Córa rodu Phoenix – Rozdział 32

Pieskie życie

            Syriusz siedział na podłodze, obok kufra ze szkolnymi rzeczami Vallerin. W dłoni trzymał jej szkolny krawat w barwach Slytherinu, uśmiechając się delikatnie. Za kilka godzin Lady opuści rezydencję, by po wtórnie wdrożyć się w rytm życia szkoły. Przesunął ostrożnie kciukiem po gładkim materiale, uważając, żeby niepotrzebnie go nie pomiąć. Za kilka godzin znów zostanie sam… Dragan i Erin odejdą, a na rychły powrót Ethana nie miał co liczyć. Młodszy Luther poinformował brata o wtajemniczeniu Blacka, upierając się, że chce to zrobić osobiście, żeby choć przez chwilę móc napawać się udręką znienawidzonego krewnego. Jak przewidział kruczowłosy, Ethan nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, ale nie miał najmniejszego zamiaru podważać decyzji kuzynki, ani zaufania, jakim postanowiła obdarzyć czarodzieja. Czego by nie mówić o Vallerin, nigdy nie podchodziła lekkomyślnie do wyjawiania swojej tożsamości – za bardzo obawiała się bólu powtórnego odrzucenia oraz kompletnego braku zrozumienia. Stwierdzając, że może spokojnie powierzyć opiekę nad płomiennowłosą Draganowi, wrócił do pełnienia obowiązków głowy rodu, tymczasowo opuszczając rezydencję – musiał zbadać masowy grób, w którym wedle jego podejrzeń, mogły spoczywać szczątki Lutherów. Szarooki oparł głowę o ścianę, poddając się delikatnej fali rezygnacji. Zawsze pozostawały mu skrzaty, z którymi się nie nudził, co nie łagodziło w najmniejszym stopniu dziwnego, ćmiącego poczucia niepokoju. Martwił się, chociaż sam nie wiedział dlaczego – błękitnooka była najpotężniejszą spośród istot, a u jej boku nieustannie czuwał nadgorliwy, bezwzględny psychopata. Nic nie miało prawa pójść źle, jeśli chodziło o ten osobliwy duet. Ciężko byłoby sobie nawet wyobrazić, jak wielką siłą tych dwoje dysponowało wspólnie, dodając do tego całe wieki doświadczenia, w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami oraz działań w cieniu. Podskoczył, słysząc nagły huk, dobiegający z lewej strony. Dragan darował sobie skorzystanie ze schodów, jak normalny człowiek i zwyczajnie zeskoczył z piętra, ściskają w zębach do połowy wypalonego papierosa. Syriusz nie mógł powstrzymać kpiącego uśmieszku, widząc, jak Luther był ubrany. Turkusowooki od dziś miał oficjalnie dołączyć do grona pedagogicznego, ale nie zdecydował się podkreślić tego faktu szatami, w których zazwyczaj chodzili nauczyciele. Założył przylegające, ciemnie spodnie; zawadiacko skrojoną, asymetryczną marynarkę oraz dopasowaną, grafitową koszulę. W sumie nie sam jego strój rozbawił byłego więźnia, a dopełniające go dodatki – eleganckie okulary, w subtelnych oprawkach i ciemnoszara wstążka, którą zebrał włosy w niski, luźny kucyk. Dragan prezentował się znacznie poważniej niż zwykle, jednak nie w sposób sztywny lub przesadnie formalny. Wyglądał jak powinien szalony, niepokorny geniusz – z całą tą niepojętą nonszalancją oraz dziwną, naturalną dominacją.

– Za okulary masz plus 10 do inteligencji – roześmiał się, gdy Kolekcjoner podszedł bliżej.

– Za marny żart masz minus 10 do bycia zabawnym – Luther usiadł obok niego. – Czemu wyglądasz jakby ktoś ci kość ukradł, kundlu?

– Bo ja wiem? – szarooki wzruszył ramionami – Chyba niespecjalnie uśmiecha mi się siedzenie w rezydencji bez was. O której wracacie do Hogwartu?

– Pytaj mnie, a ja ciebie – żachnął się turkusowooki. – Vallerin chce przed powrotem skoczyć jeszcze na zakupy. Wieczorem marudziła, że musi kupić prezenty dla szczyli, więc zaproponowałem jej wycieczkę na Pokątną. Skoro już za nami tęsknisz, skarbeńku, może zbierzesz zgrabny tyłeczek i pójdziesz z nami? Pohasasz sobie na świeżym powietrzu, jak na grzecznego psiaka przystało! – zaśmiał się ciepło, gasząc papierosa na grzbiecie dłoni.

– Poważnie chcesz, żebym z wami poszedł? – Syriusz mimowolnie zerknął na ranę po oparzeniu, która znikała w zawrotnym tempie.

– A widzisz jakiś problem? Nikt nie zwróci większej uwagi na wierne psisko, wałęsające się koło nóg właścicieli. Odczyń te swoje czary-mary z animagią i po sprawie.

– Właściwie… – czarodziej urwał, zbierając myśli – chciałem rozejrzeć się za prezentem dla Harry’ego. Nie mam pojęcia czy to dobry pomysł, ale chciałbym, żeby dostał coś szczególnego na święta, skoro jestem wolny.

Rozbawiony Luther klepnął, odrobinę zbyt mocno, ramię kompana. Kundel był jaki był, ale coraz lepiej szło mu wracanie do jako takiej równowagi, więc szkoda byłoby tego nie wykorzystać.

Vallerin powiedziała mu o chwili szczerości, między nią a byłym skazańcem – to, że Black po poznaniu prawdy o Lady nie zwiał z podkulonym ogonem, wzmocniło wcześniej dość wątłą sympatię Dragana do tego kłopotliwego smarkacza. Z Syriusza mogło coś jeszcze być, jeśli odpowiednio rozegra się karty, a on nie przywykł do odpuszczania sobie nadarzających się okazji. Sam był dość silny, ale doskonale wiedział o tym, że prawdziwej potęgi nie sposób było zbudować w pojedynkę. Potrzebował ludzi…solidnej armii, która pewnego dnia będzie gotowa zetrzeć się z czterema narcystycznymi skamielinami. Lordowie mieli śmiertelnych i mieszańców za nic i w tym właśnie upatrywał swojej szansy w konfrontacji z nimi. Podniósł się z podłogi i wyciągnął nieodłączną papierośnicę, z której wyjął kolejnego papierosa.

– Szykuj sierść, pchlarzu. Skoczę po naszą uroczą panienkę Crown, bo coś za długo karze na siebie czekać. Mówiłeś jej o swojej animagii?

– Nie. Całkiem wyleciało mi to z głowy – mężczyzna przyznał z zakłopotaniem. – A ty?

– To samo – westchnął teatralnie. – Ogon do góry, Fafik! Aniołek będzie miał niespodziankę.

Turkusowooki, śmiejąc się niejednoznacznie, wbiegł po schodach – mógł po prawdzie wskoczyć na piętro, ale nie chciało mu się tracić sił. Bez pukania wtargnął do pokoju gospodyni, uznając zapowiadanie się za zbędną uciążliwość. Lady Crown nie było w sypialni, ale sądząc po odgłosach siedziała w łazience. Uśmiechnął się szelmowsko, wypuszczając mętny obłok dymu i oparł dużą dłoń na klamce.

– Ubrana jesteś, mała?!

– Od kiedy niby to dla ciebie jakakolwiek różnica?!

Mężczyzna roześmiał się, słysząc jej rozbawiony głos. Fakt. Nigdy za bardzo nie przejmował się pierdołami i zazwyczaj właził bez pytania, więc Vallerin zaczęła zamykać się na klucz podczas przebierania. Po naciśnięciu klamki drzwi ustąpiły, co odczytał jako zaproszenie. Przestąpił próg łazienki i wybuchnął niekontrolowanym, szczerym śmiechem. Błękitnooka, w postaci dziecka, była zdecydowanie za niska, żeby w pełni przejrzeć się w łazienkowym lustrze. Stała tuż przed nim na taborecie i wyginając się pod przedziwnymi kątami, usiłowała wyzwolić pasmo włosów, które nieopatrznie wplątało się w suwak jej sukienki. Nierówna walka wyglądała wręcz komicznie.

– Może byś mi łaskawie pomógł, zamiast rechotać? – zerknęła na niego z dezaprobatą.

– Wolę się jeszcze pośmiać, ale skoro tak słodko prosisz o wsparcie…

Stanął za panną Crown i zaczął ostrożnie wyplątywać jej długie włosy z dość zawziętego suwaka, nie spodziewając się, że okaże się to równie problematycznym przedsięwzięciem. Cholerny metal nie chciał mu niczego ułatwić! Jakby się nad tym zastanowić, po raz pierwszy w życiu pomagał w zakładaniu sukienki – znacznie większą wprawę miał w zdejmowaniu ich. Trochę się pomęczył, ale wysiłek popłacił – udało mu się bez nadmiernych szkód uwolnić przyjaciółkę i dopiąć to oporne, acz całkiem ładne cholerstwo.

– Dzięki – uśmiechnęła się szeroko, poprawiając granatowy materiał.

– Pani pozwoli.

Choć słowa zapowiadały coś zgoła innego, nie miał zamiaru czekać na przyzwolenie. Złapał płomiennowłosą w talii i przerzucił przez swój bark, całkowicie ignorując oznaki jej niezadowolenia. Często zdarzało mu się zachowywać w podobny sposób, więc Vallerin była do tego przyzwyczajona i w gruncie rzeczy nie bardzo jej to przeszkadzało.

– Umiem chodzić! – roześmiała się, uderzając otwartymi dłońmi w jego plecy.

– Wiem, że umiesz, ale za wolni ci to idzie – podrzucił ją zaczepnie. – Mamy wrócić do szkoły DZISIAJ, pamiętasz? Ogarnięta do wyjścia?

– Ogarnięta! Wiem nawet co chcę kupić, więc nie spędzimy połowy dnia na zakupach – poprawiła nieco zbyt zsuniętą wstążkę, na kruczych pasmach. – Znaj moją łaskę!

– Łaska twoja nie zna granic, moja pani.

Mimo nieszczególnie przekonujących protestów panny Crown, Luther nie miał najmniejszego zamiaru jej puścić. Niosąc błękitnooką zbiegł po schodach i zadziornie uniósł podbródek, dostrzegając wielkiego, czarnego psa wpatrującego się w niego lśniącymi, ciemnoszarymi ślepiami. Więc to tak wyglądał Black w swojej futerkowej formie. Niewiele się pomylił, nazywając go kundlem – na upartego mógł nieco przypominać wilczarza, ale niewiele w nim było z psa rasowego. Dragan postawił Vallerin, która natychmiastowo zainteresowała się psem – uwielbiała zwierzęta, jednak żyły zbyt krótko, a jej ciężko było pogodzić się z ich odejściem. Zawsze szybko przywiązywała się do zwierzaków, ceniąc w nich najczystszą formę pozbawionej zakłamania sympatii – w przeciwieństwie do ludzi nie były wyrachowane ani przygnębiająco nieszczere.

– Skąd wziąłeś psa? – jej oczy zalśniły, gdy spojrzała na uśmiechniętego Kolekcjonera – Mogę pogłaskać?

– Nie krępuj się. Jest wkurwiająco wyszczekany, ale nie gryzie.

Lady zignorowała niepokojący półuśmieszek przyjaciela i przyklęknęła przy psie. Delikatnie pogładziła jego łeb, choć przez chwilę wydawało jej się, że zwierze niekoniecznie pewnie czuło się w jej obecności. Cóż…jeśli futrzak spędził dłuższy czas w towarzystwie Luthera, jego zdenerwowanie nie było niczym dziwnym. Nieco pewniej zatopiła smukłe palce w przyjemnie miękkiej, lśniącej sierści, z radością obserwując roziskrzone, stalowe oczy.

– Ale jesteś słodki – objęła szyję stworzenia, przesuwając dłonie na grzbiet.

Kruczowłosy obserwował tę dwójkę, starając się z całych sił nie parsknąć śmiechem. Black siedział skamieniały, poddając się dotykowi Lady, choć sądząc po wzroku czułości gospodyni mocno wytrąciła go z równowagi. Dragan ryknął śmiechem, słysząc ciche skomlenie, które najwidoczniej było prośbą o pomoc. Błaganie nasiliło się, gdy błękitnooka przytuliła policzek do pyska psa, uparcie drapiąc go za uchem.

– Vallerin – turkusowooki z trudem wykrztusił przez salwy śmiechu – weź mu trochę odpuść, bo na zawał zejdzie. To Black.

– Syriusz? – wyszeptała zdumiona dziewczyna, wpatrując się w oczy stworzenia.

Czarodziej czym prędzej wrócił do swojej ludzkiej postaci, kompletnie nie przejmując się tym, że nagły powrót do normy może pozbawić gospodynię równowagi. Tracąc w miarę stabilne oparcie, dziewczyna upadła wprost na jego pierś, opierając o nią szczupłe dłonie. Ciało byłego więźnia zareagowało instynktownie, bezwiednie łapiąc płomiennowłosą, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Przymknął oczy, czując cudowny zapach oraz przyjemne ciepło drobnego ciała, zamkniętego w jego objęciach. Chłodne, smukłe palce Lady wsunęły się nieznacznie pod jego niedopiętą koszulę, przyprawiając go o dreszcz. Nawet najdrobniejsze zetknięcie nagiej skóry z śnieżną, gładką dłonią Erin pozbawiało go zmysłów, przyjemnie otępionych jej bliskością. Szarooki poczuł intensywne pieczenie policzków, uzmysławiając sobie, jak blisko był jego anioł. Zażenowany do granic możliwości opuścił wzrok i w milczeniu pozwolił, żeby błękitnooka odsunęła się od niego – czego robić nie miał najmniejszej ochoty. Dotyk Lady Vallerin Crown działał na niego z niepojętą intensywnością, bez względu na to, jaką konkretnie formę przybierał. Rozproszony Black nie zwrócił najmniejszej uwagi na obserwujące go, demoniczne oczy. Dragan, zamyślony, przyglądał się całej tej scenie, czując wzbierającą w nim gorycz. Syriusz był komicznie nieudolny w ukrywaniu swoich uczuć, więc dla Kolekcjonera oczywistym było jego zauroczenie płomiennowłosą. Śmiertelny zakochany w Mistycznej…czy mógł istnieć bardziej pożałowania godny scenariusz? Westchnął ciężko. Vallerin była wyjątkowo odporna na zauważanie romantycznego zainteresowania ze strony mężczyzn, więc liczył na to, że czarodziejowi przejdzie, zanim zdąży poważnie oberwać. Oczywiście wiedział, że panna Crown nie była tak ślepa, by całkowicie nie dostrzegać oczywistości – zwyczajnie je ignorowała, nie dopuszczając do siebie. Od czasu zdrady Salazara, nie była kompletnie zainteresowana wykraczaniem poza przyjaźń w kontaktach damsko-męskich.

– Cześć, Erin – były więzień wydukał speszony.

– Więc, jesteś animagiem? – zaśmiała się dźwięcznie – W sumie, durne pytanie.

– Skoro kundel może zmieniać się w rozkosznego sierściucha, zaproponowałem mu, żeby towarzyszył nam w zakupach – kruczowłosy wtrącił się, spychając obawy na margines świadomości. – Co ty na to, mała?

– Fantastycznie! – kobieta wydawała się podekscytowana wizją wspólnych zakupów – Będziemy mogli poszwendać się we trójkę. Długo dasz radę utrzymać taką postać?

– Bez problemu. Kiedyś potrafiłem ganiać całe dnie jako pies – Black uśmiechnął się półgębkiem. – Chcę kupić Harry’emu porządny prezent świąteczny. Wpadniemy do sklepu z miotłami? Mówiłaś, że po ostatnim meczu stracił swoją.

– Wiem nawet, który model mu się spodoba. Podczas wakacji pokazywał mi taką jedną i gadał o niej przez godzinę. Nie pamiętam jak się nazywała, ale rozpoznam ją.

– Dobra, dzieciaczki! – Luther przewrócił oczami – Czas najwyższy zbierać tyłki. Wstępnie obiecałem Siwobrodemu, że pojawimy się przed obiadem i wolałbym nie nadwyrężać jego cierpliwości, bo zacznie po ścianach chodzić z nerwów. Staruszek mocno przeżył ostatnie zamieszanie, a w jego wieku aż prosi się o zawał.

– Pamiętasz, że jesteś kilkaset lat starszy od Albusa? – Lady zaczepnie uniosła brew.

– Ja się nie starzeje, moja piękna – chwycił dłoń swej pani. – Ja dojrzewam.

– Jakoś opornie ci to idzie – zaśmiała się perliście.

– Urok niepokornego chłopca, to połowa mojego sukcesu. Zbierajmy się, bo w życiu stąd nie wyjdziemy.

