Córa rodu Phoenix – Rozdział 39

Książę Otchłani

             Dragan stał pod zamkniętymi drzwiami gabinetu doktora Q. Kopcąc piątego już papierosa, wsłuchiwał się w odgłosy przytłumionej, spokojnej rozmowy. Vallerin przysłała czwórkę swoich skrzatów, które w chwili obecnej zbierały informacje, jak przygotować rezydencję na przyjęcie Ravena. Szczerze mówiąc, był zaniepokojony skalą tego przedsięwzięcia. Wiedział o funkcji Strażników i rozmawiał z Lady o ceremonii ich powołania, ale to co działo się obecnie, mocno różniło się od jej słów. Był na tyle przenikliwy, by domyślić się, że nadchodząca operacja stanowiła niemałe wyzwanie. Kandydaci na Strażników zawsze byli dość młodymi czarodziejami, w pełni swoich sił. Jak miało to wyglądać w przypadku umierającego? Pojęcia nie miał. Ufał bezgranicznie swojej pani, jednak nie zagłuszało to całkowicie obaw. Co, jeśli Raven był za słaby, żeby to wszystko przetrwać? Cóż…lepszą opcją wydawało się podjęcie próby i poniesienie klęski, niż nie spróbowanie wcale. Zagryzł mocno zęby na filtrze. Nie podobała mu się ta nagła, odczuwalna gorycz, która mąciła jego myśli za każdym razem, gdy rozważał utratę zaufanego doradcy. Przez większość swojego życia widział w otaczających go ludziach zwyczajne marionetki, którymi posługiwał się, by osiągnąć założone cele. Przytłaczająca, dziwna odmiana tego stanu rzeczy jakoś niespecjalnie mu pasowała. Nawet jeżeli Raven umrze, to co z tego? Mógł znaleźć kolejnego kandydata na swą prawą rękę, tak jak robił to wcześniej. Gdy tylko o tym pomyślał, poczuł nieprzyjemny skurcz w okolicy serca. Cholernie upierdliwe…

– Podsłuchujesz?

Kolekcjoner uśmiechnął się szeroko, po czym sięgnął do kieszeni i wyciągnął nową papierośnicę. Wysunął ją w stronę kompana, który oparł się plecami o ścianę, po jego lewej stronie. Pojęcia nie miał, jakim cudem ten facet zjawiał się zawsze, kiedy pogrążał się w ciężkich rozmyślaniach.

– Nieudolnie – zaśmiał się gardłowo, zerkając w szare, błyszczące tęczówki.

Przez dłuższą chwilę utkwił wzrok w twarzy byłego skazańca, niekoniecznie z jakiegoś konkretnego powodu. Zwyczajnie zainteresowało go to, jak bardzo czarodziej zmienił się od ich pierwszego spotkania. Gdy wyciągnęli go z Azkabanu, nie miał większych nadziei na to, że im się na cokolwiek przyda, albo wróci do pełni zdrowia. Zaplanował eleganckie podpierniczenie więźnia, ponieważ chciał sprawdzić swoją teorię, dotyczącą śmierci rodziców Harry’ego i tylko tyle. Nie zamierzał dopuszczać go tak blisko siebie, nie mówiąc już o kumplowaniu się. Uniósł lewy kącik ust w zaczepnym, firmowym uśmieszku. Los potrafił być fascynującym dyrygentem.

– Wiesz, że możesz tam zwyczajne wejść? – Syriusz poczęstował się papierosem.

– Nie chcę przeszkadzać – kruczowłosy wypuścił kłąb dymu. – A ciebie co tu przywiało?

– Lista mikstur od Bastet – czarodziej pomachał śnieżną kartką papieru, ze starannie wypisanymi nazwami magicznych medykamentów.

– Marudna baba zrobiła z ciebie gońca? – nie powstrzymał się od drobnej złośliwości.

Wyrozumiałość byłego skazańca względem Bastet budziła w nim skrajne odczucia. Sam nie należał do litościwych typów, więc nie potrafił pojąć, skąd mogły brać się chęci okazania tak wiele zrozumienia drugiemu człowiekowi. Nigdy nie był szczególnie empatyczny i nic się nie zmieniło w tym temacie od wieków. Owszem potrafił wykazać się swoistego rodzaju sentymentem wobec współpracowników, ale nie zniżał się do tego specjalnie często.

– Sam się zadeklarowałem – Black wzruszył obojętnie ramionami. – Jest zajęta wykonywaniem badań. Wiesz, gdzie polazł Lio?

– Jego ludzie donieśli o transporcie z nielegalną bronią. Ma zbadać sprawę i przejąć dla nas ładunek.

– Podpieprzacie broń? – animag wydawał się bardziej rozbawiony, niż zdegustowany.

– Lepiej tak, niż za to płacić – kruczowłosy roześmiał się w głos. – Po co ci Lio? Bawisz się w dobrego, starszego braciszka?

– Bawię się w członka pododdziału łączników – podsumował zwięźle. – Obiecałem, że pomogę mu z raportami. Od czasu… – przerwał, chcąc dobrać odpowiednie określenie, nie uderzające w przyjaciela – incydentu, zrobiło się sporo zaległości w papierach.

– Mnie to mówisz? – Luther przewrócił oczami z ubolewaniem – Na moim biurku już brakuje miejsca. Chyba zacznę budować fort z tych cholernych papierzysk.

Swobodną rozmowę ukrócił odgłos otwieranych drzwi. Z wnętrza gabinetu wyszedł medyk, w towarzystwie skrzacich gości. Widząc dwóch mężczyzn, westchnął teatralnie.

– Wypalę wam oczy tymi fajkami – burknął, starając się ukryć rozbawienie.

– Upierdliwy dziadyga – Kolekcjoner odpowiedział podobnym tonem.

– Paniczu Black! – jeden ze skrzatów wyciągnął dłoń ku czarodziejowi.

– Miło was widzieć – szarooki uścisnął dłoń stworka. – Tajna misja dla Lady?

– Nie taka tajna – uśmiechnęła się Elissa.

– Już skończyliśmy – wtrącił się Hodyn, szefujący całej ekspedycji. – Doktor Q zgodził się uprzejmie odprowadzić nas do wyjścia. Może wróci z nami panicz do rezydencji?

– Mam tu jeszcze coś do zrobienia…

– Już nie – Q odebrał kartkę byłemu skazańcowi i przekazał ją Llewowi. – Indrahill się nie zawali, jeśli obydwaj znikniecie na kilka godzin.

– Panienka Crown jest w rezydencji – Pedr porozumiewawczo spojrzał na Elissę.

– Vallerin jest w posiadłości? – Dragan nie ukrywał zaskoczenia.

– Skąd to zdziwienie? – Llew sprawiał wrażenie urażonego – Panienka osobiście pilnuje przygotowań do ceremonii. Dziś ma spędzić cały dzień w domu.

– Co powiesz na małą wycieczkę, Blacky?

– Głupie pytanie – roześmiał się czarodziej.

– Q, na pewno dacie radę? – król półświatka zwrócił się do zielonookiego.

– Bez ciebie będzie nawet łatwiej – lekarz przewrócił oczami. – Straszysz mi ludzi tym patrzeniem im na ręce.

– Ktoś tu musi być straszny – Dragan uśmiechnął się kącikiem ust. – Ferajna, ktoś oprócz nas będzie w rezydencji?

– Jeśli tak, to dopiero późnym wieczorem – Hodyn zajrzał do notatnika, który trzymał przy sobie. – Na dziś, bądź jutrzejszy ranek planowane jest przyjęcie panicza Ethana, panicza Uriena oraz pana Akivy.

– Dość czasu, żeby się zmyć, zanim się przypałętają – turkusowooki zarzucił ramię na bark przyjaciela. – Chodźmy, skarbie, póki okoliczności sprzyjają.

