Córa rodu Phoenix – Rozdział 9

Wola Phoenix’a

                                  Albus siedział jak zawsze przy swoim biurku, porządkując szkolne dokumenty. Ostatnimi czasy pozwolił sobie na bałagan w papierach, bowiem zajmowały go poważniejsze sprawy. Czas było najwyższy doprowadzić dokumentację do satysfakcjonującego ładu. Przeglądał kolejne pergaminy, nanosząc na nie niezbędne poprawki, lub akceptując swą oficjalną pieczęcią. Nic nadzwyczajnego, ot nudna, administracyjna robota, która była jednak w jakiś sposób odprężająca. Można było oddać się niemalże mechanicznym czynnościom, uwalniającym umysł od przytłaczającej potrzeby ciągłego analizowania. Potrzebował takiej odskoczni…czegokolwiek, żeby się zrelaksować. Niestety nie było mu dane nacieszyć się spokojem. Przewało mu stanowcze, energiczne pukanie. Nim zdążył zaprosić do środka nieoczekiwanego gościa, próg przekroczyła dwójka nauczycieli. 

– Profesorze Dumbledore! Niech pan przemówi temu człowiekowi do rozsądku! 

Zdenerwowana Minerva wskazała palcem na uśmiechającego się promiennie Gilderoy’a. Zacisnęła mocniej usta, gdy profesor Obrony swoim upiornym, tanecznym krokiem podszedł do biurka dyrektora, posyłając jej ukradkowe, radosne spojrzenia. Lockhart oparł dłonie o krawędź blatu, wychylając się nieprzesadnie w stronę Albusa – ten człowiek zdecydowanie nie znał pojęcia przestrzeni osobistej. Mrugnął do dyrektora, jak miał nadzieję, porozumiewawczo i przeniósł wzrok na McGonagall. 

– Ależ droga Minervo, po co te nerwy? Zaproponowałem tylko, żeby wnieść trochę życia w te mury! Niech się młodzież pobawi. 

– Pobawi? – warknęła kobieta. 

– Uspokójcie się proszę. Kto mi wyjaśni co się dzieje? 

Dumbledore odłożył dokumenty, poprawiając okulary zasadniczym ruchem. Patrzył czujnie to na Minervę, to na Gilderoy’a. Widząc minę przyjaciółki spodziewał się, że łatwo mu nie przyjdzie załagodzenie tego konfliktu – z czegokolwiek by nie wynikał. Lockhart usłużnie pospieszył z wyjaśnieniami, nie chcąc, żeby to McGonagall przemówiła pierwsza. 

– Już mówię! Chciałbym w tym roku zorganizować w szkole święto zakochanych z prawdziwego zdarzenia! Zabawy walentynkowe, wysyłanie kartek, kupidyny… 

Albus uniesioną dłonią przerwał nauczycielowi wyliczanie na palcach kolejnych atrakcji. Dość już usłyszał, żeby pojąć skąd wzięła się niechęć Minervy. 

– Kupidyny? – zapytał rozbawiony. 

– Och, jak najbardziej! Będą roznosić kartki wśród uczniów! Może i nauczycielom się poszczęści – mówiąc to, odwrócił się i puścił pokraczne oczko do McGonagall. 

Jeszcze bardziej rozsierdził tym czarownicę, której usta w tym momencie przypominały wąską, zaciętą kreskę. W zielonych oczach błysnęły ogniki szczerego gniewu. Głośno wypuściła powietrze i spojrzała ostro na dyrektora. Praca z Lockhartem była już wystarczająco uciążliwa bez znoszenia jego cyklicznych dziwactw. 

– To niedorzeczne – skwitowała sucho. 

– Mnie się ten pomysł całkiem podoba – uśmiechnął się Dumbledore, prostując się w fotelu. 

– Albusie! – Pani profesor nie kryła zdumienia. 

– Minervo, niech Gilderoy się tym zajmie. Uczniowie zasługują na chwilę wytchnienia i trochę rozrywki, zwłaszcza w tym roku. Masz moje pozwolenie. 

– Dziękuję, już się biorę za przygotowania! – Lockhart klepnął ramię dyrektora i wybiegł z jego gabinetu, mamrocząc coś pod nosem o serduszkach i kupidynach. 

Minerva zamknęła drzwi za tym ekscentrycznym klaunem i wciąż niezadowolona, usiadła w fotelu naprzeciwko Albusa. Zaplotła ręce na piersi, wpatrując się w niego z wyrzutem. 

– Pozwolisz jednemu z pedagogów pajacować w szkole? – westchnęła urażona samym pomysłem. 

– To może być całkiem zabawne doświadczenie, nie uważasz? – czarodziej uśmiechnął się szeroko. 

– Ani odrobinę. Profesor Lockhart ma skłonności do – urwała chcąc znaleźć adekwatne i taktowne jednocześnie określenie – przesady. Nie chcę, żeby jego wygłupy dekoncentrowały uczniów. To jest szkoła na litość Merlina, a nie cyrk. 

Dyrektor zaśmiał się łagodnie, ciepło patrząc na przyjaciółkę. Znał ją na tyle długo, by wiedzieć, że bardziej niż ten niecodzienny pomysł zdenerwowało ją zbyt bezpośrednie zachowanie Gilderoy’a. Minerva nie należała go kobiet, którym podobna “uwaga” schlebiałaby, wręcz przeciwnie – czarownica nie przepadała za dwuznacznościami. Po prawdzie…Lockhart zdążył już zniechęcić do siebie zdecydowaną większość kadry, a Albus w żadnym razie nie dziwił się takiemu obrotowi spraw – Gilderoy potrafił być męczący w snuciu swoich historii, co ułatwiał mu kompletny brak samokrytycyzmu. Bardziej jednak niż rozmyślanie o zabawnej naturze nowego nauczyciela, zainteresowało go nietypowe zachowanie Minervy – niepewnie zerkała w jego kierunku, nerwowo skubiąc palcami rękaw swojej szaty. Szybko domyślił się powodu takiego zachowania, nie było sensu unikać nadciągającej rozmowy. 

– Możesz zapytać, nie krępuj się. 

– Nie rozumiem – kobieta usiadła sztywno. 

– Oczywiście, że rozumiesz. 

Milczała zbierając myśli. Nie mogła się już wycofać…Albus by jej na to nie pozwolił.

– To coś nie przestanie, prawda? – szepnęła w końcu.

– Nie zatrzyma się do póki nie “oczyści” Hogwartu z mugolskiej krwi. Vallerin jest tego pewna.

Czarodziej oparł się wygodniej w fotelu. Jeszcze przez kilkanaście minut rozmawiał z Minervą. Chciał wysłuchać jej opinii na temat panny Crown. McGonagall wyrażała się o niej w samych superlatywach, ponieważ była pod niesłabnącym wrażeniem tego, jak doskonale Vallerin panuje nad potężną mocą magiczną. Starzec uśmiechnął się pod nosem. Gdyby znała całą prawdę o Lady Crown posiwiałaby całkowicie. Nie czuł się najlepiej z tym, że nie powiedział jej wszystkiego, jednak bał się, że gdyby ona i Severus znali historię Vallerin tak dobrze jak on, nalegaliby na jak najszybsze wydalenie jej ze szkoły. Przerażała go sama myśl, iż informacje o ognistowłosej mogłyby dotrzeć do niewłaściwych uszu. W sprawie Vallerin musiał wykazywać się niebywałą ostrożnością. Po tym jak Minerva wyszła znów skupił się na papierkowej robocie – nawet sprawnie mu z tym szło. Wzdrygnął się, gdy nieoczekiwanie tuż obok jego prawej dłoni upadł jakiś przedmiot. Profesor rozejrzał się po pomieszczeniu. Uśmiechnął się dostrzegając Fawkesa, który wczorajszego wieczoru bez uprzedzenia zniknął. Ptak nie zwracał na niego większej uwagi pochłonięty czyszczeniem piórek. Czarodziej spojrzał na przedmiot, który spowodował zamieszanie. Zaskoczony podniósł niewielką blaszkę. Rzucił ją, gdy nagle stanęła w płomieniach. Szykował się do ugaszenia przedmiotu zaklęciem, lecz ogniste jęzory samoistnie zaczęły przygasać, by w końcu zniknąć całkowicie. Albus wahał się jeszcze przez moment. Pokonując obawy sięgnął po dziwny przedmiot. Delikatnie przyłożył opuszki palców do metalu, całkowicie już zimnego. To co wziął za blaszkę okazało się cienką płytką wykonaną z czystego srebra. Na niej ognistymi literami tliła się wygrawerowana wiadomość. Zdezorientowany obracał w dłoniach płytkę, wpatrując się w jednoznaczne słowa zaproszenia do jednej z kawiarni, mieszczącej się przy ulicy Pokątnej. W ciągu ognistych liter brakowało jednego – podpisu. Zamiast niego widniał symbol feniksa w locie. Bił się z natłokiem myśli, patrząc na misterny grawerunek – ktoś z rodu Phoenix chciał się z nim spotkać. Nigdy nie spotkał żadnego Phoenix’a poza Vallerin i spodziewał się, że to właśnie jej obecność w szkole była powodem zaproszenia. Wahał się czy powiadomić przyjaciółkę, nie chciał działać za jej plecami, ale wątpił czy spotkanie doszłoby do skutku, gdyby zjawili się na nim razem. Było jeszcze jedno wyjście…musiał skontaktować się z Ethanem…

