Córa rodu Phoenix – Rozdział 19

Tarcza i miecz

                Tea siedziała samotnie na dość twardym, szpitalnym łóżku. Przez nieprzysłonięte oka wlewał się z wolna pomarańczowy, miękki blask wschodzącego dnia. W milczeniu obserwowała promienie słońca, szatkujące gęsty mrok Zakazanego Lasu. Ciepłe światło zalewało otwarte błonia, czyniąc trawę jeszcze bardziej szmaragdową. Niebo mieniło się odcieniami różu, błękitu i jasnego pomarańczowego, przeistaczającego się w intensywną żółć. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie – ten widok przypominał jej dom…wczesne śniadania jedzone na tarasie, częściowo zatopionym w rozległym, zadbanym ogrodzie. Brakowało jej jednego. Towarzystwa. Przez ostatnie tygodnie wakacji korzystała z możliwości zjedzenia na zewnątrz, czerpiąc z tego ogromną przyjemność, a wszystko to dzięki jej kompanom. Przymknęła powieki, chcąc przenieść się wspomnieniami do tych beztroskich chwil. Niemalże widziała przed sobą Dragana, Ethana i Syriusza, siedzących przy długim stole tuż obok niej. Widziała o wiele więcej: roześmiane oczy Luthera, skrzące w porannym blasku; pełne niedowierzania oraz skrytego śmiechu spojrzenia Ethana, niechętnie posyłane bratu; uśmiech Blacka, gdy opowiadała o swoich szkolnych przygodach; wesołe buzie skrzatów, rozbawionych wspominkami obcego czarodzieja, którego zaczęły traktować jak pełnoprawnego domownika. Przez ten krótki okres wakacji czuła się naprawdę szczęśliwa. W końcu, po tylu latach, w jej olbrzymiej rezydencji na dobre rozgościło się życie, ze wszystkimi swoimi odcieniami. Stonowane zazwyczaj skrzaty porzuciły pozory wymuszonego spokoju, pozwalając ponieść się atmosferze panującej między ich panią, a trzema mężczyznami. Nawet Sten – stary, poważny majordomus – rozluźnił się, dając kredyt zaufania niesfornym domownikom. To było bardzo przyjemne…Ognistowłosa przycisnęła kolana do klatki piersiowej, po czym oparła o nie brodę i wróciła do obserwowania panoramy Lasu. Teraz była sama w zimnych murach szkoły, której unikała przez stulecia. Coraz boleśniej odczuwała, że wszystko co tu tworzy…przyjaźnie, koleżeńskie kontakty, nauka…wszystko to było jednym, wielkim kłamstwem – wyrachowaną obłudą otulającą postać Gallatei Dumbledore. Zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej czy później ten teatrzyk musiał się skończyć, a kiedy odrzuci zakłamaną maskę Tei, ta rzeczywistość nieuchronnie pryśnie pozostawiając za sobą liczne cierpienia. Pewnego dnia bezpowrotnie straci Dafne, Hermionę, Balsie’a, Draco, Harry’ego, Rona i resztę uczniów. Odwrócą się od niej nauczyciele na czele z Hagridem, a może i nawet Minervą oraz Severusem. Z księżniczki Hogwartu w jednej chwili przeistoczy się w to co zwykle – potwora. Znów stanie się budzącą lęk Lady Vallerin Crown, córą zapomnianego rodu Phoenix…niezrozumiałym, obcym zjawiskiem. Dziwadłem niegodnym zrozumienia, przyjaźni czy zaufania – przeklętą kłamczuchą przez lata oszukującą wszystkich wokół. Westchnęła ciężko, odwracając wzrok od okna. Takim było piętno jej nazwiska i miała dość czasu, by się z tym pogodzić. Ciszę Skrzydła przerwał rytmiczny odgłos zbliżających się kroków. Pani Pomfrey, królowa szpitalnego imperium, wróciła na swe włości. Stukot jej obcasów o kamienną posadzkę nasilał się z każdą chwilą. Lady uśmiechnęła się łagodnie, gdy czarownica odsunęła śnieżną kotarę, oddzielającą ją od reszty świata. Pielęgniarka z ciepłym półuśmiechem przysiadła na krześle obok łóżka, czujnie wpatrując się w swoją jedyną obecnie pacjentkę.

– Jak się czujesz, skarbie? – zapytała z troską.

– Zdrowa i wypoczęta, dziękuję.

Wymuszony uśmiech dziewczyny zaniepokoił kobietę, która jeszcze przez kilka sekund analizowała czujnie lazurowe tęczówki. Albus, z niewielką pomocą przyjaciółki, niemalże przez całą noc opowiadał jej czym dokładnie była Lady Crown i jak niezwykłymi umiejętnościami odznaczał się jej ród. Pielęgniarka w milczeniu wysłuchała całej historii, starając powstrzymać się od okazywania ostentacyjnego zdumienia – choć nie przychodziło jej to łatwo. Oczywiście chciała jak najwięcej dowiedzieć się o Vallerin, jednak takie rozmowy musiały poczekać na spokojniejszy okres. Póki co we trójkę ustalili plan działania na następne dni, tak aby pilnie strzeżona tajemnica nie ujrzała światła dziennego. Lady miała zachowawczo zostać w Skrzydle przez trzy doby, ponieważ właśnie tyle, wedle doświadczenia Poppy, powinno zająć powierzchowne zagojenie się dość rozległych ran szarpanych. W ciągu kolejnego tygodnia ognistowłosa zobowiązała się zaglądać do madame Pomfrey, aby „zmienić opatrunki”, jak nakazywała obowiązująca procedura. Poppy wyliczyła wszystko na tyle skrupulatnie, by nikt nie mógł nabrać wątpliwości, co do powagi obrażeń jakie odniosła wnuczka dyrektora w tym nieszczęsnym wypadku. Czarownica postanowiła, że będzie z pełną determinacją strzegła tajemnicy błękitnookiej i wspomoże ją w realizacji powierzonego zadania. Patrząc na tę kruchą, osamotnioną istotkę przysiadła obok niej na łóżku – czego nie robiła w przypadku uczniów. Nie pytając o przyzwolenie, mocno przytuliła pannę Crown.

– Nie boi się mnie pani? Nawet po tym wszystkim, co o mnie usłyszała?

Pielęgniarka w pierwszej chwili zamarła, wytrącona z równowagi tak okropnym pytaniem. Odsunęła się lekko od Lady i patrząc w lazurowe oczy rozmówczyni, ujęła delikatnie jej dłonie. Ileż złego musiała wycierpieć ze strony ludzi, skoro targały nią podobne wątpliwości?

– Jesteś cudem, kochanie – uśmiechnęła się z przekonaniem. – Nie potrafię wyrazić słowami, jak bardzo jestem ci wdzięczna za to, że podjęłaś się tej misji. Pomagasz nam, chociaż wiele cię to kosztuje. Oczywiście, że się ciebie nie boję, bo jaki mam ku temu powód? Dziękuję, skarbie. Dziękuję za to, że mimo wszystko jesteś tu z nami.

Vallerin mocno uścisnęła dłonie madame, nieco speszona jej ciepłymi słowami. Nie przywykła do bycia nazywaną cudem. Tak długo określano ją mianem potwora, że sama zaczęła w to wierzyć akceptując przygnębiające piętno. Uśmiechnęła się do pielęgniarki w sposób zupełnie inny niż zazwyczaj. Doceniając troskliwe serce czarownicy odrzuciła sztuczny, misternie dopracowany uśmiech Tei, na rzecz tego prawdziwego…należącego do Lady Vallerin Crown.

– Skoro lepiej się czujesz, czy jesteś gotowa na pierwszą falę gości? Wysiadują mi pod drzwiami i spokoju nie dają! Ani tego tałatajstwa wyminąć, ani przeskoczyć! – Poppy pogroziła pięścią w stronę wyjścia.

– Przyszli tak wcześnie? – błękitnooka nie ukrywała zaskoczenia.

– Przyszli…- prychnęła madame. – Oni od wczoraj się spod tych drzwi na krok nie ruszyli! No nic. Na młodość nic nie poradzę. Wpuścić ich kochanie? Chciałabyś się z kimś zobaczyć w pierwszej kolejności?

Dziewczyna nie musiała się zastanawiać. Była tylko jedna osoba z którą chciała bezzwłocznie porozmawiać – zanim jego porywczość zmieni Hogwart w pole bitwy.

– Z Draganem, jeśli się zjawił.

Czarownica ani nie zaprzeczyła, ani nie potwierdziła. Wstała z łóżka i pomaszerowała wprost ku wejściu, łapiąc głębokie, uspokajające oddechy. Przybrała swoją codzienną, surową minę, po czym otworzyła szczelnie zamknięte podwoje. Siódemka uczniów poderwała się na równe nogi, wybudzona z letargu skrzypnięciem żeliwnych zawiasów. W kobietę uderzyła fala podniesionych głosów, krzyków i chaotycznych pytań. Poppy ignorując domagające się odpowiedzi głosy młodzieży, odszukała wzrokiem Luthera dziękując opatrzności za to, że tego chłopaka nie sposób było przeoczyć. Jego demoniczne, turkusowe oczy z przedziwnymi, gadzimi źrenicami samoistnie ściągały wzrok.

– Pan Luther! Proszę za mną. Reszta ma czekać! – poleciła nieznoszącym sprzeciwu, zasadniczym tonem.

Trzymając dłoń na wytartej klamce cierpliwie czekała, aż kruczowłosy przeciśnie się przez rozemocjonowany tłum. Uparcie zbywając milczeniem pytania oraz jęki niezadowolenia chciała zamknąć drzwi, gdy tylko Dragan przekroczył próg. Oddzielenie Skrzydła solidnym, drewnianym murem zakłóciło zdecydowane szarpnięcie z drugiej strony. Rozdrażniona bezczelnością takiego zachowania Poppy szykowała się do udzielenia winowajcy dosadnej reprymendy, lecz powstrzymała się widząc ponurą twarz Severusa.

– Mogę wejść, madame Pomfrey? – o dziwo uprzejmie zapytał, zamiast wydać oschłe polecenie.

Albus poinformował ją, że Snape i McGonagall wiedzą kogo Hogwart gości w swych grubych, wiekowych murach. Dyrektor zdawkowo napomknął również o Lutherze, nie wdając się w niewygodne szczegóły. Rozsądnie przedstawił pana Luthera jako wieloletniego przyjaciela Lady, który z ramienia zatroskanego rodu odpowiadał za jej bezpieczeństwo podczas pobytu w szkole. Dopiero tej nocy dla kobiety nabrało sensu niecodzienne przymykanie oka, przez władze Hogwartu, na coraz poważniejsze wybryki Dragana. Skoro był Lutherem z TYCH Lutherów, nikt tutaj nie mógł sprawować nad nim realnego nadzoru – nie wspominając już o narzucaniu mu czegokolwiek, bądź nakłonieniu do przestrzegania obowiązujących zasad. Mając na uwadze wszystkie znane jej fakty zdecydowała, że wpuszczenie obu mężczyzn w tym samym czasie nie stanowiło zagrożenia i nie mogło przypadkowo ujawnić tajemnicy. Przesunęła się, by przepuścić Severusa, który podziękował jej oszczędnym skinieniem. Panowie poczekali zgodnie, aż pielęgniarka zamknie drzwi, po czym pozwolili poprowadzić się przez Skrzydło. Zatrzymali się przy łóżku poszkodowanej. Dragan widząc ukochanego anioła bez chwili zawahania usiadł na łóżku i mocno ją objął, przytulając do swej szerokiej piersi. Nerwowo gładził długie, rubinowe włosy nie wiedząc co jeszcze powinien zrobić, żeby okazać jej należne wsparcie, bez wpadania powtórnie w gniew. Turkusowooki był mocno spięty, co Lady doskonale wyczuwała. Musiała go uspokoić.

– Przepraszam, Dragan – spojrzała z żalem w demoniczne tęczówki. – Nie chciałam, żebyś się o mnie martwił. To był odruch, naprawdę! Gdyby coś stało się Draco, kiedy stałam tuż obok…nigdy bym sobie tego nie wybaczyła…

– Zamknij się, nieznośna kobieto – zaśmiał się cicho. – Nigdy więcej nie przepraszaj mnie za głupoty, zwłaszcza jeśli w żaden sposób nie jesteś im winna. Wybacz, maleńka, że nie byłem w stanie cię przed tym wszystkim uchronić.

Panna Crown roześmiała się, spoglądając na przyjaciela. Luther był niepoprawny…nigdy nie potrafił pogodzić się z faktem nieuchronności pewnych zdarzeń. Nazywał ją nieznośną kobietą, a sam obwiniał się za rzeczy, na które nie mógł mieć wpływu.

– Chronisz mnie od zawsze, uparty idioto – uszczypnęła jego policzek. – Nie możesz być cały czas przy mnie. Powinnam bardziej uważać zamiast liczyć na to, że pojawi się mój nieoceniony wybawca w masce.

Poddenerwowany czarnowłosy zerknął przez ramię na pielęgniarkę. Obecnością Gacka się nie przejmował, lecz to co zamierzał powiedzieć, nie powinno dotrzeć do uszu niewtajemniczonych, a tym bardziej wyjść poza to pomieszczenie. Vallerin szybko podchwyciła źródło jego obaw i uścisnęła dłoń oddanego przyjaciela.