Syriusz, chętniej niż się spodziewał, skorzystał z dobrodziejstwa animagii. Pod postacią psa towarzyszył Lady oraz Kolekcjonerowi w niespiesznej przechadzce po Pokątnej. Od bardzo dawna tu nie był…co chwila zwalniał, by lepiej przyjrzeć się ulicy, z którą wiązała się masa przyjemnych wspomnień. Różdżki staruszka Olivandera….rozbiegane dłonie natrętnej Madame Malkin…wiecznie zatłoczone księgarnie…wiele czasu stracił na wałęsanie się bez większego celu po brukowanej, tętniącej życiem uliczce, w akompaniamencie śmiechu przyjaciół. Coraz mniej wyraźnie pamiętał te proste chwile beztroskiego szczęścia, przez co czuł się źle z samym sobą. Jeśli on zapomni…to wszystko przepadnie – zupełnie, jakby nigdy nie istniało. Przystanął mimowolnie, widząc kawiarnię, usytuowaną na samym rogu. Wyglądała identycznie, jak lata temu – z niewielkimi, okrągłymi stoliczkami; przytulnym patio oraz białym, niskim płotkiem. Zawsze zatrzymywali się tutaj na coś chłodnego do picia, zmęczeni sierpniowym gwarem Pokątnej. To z ogródka tej kawiarni musiał uciekać, gdy dla zabawy zmienił sok Rogacza w klej. Poczuł dłoń opadającą na jego łeb i przymknął oczy, ciesząc się uspokajającym dotykiem. Vallerin delikatnie gładziła zmierzwioną sierść, uśmiechając się łagodnie – zupełnie jakby wiedziała, co zaprzątało jego myśli. Szczeknął na znak, że był gotów iść dalej. Najczęściej po prostu siedział przed drzwiami sklepów, czekając aż jego kompani zakończą zakupy. Szczerze mówiąc, nie przeszkadzały mu te krótkie momenty samotności – miał czas na nostalgiczne przemyślenia. Ciekawiło go, jak Harry zareagował, widząc Pokątną po raz pierwszy. To zdecydowanie musiał być niemały szok dla chłopca, który wcześniej nie miał styczności ze społecznością czarodziei. Z tego co wiedział od Lady, to Hagrid towarzyszył jego chrześniakowi podczas pierwszych zakupów. Poczciwy, dobroduszny Rubeus…na tego olbrzyma zawsze można było liczyć. Zastanawiał się, czy gajowy wciąż miał jego motocykl. Swego czasu nie rozstawał się z tym sprzętem, często słysząc kpiącej komentarze Rogacza, jakoby tyłek całkiem mu już przyrósł do skórzanego siedzenia. Uwielbiał to poczucie wolności, gdy sam jeden wzbijał się w przestworza, mogąc bez reszty oddać się pędowi powietrza oraz własnym myślom. Chciałby kiedyś wybrać się na taką przejażdżkę z Vallerin – byłaby pierwszą kobietą, której pozwoliłby zająć miejsce tuż za sobą. Mimo tego, że lubował się w bajerowaniu dziewcząt, nigdy nie czuł potrzeby dzielenia się z nimi radością, jaką sprawiała mu jazda na motocyklu. Wydawało mu się to przeżyciem zbyt osobistym…takim, którym nie zamierzał dzielić się z byle kim. Płomiennowłosa nie była jednak pierwszą lepszą kobietą – panna Crown stała się pierwszą w jego życiu prawdziwą miłością, a on nie miał pojęcia, co z tym zrobić. Nigdy nie był zakochany i nie wiedział, jak powinien zachowywać się dorosły mężczyzna, któremu naprawdę zależało na dziewczynie. Spodziewał się, że wyglądało to zupełnie inaczej od szkolnych, częstokroć niezdarnych, podrywów, ale jak konkretnie? Dragana nie miał nawet co pytać o radę – Luther był zbyt pokręcony i sam powtarzał, że coś tak banalnie upierdliwego jak miłość, wcale go nie interesowało. W sumie, innych znajomych w tej chwili nie miał… Mógłby co prawda spróbować pogadać z Ethanem, jednak miał dziwne przeczucie, że starszy Luther prędzej by mu łeb urwał za naprzykrzanie się Vallerin, niż cokolwiek podpowiedział. No cóż…widocznie musiał jakoś sam sobie poradzić, wracając wspomnieniami do związku Jamesa i Lily, który brał za wyznacznik. Póki co był boleśnie pewien, że nie byłby w stanie wykrztusić z siebie „kocham cię”. Dawniej nie sprawiało mu to problemu – szastał tymi dwoma słowami na prawo i lewo, chcąc wyłącznie zapewnić sobie powodzenie, w uwodzeniu zadurzonych w nim małolat. Sama myśl o spojrzeniu w lazurowe oczy bogini i powiedzeniu kocham cię, tamowała jego oddech, wzbudzając coś na kształt ataku paniki. Ktoś tak doskonały, jak Vallerin….nie śmiałby obrażać jej równie pożałowania godnymi wyznaniami. Kim on tak właściwie był, żeby chociażby rozmyślać o równej bezczelności? Cóż takiego mógł jej zaoferować, poza szczerym uczuciem? Wciąż nie uważał, by zasługiwał na jej dobroć, nie mówiąc już o romantycznym uczuciu. Roześmiałby się, gdyby mógł. Odwzajemniona miłość…nie miał nawet o czym marzyć. Jaka kobieta chciałaby tracić czas i nerwy, na pokochanie takiego śmiecia? Wstał, słysząc ostry dźwięk dzwonka – wyczulony, psi słuch potrafił być zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem. Podobne odczucia miał względem węchu, choć w tej chwili wcale nie przeszkadzała mu spotęgowana wrażliwość na zapachy. Doskonale czuł subtelną woń czarnych róż oraz jaśminu – niepowtarzalną mieszankę, otulającą Lady Crown. Dziękował niebiosom za to, że płomiennowłosa stroniła od używania mocnych perfum, dzięki czemu mógł cieszyć się jej wysublimowanym zapachem. Wspaniały aromat zakłócił inny zapach – twardy, metaliczny i niezwykle męski. Syriusz nie miał pojęcia, czym dokładnie pachniał Dragan, ale zaczynało go to coraz bardziej intrygować. W jego zapachu było coś bardzo znajomego, dziwnie przerażającego i kojącego jednocześnie. Kolekcjoner i Lady opuścili sklep, stając obok siebie na zadbanej, dość wąskiej ścieżce. Turkusowooki nieoczekiwanie chwycił przyjaciółkę w talii i przyciągnął do siebie, by uchronić ją od zderzenia z zamyślonym facetem, który nie zwracał uwagi, gdzie lezie. Widok błękitnookiej w objęciach Luthera – choć nie był niczym niezwykłym – drażnił nieprzyjemnie byłego skazańca.

– Przejdę się na Nokturn, mała – kruczowłosy uśmiechnął się półgębkiem. – Dasz sobie radę przez chwilę sama?

– Nie będę sama – Lady mrugnęła w kierunku Blacka. – Mam przecież swojego strażnika.

– Zaopiekuj się nią, pchlarzu – Luther rzucił twardo. – Spotkajmy się za godzinę w kawiarni, w której siedziałaś z Po Prostu Harrym. Powinniście na spokojnie zdążyć wybrać miotłę.

Zamiast odpowiedzieć, płomiennowłosa skinęła ze zrozumieniem. Merlinie…nawet tak błaha rzecz jak gestykulacja, w jej wykonaniu zakrawała o istne dzieło sztuki. Zapatrzony, w nadnaturalne piękno panny Crown, Syriusz ze znacznym opóźnieniem zareagował na jej powolny spacer w dół uliczki. Podbiegł do dziewczyny i zrównał z nią krok, pilnując, żeby nie oddalać się zanadto. Usiadł obok jej nóg, gdy przystanęła, wpatrując się przez dłuższą chwilę w wystawę ze sprzętem sportowym. Szukała interesującego ich modelu, jednak na niewiele się to zdało. Zrezygnowana chwyciła za klamkę, otwierając drzwi przed swoim zwierzęcym towarzyszem.

– Panienko! Tu nie wolno…

Ubrany w strój sędziego sprzedawca zaciął się w pół zdania. Początkowo zamierzał ostrymi słowy napomnieć młodą damę, przypominając o wyraźnie wyeksponowanym zakazie wprowadzania zwierząt do wnętrza sklepu. Rozdrażnienie opuściło go w chwili, gdy ujrzał jej przepiękne, lazurowe oczy. Śliczna dziewczyna spoglądała na niego pytająco, a on – choć usilnie próbował – nie był w stanie zebrać myśli, ani oderwać wzroku od jej urodziwej buzi. W życiu nie widział równie zniewalającej istoty… Zmieszany, wygładził koszulę sędziego w mało swobodny, nerwowy sposób.

– Bardzo pana przepraszam – Erin uśmiechnęła się delikatnie. – Nie chciałam zostawiać go samego przed sklepem.

Chłopak poczerwieniał i wyszczerzył się w pokracznym, zdezorientowanym uśmiechu. Jej głos idealnie pasował do zachwycającej powierzchowności, nie pozwalając mu się skupić. Skoro byli tu praktycznie sami, raz jeden mógł zrobić wyjątek i zignorować zakaz. Spojrzał na psa, ciężko przełykając ślinę. Miał nieodparte wrażenie, że zwierzę śledziło go czujnym wzrokiem, krytycznie oceniając każdy jego ruch. Potrząsnął głową, uświadamiając sobie, że przesadza.

– Nie ma problemu. Ma panienka ślicznego towarzysza.

Sprzedawca, przezwyciężając zawahanie, wyciągnął dłoń ku Blackowi. Czarodziejowi nijak nie podobało się zainteresowanie tego gnojka, ale pozwolił na to, by pogłaskał go po łbie, nie tracąc palców. Chciał zostać w sklepie i nie przysporzyć Vallerin problemów. Z trudem powstrzymał chęć wgryzienia się w spoconą, irytująco napastliwą dłoń sprzedawczyka. Denerwował do sposób, w jaki ten facet patrzył na płomiennowłosą. Smarkacz mógł mieć jakieś 18, może 19 lat i prawdę mówiąc, nie był taki najgorszy – wysoki, dobrze zbudowany, o ciemnozielonych oczach i miodowych włosach. Coraz gorzej szło mu znoszenie zainteresowania, jakie budził jego anioł, skoro ruszały go takie pierdoły.

– Chyba pana polubił – Lady, zdając sobie sprawę z dyskomfortu szarookiego, przywołała go do siebie klepnięciem w udo.

– Jeśli można, niech panienka przestanie z tym panem, bo czuję się staro – zielonooki podszedł bliżej Lady, uśmiechając się dużo pewniej, niż na początku. – Mam na imię Josh. Mogę w czymś pomóc?

– Gallatea – płomiennowłosa odwzajemniła uśmiech. – Szukam prezentu dla kolegi. W wakacje pokazywał mi jakiś najnowszy model miotły, ale nie zapamiętałam nazwy. Myślałam, że rozpoznam ją na wystawie, jednak wygląda na to, że jej tam nie ma. Nie znam się kompletnie na miotłach.

– Jestem tu, żeby doradzić. Koledze zapewne chodziło o Błyskawicę. Obecnie nie skonstruowano lepszej miotły, wprowadzonej do sprzedaży – sprzedawca wyraźnie czuł się coraz swobodniej, pozwalając sobie na obniżenie głosu do mruczącego półszeptu. – Szybko się rozeszły, ale powinny nam zostać dwie sztuki na zapleczu. Sprawdzić?

– Będę wdzięczna. Czy możemy rozejrzeć się po sklepie?

– Oczywiście, tylko pilnuj psiaka. Mamy tu sporo kruchego towaru.

– Nie sprawimy kłopotu, obiecuję.

Josh puścił oczko pannie Crown, po czym zniknął na zapleczu. Black ponuro włóczył się za towarzyszką po sklepie, nie zwracając najmniejszej uwagi na sprzęty, pomimo niesłabnącego zainteresowania sportem. Powinien być w pełni świadom tego, że Lady przykuwała wzrok i niejeden smarkacz będzie próbował szczęścia, czemu więc aż tak go to ruszyło? Durny sprzedawczyk coraz bardziej działał mu na nerwy i nic nie mógł na to poradzić. Z nosem niemalże przy samej ziemi starał się uspokoić i zacząć myśleć racjonalnie. Mimo wysiłków, nie zdławił cichego warknięcia, czując ostre perfumy fircykowatego natręta.

– Gallateo, rzucisz okiem? – położył na blacie nowiutką, lśniącą miotłę.

– To ta.

Nie musiała za bardzo podchodzić, bowiem z daleka rozpoznała charakterystyczny kształt oraz ciemne drewno, z którego wykonano miotłę. Kurtuazyjna elegancja nie pozwalała jej zignorować starań Josha. Oparła drobne dłonie o kontuar, uśmiechając się zdawkowo.

– Dziękuję za pomoc.

– Nie ma sprawy – chłopak wychylił się w jej kierunku, napinając wyrzeźbione mięśnie ramion. – Zapakować?

– Jak najbardziej.

– Słuchaj…to dość kosztowny model. Jesteś pewna, że nie chcesz czegoś tańszego? Mamy kilka zamienników, o zbliżonych parametrach.

– Chodziło o ten konkretny model.

– Musisz całkiem lubić tego kolegę, co? – rzucił luźno zielonooki, schylając się po ozdobny papier.

– Owszem. Jesteśmy co prawda w różnych domach, ale dzięki niemu łatwiej było mi odnaleźć się w szkole. Zajęcia zawsze są zabawniejsze, kiedy ma się wokół siebie znajomych, nie uważasz?

– Pewnie masz rację! Sam niedawno wróciłem z Durmstrangu i już tęsknie za kumplami. Chcesz jakąś wstążkę, czy inną kokardkę? – zerknął na dziewczynę, kończąc owijanie miotły.

– Nie, dziękuję. Mam sporo takich pierdółek w domu, dam sobie radę.

– Miotła trochę waży – Josh uniósł brew, w geście rozbawienia. – Udźwigniesz ją?

– Powinnam – płomiennowłosa położyła na ladzie gotówkę, nie zapominając o dość szczodrym napiwku. – Dzięki, Josh.

Sprzedawca wpatrywał się w jej uśmiech, ze szczerym zdumieniem. Przepiękna…Powoli zaczynał liczyć na to, że Gallatea jeszcze kiedyś zajrzy do jego sklepu, w poszukiwaniu sprzętu. Odprowadził ją do drzwi i wzrokiem śledził, w którym konkretnie kierunku pójdzie. Uśmiechnął się pod nosem, dostrzegając, że nie ma zamiaru uciekać daleko. Weszła do pobliskiej kawiarenki, dzielnie trzymając miotłę w szczupłych, delikatnych ramionach. Vallerin nie zwróciła najmniejszej uwagi na śledzące ją, zielone ślepia, jednak nie uszło to uwadze Blacka. Idąc za Lady, co jakiś czas zerkał w stronę sklepu i tej durnej gębie, wpatrzonej w płomiennowłosą. Powinien był ugryźć tego gnoja, nie zważając na konsekwencje. Właściciel kawiarni uprzejmym uśmiechem powitał młodą klientkę, wskazując jej stolik ustawiony tak, by można było wygodnie usiąść na przysłoniętym poduszkami, szerokim parapecie. Przyjął zamówienie na kawę karmelową, nie zapominając o psim kompanie dziewczynki, któremu przyniósł miskę ze świeżą wodą. Syriusz doceniał gest, ale nie miał najmniejszego zamiaru pić z miski. Położył się koło nóg Erin, usiłując nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Cierpliwość stracił jakieś pół godziny później, gdy wyczuł w powietrzu ciężki, drażniący zapach. Podniósł głowę, obserwując drzwi, w których stanął nie kto inny jak Josh. Chłopak zrzucił swój uniform sędziego, na rzecz cywilnych ciuchów, więc najwyraźniej skończył zmianę. Nie czekając na zaproszenie, bezpardonowo przysiadł się do ich stolika, wyrywając tym samym Lady ze świata książki, którą czytała. Spojrzała na niezapowiedzianego gościa pytająco.

– Przyszedł mój zmiennik, więc pomyślałem, że pomogę ci z tą miotłą – uśmiechnął się cwaniacko.

– To bardzo miłe z twojej strony, naprawdę, ale czekam na kogoś – odpowiedziała, nie odkładając tomu.

– Pozwolisz mi chociaż dotrzymać ci towarzystwa, póki jesteś sama?

– Zabronić ci nie mogę – odpowiedziała z nutą niechęci, którą chłopak zignorował.

Ku niezadowoleniu Blacka, Josh nie należał do zbyt lotnych typów. Zamówił kawę i siedział z nimi uparcie, starając się co jakiś czas wciągnąć Erin w płytką, wymuszoną rozmowę. Błękitnooka bez entuzjazmu odpowiadała na ogólnikowe pytania, częstokroć udzielając wymijających odpowiedzi. Z czasem Josh stał się nieprzyjemnie natarczywy i ciekawski, stopniowo naruszając granicę przestrzeni osobistej panny Crown. Sprzedawczyk wyprowadził czarodzieja z równowagi, gdy nie był w stanie już dłużej trzymać przy sobie łap. Zaczął nachalnie dotykać płomiennowłosą, niby to przypadkowo muskając jej dłonie swoimi paluchami, szczerząc się przy tym radośnie. Syriusz już był gotów potraktować go zębami, lecz poczuł metaliczną nutę, przeszywającą ciepłe powietrze wnętrza. Tuż za nieproszonym gościem stanął Dragan, opierając dłonie o jego krzesło. Sądząc po lodowatym błysku w turkusowych oczach, nie był zadowolony, widząc zakłopotaną minę Vallerin, gdy Josh po raz kolejny wodził palcami zdecydowanie zbyt blisko jej nadgarstków.