                    Tea wraz z Draco, Blaisem i Dafne weszła do Wielkiej Sali. Jeszcze dobrze nie zdążyła przekroczyć progu, a już niemalże padła na kolana śmiejąc się przeraźliwie. Sala na co dzień wyróżniała się przyjemnym, ciepłym urokiem gustownego miejsca, w którym można było bez trudu się zrelaksować, dziś jednak ociekała kiczem i tandetą. Słyszała pogłoski, że Lockhart planuje coś “specjalnego” na Walentynki. Nie spodziewała się jednak, że tym czymś może być chęć sprezentowania uczniom dożywotniej traumy. Róż –  bijący zewsząd w jakiś dziesiątkach odcieni! Ponad głowami uczniów zamiast świec, unosiły się drobne lampiony w kształcie serc, obsypujące zgromadzonych brokatowymi opiłkami, przyczepiającymi się do włosów, skóry i szat. Nieszczęsne serca zdobiły także wszystkie stoły i to w zatrważającej ilości. Powietrze przesycone było słodko-mdłym, dziwnym zapachem, z pewnością jakiś wymyślnych perfum. Nawet ścianom nie udało się uniknąć ponurego losu – ozdabiały je długie różowo- serduszkowe, gęste girlandy, skrzące się migotliwymi, złotymi opiłkami. Pośród swego dzieła przechadzał się Gilderoy w szatach jak najbardziej adekwatnych do wybranego przez niego wystroju. Swoim zwyczajem szczerzył się do uczennic, a sądząc po fircykowatych ruchach, odbierał świeżą porcję komplementów i zachwyconych westchnień. To jednak nie było najgorsze. Narcystycznego czarodzieja otaczały potworki rodem z najmroczniejszych koszmarów – stadko wyraźnie niezadowolonych krasnoludów, wciśniętych w przebrania kupidynów. Krępym istotom Gilderoy postanowił dać po parze złotych skrzydełek i harfie. Krasnoludy niezdarnie unosiły się w powietrzu, swoim śpiewem torturując biedne dzieciaki. Do tego te ich fantazyjne przepaski…zdecydowania zbyt dużo odsłaniały. Kwintesencja najczystszej potworności. Malfoy podał płomiennowłosej rękę i pomógł pozbierać się z posadzki, racząc ją szelmowskim uśmieszkiem szczerego rozbawienia. Dotarli do stołu Slytherinu, gdzie płomiennowłosa usiadła obok Blaise’a, zniesmaczonego wszystkim co ich otaczało. Zabini posiadał wyrafinowane poczucie stylu, które musiało w tym momencie niemiłosiernie cierpieć, duszone przesłodzonym wystrojem. Kiedy już myślała, że wszystko w porządku i może nie umrze tego dnia ze śmiechu, plany pokrzyżowała jej Dafne. Greengrass niespodziewanie ryknęła śmiechem, co nie zdarzało jej się przesadnie często – zazwyczaj zachowywała się dokładnie tak, jak powinna dobrze wychowana młoda dama, stroniąc w miejscach publicznych od nadmiernej ekspresyjności. Blondynka nie mogąc wydobyć z siebie słowa wskazała zaskoczonym Ślizgonom stół nauczycielski, po czym ukryła poczerwieniałą buzię w dłoniach, starając się z całych sił opanować. Błękitnooka była już pewna, że umrze, a przyczyną zgonu będzie śmiech. Biedny Severus wpatrywał się w Lockharta jakby zaraz miał na nim użyć Zaklęcia Niewybaczalnego, natomiast Gilderoy, nie zważając na własne bezpieczeństwo, beztrosko gadał siedząc na blacie stołu tuż obok mistrza eliksirów. Snape przymykał powieki i zaciskał szczękę za każdym razem, gdy nauczyciel Obrony uznał za konieczne kolejne poklepanie go po ramieniu. Severus Snape osaczony przez różowe bzdury i znoszący godnie paplanie jednej z nich – niezapomniany widok. Siedzieli w Sali dłuższy czas, jednak nic ciekawego się nie działo, a tandeta biła w oczy, więc postanowili pokręcić się po zamku. Szli korytarzem rozpamiętując komiczne miny mistrza eliksirów, gdy podszedł do nich jeden ze starszych Ślizgonów. Ścigający drużyny ich domu Adrian Pucey. Dość wysoki, atletycznie zbudowany chłopak o ciemnych włosach, brązowych oczach i przystojnej twarzyczce. 

– Cześć. Mogę na chwilę cię porwać, Dafne? – zwrócił się do blondynki.

Ślizgonka na początku skamieniała, nie mogąc słowa wykrztusić. Adriana miała na oku od początku roku, ale do tej pory miała okazję porozmawiać z nim ledwie kilka razy, choć tematy im się nigdy nie kończyły. Ścigający wydawał jej się dojrzalszy od rówieśników, a przez to jakiś taki…pociągający. Częste treningi pochłaniały mu większość wolnego czasu, więc rzadko mogła z nim pogadać w cztery oczy, zazwyczaj korzystając ze sposobności by zamienić z nim słowo, gdy pochodził przywitać się z Draco albo zapytać o coś Marcusa. No właśnie…qudditch – miała słabość do tego sportu, a Adrian grał całkiem nieźle, co przyznawał nawet, wiecznie niezadowolony z kondycji zawodników, Flint. Greengrass stała jak słup soli, brakiem reakcji powoli pesząc chłopaka. Płomiennowłosa postanowiła wkroczyć do akcji i szturchnęła lekko ramieniem koleżankę, by ją otrzeźwić. Dafne, rozumiejąc o co chodzi, uśmiechnęła się promiennie do Pucey’a. 

– Pewnie! – odpowiedziała troszkę bardziej entuzjastycznie, niż zamierzała.

Adrian podsunął jej ramię, naśladując sposób w jaki zwykle chodziły z Zabinim i Malfoy’em. Dafne niemal automatycznie skorzystała ze znajomego, szarmanckiego gestu, dając porwać się na przechadzkę po zamku. Gdy odchodzili spojrzała na znajomych, dyskretnie wskazując towarzysza z szerokim uśmiechem. Gallatea pokazała jej uniesiony kciuk, życząc niemo powodzenia, Blaise znacząco poruszył brwiami, a Draco…no cóż, Malfoy nie zareagował wcale, jakby kompletnie niezainteresowany tematem. 

– Gdzie idziemy? – odezwał się szarooki, gdy blondynka zniknęła im z oczu.

– Byleby nie wracać do Sali. Jeszcze trochę Lockharta i zwymiotuję – błękitnooka przewróciła oczami.

Zabini objął ją ciasno ramieniem, wpatrując się w nią z figlarnym uśmieszkiem. Skoro zostali we troje, mógł sobie pozwolić na podrażnienie się z koleżanką bez groźby narażenia się na odwet sojuszu dwóch dziewcząt. Z samą Teą jeszcze był sobie w stanie porazić, ale kiedy łączyła siły z Greengrass…lekko nie było. 

– Nie zachwycasz się Panem Doskonałym? – zakpił, wyniośle unosząc podbródek.

– A czym się tu zachwycać? Moglibyśmy sobie pożyczać szaty, gdybym była trochę wyższa – prychnęła dziewczyna.

– Chciałaś chyba powiedzieć dużo, dużo wyższa, karzełku! – zaśmiał się Blaise.