– W porządku, Dragan. Albus wyjaśnił madame Pomfrey kim jesteśmy i co tu robimy. Możesz swobodnie mówić.

– Siwobrody widzę w końcu podjął jakąś męską decyzję – prychnął Luther. – Jeśli ktokolwiek poza Mini i Ponurym powinien o nas wiedzieć, to madame jest najwłaściwszym wyborem. Oszczędzi nam to kilku problemów, biorąc pod uwagę twoje upodobanie do robienia sobie krzywdy w spektakularny sposób, nieostrożna kretynko. Odpoczywaj aniołku i pamiętaj, że nic nie odwiedzie mnie od wypełnienia przysięgi, którą złożyłem ci przed laty. Tarcza i miecz, śliczna. Cieszę się, że obyło się bez poważniejszych obrażeń. Arien by mnie ze skóry obdarł i głową w dół na suchej gałęzi powiesił, gdybyś ucierpiała pod moją opieką.

Lady wybuchnęła szczerym, dźwięcznym śmiechem. Znając brata rzeczywiście byłby zdolny do czegoś podobnego i nie zatrzymałaby go nawet pokrętna miłość do ekscentrycznego wnuka. Mężczyzna odsunął delikatnie kosmyk ognistych włosów z twarzy dziewczyny, nachylił się, po czym pocałował jej gładki policzek tuż przy nosie. Wiedział, że nie powinien siedzieć tu dłużej, aby nie stracić względnego opanowania, jednak wstając ociągał się z puszczeniem jej smukłej dłoni. Nie chcąc dać po sobie poznać jak bardzo wyprowadziły go z równowagi ostatnie wydarzenia, wysilił się na namiastkę beztroskiego uśmiechu. Vallerin nie pozwoliła mu swobodnie odejść. Kiedy wstawał dostrzegła znajomy cień w jego turkusowych, lodowatych oczach – mroczny i nieprzystępny blask, wydzierający spod doskonałej fasady. W ostatniej chwili rzuciła się przez łóżko, by chwycić rękaw Luthera. Zaskoczony spojrzał na nią, nie rozumiejąc czego chciała.

– Jeszcze jeden całusek? – uniósł kpiąco brew.

– Co zrobiłeś Draco? – zapytała twardo, nie puszczając skrawka materiału.

– Skąd pomysł, że cokolwiek? – zaśmiał się szorstko.

– Bo cię znam, narwańcu, i doskonale wiem, że łatwo dajesz się ponieść, jeżeli sprawa mnie dotyczy. Powiesz mi po dobroci, czy sama mam się dowiedzieć? – przesunęła palce na jego nadgarstek, opierając opuszki o gołą skórę.

– Weź na wstrzymanie, piękna! Nie musisz mi wody z mózgu robić. Nic nadzwyczajnego nie zrobiłem. Roztrzaskałem gówniarzowi obojczyk, tylko tyle – wzruszył ramionami, uśmiechając się pogardliwie na samo wspomnienie Malfoy’a.

Crown pokiwała głową z rezygnacją. Nie miała zamiaru pouczać przyjaciela, ani się na niego wściekać – spodziewała się, że nigdy nie wybaczy blondynowi przyczynienia się do zranienia jej. Okazywanie łaski, bądź przebaczenia absolutnie nie leżało w naturze Dragana. Potrafił wiele spraw przemilczeć, lecz nigdy nie zapominał przewinień, pielęgnując w sobie żądzę zemsty przez długie lata i cierpliwie wyczekując doskonałej okazji na wymierzenie sprawiedliwości. Niegdyś usiłowała z tym walczyć, próbując przekonać przyjaciela, że zemsta nie jest najlepszą drogą i nie zazna dzięki niej upragnionego spokoju. Dragan Luther był jednak zupełnie inny, niż wszyscy których znała. Dla niego wymierzenie kary własnymi rękoma, było jedyną słuszną ścieżką przynoszącą ukojenie, a ona nie chciała zmuszać go do sprzeniewierzenia się własnej naturze – byłoby to zbyt okrutne i egoistyczne. Odpuściła przeciąganie tej bezowocnej przepychanki. Nie mogła zrobić nic poza roześmianiem się. Pociągnęła rękaw przyjaciela, prosząc go gestem, żeby nachylił się nad łóżkiem. Położyła obie dłonie na jego policzkach, wpatrując się wprost w diaboliczne oczy.

– Jesteś niemożliwy, wiesz? – mrugnęła do niego – Dziękuję, że się powstrzymałeś.

– Nigdy nie zrobię nic, co mogłoby cię dogłębnie zranić, moja Lady – pocałował czoło kobiety. – Umbra et lux.

– Lux et umbra – odpowiedziała bez namysłu.

Tej cudacznej wymianie zdań Snape przypatrywał się w całkowitym milczeniu. Zerknął na stojącą obok Poppy i przewrócił oczami, widząc jej rozmarzone spojrzenie. Dla niego ta scena nie miała w sobie nic rozczulającego, a wręcz przeciwnie – ten wredny, arogancki smarkacz drażnił go z każdą sekundą coraz bardziej. Patrzenie na tak wielką zażyłość między tą dwójką przychodziło mu z ciężkim do pojęcia trudem. Jakaś część jego świadomości wzmagała poczucie żalu i winy, jakie tłumił w sobie przez te wszystkie lata, co wcale mu się nie podobało. Chcąc przypomnieć Lutherowi o swojej obecności odchrząknął ostentacyjnie i szybko tego pożałował. Dragan posłał mu poirytowane, ostrzegawcze spojrzenie godne istnego socjopaty. Kruczowłosy nie mając zamiaru denerwować Vallerin robieniem niepotrzebnych nikomu do szczęścia scen, potargał jej piękne włosy, po czym władczym krokiem ruszył w stronę Poppy. Mistrz eliksirów poczuł gulę w gardle, kiedy turkusowooki go mijał, a wszystko przez wyraz jego twarzy – wyglądał jakby ledwie milimetry dzieliły go od przekroczenia granicy i przekucia irytacji w niepowstrzymaną rzeź. Maska którą Dragan nosił w Hogwarcie opadła na tyle, żeby światło dzienne ujrzało jego prawdziwe – szalenie niepokojące – oblicze. Snape nie mając zamiaru dłużej mierzyć się z grozą tego zjawiska, pospiesznie podszedł do łóżka Lady i usiadł na krześle. Co prawda wolałby znajdować się bliżej dziewczyny, lecz nie miał śmiałości podejmować takiego ryzyka…nie, kiedy każdy jego ruch śledziły demoniczne oczy. Czuł doskonale, że kruczowłosy oceniał nawet najdrobniejszy jego gest i nie chciał dawać mu chociażby cienia powodu do zareagowania.

– Dyrektor jeszcze nad ranem zwołał naradę, żeby poinformować nas o wtajemniczeniu madame Pomfrey – przemówił oficjalnym, suchym tonem profesjonalisty. – Oczywiście usprawiedliwię twoje nieobecności i dopilnuję odpowiedniego przepływu informacji.

– Co ze sprawą Draco? Dragan…dość mocno go uszkodził.

– Zająłem się tym, to oczywiste. Panu Malfoy’owi nic nie będzie, zażył odpowiedni eliksir. Sprawa nie wyjdzie poza naszą czwórkę oraz panów Malfoy’a i Zabini’ego, masz moje słowo. Pan Malfoy za swoje niedopuszczalne zachowanie dostał oficjalne pouczenie i stosowną karę, przewidzianą w regulaminie szkoły. Do końca semestru nie będzie miał czasu na podobne wyczyny, gwarantuję. Przykro mi, że przypłaciłaś jego głupotę zdrowiem.

Vallerin uśmiechnęła się ciepło do profesora. Nie zachowywał się wobec niej tak jak zwykle, co uznała za dość niepokojące, jednak spodziewała się, że trudno było mu zdobyć się na serdeczność w obecności wciąż wkurzonego Luthera. Snape po raz pierwszy doświadczył tego, jak mogło skończyć się wyprowadzanie z równowagi kruczowłosego narwańca i nie mogło być to doświadczenie przyjemne. Zapewne przeraziła go skłonność Dragana do przesadnej brutalności, ale tym miała zamiar zająć się w odpowiedniejszym momencie.

– Nie szkodzi. Moje rany szybko się goją, a ból znika równie nagle jak się pojawia – spojrzała w ciemne oczy mężczyzny. – Czułabym się o wiele gorzej, gdyby to Draco zamiast mnie leżał teraz w Skrzydle.

Mistrz eliksirów westchnął przeciągle. Vallerin nie zdawała sobie najwyraźniej sprawy z powagi sytuacji, ani konsekwencji jakie pociągnęłoby za sobą zranienie tego dzieciaka. Zdążył aż za dobrze poznać metody działania Lucjusza i był przekonany, że Malfoy rozpętałby istną burzę z piorunami, gdyby jego ukochany jedynak ucierpiał na terenie szkoły. Ta krucha istotka po prostu rzuciła się wprost pod szpony hipogryfa, żeby ratować skórę kolegi i zasłoniła go niczym tarcza, nie zważając na ryzyko jakie podejmowała. W jej działaniu brak było chłodnych kalkulacji, wyrachowanej oceny korzyści oraz ewentualnych strat…wrodzona dobroć nakazała jej chronić chłopca, który wcześniej bezceremonialnie ją obraził. Jak wiele miłości wobec innych trzeba było w sobie mieć, by zrobić coś podobnego? Spojrzał w piękne, lazurowe oczy. Lady Crown mogła być miłosierna i wyrozumiała, lecz jego zadaniem było kształtowanie młodziutkich podopiecznych tak, by opuszczając mury Hogwartu godnie reprezentowali symbol węża. Ambicja, przebiegłość, spryt, zaradność oraz braterstwo…to były cechy urodzonych Ślizgonów! Nie zamierzał tolerować wśród swych wychowanków lenistwa, braku pomyślunku, bezradności ani wszelakiej maści przejawów najzwyklejszej głupoty. W Slytherinie nie było również miejsca dla osób mających w poważaniu swych współbraci. Slytherin był jednością i nie zamierzał zerwać z tą chwalebną tradycją, póki pełnił obowiązki opiekuna domu – choć Luther z upodobaniem mieszał mu szyki.

– Mimo wszystko ucierpiałaś z winy pana Malfoy’a i musi za to odpowiedzieć. Obawiam się, że gdybym zaniechał wymierzenia mu odpowiedniej kary, wzbudziłoby to niepokoje wśród reszty uczniów – uśmiechnął się kącikiem ust. – Cieszysz się sympatią sporej grupy naszych podopiecznych i wierz mi, że patrzą nam na ręce. Zdrowiej spokojnie i niczym się nie martw. Gdybyś czegoś potrzebowała, zawsze możesz się do mnie zwrócić.

– Tak jakbyś mógł cokolwiek dla niej zrobić, wielkonosy – prychnął turkusowooki.

– Dragan! – panna Crown zgromiła wzrokiem przyjaciela.

– Vallerin! – mężczyzna odpowiedział identycznym tonem.

– Przeproś Severusa – poleciła dosadnie.

– Niedoczekanie – warknął kruczowłosy. – Nie będę przepraszał nieudacznika, który nad jednym wkurwiającym szczylem zapanować nie potrafi. Malfoy panoszy się jak dżuma po średniowiecznych wiochach, a Ponurakeus traktuje go jak swojego ulubionego pupilka i gładzi po tym tlenionym pustostanie, zamiast opierniczać. Książę Slytherinu…cholernie upierdliwe.

– Osłabiasz mnie, chłopcze.

– To niefart, aniołku – Dragan odgarnął włosy z czoła. – Od kiedy po raz pierwszy zobaczyłem tego gówniarza wiedziałem, że to ten, który będzie sprawiał problemy. Nie wmówisz mi, moja pani, że nie zauważyłaś tego samego. Posłuchaj, Vallerin – jego ton stał się łagodniejszy – nie mówię tego wszystkiego, żeby cię zdenerwować albo poznęcać się nad Gacoperzem. Po prostu chcę, żebyście obydwoje byli szczególnie wyczuleni na tego dzieciaka. Irytuje mnie i jednocześnie zaczynam go lubić, a wiesz co to oznacza.

Poppy i Snape spojrzeli na Lady. Kobieta z poważną miną patrzyła wprost na przyjaciela, najwyraźniej poruszona jego słowami.

– Będę miała go na oku – skinęła z marsową miną. – Severusie. Wiem że zawsze mogę na tobie polegać, dlatego proszę cię byś potraktował ostrzeżenie Dragana poważnie.