Syriusz zamiast odpowiedzieć, zaśmiał się delikatnie. Jemu powrót do rezydencji jak najbardziej odpowiadał. Chciał zobaczyć się z Vallerin, a jej dom nadawał się do tego znacznie lepiej, niż Hogwart, w którym musieli stale mieć się na baczności. Zaintrygował go ton Luthera. Choć mówił z tą swoją nonszalancką, pewną siebie manierą, w jego głosie dało się wyczuć subtelną nutę niepewności. Położył dłoń na barku kumpla, chcąc przyjacielskim gestem dodać mu nieco otuchy. To miało być pierwsze spotkanie Dragana z Vallerin od czasu całego zajścia, więc spodziewał się, że Luther mógł mieć pewne obawy. Już wystarczająco długo obserwował tę dwóję, by wiedzieć, że Dragan liczył się z Erin bardziej, niż z kimkolwiek innym. Wspólnie ze skrzatami wyszli na główny dziedziniec Indrahill, skąd teleportowali się w pobliże rezydencji. Szli za rozgadanymi stworkami, co jakiś czas wtrącając swoje trzy grosze do dyskusji. Uwadze Syriusza nie uszło to, że im bliżej byli posiadłości, tym Dragan robił się bardziej milczący i nieobecny. Uśmiechnął się pod nosem. Doskonale pamiętał moment, gdy to on sam szedł ku posiadłości, czując się przytłoczony każdym kolejnym krokiem. To zabawne, jak szybko karta potrafiła się odwrócić. Zwolnił nieco kroku, pozwalając skrzatom oddalić się na niekrępującą odległość.

– Pamiętasz, co kiedyś mi powiedziałeś? – uśmiechnął się, spoglądając na przyjaciela.

– Mówię dużo rzeczy, kundlu – prychnął kruczowłosy. – Musisz być dokładniejszy.

– Wracasz do domu – czarodziej spojrzał w jasne, bezchmurne niebo. – Do rodziny, która za żadne skarby świata nie przestanie cię oczekiwać.

Luther milczał przez kilka sekund. Musiał sprawiać wrażenie mocno rozbitego, skoro Syriuszowi zebrało się na pocieszanie. Zachichotał, również przenosząc wzrok na nieboskłon. Narozrabiał i to cholernie. Wiedział o tym aż za dobrze, ale jeszcze lepiej wiedział o tym, że Vallerin wszystko mu wybaczy. Robił w swoim życiu tysiące nieźle pokurwionych, chorych rzeczy. Dopuszczał się czynów, których wspomnienie po dziś dzień potrafiło przyprawić go o mdłości. Potwornie ranił innych oraz samego siebie. Nie oszukiwał się. Był popierdolonym monstrum. Człowiekiem tak spaczonym i wynaturzonym, że nie powinien swobodnie przechadzać się po tym świecie. Jebanym błędem krytycznym w misternym dziele stworzenia. Uśmiechnął się szeroko. Był w pełni świadom tego wszystkiego i dlatego trudno było mu znieść myśl, że istniało jedno miejsce, w którym zawsze był mile widziany. Pośród tej dziwnej, pokręconej rzeczywistości niewzruszenie stała oaza, w której niezmiennie odnajdywał spokój. Zerknął na kompana. Nie czas było na uzewnętrznianie swojego zagmatwanego postrzegania świata.

– Poważnie miziałem cię takim sentymentalnym gównem? – uniósł zaczepnie brew – Musiałem bredzić.

– Nic nowego – Black wzruszył ramionami.

– Insynuujesz, że zawsze bredzę? – postanowił pociągnąć grę.

– Czasem mniej, czasem bardziej, ale lubię to twoje paplanie od rzeczy.

– Twój mizerny móżdżek nie pojmuje moich wzniosłych metafor, sierściuchu – trącił go biodrem.

– Taki już przywilej prostaczków – szarooki wbił mu palce pod żebra.

– Przyznajesz się do słabego rozgarnięcia? Intrygujące!

– Przy tobie prawdopodobnie większość żywych istot jest dość prostych w obsłudze!

– Czy ty próbujesz poprawić mi nastrój podrywem? – roześmiał się ciepło.

– To zależy – spojrzał na niego kątem oka. – Działa?

– Działa! – przyznał, śmiejąc się coraz głośniej.

– Więc tak, próbuję.

Dragan zatrzymał się nagle i oparł dłoń na ramieniu Syriusza. Zdecydowanym, niezbyt mocnym ruchem przyciągnął go do siebie, po czym oplótł ramionami jego talię. Czarodziej wiedział, do czego to wszystko zmierza, dlatego darował sobie bezowocną szarpaninę i czekał cierpliwie na nieuniknione.

– Jeśli chcesz poprawić mi humorek – Luther wymruczał uwodzicielsko, przygryzając dolną wargę. – To całuj!

– Daruję sobie – szarooki wzniósł wzrok ku niebu. – Aż tak mi nie zależy.

– Nie zależy ci na mnie?! – kruczowłosy przybrał urażony ton, przyciskając otwartą dłoń do swojej piersi – Okrutne!

– Życie, co poradzisz? – westchnął teatralnie.

Kolekcjoner zaśmiał się w głos i puścił kompana. Doceniał to, że Black czuł się swobodniej w jego towarzystwie i coraz częściej pozwalał sobie na niegroźne droczenie. W sumie, jakby o tym pomyśleć, to co powiedział Bastet, było stuprocentową prawdą. Nigdy nie miał za wielu przyjaciół, bo nie wydawało mu się, żeby ich potrzebował. Od wielu lat był zadowolony z układu, w którym cieplejszymi uczuciami darzył wyłącznie Vallerin oraz Samaela. Sprawa z Lady była wyjątkowo prosta, choć z boku mogła wyglądać inaczej. Kochał ją i cenił, a ich charaktery tworzyły doskonałą, lekko wybuchową mieszankę. Z Sammym wiele go łączyło, więc ich początkowe porozumienie szybko przerodziło się w braterską więź, pozbawioną niepotrzebnych konwenansów. Nie musieli przebywać ze sobą za często, ani codziennie gadać, żeby wiedzieć, że mogą na siebie liczyć w każdej sytuacji. Westchnął cicho, sięgając po fajkę. Dziwne to były układy, ale zaspakajały jego potrzebę relacji z innymi osobami i nie spodziewał się, żeby mógł potrzebować kogoś jeszcze. Później pojawili się jego przybrani bracia….do tej pory nie wiedział, czy mógł nazywać ich przyjaciółmi, ale wiele na to wskazywało. Potem do tego grona dołączył Raven, który w świetle ostatnich wydarzeń, z całą pewnością był jego przyjacielem, a na końcu Syriusz. Pojęcia nie miał, co aż tak bardzo podobało mu się w tym człowieku, ale lubił go. Czuł się dobrze w jego towarzystwie i mógł sobie pozwolić na okazywanie przy nim słabości, a to bywało wyjątkowo niebezpieczne w jego biznesie. Prawdopodobnie dlatego nie miał nic przeciwko jego związkowi z Vallerin. Z jakiegoś powodu wyczuwał, że mógł mu powierzyć swojego anioła. Co najwyżej się go pozbędzie, w bardzo mało przyjaznych okolicznościach, choć szczerze pragnął, by nigdy do tego nie doszło.

– Dzięki, skarbeńku – uśmiechnął się do towarzysza.

– Nie ma sprawy, kochanie – Syriusz puścił mu oczko. – Kiedy jesteś nie w humorze, robisz się nieznośny.

– Obrażasz mnie! Ja cały czas jestem nieznośny – zakpił wprawnie.

– Fakt – czarodziej westchnął ciężko. – Gotowy?

