Córa rodu Phoenix – Płatek śniegu

                        Black usiadł na podłodze, ocierając bawełnianym, szorstkim ręcznikiem pot z twarzy. Vallerin, tak jak obiecała, podjęła się trenowania go, jednak do tej pory nie robili nic, poza budowaniem jego formy fizycznej. Uśmiechnął się niezgrabnie, odkładając ręcznik. Sądził, że jest w nie najgorszej dyspozycji, jednak panna Crown uważała inaczej i szczerze mówiąc, musiał przyznać jej rację. Początkowo nie był w stanie nadążyć za jej wyśrubowanym harmonogramem ćwiczeń, jednak z dnia na dzień szło mu coraz lepiej. Kątem oka spojrzał na błękitnooką, która siedziała na fotelu z książką w dłoni, czytając w milczeniu. Erin potrafiła docenić jego postępy, ale nie zamierzała zwalniać tempa – za każdą jej pochwałą, szła również konstruktywna krytyka, ułatwiająca osiąganie coraz lepszych wyników. Dzisiejszej nocy mogli spokojnie przebywać w jej pokoju, co nie było w żadnym razie normą. Ślizgońscy znajomi panny Dumbledore radośnie okupowali jej sypialnię niemalże codziennie, więc większość treningów odbywała się w środku nocy, w gabinecie Dragana. Płomiennowłosa miała do perfekcji opracowaną metodę wymykania się z własnego pokoju i dzięki swoim umiejętnościom mogła do niego błyskawicznie wrócić, w razie problemów. Uśmiechnął się pod nosem. Zdążył się przyzwyczaić do Dafne i Blaise’a, a z Malfoy’em nie miewał za wielkiego kontaktu – co było mu bardzo na rękę. Młody arystokrata wciąż nie uporał się z niechęcią Gallatei, głównie dlatego, że bywał mocno niezręczny w wyrażaniu skruchy. Draco stał w poważnym rozkroku między własną dumą, a tęsknotą za przyjaciółką i marnie szło mu podejmowanie ważnych decyzji. Niefortunnie postawił na kartę specyficznego poczucia humoru, bardziej irytując błękitnooką swoimi komentarzami, niż rozśmieszając ją. Zabini niekiedy ukrócał takie zachowania przyjaciela, chcąc ratować go przed bezmyślnym zaprzepaszczeniem szans na pogodzenie się z Teą. Od czasu pogadanki Dragana, stosunki między dwoma młodymi czarodziejami zaczęły się zmieniać, powoli tworząc wyjątkową i solidną więź. Kiedy Blaise mówił coś przykrego, Draco nie reagował automatycznie gniewem, tylko starał się go do końca wysłuchać i wyciągnąć odpowiednie wnioski – co bywało trudnym zadaniem. Syriusz potrząsnął delikatnie głową, chcąc skupić się wyłącznie na treningu. Wzajemnie relacje między Vallerin a uczniami ciekawiły go, jednak nie miał obecnie czasu na wnikanie w to głębiej. Jeżeli miał odpłacić się Lutherowi za okazane mu zaufanie, powinien zrobić co w jego mocy, by stać się godnym członkiem Legionu. Zabrał się za ostatnią serię 20 pompek, mając nadzieję, że nie padnie na twarz. Ciało wciąż topornie poddawało się rygorowi lecz mięśnie stopniowo przyzwyczajały się do obciążeń. Był w połowie serii, gdy nieoczekiwanie poczuł dodatkowy ciężar. Spojrzał przez ramię i zmrużył oczy, widząc Vallerin siedzącą na jego plecach.

– Co robisz?

– Chyba widać – wzruszyła ramionami. – Idzie ci nieźle i chciałam zobaczyć, jak poradzisz sobie z dodatkowymi kilogramami. Nie przeszkadzaj sobie.

Po tych słowach rozłożyła książkę, przestając zwracać na niego jakąkolwiek uwagę. Jeszcze przez chwilę ociągał się przez wznowieniem ćwiczeń, jednak dziewczyna najwidoczniej nie zamierzała zmienić zdania, więc pozostało mu jedynie zaakceptowanie nowej sytuacji. Lady Crown była na tyle lekka, że jej obecność nie powinna robić mu większej różnicy, jednak po kilku pompkach jego ramiona zaczęły delikatnie drżeć. W pewnym momencie nie był w stanie już się podnieść, co okazało się niemiłosiernie wręcz frustrujące. Czuł się, jakby dźwigał na plecach głaz, zamiast eterycznej kobiety.

– Niezły limit! – Erin zaśmiała się wdzięcznie.

– Chyba żałosny – odpowiedział śmiechem. – Nie mogę się podnieść.

– Nic dziwnego. Z każdą pompką podnosiłam swoją wagę. Obecnie masz na plecach ponad 80 dodatkowych kilogramów. Starczy tego – zeskoczyła z jego pleców. – Musimy cię porozciągać.

Pod okiem Vallerin męczył się przez jeszcze dobre dwie godziny. Była dla niego coraz bardziej surowa, stopniowo wymagając większej dbałości i całkowitego zaangażowania. Kiedy zaczynał się poddawać, dołączyła do niego, samą swą obecnością motywując do dalszego wysiłku. Płomiennowłosa nie miała najmniejszych problemów z ćwiczeniami rozciągającymi, ani późniejszymi siłowymi. Prawdę mówiąc, zdołała bez przeszkód podciągnąć się na drążku więcej razy od niego, co zadziałało na męską dumę. Wiedział, że była dość silna, jak na swoją posturę, jednak pojęcia nie miał, jakim cudem nie objawiało się to mocno wyrzeźbionymi mięśniami. Po zakończonym treningu padł krzyżem na podłogę, ciężko łapiąc powietrze. Zaśmiał się, nakrywając oczy dłonią. Cały się lepił i sam czuł, jak śmierdzi. Na jego głowie wylądował rozłożony, czarny ręcznik.