Profesor odpowiedział jedynie niejednoznacznym grymasem. Pojęcia nie miał o czym tych dwoje mówiło, jednak nie sądził, by dowiedział się czegokolwiek więcej natrętnie drążąc temat. Zerknął na płomiennowłosą. Miał ochotę dotrzymać jej towarzystwa o wiele dłużej – od dawna nie mieli okazji szczerze porozmawiać – jednak czuł, że nie był najlepszy czas. Za drzwiami czekało stadko zmartwionych, poddenerwowanych uczniów wyczekujących szansy na spotkanie z pokiereszowaną przyjaciółką…brak tu było miejsca na jego sentymenty. Postanowił wrócić do Skrzydła późnym wieczorem, gdy zrobi się zdecydowanie spokojniej i będzie mógł pozwolić sobie na swobodę. Póki co podniósł się z krzesła, znacząco spoglądając na Dragana – ten facet coraz bardziej go zaskakiwał i już wcale nie był taki pewien, jak powinien go oceniać. Turkusowooki podchwycił spojrzenie, skinął na znak zgody, po czym ramię w ramię z mistrzem eliksirów ruszył ku drzwiom. Pani Pomfrey odprowadziła ich do wyjścia, nie lubiła bowiem gdy ktokolwiek kręcił się po jej królestwie bez nadzoru. Zanim ostatecznie wyszli Luther zatrzymał się na chwilę i pozwalając sobie na bezpośredniość ujął dłonie pielęgniarki. Poppy za takimi gestami nie przepadała, jednak była zbyt oczarowana kruczowłosym, żeby protestować.

– Dziękuję za pani wysiłek, madame – uśmiechnął się kusząco. – Oddaję zdrowie mego najdroższego anioła w pani ręce.

– Zatroszczę się o Lady, panie Luther. Zapewniam, że ta kruszynka opuści Skrzydło cała i zdrowa, bez narażania waszej misji.

– Dla mnie powodzenie misji nie ma najmniejszego znaczenia – przyznał, bez silenia się na dyplomację. – Moim priorytetem jest bezpieczeństwo Vallerin. Zawsze.

Po tych słowach puścił dłonie kobiety i wyszedł, wpadając wprost w oblężenie młodych czarodziei. Uczniowie zasypywali go pytaniami, nijak nie reagując na obecność Snape’a – za bardzo leżał im na sercu stan zdrowia Tei, żeby przejmowali się zgorzkniałym nauczycielem, którego złowroga aura drastycznie straciła na znaczeniu. Dragan pobieżnie odpowiadał na pytania – niekoniecznie sensownie – śledząc jednocześnie Severusa, zbliżającego się bez większych problemów do klatki schodowej. Uśmiechnął się szelmowsko. Z tą gadziną chciał sobie jeszcze pogadać i nie odpowiadało mu puszczenie go wolno. Położył dłoń na ramieniu Diggory’ego.

– Zaopiekuj się nią – poklepał bark Puchona i pobiegł w stronę mistrza eliksirów, ignorując niezadowolone dzieciaki.

Całemu temu zamieszaniu przypatrywała się pani Pomfrey. Czekała aż towarzystwo nieco się uspokoi, w międzyczasie odtwarzając wszystkie detale rozmowy, której była świadkiem. Pan Luther…cóż za interesujący mężczyzna! Znając prawdę o jego tożsamości oraz pełnionej w szkole roli, mogła przestać postrzegać go wyłącznie jako krnąbrnego ucznia i skupić się na detalach, których wcześniej nie dostrzegała. Przystojny? Oj piekielnie! Arogancki? Ponad wszelką wątpliwość. Lojalny wobec swej pani? Z całą pewnością. Niebezpieczny? Szalenie… Zastanawiały ją jego kontakty z Severusem. Znała tego chłopca od lat i jeszcze nigdy nie widziała, żeby ktokolwiek poza Draganem zwracał się do niego w taki sposób. Czy to możliwe, by tych dwóch darzyło się jakąś mocno specyficzną sympatią? Czemu nie. Jakby nie było, teraz nie miała czasu o tym myśleć. Dyrektor powierzył jej tajemnicę i wyznaczył jasną rolę w tym wszystkim – miała ułatwić pannie Crown wykonanie zadania. Tym powinna się teraz zajmować. Omiotła uczniów chłodnym spojrzeniem, starając się zachowywać tak jak zwykle. Vallerin nie miała już żadnych próśb co do kolejnych wizyt, więc ciężar wyboru spadł na nią. Madame wpuściła pannę Ganger oraz pana Zabini’ego, ponieważ sprawiali ważenie najbardziej opanowanych. Blaise szarmancko przepuścił Hermionę w drzwiach, czyniąc tym samym zadość swemu nienagannemu wychowaniu. Pomimo wielowiekowej tradycji rywalizacji między ich domami obydwoje wyznawali zasadę, że w równie szczególnych okolicznościach dopuszczalne było chwilowe zawieszenie broni, żeby nie przysparzać niepotrzebnych zmartwień wspólnej przyjaciółce. Zabini jako tako akceptował bliską znajomość między Dumbledore i Granger, ponieważ mówiąc szczerze nie za specjalnie darzył wzgardą Gryfonkę. Hermiona była mu całkowicie obojętna jako osoba, a rzeczą która zdeterminowała jego oschłe nastawienie wobec niej, była decyzja Tiary o przydzieleniu dziewczyny do Gryffindoru – nie bez znaczenia pozostawało również jej pochodzenie, jednak on nigdy do fanatyków czystości krwi się nie zaliczał i nie ciągnęło go do tego. Granger miała podobne odczucia względem Zabini’ego, którego wolała tysiąckrotnie bardziej od bucowatego Malfoy’a. Gdyby Blaise trafił do Ravenclawu lub Hufflepuffu nie wykluczała, że mogłaby się z nim zakolegować. Chłopak wydawał jej się bardzo inteligentny, dojrzały oraz dowcipny, a dodatkowego uroku dodawały mu eleganckie maniery i niewymuszony szacunek dla kobiet. Los zdecydował za nich, stawiając ich po dwóch stronach muru, wzniesionego na dziesięcioleciach wewnętrznych konfliktów dzielących Hogwart. W obecnych okolicznościach byli w stanie wznieść się ponad te utarte podziały dla ogólnego dobra, co nie należało do sytuacji często widywanych. Gallatea w jakiś nieodgadniony sposób splotła interesy Slytherinu oraz Gryffindoru – z czego młodzi adepci sztuk magicznych niekoniecznie zdawali sobie sprawę. Uczniowie pokornie szli tuż za madame, wsłuchując się w jej precyzyjne polecenia. Pielęgniarka monotonnym tonem przypomniała im, iż poszkodowane potrzebowała spokoju i nie powinni zakłócać jej wypoczynku nadmierną ekspresyjnością. Zdecydowanie zabroniła im zarzucania panny Dumbledore masą pytań. Ostatnich pouczeń udzieliła tuż przed kotarą, oddzielającą płomiennowłosą od reszty pomieszczenia i wprawnym ruchem odsunęła ciężki, sztywny materiał. Ślizgon i Gryfonka podeszli bliżej łóżka, żadne z nich jednak nie zdecydowało się na skorzystanie z krzesła – woleli stać.

– Jak się czujesz, księżniczko? – ton Zabini’ego zdradzał niepokój.

– Dużo lepiej, rycerzu. Pani Pomfrey podała mi jakieś środki przeciwbólowe – uśmiechnęła się subtelnie. – Bark trochę piecze, ale da się wytrzymać.

– To co zrobiłaś… – Ganger przysunęła się o krok – wszyscy są pod wrażeniem i martwią się o ciebie.

– Niepotrzebnie, naprawdę – błękitnooka dyskretnie wskazała miejsce, w którym stało biurko Poppy. – Jestem w dobrych rękach. Jak Draco?

Blaise zerknął kątem oka na Hermionę. Dziewczyna widziała doskonale w jakim stanie był Luther i gdy tylko spotkali się ponownie przed drzwiami Skrzydła, zadała mu dokładnie takie samo pytanie. Bynajmniej nie z powodu cudacznego sentymentu do Malfoy’a. Hermiona chciała mieć absolutną pewność, że wściekły Dragan nie przesadził z reakcją, ponieważ nie wyglądał jakby zamierzał się powstrzymywać. Lubiła turkusowookiego chłopaka, doceniała jego troskę o Dumbledore oraz nonszalancką otwartość na przedstawicieli innych domów niż Slytherin. Przełamywał sztywny, wyniosły kanon typowego Ślizgona i jawnie sprzeciwiał się tradycjom głęboko zakorzenionej, niemalże naturalnej nienawiści. Spędzał czas z kim chciał, robił co mu się podobało…swoim ekscentrycznym stylem bycia dawał nadzieję na obalenie ciążącego nad Hogwartem fatum uprzedzeń. Nie chciała, żeby Luther narobił sobie problemów słusznie wygarniając temu blond szczurkowi.

– Jest mu przykro – Zabini udzielił zdawkowej odpowiedzi. – Dragan już z nim rozmawiał.

– Pod drzwiami czekała jeszcze Greengrass – Gryfonka szybko zmieniła temat, niejako wspierając swego tymczasowego towarzysza w zgrabnym uniknięciu podjęcia nerwowej dyskusji. – Kilka minut temu musiała pobiec do waszego dormitorium, żeby złożyć referaty przed zajęciami ze Starożytnych Run. Twój też miała wziąć. Prosiła, żeby cię przeprosić i przekazać, że przyjdzie w czasie obiadu.

Lady przypuszczała skąd mogła brać się niechęć do kontynuowania rozmowy o starciu Dragan-Draco, więc nie naciskała na jej dalsze toczenie. Jeszcze przez jakiś czas dyskutowała ze znajomymi o prostych sprawach szkolnych. Przerwała im Poppy – wyprosiła tę dwójkę i wpuściła Harry’ego oraz Rona. Chłopcy nie zamierzali trzymać się ściśle wskazań pielęgniarki, dając się dość szybko ponieść emocjom. Mieli oczywisty żal do cholernego Malfoy’a, ale nie chcieli w tym momencie zadręczać koleżanki swoimi pretensjami. Przekrzykiwali się jeden przez drugiego, żeby uświadomić jej jak odważna była w ich oczach, na co reagowała jedynie powątpiewającym uśmiechem. Wcale nie czuła się odważna. Wiedziała doskonale, że nic jej nie grozi – choć to wszystko musiało wyglądać z boku dość makabrycznie – więc najzwyczajniej zrobiła to co do niej należało. W momencie ataku nie miała czasu na rozmyślania, jej ciało automatycznie zdecydowało co powinna zrobić i nie żałowała tego. Szkoda jej było biednego Hardodzioba…poczciwy zwierzak w oznace wzburzenia zachował się tak, jak podpowiadał mu instynkt i nie można było go za to winić. Musiała odwiedzić go jeszcze dziś. Rozmyślania o hipogryfie przerwał jej Potter, który nieoczekiwanie przeprosił ją za swoje zachowanie podczas zajęć. Nerwowo wyginając palce wyjaśnił, że sprawa z dementorem jest dla niego drażliwa, a zachowanie Malfoy’a jedynie spotęgowało wstyd jaki odczuwał nieustannie od pierwszego spotkania z upiornym stworem. Świadomość własnej słabości nie dawała mu spokoju i nie potrafił się z tym pogodzić. Panna Crown westchnęła cicho. Draco bezbłędnie odnajdywał najczulszy punkt u przeciwnika i bezwzględnie w niego uderzał. Nie mogła się dziwić, że Dragan zaczynał go lubić…mieli ze sobą coś wspólnego, a to mogło zwiastować znaczące komplikacje w przyszłości. Gryfoni nie mogli zostać przy niej zbyt długo, ponieważ zbliżała się godzina śniadania oraz rozpoczęcia kolejnego dnia nauki. Pożegnała chłopców szybkimi, niezobowiązującymi uściskami i położyła się myśląc, że przynajmniej do popołudnia zostanie sama. Jej przekonanie zburzyła Poppy, która wróciła z jeszcze jedną osobą.

– Mogę? – Cedrik wskazał na brzeg łóżka.

– Pewnie! – przesunęła się robiąc mu więcej miejsca – Siadaj.

Puchon nie skorzystał z pełni zaoferowanej powierzchni. Wolał trzymać się krawędzi, nic chcąc zagrażać wygodzie Ślizgonki. Przez dłuższą chwilę spoglądał na nią z nikłym uśmiechem. Wyglądała dosyć blado i zapewne musiała być zmęczona przeciągającymi się rozmowami z zaniepokojonymi znajomymi. W sumie sam nie był do końca pewny czy powinien zabierać jej czas.

– Nie musisz biec na zajęcia? – przekrzywiła lekko głowę, zaniepokojona milczeniem kompana.

– Dziś zaczynamy później – wystarał się o ciepły uśmiech. – Chciałbym z tobą posiedzieć, jeśli nie masz nic przeciwko.

– Oczywiście, że nie. Myślałam, że zostanę sama aż do obiadu.

Diggory podziwiał jej szeroki, łagodny uśmiech. Potargane przez Dragana włosy opadły nierówno na twarzyczkę dziewczyny, kontrastując zachwycająco z jej alabastrową cerą. Spod niesfornych pasm spoglądały na niego duże, błyszczące, lazurowe oczy. Przepiękne. Nie mógł się nie uśmiechnąć, choć w rzeczywistości do śmiechu wcale mu nie było. Pod drzwiami Skrzydła odbył poufną rozmowę z Lutherem, w trakcie której dowiedział się więcej o kłótni między Draco a Teą, która prawdopodobnie stała się katalizatorem późniejszych wydarzeń. Kruczowłosy doprecyzował o co poszło z punktu widzenia Malfoy’a i ta wiedza nie dawała Puchonowi spokoju.  

– To moja wina, prawda? – opuścił wzrok, przytłoczony ciężarem ponurych myśli.