Turkusowooki nawet nie zauważył, kiedy podeszli do drzwi rezydencji. Wziął głęboki wdech. Nie wiedział, czy powinien z miejsca próbować przeprosić pannę Crown i zacząć się tłumaczyć, czy postawić na swój niepokorny charakter. Cóż. Mógł zdecydować, kiedy już ją zobaczy. Hodyn otworzył przed nimi drzwi, delikatnym skinieniem zapraszając do środka. Rezydencja w chwili obecnej przypominała istny ul. Skrzaty pospiesznie przemierzały kolejne korytarze, taszcząc różnorodne przedmioty. Sten stał przy schodach, wydając jasne polecenia swoim pobratymcom, jednak zaprzestał tego procederu, gdy zauważył nieoczekiwanych gości. Na jego zmęczonej, zaciętej twarzy rozgościł się szeroki, przyjemny uśmiech.

– Nie spodziewałem się was dzisiaj – podszedł do nich.

– Niezłe masz tu piekiełko, tatuśku – Dragan przeczesał dłonią długie włosy.

– Nie zaprzeczę – przyznał uprzejmie. – Na przygotowanie rezydencji nie zostało nam zbyt wiele czasu. Elisso, macie wytyczne od doktora Q?

– Oczywiście – skrzatka podała mu plik luźnych kartek.

– Wyśmienicie – majordomus posłał jej wdzięczny uśmiech. – Merion oczekuje was w kuchni. Zjedzcie spokojnie i odpocznijcie.

Hodyn klepnął ramię Stena, pozbywając się dzięki temu roli przywódcy wyprawy do Indrahill. Skrzaty pożegnały gości i poszły w stronę kuchni, zgodnie z poleceniem swego szefa. Majordomus bezzwłocznie zaczął przeglądać dokumenty, pobieżnie omiatając je czujnym, wprawnym okiem.

– Panienka Crown jest w swoim pokoju – zerknął na czarodzieja oraz Luthera. – Nie chcę być nieuprzejmy, ale prosiłbym panów o dołączenie do niej. Mamy jeszcze mnóstwo pracy.

– Powiedz po prostu, że pałętamy się pod nogami – Luther zaplótł dłonie na karku.

– Pałętacie się pod nogami – rozbawiony skrzat spojrzał na nich pobłażliwie. – Idźcie do Lady, jeśli łaska.

– Nie zapytasz nawet, jak się czuję? – Kolekcjoner warknął wojowniczo.

– Skoro tu jesteś i stoisz o własnych siłach, nie uznałem tego za konieczne – skrzat odparł zasadniczym tonem, jednak jego łagodne spojrzenie zdradzało troskę. – Dragan – odchrząknął, zbierając myśli. – Jesteś najpotężniejszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem. Ani przez sekundę nie chciałem myśleć o tym, że możemy cię stracić. Nie przemawia przeze mnie brak troski, chłopcze. Po prostu…wierzę w ciebie i twoje przywiązanie do naszej pani. Idź się z nią zobaczyć, zamiast tracić czas ze mną.

Luther przewrócił oczami, zamiast odpowiedzieć, jednak posłał staremu majordomusowi spojrzenie, które wyjaśniało wszystko – był wdzięczny tatuśkowi za te słowa. Skinął w stronę Syriusza i razem wbiegli po zadbanych, wypastowanych schodach. Na piętrze wcale nie było spokojniej, niż na parterze, czego można było się spodziewać. Zgodnie z ustaleniami, na czas ceremonii w posiadłości miało gościć dość spore stadko dziwaków różnej maści i należało przygotować dla nich pokoje. Sprawę utrudniały niezbyt jasne relacje, pomiędzy poszczególnymi grupami. On i Ogary powinni trzymać się z daleka od Ethana oraz jego ojca. Dumbledore nie mógł wiedzieć o obecności Syriusza. Zbyt długi kontakt Ogarów z dyrektorem mógł ściągnąć im na łeb same problemy i rozbudzić pytania, na które nie chciał odpowiadać. Upierdliwe… Wprawnie wyminęli krzątające się skrzaty i zatrzymali się przed drzwiami sypialni pani domu. Ponieważ Dragan się nie spieszył, Syriusz zapukał delikatnie w ciemne drewno i popchnął drzwi, gdy usłyszał słowa zaproszenia. Nieoczekiwanie kruczowłosy wyminął go i wparował do wnętrza pokoju.

– Vallerin! – ostentacyjnie zatrzasnął za nimi drzwi – Jak mogłaś odbić mi faceta?! Myślałem, że się przyjaźnimy!

– Ciebie też miło widzieć – westchnęła płomiennowłosa, podnosząc się z fotela przy biurku.

– Ile razy się z nim całowałaś?! – turkusowooki nie zamierzał odpuszczać. Nie był gotowy na poważne rozmowy, więc postanowił zachowywać się normalnie, jak na niego.

– Kilka – dziewczyna wzruszyła ramionami, rozbawiona jego zachowaniem.

– Kilka, co? – dumnie uniósł głowę, po czym gwałtownie odwrócił się do czarodzieja – Szykuj usteczka, Blacky! Mam rachunki do wyrównania z tą młodą damą!

– Byle szybko – były więzień przewrócił oczami od niechcenia.

Reakcja Syriusza nieco zbiła z tropu Luthera, jednak po chwili uśmiechnął się szelmowsko. Najwidoczniej szarooki niespecjalnie wierzył w spełnienie nietypowej groźby, więc jaki miał wybór, by wyprowadzić go z błędu? Chwycił mocno ramiona mężczyzny i bezpardonowo wpił się w jego, zaskakująco miękkie, usta. Chociaż się tego nie spodziewał, było nawet przyjemnie.

– Powaliło cię, stary?! – czarodziej, pokonawszy początkowy szok, zdecydowanie odepchnął turkusowookiego.

Wszystko zapowiadało nieuchronną sprzeczkę, ale obydwaj odpuścili, słysząc szczery, melodyjny śmiech Lady. Płomiennowłosa zgięła się w pół, z trudem łapiąc oddech. Łzy rozbawienia spłynęły po jej porcelanowych, doskonałych policzkach, wprawiając ich w nie lada konsternację.

– Myślałeś, że tego nie zrobi? – zerknęła na skamieniałego Blacka – Pfhahaha!

– Coś mi się nie zgadza – wydukał Luther. – Wedle moich obliczeń, ty powinieneś być wkurzony i jesteś – wskazał palcem na przyjaciela – a ona poirytowana. Masz pojęcie, gdzie się pomyliłem?

– Nie wziąłeś pod uwagę tego, że ona ma nas za jakiś pokręconych idiotów – były skazaniec podsumował profesjonalnym tonem.

– Skandal! – fuknął kruczowłosy przedramatyzowanym, sztucznie urażonym tonem – Nie jestem pokręcony, a ty? – czarodziej pokiwał przecząco – Właśnie! Jesteśmy zwykłymi idiotami!

– Przez grzeczność nie zaprzeczę – lazurowooka uspokoiła się na tyle, by mówić w miarę normalnie. – Cieszę się, widząc moich ulubionych idiotów całych i zdrowych.

– Nie jestem pewny, czy takich zdrowych – Black usiadł na łóżku. – Będę potrzebował minimum dziesięciu lat terapii, żeby o tym zapomnieć.

– Obrażasz mnie, kwiatuszku! – Luther usiadł obok kumpla – Powszechnie wiadomo, że całuję po mistrzowsku.

– Nie powiedziałbym.

– To przez te twoje usteczka. Są tak suche, że nie mogłem się wczuć!

– Tłumacz sobie – czarodziej nienachalnie szturchnął Kolekcjonera.

– Mnie się twoje usteczka podobają – panna Crown podeszła do Blacka i delikatnie musnęła jego wargi, ucinając wojnę na zaczepki.

– Fujka – prychnął Dragan. – Znajdźcie sobie pokój, zamiast ludzi obrzydzać.

– Przypominam, że już znaleźliśmy – płomiennowłosa wyprostowała się. – Dokładnie rzecz biorąc, mój pokój. Skoro o tym mowa, co tu robicie? Myślałam, że pojawicie się dopiero w środę.

– Jeśli ci to przeszkadza, możemy iść do mnie. Co ty na to? – Dragan objął Syriusza – Wepchnę ci język w gardło, przystojniaku.

