął kartę przez czytnik i bez ociągania się wszedł do środka. Pomieszczenie może nie imponowało metrażem, jednak było ładnie urządzone i co najważniejsze wyposażone we własną łazienkę oraz niewielki kącik kuchenny, z czajnikiem elektrycznym oraz mini lodówką. Podszedł do dużego, dwuosobowego łóżka, obok którego zostawiono jego walizkę. Wyciągnął z niej czyste ubrania, kosmetyczkę i ręcznik, decydując się na jak najszybsze wzięcie prysznica. Łazienka, choć mała, była w pełni funkcjonalna i nienagannie wysprzątana, co cieszyło oko. Po słowach Friedricha spodziewała się standardu przydrożnego motelu o ścianach z tektury, jednak najwidoczniej staruszek miał znacznie wyższe wymagania od niego. Ściągnął przepocone, zakurzone ciuchy i wszedł do kabiny prysznicowej. Po wielu godzinach spędzonych na pochylaniu się nad stołem oraz wyciąganiu kolejnych szczątków, miał ochotę na relaksujący urok gorącej wody, ale w tym klimacie zimna kąpiel wydawała się rozsądniejszą opcją. Przyjemnie chłodne igły uderzały w jego ciało, stopniowo zmywając trudy dnia. Kiedy miał już dość, wyszedł z kabiny i ubrał się w mniej formalny strój, odpowiedniejszy do zwiedzania barów. Brudne ubranie wcisnął do niewielkiego kosza, ustawionego pod zlewem, z oznaczeniem „pranie”. Jeśli miał szczęście, ta informacja nie dotyczyła wyłącznie hotelowych ręczników, jeśli nie…będzie musiał zmniejszyć ciuchy magią i zająć się tym po powrocie do rezydencji. Ułożył jeszcze włosy i gotowy opuścił swój pokój. Zatrzymał się przy drzwiach z numerem 42, po czym zastukał delikatnie.

– Wejdź! – usłyszał głos Lange.

Wślizgnął się do lokum profesora i zaśmiał się, widząc staruszka leżącego krzyżem na łóżku.

– Śmiej się, chłoptasiu, śmiej! – warknął piwnooki – Kiedyś też się zestarzejesz, zobaczysz! Wiem, że sam zaproponowałem, ale nie mam siły dziś wychodzić.

– Nie przejmuj się i odpoczywaj – niebieskooki zrobił szybki odwrót. – Zobaczymy się rano.

– O ile dożyje! – zaśmiał się Friedrich.

Ethan wyszedł na korytarz i zbiegł po schodach, nie mając zamiaru zmieniać swoich planów. Po prawdzie rezygnacja Lange była mu na rękę – wolał sam pozwiedzać bary, zamiast ciągnąć za sobą słabowitego, upartego profesora. Skinieniem pożegnał recepcjonistkę i wyszedł na pustawą ulicę. Wiedział dokąd udała się większość studentów, jednak nie miał ochoty do nich dołączać. Potrzebował miejscowych, a nie stadka podpitych dzieciaków. Pokręcił się chwilę bocznymi uliczkami i znalazł to, czego szukał – nieduży bar, sprawiający wrażenie dość obskurnego. Wszedł do wnętrza, gdzie potwierdziły się jego przypuszczenia. W pomieszczeniu unosił się ciężki zapach dymu tytoniowego, zmieszany z delikatną wonią potu oraz przetrawionego alkoholu. Dyskretnie rozejrzał się pi twarzach zgromadzonych. Dostrzegł tu dwóch studentów z wykopalisk, natomiast cała reszta wyglądała mu na stałych bywalców, przyrośniętych do swoich zwyczajowych miejsc. Podszedł do baru, gdzie niezbyt uprzejmie powitała go młoda dziewczyna o zaciętej, znudzonej twarzy.

– Co podać? – rzuciła niechętnie po angielsku.

– Macie jakieś lokalne piwo? – odpowiedział po hiszpańsku.

– Nareszcie! – barmanka uśmiechnęła się szeroko – Białas mówiący po hiszpańsku, bez obrazy. Nie widziałam pana wcześniej w mieście.

Postawiła przed nim kufel, wypełniony ciemnym piwem z miejscowego browaru. Dziewczyna, korzystając z chwili swobody, wsparła łokcie o bar, przyglądając się niebieskookiemu z jawnym zainteresowaniem.

– Dopiero dzisiaj dołączyłem do ekipy – wręczył jej zapłatę za alkohol, wraz ze szczodrym napiwkiem. – Ethan.

– Ramona – puściła mu oczko. – Więc? Też jesteś studenciakiem?

– Już od dawna nie – uśmiechnął się półgębkiem, upijając pierwszy łyk. – Widzę tu niewiele znajomych twarzy.

– To przez tych starych zgredów – dyskretnie wskazała na trzech mężczyzn, siedzących przy stoliku blisko drzwi. – Zaczepiają studenciaków i straszą ich tymi swoimi bredniami. Cieszą się, że ktokolwiek chce ich słuchać, bo my mamy już serdecznie dość.