– Dobrze ci poszło – uśmiechnięta Erin stała nad nim. – Idź się wykąpać.

– Aż tak cuchnę? – zaśmiał się, wstając.

– Nie jest tragicznie.

– Tak? – uśmiechnął się zaczepnie, rozkładając ramiona – To się przytul.

Oczywiście żartował i dosłownie skamieniał, kiedy płomiennowłosa przylgnęła do jego klatki piersiowej. Serce łomotało mu jak oszalałe, gdy objęła ramionami jego tors. Przez kilka minut stał otępiały, jednak w końcu zdecydował się na odwzajemnienie gestu. Oparł policzek o czubek głowy dziewczyny, nie chcąc, by ta chwila przeminęła. Od bardzo dawna pragnął takiej bliskości lecz kiedy w końcu ją otrzymał…zwyczajnie się speszył. Oddałby wszystko, byleby czas się zatrzymał i ofiarował mu szansę nacieszenia się. W jego ramionach panna Crown wydawała się taka malutka i bezbronna…dla niego była delikatnym płatkiem śniegu, o który należało się troszczyć. Coś podświadomie nie dawało mu spokoju. Vallerin od kilku dni wydawała się niespokojna, ale do tej pory nie zdradziła się, co wzbudzało jej niepokój.

– Uważaj na siebie, dobrze? – nieoczekiwanie wbiła paznokcie w jego plecy.

– Jakoś daję radę – odpowiedział radośnie, chcąc poprawić jej nastrój. – Szkoła nie jest…

– Nie chodzi mi o Hogwart – zdecydowanie weszła mu w słowo. – Legion to nie zabawa, Syriuszu.

– Jaki Legion?

Jej słowa zszokowały go. Luther uprzedzał, że Erin za nic nie mogła dowiedzieć się o ich planach, więc musiał jakoś z tego wybrnąć. Mało umiejętnie starał się wszystkiemu zaprzeczyć, póki jeszcze miał ku temu okazję, choć sam nie uważał, żeby zabrzmiał szczególnie przekonująco. Jakim cudem przyszło jej do głowy powiązanie go z organizacją Dragana? Nieświadomie zrobił coś, co go zdradziło? Przecież nieustannie się pilnował i jedynie z kruczowłosym rozmawiał na temat swojego nowego zajęcia – zawsze upewniali się, że są sami, a ich dyskusja nie ma szans wycieknąć poza gabinet. Płomiennowłosa zaśmiała się miękko i podniosła głowę, by móc spojrzeć w jego srebrzyste, niepewne oczy. W lazurowych, spokojnych tęczówkach migotała mieszanka rozbawienia oraz nuty zmartwienia. Black ciężko przełknął ślinę. Jej oczy…były przepiękne.

– Uważacie mnie za głupią, czy ślepą? – posłała mu karcące, dość łagodne spojrzenie – Nie jestem naiwna, chociaż czasem tego żałuję. Dragan nie prosiłby tak nagle o podszkolenie cię, gdyby nie miał w tym swojego interesu. Nie delegowałby też żadnego z chłopców do Indrahill, jeśli sytuacja by na nim tego nie wymusiła. Przez natłok nowych obowiązków, jest uwiązany w szkole, a to oznacza, że potrzebuje kogoś do utrzymywania kontaktu z Lio. Potrzebny mu ktoś, kto niezauważenie będzie w stanie przemieszczać się między Indrahill, a Hogwartem. Kogoś takiego, jak ty – jej oczy przygasły. – Wiem, że on coś kombinuje za moimi plecami. Nie pierwszy i nie ostatni raz, zresztą – zaśmiała się gorzko. – Spodziewam się, że zabronił ci mówić i nie mam zamiaru wypytywać na siłę, wierz mi. Proszę cię tylko, żebyś był ostrożny, Syriuszu – oparła dłonie na jego barkach. – Możesz mi tyle obiecać?

To jak do niego mówiła…poruszyło go. Crown okazywała niebywałe wręcz zrozumienie dla działań Dragana oraz jego własnych przemilczeń, jednak z całą pewnością leżał jej na sercu ich los. Nie pojmował, czemu wiedząc o ich konszachtach, zwyczajnie nie zażądała wyjaśnień od turkusowookiego, ale z drugiej strony…nie znał ich na tyle długo, by móc ocenić, czy było w tym cokolwiek dziwnego. Erin wydawała się na swój własny sposób wspierać Kolekcjonera, a jakie on miał prawo to oceniać? Ostatnimi czasy dużo rozmawiał z kruczowłosym i wyłapał, że w jego opowieściach bardzo często przewijała się Lady Crown. Wydawała się cichym, pewnym sojusznikiem, na którego król Indrahill mógł liczyć w każdym momencie – bez znaczenia, w co się wpakował.

– Obiecuję – odparł twardo, przyciągając ją bliżej siebie.

– Wykonuj polecenia Dragana i postaraj się trzymać jak najbliżej Ravena, dobrze? Ravi to jedyny rozważny i odpowiedzialny facet w tym szalonym towarzystwie – roześmiała się cicho. – Dragan bywa lekkomyślny, ale na swój sposób troszczy się o podwładnych. Legion jest dla niego jak namiastka rodziny, którą stracił zbyt wcześnie. Nie rób niczego szalonego na własną rękę.

– Przepraszam – wbił wzrok w podłogę, czując się pokonanym. – Nie chciałem cię oszukiwać, przysięgam!

– Wiem – położyła drobną, białą dłoń na jego twarzy. – Dragan nie lubi wciągać mnie w swoje sprawy, o ile to nie jest absolutnie konieczne, albo nie potrzebuje pilnego wsparcia. Musi dostrzegać w tobie wyjątkowy potencjał, skoro zaprosił cię w szeregi Legionu – pogładziła kciukiem linię jego szczęk, tuż pod uchem. – Zrobię co w mojej mocy, żeby odpowiednio cię przygotować, ale to może nie wystarczyć – westchnęła cicho. – Kluczową sprawą może okazać się siła twojej psychiki oraz charakteru. Musisz nauczyć się radzić sobie w mocno niesprzyjających, niestabilnych warunkach, wymagających błyskawicznego podejmowania trudnych decyzji. Tym również się zajmiemy.