Ognistowłosa wbiła mu palce pod żebra. Czarnoskóry chłopiec śmiał się w najlepsze, rozmasowując obolałe miejsce – jednak i sama Gallatea potrafiła być uciążliwym przeciwnikiem. 

– Wracajmy do dormitorium – jęknął znudzony Malfoy.

– Dobry pomysł. Możemy u mnie posiedzieć.

– Księżniczka przybyła na ratunek! – żachnął się Zabini.

– Skoro tacy z was nieudolni rycerze, to ktoś musiał.

We trójkę ruszyli korytarzem. Nie dało się nie zauważyć, że Draco coś gryzło – wydawał się rozdrażniony i jakiś taki nieobecny. Szedł w milczeniu ze spuszczoną głową, całkowicie zamyślony. Nie zareagował nawet kiedy Blaise ostentacyjnie przycisnął Teę do swojego boku, a to już zaniepokoiło Zabini’ego, który co jakiś czas ukradkowo zerkał na przyjaciela, próbując wybadać o co znowu mogło mu chodzić. Płomiennowłosa od wczoraj widziała, że coś się dzieje – zaczęło się, gdy Draco odebrał list w porannej poczcie. Nie wiedziała od kogo był, ale mina chłopca rzedła z każdą czytaną linijką. Potem przez cały dzień udawał, że wszystko w porządku, żartując i wygłupiając się jak zawsze. Przestał się na to silić dopiero późnym popołudniem. Błękitnooka poszła razem z nim do sowiarni, gdzie wręczył kopertę, widocznie zawierającą odpowiedź na poranny list, swojej sowie z miną, jakby miał kogoś ugryźć. Stali obok siebie bez słowa przez dłuższą chwilę, wpatrując się w dal. W końcu Teę znudziła cisza, więc położyła dłoń na ramieniu kolegi i zapytała go czy wszystko dobrze, jednak blondyn strząsnął jej rękę i wyszedł w milczeniu. Nie wydawało jej się, żeby był zły na kogokolwiek z Hogwartu, musiało zatem chodzić o sprawy rodzinne, a o takie rzeczy wypytywać na siłę nie zamierzała. Wpatrzona w policzek Draco nie zauważyła biegnących w ich stronę Harry’ego i Rona. Dopiero odgłos upadku oderwał ją od arystokratycznej twarzy Ślizgona. Zaśmiała się, widząc Pottera dosłownie leżącego u jej stóp. Pochyliła się i wyciągnęła do niego rękę.

– Wszystko w porządku, Harry? – uśmiechnęła się.

– O, Tea! A tak, dzięki.

Okularnik stanął na nogi, korzystając z wdzięcznością z pomocy dziewczyny. Zdecydowanym szarpnięciem podniósł z posadzki torbę, której zawartość rozsypała się na gładkim kamieniu.

– No nie… – jęknął przeciągle.

Niestety wcześniejszy upadek i nagłe szarpnięcie poskutkowało uszkodzeniem kałamarza i rozlaniem się niemalże całego atramentu, wprost na rozrzucone rzeczy. Harry uklęknął, chcąc odratować co się dało, a płomiennowłosa poszła w jego ślady, zbierając podręczniki oraz notatki. Zajęta pomaganiem zielonookiemu, nawet nie zauważyła kiedy Draco zdążył podnieść niewielką, cieniutką książeczkę oprawioną w ciemną okładkę. Stał wpatrując się w nią z beznamiętnym, zblazowanym wyrazem twarzy. Potter dostrzegając swoją zgubę w dłoniach zaprzysiężonego wroga, poderwał się na równe nogi i wojowniczo spojrzał na Ślizgona, wyciągając rękę. 

– Oddawaj to, Malfoy – warknął.

Tea, przeczuwając nadchodzącą kłótnię, także wstała by mieć możliwość natychmiastowej reakcji. Dopiero teraz rozpoznała książeczkę, tą samą o której kilka dni wcześniej Harry i Ron jej opowiedzieli. Ponoć był to dziennik, który znaleźli nieoczekiwanie w łazience Jęczącej Marty, wedle ich słów całkowicie pusty. Miała już prosić blondyna, żeby oddał dziennik, gdy szarooki tak po prostu rzucił go wprost w ręce Gryfona.

-Trzymaj, Potter – w jego głosie nie było słychać tej samej zajadłości jak zazwyczaj. 

Arystokrata jak gdyby nigdy nic, po prostu wyminął Harry’ego, odpuszczając sobie nawet pogardliwe spojrzenie. Oszołomiony dziwnym zachowaniem przyjaciela Blaise, dopiero po kilku sekundach ruszył się z miejsca i podbiegł do odchodzącego Malfoy’a, równając z nim krok. To wszystko robiło się już mocno zastanawiające. 

– Idziesz, księżniczko?! – odwrócił się, by krzyknąć do Dumbledore.

– Zaraz was dogonię! Na pewno nic ci nie jest? – zwróciła się do zielonookiego.

– Mnie nie, ale co z Malfoy’em?

– Żebym to ja wiedziała. Do zobaczenia!

Dziewczynka pożegnała się z Gryfonami i pognała za kolegami, którzy nie zdążyli odejść zbyt daleko. Draco z posępną miną kroczył na czele, więc spojrzała na Blaise’a chcąc dowiedzieć się o co chodzi, jednak chłopak tylko wzruszył ramionami w geście rezygnacji. Wspólnie weszli do dormitorium, gdzie podjęli decyzję o rozdzieleniu się – panowie dość mieli paradowania w oficjalnych strojach. Tea sama ruszyła do swojego pokoju, rozmyślając o jeszcze jednej, straszliwej wyprawie do Wielkiej Sali na kolację. Jak ona nie znosiła tego różowego, nadętego kretyna! Jej zdaniem Albus nie powinien zezwalać Gilderoy’owi na podobne cudactwa – już i tak traktował szkołę niczym swój prywatny wybieg – wiedziała jednak bardzo dobrze czemu to zrobił. Ataki całkowicie zniszczyły przyjemną, magiczną, rodzinną atmosferę charakteryzującą Hogwart, zastępując ją duszącym, ciężkim niepokojem. W interesie dyrektora było dać uczniom coś, co mogło chociaż na chwilę odwrócić ich uwagę od grozy czającej się w ciemnych zakamarkach zamczyska. Bez większego znaczenia było, czy młodzież będzie się walentynkami w wykonaniu Lockharta zachwycać, czy rozpamiętywać je jako traumatyczny koszmar – odskocznia to odskocznia. Dziewczyna zsunęła z ramion pelerynę, którą rzuciła na fotel z zamyślonym uśmiechem. Spodziewała się, że był jeszcze jeden powód przyzwolenia nauczycielowi na jego dziwactwa – Albus miewał wyjątkowo okrutne poczucie humoru, więc nie przepuściłby idealnej okazji do zobaczenia min profesorów, postawionych w takiej sytuacji. Lubił obserwować ludzi i analizować ich zachowania, ponieważ traktował to jak pouczającą rozrywkę. Tak skupiła się na przyjacielu, że dopiero po kilku minutach zauważyła ogromny bukiet stający na jej biurku. Nie był to jednak pierwszy lepszy bukiecik – w całości tworzyły go czarne róże o smolistych, aksamitnych płatkach. Podeszła do biurka z szerokim uśmiechem. Kochała te kwiaty, a w Hogwarcie tęskniła za ich wyjątkowym, magnetycznym zapachem. Mocno wciągnęła powietrze przesycone subtelną, czarującą wonią. Obok bukietu dostrzegła niewielką, krwistoczerwoną kopertę, pozbawioną jakichkolwiek ozdobników. Otworzyła ją delikatnie i wyciągnęła z niej liścik zapisany równym, lekko pochyłym, pięknym pismem: 

“Mój Wschodzie Słońca. Księżycu oświetlający mroki nocy. Nigdy się nie zmieniaj. Taką będę Cię wielbił, aż po grób.”