– Łapy przy sobie, dziwaku – warknął sucho. – Zabieraj dupę z mojego miejsca.

Sprzedawca, wytrącony z równowagi ostrym, ostrzegawczym tonem, odwrócił się. Widząc za sobą chłopaka mniej więcej w swoim wieku, uśmiechnął się wyzywająco. Szkoła nauczyła go nie unikania konfrontacji, z których mógł wyjść zwycięsko, a turkusowooki nie wyglądał mu na godnego przeciwnika. Nie miał najmniejszego zamiary ustępować komuś takiemu.

– To wolny kraj – rzucił nonszalancko. – Mogę robić co chcę, o ile nie przeszkadza to koleżance.

Charakterystyczny, trącący szaleństwem półuśmieszek na twarzy Luthera, zaniepokoił Erin. Znała aż za dobrze ten wyraz twarzy…jej przyjaciel był wkurzony, a to mogło oznaczać jedno – kłopoty. Postanowiła ukrócić tę gierkę, zanim przeistoczy się w coś naprawdę poważnego. Podniosła się z parapetu i podeszła do kruczowłosego głównie po to, żeby bezinwazyjnie oddzielić go od zielonookiego. Dragana trudno było poskromić, gdy już nastawił się na zabawę w swoim stylu – a z przesadnego miłosierdzia, to on nie słynął.

– Spóźniłeś się! – wlepiła w niego lazurowe tęczówki.

– Wybacz, mała – wyszczerzył się. – Zeszło mi troszkę dłużej, niż zakładałem, przez bandę pajaców, niespecjalnie przejętych swoją robotą. Skoro już o klaunach mowa, co to za dupek? – wskazał brodą na sprzedawcę.

– To Josh. Pracuje w sklepie ze sprzętem sportowym i pomógł mi z miotłą.

– To urocze z twojej strony, Joshi – kruczowłosy prześmiewczo zatrzepotał rzęsami. – Serio wzruszyła mnie twoja bezinteresowna troska, ale nie jesteś już dłużej mile widziany. Możesz spadać.

Kolekcjoner objął ramieniem błękitnooką, jednocześnie śląc chłopaczkowi wrogie spojrzenie. Sam jego wzrok potrafił skutecznie wzbudzić niepokój, przez przerażającą mieszankę szaleństwa oraz braku litości. Sprzedawca mimowolnie wzdrygnął się, pod naporem diabelskiego turkusu, nie mając jednak w planach poddania się od tak. Rozdrażniła do pewna siebie postawa ciemnowłosego aroganta. W szkole nie raz i nie dwa przyszło mu się mierzyć z podobnymi „kogucikami” i wiedział dobrze, że bardzo rzadko buta szła w parze z rzeczywistą siłą. W tej chwili czuł, że musi walczyć o swój honor i pokazać temu bezczelnemu pozerowi, gdzie jego miejsce.

– A ty to kto, do cholery? – syknął, wstając.

Chociaż był wysoki i wysportowany, nie mógł równać się z posturą Dragana. Kolekcjoner może na pierwszy rzut oka wydawała się przyjemne smukły, ale był doskonale wyrzeźbionym, ponadprzeciętnie wytrzymałym facetem o szerokiej piersi, umięśnionych ramionach oraz dużych dłoniach – sprawiających wrażenie, jakby bez trudu mogły łamać karki. Luther był w stanie bez trudu zdominować każdego i potrafił to umiejętnie wykorzystać. Nie zawsze jednak sięganie po siłę było koniecznością. Uśmiechając się szelmowsko, uniósł delikatnie podbródek Vallerin, dając jej tym samym znać, że czas był najwyższy na wykonanie jednej ze sztuczek, które przećwiczyli na wypadek podobnych sytuacji. Kruczowłosy z gracją odwrócił przyjaciółkę twarzą do natręta i pocałował jej łabędzią szyję, niewzruszenie utrzymując kontakt wzrokowy z oniemiałym Joshem. Zamierzał wprawić chłoptasia w zakłopotanie i wyszło mu idealnie.

– Odpierdol się od mojej pani, gnojku, zanim puszczą mi nerwy i przemodeluję ci facjatę. Jeszcze jedno zbędne słowo, a wyrwę ci jęzor i cię nim uduszę. Sam trafisz do wyjścia, czy mam cię troskliwie odprowadzić?

Luther przemówił ze swą charakterystyczną, upiorną wręcz manierą – każde jego słowo brzmiało jak ostateczny rozkaz, za którego niewykonanie groziła śmierć…długa, okrutna i niewypowiedzianie bolesna. Mefistofeliczne oczy w połączeniu z tym tonem…nikt nie potrafił osiągać równie mrożącego krew w żyłach efektu. Dragan Luther w takich momentach wydawał się nieokiełznanym, rozszalałym demonem, czekającym na pretekst do rozpętania istnego piekła. Josh momentalnie stracił ochotę na testowanie cierpliwości tego dziwnego typa – za bardzo przerażała go groźba, czająca się upiornych oczach. Przez kilka sekund stał skamieniały, rozmyślając o tym, jak intrygująco wyglądała ta para – przepiękna, delikatna dziewczyna i niepokojąco przystojny, diaboliczny facet. Niemalże wybiegł z kawiarni, żeby znaleźć się jak najdalej od tego świra, gdy zobaczył jego perfidny, maniakalny półuśmieszek. Kolekcjoner roześmiał się dźwięcznie, zajmując miejsce natręta przy stoliku. Straszenie zanadto pewnych siebie bufonów nie miało szans mu się znudzić! Podniósł filiżankę z niedopitą przez Josha kawą i skrzywił się z odrazą.

– Dupek zadowalający się mierną kawą…serio, mała! Nawet na chwilę nie mogę cię spuścić z oka, żebyś nie przyciągnęła jakiegoś nieudacznika. Przy okazji, – kruczowłosy spojrzał na Syriusza – zły pchlarz! Takich trzeba gryźć, nawet jeśli to obrzydliwe.

– Nie spodziewałem się, że będzie aż tak nachalny – jęknęła Vallerin.

– To twój największy problem, aniołku – uśmiechnął się szeroko. – Zawsze zakładasz, że ludzie mają jak najlepsze intencje i starasz się w nich zobaczyć samo dobro, choć z doświadczenia wiem, że niewiele go pozostało. Tyle razy ci mówiłem… – przybrał zasadniczy ton – jeśli kogoś spotykasz, od razu zakładaj, że to skończony idiota. Lepiej się przyjemnie zaskoczyć, niż gorzko rozczarować. Mniejsza z tym – westchnął teatralnie. – Możemy wracać? To miejsce już mnie wkurwia.

– Pan przodem.

We trójkę opuścili kawiarnię, której właściciela przeprosili za zamieszanie hojnym napiwkiem. Black tak na dobrą sprawę nie miał ochoty jeszcze wracać do rezydencji. Zbyt dobrze wiedział, że nieuchronnie zbliżała się chwila nieuniknionej rozłąki, na którą nie był gotowy. Zaraz po przekroczeniu progu odrzucił postać psa, chcąc rozprostować kości. Wciąż miał mocno mieszane odczucia względem tego, w jaki sposób Dragan pocałował Vallerin. Co prawda ze swojej perspektywy doskonale widział, że była to perfekcyjnie dopracowana ściema, ale jednak… Uporczywie zastanawiał się, ileż to już razy tych dwoje odgrywało podobne scenki, skoro przychodziło im to z niemalże naturalną łatwością. Rozmasował dłonią pulsującą skroń i przygryzł dolną wargę, gdy uświadomił sobie, że oczyma wyobraźni widział siebie na miejscu Luthera, całującego pannę Crown. No świetnie! Znowu zaczynało mu odbijać… Myśli pochłonęły go na tyle, że wcale nie słyszał kruczowłosego, który mówił do niego od dobrych kilku minut. Dragan, zirytowany bezczelnym ignorowaniem, w końcu zdecydował się na drastyczniejsze kroki. Wprawnie kopnął czarodzieja w zgięcie kolana, zmuszając go tym samym do przyklęknięcia na podłodze.

– Odbiło ci, Luther? – szare oczy wbiły się w niego z pretensją.

– Nie lubię być ignorowany, skarbie. Mówiłem, żebyś spakował swoje graty, bo za godzinę się zbieramy.

– Jakie znowu zbieramy? – zaskoczony były więzień podniósł się z wypastowanego parkietu.

– Kurwa, Black! Masz jakieś konkretne zwarcie w tych dwóch szarych komórkach, czy co? – prychnął z rezygnacją – Zbieramy się do Hogwartu. Taki duży kamienny zamek, w którym wrzeszczy banda szczyli, ubranych w straszliwie nudne wdzianka.

– Dragan…coś ty znów wymyślił? – Lady westchnęła cicho.

– Zgodziłeś się ze mną, że nie powinniśmy zostawiać kundla samego, bo jeszcze mu coś odjebie. Dzisiejszą wycieczką chciałem sprawdzić, jak poradzi sobie w roli pchlarza i całkiem nieźle mu poszło. Zabierzemy go ze sobą, jako nowego pupilka – turkusowooki uśmiechnął się oszczędnie.

– Ja… – Syriusz z trudem dobierał słowa – nie mogę wrócić. Nawet po tylu latach…Remus mnie rozpozna.

– Masz mnie za naiwniaka, czy głupka? – warknął Luther – Doskonale wiem, że Lupin cię rozpozna w formie psiaka, a i Siwobrodemu za długo by to nie zajęło. Zapominasz jednak, że mamy po swojej stronie Vallerin – spojrzał na przyjaciółkę. – Będziesz potrafiła zmienić jego wygląd, prawda?

– Nie powinno być problemu – odpowiedziała po chwili namysłu. – Mogę nałożyć zaklęcie na jakiś przedmiot, dzięki czemu przekształcę wizualną formę animaga. Iluzja to raczej działka Killiana, ale nauczył mnie kilku przydatnych sztuczek.

– Widzisz? – kruczowłosy przewrócił oczami – Zero problemu.

– Poza jednym, geniuszu – prychnął Black. – Jak niby przekonasz Dumbledore’a? Hogwart toleruje niektóre zwierzęta, ale psy się do nich nie zaliczają.

– Jestem Dragan Luther, pamiętasz? – turkusowooki zaśmiał się protekcjonalnie – Potrafię wmówić każdą głupotę, komu tylko mi się podoba. Siwobrodego zostawcie mnie, urobię go jakąś ckliwą bajeczką. Vallerin, dasz radę w godzinę stworzyć zaklęcie?

– Postaram się. Powinnam mieć w pracowni wszystko, co konieczne. Jesteś pewien, że zabranie Syriusza to dobry pomysł?

– Masz lepszy? Raven chyba by się rzucił z klifu Indrahill, gdybym znowu poprosił go o przypilnowanie naszego niesfornego Fafika. Jeśli Syriusz zostanie z nami, będziemy mogli mieć na niego oko przez cały czas. Nie mówiąc już o tym, że będzie miał okazję poprzyglądać się Po Prostu Harry’emu z bezpiecznej odległości. Tylko bez żadnych sztuczek, Black! Pogadasz z dzieciakiem, kiedy znajdę odpowiedni moment. Masz trzymać się blisko Vallerin i uważać, co wyczyniasz, żebym nie musiał interweniować. Zrozumiano?

Szarooki potaknął z nadmierną ekscytacją, zważywszy na okoliczności. Nawet nie śnił o tym, że mógłby wrócić w mury szkoły. Być tak blisko Harry’ego…móc nareszcie go zobaczyć. Był gotów zgodzić się na każdy – nawet najbardziej absurdalny lub upokarzający – warunek Dragana, żeby to osiągnąć. Widząc radosne ogniki w oczach czarodzieja, Erin mimowolnie uśmiechnęła się szeroko. Dragan po raz kolejny zaskoczył ją szybkim obmyśleniem planu działania. Szczerze martwiła się, jak Syriusz zniesie powtórne osamotnienie – wolała być jak najbliżej niego, na wypadek kolejnego załamania, a Luther dał jej ku temu doskonałą okazję. Jego umysł był doprawdy fascynującym miejscem, w które wolała się przesadnie nie zagłębiać. Proszenie Ravena o kolejną przysługę byłoby przesadą. Nie wiedziała dokładnie czym się zajmował, ale sądząc po rozmowach z kruczowłosym, musiał być jednym z jego kluczowych współpracowników, któremu względnie ufał – co nie zdarzało się często. Niebieskooki i tak poświęcił czarodziejowi sporo czasu i domyślała się, że to właśnie jemu zawdzięczała powrót Blacka. Pogładziła delikatnie ramię byłego skazańca. Musiała w pełni zaangażować w ten pomysł, jeżeli miało się to powieść.

– Zabiorę się do pracy. Ekhm… – spojrzała w szare tęczówki – nie będziesz miał nic przeciwko noszeniu obroży? Potrzebny mi przedmiot, który będziesz mógł mieć nieustannie na sobie, bez względu na formę, jaką przybierzesz.

– Byleby nie była różowa – czarodziej roześmiał się pogodnie.

– Przestań, skarbie! W różowym byłoby ci do twarzy – Kolekcjoner zatrzepotał rzęsami. – Pasowałaby do twojego słodziutkiego pyszczka.

– Palant – były więzień uśmiechnął się półgębkiem.

– Debil – kruczowłosy odpowiedział podobnym tonem.

– Dobra, skoro zaczynacie wymieniać czułości, to nic tu po mnie. Skończę najszybciej, jak to możliwe. Masz jakieś życzenia, co do rasy swojego nowego wcielenia? – zwróciła się do czarodzieja.

– Niespecjalnie – wzruszył ramionami. – Wybór zostawiam tobie.

– To musi być przerażający York! – Dragan potrząsnął zaciśniętą pięścią – Zrób z niego Yorka. Tak samo głośny i złośliwy, jak oryginał.

Syriusz uderzył Luthera w ramię. Przepychając się nie zauważyli, kiedy Lady wyszła, na odchodne przewracając oczami. Potrafili przerzucać się uszczypliwościami całymi godzinami, więc jeszcze przez dłuższą chwilę wymieniali się grzecznościami w swoim stylu. Rozbawiony Black przestał, gdy zauważył metaliczny, ostrzegawczy błysk w demonicznych oczach kompana.

– Sporo ryzykujemy zabierając cię do szkoły, pchlarzu – Luther rzucił oschle. – Mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę.

– Jak najbardziej – Syriusz odparł w pełni poważnie. – Nie zrobię nic lekkomyślnego, przysięgam. Nie, kiedy mogę zaszkodzić tym tobie i Erin.

– Jeśli przez ciebie coś się wykrzaczy, poderżnę ci gardło bez chwili zastanowienia – potworne spojrzenie uzupełnił diaboliczny ton głosu. – Vallerin pewnie mnie za to znienawidzi, ale wolę, żeby mnie nienawidziła niż niepotrzebnie się narażała. Cztery narwane monstra nieustannie dyszą nam w kark, czekając na odpowiedni moment do narzucenia swoich rządów. Ta dziewczyna, to wszystko co mam, Black. Pamiętaj o tym.

Czarodziej zamarł, czując jak jego krew zamarza w żyłach. Widział już Dragana w różnych sytuacjach, ale takiego tonu jeszcze u niego nie słyszał. Luther mówił śmiertelnie poważnie…choć właściwszym określeniem byłoby zabójczo poważnie. Aż zbyt dobitnie dał do zrozumienia, że nie życzył sobie nawet najmniejszych komplikacji, a w razie ich wystąpienia, reakcja mogła być tylko jedna. Szarooki ciężko przełknął ślinę, zrozumiawszy w co konkretnie się wpakował. Jeden drobny błąd…pojedyncze odstępstwo od przyjętego planu…chwila zwykłej słabości…mógł to przypłacić życiem.

– Będę pamiętał – wydusił przez ściśnięte gardło.

– Uuu! – zaśmiał się Luther – Czyżbym nastraszył naszego narwańca? Nie stresuj się na zapas, księżniczko. Trzymaj się moich zaleceń, a włos z głowy ci nie spadnie. Przedstawię cię jako psa Lorda Ariena, który ma zapewnić Vallerin poczucie bezpieczeństwa. Śmiało możesz sobie pozwolić na odciąganie od niej jednostek wysoce niepożądanych, ale zabraniam ci sięgania po agresję, jeśli nie będzie bezwzględnie konieczna. Musisz przełknąć dumę i uszanować jej wybory, jeśli chodzi o dobór towarzystwa. Mnie na początku wręcz nosiło, żeby ich powybijać więc wiem, że nie będzie łatwo – zachichotał ponuro. – Zostaniesz z nią w jej pokoju i lepiej, żebyś sam za bardzo nie włóczył się po zamku w ciągu dnia. Na miejscu pokażę ci mój gabinet. Tam możesz wpadać bez ograniczeń, żeby odetchnąć w spokoju, kiedy znudzą cię cztery łapki. Naszym priorytetem jest zachowanie wiarygodności i o tym musisz pamiętać przez cały czas, nie ważne, co by się działo.