– Takie rozgadane towarzystwo?

– Jak to staruszkowie – wzruszyła delikatnie ramionami. – Nie mają nic do roboty, to siedzą całymi dniami i opowiadają, co im się przypomni. Dla własnego spokoju trzymaj się od nich z daleka, bo będą zanudzać cię historyjkami o Białej Wiedźmie.

– Biała Wiedźma? – zaśmiał się uwodzicielsko – Brzmi jak jakaś postać z bajki dla dzieci.

– Może racja – wychyliła się bliżej niego. – To taki straszak na dzieciaki. Pamiętam jeszcze, jak mój dziadek mówił nam, żebyśmy nie wchodzili głębiej w dżunglę, bo Biała Wiedźma nas złapie i już nie wrócimy – zaśmiała się radośnie. – Jakoś całe życie tu mieszkam, nieraz po dżungli chodziłam i żadnej wiedźmy nie widziałam.

Luther zamierzał w swobodny sposób pociągnąć rozmowę, jednak nie było mu to dane. Do baru przywlókł się jeden ze studentów i jako że był wstawiony, uznał za dobry pomysł zarzucenie mu ramienia na bark.

– Profesorze Anderson, może się pan do nas przyłączy? – wybełkotał, wskazując na swojego kompana – My stawiamy!

– Przystopujcie trochę, panowie – rzucił chłopakowi ostrzegawcze, krótkie spojrzenie. – Będziecie jutro siedzieć kilkanaście godzin w upale, a z kacem może się to okazać mocno nieprzyjemne.

– Jeszcze kolejka i spadamy, obiecuje – młodziak położył dłoń na sercu. – Ramona, dwa piwa i dwie setki do tego.

– Już podaję, cukiereczku.

Barmanka po raz kolejny mrugnęła w stronę brązowowłosego i zajęła się szykowaniem zamówienia. Ta krótka chwila wytchnienia dała Ethanowi czas, na lepsze rozejrzenie się po barze. Nic nie skupiło na sobie jego szczególnej uwagi. Miejscowi trzymali się we własnych grupkach, tocząc żywiołowe rozmowy i śmiejąc się w głos – typowy, piątkowy wieczór. Co jakiś czas wyczuwał na sobie ich wzrok, jednak nie było to nachalne ani krępujące. Uśmiechnął się pod nosem, pijąc piwo. Od dwóch tygodni po tej mieścinie kręciło się stado archeologów i nagłe przybycie kogoś nowego musiało wzbudzać zainteresowanie. Zapewne już zaczęły krążyć jakieś ploteczki na jego temat, ale nigdy nie przejmował się takimi rzeczami i nie miał zamiaru tego zmieniać.

– Profesor, co? – głos Ramony przerwał mu obserwację – Nie wyglądasz mi na starego dziada.

– Miło słyszeć – posłał jej niewymuszony półuśmiech. – Pochodzę z rodziny naukowców. Ojciec by osiwiał, gdybym nie poszedł w jego ślady.

– Znam ten ból – spojrzała wymownie na starszego mężczyznę, który wytoczył z zaplecza świeży keg. – Na długo zostajesz w mieście?

– Prawdopodobnie do końca wykopalisk.

– Słuchaj… – nieoczekiwanie się speszyła – jutro wieczorem mam wolne. Dasz się namówić na drinka, czy dwa? Mogę oprowadzić cię po mieście.

– Jak mógłbym odmówić? – zniżył głos do mruczącego półszeptu – Nie znam tutaj nikogo, poza profesorem Lange.

– Kumplujesz się z Friedrichem? – nagle spoważniała.

– Bywało, że pracowaliśmy razem i zdążyliśmy się całkiem nieźle poznać. Czemu pytasz?

– Możemy porozmawiać na osobności? Teraz? – położyła mocny akcent na ostatnie słowo.

– Mnie się nigdzie nie spieszy, ale ty chyba jesteś w pracy – zmiana nastawienia barmanki zaalarmowała Luthera.

– Zaraz to załatwię – zaśmiała się porozumiewawczo. – Tato?!

Starszy, siwiejący mężczyzna podszedł do córki. Obrzucił czujnym spojrzeniem niebieskookiego, jednak po chwili uśmiechną się ciepło.

– Jakieś problemy? – zwrócił się do Ramony.

– Wręcz przeciwnie – odpowiedziała z uśmiechem. – To profesor Anderson, bliski znajomy profesora Lange.

– Ethan – brązowowłosy wstał i wyciągnął dłoń w kierunku właściciela baru.

– Carlos – mężczyzna uścisnął jego dłoń. – Przyjaciele profesora, są moimi przyjaciółmi.

– Mogę zrobić sobie przerwę? – barmanka wbiła wzrok w ciemne oczy ojca – Ethan powinien wiedzieć, w co pcha się Friedrich.

– Idźcie, tylko uważajcie, żeby nikt was nie usłyszał – spojrzał wymownie na starców przy drzwiach.