Dumbledore zmarszczyła brwi, nie mając bladego pojęcia skąd wzięły mu się podobne wnioski. Próbowała wyobrazić sobie jakiż to proces myślowy mógł przekonać Cedrika, że jej obecny stan był jego winą – wszelka logika zawiodła z kretesem. Przysunęła się bliżej chłopaka, który nawet przelotnie na nią nie spojrzał. Szare oczy na dobre utkwiły w białej, wykrochmalonej pościeli i nic nie wskazywało na to, by miały zaprzestać cudacznej obserwacji. Lady uśmiechnęła się ciepło, po czym koniuszkami palców uniosła jego podbródek, odbierając mu szansę na kontynuowanie wykrętów. Puchon całkowicie poddał się magii jej dotyku, usilnie próbując zapanować nad rumieńcem – bezskutecznie. Wydawało mu się, że jego twarz płonie. Był tym faktem dogłębnie zawstydzony, co potęgowało nieznośnie poczucie pieczenia. W rzeczywistości te straszliwe rumieńce ograniczały się do ledwo widocznego, bardzo naturalnego różu – łatwego do przeoczenia akcentu, nadającemu jego twarzy chłopięcej niewinności.

– Co ci przyszło do głowy? – płomiennowłosa zapytała cicho.

– Malfoy zachował się okropnie wobec Harry’ego, bo zirytowało go to, że odprowadziłem cię na zajęcia. Nie pokłócilibyście się, gdybym się nie uparł na odprowadzenie cię – powtórnie uciekł wzrokiem.

– To już jego problem – panna Crown pogładziła delikatnie jego brodę. – Chciałam spędzić z tobą trochę czasu i ucieszyłam się kiedy zaproponowałeś, że mnie odprowadzisz. Draco nie powinien się wtrącać, ani tym bardziej wyładowywać złości na Harrym. Nasza kłótnia to nie twoja wina.

Cedrik uśmiechnął się bez przekonania. Mimo zapewnień błękitnookiej wcale nie poczuł się lepiej, bowiem nie chciał stawać między nią, a jej przyjaciółmi. Wiedział doskonale jak byłoby to postrzegane przez resztę domu węża…żałosny, bezwartościowy Puchon wchodzący w drogę Ślizgonom. Był pewien, że jeśli będzie egoistycznie spędzał więcej czasu z Teą, narazi ją na kpiny większości Slytherinu – zapewne nie rzucane prosto w twarz, w końcu miała po swojej stronie Luthera z którym nikt ceniący własne życie nie chciałby zaczynać. Szeptanie potrafiło jednak być znacznie boleśniejsze. Slytherin pogardzał Hufflepuffem i nic nie było w stanie tego zmienić…nawet wola najpiękniejszej dziewczyny w całej szkole – niekoronowanej księżniczki Hogwartu. Zsunął podbródek z jej palców, czego rychło pożałował. W chwili, gdy jego skóra przestała się stykać z jej delikatnymi opuszkami, już zaczął tęsknić za jej dotykiem – zdawał sobie sprawę z tego, że nie byłby w stanie jasno myśleć pod jego wpływem.

– Cedrik, mógłbyś poprosić panią Pomfrey?

Zaniepokojony spojrzał na dziewczynę, zbity z tropu jej nagłą prośbą. Wyglądała co prawda blado, jednak nie bardziej niż zazwyczaj – od samego początku roku sprawiała wrażenie zmęczonej. Miał nieodpartą ochotę dotknąć jej czoła, żeby sprawdzić czy czasem nie gorączkuje i ledwo zdołał oprzeć się tej pokusie. Nie miał najmniejszego prawa na tak jednoznacznie czułe gesty wobec Ślizgonki…nie, kiedy orientował się perfekcyjnie w możliwych następstwach swojego egoizmu. Wstał gwałtownie i szybkim krokiem ruszył między wolnymi łóżkami, czekającymi na młodych pacjentów, kierując się ku wyjściu. Rozglądał się nerwowo w poszukiwaniu Poppy. Przyspieszył dostrzegając czarownicę siedzącą przy biurku, pogrążoną w uzupełnianiu dokumentacji medycznej. Pielęgniarka zwróciła na niego uwagę dopiero, gdy zatrzymał się tuż przed jej stanowiskiem, delikatnie poddenerwowana koniecznością oderwania się od pilnych zajęć administracyjnych. Zerknęła na młodzieńca znad ciemnych oprawek okularów, po czym zdjęła je zdecydowanym ruchem widząc, że nie miał zamiaru się cofnąć.

– Słucham, panie Diggory – westchnęła z rezygnacją.

– Przepraszam, że pani przerywam, madame, ale Gallatea panią prosi – zakomunikował z nieprzesadną pewnością w głosie.

Pomfrey natychmiast poderwała się z krzesła, nie chcąc tracić czasu na dopytywanie o co mogło chodzić. Gestem nakazała Puchonowi iść za sobą i nie ociągając się, odmaszerowała energicznie w stronę łóżka zajmowanego przez Lady Crown. Ced był zmuszony wydłużyć krok, żeby chociażby spróbować nadążyć za pielęgniarką. Zastanawiało go zachowanie pani Pomfrey. Przez lata spędzone w Hogwarcie nie raz bywał w Skrzydle – czy to jako pacjent, czy osoba odwiedzająca – lecz nigdy nie widział, by władczyni tego królestwa wyzbywała się deprymującego spokoju i od tak gnała potulnie na każde zawołanie. Tea była co prawda wnuczką samego dyrektora, jednak madame daleko było do osoby faworyzującej kogokolwiek. Surowa, zasadnicza czarownica podchodziła do wykonywania swoich obowiązków z niezachwianym, chłodnym profesjonalizmem i wszyscy byli tego świadomi. Czemu więc teraz wydawała mu się tak…przejęta i niespokojna? Jego krtań ścisnęła żelazna obejma, gdy przez myśl przeszło mu, że stan płomiennowłosej mógł być znacznie poważniejszy niż nauczyciele chcieli przyznać i dlatego Poppy była równie przeczulona. Zdekoncentrowany przez okropne przeczucia nieomal wpadł na pielęgniarkę, kiedy zatrzymała się przy łóżku podopiecznej, racząc dziewczynę wyrozumiałym, ciepłym uśmiechem – zjawiskiem częstym mniej więcej porównywalnie do występowania zorzy polarnej.

– Coś się stało, kochanie? – madame spojrzała w lazurowe oczy – Środki przeciwbólowe przestały działać?

– Nie, madame – panna Crown pokręciła głową. – Zastanawiałam się, czy mogłabym panią o coś poprosić. Wczoraj obiecałam Hardodziobowi, że będę go codziennie odwiedzać i chciałabym tej obietnicy dotrzymać. Mogłabym wyjść na chwilę?

Poppy nie powstrzymała uśmiechu ulgi. Naturalnie zgodziłaby się bez chwili wahania, jednak miała za plecami jednego z uczniów, więc uznała, że powinna chociaż postarać się o zachowanie jako takich pozorów. Zaplotła ciasno ręce na piersi, prostując się niczym struna.

– Powinnam zdecydowanie odmówić – przemówiła twardo. – Niedawno przyjęłaś leki i jesteś jeszcze osłabiona przez utratę krwi. Nie powinnaś sama wychodzić ze Skrzydła, a tym bardziej z zamku! Skoro jednak jest z nami pan Diggory dam ci godzinę, o ile Cedrik pójdzie z tobą i będzie miał cię na oku.

Ognistowłosa spojrzała prosząco na kolegę, doskonale rozumiejąc zasady gry zainicjowanej przez madame. Puchon chciał się zgodzić zanim jeszcze Pomfrey na dobre skończyła ostatnie zdanie. Przeczuwał że nie powinien tego robić, jednak nie potrafił odmówić sobie szansy na spacer z Dumbledore – nawet wiedząc, jak koszmarnie zakończył się ostatni. Mógł ją zanieść do tego hipogryfa, byleby sprawić jej przyjemność i powtórnie zobaczyć radość na jej anielskiej buzi. Uśmiechnął się nieśmiało.

– Zaopiekuję się nią, pani Pomfrey

– Mam nadzieję, mój drogi! – kobieta złagodniała, dostrzegając rozczulające przejęcie na twarzy chłopca – Gallatea to wyjątkowa kruszynka, więc pilnuj jej dobrze. Niech pan zaczeka za drzwiami. Wstawaj, kochanie! Szpitalna koszula nie nadaję się na wędrówki, a już szczególnie nie o tej porze roku. Sprawdzę co panna Greengrass nam tu wczoraj przyniosła.

Diggory, spłoszony wizją zostania świadkiem przebierania się ognistowłosej, opuścił pomieszczenie w zorganizowanym pośpiechu. Zgodnie z delikatną sugestią Poppy znalazł odpowiednie miejsce do zaczekania na towarzyszkę. Usiadł na marmurowym, zimnym parapecie i oparł się plecami o kamienną ścianę, spoglądając przez okno na dziedziniec zamku. Nie ciekawił go widok jako taki – skupił się na niewyraźnym odbiciu własnej twarzy. Przesunął dłonią po bezładnych włosach, odgarniając przydługie pasma na prawy bok. Po raz kolejny zadał sobie to samo, frustrujące pytanie – co on najlepszego wyprawiał? Zawsze uważał się za rozsądnego faceta, który nie kieruje się w życiu porywami nagłych emocji. Czemu teraz odnosił wrażenie, że całą jego żelazną logikę szlag trafił? Dlaczego nie potrafił oprzeć się pokusie przebywania z Teą, choć rozum bez ustanku krzyczał, iż powinien dać sobie z tym spokój? Z jakiego niepojętego powodu ignorował życzliwe rady znajomych, ciągnąc do tej dziewczyny niczym mucha do słodkości? Pojęcia nie miał. W tym wszystkim nie chodziło tylko o niego…decyzje które podejmował mogły zaszkodzić pannie Dumbledore, a to jej dobro powinien mieć na uwadze. Był częścią szkolnej społeczności od ładnych kilku lat i wiedział aż za dobrze, że Slytherin nie odpuści zniewagi jaką była dla nich zbyt bliska relacja między Ślizgonką, a Puchonem. Widywał to dziesiątki razy w różnych wydaniach, lecz zawsze kończyło się tak samo. Wychowankowie domu węża jasno hierarchizowali swój stosunek do pozostałych uczniów i Hufflepuff nigdy nie wypadał korzystnie. Oczywiście Ślizgoni największą wrogością darzyli Gryffindor – niezmiennie od setek lat – jednak Puchoni prezentowali się w ich oczach niewiele lepiej. Dumni reprezentanci Slytherinu widzieli w dzieciakach z Hufflepuff zbiorowisko słabych, usłużnych naiwniaków o beznadziejnie cnotliwym podejściu do życia. Ced uśmiechnął się sam do siebie. Nikt inny oprócz tej bandy zawziętych spryciarzy nie uznałby czegoś podobnego za odpychające. Gallatea…ona była inna. Łączyła w sobie cechy wszystkich czterech domów: odwagę, śmiałość i opanowanie Gryffindoru; inteligencję, otwartość i zdrowy rozsądek Ravenclawu; uprzejmość, pracowitość i pokojowość Hufflepuffu oraz spryt, ambicję i zaradność Slytherinu. Bardziej pasowałaby na pozbawioną konkretnej przynależności reprezentantkę całego Hogwartu niż Ślizgonkę. Panna Dumbledore nie uznawała narzucanych przez tradycję ograniczeń, choć wyznawali je wszyscy wokół niej o czym wiedział cholernie dobrze. Promykiem nadziei w ten przytłaczającej plątaninie delikatnych zależności mógł okazać się Dragan. Luther od samego początku nie krył się z tym, w jak głębokim poważaniu miał opinie innych oraz niepisane zasady zakorzenione w świadomości szkolnej braci. Chodził gdzie chciał, mówił co chciał, robił co chciał…Diggory do tej pory jeszcze nie widział, by ktokolwiek potrafił go przymusić do czegokolwiek. Czasem Dragan oczywiście ustępował, jednak zawsze dawał do zrozumienia, że jest to dla niego upierdliwe, męczące i wszyscy powinni postrzegać jego ustępstwo jako miłosierną łaskę. Szarooki oparł głowę o szybę. Skoro to właśnie jemu kruczowłosy powierzył opiekę nad Teą, to nie mógł mieć pretensji o ich, dopiero budującą się, relację. Co jednak jeśli…Myśl umknęła Puchonowi, spłoszona przez wyraźny odgłos otwieranych drzwi. Wyprostował się natychmiast i skamieniał, widząc stojącą na korytarzu Dumbledore. Pomimo obandażowanego ramienia wyglądała ślicznie w prostej, ciemnozielonej sukience i związanych w wysoki kucyk włosach. Cedrik westchnął i zeskoczył z parapetu, szczerząc się znacznie szerzej niż podejrzewał. Wszystkie jego obawy…cała ta niepewność i deprymująca paranoja dotycząca domów, po prostu uleciały w ułamku sekundy. Wystarczyło jedno spojrzenie lazurowych oczu by zrozumiał, że nie chciałby być nigdzie indziej. Podszedł do dziewczyny i podsunął jej ramię, stając u jej boku – tam, gdzie było jego miejsce.

– Idziemy? – uśmiechnął się serdecznie.

– Prowadź!