                           Dragan otworzył ukryte przejście, prowadzące do jego gabinetu i przesadnie teatralnym gestem zaprosił przyjaciółkę do środka, uważnie śledząc jej reakcję. Płomiennowłosa bardziej zachowawczo niż jego poprzedni goście podchodziła do tajemniczego wnętrza. Doskonale znała gust Luthera i sposób w jaki urządzał się w pokazowych miejscówkach – miał talent do przemieniania nudnych wnętrz, w urokliwe magnetyczne miejsca o unikatowym stylu. Co ciekawe nigdy nie zdarzało się, żeby podobnie umeblował dwa pomieszczenia. Nawet takie drobnostki jak architektura potrafiły być dla niego nużąco powtarzalne – nie znosił stagnacji w żadnym wydaniu. Skrzywiła się nieznacznie, widząc bordowy, paskudny gobelin wiszący tuż nad drzwiami prowadzącymi do gabinetu. Nie pasował do ogólnego zamysłu, ani wykonaniem, ani tym bardziej funkcją – był zwyczajnym przedmiotem, pozbawionym jakichkolwiek cech magicznych. Coś takiego nie mogło nie rzucać się boleśnie w oczy.

– Wzrok ci się pogorszył? – wskazała na gobelin, zerkając przez ramię na turkusowookiego – Po co ci to badziewie?

Kolekcjoner wybuchnął szczerym, ciepłym śmiechem i podniósł przyjaciółkę, kręcąc się przez chwilę z nią w ramionach. Wróciła jego muza! Bezbarwne, szkolne życie nareszcie odzyskało koloryt.

– Jak ja za tobą tęskniłem, mała! Wiesz, że nikt nie odważył się mi powiedzieć, jak bardzo ten śmieć jest ohydny? Trzymam go tutaj tylko po to, żeby na bieżąco sprawdzać czy wciąż się mnie obawiają – podrzucił dość wysoko przyjaciółkę, wprawnie łapiąc ją wprost w wyciągnięte ramiona.

Zaśmiał się jeszcze donośniej, słysząc złowieszcze warknięcie, tuż obok swoich nóg. Wpatrywały się w niego ciemnożółte ślepia dużego, szaro-czarnego owczarka kaukaskiego, szczerzącego ostrzegawczo kły. Zwierze zgięło nieco przednie łapy, sygnalizując gotowość do ataku.

– Czego się pienisz, kundlu?! Przecież ją złapałem – Luther obrzucił psa protekcjonalnym spojrzeniem, unosząc zaczepnie podbródek. – Wyłaź z ciała sierściucha i rozprostuj nogi.

Blackowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Bezzwłocznie wrócił do normalnej postaci, mając już trochę dość biegania na czterech łapach i zachowywania się jak na wyszkolonego psa przystało. Dopiero co zakończyli ponad godzinną rozmowę z Dumbledorem, który początkowo podejrzliwie podchodził do nowego pupilka panny Crown. Dragan, jak obiecał, zdołał go przekonać bez większego problemu. Ten skurczybyk wmówił jednemu z najznamienitszych czarodziei, że Syriusz nie jest takim pierwszym lepszym psem, a Nessarem – jednym z ostatnich przedstawicieli duchów stróżująco-obronnych, niegdyś cieszących się ogromnym poważaniem wśród najznamienitszych rodów magicznych. Do legendy przeszły ich lojalność, inteligencja oraz czujność, przez co stały się obowiązkowymi członkami wszystkich liczących się rodzin. Kruczowłosy, z niewielką pomocą Vallerin, sprzedał Albusowi wymyślną bajeczkę, jakoby owczarek był psem samego Lorda Ariena, wysłanym przez niego osobiście – oczywiście z myślą o bezpieczeństwie siostry. Uzdrowiciel miał zacząć obawiać się o błękitnooką, po tym co usłyszał na temat jej wszystkich ryzykownych wyczynów w szkole – całych tych trollach, łażących po lochach; hipogryfach, prowokowanych przez idiotów; pająkach, zamieszkujących Zakazany Las; bazyliszkach, pełzających w rurach oraz skrajnie nierozsądnych uczniach, których jego siostra zobowiązana była pilnować. Dodatkowo oficjalnie wciąż nie natrafiono na ślad zbiegłego mordercy, który wedle wszelkich doniesień miał być szczególnie zainteresowany Hogwartem, panem Potterem i jego bliższymi znajomymi. Dragan zgrabnie lawirując między prawdą, półprawdami, a całkowitymi bujdami namówił Dumbledore’a na nagięcie regulaminu. Nie omieszkał wytknąć dyrektorowi, że sam trzymał w szkole całkiem pokaźnego i niebezpiecznego psiaka, z nadwyżką głów. Lady dorzuciła swoje trzy grosze, wspominając o tym, jak ciężko jej starszy brat przeżył ostatnie kilka tygodni, a zabranie Nessara mogło go nieco uspokoić. Twierdziła również, że dzięki obecności psa czuła się mniej przytłoczona wizją powrotu do szkoły – z tym staruszek nie miał już najmniejszego zamiaru polemizować. Dobroduszny Albus uważał, że Lady dość już poświęciła i delikatne nagięcie zasad było śmieszną ceną za jej komfort. Dostali oficjalne pozwolenie na trzymanie Nessara pod warunkiem, że będzie spędzał większość dnia w pokoju panny Crown lub gabinecie Luthera. Dumbledore zagwarantował Draganowi również pełną swobodę, jeśli chodziło o zorganizowanie opieki nad zwierzęciem, ponieważ choć słyszał o Nessarach, nie miał z nimi nigdy bezpośredniej styczności i nie wiedział kompletnie, jakich warunków potrzebowały. Wspólnie ustalili, że w wersji dla uczniów oraz niewtajemniczonej części grona pedagogicznego, pies będzie prezentem dla Tei od dziadka, żeby nie czuła się samotna, podczas długiego pobytu w szpitalu. Black – czy tego chciał, czy nie – był pod wrażeniem umiejętności dyplomatycznych świrniętego, demonicznego śmieszka. Luther wydawał się doskonale wiedzieć, w jaki konkretnie sposób poprowadzić rozmowę i miał przygotowaną w pełni logiczną odpowiedź, na każde ewentualne pytanie. Tego zaciętego skubańca nie sposób było przyłapać na kłamstwie – miał zbyt duże doświadczenie we wciskaniu wierutnych bzdur, komu tylko zechciał. Syriusz wzdrygnął się, czując nagłe pociągnięcie, ale początkowe zdumienie szybko przemieniło się w skrajną irytację. Kolekcjoner, po raz kolejny tego dnia, z wyzywającym półuśmieszkiem szarpnął za żelazne kółko, wtopione w porządną, ciemnobrązową skórę obroży.

– Mówiłem ci już, pchlarzu, że do twarzy ci w obroży? Jeśli będziesz grzecznym kundlem, to kto wie…może zasłużysz na specjalną nagrodę od swojego pana.

Luther wymruczał niskim tonem, przygryzając delikatnie dolną wargę. Dobrze wiedział, że jest zdecydowanie silniejszy od szarookiego, a zauważalna różnica wzrostu pozwalała mu patrzeć na niego z góry, co wprawnie wykorzystywał do podkreślenia swojej ogólnej dominacji. Uwielbiał droczyć się z tym uroczo wstydliwym dzieciakiem! Black był bardzo wrażliwy na punkcie swojej męskości i niesłychanie łatwo było go wyprowadzić z równowagi podważaniem jej. Kruczowłosy bezlitośnie wykorzystywał to, że Syriusz jeszcze nie czuł się przy nim w pełni swobodnie, przez co podświadomie hamował – wyrobiony przez lata – język. Nie, żeby robił to tylko dla pokrętnie rozumianej rozrywki. Szarooki wciąż był za słaby psychicznie…uznał, że drobne dokuczanie pozwoli mu wyrobić względną odporność. Dragan przewrócił oczami, słysząc śmiech płomiennowłosej.

– Na miłość Merlina, Dragan! Skoro tak okropnie ciągnie cię do Syriusza, to weź go wreszcie pocałuj i skończmy z tymi podchodami, bo wychodzi ci żałośnie – uśmiechnęła się uroczo. – Zaczynam powoli wątpić w to, że kiedykolwiek udało ci się kogokolwiek uwieść – oparła dłoń na ramieniu przyjaciela.

– Jakie znowu pocałuj?!! – szarpnął się czarodziej.

– I widzisz co zrobiłaś, aniołku? Znowu mi się spłoszył – turkusowooki puścił byłego skazańca i przycisnął dziewczynę do swojej piersi, unosząc ostrożnie jej podbródek. – Jak to wątpisz w moje umiejętności? Czyż…nie…jestem…magnetycznie…czarujący?

Z każdym kolejnym, wyszeptanym słowem, pochylał się coraz bardziej ku ustom płomiennowłosej, spodziewając się, że będzie się chciała od niego jak najszybciej odsunąć. Skamieniał, kiedy oplotła jego szyję i wychyliła się mocniej ku niemu, przymykając stopniowo powieki. Zaskoczenie nie pozwoliło mu się ruszyć, a Vallerin była coraz bliżej, najwidoczniej nie mając zamiaru się zatrzymać. Przestała ledwie centymetr od jego warg i roześmiała się perliście.

– Tak jak myślałam, ogierze – puściła mu oczko, wysuwając się z jego objęć. – Wciąż jesteś mocny tylko w gadaniu.

– Jesteś najbardziej upierdliwym ze wszystkich stworzeń, moja pani – zaśmiał się swobodnie. – Jak ty mieścisz tyle złośliwości w tym mikrym, niewinnym ciałku?

Błękitnooka znała go aż za dobrze i jako jedyna potrafiła w równie perfekcyjny sposób wytrącić go z równowagi, nie wysilając się zbytnio. Nie pamiętał już, który to raz nabrał się na ten sam numer…Kiedy Lady uznawała, że za bardzo zapędzał się w swoich gierkach lub niebezpiecznie popadał w samozachwyt, sprowadzała go brutalnie na ziemię, używając przeciw niemu jego własnych sztuczek. Diabelnie inteligentna kobieta.

– Powiedzmy, że miałam niezastąpionego mentora, którego poziomu nigdy nie uda mi się osiągnąć. Nie przejmuj się jego gadaniem, Syriuszu. Nasz przyjemniaczek jest jak rekin. Kiedy wyczuje krew, nie odpuści.

Czarodziej zdobył się jedynie na apatyczne, niezgrabne skinienie, przetrawiając powolutku to, co przed chwilą zobaczył. Swobodna, niewymuszona relacja tych dwojga fascynowała go i bolała jednocześnie. Zastanawiał się, czy kiedykolwiek będzie mu dane być z Erin tak blisko jak Luther i coraz bardziej powątpiewał w podobny scenariusz. Rozumieli się bez słów, wiedzieli o sobie wszystko, wzajemnie znali każdą swoją słabość – darzyli się czymś daleko wykraczającym poza ramy zwykłego zaufania, a do zbudowania czegoś takiego potrzebne było mnóstwo czasu. Całe dekady przeżyte razem. Tysiące pokonanych przeciwności losu. Setki dojmujących prób, z których wyszli obronną ręką. Dziesiątki chwil zwątpienia, którym się nie poddali. On nie miał tyle czasu… zdawał sobie sprawę z tego, że nie starczy mu życia, by chociażby zbliżyć się do ich poziomu. Mimo wszystko cieszył się – w pewnym stopniu. Był wdzięczy za to, że mógł na własne oczy zobaczyć coś takiego i poniekąd stać się tego częścią.

– Jestem drapieżnikiem, śliczna! Robię dokładnie to, co podpowiada mi instynkt i nie zamierzam nikogo za to przepraszać. Rozgośćcie się w moim królestwie. Barek zostawiam do waszej dyspozycji, więc nie krępujcie się skorzystać. Muszę skoczyć na uciążliwe spotkanko z Mini, madame i Nietoperzem – westchnął, niepocieszony wizją czekającej go rozmowy. – Siwobrody najwidoczniej woli, żebym to ja wprowadził ich w szczegóły tego, co działo się ostatnio z naszą panną Dumbledore. Uprzedzam solennie, że ich tu przyprowadzę. Kiedy usłyszysz dźwięk otwieranego przejścia, zamieniaj się w sierściucha, kundlu – wbił spojrzenie w twarz zbiega.

– Nie traktuj mnie jak idioty – warknął Black.

– Już ustaliliśmy, że jesteś beznadziejnie kiepskim w ukrywaniu się kretynem. Wolę traktować cię jak debila, niż później tracić czas i środki na sprzątanie po tobie syfu. Moja pani.

Dragan, z dwornym uśmiechem, pochylił czoło przed przyjaciółką i wyszedł, niechętnie przerywając proceder wkurzania szarookiego czarodzieja. Vallerin kątem oka spojrzała na Syriusza i przysłoniła dłonią usta, hamując wybuch śmiechu. Mężczyzna stał sztywno, z mocno zaciśniętymi zębami oraz irytacją, płonącą w zimnych oczach – wpatrywał się intensywnie w drzwi, coraz bardziej zdenerwowany. Westchnęła cicho. Black zdecydowanie zbyt łatwo pozwalał się podpuścić i niespecjalnie chętnie wycofywał się z raz rozpoczętej przepychanki. Prawdopodobnie było to przejawem jego wrodzonego uporu, który nie miał najmniejszych szans w starciu z zagrywkami Luthera. Lady chciała go jakoś otrzeźwić, więc zrobiła to samo, co wcześniej turkusowooki. Wspięła się na palce, po czym pociągnęła lekko metalowe kółko, zmuszając czarodzieja by nieco się przesunął i spojrzał na nią. Były więzień początkowo nie wiedział co się dzieje i już miał próbować się wyszarpać, gdy zamarł widząc przepiękne, lazurowe tęczówki patrzące na niego z mieszanką rozbawienia oraz troski. Ciężko przełknął ślinę, uświadamiając sobie, że ten niewinny gest podziałał na niego w mocno nieoczekiwany sposób – podniecił go. To pociągnięcie za obrożę… na dobre rozbudziło w nim niepożądane myśli, wydając mu się z jakiegoś powodu najbardziej zaczepnie-erotycznym gestem w historii. Kiedy Kolekcjoner szarpnął go w podobny sposób, miał szczerą ochotę strzelić mu w ten durny ryj – nie był niczyją zabaweczką, ani tym bardziej własnością, którą można było traktować w równie przedmiotowy, wyrachowany sposób! Vallerin… w jej przypadku wyglądało to zupełnie inaczej. Zacisnął dłonie w pięści, wbijając bezlitośnie paznokcie w skórę, by zwalczyć przemożną chęć zrobienia czegoś naprawdę głupiego. Gdyby tylko zechciała ponabijać się z niego, tak jak z Luthera… zaoferować mu jedną, jedyną szansę na pocałunek… Potrząsnął głową, chcąc uwolnić się od tych niebezpiecznych, nierealnych fantazji. Durny mózg, sterujący jeszcze durniejszym ciałem! Kochał ją… Kochał całym sobą, ale co z tego? Najlepiej ze wszystkich wiedział, że na nią nie zasługiwał i nic nie wskazywało na to, żeby miało się to kiedykolwiek zmienić. Wziął głęboki wdech. Musiał się uspokoić i zacząć myśleć racjonalnie, jeśli chciał pobyć w tym zamku dłużej, niż dobę. Nie mógł pozwolić sobie na popadanie coraz głębiej w wydumane mrzonki, tkwiące wyłącznie w jego chorym umyśle.

– Nie bierz do siebie wszystkiego, co Dragan wygaduje – płomiennowłosa uśmiechnęła się pocieszająco. – Prowokowanie innych to jedno z jego ulubionych zajęć, sam się przekonasz.

– Możesz puścić? – wymamrotał znacznie ostrzej, niż zamierzał.

– Och, tak! – zachichotała nerwowo – Przepraszam, nie chciałam cię zdenerwować.

Choć sam o to poprosił, wcale nie chciał, żeby odsunęła dłoń od jego szyi. Bzdurna wyobraźnia nie dawała mu spokoju, nie ważne jak usilnie nie starałby się jej zagłuszyć. Wciąż roznamiętniony mimowolnie myślał o tym, jak by to wyglądało, gdyby Lady Crown w ten sposób pociągnęła go w stronę swego łóżka w rezydencji. Spał z wieloma kobietami i swego czasu był z tego niezdrowo dumny, to prawda, ale żadnej z nich nie pragnął tak desperacko jak Vallerin. Chciał dotykać bez opamiętania jej śnieżnej, delikatnej skóry. Usłyszeć cichy jęk rozkoszy, wydobywający się z tych doskonałych ust. Widzieć jej absurdalnie piękną twarz tuż obok siebie, zaraz po przebudzeniu. Chciał tego wszystkiego, ale pragnął znacznie więcej niż chwila uniesienia, po której zniknie jak sen złoty. Chciał przelotnie całować jej włosy, gdy siedziała zaczytana. Każdego ranka witać ją kubkiem ulubionej kawy. Rozmawiać z nią całymi godzinami i robić co w jego mocy, by słyszeć jej śmiech. Zasypiać i budzić się, trzymając ją mocno w ramionach. Stać u jej boku, gdy będzie mierzyła się z trudami nieśmiertelnego żywota. Ochraniać, choć za wiele nie był w stanie zrobić. Jej zapach…rytm, w jakim oddychała…głos…niezrównany lazur oczu…poczucie humoru…intelekt…niewymuszona gracja ruchów – nieustannie oczarowywała go niemalże wszystkim. Najprawdziwsza bogini, która przez niewybredny żart losu zeszła ze swego piedestału, by żyć pośród śmiertelnych, którzy nią gardzili. Rozczarowany swoją słabością i zażenowany do granic możliwości, odwrócił się w stronę wejścia, nie chcąc by widziała jego rozpalone policzki oraz kłopotliwą wypukłość, w okolicach krocza. Świetnie! Do pełnego obrazu nędzy i rozpaczy jeszcze tego mu brakowało! Pospiesznie ściągnął marynarkę, którą przepasał wokół bioder. Skoro do takiego stanu doprowadziło go niewinne pociągnięcie za obrożę, strach było pomyśleć, co by się z nim działo, gdyby faktycznie doszło między nimi do czegoś jednoznacznie zmysłowego. Odetchnął głęboko, po raz kolejny starając się opanować, póki jeszcze miał czas.