– Jesteś obrzydliwy – zaśmiał się czarodziej.

– Możliwe, ale jaki czarujący – Luther poruszył brwiami.

– Porównywalnie do gangreny – odpysknął były więzień.

– Wiesz, że ludzie tracą dla mnie głowę? I to dosłownie.

– Starczy wam tej gry wstępnej – Vallerin przewróciła oczami. – Dobrze się składa, że jesteście wcześniej. Chcę, żebyś kogoś poznał – spojrzała na kruczowłosego.

– Nie, dzięki. Obecne towarzystwo mi odpowiada – oparł skroń o bark szarookiego.

– Dragan… – westchnęła ciężko, nieszczególnie dumna z tego, że będzie musiała zniszczyć luźną aurę – wiesz, że w ceremonii ma brać udział sześć osób, łącznie ze mną?

– Tak – nie podobał mu się ton jej głosu.

– Pewnie poinformowano cię, że będę ja, ty, Ethan i Urien. Powinieneś poznać pozostałą dwójkę.

Przeszła mu ochota na wygłupy. Wcześniej chciał zwyczajnie rozładować atmosferę i odwlec moment, w którym będzie zmuszony stawić czoła nieciekawej rzeczywistości. Owszem wiedział, że w rytuale wezmą udział najpotężniejsi z linii krwi Lutherów i chciał dowiedzieć się, kto jeszcze będzie w to włączony, ale nikt nie był w stanie mu odpowiedzieć na to pytanie. Panna Crown z jakiegoś powodu ukrywała tożsamość pozostałych uczestników, co niekoniecznie było mu w smak. Chciał, żeby to się udało. Był gotów na wszelkie ustępstwa, byleby dać Ravenowi cień szansy na wyjście z tego cało. Rozmyślając o ceremonii, najbardziej prawdopodobny wydawał mu się udział Lordów Phoenix, lecz nie czuł się z tą myślą komfortowo. Jakby na to nie patrzeć, to jego starcie z Damonem zaprowadziło ich do tego punktu i wolałby niczego nie zawdzięczać pozostałym skamielinom.

– Kim oni są? – zapytał z pełną powagę.

– Zejdź ze mną do sali ceremonialnej, to się dowiesz – Lady nie zamierzała bawić się w dawkowanie napięcia, ani zbyteczne tłumaczenia.

– Nie możesz od razu powiedzieć? – Luther nie silił się na tłamszenie niepokoju.

– Wolałabym nie – przyznała szczerze. – Będzie lepiej dla nas wszystkich, jak przestaniesz być upartym dupkiem i zrobisz to, o co cię proszę.

– Nie podoba mi się to, Vallerin – rzucił ostro.

– Mnie też nie, ale nie miałam większego wyboru. Raven jest za słaby – usiadła na podłodze, nie czując się na siłach, by stać. – Jeżeli przeprowadzimy rytuał w klasycznej formie, umrze.

Potężna gula ścisnęła gardło turkusowookiego. Mimowolnie ucisnął nasadę nosa palcami, chcąc okiełznać chaos, rozrywający jego myśli. Spodziewał się, że stan Raviego mógł stanowić poważną przeszkodę, ale usłyszenie tego z ust płomiennowłosej…zmiażdżyło go. Uśmiechnął się kącikiem ust, czując dłoń Blacka na swoim ramieniu. Nie był szczególnie przyzwyczajony do gestów wsparcia – słanych przez kogoś, z wyjątkiem Vallerin – i musiał przyznać, że było to dość miłe uczucie. Cisza, panująca między ich trójką, uświadomiła mu jedno – wszyscy się martwili i byli tak samo poddenerwowani całą sytuacją.

– Jakie ma szanse? – wymamrotał cicho.

– W przypadku pierwotnego rytuału, żadne – płomiennowłosa rzuciła niechętnie. – Połączenie Strażnika z Phoenixem to bardzo poważny zabieg, polegający na olbrzymim przepływie magii. W jego ciało uderzy siła, zdolna rozerwać na kawałki w pełni sprawnego, zdrowego mężczyznę. W normalnych warunkach inwokacja, wypowiadana przez świadków, wystarczy do czasowego wzmocnienia kandydata. Przy założeniu, że wszystko odbywa się bezproblemowo i precyzyjnie, takie wsparcie w zupełności wystarcza. My będziemy mierzyć się z czymś zupełnie innym – spojrzała w diaboliczne, przygaszone oczy. – Myślałam o tym od chwili, w której Syriusz powiedział mi o stanie Ravena. Jako wsparcia potrzebuję istot, znacznie mocniej połączonych z magią, niż czarodzieje i inwokacji potężniejszych, niż standardowo używane. Jeżeli wszystko pójdzie tak, jak zaplanowałam, Raven powinien przeżyć.

– Powinien? – Luther uniósł brew, bardziej w geście rezygnacji, niż pytania.

– To eksperyment, Dragan – nie zamierzała dawać mu złudnej nadziei. – Zrobię co mogę, żeby się udało, ale nie ręczę, że na pewno tak będzie. Prawdopodobnie w którymś momencie ceremonii będę zmuszona zawrócić go ze ścieżki śmierci – zamilkła na kilka długich minut.

– Zamierzasz przywrócić go do życia? – odezwał się Syriusz.

– Jeśli będę musiała – w spokojnym lazurze jej oczu zapłonął ogień.

– To szaleństwo! – Dragan zsunął się na podłogę i chwycił jej drobne dłonie – Chcesz sprzeciwić się śmierci?! Złamiesz najważniejsze z praw natury! Nawet Samael nie może tego bezkarnie robić!

– Tylko jeśli Raven nie wytrzyma do końca ceremonii – pogładziła kciukiem grzbiet jego dłoni. – Kiedy poznasz pozostałych uczestników, zrozumiesz, że nie jest to takie oczywiste.

– Zaprowadź mnie do nich.

Kolekcjoner odparł twardo i zebrał się z podłogi. To wszystko…wyglądało znacznie gorzej, niż w jego najczarniejszych scenariuszach. Mogło zdarzyć się tak, że podczas ceremonii będzie musiał wybrać pomiędzy życiem Ravena, a bezpieczeństwem Vallerin. Nigdy nie sądził, że zostanie postawiony przed takim wyborem, a tym bardziej, że pojawią się…wątpliwości? Był gotowy na wszystko, by chronić swojego anioła. Ta przemożna, niezwyciężalna potrzeba od wielu, wielu lat sterowała jego życiem, wskazując mu ścieżki, które intuicyjnie wybierał. Teraz…tego zabrakło. Myślał nad wyborem, ale żadna klarowna decyzja nie pojawiła się w piekle, które nazywał swoją świadomością. Westchnął ciężko. Cokolwiek się działo, wcale mu się to nie podobało. Milcząco zszedł do pracowni, w towarzystwie Syriusza oraz Lady Crown. Gospodyni zaprowadziła ich do magazynu i otworzyła przejście – tak samo, jak kilka godzin wcześniej ze Stenem. Nie rozpraszając się, podeszła do kamiennego ołtarza i wypowiedziała zaklęcie w języku, którego turkusowooki nie rozpoznał, ku swojemu niezadowoleniu. Poprosiła Blacka, żeby zaczekał na górze, po czym chwyciła mocno dłoń Luthera i zeszła z nim po jasnych, świetlistych schodach do swego dawnego więzienia. Ponieważ Dragan się nie odzywał, nie chciała na siłę rozpoczynać rozmowy, która nie była jej na rękę. Tak jak poprzednio, przyłożyła czoło do ściany, wzywając swoich przyjaciół. Pojawili się po kilku minutach, od razu przybierając ludzkie formy.

– Lin!

Shy podszedł do niej i przytulił mocno, nie spodziewając się, że wróci do nich tak szybko. Oczywiście był świadom obecności upiornego mieszańca, jednak nie chciał pospieszać rozwoju wypadków.