– Mhmm…dziękuję? – nie bardzo wiedział, co innego powiedzieć.

– Jesteś gotowy? – zatrzymała palce na jego podbródku – No wiesz.., żeby znowu stać się kimś na kształt żołnierza?

– Byłem nim przez lata, pamiętasz? – znów spojrzał w nieziemski lazur – Bycie żołnierzem, to kawał mojego wolnego życia. Wsiąknąłem w ten świat i chyba nigdy nie uda mi się o nim całkiem zapomnieć. Już na zawsze pozostanę żołnierzem. Wtedy byłem po prostu sobą…

– Bycie członkiem Legionu, to coś zupełnie innego, niż walka z czarnoksiężnikami! – odpowiedziała znacznie ostrzej, niż przypuszczał – Tutaj otwarta, bezpośrednia wojna jest czymś niezmiernie rzadkim i przerażającym. Działania są prowadzone bardziej…skrycie. Stając się jednym z nich, godzisz się na życie w cieniu.

– Tak jak ty – odparł bez zastanowienia.

Panna Crown zamilkła, a jej milczenie uderzyło wprost w jego serce. Nie chciał jej urazić! To…po prostu było pierwszym, co przyszło mu do głowy i nie przemyślał, czy powinien się odzywać. Odsunęła dłoń od jego twarzy, przyprawiając go tym o mini atak paniki, jednak zamiast całkowicie zabrać rękę, oparła ją na jego sercu.

– Przep…

– Nie przepraszaj – wyszeptała. – Masz rację. Jako jeden z Legionu musisz być gotowy na to, że każdego jednego dnia będziesz ryzykował życiem i nikt ci za to nie podziękuje. Większość ludzi nie będzie nawet świadoma twojego istnienia, ani tego ile ci zawdzięcza. Będą cię traktować wrogo, patrzeć na ciebie podejrzliwie i obwiniać o całe zło tego świata, a ty nie będziesz mógł odpowiedzieć. Blask chwały zawsze omija cienie.

– Nie zależy mi na dobrej opinii – przewrócił oczami z rozbawieniem. – I tak mają mnie za zbiega psychopatę.

– Nie takiego życia dla ciebie chciałam! – przytuliła policzek do jego mostka – Miałeś być lepszy niż my. Miałeś odzyskać normalne życie i nie nadstawiać karku, w imię bezpieczeństwa tych, którzy nie zauważają twojego istnienia. Miałeś być bezpieczny…

Black ciasno oplótł jej plecy ramionami. Vallerin chciała dla niego jak najlepiej, ale czy on sam chciał właśnie takiego życia? Czy po wszystkim co zobaczył i usłyszał…mógłby zwyczajnie się od nich odsunąć, nie zadając sobie nieustannie pytania, po co to wszystko? Z tego co mówił mu Dragan, przeważająca większość członków Legionu wiodła normalne życie, które chwilowo porzucała po wezwaniu przez swoich dowódców – wywiązywali się ze swoich obowiązków i wracali do rodzin, wyczekując kolejnych rozkazów. Mógłby tak żyć i co ważniejsze, chciał tego. Po tym wszystkim co go spotkało, nie wyobrażał sobie siebie w roli statecznego trzydziestoparolatka z przeciętną robotą, zaklętego w magicznym kręgu praca-dom. Nie nadawał się do tego. Nigdy nie żył w taki sposób i wizja zmiany tego stanu rzeczy…przerażała go. Tęsknił za staniem w samym centrum akcji, ponieważ to najlepiej pamiętał ze swojego wolnego życia. Przez lata podejmował się trudnych, ryzykownych działań i to…to sprawiało, że czuł, że żyje. Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale właśnie to pragnienie bardzo zbliżało go do króla półświatka.

– Będę na siebie uważał, obiecuje – subtelnie pocałował ogniste włosy, nie koniecznie myśląc, co robi. – Nie martw się, proszę.

– Trzymam cię za słowo – zaśmiała się tęsknie. – Może nie potrafię tego odpowiednio okazać, ale zależy mi na tobie, Syriuszu, tak samo jak na chłopcach i Draganie. Zawsze będę się martwić, czy ci się to podoba, czy nie.

Po jego plecach przeszedł nieoczekiwany, przyjemny dreszcz. Stali przytuleni w tym pokoju zupełnie sami, a Vallerin…bez ogródek przyznała, że jej na nim zależy. Był raczej kiepski w odczytywaniu sygnałów, ale tym razem nie mogło być mowy o pomyłce, prawda? Niepewnym ruchem uniósł delikatnie jej podbródek. Chciał się pochylić i pocałować ją, jednak coś go powstrzymało. Jakaś bolesna, ostra szpilka wwierciła się w jego świadomość, zupełnie odbierając pewność siebie. Jak mógł chociażby myśleć o pocałowaniu jej?! Co było z nim nie tak, do cholery… Przecież sama powiedziała, że uczucia którymi go darzyła, nie były czymś wyjątkowym – tak samo jak o nim, myślała również o Lutherze oraz Ogarach. Co mu strzeliło do łba, żeby uważać się za kogoś ważniejszego od nich? Ona po prostu…po prostu nie chciała stracić tych, którzy swą obecnością łagodzili ból jej wiecznego żywota. Powinien się cieszyć, zamiast naciągać fakty!

– Pójdę się wykąpać – odsunął się od gospodyni, odwracając od niej wzrok.

– Dobry pomysł – uśmiechnęła się szeroko, zadziornie zatykając nos.