– Nie zdenerwowałaś mnie. Po prostu dziwnie się czuję, nosząc obrożę.

– Rozumiem, ale niestety nie możesz jej zdejmować. Obroża nie tylko zmienia twój wygląd, lecz pełni jeszcze inne funkcje – nieświadoma z czym się mierzył, zacisnęła dłoń na jego napiętym przedramieniu. – Chroni cię przed wykryciem. Spodziewam się, że niektórzy mogą podejść do twojej obecności z pewną dozą nieufności. Zabezpieczyłam cię na wypadek, gdyby ktoś próbował zastosować wszelkiego rodzaju magię ujawniającą, kontrolną i temu podobne rzeczy. Moja moc, wtopiona w obrożę, złamie każdą obcą magię.

– O wszystkim pomyślałaś, co? – zaśmiał się cicho.

– Paranoiczna przezorność w realizacji ryzykownych planów, to skutek uboczny dłuższej znajomości z Draganem! Rola Nessara nie jest dla ciebie zbyt uciążliwa?

– Nie powiem, żeby była to najprzyjemniejsza rzecz na świecie, ale jakoś daję radę. Powiesz mi, skąd Luther wytrzasnął moje nowe, urocze imię? – spojrzał na nią przez ramię.

– Dragan lubi dawać wskazówki, kiedy coś kombinuje, bo chce sprawdzić, czy ktokolwiek połapie się w przekazie – zaśmiała się lekko. – To jeden z nieodłącznych elementów jego gierek. Syriusz, Regulus, Bellatrix, Andromeda, Orion, Cygnus – poczuła jak czarodziej jeszcze mocniej napina mięśnie, słysząc te imiona. – Imiona w twojej rodzinie często mają związek z gwiazdami, dlatego Dragan wybrał dla ciebie imię Sargas. Sargas jest jedną z najjaśniejszych gwiazd w Gwiazdozbiorze Skorpiona, znajdującego się tuż obok Gwiazdozbioru Wilka. Wilk po łacinie to lupus, co Dragan powiązał z nazwiskiem Remusa. W dodatku w jednym z dialektów ludów północno-wschodniej Azji sarge oznacza dosłownie łapę, a w dawno wymarłym dialekcie około etruskim sargasse było określeniem, używanym w odniesieniu do bandytów, ratujących się ucieczką przed odbyciem kary. Śmiało mogę stwierdzić, że Dragan rzucił rękawicę Remusowi.

– Cholernie dobrze się bawi, co? – zakpił były więzień.

– Lepiej, niż sądzisz – przyznała szczerze. – Nigdy nie robi nic, z czego nie mógłby czerpać przyjemności. Najwidoczniej uznał profesora Lupina za wystarczająco bystrego, żeby mógł się z nim pobawić w swoim stylu, co osobiście uważam za komplement. Wiem jak to wszystko wygląda, ale wierz mi, że on nie jest złośliwy na siłę. Ma po prostu przedziwne usposobienia i jeszcze gorsze poczucie humoru.

– Trudno nie zauważyć – zaśmiał się gardłowo. – Zwiedzimy gabinet?

Black niby zaproponował, ale nie czekał na odpowiedź. Rozmowa o tym, dlaczego Kolekcjoner wybrał właśnie takie imię interesowała go, jednak nie czuł się w tej chwili komfortowo stojąc tak blisko Erin, więc ruszył przed siebie. Błagał wszystkie magiczne i nie magiczne świętości, by nie zauważyła oznak pożądania, które nim zawładnęło, zwłaszcza, że od od tej chwili miał spędzać noce w tym samym pomieszczeniu co ona. Już wolałby skoczyć z Wieży Astronomicznej i sobie durny łeb roztrzaskać, niż dopuścić do tego, by uznała go za jakiegoś napalonego zwyrodnialca. Przygryzł do krwi policzek, czując się obrzydliwie z własnymi myślami. Miał spać tuż obok tej przepięknej, niewinnej istoty pałając do niej uczuciami, o których nie mogła się nigdy dowiedzieć. Czy mógł upaść jeszcze niżej, jako mężczyzna? Targany emocjami zbyt gwałtownie otworzył drzwi gabinetu, niechcący uderzając nimi w obszerną, niefortunnie ustawioną biblioteczkę. To pomieszczenie prezentowało się jeszcze bardziej imponująco od poprzedniego, przez swój niebagatelny, zaskakująco stonowany styl. Doskonale pasowała do nauczycielskiego wcielenia Luthera, zgrabnie uwypuklając jego zdumiewający geniusz oraz rozbrajająco aroganckie podejście do życia. Syriusz opadł na jedną ze skórzanych kanap, zakładając nogę na nogę – w takiej pozycji czuł się zdecydowanie pewniej. Vallerin omiotła pokój szybkim spojrzeniem i podeszła do biurka, dobrze wiedząc, gdzie znajdzie to, czego szukała. Z głębokiej szuflady, finezyjnie wykonanego mebla, wyciągnęła paczkę papierosów, po czym usiadła obok kompana. W normalnych okolicznościach cieszyłby się jak głupi będąc tak blisko niej, ale obecnie martwiło go to. Niespokojnie zerkał na bark dziewczyny, co jakiś czas muskający jego przedramię. Znowu była za blisko…

– Chcesz? – wyciągnęła ku niemu paczkę.

– Nie wiedziałem, że palisz – nie ukrywał zaskoczenia, ponieważ nigdy nie widział Erin z papierosem w dłoni.

– Przy Draganie nie sposób nie zacząć – uśmiechnęła się, odpalając fajkę. – Syriusz…nie jestem w stanie przewidzieć, jak moi znajomi na ciebie zareagują. Umówmy się, że jeśli cokolwiek cię zdenerwuje, albo będziesz miał zwyczajnie dość, pociągnij mnie za rękaw lub spódnicę. To będzie dla mnie sygnał, że powinnam zareagować.

– Postaram się nie przesadzać, ale sama rozumiesz… – uśmiechnął się, oddając jej paczkę – za duże zagęszczenie Ślizgonów.

– Nie obrazisz się, jeśli czasem zwrócę się do ciebie per piesku?

– Głupie pytanie, Erin. Bycie nazywanym psem, Fafikiem, pchlarze, kundlem, ścierściuchem, czy co tam jeszcze Dragan wymyśli, nie przeszkadza mi, jeśli dzięki temu mogę być przy tob… – w porę ugryzł się w język – przy was. Wiesz, że jestem narwanym kretynem, ale nawet ja rozumiem, że mój pobyt tutaj to poważna sprawa. Gdyby cokolwiek poszło nie tak…obwiniliby was o wpuszczenie mordercy do szkoły i narażanie dzieciaków na niebezpieczeństwo. Dla całego świata jestem obłąkanym szaleńcem, zabijającym wszystko co się rusza. Nie bylibyście w stanie udowodnić swoich racji, bo nie mam twardych dowodów na swoją niewinność. Zostałoby słowo przeciw wszystkim obciążającym mnie okolicznościom, wyrokowi sądu oraz utrwalonym przekonaniu, że zdradziłem i zabiłem.

– Znajdziemy dowody twojej niewinności – nieoczekiwanie chwyciła jego dłoń. – Jeszcze nie wiem jak, ale zwrócimy ci wolność i dobre imię. Będziesz mógł być dla Harry’ego przybranym ojcem, którego tak bardzo potrzebuje.

– Będę mógł wrócić na Grimmauld…

Niemalże wypluł tę nazwę, czując obrzydliwy posmak, wzbierający w jego ustach. Ciężko było myśleć mu o domu przy Grimmauld Place 12, jako miejscu, w którym chciałby żyć. Nienawidził tego zasranego budynku od kiedy sięgał pamięcią. Nie znosił jego duszącej atmosfery; ponurych, przesadnie urządzonych wnętrz; pogardy, która wsiąkła w grube mury; apodyktycznych zasad, wiszących w ciężkim powietrzu; wspomnienia głosu matki, odbijającego się echem od udziwnionych ścian. Nienawidził Grimmauld Place 12 do tego stopnia, że ostatecznie opuścił je w wieku 16 lat i od tamtej pory nigdy nie wrócił. Nie chciał tam wracać. Nie chciał przekształcić swojego więzienia z młodzieńczych lat w karykaturalną, żałosną namiastkę domu. Przymknął powieki, wypuszczając obłok dymu. Wiedział, że w tej kwestii nie miał większego wyboru, co podsycało frustrację. Potrzebował bezpiecznego miejsca, w którym mógłby spokojnie żyć z Harrym. Jego pierwszą myślą naturalnie była posiadłość Lady Crown, ale młody Potter nie wiedział o Vallerin i tak miało pozostać. Czarodziej bezwiednie zacisnął palce na koszuli, czując potężny ucisk, oplatający jego serce żelazną obejmą. Chciał być przy Harrym. Dać temu dzieciakowi dom, na który zasługiwał, ale ciężko było mu się pogodzić z myślą, że odzyskując chrześniaka, straci możliwość nieustannego kontaktu z kobietą, którą kochał. Finalnie będzie musiał opuścić rezydencję i zacząć funkcjonować jak dorosły, odpowiedzialny człowiek, mający pod opieką dorastającego chłopca.

– Tam jest twój dom rodzinny? – głos płomiennowłosej wyrwał go z chwilowego marazmu.

– Dom to zdecydowanie za dużo powiedziane – rzucił szorstko. – Nieruchomość przy Grimmauld Place 12 od dawna jest siedzibą rodu Black.

– Będę mogła czasem was odwiedzać?

Ten ton – łagodny, cichy i nieco melancholijny – brutalnie ściągnął go na ziemię. Zaniepokojony spojrzał na Erin, która nie patrzyła na niego. Siedziała tuż obok, obserwując dym, unoszący się pod sufitem. Black niezdarnie wyciągnął dłoń, by pogładzić ogniste włosy. Z tego co wiedział, Lady niebywale rzadko opuszczała swoją rezydencję, więc możliwości wpadnięcia do kogokolwiek na zwykłą kawę musiała być dla niej nie lada atrakcją, w monotonni powtarzalnych dni. Luther, między słowami, nie raz uświadamiał mu, że przyjaciele błękitnookiej sporadycznie odwiedzali mury jej domu. Wpadali raz na jakiś czas, praktycznie wyłącznie po to, żeby o coś ją prosić. Nikogo nie odwiedzała, rzadko kto odwiedzał ją…ta dziewczyna wyznaczała zupełnie nowe ramy pojęcia samotność. Zamknął jej drobne palce w delikatnym uścisku i uśmiechnął się ciepło. Wszystkie jego chaotyczne myśli, obawy i egoistyczne rozterki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. W tej chwili liczyła się wyłącznie ona.

– Zawsze będziesz u nas mile widziana, Vallerin. Masz wpadać przynajmniej raz w tygodniu, albo poskarżę się Stenowi i sam będę po ciebie przychodził.

– Ostro pan pogrywa, panie Black – zerknęła na niego z niejednoznacznym półuśmiechem. – W Hogwarcie mów do mnie Tea.

– Sama wybrałaś imię Gallatea? – postanowił pociągnąć temat, żeby poczuła się lepiej – Ładnie brzmi. Pasuje do ciebie.

– Dziękuję, ale to akurat był pomysł Albusa. Od dość dawna przygotowywał się na możliwość poproszenia mnie o pomoc w sprawie Harry’ego i wszystko skrupulatnie przygotował, włączając w to formalności. W sumie nigdy nie pytałam, czemu akurat Gallatea, ale podoba mi się to imię.

Ich rozmowę przerwał wyraźny odgłos otwieranego przejścia. Z wnętrza gabinetu brzmiał jak nieprzyjemny, niepasujący do ogólnego spokoju zgrzyt, co zapewne było celowym zabiegiem. Syriusz zerwał się z kanapy, mrugnął porozumiewawczo do płomiennowłosej i zmienił się w psa. Usiadł tuż obok jej nóg, wyczekująco wpatrując się w drzwi właściwego gabinetu. Pierwszy, jak zwykle, wpadł Luther, któremu delikatność była obca porównywalnie do miłosierdzia. Gwałtownie otworzył drzwi, uderzając nimi w krawędź regału, tak jak wcześniej Black.

– No cholera jasna! – krzyknął kruczowłosy, przyglądając się obdartemu drewnu – Kto podstawił tu to wspaniałe badziewie?!

– Moje moce jasnowidza mówią, że ty, chłopcze – błękitnooka zeskoczyła z kanapy.

– Vallerin! Jak się czujesz, skarbie?

Poppy nie miała najmniejszego zamiaru czekać na uprzejme zaproszenie, więc wyminęła Luthera – trącając go przypadkowo ramieniem – i podbiegła wprost do Lady, chwytając jej dłonie. Uparcie wwiercała wzrok w dziewczynę, szukając na jej twarzy chociażby najmniejszych oznak choroby, jak na profesjonalistkę przystało. Dopiero gdy upewniła się, że Vallerin nic nie dolega, mogła trzeźwym okiem spojrzeć na całokształt efektów leczenia. Przysłoniła grzbietem dłoni usta, ze zdumieniem dostrzegając, jak bardzo obecnie płomiennowłosa przypominała swą w pełni dorosłą postać. Każdy detal jej nadnaturalnie pięknej twarzyczki był na swoim miejscu, dodając jej dojrzalszego, w pełni już kobiecego uroku. Właściwie wyglądała jak nieco mniejsza wersja samej siebie – pozbawiona oczywiście krągłości, nieprzystojnych dziewczęciu tak młodemu.

– W pełni zdrowa, na szczęście – Lady uśmiechnęła się uroczo. – Mój brat nie ma sobie równych w sztukach uzdrowicielskich.

– Trudno się z tym nie zgodzić – pielęgniarka sprawiała wrażenie podekscytowanej. – Gdyby tylko czcigodny Lord Phoenix był łaskaw brać uczniów pod swoje skrzydła… – rozmarzyła się, jednak szybko zeszła na ziemię. – No nic! Cieszę się, widząc cię w dobrym zdrowiu, kochanie.

Do kobiet podeszła Minerva, która dając ponieść się emocjom, objęła drobne ciało błękitnookiej. Było jej wstyd za to, jak potraktowała Lady przy pierwszym spotkaniu. Przez bardzo długi czas pielęgnowała w sobie wątpliwości co do intencji tej dziewczyny, które gasły z każdym dniem jej pobytu w szkole. Widząc zaangażowanie Vallerin i jej gotowości do poświęcania się w imię bezpieczeństwa uczniów, nie mogła nie nabrać do niej szacunku. Lady Vallerin Crown zdecydowanie była osobą w pełni zasługującą na zaufanie oraz rewerencję – udowadniała to na każdym kroku swoimi słowami i co ważniejsze czynami. McGonagall martwiła się o nią bardziej, niż chciała przyznać przed samą sobą, a po tym co powiedział im Dragan….Płomiennowłosa w pełni świadomie doprowadziła się do granic wytrzymałości, by im pomóc – profesor czuła, że teraz powinni odwdzięczyć się jej tym samym.

– Cieszę się, że wróciłaś cała i zdrowa – Minerva wyprostowała się, z lekkim zmieszaniem poprawiając okulary.

– Zawszę wrócę, jeśli mnie o to poprosicie. Dziękuję za waszą troskę i przepraszam, że przysporzyłam wam zmartwień swoimi samolubnymi decyzjami. Obiecałam już Albusowi, że więcej nie dopuszczę do podobnej sytuacji.

– Gdyby działo się cokolwiek niepokojącego albo coś by cię martwiło, przyjdź proszę do mnie – McGonagall uśmiechnęła się ciepło. – Drzwi mojego gabinetu zawsze są dla ciebie otwarte.

– Tak samo, jak Skrzydło – Poppy energicznie potrząsnęła dłonią panny Crown. – Nie krępuj się wpaść do mnie, jeśli będziesz chciała odpocząć od zgiełku szkoły.

– Dziękuję wam, moje drogie – dziewczyna wyplotła palce z uścisku pielęgniarki. – Severusie!