– Prosiliście o chwilę rozmowy z Draganem – płomiennowłosa spojrzała na upadłych.

– Możesz nas z nim zostawić? – Aramon uśmiechnęła się uroczo.

– Dragan? – Lady zerknęła na przyjaciela.

– Poradzę sobie – odpowiedział szorstko.

– Zostawię schody otwarte – odsunęła się, gdy czarnooka położyła palec na czole kruczowłosego. – Kiedy skończycie, przyjdź na górę.

Luther skinął jej ze zrozumieniem. Do póki nie wyszła z tego cudacznego pokoju, przyglądał się swoim tymczasowym kompanom bez słowa. Wielu rzeczy się spodziewał, ale nie zaliczało się do nich równie osobliwe spotkanie. Ciekawiło go, jak Vallerin poznała tę dwójkę i gdzie tak właściwie u licha byli. Dziwnie czuł się w tym pomieszczeniu…jakby go osłabiało. Gdy zostali sami, uśmiechnął się diabolicznie, a turkus jego oczu zalśnił ostrzegawczo.

– Wyrocznia Głupców – prychnął, rozsiadając się na szezlongu.

– Znasz moje imię? – Aramon przysiadła obok niego – Cóż za zaszczyt.

– Marny – warknął markotnie, po czym wyciągnął dłoń do Shayara. – Święty od Morderców. Od lat podziwiam pańskie osiągnięcia. Wspaniała robota!

– Uciążliwa i nudna, ale cóż począć? – czerwonooki uścisnął wyciągniętą prawicę, po czym usiadł na podłodze – Lin wspominała ci o nas?

– Nie musiała – Luther uśmiechnął się upiornie, przywdziewając jedną ze swoich ulubionych masek. – Macie do mnie jakąś sprawę?

– Kilka pytań, jeśli pozwolisz – upadła próbowała uśmiechnąć się serdecznie, jednak marnie jej to wyszło.

– Proponuję więc grę – rozsiadł się wygodnie, zakładając nogę na nogę. – Pytanie za pytanie. Możecie zacząć.

– Skąd znasz nasze przydomki? – Shy skorzystał z okazji.

– Od dawna interesuje się upadłymi – Kolekcjoner nie chciał mataczyć, ponieważ wiedział, że wyczuliby każde kłamstwo. – Znam przydomek każdego z was oraz sposób, w jaki oddziałujecie na ludzi. Co to za miejsce?

– Klatka – Aramon odpowiedziała swobodnie. – Kiedyś było to więzienie Lin, a obecnie należy do niej. Skąd znasz pana Samaela?

– Przyszedł po duszę mojej matki. Przyciągam śmierć, więc widywaliśmy się dość często i w końcu zakumplowaliśmy. Czym jest klatka?

– Więzieniem, już mówiłam. To tylko jedna z setek tysięcy jej podobnych. Ściany zbudowane są z materii, absorbującej wszelką siłę. Trzymamy w nich wyjątkowo niebezpieczne okazy, które nigdy nie powinny wrócić do świata na górze. Nie jesteś tak do końca człowiekiem, prawda?

– Jestem Lutherem – uśmiechnął się łagodnie. – Płynie w nas krew śmiertelnych oraz krew jednego z braci Vallerin. Jesteśmy długowieczni, posiadamy okrojone zdolności regeneracyjne Phoenixów i lepsze wyczucie magii, niż czarodzieje. Dlaczego pomagacie w ceremonii?

– Lin nas poprosiła – Shayar ubiegł koleżankę w udzieleniu odpowiedzi. – Zaprzyjaźniliśmy się z nią, kiedy była tu uwięziona. To co chce zrobić… – przerwał na moment – zakrawa o szaleństwo, mieszańcu. Bez naszej pomocy ten słaby człowieczek rozpadnie się na kawałki. Kiedy się urodziłeś?

– Czemu chcesz wiedzieć?

– Odpowiedz, albo nici z twojej gry – warknął czerwonowłosy.

– 17 kwietnia 1572 – turkusowe oczy zalśniły metalicznie. – Dlaczego chciałeś wiedzieć?

– Nie jesteś zwyczajnym człowiekiem, ani upadłym – zaśmiał się ochryple. – Próbuję dowiedzieć się, kim tak naprawdę jesteś.

– Luther inny od wszystkich Lutherów – czarnookiej podobała się zabawa, ale to ona chciała zadać kolejne pytanie. – Nie ciekawi cię, dlaczego różnisz się od swoich pobratymców?

– Niespecjalnie – wzruszył ramionami. – Czemu was tak to ciekawi?

– Irytujesz nas – fuknął Shayar.

– Irytuje wiele osób – posłał mu pobłażliwe spojrzenie. – Też jesteście upierdliwi, jeśli mam być szczery. Wiesz już, jakim wybrykiem natury jestem, Sherlocku?

– Domyślam się – czerwonooki błysnął rzędem równych, białych zębów. – Od dawna wiesz, że cię obserwujemy?

– Praktycznie od zawsze. Nazwałbym to raczej prześladowaniem, ale nie będę się wykłócał o nomenklaturę – odpowiedział suchym, nieprzyjemnym chichotem. – To was tak wkurza?

– Zgadza się – wymruczała Aramon. – Jakim cudem się przed nami bronisz?

– To dość proste, droga pani – uśmiechnął się uwodzicielsko. – Moja głowa to mało przyjemne miejsce i wysoce odporne na intruzów. Chce pani zobaczyć?

– Mogę?

– Zapraszam.

Aramon przyłożyła czoło do jego czoła. Nie sądziła, że upiorny mieszaniec dobrowolnie zgodzi się, by zajrzała w jego myśli, więc zaproszenie bardzo ją ucieszyło. Początkowo wszystko wyglądało w miarę normalnie – standardowy, uporządkowany labirynt. Postanowiła ruszyć głębiej i to był jej błąd. Wszelkie pozory porządku w jednej chwili zmieniły się w chaotyczną, bezładną plątaninę miliardów myśli oraz szczątkowych wspomnień. Gdy nieświadomie przekroczyła bezpieczny punkt, zaczęła wrzeszczeć opętańczo, nie mogąc znieść wynaturzonego koszmaru, którego chwilowo stała się częścią. To…w żaden sposób nie przypominało ludzkiego umysłu. Dała wciągnąć się w nieprzerwany, gwałtowny, kakofoniczny strumień świadomości tak przerażający, że wzbudził w niej najczystszy atak paniki. Chciała się wycofać, jednak nie mogła. Tysiące makabrycznych, poszarpanych obrazów otoczyło ją z każdej strony, uniemożliwiając jakikolwiek ruch. W ciągu swojego żywota widziała więcej zwichrowanych umysłów, niż można by zliczyć, ale nie natknęła się na nic takiego, jak to. Powoli zaczynała przestawać stawiać opór, czując się całkowicie bezsilną wobec potęgi, którą ujrzała. Dopiero Shy siłą wyszarpnął ją z tego nieopisanego horroru.

– Piekło… – wyszeptała, wpatrując się bezmyślnie w demoniczne, turkusowe tęczówki.

– Tylko jego przedsionek – uśmiechnął się szelmowsko. – Sama pani widziała, Wyrocznio, że nie ma tam miejsca na wasze podszepty. Nie omami mnie pani wizjami przyszłości, bo mam w dupie takie ckliwe przedstawienia. Nie chcę niczego, poza osiągnięciem swoich celów i żadna przepowiednia nie jest mi do tego potrzebna. Święty – przeniósł wzrok na Shyara – jestem pana wielkim fanem, ale nie ma pan na mnie żadnego wpływu. Mnie nie trzeba namawiać do sięgania po przemoc, ani mordowania w jakiś wzniosłych lub trywialnych celach. Zabijam, bo to lubię. Nie waham się, nie mam wyrzutów sumienia, nie liczę na większe korzyści, niż chwilowe stłamszenie nudy. Waszym zadaniem jest rozbudzenie w ludziach całej tej zgnilizny, tkwiącej gdzieś w zakamarkach naturalnych zapędów. U mnie nie ma już czego rozbudzać. Jeśli wiesz, czym jestem, to mnie oświeć, bo sam nie mam pojęcia.