Poderwał z podłogi ręcznik i poszedł prosto do łazienki, nie reagując na zaczepkę. Zamknął za sobą drzwi i zrzucił przepocone ubranie, po czym wpakował się do wanny, z wolna napełniającej się gorącą wodą. Przesunął wzrokiem po rzeczach, poustawianych wokół krawędzi i sięgnął po sól do kąpieli, o zapachu lawendy. Nie był żądny jakiś cudownych warunków, ale miał ochotę porządnie odpocząć. Po tym co się przed chwilą wydarzyło…miał sobie za złe dawanie porwać się wybujałej fantazji. Czego u diabła oczekiwał?! Jak Erin miała dowiedzieć się, co do niej czuje, skoro nie miał na tyle odwagi, by to okazać? Zanurzył się głębiej w parującej, przyjemnie aromatycznej wodzie. To nie był najlepszy czas na osobiste rozterki, które roztrząsał nieustannie na tysiące sposobów. Słowa płomiennowłosej rozbrzmiały w jego – spokojnym już – umyśle. Jeżeli nie był w stanie zebrać się raz, a porządnie do kupy, nie powinien ochoczo marnować czasu Dragana. Rozumiał jedno. Legion nie był jakąś durną zabawą w pożałowania godną, mocno umowną grupę paramilitarną. Członkowie organizacji działali jak jeden organizm, więc słabość jednego z nich, mogła oddziaływać negatywnie na współbraci, a on nie chciał okazać się tym, który doprowadzi do upadku Legionu. Uśmiechnął się pod nosem. Luther nie wyglądał na gościa, który pozwoliłby na coś takiego – prędzej wyeliminowałby słabe ogniwo, niż ryzykował rozpad organizacji. Coś jeszcze go zastanawiało. Przez całe życie nie natknął się na chociażby wzmiankę o Legionie, choć przez lata poruszał się na cieniutkiej granicy, oddzielającej prawo od półświatka. Za czasów świetności Zakonu, to na jego barki spadało monitorowanie nastrojów w szemranych środowiskach, co poniekąd ułatwiało mu rozpoznawalne nazwisko – kojarzone głównie z piewcami ideologii czystości krwi. Może miał wtedy kontakt z ludźmi Luthera, o czym nie wiedział? Może członkowie Legionu przewijali się przez pola bitew Wojny Czarodziejów, działając na rozkaz króla, a on nie był świadom ich obecności? Może niektórzy z nich ginęli w starciach, które na dobrą sprawę wcale ich nie dotyczyły? Spojrzał w sufit, zarzucając ramiona na brzeg wanny. Miał szansę zapytać o to samego Kolekcjonera i być może zdecyduje się ją wykorzystać, w bardziej sprzyjającym momencie. Jego relaks brutalnie zburzył odgłos mocnego uderzenia w ścianę oraz suchy trzask łamanego drewna. Szybko wygrzebał się z kąpieli, niechlujnie naciągnął bokserki i spodnie dresowe, po czym wpadł do sypialni. Panna Crown zabezpieczyła drzwi, więc nikt z zewnątrz nie mógł wejść, a to oznaczało, że coś musiało się jej stać! Stanął jak wryty, widząc Luthera, niezgrabnie podnoszącego się z roztrzaskanego blatu biurka.

– Co do cholery? – wybąkał mało składnie, stając między kruczowłosym a gospodynią.

– To ja powinnam o to zapytać – obruszyła się błękitnooka. – Dragan, co do cholery?!

– Wybacz, aniołku – turkusowooki roześmiał się swobodnie, wstając z podłogi. – Myślałem, że nasz rozkoszny pyszczek zaszył się gdzieś w sypialni i chciałem mu pokazać, że nie musi się wzbraniać, przed daniem z siebie wszystkiego – Kolekcjoner nonszalancko poprawił gumkę, trzymającą jego włosy w luźnym kucyku. – Mój błąd.

– Napadłeś na nią?!

Syriusz w kilku krokach znalazł się tuż przy Lutherze. Bez chwili namysłu chwycił krawędź jego marynarki, przyciągając go bliżej. W szarych oczach tliły się iskry dzikiej furii, które na dobre rozbawiły kruczowłosego. Śmiejąc się w głos, strząsnął dłonie kundla.

– Od razu napadłem – zakpił, wzruszając ramionami. – Weź nie dramatyzuj, skarbie. Diablica przestawiła mi szczękę.

Dopiero teraz Black zwrócił uwagą na obrażenia przyjaciela. Rzeczywiście…jego żuchwa była nienaturalnie przekrzywiona, najprawdopodobniej wypadając z zawiasów po mocnym, precyzyjnym uderzeniu. Kolekcjoner pewnie chwycił podbródek, po czym zdecydowanym ruchem naprostował żuchwę, uśmiechając się przy tym mefistofelicznie. Musiał sam przed sobą przyznać, że atakowanie z zaskoczenia Lady, nie było takim znowu świetnym planem. Błękitnooka, gdyby nie powstrzymała się w porę, mogła wyrządzić znacznie więcej szkód, niż zwykłe poprzestawianie kości. To prawda, że chciał otworzyć Blackowi oczęta, jednak chwilowo stracił zainteresowanie podobnymi ekscesami – były takie tajemnice, które powinien powoli odkrywać samodzielnie. Uśmiechnął się, wyciągając papierośnicę. Przynajmniej miał pewność, że w razie czego, Vallerin sobie poradzi. Była na tyle silna, by przetrwać, nawet jeśli zabraknie go u jej boku. Uświadamianie kłopotliwego psiaka nie było jedynym powodem jego wizyty – chciał zwyczajnie z nimi pobyć. Przed tą dwójką nie musiał uparcie udawać kogoś, kim nie był i to…nieoczekiwanie przyprawiło go o mdłości. Kochał swojego aniołka i lubił Blacka, więc dziś…dziś chciał spędzić z nimi jak najwięcej czasu, ponieważ miał w planach grę, której mógł nie przeżyć. Po naradzie wojennej zainicjował bardzo niebezpieczną zabawę, mającą znaleźć swe rozstrzygnięcie dzisiejszej nocy. Póki co siedział z przyjaciółmi, ciesząc się ich swobodnym towarzystwem na tyle, na ile pozwalały mu nadszarpnięte nerwy. W końcu coś w nim pękło i ulotnił się, rezygnując ze słów pożegnania – każda chwila zwłoki łamała jego żelazne przekonanie, przez co mógł zwyczajnie stchórzyć w ostatniej chwili, a na to nie mógł sobie pozwolić. Jeśli miał dziś zginąć…nie chciał przeżyć bólu ostatecznego pożegnania z Vallerin. Po pospiesznym wyjściu kruczowłosego, pozostała dwójka zdecydowała, że czas najwyższy się położyć. Co prawda jutro była sobota, jednak błękitnooka miała w planach spędzenie większości dnia z siostrami Greengrass, a takie przedsięwzięcie wymagało niemałego zapasu energii. Black, jak miał w zwyczaju, zaczął mościć sobie wygodne posłanie na podłodze, co nijak nie spodobało się gospodyni.