Mistrz eliksirów do tej pory stał uparcie obok Dragana, zaraz za progiem. Widząc Vallerin, podchodzącą do niego z wyciągniętymi ramionami, pochylił się subtelnie, by mogła bez trudu objąć jego szyję. Sam wahał się przez moment, nie mogąc zdecydować, czy powinien odwzajemnić uścisk, ale w końcu uznał, że w tym gronie mógł sobie pozwolić na dozę swobody. Chciał tego, czy nie, widok zmożonej chorobą Erin wstrząsnął nim do żywego i szczerze cieszył się z jej powrotu co zdrowia. Oparł policzek na ognistych włosach dziewczyny, niezbyt mocno tuląc ją do siebie. Nareszcie była tu z nimi…Bezpieczna, tak jak to być powinno. Nieświadomie wzmocnił uścisk, obejmując ramionami szczupłe plecy. W końcu była bezpieczna… Odsunął się zdezorientowany, gdy usłyszał ostrzegawcze, dudniące warknięcie. Dopiero teraz cała trójka zwróciła uwagę na olbrzymiego psa, stojącego koło nóg Luthera.

– Co tu robi to zwierzę? – McGongall zwróciła się do kruczowłosego.

– Najwidoczniej szykuje się do poszarpania Nietopera – Dragan wzruszył ramionami, po czym położył dłoń na łbie psa. – Spocznij, kundlu! Nie gryź Ponurego, bo jeszcze zarazisz się od niego ponuractwem i co będzie? Wiadomo, czy go szczepili?

Minerva zdławiła ochotę na śmiech, wciąż wpatrzona w szaro-czarną sierść stworzenia. Zawsze lubiła słuchać złośliwych komentarzy turkusowookiego, na temat jej młodszego kolegi po fachu – Dragan nie przebierał w słowach i potrafił być boleśnie bezlitosny w swoich uszczypliwościach. Snape puścił oczywistą zaczepkę mimo uszu, uznając, że nie chce prowokować tego dupka do dalszych kąśliwości. Pomfrey była zbyt zaniepokojona obecnością dziwnego zwierzęcia, by zwracać uwagę na niewybredne słownictwo pana Luthera. Podświadomie czuła, że ten wielki owczarek nie jest psem jak wszystkie inne, choć nie potrafiłaby zdecydowanie powiedzieć dlaczego. Wydawał jej się bardzo inteligentną, nieustępliwą bestią, oceniającą czy można im ufać.

– Draganie, czy mógłbyś nam to wyjaśnić? – profesor opanowała się na tyle, by zadać pytanie rzeczowym tonem.

– Ten słodziachny puchacz to Sargas, pies Lorda Ariena. Lord obawia się o bezpieczeństwo Vallerin, biorąc pod uwagę jej skłonność do podejmowania ryzykownych decyzji i jego życzeniem jest, by Sargas przynajmniej przez jakiś czas został u jej boku. Obgadaliśmy już tę kwestię z dyrektorem i uzyskaliśmy jego pozwolenie na trzymanie Nessara w zamku, więc dalszą dyskusję uważam za bezcelową.

– Pies w Hogwarcie – wymamrotał niezadowolony Snape. – To wbrew regulaminowi.

– A nietoperz straszący w lochach, to niby co? Norma jakaś? – turkusowooki zakpił szorstko – Wybacz mi proszę bezpośredniość, profesorze Snape, ale Lord Phoenix z całą pewnością ma w głębokim poważaniu zasady tu panujące. Jeśli ktokolwiek z was ma wielką ochotę na wykłócanie się, mogę skontaktować was ze skamieliną, ale z całego serduszka nie polecam podważania autorytetu któregokolwiek z Lordów, a już zwłaszcza Ariena. Z tego całego cyrku, on zdecydowanie jest najbardziej drażliwym klaunem.

– Sam widziałeś Severusie, jak bardzo mój brat był zatroskany – błękitnooka postanowiła wesprzeć przyjaciela. – Zgodziłam się zabrać Sargasa, żeby choć trochę go uspokoić i powstrzymać od wtrącania się w sprawy szkoły. To kochany, inteligentny futrzak, który nikomu nie zrobi krzywdy. Denerwuję się trochę przed powrotem do szkoły. Sami rozumiecie… zniknęłam na dość długo i jeszcze te problemy z pamięcią… – wprawnie zwiesiła głos, chcąc zagrać na emocjach słuchaczy. – Z Sargasem czuje się trochę pewniej.

– Vallerin – McGonagall podeszła do dziewczyny. – Nie musisz się niczym przejmować, naprawdę. Pan Luther zapewniał, że poinformował cię o wszystkim co powinnaś wiedzieć, a znaczna część uczniów nie może doczekać się twojego powrotu.

– To prawda – mistrz eliksirów przytaknął. – Nie ma dnia, żeby któryś ze Ślizgonów nie zapytał czy już coś wiadomo na temat twojego stanu zdrowia. Banda wścibskich małolatów – warknął sucho.

– Jeśli towarzystwo Sargasa ci pomaga, nie mamy prawa ci tego odbierać – madame nieśmiało wyciągnęła dłoń ku Syriuszowi, który pozwolił się pogłaskać. – Jaki uroczy!

Pielęgniarka przyklękła przy animagu, z coraz większą lubością zagłębiając palce w jego długiej, puszystej sierści. Blackowi nieszczególnie przeszkadzało zainteresowanie pielęgniarki, jednak cały czas złowrogo spoglądał na Smarkeusa. Niewiele się zmienił przez te wszystkie lata, co spotęgowało powrót dawnych animozji. Jak on go nie znosił! Wystarczyło, żeby spędził kilka minut w tym samym pomieszczeniu co Severus i już nabrał ochoty na zatopienie kłów w jego ohydnej, poszarzałej skórze.

– Draganie, usiądź proszę – pani profesor rozgościła się na kanapie. – Musimy przedyskutować kwestię dyżurów.

– Musimy? – jęknął niezadowolony kruczowłosy.

– Owszem, jeśli nie chcesz dzielić wszystkich dyżurów z Severusem – uśmiechnęła się kobieta.

– Oj, jak bardzo musimy! – chłopak teatralnie przytknął dłoń do czoła – W życiu nic tak nie musiałem! Na co czekasz, Mini? Szybciutko proponuj jakiś pierwszy termin, czas nas goni! Nie będę się włóczył po korytarzach z tą ponurą kupą złotego nastoju. Jeszcze depresji dostanę od patrzenia na jego, dyskusyjnej urody, gębę.

Luther obrzucił Snape’a kpiącym spojrzeniem, po czym rozsiadł się za biurkiem, jak zawsze zakładając nogi na blat. Mistrz eliksirów prychnął pod nosem – świrnięty, złośliwy gnojek potrafił zaleźć za skórę. Poirytowany bezczelnością turkusowookieg chwycił rękaw stojącej obok Lady, bez namysłu ciągnąć ją za sobą w stronę kanapy. Nie chciał być brutalny, ale zdenerwowanie nie pozwoliło mu dostrzec oczywistości. Natychmiast puścił materiał, czując potężne uderzenie w dłoń i rozejrzał się skonsternowany. Obok nich stał Sargas, który masywną łapą wyzwolił swą panią z nazbyt impulsywnego, nachalnego uścisku. W ciszy gabinetu rozległ się nieprzyjemny, protekcjonalny śmiech Dragana.

– Zawiesiłeś się kiedy mówiłem, że to pies Lord Ariena? – pobłażliwie spojrzał na czarodzieja – Opiekuńczo-obronne bydle, przysłane tu tylko i wyłącznie w jednym celu. Chronienia Vallerin. Wziął szarpanie za oznakę zagrożenia, a na zignorowanie czegoś takiego nie pozwala mu instynkt. Sargas jest znacznie wredniejszy, niż normy przewidują, bo szkoliłem go osobiście. Jeżeli z jakiegoś powodu uzna, że Vallerin jest w poważnym niebezpieczeństwie, rozszarpie gardło agresorowi. Prawda, cukiereczku? – zerknął na animaga, który potwierdził szczeknięciem.

– Dragan… – roześmiała się błękitnooka.

– No co? – udał wzburzenie – Chyba lepiej, żeby wiedział! Jeszcze jedna sprawa, żebyśmy mieli jasność. Sargas zazwyczaj nie szczeka ani nie warczy, sygnalizując swoje zamiary. Nauczony jest od razu reagować, zamiast tracić czas na ostrzeżenia. Jeśli usłyszysz jego warczenie, masz równo pół minuty na wycofanie się, zanim stracisz rękę, nogę, czy co tam obierze za cel. Tak poza tym to najspokojniejsza psinka na świecie.

Severus przełknął ciężko ślinę, zachowawczo odsuwając się od panny Crown. Niezdarnie poprawił kołnierz szaty, chcąc zająć czymś ręce i spojrzał na psa. Raczej nie najlepiej zaczął znajomość z tym stworzeniem, którego nie mógł unikać, skoro chciał widywać się z Vallerin. Syriusz, pod postacią Sargasa, przez całe spotkanie leżał wygodnie koło stolika, przysłuchując się rozmowie zebranych. Starał się niczego nie pominąć, ani nie zlekceważyć nawet najdrobniejszych szczegółów, które finalnie mogły pomóc mu wyrobić sobie opinię o wzajemnych relacjach tu panujących. Zebranie nie trwało przesadnie długo, ponieważ Luther szybko stracił cierpliwość do dopracowywania kwestii biurokratycznych, które najprawdopodobniej zwyczajnie go nudziły. W pewnym momencie zwyczajnie przerwał dyskusję, oznajmiając, że dokończą w wolniejszej chwili. Były więzień zaczął się zastanawiać, jakim cudem Luther był w stanie zarządzać swoimi ludźmi, skoro do tego stopnia nie znosił spraw formalnych. Jeśli miałby zgadywać, stawiałby na to, że zrzucał takie obowiązki na Ravena, którego spokój lepiej pasował do takich zadań. Turkusowooki odprowadził nauczycieli do drzwi, informując Vallerin o zamiarze przyprowadzenia tu grupki jej znajomych – nie doprecyzował jednak których. Black, korzystając z chwili wytchnienia, wrócił do ludzkiej postaci i z wdzięcznością przyjął szklankę whisky, którą przysunęła mu płomiennowłosa.

– Bardzo dobrze ci poszło – uśmiechnęła się radośnie.

– Nie odgryzienie paluchów Smarkeusowi? – prychnął zadziornie – Musiałem się nieźle powstrzymywać.

– Syriusz… – zaniepokoił go jej ton – proszę cię, żebyś go tak nie nazywał w mojej obecności. Nie wiem co zaszło między wami i nie mam zamiaru w to wnikać, ale proszę cię o uszanowanie tego, że go lubię. Bardzo wspierał mnie przez cały ten czas w szkole, dotrzymywał mi towarzystwa i starał się jak mógł, żebym nie czuła się zagubiona ani osamotniona. Odwiedził mnie także, kiedy leżałam w śpiączce, co musiało być dla niego bardzo trudne. Lubię z nim rozmawiać i uczyć go nowych zagadnień z dziedziny eliksirów. To dobry, troskliwy człowiek, tylko… – szukała odpowiedniego określenia – skrzywdzony.

Ani trochę nie spodobała mu się czułość, z jaką dziewczyna mówiła o tym bezczelnym, aroganckim, oślizgłym bucu. Słowa Vallerin, choć nie było w nich niczego złego, dotknęły go i to bardzo. Jak mogła darzyć sympatią cholernego Severusa Snape’a?! Przeczucie że stawiała ich na równi nieprzyjemnie paliło jego umysł, prowokując falę goryczy. Nie chciał być dla niej kimś takim jak Snape. Nie chciał być jednym z wielu doświadczonych przez życie ludzi, których postanowiła obdarować swą troską. Chciał być inny…ważniejszy…wyjątkowy… Co ta kobieta z nim wyprawiała, na miłość Merlina?! Żeby czuł się jak gówno przez Smarkeusa? Czemu w ogóle się tak nim przejmował? Snape przez lata był da niego tak właściwie nikim…zwykłym zarozumialcem, jakich wielu, szlajającym się za Evans jak szczeniaczek. W sumie, Snape przeszkadzał głównie Jamesowi, a co złego było we wspieraniu przyjaciela? Jak on nie znosił tego Ślizgońskiego gnoja! Niespodziewanie poczuł dotkliwy ból dłoni. Zdezorientowany spojrzał w dół i westchnął, widząc kawałki szkła, powbijane w jego skórę. Nawet nie poczuł, kiedy zmiażdżył szklankę.

– Co z tobą? – błękitnooka poderwała się i zamknęła jego dłoń w swoich – Miałeś minę, jakbyś miał kogoś zamordować. Bardzo się pokaleczyłeś?

Ostrożnie rozluźniła objęcia, badawczo przyglądając się fragmentom szkła. Wprawnymi ruchami wyciągała je z jego skóry, natychmiast zasklepiając rany zaklęciami – było to rozwiązanie tymczasowe, zanim nie wróci do swojego pokoju, gdzie trzymała eliksiry. Syriusz zwiesił głowę. Najwidoczniej mocno się pomylił, sądząc, że coraz lepiej szło mu z samokontrolą.

– Zamyśliłem się, to wszystko – z troską spojrzał na białą skórę towarzyszki, gdzieniegdzie oszpeconą płytkimi nacięciami. – Poraniłaś się?

– Mną nie musisz się przejmować, regeneracja to załatwi. Syriusz – uniosła jego podbródek – wiesz, że możesz mi o wszystkim powiedzieć?

– Wiem, Erin. Po prostu…ciężko od tak wrócić do Hogwartu po tylu latach. Tu przeżyłem najlepsze lata swojego życia, a teraz… – przerwała mu, przykładając palec do jego ust.

– Nie musisz mi się tłumaczyć. Doskonale rozumiem, jak trudno znaleźć się w miejscu, pełnym wspomnień. Możesz swobodnie poruszać dłonią? – mechanicznie potaknął, nie mając siły odpowiadać – To dobrze. Chyba muszę ograniczyć ci dostęp do szklanych naczyń, bo w końcu mi się wykrwawisz.

Nie zareagował na jej żart, apatycznie śledząc wzrokiem, jak pozbywała się pokruszonego szła. Brzydził się samego siebie…bez wahania ją okłamał i to nie pierwszy raz. Wcześniej był bezlitośnie wręcz szczery, co nie zawsze kończyło się dla niego dobrze, a teraz…coraz częściej sięgał po przemilczenia. Jaki miał wybór? Powiedzieć tej niedościgłej bogini, że nie może znieść patrzenia, jak rozmawia z innymi mężczyznami, bo zakochał się w niej jak ostatni kretyn? Może i był durniem, ale jeszcze trochę brakowało mu do kompletnego szaleńca – jeden Dragan Luther w zupełności wystarczył. Od dalszego, bezsensownego, rozmyślania uratował go odgłos otwieranego przejścia. Po raz pierwszy z taką ulgą zmienił się w psa. Wciągnął głęboko chłodnawe powietrze, zmącone nutą delikatnych, damskich perfum.

– Tea!

Do gabinetu, w pełnym pędzie, wpadła jasnowłosa dziewczynka, która zatrzymała się dopiero, gdy z całych sił objęła płomiennowłosą. Black przyglądał się tej małej z zainteresowaniem i zagadkową radością, którą wywołało w nim jej zachowanie. To z całą pewnością musiała być Dafne Greengrass. Wyglądała dokładnie tak jak na zdjęciach, choć energiczna natura dodawała jej sporo uroku.

– Tak się cieszę, że wróciłaś! Nic ci nie jest? Dragan mówił, że byłaś bardziej chora niż myśleliśmy. Pomóc ci z bagażami? Jesteś głodna? Mogę iść poprosić skrzaty, żeby… – wyrzucała z siebie zdania z prędkością karabinu maszynowego.

– Spokojnie, Dafne – panna Dumbledore zaśmiała się, przerywając potok słów koleżanki. – Oddychaj.

– Nigdy więcej mnie nie zostawiaj, słyszysz? – blondynka wzmocniła uścisk – Jak ja mam bez ciebie wytrzymać z tą bandą kretynów?

– Jeśli mi połamiesz żebra, jakoś będziesz musiała. Gdzie zgubiłaś Dragana?

– Poszedł po Draco i Blaise’a. Poleźli gdzieś, spotkać się z Cedem i jak zwykle ich wcięło – odsunęła się delikatnie, przewracając oczami z dezaprobatą. – Pewnie się szlajają we czterech.

– Jak to we czterech?

– No…Blaise, Draco, Cedrik i Tony. No wiesz… – odwróciła wzrok, czując jak się rumieni – ten uroczy kolega Diggory’ego.

– Tony wpadł ci w oko?! Nie było mnie raptem przez kilka tygodni, a tu takie zmiany? Opowiadaj, zanim reszta się przypałęta!

Płomiennowłosa chwyciła dłoń przyjaciółki, mając zamiar pociągnąć ją w stronę kanapy, jednak Dafne nie ruszyła się z miejsca. Patrzyła wprost na wielkiego owczarka, obserwującego je uważnie, nie do końca wiedząc, co powinna myśleć.

– Mhmm…Tea? Czy ty też widzisz tu puchatego słodziaka, czy mam już omamy z niewyspania?

– O niego ci chodzi? – Lady przykucnęła obok Blacka, gładząc jego kark – To Sargas. Dostałam go od dziadka, żeby dotrzymywał mi towarzystwa w szpitalu i uprosiłam go o pozwolenie na zabranie Sargasa do szkoły.