Przemierzając powoli opustoszałe, szkolne korytarze nie rozmawiali zbyt wiele. Wzrok chłopaka, mimowolnie, cały czas uciekał ku bieli bandaży, podsycając poczucie winy. Cieszyło go, że Tea nie podzielała w tym temacie jego zdania, mimo wszystko jednak wstydził się sam przed sobą. Gdyby ten hipogryf ponowił atak…nie chcąc o tym myśleć przeniósł wzrok przed siebie, starając się monotonią wędrówki rozpędzić drastyczne gdybania – i tak spędził nad nimi znacznie więcej czasu, niż powinien. Kilkunastokrotnie roztrząsał to co wiedział o wypadku obwiniając na przemian siebie, Malfoy’a, Hardodzioba, a nawet bogu ducha winnego Hagrida. Dopiero Dragan, tuż przed drzwiami Skrzydła, wyrwał go z tego zaklętego cyklu bezsensownych rozważań – po prostu pacnął go w tył głowy mówiąc, żeby nie rozpamiętywał przeszłości tylko skupił się na tym, co mógł realnie zrobić dla panny Dumbledore. Zerknął na towarzyszącą mu dziewczynę. Póki co powinien zapewnić jej względnie bezpieczne spotkanie z hipogryfem, a co dalej…czas pokaże. Kiedy wyszli poza mury szkoły wnuczka dyrektora zwolniła nieznacznie kroku, czym zaalarmowała Puchona.

– Wszystko w porządku? – zapytał z troską.

– Tak – zaśmiała się. – Troszkę się zmęczyłam, to wszystko.

Diggory przystanął, niepewnie przyglądając się błękitnookiej. Szukał w sobie odwagi na zadanie pewnego pytania, jednak nie wiedział zupełnie jak ubrać myśli w słowa więc zrezygnował. Po raz kolejny zaczął szczerze zazdrościć Lutherowi. Gdyby był z Teą tak blisko jak Dragan i miał choć ułamek jego niewymuszonej nonszalancji, mógłby wziąć ją na ręce i zanieść do tego hipogryfa nie słuchając słów sprzeciwu – zachować się jak prawdziwy mężczyzna. Nie był na tyle śmiały i otwarty, żeby zasugerować podobne rozwiązanie. Śmiał podejrzewać, że dziewczyna źle odebrałaby jego intencję, a na to nie mógł sobie pozwolić. Od momentu w którym dyrektor przedstawił uczniom Dragana Luthera, Ced ukradkowo go obserwował. On sam zadawał sobie sprawę z własnej popularności wśród koleżanek i był tym faktem zawstydzony na tyle, że chciał zobaczyć jak nowy uczeń poradzi sobie z podobną sławą – tej decyzji nie pożałował. Kruczowłosy zazwyczaj odnosił się do dziewcząt uprzejmie, ale dość wyraźnie zaznaczał swoistego rodzaju chłodny dystans, którego raczej nie przełamywał. Wydawał się znudzony zainteresowaniem jakie budził, co nie było czymś typowym dla faceta w jego wieku. Czasem Luther pozwalał sobie na uwodzicielskie zagrania lub delikatne flirty, ale nie podchodził do tego poważnie i nie wdawał się w bliższe relacje z dziewczynami, znacznie częściej wybierając towarzystwo kolegów. Gallatea była jedyną, którą traktował jakoś…inaczej – choć Diggory nie potrafił wskazać jednoznacznie na czym ów różnica polegała. Dragan przy Tei zachowywał się znacznie swobodniej, żartując i drocząc się z nią niemalże bezustannie. Patrząc na nich z boku odnosiło się wrażenie, że znają się od bardzo dawna, doskonale rozumieją i darzą olbrzymim szacunkiem, pozbawionym całkowicie protekcjonalnej nuty. Puchon zaczął chcieć tego samego. Obserwując tę dwójkę zapragnął zbudowania wyjątkowej relacji z dziewczyną, na której mu zależało. Owszem, zależało! Nie mógł oszukiwać samego siebie usiłując wmówić sobie, że było inaczej. Panna Dumbledore była dla niego istotą bezsprzecznie wyjątkową – taką, którą miał nieodpartą ochotę poznać jak najlepiej. Postawił sobie jasny cel, który mógł osiągnąć jedynie poprzez trudną drogę powolnego zbliżania się do płomiennowłosej.

– Może chcesz usiąść na chwilkę? – spojrzał w lazurowe tęczówki.

– Nie trzeba – pokręciła subtelnie głową. – Już mi lepiej. W zamku jest dość duszno i gorąco, a tutaj mogę odetchnąć.

Nie naciskał. Kontynuowali niespieszny spacer ku linii Zakazanego Lasu, podczas którego Cedrik opowiadał koleżance o swoim domu. Ucieszył się jak dziecko, gdy zapytała jak radził sobie na pierwszym roku – to że była zainteresowana jego doświadczeniami, przyjemnie podbudowało jego poczucie własnej wartości. Wspominał ceremonię przydziału oraz stres jaki odczuł siadając na taborecie przed wszystkimi uczniami. Z uśmiechem rozpamiętywał zawiązywanie pierwszych, nieporadnych przyjaźni z Puchonami, pierwszą noc w dormitorium i cichą, wyjątkowo serdeczną imprezę powitalną zorganizowaną przez prefektów. Podzielił się również traumą, jaką było dla niego poznanie wymagającego grona pedagogicznego, na czele z niereformowalnym Snapem. Streszczając historię kociołka, który wybuchł z impetem podczas pierwszego tygodnia nauki, nawet nie zauważył kiedy dotarli do gęstej ściany Lasu. Tea chciała wejść wprost w mroczną knieję, ale powstrzymał ją nieelegancko przyciągając za zdrowe ramię. Uśmiechnął się przepraszająco widząc nieme pytanie w przecudownych, błękitnych oczach.

– Chyba powinniśmy najpierw iść do Hagrida, nie uważasz? – zabrał dłoń z barku dziewczyny.

– Masz rację. Pewnie byłby zły, gdybym bez jego wiedzy zbliżyła się do hipogryfów, ciągnąc cię za sobą. Tylko…w którą stronę powinniśmy iść?

Chłopak przez chwilę obserwował jak panna Dumbledore, stojąc na palcach, rozgląda się wokół. Wyglądała uroczo z niepewnością wymalowaną na porcelanowej buzi. Lady czuła na sobie jego spojrzenie, ale nie zamierzała jakoś specjalnie na to reagować. W głębi ducha przeklinała swój brak orientacji w terenie, który powinien być jej doskonale znany. Zakazany Las zmienił się diametralnie od czasu, gdy widziała go po raz pierwszy i prawdę mówiąc unikała zbliżania się do niego, o ile miała taką możliwość. Ten mały zagajniczek, który rozrósł się do rozmiarów najprawdziwszej puszczy, nieustannie przypominał jej jak wiele lat upłynęło…w jej odczuciu ledwie wczoraj wałęsała się w towarzystwie Roweny oraz Helgi pośród młodziutkiego drzewostanu, rozmawiając o wszystkim i niczym zarazem.

– Zaprowadzę cię – z nostalgicznych wspominek wyrwał ją głos Diggory’ego.

– Dzięki, Ced – przeniosła wzrok na chłopca. – Mam nadzieję, że nie zabieram ci zbyt dużo czasu.

– Jasne, że nie! – zaprotestował twardo – To dla mnie przyjemność.

Puchon poczuł rozbrajające, przemiłe ciarki na plecach. Ced…kiedyś nie przepadał za tym zdrobnieniem, uważając je za wymuszone i dziwnie brzmiące. Najbliżsi znajomi nazywali go tak od pierwszego roku, więc mimo licznych prób nie był w stanie się go pozbyć. Jakoś zaakceptował to zdrobnienie i przestał zwracać na nie uwagę, lecz w ustach ognistowłosej zabrzmiało tak słodko – mógłby słuchać godzinami jak wymawia jego przydomek, tym swoim melodyjnym głosem. Idąc z nią pod rękę z każdą sekundą czuł się szczęśliwszy. Tuż przy nim, lekko podrygując, szła dziewczyna w której upatrywał istnego ideału. Była tak blisko…jej długie, rubinowe włosy łaskotały jego odsłonięte przedramię, przyprawiając go o gęsią skórkę. Wsłuchiwał się w jej dźwięczny głos, powoli przestając wychwytywać poszczególne słowa – zbyt oczarowała go sama symfonia. W myślach raz po raz dziękował opatrzności za danie mu szansy towarzyszenia Gallatei w tym spacerze oraz nie pozwolenie, by zaprzepaścił ten uśmiech losu. Mógłby tak iść z nią choćby i na koniec świata, jednak nic co dobre nie trwa wiecznie. Nim na dobre zbliżyli się do chatki Hagrida, gajowy wybiegł im na powitanie, donośnym tupaniem wyrywając Cedrika z błogiego rozmarzenia. Olbrzym podbiegł do wnuczki dyrektora, po czym niewiele myśląc poderwał ją z ziemi, zamykając w ciasnych objęciach.

– Na brodę Merlina, Tea! – zawołał patrząc na drobną buzię – Jak się czujesz?

– Byłoby lepiej, gdybyś mnie nie dusił – roześmiała się.

Rubeus odstawił Ślizgonkę, poważnie zawstydzony swoim kompletnym brakiem wyczucia. Zerknął przelotnie na Diggory’ego kiwając mu w geście przywitania. Nie był za bardzo zaciekawiony obecnością chłopaka, ponieważ całe zainteresowanie skupił na pannie Dumbledore i nie miał ochoty rozmyślać na inne tematy. Zamiast tracić czas na zdrowego młodzieniaszka, z ubolewaniem wbił wzrok w biały bandaż przysłaniający ramię błękitnookiej.

– Pani Pomfrey poskładała cię jakoś? – dotknął ostrożnie jej barku, zaledwie jednym palcem.

– Bez większych problemów. Nie martw się, wracam do formy – wyprostowała się dumnie. – Madame Pomfrey obiecała, że wypuści mnie ze Skrzydła w przeciągu najbliższych trzech dni.

– Dobrze słyszeć. Jak ta glizda? – Hagrid uświadomiwszy sobie, że nie powinien tak mówić o jednym ze swoich uczniów, pospiesznie sprostował – Malfoy znaczy.

– Żebym to ja wiedziała – Lady westchnęła odrobinkę teatralnie. – Wiem tylko, że profesor Snape już z nim rozmawiał i wybrał odpowiednią karę.

– Dragan również – Ced odezwał się po raz pierwszy.

– Luther? – gajowy spojrzał na Puchona, który przytaknął – Mam nadzieję, że Malfoy to przeżył. Ja się boję, co ten dzieciak mógł wymyślić!

– Ja też – panna Crown przyznała szczerze. – Draco nie przyszedł mnie odwiedzić, więc nie jestem pewna, czy Dragan go ze skóry nie obdarł.

– Albo nóg mu nie połamał – szarooki mrugnął do niej porozumiewawczo.

– Albo wątroby nie wyrwał – Rubeus przyłączył się do osobliwej zabawy.

– Albo dłoni nie odciął – dziewczyna kontynuowała, ciekawa co z tego wyniknie.

– Albo oczu nie wyłupił – Ced najwyraźniej bawił się całkiem dobrze.

– Albo języka nie wyrwał. Chociaż, to by Malfoy’owi na dobre wyszło – Hagrid uśmiechnął się, ale bardzo szybko doszedł do wniosku, że tak tym bardziej nie powinien mówić. – Holibka! Zapomnijcie, że coś mówiłem! Ja nic nie mówiłem!

– Nic nie słyszałam, a ty Ced?

– Nic a nic.

– Dobre z was dzieciaki – brodacz zaśmiał się ciepło. – Macie u mnie po kubku gorącej czekolady i koszyku ciasteczek domowej roboty. A no właśnie, właśnie! Co wy tu tak w ogóle robicie?

– Madame Pomfrey pozwoliła mi wyjść na trochę ze Skrzydła pod opieką Cedrika, bo mam do ciebie wielką prośbę, Hagridzie. Mogłabym odwiedzić Hardodzioba?

Potężny mężczyzna zasępił się, nie będąc przekonanym czy właściwym pomysłem było zezwolenie na spotkanie uczennicy ze zwierzęciem, które ją okaleczyło. Co prawda nie wierzył, żeby hipogryf zdolny był do agresywnej reakcji ale wczorajszy wypadek…to wstrząsnęło nim do żywego. Nie chciał by komukolwiek stała się krzywda na jego zajęciach i pluł sobie w brodę, że nie poszedł za podszeptami rozumu, w efekcie doprowadzając młodziutkich czarodziei do ryzykownego zaznajamiania się z jednym z bardziej wymagających stworów. No ale to o Hardodzioba chodziło! Poczciwa była z niego ptaszynka. Gdyby tylko ta blond gadzina oślizgła nie wyprowadziła zwierzaka z równowagi, zajęcia mogły skończyć się zupełnie inaczej, a i nikt by cierpieć nie musiał. Rubeus mógłby i cały tydzień rozważać, analizować, rozmyślać z przejęciem, gdyby nie sprowadził go na ziemię głos Diggory’ego.

– Pozwól jej, Hagridzie. Opuściła Skrzydło specjalnie po to, żeby dotrzymać złożonej obietnicy. Sam mówiłeś, że człowiek wart jest tyle, ile dane przez niego słowo.

– Żebyś ty inne moje mądrości tak dobrze pamiętał! O cukierki wtedy chodziło. Cukierki! Jest pewna różnica między słodkościami, a hipogryfem. Spora nawet.