– Chyba nie zamierzasz tak spać? – skarciła go wzrokiem.

– Wiesz, że…

– Jeszcze raz wspomnisz o Azkabanie, to tobie przestawię szczękę – fuknęła nieoczekiwanie. – Kładź się jak człowiek na łóżku i bez dyskusji!

Szarooki uśmiechnął się półgębkiem, obserwując, jak dziewczyna znika za drzwiami łazienki. Jak mógłby wdawać się z nią w kłótnie, po tym wszystkim, co dla niego zrobiła? Zamiast ryzykować zbędną wojnę – którą i tak by przegrał – grzecznie położył się na łóżku, dziękując opatrzności na to, że było na tyle duże, by nie musiał spać zaraz przy płomiennowłosej. Erin położyła się na drugim krańcu i mocnym szarpnięciem wyrwała mu na tyle kołdry, żeby móc się przykryć. Czarodziej nie mógł zasnąć, bez celu wpatrując się w finezyjnie upięty baldachim. Nie rozmyślał o niczym konkretnym…zwyczajnie pozwalał płynąć wspomnieniom, poddając się niegroźnej melancholii. Wzdrygnął się, gdy Vallerin chwyciła drobnymi dłońmi jego przedramię. Spojrzał na nią kątem oka i mocno zacisnął wargi, wściekły na cały cholerny świat. Znowu spała niespokojnie, mamrocząc coś ledwo słyszalnie – nie raz to widywał. Nie był pewny co mówiła, jednak dość wyraźnie wychwycił imię Salazar. Bezwiednie zacisnął pięści, dławiąc wrzący gniew. Zasrany Slytherin nie mógł dać jej spokoju, co jakiś czas objawiając się w sennych koszmarach! Niesiony troską, przysunął się bliżej niej i ostrożnie uniósł jej głowę, opierając ją na swoim barku. Sam nie do końca dobrze czuł się w Hogwarcie, jednak dla niej przebywanie w tym zamku musiało być znacznie bardziej traumatyczne. Całymi tygodniami patrzyła milcząco na dzieło życia mężczyzny, który zdradził ją w tak bestialski sposób i nie mogła z nikim o tym porozmawiać. Miękkim ruchem zgarnął ogniste włosy z jej porcelanowej twarzy. Teraz miała jego i nie musiała wszystkiego w sobie dusić, tak jak dotychczas. Lady przytuliła się do jego boku, przestając w końcu mamrotać, czym sprawiła mu niewysłowioną wręcz radość. Objął ją ramieniem i z czułością obserwował, jak kobieta, którą kocha śpi spokojnie, czując jego bliskość. Wcześniej bał się własnych, niestosownych myśli, jednak okazało się, że niepotrzebnie. To wszystko zniknęło, pozostawiając jedynie miłość. W tej chwili czuł się najszczęśliwszym mężczyzną na świecie – o czym więcej mógłby marzyć? Ten błogi nastrój został brutalnie zmącony, gwałtownym otworzeniem drzwi. Syriusz momentalnie zmienił się w psa, mając nadzieję, że niezapowiedziany gość w ciemnościach nie zdołał zauważyć jego przemiany. Z tego co wiedział, drzwi zabezpieczone były zaklęciami, których przeciętny czarodziej nie mógłby ot tak złamać – Kolekcjoner z całą pewnością do przeciętniaków się nie zaliczał. Zeskoczył z łóżka, szczerząc ostrzegawczo kły i rzucił się w kierunku przybysza, jednak coś go zatrzymało. Otworzył szeroko oczy, rozpoznając sylwetkę oraz zapach gościa.

– Lio?

Lady miała dość lekki sen, więc obudziła się kilka sekund po otworzeniu drzwi, a teraz siedziała na łóżku, badając wzrokiem oszpeconą twarz przybysza. Zielonooki uśmiechnął się niezgrabnie, mocno zakłopotany zaistniałą sytuacją. Nigdy by się tu nie pojawił, gdyby miał jakikolwiek inny wybór.

– Wybacz mi proszę najście, pani – pokłonił się dwornie, unikając lazuru jej oczu. – Mamy kłopoty. Poważne.

Panna Crown poderwała się z łóżka i chwyciła nadgarstek Ogara, wciągając go głębiej do pokoju. Zignorowała jego zaskoczenie, skupiając się na zamknięciu drzwi. Sama obecność Lévi-Mérimée w Hogwarcie była wystarczającym powodem do niepokoju – nie potrzebni jej byli zbędni świadkowie. Jarri od lat wzbraniał się przed bezpośrednim kontaktem z nią, więc musiało chodzić o coś poważnego.