                                                                                                                                                                     D.L

Roześmiała się składając starannie szorstki pergamin, żeby łatwiej ukryć go w zaczarowanej szafce nocnej. Dragan nic się nie zmienił, wciąż potrafił być ujmująco wręcz złośliwy. Słowa, które napisał były cytatem z inskrypcji na grobowcu wielkiej czarownicy z czasów średniowiecza, Timeldy Logshire. Timelda była prześliczną, inteligentną i potężną kobietą, która samodzielnie rządziła rozległym, rodzinnym majątkiem, a jej koneksje sięgały daleko poza formalne granice państw. Wprawną, miłosierną grą polityczną wpływała zarówno na losy czarodziei jak i mugoli, poświęcając życie budowaniu porozumienia między zwaśnionymi rodami. Powszechnie ubóstwiano ją przez dobroć jaką okazywała potrzebującym, łagodny charakter i otwarte serce. Tłumy czarodziei, wszelkiego pochodzenia, ubiegały się o jej względy, ona jednak uparcie odtrącała zalotników, zbyt zaabsorbowana rozbudową swego imperium. Logshire żyła spokojnie nie myśląc o zamążpójściu…do czasu. Timelda oddała swe serce niepozornemu czarodziejowi, pochodzącemu ze znamienitej, choć zubożałej rodziny. To on nazywał ją swym słońcem i księżycem, wielbił ją każdego dnia jednak o grób…o grób postarał się sam. Niedługo po tym, jak pojął Timeldę za żonę, zabił ją – dla majątku. Jak na ironię obietnicy dotrzymał, wielbiąc ją aż po grób. Słowa, którymi podstępny małżonek zwodził Timeldę, zostały z polecenia jej przyjaciółki wyryte na płycie nagrobnej, ku przestrodze dla wszystkich dam. Dragan przysyłając list z tym cytatem, przekazał aż nazbyt wyraźną wiadomość – martwił się, a to nie często mu się zdarzało. Płomiennowłosa usiadła na krześle i wpatrywała się w bukiet, myśląc o kruczowłosym przyjacielu. 

– Od kogo to? – usłyszała za plecami głos Malfoy’a. 

– Od przyjaciela – uśmiechnęła się, nie odbiegając odpowiedzą od prawdy. 

Ślizgon podszedł do biurka, by z bliska przyjrzeć się różom. Zapewne nigdy nie widział ich w czarnym kolorze, nie zapytał jednak o ich pochodzenie. Przez dłuższą chwilę obserwował smoliste płatki, walcząc z przemożną chęcią dotknięcia ich. Wydawały się tak delikatne i wyjątkowe…zupełnie jak dziewczyna, która je otrzymała.

– Gdzie się podział Blaise? – głos błękitnookiej skutecznie odwrócił jego uwagę od kwiatów. 

– Rozmawia z jakąś pierwszoroczną w Pokoju Wspólnym. Mistrz Zabini znowu w akcji – zaśmiał się kpiąco i podszedł po drugie krzesło, które ustawił obok Tei. 

Siedzieli obok siebie przez dobre kilka minut milcząc i wpatrując się w bukiet. Draco nie wydawał się zainteresowany rozmową, ale jego niecodzienne zachowanie coraz mocniej niepokoiło pannę Dumbledore. Malfoy bywał wyjątkowo zmienny w swych nastrojach – bywał zaczepnie złośliwy, czarująco troskliwy, pyszałkowaty, wygadany, zabawny, wkurzony na cały świat, pogardliwy wobec innych…nie szło za nim nadążyć, lecz kiedy robił się milcząco melancholijny sprawy stawały się poważne. Sam nigdy nie inicjował rozmowy o uczuciach ani problemach, jakby wstydząc się swojej wrażliwej, chłopięcej strony – zapewne Lucjusz przyłożył do tego rękę w taki czy inny sposób. Ognistowłosa dość miała jego cierpiętniczej miny i nieznośnego milczenia, którym chciał wszystko od siebie odepchnąć – nie potrafił ufać innym na tyle, by z ich pomocą radzić sobie z problemami. Wolał zatopić się w obojętności i poczekać aż samo minie. 

– Czemu jesteś przybity? – szepnęła, zerkając na towarzysza. 

– Wcale nie jestem – warknął chłopak, zaciskając mocno szczękę. 

– Draco, martwię się o ciebie. Blaise i Dafne również. Jeśli nie chcesz mi powiedzieć o co chodzi w porządku, nie będę naciskać. Pamiętaj tylko, że zawsze jestem obok, gdybyś chciał pogadać. 

Znów zapanowała kompletna cisza, przerywana jedynie odgłosem coraz bardziej nierównego oddechu blondyna. Brzmiał jakby chciał coś z siebie wyrzucić, ale się wahał. Nie miała zamiaru nalegać ani naciskać – to nie był sposób na radzenie sobie z tym chłopakiem. Pod wpływem najdrobniejszej nawet presji, jeszcze bardziej zamykał się w sobie, przybierając wojowniczą postawę. Zapewne w domu rodzinnym uczono go zachowywania się w każdej sytuacji z godnością, nie pozwalającą włączać w sprawy prywatne osób postronnych. Znała ten model wychowania i szczerze nie sądziła, żeby się sprawdzał w przypadku dzieci – może i był jakimś rozwiązaniem w latach wczesnej dorosłości, jednak zdecydowanie nie w dzieciństwie. Taki styl tworzył młodych-starych, dzieciaki na siłę uczone od zawsze zachowywać się jak dorośli, chociaż nie miały szans rozumieć z czym się to wiąże. Tak czy inaczej w przypadku Malfoy’a musiała zaczekać aż sam podejmie decyzję i zaakceptować ją bez względu na to czy będzie się jej to podobało czy też nie. Poczuła policzek szarookiego opadający na jej ramię i uśmiechnęła się delikatnie.

– Wiesz, że mój tata zajmuje wysokie stanowisko w Ministerstwie? – Ślizgon podświadomie zaakcentował słowo wysokie

– Nie, przegapiłam ostatnie tysiąc razy jak o tym wspominałeś – błękitnooka zaśmiała się cicho i zerknęła na kolegę, który uśmiechał się nikło. 

– Ojciec nigdy nie ma dla mnie czasu bo ciągle pracuje. Obiecał mi i mamie wspólny wyjazd w ferie Wielkanocne. Nic wielkiego, tylko kilka dni na wybrzeżu, ale wczoraj odwołał wyjazd. Jak zawsze… – urwał przesuwając się tak, by oprzeć skroń o bark panny Dumbledore. 

– Przykro mi – odpowiedziała łagodnie, głaszcząc jego plecy. 

– To jemu powinno być przykro! Nie pojechał z nami na wakacje, chociaż obiecał! Później napisał, żebym został na święta w szkole, a teraz odwołuje wyjazd w ferie. Pewnie coś za to dostanę, jakiś kosztowny prezent albo coś – westchnął przeciągle. – To działało jak byłem młodszy, ale teraz powoli przestaje. Ojciec nawet by nie zauważył, że na wakacje nie wróciłem. Wszystko jest ważniejsze ode mnie i mamy! Wszystko!

– Nie mów tak. Twój tata jeszcze będzie chciał nadrobić stracony czas, zobaczysz. Może naprawdę jest teraz bardzo zajęty. Pracownicy Ministerstwa muszą czasem wywiązywać się z wielu obowiązków w krótkim terminie, może twój tata ma właśnie teraz taki okres?

– Taa…jasne… – ironizował chłopak. 

– Masz mamę, która zawsze na ciebie czeka. Bardzo ci tego zazdroszczę, wiesz? Kiedy ja wracam do domu na wakacje, witają mnie w nim tylko skrzaty. To nic złego! Traktuję skrzaty jak rodzinę, ale czasem…czasem zastanawiam się jakby to było, gdyby byli tam jeszcze rodzice – udało jej się przybrać brzmiący bardzo naturalnie, smutny ton. 

– A twój dziadek? – arystokrata wyprostował się. 

– Dziadek jest bardzo zajęty swoją pracą i nie ma dla mnie za wiele czasu. Musi zajmować się sprawami szkoły, pracownikami, uczniami i Ministerstwem…to duża odpowiedzialność i jestem dumna z tego jak dziadek sobie z tym wszystkim radzi. Czasem na trochę przyjeżdża do mnie daleki kuzyn. Cóż…tak naprawdę nie jesteśmy spokrewnieni, ale lubię go tak nazywać. Wyobrażam sobie wtedy, że mam dużą rodzinę. 

Malfoy milczał przez chwilę, zbierając myśli. To, że Gallatea uważa skrzaty za rodzinę wydało mu się jedną z najsmutniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek słyszał. Jaki czarodziej uważał te małe potworki za coś godnego uwagi? Dla niego skrzaty były służbom i nikim więcej. Nie rozmawiał z nimi, ani nie myślał o nich, jak o czujących cokolwiek istotach – miały wypełniać rozkazy, taka była ich rola. Nie chciał urazić koleżanki wypominaniem jej niesłusznego podejścia do skrzatów – nie był aż tak okrutny, żeby naśmiewać się z jej samotności. Wolał skupić się na osobie kuzyna. 