– Dzięki, tatku.

Ramona ucałowała przelotnie policzek ojca i wyszła zza baru, trzymając w dłoni dwie butelki piwa. Bez słowa podeszła do Ethana i chwyciła jego dłoń, po czym zaciągnęła do go stolika, przeznaczonego wyłącznie dla członków obsługi. To miejsce gwarantowało im na tyle prywatności, by mogła z nim na spokojnie porozmawiać, nie przejmując się staruszkami. Niebieskooki usiadł na krześle i w milczeniu obserwował, jak dziewczyna wyciąga paczkę papierosów, którą rzuciła na stół. Znał temperament Friedricha i jakoś nieszczególnie zdziwiło go to, że mógł już wpaść w kłopoty.

– Możemy rozmawiać po angielsku? – Ramona odpaliła papierosa.

– Dla mnie to bez różnicy – odparł zgodnie z prawdą. – Friedrich już coś zmalował?

– Potrafi sprawiać problemy! – roześmiała się swobodnie.

– I to jeszcze jakie – przewrócił oczami. – Jest okropnie uparty i bezpośredni. Trzeba by go cały czas pilnować, żeby nie narobił sobie kłopotów. Co tym razem odstawił?

– Nic takiego – zażartowała. – W zeszły weekend musieliśmy tylko ściągać go ze stołu. Po pijaku wdał się w kłótnie z miejscowymi zgredami i zaczął głosić kazanie o uprzedzeniach do czarodziei.

– Dziwne, nawet jak na niego – zmarszczył brwi, szykując się do kłamania prosto w oczy. – Friedrich nie jest czarodziejem, z tego co wiem.

– Tamci go sprowokowali – warknęła ostro, sięgając po otwartą już butelkę. – Uraczyli go opowieścią o Białej Wiedźmie i profesor się wkurzył.

– Friedrich kupę lat spędził na badaniu folkloru w różnych częściach świata i jest bardzo wrażliwy na dyskryminowanie kogokolwiek, ze względu na pochodzenie, magię, religię i temu podobne sprawy. Nie słynie też z mocniej głowy – prychnął mimowolnie.

– Zauważyłam – Ramona zaśmiała się w głos. – Pilnuj go, dobrze? Nie przepadam za staruszkami, ale Friedrich to fajny facet i nie chcę, żeby coś mu się stało.

– Będę na niego uważał. Możesz mi powiedzieć, co go aż tak zdenerwowało?

– Cała ta historyjka, mam wrażenie – westchnęła ciężko. – Krążą dwie wersje tej opowieści. Straszak o którym ci mówiłam i znacznie… – urwała na moment – i znacznie bardziej makabryczna. Ponoć dawno, dawno temu w mieście mieszkała młoda dziewczyna, o bardzo jasnej karnacji, białych włosach i czarnych oczach. Wszyscy wiedzieli, że była czarodziejką i przychodzili do niej ze swoimi problemami, na które zawsze potrafiła zaradzić. Żyła sobie spokojnie, w małym domku na obrzeżach miasta, nie wadząc nikomu. Do czasu – musiała się napić, żeby kontynuować. – W mieście nagle zaczęły znikać dzieciaki, zostawiane na chwilę bez opieki dorosłych. Początkowo władze podejrzewały o porwania grupy przestępcze, od których się tu roi, ale nie potrafili tego udowodnić. Dzieci znikały coraz częściej i ślad po nich przepadał, gdzieś na skraju dżungli. Strach padł na mieszkańców, a wkrótce zaczęli o wszystko obwiniać czarownicę. Mówiono, że zachowywała młody wygląd, bo kąpała się w krwi małych dzieci, albo robiła z nich te swoje wywary. Pewnej nocy napadli na jej dom. Zaciągnęli ją na rynek i okrutnie skatowali, chcąc dowiedzieć się, gdzie są dzieci. Czarownica nie odezwała się nawet słowem. Znęcali się nad nią przez całą noc i ledwo żywą porzucili w dżungli, a jej dom spalili. Wszyscy sądzili, że dziewczyna umarła, jednak po jakimś czasie zaczęto ją widywać w lesie. Od jej białych włosów wziął się przydomek Biała Wiedźma. To było dekady temu, ale staruchy upierają się, że ona wciąż żyje gdzieś w dżungli i zaklinają się, że czasami widują ją w okolicach miasta. Niedorzeczne, nie uważasz?! Jak ktokolwiek mógłby przeżyć tak okrutny lincz i cały czas żyć kompletnie sam, w dzikiej głuszy? Staruchy pamiętają Białą Wiedźmę z lat swojego dzieciństwa i zarzekają się, że cały czas wygląda tak samo, uwierzysz?!

Niespokojny śmiech Ramony uderzył w niego z siłą młota udarowego. Nikt nie mógł żyć tak długo, nie tracąc sił witalnych…nikt, poza Lutherami. Właśnie zyskał solidny powód, żeby zostać w tym miasteczku.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 341
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!