– Jak żeś tu wlazł? – czarodziej wrócił do ludzkiej postaci,

– Drzwiami frontowymi, a jak inaczej? – prychnął Ogar – Macie tu żałosną ochronę. Czemu śpisz z naszą Lady?

Nagłe pytanie wytrąciło Syriusza z równowagi. Był gotów na starcie słowne, ale nie spodziewał się czegoś takiego. W sumie, dobre pytanie.

– Mniejsza – Lio wzruszył ramionami. – Skoro jesteś, też możesz się na coś przydać. Chodzi o…

– Dragana – Vallerin weszła mu w słowo. – Co się stało?

– Nie ma czasu, Lady – blondyn skierował się ku wyjściu. – Wytłumaczę po drodze. Musimy się spieszyć.

               Raven dyszał ciężko, trzymając wyszczerbiony miecz obiema dłońmi. Krew nieustannie zalewała mu twarz, jednak nie mógł pozwolić sobie na jej otarcie – chwila nieuwagi mogła kosztować go życie. O siebie nie dbał, ale tuż za jego plecami leżał ciężko ranny, półprzytomny Dragan. Musiał mu kupić na tyle czasu, by regeneracja przywróciła mu chociażby część sił, otwierając drogę ucieczki. Jak u diabła znaleźli się w tak opłakanej sytuacji?! Jeszcze kilka godzin temu kręcił się wraz z Lio po murach Indrahill, a teraz…teraz desperacko walczył, choć z góry skazany był na przegraną. Jęknął, gdy przyszło mu po raz kolejny niezdarnie sparować wprawne pchnięcie przeciwnika. Błękitnooki mężczyzna uśmiechnął się subtelnie, przekręcając nadgarstek w taki sposób, by ostrze rozerwało skórę na ramieniu byłego Łowcy. Zacisnął wargi, dławiąc krzyk bólu, po czym splunął, chcąc pozbyć się metalicznego posmaku. Musiał wytrzymać…

– Twój opór jest bezcelowy, chłopczyku – napastnik spojrzał na niego z deprymującą wyższością. – Zejdź mi łaskawie z drogi, a ocalisz życie.

– Odmawiam.

Następny cios przeszył jego prawy bark na wylot. Potworny ból zmasakrowanych tkanek wstrząsnął całym jego ciałem, błagając umysł o poddanie się. Musiał włożyć niemalże całą siłę, która mu pozostała, żeby nie upuścić miecza. Zmusił drżące palce do pewnego chwycenia rękojeści, chociaż nie wiedział, czy byłby w stanie unieść stal. Płuca zapiekły go żywym ogniem. Oddychanie w tym momencie stało się fizycznie bolesne, ale nie mógł się od tak osunąć na ziemię. Musiał wytrzymać…jeszcze kilka chwil.

– Zaimponowałeś mi, przyznaję – oponent prychnął zaczepnie. – Niewielu stanęłoby do walki z Mistyczny, wiedząc z kim się mierzy. Wykonałeś swoje zadanie, a teraz się odsuń. Nie chcę cię zabijać, człowieczku.

– Odmawiam – wycharczał z trudem.

– Uparciuch mi się trafił, co? – przeciwnik zaśmiał się gardłowo – No cóż ci to całe cierpienie? Nie jesteś idiotą, więc doskonale zdajesz sobie sprawę z różnicy w naszej sile. Mógłbym poszatkować cię w ciągu kilku sekund. Po co poświęcać życie w obronie takiego śmiecia?

– Dragan jest królem, którego sam wybrałem i nic panu do tego.

– Więc masz wyjątkowo podły gust! – kpiący śmiech przybrał na sile, odbijając się echem od opustoszałych ścian – Sądzisz, że on odwdzięczyłby ci się podobnym oddaniem?

– Nie – niebieskooki poprawił chwyt.

– Fascynujące! Jesteś gotów chronić go za wszelką cenę, chociaż doskonale wiesz, że w analogicznej sytuacji zostawiłby cię na pewną śmierć?

– Owszem.

– Jesteś albo chorobliwie lojalny, albo niedorzecznie głupi – błękitnooki wyszarpnął miecz z barku oponenta. – Mam dla ciebie propozycję. Zamiast służyć panu, który za nic ma twoje poświęcenie, przyłącz się do mnie. Chętnie powitam równie honorowego, odważnego człowieka u swojego boku, a wierz mi, że przeciwieństwie do tego gnoja, potrafię docenić swoich ludzi.

– Odmawiam.

– Nie przekonam cię, prawda? – wzruszył szerokimi ramionami – Może zmienisz zdanie, po śmieci tego śmiecia.

Przeciwnik błyskawicznym, ledwo dostrzegalnym ruchem wyminął byłego Łowcę, wykorzystując jego ograniczoną widoczność. Zamachnął się, chcąc dobić bezczelnego gówniarza, jednak jego cios został odparty. Odskoczył, nie rozumiejąc, co się stało. Uparty człowieczek nie miał szans zareagować na tyle szybko, żeby unieść miecz i skutecznie zastąpić mu drogę. Zrozumiał dopiero po chwili…Dzieciak naprawdę nie mógł w porę zareagować, więc wykorzystał siebie jako żywą tarczę, gotów poświęcić życie, byleby kupić kompanowi kilka dodatkowych minut. Lord przez chwilę w milczeniu obserwował, jak gęsta krew spływa po zaciętej, spokojnej twarzy tego osobliwego mężczyzny. Mocne, precyzyjne cięcie głęboko przecięło jego prawe oko oraz tors, tworząc okropną ścieżkę czystej makabry. Co dziwne, niebieskooki nie wydał z siebie chociażby jęknięcia, z godną najwyższej pochwały godnością znosząc nazbyt oczywisty ból. Stał tuż przed nim, słaniając się na nogach, nie opuszczając żałośnie wyglądającej gardy. W momencie uderzenia musiał całkowicie rozsunąć ramiona, przyjmując cios na pierś. W jakiś dziwaczny, nieoczekiwany sposób wzbudził w Mistycznym gorzki, kąśliwy smutek.