– Uczy się w innej szkole? – zapytał zdawkowo. 

– Nie, jest od nas sporo starszy. Można powiedzieć, że jest badaczem. Jeździ po całym świecie, odkrywając jego tajemnice. 

– Brzmi, jak całkiem ciekawa robota – Malfoy zaśmiał się ciepło. 

– Zawsze ma co opowiadać wieczorami! – płomiennowłosa postanowiła zmienić temat – Lepiej ci trochę? 

– Tak. Dzięki, Tea – szarooki spojrzał na nią z wdzięcznością. 

– Nie ma za co, naprawdę. Zabini’ego to już całkiem wcięło? 

– Nie mam pojęcia. Chodź do Pokoju Wspólnego, poszukamy go. 

Blondyn wstał podsuwając jej szarmancko ramię. Zanim jednak na dobre jeszcze wyszli z pokoju, przystanęli. Przed hebanowymi drzwiami leżał równy stosik kartek walentynkowych o przeróżnych kształtach i kolorach wszelakich. Draco schylił się by go podnieść, nie odmawiając sobie przyjemności pobieżnego sprawdzenia czy czasem nie były podpisane. Wręczył koleżance kartki z niemrawym uśmiechem – spodziewał się, że panna Dumbledore budziła zainteresowanie, ale przekonanie się o tym w tak bezpośredni sposób jakoś go ubodło. Nie pomogła nawet obojętność z jaką płomiennowłosa przejrzała walentynki, nie poświęcając im przesadnej uwagi. 

– Widzę, księżniczko, że cieszysz się popularnością – prychnął, przezwyciężając dziwną suchość gardła. 

– Nie bardziej niż ty! Ile dostałeś walentynek podczas obiadu? Dziesięć, dwadzieścia? – zaśmiała się perliście. 

– Jak chcesz możemy się założyć, kto dostanie dzisiaj więcej kartek. Te od krasnoludów liczą się podwójnie! Przegrany odrabia prace domowe zwycięzcy przez tydzień. 

– Zgoda, ale transmutację robię sama. Kiepsko ci z nią idzie. 

Arystokrata spojrzał na nią z perfidnym uśmieszkiem zapowiadającym, że pozostało jej jedno – ucieczka. Popchnęła lekko chłopaka, żeby wywalczyć sobie dodatkowe kilka sekund przewagi i pędem ruszyła w kierunku Pokoju Wspólnego. Biegnąc zerknęła przez ramię. Draco gnał tuż za nią. Uśmiechnęła się, widząc jego normalny, beztroski uśmiech. Śmiejąc się jak opętani wpadli do pomieszczenia, zwracając na siebie uwagę Blaise’a i pozostałych zebranych. Zabini, widząc Teę, odsunął się odrobinę od siedzącej obok niego młodziutkiej Ślizgonki. Błękitnooka nie zwracając uwagi na rozbawione spojrzenia, posyłane jej przez innych uczniów, nie miała najmniejszego zamiaru zwolnić. W pełnym pędzie wskoczyła na kanapę, lądując tuż obok Blaise’a. 

– Cześć. Gallatea Dumbledore – skinęła ku nieco wystraszonej towarzyszce kolegi – Blaise ratuj! 

– Pewnie! Najpierw drażnisz smoka, a potem Blaise ratuj – zaśmiał się chłopak. 

– Kiepski z ciebie rycerz – westchnęła płomiennowłosa, robiąc naburmuszoną minkę. 

– Na ratunek i tak już za późno, księżniczko! 

Tuż za nią wsparty o oparcie kanapy stał Draco. Cały zziajany i czerwony nie przestawał się uśmiechać. Dumbledore potrafiła w jednej chwili rozgonić jego ponury nastrój, stając się żywą iskierką rozświetlającą mroczne myśli. 

                     Albus szedł pospiesznie Pokątną, od czasu do czasu zerkając na idącego obok niego Ethana. Luther uważnie lustrował otoczenie w skupieniu, jakiego zazdrościł mu stary czarodziej – nawet on nie potrafił do tego stopnia nakierować swych myśli na jedną rzecz, zawsze jakiś nieprzyjemny pomruk świadomości burzył misternie konstruowane skupienie. Starzec uśmiechnął się pod nosem, wbijając wzrok w drogę przed sobą. Niełatwo było mu namówić Luthera do tego wyjścia. Ethan stanowczo odmawiał nieinformowania o ich zamiarach Vallerin, kierowany zdumiewającą lojalnością wobec Lady – ocierającą się wręcz o granice absurdu. Dumbledore długo musiał przekonywać go, że działają w jak najlepszym interesie panny Crown, Luther bowiem pozostawał zupełnie głuchy na wszystko, co nie było solidnym argumentem. W końcu ugiął się przed czarodziejem i był sam na siebie zły przez wykazanie słabości. Sądził, że w oczach Erin spotkanie z kimś z rodu Phoenix za jej plecami, będzie postrzegane jako oczywista zdrada. Płomiennowłosa z natury była wyrozumiałą istotą. Czas nauczył ją puszczania w niepamięć przewinień, te bowiem nie miały większego znaczenia z punktu widzenia wieczności – Ethan miał jednak poważne wątpliwości, czy w tej sytuacji również okaże zrozumienie. Warknął cicho, przygryzając dolną wargę. Nie mógł pozwolić Albusowi iść samemu, gdyby coś mu się stało, Erin nigdy by mu tego nie wybaczyła – tego mógł być całkowicie pewny. Sporo rozmyślał nad tym co ród Phoenix knuł tym razem i czemu miałoby zależeć im na spotkaniu z Albusem Dumbledorem. Lutherowie nie mieli najlepszej opinii o Phoenix’ach, poza dwoma wyjątkami. Niechęć między rodami narodziła się wraz z pierwszym Lutherem, a z upływem czasu jedynie się zaostrzała, czasem przeobrażając się wręcz w cichą wojnę. Patrzyli na siebie podejrzliwie, spodziewając się po sobie wzajemnie wszystkiego co najgorsze – mało zdrowa relacja, której raczej nie było już szans naprawić. Przestał rozmyślać o dziwacznych kontaktach rodzin, gdy stanęli przed wyznaczoną w zaproszeniu kawiarnią. Niczym szczególnym się nie wyróżniała, ot jedna z wielu małych, przytulnych, wiecznie zatłoczonych kawiarenek na uboczu ruchliwej ulicy.

– Profesorze Dumbledore, zapraszam. Oczekiwałem pana, za to ciebie, chłopcze, się nie spodziewałem – rozległ się głęboki, magnetyczny głos.

W progu kawiarni stanął dość młody mężczyzna o krótkich, starannie ułożonych, czarnych włosach i przenikliwych, jasnobłękitnych oczach, które w świetle dnia wydawały się niemalże perłowe. Mężczyzna, jak to członek rodu Phoenix, odznaczał się arystokratyczną, nieco chłodną urodą – ulotną, doskonałą i nadludzką. Na jego niebywale przystojnej twarzy nie zagościł nawet cień uśmiechu, co dodatkowo podkreślało zdystansowanie, bijące od świetlistych oczu. Czarodziej drgnął niespokojnie, mając wrażenie, że mężczyzna idzie wprost ku niemu, ale gospodarz nie patrzył na niego tylko na Ethana. Luther, ku zaskoczeniu Albusa, serdecznie uścisnął Phoenix’a. 

– Cieszę się, że to ty – brązowowłosy szepnął na tyle głośno, że starzec był w stanie go usłyszeć. 

– Miło cię zobaczyć po tylu latach, Ethanie, i to w okolicznościach znośniejszych niż zazwyczaj. Zmężniałeś – Phoenix chwycił ramiona młodzieńca, przyglądając się jego twarzy z subtelnym uśmiechem. 

W końcu zwrócił się w stronę Dumbledore’a i wyciągnął ku niemu smukłą, białą dłoń o długich palcach. Czarodziej wahał się, czy odwzajemnić gest, sparaliżowany dziwnym naciskiem jasnobłękitnych oczu. Nie czuł się póki co za pewnie w towarzystwie Phoenix’a, choć obiektywnie rzecz biorąc czarnowłosy nie zrobił nic, co mogłoby go zaniepokoić. 