– Ja tam nie wiem – płomiennowłosa spojrzała na zaintrygowanego gajowego.– Jak dla mnie Hardodziob jest całkiem słodki a obietnica, czegokolwiek by nie dotyczyła, obietnicą pozostaje.

– No dobrze. Poddaje się zanim mnie tu zagadacie. Możesz zobaczyć się z Hardodziobem, ale tylko przez kilka minut! Cedrik i ja będziemy cały czas z tobą. Zgoda?

Dziewczyna przytaknęła uradowana. We trójkę ruszyli ku zagrodzie hipogryfów, z przejętym Hagridem w roli przewodnika. Zamyślony gajowy zdawał się nie zwracać większej uwagi na idących za nim uczniów – zbytnio pochłaniało go analizowanie własnych obaw. Płomiennowłosa postanowiła skorzystać z nieuwagi mężczyzny i lekko pociągnęła przedramię Puchona, zmuszając go by pochylił się ku niej.

– Dziękuję, że się za mną wstawiłeś – szepnęła mu niemalże do ucha.

– Wiem jak ci na tym zależało – uśmiechnął się nieśmiało.

Rozmawiali szeptem, dopóki nie stanęli przy zagrodzie. Stadko hipogryfów przyglądało się ciekawsko nieoczekiwanym gościom, utrzymując bezpieczny dystans. Tea, za pozwoleniem Rubeusa, oparła dłonie o drewniany parkan, wypatrując swego nowego kolegi. Nie musiała długo czekać. Hardodziob odłączył się od stada, po czym podbiegł wprost do dziewczyny. Ignorując niepewne ruchy dwóch mężczyzn, położył łeb na zdrowym ramieniu Ślizgonki, piórkami łaskocząc jej szyję. Cichymi pomrukami dawał upust swoistego rodzaju uldze. Dumbledore pogładziła czubek jego głowy, uśmiechając się serdecznie.

– Mówiłam, że nic mi nie będzie – zaśmiała się, zerkając wprost w oko zwierzęcia. – Nie martw się, proszę.

                  Luther rozsiadł się za biurkiem Severusa, arogancko wskazując przyszłemu rozmówcy krzesło po drugiej stronie – to samo na którym zwykli siadywać, oczekujący wyznaczenia należnej kary, uczniowie. Snape niechętnie zajął wyznaczone miejsce, nie mając większego wyboru. Średnio podobało mu się uleganie upokarzającym zagrywkom Dragana, jednak nie chciał zniechęcać kruczowłosego do rozmowy – przynajmniej dopóki nie uzyska jasnej odpowiedzi na pytanie, które nurtowało go od dłuższego czasu. W sumie był to jedyny powód jego zgody na chwilę dyskusji z tym psychopatycznym narwańcem. To co Dragan zrobił z Malfoy’em…mistrz eliksirów jeszcze nie zdołał się po tym otrząsnąć. Oglądając obrażenia Draco czuł jak opuszczały go wszelkie siły, a mdłości coraz wyraźniej domagały się nieeleganckiego ujścia. Luther z przerażającą łatwością mógłby pozabijać ich wszystkich i nawet by mu powieka nie drgnęła podczas wykonywania krwawego wyroku. Z bezlitosną, kunsztowną precyzją rozerwał gołymi dłońmi skórę i mięśnie blond arystokraty, na dokładkę brutalnie roztrzaskując kości. Severus po bliższych oględzinach stwierdził z przerażeniem, że atak, który wziął początkowo za przejaw czystej furii, nie miał w sobie nic z chaotycznej przypadkowości. Turkusowooki dokładnie wiedział w jaki sposób zadać maksymalny ból, przy ograniczeniu do niezbędnego minimum drastyczności ran. Coś takiego…takie opanowanie i chłód w niesieniu cierpień, wymagały olbrzymiej wiedzy popartej makabrycznym doświadczeniem. Dragan Luther z całą pewnością zaliczał się do artystów w swoim fachu i Snape wolał się nie zastanawiać, co ten chłopak wyczyniał zanim trafił do Hogwartu. Kruczowłosy dopadł go na schodach, lakonicznie informując, iż mają do pogadania i zaczeka w jego gabinecie, po czym sam zbiegł do lochów jak gdyby nigdy nic zostawiając za sobą zdumionego profesora. Czarnookiemu długo zajęło opanowanie się na tyle, by w miarę spokojnie wkroczyć do swojej własnej pracowni – jednak już w progu cała pewność siebie uleciała. Zastał Luthera z nogami założonymi na jego biurko i nieodłącznym papierosem, ćmiącym w kąciku wygiętych w demoniczny uśmieszek ust. Severus pojęcia nie miał jak Lutherowi udało się wejść do jego gabinetu, pomimo zawsze zakładanych zabezpieczeń, i ogólnie rzecz biorąc wiedzieć nie chciał – Dragan przerażał go, irytował i fascynował, a sam nie wiedział która z tych emocji przeważała. Nauczyciel spojrzał ukradkiem na kompana i zacisnął mocniej usta widząc, że turkusowooki wcale nie kwapił się do rozpoczęcia dyskusji. Skoro temu psycholowi się nie spieszyło, Snape postanowił skorzystać z okazji.

– Mogę cię o coś zapytać? – zaczął ozięble.

– Jeśli musisz, Ponury – chłopak przewrócił ostentacyjnie oczami. – Miejmy to już za sobą.

– Dlaczego tak bardzo troszczysz się o Vallerin? – profesor wyprostował się, chcąc nadać pytaniu należnej powagi – Jest od ciebie potężniejsza. Jej moc wielokrotnie przekracza możliwości nas wszystkich razem wziętych, więc nie rozumiem z jakiego powodu się o nią martwisz.

Dragan wybuchnął śmiechem, zupełnie innym od tego, który Snape słyszał do tej pory. Zazwyczaj śmiech Luthera przypominał bolesną, wyrachowaną kpinę, lecz tym razem…brzmiał magnetycznie i tajemniczo, przez co doskonale pasował do przyjemnej powierzchowności kruczowłosego.

– Ty naprawdę nie rozumiesz, prawda? Żałosne, Gacku! Oj żałosne…Widujesz Lady niemalże codziennie od przeszło dwóch lat i nie zauważyłeś?! Musisz być wyjątkowo ślepy, Severusie, nawet jak na nietoperza. Tak z ciekawości, znasz się choć trochę na kamieniach szlachetnych? Wiesz, takie ładne świecidełka co robią błysku-błysk.

Zdezorientowany przebiegiem rozmowy mistrz eliksirów przecząco pokręcił głową, nie wychwytując teatralnie protekcjonalnego tonu rozmówcy. Turkusowooki poprawił oparte o blat nogi, wyciągnął sfatygowaną papierośnicę i zapalił kolejnego papierosa, wypuszczając obłok gryzącego dymu wprost ku twarzy Severusa. Uśmiechnął się złośliwie, widząc grymas niezadowolenia na twarzy nauczyciela.

– Pozwól więc profesorze, że dla odmiany to ja dam ci wykład. Diament! – Dragan odchylił się wraz z krzesłem – Najpiękniejszy i najbardziej tajemniczy spośród szerokiej rodzinki kamieni. Piękny, ceniony, pożądany, a im doskonalszy tym rzadszy. Wszyscy wiedzą o jego zdumiewającej twardości. Wydaje się wprost niezniszczalny! Wystarczy jednak jeden niewłaściwy ruch, a diament rozsypie się w pył, dlatego jest cholernie fascynujący. Nieporuszony i diabelnie kruchy zarazem. Delikatny w swej legendarnej wytrzymałości – zerknął na kompana. – Dla mnie Vallerin jest właśnie takim diamentem. Przeznaczenie obdarowało ją siłą, której nikt nie może się skutecznie przeciwstawić…potęgą, wykraczającą poza granice przeciętnego pojmowania! Żart polega na tym, Nosaty, że ta piorunująca, niszczycielska moc spoczęła w dłoniach kobiety o niepasującym charakterze. Vallerin pozbawiona jest szalonego, chaotycznego okrucieństwa, które nierozerwalnie wiąże się z istotą jej zdolności. Ta dziewczyna ma bardzo wrażliwe serce, zbyt delikatne by korzystać w pełni z przywilejów podarowanej potęgi. Wszyscy jej stetryczali bracia, bez wyjątku, są bezdusznymi, egoistycznymi skurwielami gotowymi sięgnąć po najmroczniejsze zakamarki własnej mocy, byleby osiągnąć bzdurny cel. Ona jak ognia unika czegoś podobnego.

– Wydaje mi się, że już nie raz korzystała ze swego daru – Snape przerwał wywód turkusowookiego.

– Nędzny człowieczek, to i uwagi durne – warknął Kolekcjoner. – Pozwól, że dokończę, kretynie. Vallerin od brudnej roboty ma mnie. W przeciwieństwie do niej nie mam w sobie nawet krzty wrażliwości i nigdy nie zaprzątam sobie głowy czymś tak banalnym, jak wyrzuty sumienia. Mam głęboko gdzieś los wszystkich wokół. Phoenix’ów, Lutherów, twój, Albusa, całego tego śmiesznego grajdołu zwanego butnie szkołą i pierdolonego świata słabiutkich pokrak, czerpiących moc ze źródła magii. Dla mnie możecie zdechnąć tu i teraz. Zatańczyłbym z radości na waszych zimnych, zapomnianych grobach! – roześmiał się upiornie, jednak po chwili spoważniał – Wyjątkiem jest Vallerin. Od kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy już wiedziałem, że ta kobieta jest moim dopełnieniem. Ognistowłosym uosobieniem dobra, które we mnie nigdy się nie narodziło. Niezastąpionym płomieniem rozrywającym wszechobecną ciemność, otaczającą nas wszystkich duszącym, niedostrzegalnym całunem. Ona czuje to samo, wierz mi. Między nami utworzyła się szczególna, nierozerwalna więź trudna do zrozumienia dla postronnych. Ja i Vallerin jesteśmy jak dwie strony tego samego medalu. Czerń i biel. Światło i ciemność. Anioł i demon. Dostrzegasz już jak naiwną jest twoja logika? Zawsze będę chronił moją Lady…do końca świata i jeden dzień dłużej. Tak jak cień nie może istnieć bez światła, tak ja nie mogę istnieć bez Vallerin.

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie – wydukał profesor, powoli przyswajając to, co usłyszał.

– Nie muszę – Dragan wzruszył ramionami, po czym zgasił papierosa na grzbiecie dłoni. – Skoro jednak domagasz się odpowiedzi, prostaczku, niech ci będzie. Wiesz dlaczego zgodziłem się na rolę czarnego charakteru w tej opowieści?

– Bo jesteś sadystycznym skurwysynem? – Snape uniósł zaczepnie brew.

Luther powtórnie wybuchnął śmiechem. Idioci. Otaczali go sami idioci o ograniczonych, ciasnych umysłach! Jak mógł wytłumaczyć cokolwiek komuś pokroju Severusa, nie przepalając mu jednocześnie obwodów? Do jak prymitywnej logiki musiał się zniżyć, żeby ten gburowaty debil zrozumiał? Severus Snape był dla niego jak nieświadome niczego dziecko, chowane beztrosko pod bezpiecznym kloszem mikroświatka magicznych enklaw. Cokolwiek nie mąciłoby w jego życiu, było po tysiąckroć łagodniejsze niż to, co czaiło się w niezbadanych zakamarkach świata poza bzdurną barierą. Turkusowooki przestał się śmiać, zniesmaczony przypływem nagłej goryczy. Lord Voldemort…to było ich największe zmartwienie! Nieudolny pseudo czarnoksiężnik, nie potrafiący podporządkować sobie ledwie ułamka rzeczywistości! Rozczarowująca niedogodność, w jeszcze bardziej rozczarowującej rozgrywce. Po świecie, na granicy cieni, pałętały się obrzydlistwa przy których taki Voldi prezentował się jak pozbawiony znaczenia pyłek. Skąd jednak czarodzieje mieliby o tym wiedzieć? Mierzenie się z prawdziwym zagrożeniem przerastało ich wątłe siły. Najpotworniejsze bitwy toczone były poza granicami ich wzroku, w kompletnej ciszy. Oddzielanie ludzi od tego koszmaru było jednym z głównych zadań nieśmiertelnych – robotą niewdzięczną, szalenie niebezpieczną i całkowicie zapomnianą. W demonicznych oczach, które widziały zbyt wiele, rozgościła się na swój sposób przyjemna melancholia. Lutherowie strzegli tajemnic i tak powinno pozostać.