– Mówi ci coś przydomek Aryman? – Shy zaśmiał się radośnie i usiadł obok człowieka, którego nieoczekiwanie polubił.

– Sammy nazwał mnie tak kilka razy – Kolekcjoner prychnął, rozbawiony. – Powinienem się bać?

– Tego pewny nie jestem. Zawsze myślałem, że odrodzeni w Otchłani posiadają jakieś zahamowania!

– Jak widać nie we wszystkich przypadkach – nonszalancko machnął ręką. – Ograniczam się , prawda, ale to nie znaczy, że mam jakiekolwiek zahamowania. Skąd nagle wziął się temat Otchłani?

– To wyjaśnia, kim możesz być – Shayar zignorował pełne obawy spojrzenie roztrzęsionej Aramon – Ponad 400 lat temu gruchnęła wieść, że Otchłań wybrała swojego dziedzica. Szczerze mówiąc, spodziewałem się kogoś mniej…diabolicznego, ale słowa pana Samaela wydają się potwierdzać przypuszczenia. Aryman, książę Otchłani. Tym prawdopodobnie jesteś, mieszańcu.

– Chętnie przygarnę tytuł szlachecki! – Dragan roześmiał się maniakalnie – Nie chcę cię martwić, Święty, ale moje relacje z Otchłanią są mocno…napięte. Znienawidziłem dziwkę lata temu i jakoś nieszczególnie za nią tęsknię.

– Nigdy nie powiedziałem, że wiem o tej sprawie cokolwiek więcej! Słyszeliśmy tylko o wyborze dziedzica, nic poza tym. Pojęcia nie mam, co wiąże się z tym tytułem.

– Nawet nie chcę wiedzieć – Lutherowi coraz bardziej podobało się towarzystwo Shayara. – Dowiedziałeś się już wszystkiego, czego chciałeś?

– Nie, ale na więcej moich pytań nie znasz odpowiedzi. Jeszcze coś chcesz sobie z nami wyjaśnić?

– Mam oddać w wasze ręce człowieka, na którego życiu mi zależy. Na czym ma polegać wasz udział w ceremonii?

– Aramon, wyjaśnisz? – czerwonooki stracił zainteresowanie tłumaczeniem się.

– Postaram się – westchnęła kobieta. – Lin będzie potrzebowała miejsca, które zniesie uwolnienie jej pełnej mocy, a klatka jest do tego idealna. Twój przyjaciel stoi na skraju śmierci, więc potrzebujecie wsparcia istot, posługujących się magią, zniekształcającą prawa natury świata na górze. My jesteśmy tymi istotami – uśmiechnęła się delikatnie. – Trzech Lutherów rozpocznie rytuał zwykłą inwokacją, a my i Lin wzmocnimy ją, używając enochiańskiej magii.

– Vallerin zna enochiański? – uniósł pytająco brew.

– Nauczyła się w ciągu trzech stuleci uwięzienia. To miejsce jest odizolowane od wszelkich wpływów. Tutaj nie obowiązują znane ci prawa, więc Lin może śmiało pójść na całość, a my jej w tym pomożemy.

– I to wszystko dlatego, że was poprosiła?

– Niesłusznie spędziła tu trzysta lat – westchnął Shayar. – Wiesz jak tutaj jest nudno?! Nic tylko wałęsamy się między klatkami, albo bawimy się słabymi ludźmi. Oszaleć można! – zaśmiał się nerwowo – Lin poświęciła nam swój czas, opowiadała o świecie na górze…Z nią było tu całkiem zabawnie.

– Nikt z nami nie rozmawia – czarne oczy upadłej zalśniły melancholią. – Unikają nas, bo budzimy odrazę. Nie wolno nam odwiedzać więźniów, ale kiedy ta klatka przestała być więzieniem Lin, zaprosiła nas do środka. Jako jedyna – uśmiechnęła się kącikiem ust. – Dla niej nie jesteśmy odrażającymi kreaturami. Odwiedza nas kiedy może i za to zawsze będziemy jej wdzięczni.

– Nie spodziewałem się takiej wrażliwości po upadłych – zakpił Dragan.

– Też mamy uczucia – warknął Shy. – Tak samo jak ty. Czas, żebyś wrócił do swojego świata – podniósł się. – Musimy przygotować klatkę, a mamy jeszcze trochę standardowej roboty do odbębnienia.

– Po schodach na górę – Aramon wskazała mu wyjście.

– Dobrze, że mówisz, bo bym się nie domyślił – kruczowłosy przewrócił oczami, po czym wstał.

– Jak na księcia, jesteś okropnie niewychowany – burknęła kobieta.

– Jakie królestwo, taki książę – roześmiał się niepokojąco. – Do zobaczenia!

Wyrocznia nawet na niego nie spojrzała, a Shayar zdawkowo machnął ręką. Kolekcjoner uśmiechnął się pod nosem, stawiając stopę na pierwszym stopniu. Pogadanka z dwójką podrzędnych upadłych nie była mu do szczęścia potrzebna, ale nie okazała się całkowitą stratą czasu, więc nie żałował. Dowiedział się kilku nowych rzeczy o swojej pani i utwierdził w przekonaniu, że nie miała za grosz talentu do dobierania znajomych. Nie jego sprawa, jednak wolał mieć na to wszystko oko, a w ostateczności poprosić Samaela, żeby pogadał sobie od serduszka z pobratymcami. Teoria o jego domniemanym pochodzeniu nijak go nie obeszła. Od dawna wiedział, że z Otchłanią łączyła go jakaś cudaczna relacja, której nie miał najmniejszego zamiaru definiować. Jakakolwiek nie byłaby prawda, nie chciał mieć z nią nic wspólnego, ani tym bardziej do niej wracać. Jeśli rzeczywiście wyznaczyła go na swojego dziedzica, to popełniła cholerny błąd, którego najprawdopodobniej już żałowała. Teraz i tak się to nie liczyło – obchodził go wyłącznie rytuał. W końcu znalazł się w sali ceremonialnej, gdzie powitał go tylko Syriusz. Nieobecność Vallerin delikatnie go zaniepokoiła, ale nie na tyle, by stracił swój zaczepny animusz.

– Wierna psinka czekała grzecznie na powrót pana? – podszedł do czarodzieja i poklepał go po głowie.

– O niczym więcej nie marzyła – czarodziej przewrócił oczami. – Jak poszło?

– Nic specjalnego – wzruszył ramionami. – Dwójka nudziarzy, z tak samo nudnymi pytaniami. Gdzie poleciał nasz aniołek?

– Sten poprosił ją na chwilę, powinna zaraz wrócić – spojrzał na kamienny ołtarz i skrzywił się. – Bez niej nie zamkniemy tego cholerstwa.

– Czekaj, sprawdzę coś – Luther uśmiechnął się szeroko, podszedł do prostokątnego otworu i wychylił się nieco. – Święty?!!

– Czego chcesz, mieszańcu?!! – odpowiedział mu poirytowany, głęboki głos.

– Możesz zamknąć w cholerę wasz uroczy pokoik?!! Vallerin wcięło!!!

– Straszny z ciebie dupek!!!

– Dzięki!!!

Ledwo zdążył odskoczyć, zanim ciężki głaz zasłonił przejście. Spodziewał się, że upadli mogli swobodnie otwierać i zamykać wejście do klatki, ale nie był pewien, czy mogliby przez nią wyjść do ich świata. Jak się nad tym zastanowić, Samael unikał tej wątpliwej przyjemności, jeśli tylko mógł. Być może tak samo jak Sammy’ego, tak i jemu podobnych odstręczał dłuższy kontakt ze śmiertelnymi. Wcale by się nie zdziwił…to w końcu nienawiść do ludzi zepchnęła ich w tajemnicze, odizolowane podziemia. Włożył dłonie w kieszenie ciemnych jeansów i wrócił do Blacka, który nie kwapił się do posłania jakiegokolwiek komentarza. Stał z dość obojętną miną.