– Lord Arien Phoenix – twardy, stanowczy ton jasnookiego zatamował na kilka sekund oddech dyrektora. 

– Albus Dumbledore – staruszek w końcu zdobył się na uściśniecie dłoni Lorda. 

– Profesorze, wiem doskonale kim pan jest! Niech mi pan wierzy, że znam pana dużo lepiej, niż pan przypuszcza. Nie rozmawiajmy w progu, zapraszam do środka. 

Phoenix odwrócił się miękkim, zwinnym ruchem, który Albus czasem widywał u Vallerin i położył dłoń na ramieniu Ethana, zachęcając go by poszli razem. Dumbledore, nie mając wyboru, trzymał się o krok za nimi, mimowolnie analizując wszystko, co wiedział do tej pory. Ze zdumieniem spostrzegł, że minęło uczucie niepokoju – po prostu rozmyło się wraz z pierwszymi słowami Lorda, skierowanymi bezpośrednio ku niemu. Obecność Ariena w jakiś niewytłumaczalny sposób działała na niego kojąco, bez reszty wciągając go w aurę bezpieczeństwa i pewności, jaką czarnowłosy emanował. Dyrektora dziwiła za to jedna rzecz – nikt w kawiarni nie zwracał na nich najmniejszej uwagi. Siedzący w środku lokalu czarodzieje pochłonięci byli swobodnymi rozmowami, jakby kompletnie nie dostrzegali idących pośród nich trzech mężczyzn. Phoenix przeprowadził ich przez całą kawiarnię, zatrzymując się dopiero przy niepozornej, śnieżnobiałej ścianie z drobnymi, granatowymi ozdobnikami. Lord zerknął przez ramię na profesora, racząc go uspokajającym, delikatnym uśmiechem. Gestem dłoni otworzył przejście tuż przed nimi. Zdezorientowany Albus spojrzał na Ethana, który stał z założonymi rękami, najwidoczniej nie widząc w tej całej sytuacji nic nadzwyczajnego. Dumbledore przesunął wzrokiem po gościach kawiarni, jednak nawet coś takiego jak otworzenie ukrytego przejścia, nie przykuło ich uwagi przez co zaczął podejrzewać, że Phoenix używał jakiegoś dziwnego rodzaju magii, żeby ukryć ich obecność przed niepożądanym wzrokiem. Z rozmyślań wytrąciła go dłoń Luthera opadająca na jego ramię. Brązowowłosy ruchem głowy dał mu znać, że powinien przejść zamiast bezowocnie rozglądać się wokół. Ramię w ramię z Ethanem dyrektor wszedł do niewielkiego saloniku, niemalże w całości wypełnionego książkami. Regały z pieczołowicie poukładanymi tomami zajmowały praktycznie wszystkie ściany, nadając pomieszczeniu uroku stylowej, domowej biblioteki. Arien podszedł do okrągłego stołu, ustawionego na środku saloniku, wokół którego ustawiono pięć potężnych, białych krzeseł. Uśmiechając się zachęcająco, Phoenix wskazał swym gościom miejsca, które zajęli bez zbędnej zwłoki. 

– Więc, panie profesorze, pewnie domyśla się pan, czemu poprosiłem o spotkanie – gospodarz zajął swoje miejsce. 

– Czułbym się lepiej, gdyby zechciał Lord zwracać się do mnie po imieniu bądź nazwisku – starzec przyjemną sugestią starał się wybadać nastawienie Ariena do jego osoby. 

– Z kolei ja czułbym się z tym niekomfortowo. Wolę nie wychodzić poza oficjalne ramy, jeśli pan pozwoli. Proszę odpowiedzieć na moje pytanie – ton Lorda stał się oschły i lekko ostrzegawczy, dając do zrozumienia, że nie oczekiwał przyjacielskiej pogawędki. 

– Zakładam, że chodzi Lordowi o Vallerin. 

– W rzeczy samej. Spotykam się z panem bez wiedzy pozostałych członków mego rodu. Współbracia nie są zadowoleni z zaangażowania naszej siostry w sprawy czarodziei, co nie powinno pana dziwić. Nie chodzi tu o obawy związane z samą Vallerin i jej bezpieczeństwem, o nią bowiem możemy być spokojni. Leży nam na sercu los pana i pańskiej szkoły, mamy jednak zupełnie inny pogląd na to, jak ród powinien zareagować. 

Wywód gospodarza przerwało rozbawione parsknięcie Ethana. Ten młodziak zdecydowanie czuł się swobodnie w towarzystwie Phoenix’a. 

– Chcesz coś dodać, chłopcze? – Arien zwrócił się do niego łagodnie. 

– Nie udawaj, że nagle Phoenix’ów obchodzą czarodzieje i ich życie. Twoi współbracia obawiają się Erin, ale żaden z nich nie ma na tyle odwagi, żeby z nią porozmawiać. Dlatego i tylko dlatego ściągnąłeś tu profesora. Jak zawsze chcesz się kimś wysłużyć, zamiast sam działać. 

Czarnowłosy roześmiał się. Miał śmiech łudząco podobny do Lady Crown – lekki i uspokajający, zdolny wniknąć w umysł rozmówcy, by ukoić zszargane nerwy. 

– Z czasem stałeś się wyjątkowo błyskotliwy, Ethanie – Lord niespodziewanie urwał śmiech. 

– Opowiedz profesorowi historię rodu Phoenix. Skoro masz zamiar wciągnąć go w swoje gierki, zasługuje żeby wiedzieć. Poza tym Erin uważa go za przyjaciela, a wiesz co to oznacza – zażądał twardo Luther. 

– Profesorze, jak wiele pan o nas wie? – Arien spojrzał na Dumbledore’a. 

– Znam historię Lady Vallerin Crown – zgodnie z prawdą przyznał starzec. 

– Och, więc wie pan czym jest ród Phoenix? – zakpił czarnowłosy. 

Albus zawahał się z odpowiedzią. Wiedział kim jest jego przyjaciółka, znał powód trzymania się od niej z daleka reszty rodu. Jednak czy potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, czym jest ród Phoenix? Nie był na tyle arogancki…Pokręcił przecząco głową, wzbudzając przelotny uśmiech Lorda Ariena. Właśnie takiej rozmowy się spodziewał i wyczekiwał od samego początku. 

– Nigdy nie zdarzyło się panu, profesorze, by dociekliwy uczeń dopytywał, czym właściwie jest magia? – niebieskooki rozparł się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę. 

– Niejednokrotnie mierzyłem się z tym pytaniem. 

– I co pan odpowiadał, jeśli mogę wiedzieć? Magia to pradawna siła, której początku nie zna nikt? Mistyczna moc krążąca w żyłach czarodziei? Kolejny z żywiołów? Element natury? Czy jeszcze inne bzdury, wypisane radośnie w księgach? 

Czarodziej nie miał zamiaru silić się na odpowiedź, zamiast tego wpatrując się wyczekująco w jasne oczy rozmówcy. Podobał mu się kierunek w jakim zmierzała ta rozmowa. Kolejne słowa Ariena mogły dać mu rozeznanie, czy zamierzał być z nim szczery, czy też krążyć pośród półprawd, starając się osiągnąć własny cel – jakikolwiek by nie był. 