– Tu masz rację, to główny powód, lecz nie jedyny. Z twojego punktu widzenia można powiedzieć, że znam Vallerin od zawsze i miałem sporo czasu, żeby ją dokładnie poznać. Ujrzałem na własne oczy to, co jej braci niezmiennie napawa paraliżującym lękiem. Lady Crown ma dwa oblicza. Wyrozumiałe, łagodne i pełne miłości, które znasz, jest tym prawdziwym. To właśnie jest Lady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix. W przypływie gniewu na światło dzienne wychodzi jej druga twarz, drastycznie odmienna od prawdziwej. W głębi jej duszy tli się mrok, a gdy Vallerin przestaje nad sobą panować, dochodzi on do głosu. Potęga, która jest jej darem i największym przekleństwem, przejmuje kontrolę. Wtedy byś jej nie poznał. Litość, zrozumienie, dobro w jednej chwili odchodzą w zapomnienie, zastąpione wyłącznie przez jedno pragnienie. Destrukcję. Vallerin w tym stanie jest nie do powstrzymania i lepiej wtedy być jak najdalej od niej, żeby choć myśleć o uratowaniu własnego tyłka. Do tej pory zdarzyło się to jedynie raz, po barbarzyńskiej zdradzie Salazara. Slytherin tym co zrobił uwolnił ciemność, zapieczętowaną w Lady od dnia jej narodzin. Nieświadomie wyzwolił niszczycielskiego, nieprzebłaganego demona którego Vallerin musiała nauczyć się ujarzmić. Droga do okiełznania tego czegoś była długa i niewyobrażalnie ciężka, jednak Lady panuje nad tym dość skutecznie. Zadaniem moim oraz Lordów jest niedopuszczenie, by anioł powtórnie wpadł w furię, otwierając furtkę dla tego czegoś. Pożal się boże bracia obrali niesprawiedliwą, krzywdzącą taktykę. Dali się ponieść lękowi i usilnie próbują izolować siostrę od wszystkiego, widząc w niej nic więcej, poza tykającą bombą zegarową. Przez stulecia swojego głupiego uporu przestali dostrzegać prawdziwą Vallerin, mając przed oczami wyłącznie to co się w niej czai. Ja wybrałem inną drogę, w czym pomocna okazała się moja nietypowa natura. Jestem pozbawiony ograniczenia, jakim dla wszystkich żywych stworzeń jest strach. Widziałem to, Severusie. Widziałem jej ból i nieopisany żal, od dziesięcioleci podsycane poczuciem winy tak samo silnym teraz, jak wieki temu. Stałem obok, gdy zadręczała się pytaniami na które nie ma jasnych odpowiedzi. Pomagałem jej podnieść się z kolan, gdy raz po raz była nazywana potworem i zdradzana przez tych, których uważała za oddanych przyjaciół. Siłą i słowem broniłem jej przed Phoenix’ami oraz Lutherami, nieraz pięścią przypominając im o należnym kobiecie szacunku. Lata doświadczeń utwierdziły mnie w przekonaniu, że jestem jednym z nielicznych, którzy nie pozostali ślepi na oczywistości. To coś zapieczętowane w moim aniołku, to nie jest Vallerin tylko jakaś dziwaczna, bezduszna personifikacja jej mocy. Ten…byt, jest bolesną ceną za potęgę mej pani. Powiedz mi o wspaniały profesorze Snape, geniuszu zawiłej sztuki ważenia eliksirów! Jaki bóg może być tak okrutny, by skazać przepiękną, czystą istotę na dźwiganie podobnego brzemienia?

Nauczyciel milczał, nie będąc w stanie wykrzesać z siebie chociażby słowa. Lady od samego początku wydawała mu się kobietą udręczoną, jednak nawinie wierzył, że ciążyła jej wyłącznie tragiczna miłość do Salazara Slytherina. Nie podejrzewał, że mogło kryć się za tym znacznie więcej, bowiem sama Vallerin nigdy nie dała mu tego odczuć. Cierpliwie odpowiadała na pytania i toczyła prozaiczne rozmowy, ukrywając własny ból pod szczelną maską życzliwości. Jak mógł tego nie zauważyć? Jakim cudem to właśnie jemu spośród wszystkich innych, umknęły przejawy tego przez co sam przechodził od lat? Miał zamiar wziąć się w garść i coś powiedzieć, lecz Dragan nie zamierzał zakończyć podjętego tematu.

– Kiedy jeszcze twoich mało urodziwych praprzodków w planach nie było, złożyłem pewną przysięgę, żeby ukoić nieco serduszko mojego aniołka. Przyrzekłem stać się tarczą i mieczem Lady Vallerin Crown, przechodząc przez istne piekło, by być godnym tego miana – skrzywił się na samo wspomnienie pewnego szalonego narkoleptyka. – Stawiając na szali swoje bezwartościowe życie oraz koszmarną duszyczkę poprzysiągłem chronić ją od wszelkich działań, mogących stać się pożywką dla uśpionej bestii. Póki żyję nie będzie musiała obawiać się powrotu tego czegoś. Zlikwiduję dla niej każdą przeszkodę. Wymorduję wszystkich w zasięgu wzroku, jeśli takim będzie jej życzenie. Zrobię wszystko, co konieczne – diaboliczny turkus zalśnił lodowato. – Absolutnie wszystko, bez względu na cenę, jaką będę musiał za to zapłacić. Mając mnie u swego boku, Vallerin będzie mogła być sobą. Moim ukochanym, dobrotliwym aniołem niosącym światło w tym niewiele wartym świecie.

W gabinecie zapanowała cisza, nie zaliczająca się do tych krępująco nieprzyjemnych. Mężczyźni po prostu siedzieli naprzeciw siebie, zagłębiając się we własnych myślach. Severus chciał tego czy też nie, był oczarowany słowami usłyszanymi z ust faceta, którego miał za niezrównoważonego pomyleńca. W sumie kilka razy dostrzegł nienaturalny blask bijący od Lady, nigdy nie zastanawiał się jednak, dlaczego dziewczyna lśniła najjaśniej, kiedy stał przy niej Dragan. Teraz nareszcie zrozumiał. Vallerin była dla Luthera światłem – promykiem rozświetlającym bezkresną czerń, która go pochłaniała. Prawdopodobnie tylko ona mogła wyzwolić go z objęć mroku, którego sam był źródłem i z tego właśnie powodu kruczowłosy tak zacięcie walczył, żeby mogła pozostać sobą – bez piętna naznaczającego jej potęgę.

– Kochasz ją, prawda? – mistrz eliksirów bezwiednie zadał kolejne pytanie.

Luther zwlekał z odpowiedzią, patrząc uważnie na swego towarzysza. Szczerze nigdy się nad tym nie zastanawiał, bo zwyczajnie nie czuł potrzeby definiowania tego, co łączyło go z Lady. Uśmiechnął się półgębkiem. Najwidoczniej Ponurakeus zaczął nareszcie zadawać właściwe pytania.

– Jak nic innego na świecie – westchnął Dragan. – Nie jestem jednak pewien, czy miłości oznacza dla mnie to samo, co dla ciebie. Chronię ją przed jej własną mocą, w poważaniu mając wiążące się z tym niebezpieczeństwo, a ona strzeże mnie przed bolesnym upadkiem. Vallerin każdego dnia odciąga mnie od poddania się bez reszty destrukcyjnym pragnieniom, wskazując inną drogę. Jedynie dzięki jej oddaniu czuję, że jestem w stanie coś zbudować. Wiesz…tworzyć, zamiast niszczyć. Wspierając się wzajemnie możemy przetrwać, bez zatracenia tego kim jesteśmy. Szanuję Vallerin, podziwiam ją i jej niezłomną wolę, chcę być przy niej…martwię się o nią, choć tacy głupcy jak ty tego nie rozumieją. Od lat przygotowuję się do starcia z dużo potężniejszymi ode mnie, by spróbować wywalczyć jej wolność. Zniechęciłem do siebie armię ludzi, własną rodzinę oraz Lordów, świadomie depcząc ich oczekiwania wobec mnie i Vallerin. Prędzej powyrzynam wszystkich w pień, niż ulegnę, narażając jej dobro. Dla niej zetrę w proch ten politowania godny świat. Dla niej wypowiem samobójczą wojnę irytującym dinozaurom. Dla niej sprzeciwiłbym się samej śmierci, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Jeśli osiągnięcie celu wymagałoby ostatecznej ofiary, z radością poderżnę sobie gardło byleby zagwarantować jej szansę na realne szczęście. Sam oceń, czy jest to miłość jaką masz na myśli.

Snape uśmiechnął się smutno, nie potrafiąc zdobyć się na dosadniejszą reakcję. Do dziś wydawało mu się, że zna pojęcie najszczerszej miłości – w końcu darzył Lily uczuciem, które nie osłabło pomimo upływu lat. Wciąż pamiętał jej słodki zapach…to jak marszczyła czoło, gdy się denerwowała…w uszach cały czas dźwięczał mu jej cichy śmiech. Co wieczór, tuż przed zaśnięciem, widział jej radosną, beztroską twarz która osładzała mu wędrówki szkolnymi korytarzami. W oczach młodego Pottera widział jej oczy – zdobiące buźkę przygnębiająco podobną do parszywej mordy Jamesa. Nie raz i nie dwa wydawało mu się, że słyszy umiłowany głos wołający go po imieniu, co wpędzało go na nowo w objęcia rozpaczy. W starym, sfatygowanym kufrze wciśniętym pod łóżko trzymał książkę, którą od niej pożyczył i nigdy nie miał okazji oddać. Przez te wszystkie lata nie odważył się przełożyć ręcznie wykonanej zakładki, wetkniętej między 27 a 28 stronę. To wszystko wydawało mu się doskonałą definicją tragicznej, niedościgłej miłości, lecz dziś…dziś po raz pierwszy zaczął wątpić. Słowa Luthera uświadomiły mu brutalnie, że istniały uczucia wykraczające daleko poza znane mu ramy więzi. Emocje zespalające dwie istoty w najczystszy możliwy sposób. Łączące niezależne dusze w nierozerwalną jedność, żyjącą w odrębnych ciałach – kompletną tylko wtedy, gdy byli razem. Bezgraniczne oddanie Dragana; sprzeczna z jego charakterem troska, którą obdarzał wyłącznie Lady; nieporuszone od wieków pragnienie chronienia jej; gotowość do wypowiedzenia wojny całemu światu…to wszystko dało mu do myślenia, prowokując pytania na które nie miał ochoty odpowiadać. Dragan bez reszty poświęcił się wypełnieniu swojej przysięgi. Był gotów poświęcić wszystko co miał, byleby zatroszczyć się o komfort i bezpieczeństwo swojego anioła. Stawał w szranki ze znacznie potężniejszymi od siebie, nie wahając się przy tym chociażby przez chwilkę. Mógł odejść dawno temu i zostawić pannę Crown samą sobie, pozbywając się w ten sposób brzemienia odpowiedzialności za jej los. Mógł podążyć w ślad za wolą Lordów Pheonix oraz własnej rodziny, wybierając posłuszny spokój zamiast niekończącej się walki. Mógł być kolejnym, który nazwałby Vallerin potworem trzymając się od niej jak najdalej. Czemu tego nie zrobił? Dlaczego nie wybrał łatwiejszej drogi, tylko uparł się ochraniać tę kobietę przed wszelkim złem, składając w zamian ofiarę z samego siebie? Odpowiedzią mogła być wyłącznie miłość. Kruczowłosy nie bywał zazdrosny o Vallerin. Czerpał satysfakcję i zwykłą radość z jej szczęścia, wyzbywając się zawiści oraz naciąganej obłudy. Luther był całkowicie szczery z samym sobą i swym aniołem – czego Severus, póki co, nie dostrzegał. Mistrz eliksirów sięgnął pamięcią do szkolnych czasów i skrzywił się boleśnie, czując palący wstyd. Kochał Lily całym sercem, jednak przez lata nie potrafił znaleźć w sobie dość odwagi, by wzbić się na podobny poziom metafizycznego porozumienia. Nawet nie otarł się o granicę absolutnego minimum w tym temacie. Nigdy nie podjął walki, tak jak robił to turkusowooki. Przez całe swoje cholerne życie wolał stać na uboczu; ubolewać nad podłym losem, który nie rzucił mu Lily do stóp i patrzeć jak jego ukochana oddala się z każdym dniem. Chowając się po kątach wyklinał Jamesa Pottera za podstępne odbicie mu miłości życia, chociaż tak na dobrą sprawę nie zrobił wszystkiego co w jego mocy, żeby ją zatrzymać. Nie był wtedy gotów na poświęcenie samego siebie dla osoby, którą kochał. Choć Luther zapewne nie darzył panny Crown romantycznym uczuciem, tą krótką rozmową dał mu wiele do myślenia o istocie miłości.

– Rozchmurz się, Nietoperzu! Czuwanie nad Vallerin to moja działka i nie życzę sobie włażenia mi w drogę. Nie zaprzątaj tym sobie swojej tłustej, pustawej główki – kruczowłosy szturchnął butem łokieć czarodzieja. – Nie dla sportu goniłem cię po schodach. Madame Pomfrey. Biadol co o niej sądzisz.

Profesor wychylił się lekko w stronę rozmówcy, średnio wiedząc czego chciał się dowiedzieć. Nie był nawet zły za niewybredne epitety, którymi uraczył go turkusowooki – zdążył już przywyknąć do jego ciętego języka. Przestał widzieć w Draganie jedynie niezrównoważonego gnojka. Luther co prawda był nieprzewidywalnym, z natury okrutnym socjopatą, jednak należał mu się swoistego rodzaju szacunek. Niezmordowanie walczył o to, co uznawał za godne wysiłku i przed nikim nie chylił karku. Duma, bezwzględność i diaboliczny intelekt łączyły w tym chłopaku swoje siły, czyniąc go jednym z najniebezpieczniejszych stworzeń. Ponieważ Snape nie był pewien, co Luther oczekiwał usłyszeć postawił na zachowawczą ostrożność.