– Zero zdziwienia? – zachichotał, opierając łokieć na barku przyjaciela.

– Od kiedy pokazałeś mi Indrahill, mój poziom tolerancji dziwactw wyjebało poza skalę – Syriusz zaśmiał się oszczędnie. – Gdzie idziemy?

– Gdziekolwiek, byleby był tam alkohol! Muszę strzelić lufę, albo dwie.

– Chodźmy do mnie – czarodziej skierował się do wyjścia. – Jeśli mamy szczęście, Dovan uzupełnił zapas szkockiej.

– Szczęście to moje drugie imię, skarbie! – kruczowłosy uwiesił się na ramieniu kompana.

– Zawsze myślałem, że twoje drugie imię to dupek.

– To jest czwarte, zaraz za zabójczo przystojny.

– Dragan Szczęśliwy Zabójczo przystojny Dupek – były więzień roześmiał się dźwięcznie. – Pięknie się komponuje!

– Wszystko we mnie jest piękne – przesunął dłonią po twarzy.

– Słyszałeś kiedyś mit o Narcyzie? – nie mógł przepuścić okazji, skoro turkusowooki sam się podkładał.

– O żonie Malfoy’a? To chyba jakaś twoja krewna, prawda? Nie interesują mnie rodzinne opowiastki.

– Kretyn.

– Ej, miał być dupek!

– Wszystko jedno – westchnął Black. – Uważaj tylko, żebyś nie zakochał się we własnym odbiciu.

– Stary, po co mi odbicie? Jestem już wystarczająco w sobie zakochany!

Całą drogę z pracowni na piętro pokonali, drocząc się ze sobą zawzięcie. Kilkukrotnie musieli uskakiwać z drogi skrzatom, które z całą pewnością gotowe były dosłownie ich staranować. Weszli do pokoju Syriusza i zatrzymali się ledwo po przekroczeniu progu.

– Pusto tu – Dragan posłał przyjacielowi niejednoznaczne zerknięcie.

– Szkockiej też nie ma – jęknął szarooki.

– Doceniam, że bardziej niż o swoje graty, martwisz się o gorzałę – roześmiał się w głoś. – W głównym salonie jest barek.

Zrobili zdecydowany tył zwrot i wrócili na parter. Chcieli przecisnąć się do salonu, jednak nie było to sprawą łatwą, ponieważ pomieszczenie najwidoczniej pełniło funkcję głównego magazynu. Niemalże każdy metr kwadratowy zastawiony był dodatkowymi meblami, kartonowymi pudłami i jakimiś bzdetami, pokroju pościeli czy innych ręczników. Do barku nie było jak się dostać, ponieważ blokowała go drewniana, solidna rama łóżka, czekająca na przeniesienie do właściwej sypialni.

– To już się zaczyna robić wkurwiające – warknął Luther.

– Szukacie czegoś?

Sten, swoim zwyczajem, dosłownie znikąd wyrósł za ich plecami. Black porozumiewawczo zerknął na kompana, który w odpowiedzi przewrócił oczami. Majordomus nie raz i nie dwa ostro wypominał im alkoholowe wybryki. Początkowo nie miał nic przeciwko, ale miarka się przebrała, kiedy po pijaku urządzili sobie wyścigi na miotłach, przy okazji łamiąc czubki kilku drzew. Kolekcjoner odwrócił się do skrzata, z szeroko rozpostartymi ramionami i upiornie szerokim uśmiechem.

– Tatuśku! Gdzie gorzała?

– Dostaniecie co najwyżej po szklance wody, ochlaptusy – Sten zmierzył ich karcącym wzrokiem.

– No daj spokój – Dragan zmienił ton na bardziej przymilny. – Chcę uczcić z przyjacielem mój powrót do zdrowia.

– Doktor Q wyraźnie zabronił ci nadużywania alkoholu – staruszek był nieugięty.

– Kiedy niby tak powiedział?

– Napisał – wyciągnął w stronę turkusowookiego plik kartek. – Tu, tu, tu i tu – kolejno wskazywał palcem. – Szklanka wody i to wszystko.

– Steńciu…

– Nie nazywaj mnie tak, Draguś – kącik ust skrzata drgnął, gdy usłyszał śmiech panicza Blacka. – Wytyczne to wytyczne, nie mamy o czym rozmawiać.

– Zrzęda – fuknął Kolekcjoner.

– Sten? – Syriusz zdławił śmiech – Co stało się z moim pokojem?

– Och, tak… Przepraszam, paniczu, zapomniałem panicza uprzedzić. Pański pokój został przeznaczony na sypialnię profesora Dumbledore’a oraz profesora Snape’a.

– Nietoperz wykopał cię z pokoju! – kruczowłosy nie mógł przepuścić okazji do nabijania się – Przepędzony przez Gacka! Powinieneś nosić taką tabliczkę.

– Przymknij się – warknął zirytowany czarodziej.

Sam fakt, że cholerny Snape będzie gościem w rezydencji, już wystarczająco działał mu na nerwy. Nie potrzebował dodatkowych komentarzy turkusowookiego palanta. Pamiętał o co prosiła go Vallerin, jednak nie dało się od tak zapomnieć lat wzajemnej pogardy. Rogacz nie wybaczyłby mu zbyt szybkiego pojednania się z wrogiem! Nie wspominając już o tym, że Smarkeus kręcił się zdecydowanie zbyt blisko Lady Crown…

– Jak będziesz milszy, to może pozwolę ci spać ze mną – wymruczał Dragan.

– Wolę już spać w samym środku puszczy – zatrzepotał niewinnie rzęsami. – Może coś mnie zeżre i nie będę musiał cię dłużej słuchać.

– To nie będzie konieczne, paniczu – Sten bardzo starał się zachować profesjonalizm, ale tych dwóch zdecydowanie mu tego nie ułatwiało. – Zgodnie z wolą Lady, pańskie rzeczy zostały przeniesione do jej pokoju. Ubrania znajdzie pan w garderobie, a osobiste drobiazgi w kartonowym pudle, przy łóżku. A tobie – spojrzał na kruczowłosego – nie polecam się tak cieszyć. Będziesz dzielił pokój z paniczem Ethanem.

– Zadźgaj mnie – Luther błagalnie spojrzał na kompana. – Szybko.

– Męcz się – prychnął były więzień.

– Przestańcie się kręcić i zmykajcie do pokoju Lady. Jeśli dobrze się rozejrzycie, być może znajdziecie tam jakąś butelkę – majordomus uśmiechnął się pobłażliwie. – Panna Crown wkrótce do was dołączy.

Mężczyźni spojrzeli na siebie i w jednej chwili rzucili się biegiem w stronę schodów. Sten obserwował ich przez jakiś czas, uśmiechając się pod nosem. Od bardzo dawna nie widział, by Dragan zachowywał się przy kimś równie beztrosko. Kruczowłosy miał dość trudny charakter i bywało, że wytrzymanie z nim zakrawało o akt masochizmu, jednak najwidoczniej nie przeszkadzało to paniczowi Blackowi. Patrząc na nich, można było zauważyć dwóch chłopców, zwyczajnie cieszących się swoim towarzystwem. Kiedy stracił ich z oczu, wrócił do pracy. Panowie w międzyczasie zdążyli już wtargnąć do pokoju Vallerin i zając się szukaniem obiecanej butelki. Nie zauważyli jej nigdzie na wierzchu, więc Syriusz przyklęknął na podłodze i zajrzał do niewielkiego, kartonowego pudła. Uśmiechnął się sam do siebie. Nie posiadał zbyt wielu rzeczy, ale nigdy jakoś nie odczuł, by czegokolwiek brakowało mu w rezydencji. Może powinien poprosić Vallerin, żeby poszła z nim na jakieś zakupy? Mogli pokręcić się po mniej uczęszczanych uliczkach mugolskich miast, spędzając czas tylko we dwoje, z daleka od enklaw czarodziei. W sumie…ani razu nie byli na randce z prawdziwego zdarzenia! Na samą myśl zrobiło mu się gorąco. Od lat nie był na randce i zupełnie nie wiedział, jak wyglądało to w przypadku dwójki dorosłych, dojrzałych ludzi. No cóż…póki co mieli poważniejsze zmartwienia na głowie. Przerzucił kilka książek, przybory toaletowe, jakieś pomniejsze pierdółki i już zaczynał tracić nadzieję, gdy natrafił na prawdziwy skarb.