– Prawda, profesorze, jest taka, że magia narodziła się wraz z nami. My jesteśmy źródłem magii, która przepełnia nas od samego początku. Powoli zaczęła oddziaływać na otaczający nas świat, wtapiając się we wszystkie rzeczy – ożywione, czy też nie. Wniknęła również w ludzi, a z czasem pojawili się pierwsi spośród nich, będący w stanie okiełznać magię – czarodzieje. Początkowo tłumnie gromadzili się przy naszym rodzie, chcąc czerpać nauki i lepiej zrozumieć prawa, rządzące mocą, której dopiero doświadczyli. Dobrze żyło nam się z tymi istotkami, udzielając im nauk i dzieląc się z nimi naszą wiedzą, jednakże im więcej czasu mijało tym bardziej czarodzieje stawali się butni i roszczeniowi. Wymarły pokolenia pamiętające same początki, a kolejne rodziły się już w świeci, w którym magia stała się czymś powszechnym – kolejnym żywiołem tak samo oczywistym, jak ogień czy woda, nieodłącznym elementem otaczającej nas rzeczywistości. Czarodzieje przestali widzieć w nas źródło, uważając się za równych rodowi Phoenix. Co bardziej zuchwali zarzucali nam kłamstwo odnośnie tego kim jesteśmy, powoli spychając nasze istnienie między legendy. Nie mając wyboru opuściliśmy czarodziei, lecz nasze zadanie pozostało niezmienne. Mamy czuwać nad magią i strzec jej praw. Wieki mijały, a wiedza o nas coraz bardziej niknęła wśród przekazywanych z pokolenia na pokolenie mitów – absurdalnych i dalekich od prawdy. Przez stulecia na zmianę opisywano nas jako pradawne bóstwa, mistycznych strażników, grupę przebiegłych szarlatanów, demony pochodzące z czeluści piekielnych, zwykłych kłamców, duchy opiekuńcze i tym podobne banialuki. Nieliczni przekazywali prawdę o nas, jednak ich głosy nie mogły przebić się przez obłudę legend, jednak my zawsze roztaczaliśmy szczególną opiekę nad prawdomównymi, doceniając ich daremny trud. Nasza potęga wydaje się w tym świecie tak wielka, że aż irracjonalna. Nie dziwi mnie fakt, że ludzie woleli zapomnieć o istnieniu czegoś takiego. We wszystkich księgach, próbujących wyjaśnić skąd pochodzi magia, jest mowa o jej czterech filarach. Wie pan dlaczego? – Dumbledore ponownie zaprzeczył kiwnięciem, nie chcąc przerywać Lordowi. – Ród Phoenix liczy pięciu członków. Arien, Damon, Killian, Elias, Vallerin – takie imiona przybraliśmy. Nie jesteśmy ze sobą spokrewnieni w sensie więzów krwi, każde z nas narodziło się niezależnie, jednak dzielimy tą samą moc i to samo przeznaczenie, więc uważamy się za rodzinę. Vallerin jest najmłodszą z nas, a my jako starsi bracia, postanowiliśmy chronić siostrę przed światem, który zdążyliśmy już poznać. Jedynie garstka ludzi wiedziała o istnieniu Erin. Zazwyczaj pokazywaliśmy się we czterech, dlatego w księgach nic nie wspominają o piątym filarze. Vallerin jest z nas wszystkich najpotężniejsza…jest czymś znacznie więcej niż my – zarówno źródłem magii, jak i jej kresem. Potrafi zdusić wszelkiego rodzaju przejawy magii, niszczyć je ledwie skinieniem. Wieki temu, gdy wpadła w gniew po zdradzie Salazara Slytherina, przekonaliśmy się boleśnie o tym, jak wielka jest przepaść między nami, a naszą siostrą. Tego dnia po raz pierwszy straciła swoją nadzwyczajną kontrolę i ukazała destrukcyjną potęgę swej mocy w pełnej okazałości. Niewiele brakowało, by w przypływie gniewu unicestwiła wszelką magię. Mieliśmy tylko jedno wyjście…musieliśmy ją uwięzić, zanim zrobiłaby coś nieodwracalnego. Tamtego dnia dowiedzieliśmy się, że pomimo naszej nieśmiertelności, Vallerin mogłaby prawdopodobnie z łatwością nas zniszczyć. Ot tak…jednym skinieniem. Moi bracia pozwolili, żeby zawładnął nimi przejmujący strach, więc uwięziliśmy ją…na blisko trzy stulecia. Tyle trwało zanim się uspokoiła i odzyskała panowanie nad swoją mocą. Ten wasz czarnoksiężnik, jak mu tam było? 

– Voldemort. 

– Voldemort, jest niczym w porównaniu do Vallerin. Ród obawia się, że historia może się powtórzyć, skoro nasza siostra została znów wciągnięta w świat czarodziei. Mamy wszelkie podstawy by sądzić, że tym razem nie bylibyśmy w stanie jej zatrzymać. Vallerin tak samo jak my stale rośnie w siłę, lecz u niej te zmiany postępują znacznie szybciej. 

– Z całym szacunkiem, Lordzie, ale zdaję sobie sprawę z potencjalnego zagrożenia – dyrektor przemówił stanowczo. 

– Dlatego zgodził się pan na obecność moich potomków? – Arien uśmiechnął się do Ethana. 

Tego się Dumbledore nie spodziewał. Zdezorientowany spoglądał to na jednego, to na drugiego mężczyznę, szukając na ich twarzach potwierdzenia słów czarnowłosego. 

– Przepraszam, Lordzie, ale nie rozumiem o czym pan mówi – wymamrotał niechętnie. 

– Ród Luther powstał z mojej krwi. Gdy narodził się mój pierworodny, w połowie Phoenix w połowie czarodziej, bracia zażądali jego natychmiastowej śmierci. Nie chcieli mieć nic wspólnego z mieszańcem, ponieważ za bardzo obawiali się konsekwencji, jakie mogłoby pociągnąć za sobą krzyżowanie naszej krwi ze śmiertelnymi. Oczywiście odmówiłem. Nie zniósłbym wydania wyroku na własne dziecko, tym bardziej nie zrobiłbym czegoś tak okrutnego kobiecie, którą kochałem. Jak można się domyślić bracia nie chcieli nawet mnie wysłuchać. Zignorowali moją pozycję lidera rodu, przez co rozgorzał między nami konflikt, odczuwalny po dziś dzień. Odebrali mi syna siłą. Wyrwali go wprost z objęć mojej żony. Krzyczała, błagała, ale nikt nie chciał jej słuchać. Nikt…z wyjątkiem Vallerin. Jako jedyna z mojego rodzeństwa najzwyczajniej wzięła małego na ręce i oddała matce. Zabrała moją żonę wraz z synem do swojej rezydencji grożąc, że jeśli ktokolwiek odważy się podnieść na nich rękę to skorzysta ze swej mocy i zabije potencjalnego nieprzyjaciela. Dała mi nadzieję. Idąc za jej przykładem opuściłem ponure zamczysko będące siedzibą rodu. Vallerin oddała nam do dyspozycji komnaty w swojej rezydencji, gdzie byliśmy całkowicie bezpieczni – moi bracia nie ośmieliliby się wystawiać na próbę miłosierdzia naszej siostry. Vallerin przywiązała się do mojego syna, cierpliwie uczyła małego przekazując mu zawiłe tajniki magii. Szybko okazało się jednak, że nie mogliśmy uciec od swych najmroczniejszych obaw. Krew Phoenix’a w ciele śmiertelnego zaczęła go truć, a w efekcie powoli zabijać. Vallerin chcąc go ratować opracowała niebywale skomplikowany rytuał, łączący krew moją oraz mojej żony w taki sposób, żeby się przeplatały zamiast wzajemnie zwalczać.  Gotową mieszankę wtłoczyła w żyły chłopca żywiąc przekonanie, że to mu pomoże. Nikt z nas nie mógł wiedzieć, czy eksperyment łączenia pierwiastka nieśmiertelności ze śmiertelnością ma szanse powodzenia. Zaraz po rytuale syn wpadł w śpiączkę. Po dwóch tygodniach mnie i mojej żonie zabrakło już sił, by karmić się nadziejami. Vallerin jednak pozostała nieugięta. Dniami i nocami czuwała przy jego łóżeczku, aż do dnia jego szczęśliwego wybudzenia. Rytuał się powiódł. Dzięki niemu ród Luther zyskał po części zdolności regeneracyjne Phoenix’ów. Moi potomkowie dzięki staraniom i wytrwałości Vallerin są biologicznie nieśmiertelni. Jeśli nie zniszczą ich czynniki zewnętrzne są w stanie bez końca regenerować swe siły witalne, czerpiąc wprost ze źródła – ze mnie. Nie każdy mój potomek nabywa te zdolności. Jedynie najsilniejsi mogą złączyć się z moją krwią. Często bywa, że Luther pomimo nazwiska jest najzwyklejszym śmiertelnikiem.

Albus był już pewny, że Arien nie miał zamiaru go oszukiwać. Wszystko co powiedział zgadzało się z tym, co usłyszał przed laty od przyjaciółki, choć opowieść Lorda była uboższa w szczegóły. Pozostała jeszcze jedna nurtująca go kwestia. Jedno pytanie cisnęło mu się na usta, jednak wydawało mu się niestosowne i zbyt osobiste. Dłuższą chwilę walczył z samym sobą, ale ciekawość w końcu zwyciężyła. Po prostu musiał wiedzieć… 

– Kim dla pana, Lordzie, jest Ethan? – zebrał całą odwagę, żeby to z siebie wydusić.