– W czym tkwi jego sekret? – wyszeptał, niemalże bezgłośnie – Dlaczego posuwasz się aż tak daleko?

– Taka moja rola – Raven ociężale wzruszył ramionami, po czym splunął krwią.

– Nigdy nie pojmę, co kieruje śmiertelnymi – prychnął pogardliwie. – Kończy mi się cierpliwość. Po raz ostatni proszę, żebyś się odsunął i dał mi zakończyć ten cyrk, bez zbędnych ofiar.

– Po raz ostatni odmawiam.

– Naprawdę wierzysz, że możesz mnie powstrzymać?! – roześmiał się w głos.

– Nigdy tego nie powiedziałem – niebieskooki uśmiechnął się słabo. – Jak Lord raczył zauważyć, nie jestem idiotą i wiem doskonale, że nie mogę z panem wygrać, ale mogę zająć pana na tyle długo, by zjawił się ktoś, kto może.

– Czyżby? – uniósł brew w geście rozbawienia – Zechcesz mi zdradzić, któż to taki? Kolejne bezwartościowe bękarty, jak ten za tobą? Więcej żałosnych robali, tak samo upartych jak ty?

– Ona.

Zanim Lord zdążył chociażby drgnąć potężny cios w twarz dosłownie poderwał go z ziemi. Bezwładnie przeleciał kilka metrów i z impetem wbił się w ścianę, tworząc w niej potężny wyłom. Przyklęknął oszołomiony i spojrzał w kierunku drzwi. Paraliżujący strach odebrał mu resztki chęci do dokończenia rozgorzałej batalii. Między nim, a Draganem i tym dziwnym człowiekiem stała Lady Crown. Siostra subtelnym gestem przywołała do swojej dłoni ostrze, które wypadło z jego ręki w momencie uderzenia, jednak po sekundzie odrzuciła je, krzywiąc się w oznace odrazy.

– Ravi, dasz radę go stąd zabrać? – lazurowe oczy zapłonęły.

– Jak rozkażesz, pani – wydukał z trudem.

– Uciekajcie. Ja go zatrzymam.

Po tych słowach zniknęła byłemu Łowcy z pola widzenia, pojawiając się tuż przy bracie. Tego co się później stało, nie był w stanie dokładnie opisać. Płomiennowłosa chwyciła ramię napastnika, bezlitośnie wyrywając je ze stawu, a następnie wbiła kolano w jego mostek, posyłając go na drugi koniec pomieszczenia. Nawet z takiej odległości słyszał odgłos łamanych żeber Lorda, jednak nie miał czasu się nad tym roztkliwiać. Skok adrenaliny umożliwiał mu jako takie poruszanie się, chociaż ciało stawiało coraz poważniejszy opór. Przyłożył dłoń do rany na torsie, po czym spojrzał na nią. Krew ściekała między jego palcami i na domiar złego zaczynał odczuwać przeszywający chłód. Cholera…stracił za dużo krwi i nie miał pojęcia, jak długo jeszcze wytrzyma, zanim straci przytomność. Chwiejnym krokiem podszedł do Luthera, chcąc względnie ocenić jego stan i wybrać odpowiednią ścieżkę odwrotu. Ostrożnie wsunął okaleczone ramię pod jego bark, usiłując pomóc mu wstać. Turkusowooki posłał mu półprzytomne, zdezorientowane spojrzenie, drżącą dłonią wskazując swoje nogi. Ravi podążył za jego gestem i przygryzł dolną wargę, wściekły na samego siebie. Gdyby wcześniej zorientował się, co ten idiota planował…może nie musiałby teraz patrzeć na pogruchotane kości, przedzierające się przez skórę oraz strój Kolekcjonera. Zaklął w duchu, gdy Dragan powtórnie stracił kontakt z rzeczywistością. Nie miał wyjścia…musiał podjąć drastyczne kroki, jeśli choć jeden z nich miał to przeżyć. Dźwignął kruczowłosego i przerzucił go przez swój bark, ledwo trzymając się w pionie. Przerażający ból wstrząsnął całym jego ciałem, jednak nie miał czasu na użalanie się. Hamując jęk wyprostował się i w ślamazarnym tempie zmierzał ku wyjściu, nie zamierzając całkowicie rezygnować z rozglądania się. Kątem oka widział, jak Lady oplata się udami wokół szyi brata, wprawnie przerzucając go przez swój bark, po czym ląduje zgrabnie na rękach. Gdyby miał okazję, z całą pewnością zatrzymałby się na dłużej, urzeczony magią jej ruchów. Panna Crown nadawała walce zupełnie nowy wymiar…wyglądała, jakby tańczyła, składając oponenta niczym origami. Idąc powoli w końcu wydostał się z pokoju, dając tym samym Vallerin wolną rękę. Tak było dobrze…nie chciała, żeby były Łowca zobaczył za dużo – w Indrahill już czekał na nich oddział ratunkowy.

– Nie waż się drgnąć, Damon – syknęła w kierunku konkurenta.

W obszerne sali rozniósł się jej lodowaty, ostrzegawczy ton. Gardło Phoenix’a całkiem wyschło, nie pozwalając mu odezwać się pochopnie. Doskonale pamiętał, że jego ukochana siostrzyczka nie była przeciwnikiem, którego mógł lekceważyć. Była w stanie porządnie go okaleczyć, zanim miałby szansę na wykorzystanie swoich umiejętności.

– Daj spokój, Erin – uśmiechnął się szeroko, choć do śmiechu mu nie było. – To zwykłe nieporozumienie, zapewniam. To Dragan mnie zaatakował, więc przypominałem mu, gdzie jego miejsce. Wiem, że jest twoim ulubionym zwierzątkiem domowym, ale ktoś musi go od czasu do czasu skarcić, zanim zacznie gryźć.