– Poppy nie powinna być przeszkodą – podsumował po dłużej chwili. – To dobra kobieta i uzdolniona czarownica. Wtajemniczenie jej prędzej, czy później stałoby się koniecznością. Mielibyśmy spore problemy z ukrywaniem regeneracji Lady, gdyby nie jej pomoc.

– Nie zarzucaj mnie oczywistościami, Gacoperzu! – warknął rozdrażniony kruczowłosy – Skoro pogubiłeś się w pytaniu, zapytam inaczej. Co uważasz o madame jako osobie, a nie współpracowniku. Kretyn.

– Nie znam jej zbyt dobrze, co zapewne cię nie dziwi. Zawsze była oddana szkole i Dumbledore’owi, jeżeli to cię martwi. Może wydawać się odrobię szorstka i mocno zasadnicza, ale w gruncie rzeczy jest serdeczną kobietą, skorą do pomocy. Czemu tak właściwie pytasz? – uniósł podejrzliwie brew – Wątpisz w decyzję Albusa?

– Zawsze wątpię ty krzywa mordko, ty – Kolekcjoner wyszczerzył się niepokojąco. – To o wiele bezpieczniejsze niż zakładanie z góry powodzenia, nawet najbardziej banalnego, przedsięwzięcia. Znasz takie powiedzenie: przyjaciół trzymaj blisko, wrogów jeszcze bliżej? Radzę ci je zapamiętać i przyswoić raz na zawsze. Ograniczone zaufanie skutecznie eliminuje możliwość wystąpienia kłopotliwych niespodzianek.

– Musi być ci ciężko – westchnął czarodziej.

– Niby czemu?

– Przez tyle lat nie zaufać nikomu. Trochę to przygnębiające.

– Znacznie mniej niż ci się wydaje. Może nie zauważyłeś, ale tak szczerze to nie przepadam za ludźmi. Prędzej czy później wszyscy zaczynają mnie wkurwiać, a to wyjątkowo niebezpieczna gra. Nie wierzę w pełni Phoenix’om, swojej rodzinie, podwładnym, informatorom ani tym bardziej wam. Bezgranicznie ufam jedynie Vallerin i nigdy źle na tym nie wyszedłem.

– Doprawdy? – Snape uśmiechnął się kąśliwie – Co w takim razie z panem Diggorym? Spędzasz z nim ostatnio dość dużo czasu i wyglądacie na całkiem zaprzyjaźnionych. Jest ku temu jakiś szczególny powód?

– Lubię gierki, co poradzisz? – wzruszył obojętnie ramionami – Tak na poważnie, wapniaku, nie wydaje mi się, żebym za specjalnie lubił Cedrika o zaufaniu nie wspominając. Sądzę, że ten umięśniony przystojniaczek jest całkiem interesujący. Kolejny zaślepiony idiota marnujący swój potencjał przez nieznośnie pokorny, pokojowy charakterek. Troszkę mnie to irytuje, więc postanowiłem się zabawić. Sam rozumiesz. Muszę jakoś zabić nudę, zanim zacznie mi na poważnie odbijać.

– Trochę to wszystko… – zaczął ciemnooki, lecz nie miał szans skończyć.

– Dziwne? Niepokojące? Popaprane? Chore? – Luther zaśmiał się sucho – Witaj w moim świecie, profesorze Snape! Rozgość się w tym osobliwym cyrku i módl grzecznie o to, żebyś nigdy nie zobaczył, co dzieje się za kulisami. Nie właź mi pod nogi i nie wcinaj się nieproszony, a zakończymy ten szkolny teatrzyk w miarę spokojnie. Krzywdy gówniarzowi nie zrobię, tego możesz być pewien.

– Skoro z panem Diggorym nie łączą cię jakieś bliższe relacje, to znaczy, że nie popychasz go celowo w stronę Vallerin?

– Tego nie powiedziałem, błoniasty. Uznałem, że w jej otoczeniu przyda się ktoś taki jak Ced. Uprzejmy, poukładany, wrażliwy dzieciak z całkiem sprawnie funkcjonującymi zwojami, choć tutaj akurat większego szału nie ma. Diggory to jakaś odmiana, biorąc pod uwagę snobistycznych, durnie nabzdyczonych Ślizgonów i to postrzelone, wszędobylskie trio z Gryffindoru. Za wielu opcji to wy tutaj nie macie, sam przyznasz. Z jednej strony banda wyniosłych sztywniaków z przerostem ego, z drugiej bada lekkomyślnych arogantów z przerostem ego. Nawet ja zacząłem jakiś czas temu współczuć smarkaczom z Ravenclawu i Hufflepuffu. Patrzenie na wojenki między Slytherinem, a Gryffindorem musi być cholernie męczące na dłuższą metę, zwłaszcza, że na dobrą sprawę niewiele się od siebie różnią. Analizując wszystko co do tej pory widziałem doszedłem do wniosku, iż przy naszym słodziachno nieśmiałym Cedriku Vallerin będzie miała szansę odpocząć, a to już wkrótce może okazać się dla niej bezcenne. Powolutku mój aniołek zbliża się do limitu…

Dragan celowo urwał w tym momencie, chcąc pobawić się kosztem Severusa i jak podejrzewał zamierzony efekt osiągnął. Z szelmowskim półuśmieszkiem obserwował wewnętrzną walkę Snape’a podziwiając jej efekty, burzące profesjonalne opanowanie wyryte na jego pochmurnej buźce. Skóra czarodzieja momentalnie posiwiała, uzewnętrzniając rozgorzały w głowie chaos. Mistrz eliksirów przez kilka nieznośnie długich, przesyconych niepewnością minut próbował zdobyć się na odwagę do zadania, cisnącego się mu na usta, pytania.

– Znów odzywa się w niej gniew? – nie miał śmiałości spojrzeć na kruczowłosego.

– Głupszy jesteś niż mi się wydawało, a wierz mi, że za wysoko to cię nie cenię – turkusowooki zachichotał złowrogo. – Ta sprawa to mój problem i nie pozwolę żadnemu impertynentowi wymachującemu zaczarowanym kijaszkiem wtrącać się w moją robotę, o czym solennie uprzedzałem w trakcie naszej zbyt długiej pogadanki. Demon nie daje o sobie znać od wieków, a w waszym śmieszno sielankowym szkolnym światku nie ma ku temu realnych powodów. Bardziej niż mroczny cień duszy Lady Crown powinno martwić cię coś innego. O wiele bardziej prawdopodobnego i obawiam się, że nieuniknionego. Zastanawiałeś się kiedyś jak to możliwe, że Vallerin jest w stanie skumulować całą swą potęgę w takim krasnalim ciałku? Otóż, drogi Gacoperku, nie może. Łza Bogini podarowana przez Albusa czasowo pochłania nadmiar jej mocy, jednak ten zmyślny kamyczek posiada ograniczoną wytrzymałość. Kiedy ją przekroczy, pęknie, uwalniając zgromadzoną siłę magiczną. Wierz mi, znam się na magicznych ustrojstwach. Już w tej chwili kamień nie jest zbyt wydajny, a siła krążąca w ciele Lady dosłownie rozrywa jej tymczasowe ciało. Kiedy zapora w postaci Łzy w końcu puści, moc z pełnym impetem powróci do swego źródła pogarszając sprawę. Nasza prześliczna dama powinna jak najszybciej wrócić do swojej naturalnej postaci, co jak wiemy nie jest możliwe, jeśli chce wykonać powierzone przez Albusa zadanie. Tutaj powstaje nam pewien impas, dlatego zapytałem o madame Pomfrey. W Skrzydle Vallerin będzie mogła co jakiś czas odrzucić dziecięce ciałko i odpocząć, regenerując siły przed kolejnymi tygodniami ich nadwyrężania. Potterowi, Malfoy’owi i Zabini’emu wcisnąłem uroczą historyjkę o rzekomej, dziedzicznej chorobie krwi na jaką ma cierpieć panna Dumbledore. W razie konieczności nakłonię ich do wyciszenia kłopotliwych ploteczek, ratując nam wszystkim dupy.

– Kiedy udało ci się wciągnąć w to uczniów?

– Na poczekaniu. Musiałem jakoś wybrnąć z mocno niezręcznej sytuacji, więc posłużyłem się bajeczką której nikt nie będzie w stanie skutecznie zweryfikować. Przez ostatnie wydarzenia moja misterna bujda nabrała rumieńców! Znam doskonale nawyki Vallerin, więc byłem pewny, że trzyma w swoim pokoju przynajmniej tuzin oznakowanych buteleczek niejasnego pochodzenia. Przechowuje w nich swoje bezcenne, rzadkie składniki eliksirów i opisuje je oryginalnymi, łacińskimi anagramami. Nie wiem skąd wzięło jej się takie dziwactwo, ale bywa przydatne, jak widać. Ułatwiło mi to ostateczne przekonanie szczyli, że jest chora, a te cudaczne buteleczki to jej lekarstwa.

– Zawsze wybiegasz w swoich planach tak daleko? – Snape nie ukrywał podziwu.

– A ty nie? – prychnął Luther – Wolę zawczasu zbudować fundamenty pod przykrywkę, niż męczyć się z nimi później. Funkcjonowałem w ten sposób przez lata i weszło mi to skutecznie w nawyk. Przez ostatnią dekadę posługiwałem się przeszło sześćdziesięcioma różnymi tożsamościami, o zróżnicowanych życiorysach i odpowiednim zapleczu technicznym. Potrafię naginać rzeczywistość do własnym potrzeb i znam się na tym.

– Boję się zapytać co robiłeś, zanim znalazłeś się w Hogwarcie.

– Więc masz odrobinę oleju w głowie. Dziwne, bo sądziłem, że akurat olej to trzymasz na swojej niezadowolonej z życia łepetynie. Robiłem dokładnie to, na co miałem ochotę. Szczegółów znać nie musisz.

Severus wstał z krzesła i wolnym krokiem przespacerował się po gabinecie, chcąc uspokoić wzburzenie. To, że przywykł do obelg nie znaczyło wcale, iż go wcale nie ruszały! Krążąc bez sensu po pomieszczeniu, zaplótł ręce za plecami. Pomimo lawiny większych, lub mniejszych uszczypliwości dziś całkiem dobrze rozmawiało mu się z tym wygadanym świrem. Skoro uzyskali jako takie porozumienie i Dragan udzielał odpowiedzi – nie zawsze jasnych – na zadawane pytania, czarodziej postanowił skorzystać z niepowtarzalnej okazji i zapytać o jeszcze jedną rzecz. Zatrzymał się przed Lutherem, opierając dłonie na krawędzi biurka.

– Dragan – zaczął spokojnie – powiesz mi co Slytherin zrobił Lady?

Tego co się później stało, mistrz eliksirów kompletnie się nie spodziewał. Kruczowłosy gwałtownie poderwał się z krzesła i zanim nauczyciel zdążył jakkolwiek zareagować, chwycił go mocno za szyję tuż ponad brzegiem szaty. Bez trudu uniósł spanikowanego czarodzieja metr nad ziemię, wzmacniając żelazny uścisk. Snape starał się walczyć o oddech, wpatrując się jednocześnie w turkusowe oczy o gadzich źrenicach. Widywał je dziesiątki razy, jednak jeszcze nigdy nie sprawiały wrażenia równie…gniewnych, pustych i demonicznych. Przerażający turkus lśnił lodowatą, perłową poświatą przyprawiającą o przejmującą grozę. W tym momencie kunsztowna maska Dragana opadła niemalże całkowicie, odsłaniając mroczną i sadystyczną twarz o mrożącym krew w żyłach uśmiechu.

– To nie twoja sprawa, nędzny człowieczku! Nie waż się powtórnie o tym wspominać, rozumiesz?! Jeśli z twoich usteczek jeszcze raz padnie podobne pytanie – Kolekcjoner oblizał dolną wargę – SKRĘCĘ CI TEN WĄTŁY KARK! ZROZUMIAŁEŚ?!!

Profesor, w miarę swoich możliwości, potaknął spodziewając się, że Dragan go puści. Spanikował doszczętnie, kiedy tak się nie stało. Dusząc się spoglądał błagalnie w niewzruszone, wyzute z emocji oczy istnego demona. Luther uśmiechnął się szeroko, niczym najprawdziwszy psychopata napawający się bólem i paniką w oczach przyszłej ofiary. Więcej…chciał znacznie WIĘCEJ!!! Coraz trudniej przychodziło mu pohamowanie ciągłej, niedającej się zaspokoić żądzy siania terroru. Pragnął odpocząć dając się porwać relaksującemu rytmowi pozbawiania życia. Całym sobą chciał powtórnie zjednoczyć się z Otchłanią, poprzez rozlew krwi. Nie teraz…jeszcze nie teraz. Zabawa z podrzędnym chłopaczkiem w głupawej szacie w końcu go znudziła. Cisnął Severusem jak szmacianą lalką o kant biurka, po cichu licząc, że rozbije sobie ten durny łeb.

– Skończyliśmy na dziś – rzucił wesoło i zamierzał odejść, lecz zatrzymał się w progu, po czym spojrzał przez ramię na zszokowanego Nietoperza. – Zapamiętaj sobie, Snape. Im jaśniejsze światło, tym mroczniejszy cień za nim stoi, a tak się składa, że moim światłem jest najpotężniejsza ze wszystkich istot.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 295
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!