– Chwała Dovanowi! – triumfalnie podniósł szkocką.

– Mały skubaniec zasłużył na całusa – zachichotał Luther. – Walimy z gwinta?

– Jak to samce alfa – roześmiał się były więzień. – Ty weź już odpuść całowanie facetów.

– Czemu? Mnie się podobało – otworzył okno na oścież i usiadł na parapecie tak, by nogi zwisały mu na zewnątrz. – Aż tak źle całuję?

– Możemy o tym nie gadać? Psychoterapia kosztuje.

Czarodziej dołączył do kompana, usadawiając się tak samo. Przekazywali sobie butelkę, wpatrując się w krajobraz przed nimi i rozmawiając o głupotach. Nigdy jakoś specjalnie nie musieli szukać tematów, a niezręczna cisza między nimi wydawała się czymś nieosiągalnym.

– Paniczu Luther?

Do pokoju wszedł skrzat, imieniem Io. Turkusowooki wychylił się maksymalnie do tyłu, patrząc na na przybysza wyczekująco. Młody skrzat podszedł bliżej i podał Syriuszowi kolejne dwie butelki szkockiej, starając się nie zwracać uwagi na demoniczne, turkusowe oczy. Jako jeden z nielicznych mieszkańców rezydencji, wciąż bał się panicza Luthera, nie potrafiąc tego wyjaśnić. To nie on przyprowadził go do rezydencji, tylko panicz Ethan, w którego obecności czuł się znacznie lepiej. Słyszał od pozostałych skrzatów, że w razie jakichkolwiek problemów, to właśnie do Dragana powinien zwrócić się w pierwszej kolejności, ale po cichu dziękował opatrzności, że nie było takiej potrzeby. Odsunął się, nieświadomie opuszczając wzrok.

– Sten prosił, żebym poinformował pana, że pański brat oraz stryj zjawią się dopiero jutro, w godzinach popołudniowych – bąknął nieśmiało.

– Dzięki, młody.

Skrzat skinął niezdarnie i wyszedł czym prędzej, zamykając za sobą drzwi. Dragan usiadł normalnie, po czym automatycznie otworzył nową butelkę i pociągnął z niej kilka głębokich, łapczywych łyków. Black spoglądał na niego kątem oka i niezbyt podobało mu się to, co widział. Kruczowłosy wyraźnie odpłynął myślami gdzieś bardzo, bardzo daleko i najwidoczniej nie miał najmniejszej ochoty wracać. Westchnął ciężko, czując, co powinien zrobić.

– Stryj? – zapytał lekko, biorąc łyk szkockiej. – Myślałem, że Urien to twój ojciec.

– W tej zasranej rodzinie wszystko musi być skomplikowane, skarbie – Kolekcjoner zachichotał nieprzyjemne.

– Powiesz od razu, czy będziemy to przeciągać? – uśmiechnął się oszczędnie.

– Mówiłem ci o śmierci mojej mamy. Ojciec wpadł w kłopotliwą katatonię i trafił pod opiekę Ariena, ale jego powrót do normalności szedł bardzo opornie. To mój ojciec, cukiereczku – zerknął na przyjaciela. – Chociaż nigdy się wybitnie nie dogadywaliśmy, chciałem dla niego jak najlepiej.

– Rozumiem, wierz mi – zaśmiał się ponuro.

– To ja byłem problemem, utrudniającym leczenie. Ojciec obwiniał się, że zignorował pierwsze oznaki nadciągającej katastrofy. Nie mógł na mnie patrzeć, ani wymówić mojego imienia, bez pogrążania się głębiej w rozpaczy. Niewiele mogłem zrobić, więc zaproponowałem, żeby Lordowie usunęli mnie z jego pamięci – urwał, żeby się napić.

– On cię nie pamięta? – Black przyjął to znacznie spokojniej, niż Dragan się spodziewał.

– Killian z pomocą Ariena trochę przemodelował jego wspomnienia. Urien myśli, że jestem jego bratankiem. Tak jest łatwiej, Blacky…nam wszystkim.

– Skoro tak mówisz – nie czuł potrzeby oceniania, bo nie taka była jego rola. – Naprawdę ci to nie przeszkadza?

– Na początku było dziwnie, ale nauczyłem się z tym żyć – odparł bez cienia emocji. – Uriena widzę tylko raz w roku, kiedy odwiedzam grób matki. Wtedy ucinamy sobie dłuższą pogawędkę i rozchodzimy się w swoje strony. Zawsze czepia się, że nie odwiedzam go częściej – zaśmiał się cicho.

– Tęskni za tobą.

– Czemu miałby tęsknić? – nie ukrywał zdumienia – Nie wie o tym, że ma więcej niż jednego syna, a ja staram się go unikać, żeby nie zepsuć zaklęcia.

– Nie staraj się wyjaśnić powodu czyjejś miłości, głupku.

Słowa Syriusza sparaliżowały go na kilka długich, męczących sekund. Wieki temu to on wyszedł z inicjatywą, by usunięto go z życia Uriena. Czy tego chciał? Nie do końca, ale w tamtym czasie nie widział innego, racjonalnego wyjścia. Sporo się namęczył, zanim Arien raczył chociażby rozważyć taką możliwość. Do tej pory pamiętał minę dziadka, gdy postawiony pod ścianą, musiał mu przyznać rację. To była jedna z naprawdę rzadkich sytuacji, gdy Lord Arien Phoenix szczerze wyklinał przenikliwość swojego wnuka oraz jego gotowość do radykalnych rozwiązań. Nawet Killian miał wątpliwości, a upierdliwy narkoleptyk nieczęsto oponował przeciw nietypowym rozwiązaniom. Obydwaj Lordowie próbowali go jeszcze przekonać, żeby zaczekał i pozwolił im działać bardziej tradycyjnie, ale nie chciał tego słuchać. Wszyscy trzej wiedzieli, że powinien zniknąć, by Urien miał szansę na jako taki powrót do względnej równowagi. Arien prawdopodobnie wiedział o tym od samego początku, jednak nie śmiał prosić wnuka o tak…bolesne poświęcenie. Przechylił butelkę, wypijając bez mała połowę zawartości. Nigdy nie żałował tej decyzji. To był jego ostatni, pożegnalny prezent dla ojca.

– Mówiłem ci już kiedyś, że strasznie mądry się zrobiłeś? – spojrzał w szare oczy.

– Taa… – westchnął czarodziej. – Albo to ja magicznie zmądrzałem, albo ty jesteś emocjonalnie upośledzony.

– Tego akurat nie chciałem od ciebie usłyszeć! Ile ci zeszło, zanim powiedziałeś Vallerin, że ci na niej zależy?

– To co innego! – obruszył się były skazaniec – Ja i Vallerin… Wiesz, ona jest wspaniała, a ze mnie tylko zapijaczony kundel.

– Nie staraj się wyjaśnić powodu czyjejś miłości, głupku – zaśmiał się łagodnie.

– Będziesz mnie teraz przedrzeźniał?

– Nie. Po prostu myślę, że obydwaj powinniśmy wziąć sobie to do serduszka, skarbie.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 688
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!