– Jakże szlachetnie z twojej strony, bracie – zakpiła szorstko. – W takim razie czuję się zobowiązana przypomnieć ci, gdzie jest twoje miejsce.

Podniósł się i zasłonił ramionami, usiłując odeprzeć potężne kopnięcie. Wyszło mu jako tako – Erin skruszyła jego obronę, po raz kolejny celując w żebra. Zatrzymał się po kilku metrach, oddychając ciężko. Spokojna dyskusja z Vallerin nie wchodziła w grę…widział to w jej iskrzących gniewem, płomienistych oczach. Wyprostował się z trudem. Nie chciał do tego doprowadzić, ale okoliczności nie dały u wyboru – musiał wywalczyć sobie drogę odwrotu, stając oko w oko z panną Crown. Dyskretnie próbował wykorzystać możliwości swojej mocy, jednak usilne starania nie przyniosły rezultatów. Zdezorientowany zerknął na swoje dłonie.

– Zaskoczony? – płomiennowłosa zakpiła ostro.

– Coś ty…

– Chyba zapominasz, kim jestem, Hierofancie! – zaśmiała się przerażająco – Skoro masz problemy z pamięcią, pozwól, że ci przypomnę! Jestem Lady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix we własnej, cholernej osobie! – rozpostarła szeroko ramiona – Skoro chcesz się ze mną mierzyć, to bez uciekania się do tanich sztuczek, braciszku. Walcz, jak na mężczyznę przystało.

– Chyba nie masz zamiaru mnie zabić, co? – podniósł ostrze – Podniesiesz rękę na własnego brata, byle by ocalić życie jakiegoś plugawego mieszańca?

– Bezczelnością nic teraz nie ugrasz – warknęła, przywołując magią miecz Ravena. – Przez te wszystkie lata robiłam, co chcieliście! – nie dała Damonowi czasu na reakcję, przeszywając jego brzuch – Wybaczałam wam każde świństwo, ale NIE POZWOLĘ żadnemu z was odebrać mi Dragana! – pięścią połamała bratu kości policzkowe – Ten chłopak jest jedynym, co mam. Tylko jego pozwoliliście mi łaskawie zatrzymać – odskoczyła od przeciwnika, wyszarpując miecz. – Jeśli którykolwiek z was ośmieli się jeszcze raz podnieść na niego rękę…jeśli przyłożycie palec do jego śmierci…nie zostanie mi już nic. Stracę jedyną osobę, którą kocham całym sercem, a kiedy tak się stanie…zniszczę cały ten zasrany świat i was razem z nim!!!

Oddech uwiązł w płucach Hierofanta. Głos Vallerin stał się łudząco podobny do tego, który usłyszeli wiele lat temu, podczas jej załamania. Co gorsza…zaczynała wyglądać tak jak wtedy. Łagodne, wyrozumiałe lazurowe oczy płonęły rozszalałym ogniem, a wokół niej pojawiły się cieniutkie, błyszczące nici destrukcyjnej mgły. Damon starał się zrobić krok do przodu, żeby powstrzymać to, zanim wymknie się spod kontroli. Jego regeneracja już połatała zadane rady, więc nie powinien mieć problemu z poruszaniem się, a mimo tego ciało opornie reagowało na polecenia umysłu. Podświadomy, paraliżujący strach nie chciał pozwolić mu zbliżyć się do tej kobiety.

– Wybacz mi proszę, siostrzyczko – uniżenie pochylił czoło, chcąc ją udobruchać. – Poniosło mnie.

– W dupie mam twoje przeprosiny – melodyjny głos zabrzmiał piorunująco bezbarwnie. – Módl się do wszystkich magicznych świętości, żeby przeżył. W przeciwnym razie – nici jej mocy oplotły się wokół jego kończyn, unosząc go niemalże pod sufit – rozerwę was wszystkich na strzępy i raz na zawsze utopię w pędzie czasu. Zmiotę was jednego po drugim z powierzchni ziemi i zatroszczę się o to, by wszelka pamięć o waszej żałosnej egzystencji uleciała. Odbiorę wam wszystko, co kiedykolwiek kochaliście, zanim was pozabijam.

Lady, patrząc wprost w oczy Phoenix’a, powoli zaciskała drobne dłonie w pięści, stopniowo naprężając nici, które wbijały się w jego ciało, tknąć tkanki. Zaczął krzyczeć, nie mogąc znieść tego przeraźliwego bólu. To…nie przypominało żadnych ran, których przyszło mu doświadczyć. Zagadkowa mgła dosłownie wypalała kolejne komórki, a on doskonale czuł, jak każda z nich płonie. Wkrótce usłyszał własną krew, ściekającą na podłogę. Po raz kolejny, w akcie desperacji, starał się usilnie wykorzystać swoją moc. Jego serce skuło się lodem, gdy usłyszał wyzuty z emocji śmiech siostry.

– Nie wysilaj się, to nic nie da – spojrzała na niego z pogardą. – Jestem panią antymagii, pamiętasz? Znajdujesz się w obszarze, z którego usunęłam wszelką magię, poza moją własną. Im bardziej będziesz się szarpał, tym szybciej potnę cię na kawałki.

– Proszę, Erin… – wbił w nią błagalny wzrok.

Płomiennowłosa przewróciła oczami i odwołała nici, pozwalając mu spaść na ziemię – wprost w kałużę krwi. Nie miał siły się podnieść, więc leżał bezwładnie, wsłuchując się przerażony w odgłos lekkich, zbliżających się kroków. Panna Crown przykucnęła przed nim i szarpnięciem za włosy podniosła jego głowę.

– Czuj się ostrzeżony, mój ukochany bracie i uprzedź pozostałych, bo nie będę się więcej powtarzać – z pełnym impetem wbiła jego twarz w kamienną posadzkę. – Cokolwiek zrobicie Draganowi, odpłacę wam stukrotnie. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 349
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!