– Jest twój? – niebieskie oczy zalśniły ekscytacją – Mogę pogłaskać?

Erin skinęła z uśmiechem. Zachowanie Greengrass nie miało w sobie nic z niepewności, którą większość ludzi odczuwałoby w pobliżu tak sporego stworzenia z kłami i pazurami. Z rosnącym zadowoleniem, wymalowanym na drobnej twarzy, głaskała psa, coraz bardziej zachwycona nowym mieszkańcem dormitorium.

– Kto jest pięknym, grzecznym pieskiem? – zaszczebiotała, drapiąc podbródek owczarka – Ale jesteś puchaty! Będzie mógł spać z nami na łóżku?

– Jeśli będzie chciał – błękitnooka uśmiechnęła się promiennie. – Sargas bywa dość uparty i niezależny. Nie boisz się go?

– A powinnam? Skoro to twój pies, to nie zrobi mi krzywdy, prawda? Patrz jakie ma mądre oczka. Umie podawać łapę?

Czarodziej rozbawiony radością dziewczyny, nie czekając na reakcję Vallerin, położył łapę na kolanie Dafne, chcąc sprawić jej przyjemność. Ta mała wyglądała mu na niegroźną, niezwykle przyjacielską istotkę, więc czemu nie? Musiał zbierać siły, by trochę przepłoszyć miniaturowego Malfoy’a, a nie chciał robić sobie niepotrzebnie wrogów w reszcie tego towarzystwa. Greengrass z szerokim uśmiechem, gładziła jego łapę, drugą nieprzerwanie drapiąc podbródek.

– Chyba mnie lubi – cieszyła się jak mała dziewczynka.

– Sargas potrafi rozpoznać przyjaciół – panna Crown oparła smukłą dłoń na policzku, uśmiechając się delikatnie. – Nie wiedziałam, że aż tak lubisz psy.

– Uwielbiam, ale rodzice nigdy nie zgodzą się na psa. Mój tata ma ostrą alergię na sierść i nie chce nawet o tym słyszeć. Sargas zostanie w twoim pokoju?

– Będzie siedział u mnie albo ewentualnie tutaj. Jest za duży, żeby mógł sam chodzić po szkole. Mógłby niechcący kogoś wystraszyć, a wolę nie wiedzieć co zrobiłby woźny, gdyby pogonił jego kotkę.

– Będę mogła się z nim bawić i czasem wyprowadzić na spacer?

– Jestem pewna, że się ucieszy, prawda Sargas? – spojrzała na kompana – Lubisz Dafne?

Płomiennowłosa pogładziła opuszkami palców pysk nowego pupila. Nie miała pojęcia, jak Syriusz czuł się będąc w centrum zainteresowania, ale uznała, że nie mogło być tragicznie, skoro nie skorzystał z ustalonego sygnału. Black, chcąc dać jej znać, że nie musi się martwić oraz dać odpowiedź na pytanie szczeknął dźwięcznie, przesuwając się nieco bliżej Dafne.

– Przeuroczy jest. Przemycimy go czasem na zajęcia?

– Wątpię żeby spodobało się to dziadkowi. Dzisiaj wyjątkowo zabierzemy z nami Sargasa do Wielkiej Sali na obiad. Chcę, żeby poznał wszystkich i pospacerował trochę po szkole.

– Jak dla mnie może nawet jeść z mojego talerza! – radosna Ślizgonka nie odrywała rąk od puszystej sierści, na co czarodziej zareagował położeniem pyska na jej kolanie.

– Ej, nie rozpieszczaj go za bardzo. Jeszcze polubi cię bardziej ode mnie.

Animag spiął się mimowolnie. Nie podobało mu się to, że podświadomie doszukiwał się głębszego znaczenia w najzwyklejszym na świecie żarcie. Jego durny mózg desperacko chciał wierzyć w to, że Vallerin również mogła być w jakiś sposób o niego zazdrosna, chociaż całym sobą czuł, że to kompletna bzdura. Ot ludzka natura. Jeśli bardzo chciało się w coś uwierzyć, zawsze szukało się dowodów na potwierdzenie tego, częstokroć mocno na siłę.

– Czyżby najpiękniejsza raczyła wrócić w te szare mury?

Obie dziewczyny wstały, słysząc rozbawiony głos Zabini’ego. Głupkowato szczerzący się Blaise stracił cały swój zaczepny animusz, gdy płomiennowłosa odwróciła się do nich twarzą. Dosłownie go zamurowało…tak jak Draco, Ceda i początkowo Tony’ego. Stali we czterech jak kompletni debile, wpatrując się w jej anielską buzię z szeroko otwartymi ustami. Niemy, paraliżujący szok zwłaszcza udzielił się Diggory’emu, który nieomal zapomniał, jak się oddycha. Zawsze uważał pannę Dumbledore za piękną dziewczynę, fakt, ale istotka na którą gapił się teraz jak kretyn… słowo przepiękna byłoby jawną obrazą jej urody. Z wysublimowanej buzi zniknęły wszelkie oznaki zmęczenia oraz choroby, pozostawiając ją nieskazitelnie doskonałą. Mleczna skóra wręcz jaśniała alabastrowym, delikatnym blaskiem. Finezyjne rysy nabrały wyrazistszego, kobiecego uroku. Wydatne usta sprawiały wrażenie pełniejszych i bardziej malinowych niż do tej pory. Duże oczy w kształcie zalotnych, lekko przymrużonych migdałów migotały najczystszym obrazem wyrafinowanego lazuru. Przerzucone przez prawe ramię ogniste włosy nienachalnie odsłaniały długą, smukłą, łabędzią szyję. Bogini…był pewien, że nie patrzy na istotę ludzką, a boginię z zapomnianych wierzeń! Był przekonany, że nawet słynące ze swej urody wile bledły, w porównaniu z nadnaturalnym pięknem panny Dumbledore, choć osobiście żadnej nigdy nie spotkał. Gallatea uśmiechnęła się do nich, a ona całkiem stracił grunt pod nogami, czując jakby się topił. W życiu nie widział czegoś równie czarującego, jak jej delikatny uśmiech i błysk radości w błękitnych oczach. Diggory wzdrygnął się, czując uderzenie w ramię.

– Przestań gapić się na nią, jak jakiś stary zbok – usłyszał szept Ricketta. – Choć się przywitać, dziwaku!

Ced jedynie uśmiechnął się koślawo pod nosem i pokracznie skinął na znak zgody. Włożył całą wolę w zrobienie tego pierwszego kroku, ale nie był w stanie się poruszyć. Tony absolutnie nie miał podobnego problemu i bezpardonowo poszedł do dziewczyny, zamykając ją w ciasnych objęciach.

– Nareszcie wróciłaś! – odsunął się minimalnie, by móc spojrzeć w jej oczy – Jak się czujesz?

– O ile mi żeber nie połamałeś, to całkiem przyzwoicie, Tony – odpowiedziała, nie wyrywając się z jego ramiom.

– Pamiętasz jak mam na imię? – zawadiacko zadarł głowę – Ced mówił, że no…no wiesz…

– Z moją pamięcią nie jest aż tak tragicznie. Umykają mi tylko szczegóły, a wierz mi, że ciebie pamiętam doskonale!

– Ciężko zapomnieć takiego głupka, co? – roześmiał się melodyjnie.

– Nigdy nie nazwałabym cię głupkiem, głupku – zawtórowała mu uroczym chichotem. – Nic się nie zmieniłeś.

– A ty i owszem! Nie wiem kto cię leczył, ale sława i chwała mu! – chwycił dłoń Ślizgonki, obracając ją ostrożnie – Wyglądasz bosko!

– Nie spoufalaj się, Rickett – warknął Luther.

– Spokojnie, demonie! Będziesz miał niezły ubaw z odganianiem śliniących się amantów od naszej piękności.

Anthony wyszczerzył się w stronę Dragana, dla bezpieczeństwa odsuwając dłonie od panny Dumbledore. Tony i Dragan zdążyli się zakolegować, spędzając czas wspólnie z Diggorym. Kruczowłosemu odpowiadał swobodny, bezkompromisowo szczery charakter Puchona oraz jego przyjemny styl bycia, więc nie miał nic przeciwko poświęcaniu mu odrobiny uwagi. Tony zaliczał się do facetów, z którymi łatwo było się dogadać, miał olbrzymi dystans do samego siebie i był rozbrajająco bezpośredni, co czasem prowokowało zabawne sytuacje. Luther przekonał się, że z tym dzieciakiem mógł pożartować na równi z braćmi Weasley, choć Rickett nie był aż tak absurdalnie skłonny do radosnego siania zamętu. Kruczowłosy objął ramieniem przyjaciółkę i przyciągnął ją do siebie, uśmiechając się szelmowsko.

– Mojej piękności, Rick! Znajdź sobie swoją księżniczkę do pilnowania – prowokacyjnie pocałował policzek dziewczyny.

– A żebyś wiedział, że znajdę! – błękitnooka uśmiechnęła się, dostrzegając jego zerknięcie w stronę Dafne – Zajdę i się nie podzielę, zachłanny skubańcu! Żarty na bok. Tea, dobrze cię znowu widzieć. Skoro jesteś w formie, zjedz z nami czasem albo wpadnij na trening.

– Bardzo chętnie, jeśli będziesz pilnował, żebym nie oberwała piłką.

– Się nie stresuj, w końcu rozmawiasz z wybitnym pałkarzem – mrugnął w stronę koleżanki. – Zawijam się, niech reszta się tobą nacieszy. Pewnie spotkamy się na obiedzie. Piątka, demonie!

Rickett uniósł prawą dłoń, odwracając się ku Draganowi z zadziornym uśmieszkiem. Luther, uśmiechając się półgębkiem, przybił z Puchonem piątkę, przewracając figlarnie oczami. Anthony, jak zapowiedział, wyminął grupkę uczniów i wyszedł z gabinetu. Nie był w aż tak zażyłych relacjach z Gallateą jak pozostali, więc nie uważał, żeby miał prawo zajmować jej więcej czasu bezpośrednio po powrocie. Chciał się z nią przywitać, to oczywiste – zdążył przyzwyczaić się do jej obecności, śmiechu i okazjonalnego dogadywania. Przypominała mu jego młodszą siostrę i trochę podświadomie zaczął ją podobnie traktować, czego wcale się nie wstydził, ani nie próbował ukryć. Ced, dla równowagi mocy, nie posiadał wobec Tei żadnych braterskich uczuć. Ślepy zauważyłby, że Cedrikowi całkowicie odwaliło na jej punkcie, ale jakoś nie potrafił się zebrać w sobie, żeby okazywać to jak człowiek. Nawet po swobodnym przywitaniu Tony’ego i Tei wcale nie poczuł się pewniej, a wręcz przeciwnie. Otwartość była jedną z zalet jego przyjaciela, ale nie podobało mu się to, jak łatwo przychodziła mu sympatyczna naturalność w kontaktach ze Ślizgonką. Szczerze…to zazdrościł mu braku przejmowania się tym co wypadało, a co niekoniecznie – Rick zachowywał się tak, jak uważał za odpowiednie i nie zadręczał się niepotrzebnymi, bzdurnymi wątpliwościami. Diggory zacisnął pięści, starając się uspokoić przyspieszony, nierówny oddech. Chciałby w tej jednej, jedynej sprawie być taki jak Tony i działać, zamiast rozmyślać w nieskończoność. Pokonał dwa kroki dzielące go od Gallatei – które w jego głowie były istnym kanionem – na tyle stanowczo, na ile pozwalała mu chwilowa pewność siebie. Trochę bał się, że płomiennowłosa go nie rozpozna, jednak niepokój uleciał w chwili, gdy na niego spojrzała. Błękitne oczy zalśniły hipnotycznie, kiedy chwyciła jego spocone, lodowate dłonie.

– Dobrze się czujesz, Ced? – słodko przekrzywiła głowę – Strasznie pobladłeś.

– Nic mi nie jest – uśmiechnął się szerzej, niż zamierzał. – Cieszę się, że jesteś z nami.

– Wierz mi, że ja też! Szpital nie jest zbyt przyjemnym miejscem, nie polecam.

Puściła jego ręce i sięgnęła do skórzanej torby, którą rzuciła niedbale koło nóg stolika. Wyciągnęła z niej starannie złożony szalik, w barwach Hufflepuff, rozprostowała go i wspięła się na palce, by móc zarzucić materiał na kark zaskoczonego Puchona.

– Dziękuję za szalik – szepnęła, uśmiechając się ciepło. – Bardzo mi pomógł, kiedy starałam się uporządkować wspomnienia.

Diggory skamieniał na kilka sekund. Od jego szalika bił subtelny, magnetyczny zapach. Róże i jaśmin…tak właśnie pachniała Gallatea. Bezwiednie przesunął palcami po miękkim materiale, chcąc szczelniej otulić się tą czarującą wonią, która sprawiała mu tak wiele radości. Nie do końca świadom tego co robi, przyciągnął do ciebie koleżankę, czule gładząc jej długie, ogniste włosy. Objął ramieniem jej smukłą talię, przyciskając ją do swojego torsu.

– Tak bardzo się o ciebie martwiłem… – wyszeptał, zanurzając nos w gładkich pasmach.

– Przepraszam, że zostawiłam was tak nagle. Już wszystko w porządku, Ced.

Dafne, która wróciła do przytulania owczarka, uśmiechnęła się szeroko widząc ulgę na twarzy Diggory’ego. Starszy kolega w tym momencie wyglądał na naprawdę szczęśliwego i znacznie spokojniejszego, niż w ciągu ostatnich tygodni. Wciąż uważała, że on i Tea byliby świetną parą, więc cieszyła się z każdego przejawu troski, na jaką zdobywał się Puchon wobec jej przyjaciółki. Pojęcia nie miała, dlaczego za każdym razem musiał się przełamywać, ale w sumie było to całkiem uroczo nieśmiałe. Miała nadzieję, że bliskie kontakty Dumbledore z przystojnym szukającym pozwolą jej spędzać więcej czasu z Tonym. Pogładziła łeb psa, przysuwając buzię bliżej jego pyska.

– Słodko razem wyglądają, co Sargas? – podrapała go po karku.

Black nie widział w tej scenie niczego słodkiego. Oglądając zdjęcia w rezydencji przeczuwał, że nie ma siły, żeby polubił tego wysokiego przyjemniaczka, a w tej chwili nabrał co do tego pewności. Niespokojnie poruszał przednimi łapami, walcząc z przemożną chęcią rozdzielenia ich. Chociaż Vallerin nie wydawała się jakoś szczególnie zainteresowana nadmierną serdecznością Ceda, mina chłopaka wyrażała więcej niż tysiące słów. W jego skrzących czułością oczach, Syriusz dostrzegał samego siebie – idealne odbicie sposobu, w jaki sam patrzył na Lady Crown. Wiedział doskonale, jakimi uczuciami dzieciak musiał darzyć Erin i wcale mu się to nie podobało. Westchnął, co w psim wykonaniu brzmiało bardziej jak parsknięcie. Cedrik Diggory dużo lepiej pasował do Vallerin niż on. Był młody, przystojny, delikatny w gestach, uczuciowy i co najważniejsze, pozbawiony dojmującego piętna popapranej przeszłości. Taki facet zdecydowanie był w stanie uszczęśliwić kobietę – być dla niej oparciem, zamiast niestabilnym, roztrzaskanym kamieniem u nogi. Black wzdrygnął się niespokojnie, przerażony własnymi myślami. Poddawał się…cholernie łatwo przychodziła mu rezygnacja z kobiety, którą przecież kochał. Chciał tylko, żeby była szczęśliwa… Po raz kolejny tego dnia Dragan przyglądał mu się w milczeniu. Żal mu się zrobiło tego głupiego, słabego kundla. Nigdy nie doświadczył czegoś podobnego i nie za bardzo rozumiał uczucia, ale nie pierwszy raz widział podobny przypadek i domyślał się, przez co były więzień właśnie przechodził. Syriusz zaczynał podzielać los Samaela – mężczyzny, zakochanego w kobiecie, która wieki temu zdecydowała nie odwzajemniać takich uczuć. Czy któryś z nich był w stanie zmienić zdanie jego pani? Nie wiedział, jednak zamierzał się temu uważnie przyglądać.

– Koniec czułostek, Diggory! Oddawaj moją księżniczkę!

Podejście Ceda do Gallatei otrzeźwiło pozostałych dwóch gamoni. Blaise, z przekornym uśmieszkiem, wepchnął się między przyjaciółkę i Puchona, zbywając jego niezadowolenie cichym śmiechem. Złapał płomiennowłosą w pasie i bez trudu podniósł, przypatrując się jej z szerokim uśmiechem.

– Nie chciałem urazić grubiaństwem, śliczna! Z księżniczki zrobiła się nam najprawdziwsza królowa! – podniósł ją jeszcze wyżej – Stęskniłem się za tobą, wiesz?

– Ja za tobą też, Blaise! – zaśmiała się – Postaw mnie, zanim ci coś w kręgosłupie strzeli.

– Mało wiary pokładasz w swoim rycerzu – westchnął, udając obrazę. – Chyba jesteś jeszcze lżejsza niż ostatnio, ale spokojnie, nadrobimy! Mam w pokoju zapas słodyczy na cały miesiąc. Możesz wcinać słodkości?