– Wnukiem.

Czarnowłosy wstał i bezszelestnie obszedł stół, by położyć dłonie na szerokich barkach potomka. Zacisnął palce, uśmiechając się z pewną dozą czułości do Luthera. Wytłumaczenie dokładnych relacji, jakie łączyły go z tym chłopakiem wymagałoby przynajmniej kilkunastu godzin. Nie miał zresztą ani czasu, ani ochoty na opowiadanie jakiemuś czarodziejowi o swoich prywatnych sprawach. Wystarczyło już, że Albus Dumbledore kręcił się zdecydowanie zbyt blisko Vallerin. Lord postanowił zakończyć temat, udzielając ogólnikowej odpowiedzi. 

– Ethan jest dla mojej siostry tym, kim ja nie miałem odwagi być. Oddanym bratem. Bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że jest przy niej. Uważam także za dobry pomysł wezwanie Dragana, choć nie ukrywam to trudny dzieciak.

Luther zareagował natychmiast. Eleganckim ruchem strząsnął dłonie dziadka i poderwał się z krzesła, stając z nim twarzą w twarz w odległości, którą można było uznać za napastliwą. Świetliste oczy Ariena rozbłysły iskrą niepokoju – spodziewał się, co za chwilę usłyszy i nie był zadowolony z wizji kolejnej, bezpodstawnej kłótni. 

– Nie jesteś wobec niego zbyt pobłażliwy? Trudny dzieciak?! Bliższym prawdy byłoby nazwanie go tykającą bombą zegarową! To szaleniec i dobrze o tym wiesz. Nie pojmuję, jak możesz mówić o nim tak spokojnie – Ethan silił się na zachowanie racjonalnego, profesjonalnego tonu. 

Lord milczał przez dłuższą chwilę szukając słów, które mogły stłamsić tę debatę i nie wystraszyć za bardzo Dumbledore’a. Im więcej czasu mijało, tym wyraźniej troska malowała się na jego nadnaturalnie przystojnej twarzy. 

– Czy skłamię mówiąc, że jedynie Dragan będzie w stanie uspokoić Vallerin, gdy ta straci nad sobą panowanie? – powiedział w końcu. 

Ciepły lecz stanowczy głos Phoenix’a ułagodził dławione wzburzenie Ethana, który nie kwapił się jednak z udzieleniem odpowiedzi. Chłodne oczy Lorda zalśniły metalicznie, pod wpływem ledwo powstrzymywanej irytacji – nie przepadał za ignorowaniem. 

– Zadałem ci pytanie, chłopcze – subtelnie wzmocnił ton. 

– Nie skłamiesz. Wybacz mi proszę bezczelność. 

Czarnowłosy poklepał lekko plecy Luthera i ponownie zajął miejsce naprzeciwko Albusa. Poświecił wychowaniu Ethana sporo czasu, ale najwyraźniej wnuk szybko zapomniał o wszystkim czego starał się go nauczyć. Lord uśmiechnął się delikatnie do czarodzieja, chcąc przejść do rzeczy i skończyć rozmowę, na którą od początku nie miał ochoty. 

– W tym momencie dochodzimy do przyczyny dzisiejszego spotkania, profesorze. Zaprosiłem tu pana, by raczył pan wysłuchać mej prośby i zezwolił, żeby Dragan w miarę możliwości przebywał jak najbliżej Vallerin. Z nieznanych mi powodów ta dwójka narodziła się inna niż reszta ich rodów, a przez wspólne doświadczenia są skłonni wzajemnie się pilnować. Jedno nigdy nie pozwoli zatracić się drugiemu. Czuję się zobowiązany, żeby wspomnieć, że Dragan bywa wyjątkowo kłopotliwy. Ma dość…niespokojną naturę. 

– Miałem już w swej szkole niejednego kłopotliwego ucznia. Poradzę sobie z kolejnym młokosem – zaśmiał się dyrektor. 

– Młokosem bym go nie nazwał, lecz mniejsza o nomenklaturę. Jeśli Dragan będzie przy Vallerin, ułatwi mi to rozmowę z braćmi i przekonanie ich do wstrzymania się od interwencji. Jestem przekonany, że wtrącaniem się jedynie niepotrzebnie rozzłościlibyśmy Erin. Wystarczająco wycierpiała przez nasze samolubne decyzje…już raz zawiedliśmy jako bracia, gdy postanowiliśmy trzymać ją w zamknięciu przez stulecia. Postaram się utrzymać Lordów z daleka od pańskiej szkoły i Vallerin. Niech mi pan wierzy, że wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, jak ona jest uparta. Bracia nie będą skłonni narażać się na jej gniew, jeśli dam im cokolwiek na podkładkę zachowania niezbędnych środków bezpieczeństwa. 

– Zgadzam się – Dumbledore bez zastanowienia wyciągnął dłoń, którą Phoenix uścisnął. – Jak najszybciej powitam pana Luthera w murach szkoły. 

– Ethan, do ciebie także mam prośbę – Arien całkowicie zignorował deklarację dyrektora. 

Ton dziadka zaniepokoił brązowowłosego. Arien Phoenix był zbyt dumny, żeby ot tak dla kaprysu prosić kogokolwiek o pomoc, co mająca miejsce rozmowa tylko potwierdziła. Lord nie miał zamiaru negocjować z Albusem…po prostu poinformował go czego oczekuje, eleganckimi słowami maskując oczywistą groźbę. Dumbledore nie miał większego wyboru…mógł albo zaakceptować prośbę Ariena, albo czekać na najazd Lordów Phoenix. To było jasne i więcej niż przewidywalne zagranie ze strony błękitnookiego, ale ten ton…ton, którym przemówił do wnuka…było w nim coś, czego Ethan się nie spodziewał. Arien się martwił.

– Strzeż Vallerin jak oka w głowie, chłopcze. Gdybyś wychwycił jakikolwiek podejrzany ruch ze strony moich braci, bezzwłocznie mnie o tym powiadom. Nie jestem tak naiwny bym ślepo ufał ich zdrowemu rozsądkowi – czarnowłosy westchnął. – Zwłaszcza jeśli chodzi o Eliasa. Tobie jedynemu ufam na tyle, by o to prosić. Zezwalam ci również na użycie wszelkich środków, żeby zapewnić Erin i jej misji bezpieczeństwo. Dzisiejszym spotkaniem panowie rozpoczynamy grę, której przebiegu nie jestem w stanie przewidzieć. Bądź czujny, Ethanie. 

Dumbledore niewiele zrozumiał z słów Lorda, więc jedyne co mógł zrobić to zerknąć na Luthera, trafiając akurat na moment, w którym Ethan skrzywił się słysząc imię Elias. Pogarda wręcz kipiała z jego nazbyt mocno zaciśniętych warg. Gdy Arien skończył mówić, brązowowłosy młodzieniec wziął głęboki, uspokajający wdech. Wiedział doskonale, że Erin kochała równie mocno wszystkich swoich braci, choć nie każdy na tą miłość zasługiwał. Cholerny Elias Phoenix! Dziwnym zrządzeniem losu to właśnie on przysparzał Lady Crown najwięcej trosk. Jako jedyny nie pojawił się w progu posiadłości, by prosić siostrę o powrót do ich wspólnego domu. On jeden zawsze zadręczał ją swoimi nieuzasadnionymi pretensjami o niesprawiedliwość, jaką wedle niego był szczególny dar siostry. To on nastawiał swych braci przeciw Arienowi i jego potomkom, inicjując początek rozłamu wśród Phoenix’ów. Skutecznie podburzał Lordów przeciwko Lutherom, chcąc osłabić tym samym pozycję najstarszego brata jako lidera rodu – to ostatnie nigdy mu się nie udało, jednak prób nie zaprzestał. Zawsze, kiedy działo się coś złego, Elias maczał w tym palce. ZAWSZE. Ethan powoli wypuścił powietrze i podszedł do Ariena. Przyklęknął przed nim na jedno kolano, skłoniwszy nisko głowę. 

– Zrobię co w mojej mocy, by nie zawieść twego zaufania, Lordzie. Zaszczytem jest dla mnie wzięcie odpowiedzialności za bezpieczeństwo Lady Crown. Przysięgam na honor swój i swego rodu, że będę służył jej wsparciem, cokolwiek by się nie działo. Dziękuję ci za tę szansę, Lordzie. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 332
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!