– Nikt nie zabroni mi podkradania twoich krówek!

– I o to właśnie chodzi – puścił jej oczko, stawiając ją bezpiecznie na podłodze. – Weź tak nie stercz, Malfoy. Przywitaj się, jak cywilizowany człowiek.

Draco skrzywił się nieznacznie, słysząc kpinę w głosie przyjaciela, ale przeszło mu w chwili, gdy Tea objęła ramieniem jego szyję. Musiał się pochylić, żeby było jej wygodnie, jednak wcale mu to nie przeszkadzało. Uśmiechnął się, szturchając ją ramieniem.

– Cieszę się, że cię widzę – zerknął na nią, kładąc dłoń na jej plecach.

– Zobaczymy jak długo, panie Malfoy! Dragan powiedział mi, że pokłóciłeś się z Blaisem – wbiła mu palce pod żebra. – Żądam wyjaśnień, arystokrato!

– Zdrajca – warknął blondyn w stronę zobojętniałego Luthera. – Wszystko ci wyjaśnię i przyjmę każdą karę, księżniczko.

– Gall, capniesz ich po obiedzie – turkusowooki rzucił beznamiętnie. – Póki co potrzebuję pomocy tych trzech kretynów przy przenoszeniu sterty gratów. Wreszcie skończyłem remont sypialni i nie będę musiał gnieść się na kanapie – oparł dłonie na ramionach młodszych kolegów. – Pogadaj sobie na spokojnie z Dafn.

– Przeniesiemy się do ciebie? – Greengrass niechętnie oderwała się od psa – Ciekawe czy Sargasowi spodoba się twój pokój.

– A co to za włochaty koleżka? – Zabini podszedł do owczarka, wahając się, czy powinien spróbować go pogłaskać.

– Sargas, mój nowy towarzysz – błękitnooka uśmiechnęła się zachęcająco. – Spokojnie, nie gryzie.

– Tylko połyka w całości – Luther przewrócił oczami. – Dobra, pięć minut zachwycania się pchlarzem i do roboty, panowie.

Black dość ciężko znosił zainteresowanie chłopców, a już zwłaszcza Diggory’ego. Nijak nie podobało mu się to całe głaskanie i komplementowanie jego uroczego wyglądu. Mając serdecznie dość, delikatnie pociągnął Lady za rękaw, nie musząc długo czekać na jej reakcję.

– Sargas się troszkę niecierpliwi – rzuciła swobodnie. – Musi tak jak ja być zmęczony po podróży. Idziemy Dafne?

Blondynce nie potrzebna była lepsza zachęta. Poderwała się z podłogi razem z psem, gotowa do wyjścia, zanim i dla niej kruczowłosy znajdzie coś do roboty. Idąc za przyjaciółką, nieustannie wodziła dłonią po grzbiecie Nessara, nie mogąc się powstrzymać. Ona i Astoria zawsze chciały mieć zwierzątko domowe, tak jak inne dzieci, ale mogły liczyć co najwyżej na rybki – które i tak zabrał im ojciec, zachwycony posiadaniem jakiegokolwiek zwierzaka. Chciała przedstawić Sargasa siostrze, żeby i ona mogła się nim nacieszyć, z pozwoleniem Tei, ale obecnie było to niemożliwe – Astoria wróciła do domu. Państwo Greengrass niezbyt entuzjastycznie podeszli do prośby córki o zostanie na święta w szkole. Ich rodzinną tradycją były świąteczne wyjazdy, w towarzystwie rozległego grona krewnych. Ulegli pierworodnej, dowiadując się, że nie kierował nią jakiś niepojęty kaprys, ani młodzieńczy bunt, a troska o przyjaciółkę, która miała wrócić do szkoły po długim i nieprzyjemnym pobycie w szpitalu. Raz jeden mogli zrobić wyjątek, skoro miało sprawić to Dafne przyjemność. Nie martwili się również, że będzie samotna, ponieważ wiedzieli, że panowie Zabini i Malfoy będą dotrzymywać jej towarzystwa. Rodzina Greengrass całkiem dobrze znała się z Malfoy’ami, choć nie można było mówić o wyjątkowo zażyłej, czy serdecznej przyjaźni – utrzymywali ze sobą kontakt w takim stopniu, jak wypadało pomiędzy rodami czystej krwi. Sporadycznie się odwiedzali, zapraszali się wzajemnie na bale oraz bankiety, toczyli biznesowe rozmowy przy półoficjalnych kolacjach, czasami zamieniali kilka słów podczas przypadkowych spotkań…słowem – nic szczególnego. O rodzinie Blaise’a nie wiedzieli za wiele, ale nie stanowiło to problemu. Sam chłopiec sprawiał tak sympatyczne wrażenie, że nie uznawali, by mieli się o cokolwiek martwić. Dziewczyny zeszły razem do lochów, ale nie dane im było dotrzeć spokojnie pod drzwi dormitorium. Ze swojego gabinetu wyłonił się Snape, który obrzucił Greengrass mało serdecznym spojrzeniem, po czym przeniósł całą uwagę na płomiennowłosą.

– Panno Dumbledore, zapraszam na chwilę do mnie. Muszę ustalić z panią kilka kwestii – rzucił lakonicznie, przytrzymując drzwi.

– Za chwilę do ciebie dołączę – Lady uśmiechnęła się przepraszająco do koleżanki.

Blondynka skinęła ze zrozumieniem, bo co innego miała zrobić? Raczej wątpiła, żeby udało jej się wprosić na spotkanie, skoro Snape chciał porozmawiać na osobności z Teą, a pyskować mu zamiaru nie miała. Chciała zabrać ze sobą Sargasa, lecz zwierzę nawet nie drgnęło. Black nie chciał zostawiać panny Crown, wmawiając sobie usilnie, że kierowała nim chęć jak najlepszego wczucia się w rolę strażnika – wiarygodność to w końcu priorytet. Podświadomie oczywiście dobrze wiedział, że absolutnie nie o to chodziło – mdliło go na samą myśl, o zastawieniu Vallerin sam na sam ze Smarkeusem. Jako pierwszy wszedł do gabinetu profesora, który o dziwo nie wyglądał, jakby zamierzał protestować. Subtelnie usunął się z drogi Nessara, by umożliwić mu swobodny dostęp do wnętrza i nie dać kolejnego powodu do znielubienia go na wstępie. Pomieszczenie, w którym stanął Syriusz, idealnie pasowało do swojego właściciela – było surowo urządzone, przesadnie profesjonalne i całkowicie pozbawione jakichkolwiek osobistych akcentów lub zwyczajnych ozdobników. Nie zrobiło dobrego wrażenia na byłym skazańcu, ale nie spodziewał się niczego innego po tym ponury, wiecznie skwaszonym facecie. Płomiennowłosa usiadła na krześle przy biurku, gestem dłoni zachęcając włochatego kompana do przycupnięcia obok niej, z czego skorzystał. Snape, ignorując czujny wzrok Nessara, skierował się ku kącikowi kuchennemu, w którym trzymał wszelkie drobiazgi, konieczne do zaparzenia porządnej kawy. Nastawił przestarzałą aparaturę i nie mogąc się zdecydować, jaki rodzaj napoju zaserwować, podniósł dwie metalowe puszeczki, wypełnione najlepszymi ziarnami jakie miał. Otrzymał je kiedyś w prezencie od panny Crown i nie marnował ich na byle spotkania. Podszedł do błękitnookiej, po czym podał jej dwa pojemniczki, żeby sama zdecydowała, na co ma ochotę.

– Esmeralda Special, czy El Injerto? – poprawił pasmo przetłuszczonych włosów, opadające mu na czoło.

– Esmeralda – dziewczyna nie ociągała się z wyborem. – Dziś mam ochotę na coś słodszego. Tobie nie smakuje? – zerknęła na profesora, ciesząc się wyrazistym zapachem kawy.

– Dla mnie ma zbyt intensywny, kwiatowo-owocowy aromat – wymamrotał. – Wolę coś łagodniejszego.

– Blue Mountain, to twoja ulubiona, prawda?

– Pamiętasz? – zapytał z większą dozą zdumienia, niż planował.

– Są rzeczy, o których ciężko jest zapomnieć – oddała puszki gospodarzowi. – Podrzucić ci więcej Blue?

– Mam jeszcze spory zapas, ale dziękuję za propozycję – usiadł w swoim fotelu, szykując się do przejścia do konkretów. – Vallerin…powiedz mi szczerze, jak się czujesz.

– Fizycznie bardzo dobrze. Arien jest niedościgłym artystą w sztuce uzdrawiania i zawsze można polegać na jego talencie. Nie wiem jak to zrobił, ale teraz mogę w pełni panować nad całym potencjałem mojej mocy, bez konieczności natychmiastowego powrotu do normalnej postaci. Nic mnie nie boli, ani mnie pali – zaśmiała się niepewnie. – Ciało reaguje natychmiast, w dodatku tak precyzyjnie, jak powinno. Wiem, że się o mnie martwiłeś, Severusie. Dziękuję, że mnie odwiedziłeś.

– Luther ci powiedział? – odwrócił pospiesznie wzrok od towarzyszki.

– Nie musiał. Słyszałam wyraźnie wszystko, co mówiliście kiedy byłam w śpiączce, choć nie potrafiłam w żaden sposób wam tego pokazać. Czułam jak trzymasz mnie za rękę, ale nie mogłam jej uścisnąć. Wasza obecność pomogła mi nie stracić kompletnie nadziei, że uda mi się to przetrwać, obudzić się i wrócić do was. Dziękuję.

Czarodziej zerwał się z fotela. Miał świadomość tego, że nie powinien reagować tak emocjonalnie, jednak samo wspomnienie jej wychudzonego, bezwładnego ciała…rozbudzało w nim traumatyczne wspomnienia. Raz musiał patrzeć na śmierć kobiety, którą kochał…nie chciał w taki sam sposób pożegnać przyjaciółki. Nie chciał po raz kolejny zjawić się za późno i móc jedynie bezradnie ronić łzy nad gorzką, bolesną stratą. Podszedł do dziewczyny i objął ją ramionami, nie zwracając uwagi na zaniepokojone, żółte ślepia.

– Bałem się, że umrzesz… – wyszeptał.

– Jestem Lady Vallerin Crown, córa rodu Phoenix – głaskała uspokajająco plecy mężczyzny. – Nigdy nie odejdę bezpowrotnie, Sev. Nigdy. Będziesz musiał znosić mnie jeszcze przez długie lata.

Nieoczekiwanie Snape wyrwał się i stanął sztywno, wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami. Oddychał niespokojnie, nie mogąc utrzymać kamiennego wyrazu twarzy ani chwili dłużej, po tym co właśnie usłyszał. To…za bardzo bolało, żeby był w stanie nad sobą panować.

– Jak mnie nazwałaś? – wycharczał przez ściśnięte gardło.

– Sev? – zaskoczona błękitnooka również wstała.

– Lily…tylko ona tak do mnie mówiła…

Czarne oczy czarodzieja zaszkliły się lekko. Od tak dawna nie słyszał tego zdrobnienia…w dodatku Lady wypowiedziała je w podobnie łagodny, troskliwy sposób. Przysłonił dłońmi twarz, obawiając się, że się rozklei, a tego nie chciał. Zbyt długo udawało mu się zamknąć w szczelnej skorupie i nie mógł sobie pozwolić na jej utratę – nie czuł się na to gotowy, nawet jeśli chodziło o Vallerin. Nieświadomie osunął się na kolana. Poczuł smukłe palce, oplatające się wokół jego przedramion.

– Wybacz, Severusie – płomiennowłosa klęczała tuż przed nim. – Nie chciałam cię zranić.

– Możesz tak do mnie mówić – odpowiedział twardo, nie zdobywając się na spojrzenie w jej oczy.

– Jesteś pewny? Nie chcę rozdrapywać ran.

– Nie możesz rozdrapać rany, która nigdy się nie zagoiła – głos mu się załamał. – Jestem zmęczony uciekaniem od tego wszystkiego…od wspomnień. Tak cholernie zmęczony…

– Więc przestań uciekać.

Mistrz eliksirów w końcu spojrzał na rozmówczynię i z trudem przełknął ślinę, widząc blask rozpromieniający jej lazurowe tęczówki. Panna Crown przemówiła tonem naznaczonym doświadczeniem istoty, która poznała dokładnie każdy smak, towarzyszący egzystencji – włącznie z tymi najbardziej gorzkimi i ohydnymi. Zawsze dostrzegał w niej źródło niedościgłej, życiowej mądrości, ale po raz pierwszy sama to podkreśliła. W jej oczach widział swoje własne. W jej bólu, skrywającym się gdzieś w tym błękicie, odbijał się jego. Jeśli ktoś miał zrozumieć…to tylko ona.

– Wiem wszystko o uciekaniu od demonów przeszłości i zdecydowanie zbyt mało o radzeniu sobie z nimi. Wierz mi, Severusie, że nikt nie jest w stanie uciekać bez końca. Możesz ślepo przeć przed siebie, ignorując je, ale kiedy się odwrócisz…będą coraz bliżej, aż finalnie cię dopadną i ostatecznie powalą na kolana. Pomogę ci, jeśli mi na to pozwolisz.

– Pomożesz mi zapomnieć? O jej śmierci…o tym, co jej zrobiłem.

– O takich rzeczach nie da się zapomnieć. Nie wymarzę Lily z twoich wspomnień, bo nie wierzę, że naprawdę tego chcesz. Pomogę ci wybaczyć samemu sobie, kroczek po kroczku. Pomogę ci znaleźć wyjście z tej potwornej bańki cierpienia, w której sam się zamknąłeś.

– Dziękuję – tylko tyle był w stanie powiedzieć.

– Nie ma sprawy – uśmiechnęła się ciepło, przytulając go. – Tylko uważaj przy Draganie, bo jeśli odkryje w jaki sposób najskuteczniej cię dręczyć, nie zignoruje tego z czystej przekory.

Snape skinął ze zrozumieniem i z pomocą dziewczyny podniósł się z podłogi. Zabrał się za naszykowanie kawy, chcąc w międzyczasie zebrać się do kupy. Vallerin dopiero co wybudziła się z potwornego koszmaru i powinna odetchnąć w towarzystwie bliskiego znajomego, zamiast od razu rzucać się w wir pomocy strzaskanym duszom. Postawił przed nią gotowy napój i wciągnął ją w luźną rozmowę, chcąc zobaczyć w końcu jej prawdziwy uśmiech. Opowiedział jej o lekcjach Luthera, jedynym meczu w jakim brał udział i na jej prośbę wypowiedział się na temat konfliktu kruczowłosego z Draco. Dragan podzielił się z nią wszystkimi rewelacjami, ale dobrze było wysłuchać opowieści z perspektywy kogoś, kto stał na uboczu i miał obiektywniejszy pogląd na całą sytuację. Mistrz eliksirów, nie chcąc przetrzymywać jej zbyt długo – odrobinę wbrew sobie – odprowadził ją pod drzwi dormitorium. Upewniwszy się, że są sami, pożegnał ją w bardziej wylewny sposób, po czym odszedł, mając zamiar skierować się do gabinetu dyrektora. Kiedy profesor oddalił się na bezpieczną odległość, Erin przyklęknęła obok Syriusza.

– Gotowy? – zapytała z uśmiechem.

Szarooki odpowiedział cichym, basowym pomrukiem. Powinien stresować się wejściem wprost do gniazda nieobliczanych żmij, ale póki co wciąż trawił to, co usłyszał w gabinecie Snape’a. Kiedy tak pękł po usłyszeniu zdrobnienia swojego imienia…przez chwilę wydawał mu się istotą ludzką i ta świadomość uwierała mu, kompletnie nie pasując do poglądu, jaki zdążył sobie wyrobić na jego temat. Co gorsza…rozumiał go. Poniekąd dzielili całkiem podobny los oraz problemy, a to już poważnie wywracało jego świat do góry nogami. Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że być może on i Smarkeus mają ze sobą znacznie więcej wspólnego, niż się spodziewał. Po dzisiejszym dniu uwierało mu coś jeszcze. Zazdrość. Powoli zaczynał rozumieć na czym tak właściwie polegała i prosty fakt, że nie musiała mieć najmniejszego związku z jakąkolwiek logiką. Nie chciał oglądać żadnego mężczyzny w pobliżu Lady, choć przecież wiedział, że to nieuniknione. Nie znosił tego, w jaki sposób inni faceci patrzyli na nią z tą odrażającą mieszanką zachwytu, troski i radości. Nie znosił błysku w ich oczach, tak cholernie podobnego do jego własnego. Nie znosił słuchać jej śmiechu, wywołanego rozmową z innym mężczyzną. Nie znosił tych uśmieszków, żarcików i czułych gestów, słanych w jej kierunku. Jednak to wszystko razem wzięte przestawało mieć najmniejsze znaczenie w momencie, w którym inny mężczyzna jej dotykał. To już nie było irytujące…to cholernie bolało. Jaki był w tym sens?! Jaka logika?! Vallerin nie była jego i nie miał prawa tak się czuć, ale…no właśnie, mimo tego serce mu pękało.  

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 347
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!