Córa rodu Phoenix – Rozdział 1

Panna Dumbledore

 

                     Minerva, z zaciśniętymi mocno ustami, intensywnie wpatrywała się w drobną dziewczynę, której przybycie do Hogwartu mogło oznaczać tylko jedno – kłopoty. Dumbledore opowiadał jej o istnieniu tego…osobliwego zjawiska, nigdy jednak nie widziała żadnego z przedstawicieli rodu Phoenix. Znała jedynie legendy, krążące w świecie magicznym od zarania dziejów – bardzo niepokojące legendy, warto dodać. Nazwisko Phoenix wryło się w świadomość czarodziei, jako synonim nieuchronnie zbliżającej się katastrofy, której nie sposób było zatrzymać. Obecnie powszechnie uważano istnienie Mistycznych za wymysł bujnej wyobraźni przodków, będący skutkiem najzwyklejszej potrzeby tłumaczenia sobie niezrozumiałych sił, wpływających na życie zwykłych ludzi – mimo to negatywny wydźwięk tego nazwiska nie osłabł, a wręcz przybrał na sile, na dobre wpisując się w kulturę. Profesor zaplotła ręce na piesi, chcąc dać płomiennowłosej wyraźny sygnał, że nie miała najmniejszego zamiaru uścisnąć wyciągniętej ku niej dłoni, co dziewczyna zawzięcie ignorowała. McGonagall uniosła dumnie podbródek, nie spuszczając z oka Lady Crown. Narastały w niej wątpliwości. Czy tak powinno wyglądać ucieleśnienie złej nowiny? Uważnie lustrowała ogniste pasma długich włosów, spływające miękką kaskadą na szczupłe ramiona Vallerin; arystokratyczne, wysublimowane rysy porcelanowej buzi oraz niesamowite oczy, wlepione w nią z deprymującym uporem – duże, migdałowe, kojąco łagodne i skrzące przepiękną barwą głębokiego lazuru. Serce czarownicy zamarło na kilka sekund, gdy początkowe wzburzenie złagodniało i pozwoliło jej wyraźnie dostrzec w tych magnetycznych tęczówkach, ulotny przebłysk grozy. To nie był wzrok niewiniątka…w chłodnym błękicie wyraźnie odbijały się cienie magii, lecz nie takiej jaką znali i jakiej nauczali. W tych oszałamiających oczach tańczyły pierwotne, nieujarzmione siły, których Minerva nie była w stanie pojąć. Poczuła zimną, ponurą falę lęku, rozlewającą się błyskawicznie po całym jej ciele, niemalże prowokując mdłości – dokładnie tak powinien wyglądać zły omen! Oddech uwiązł jej boleśnie w ściśniętych niepokojem płucach, kiedy uświadomiła sobie w jakiej dokładnie sytuacji się znalazła. Oddałaby wszystko, by nigdy do tego nie doszło! Poukładany świat magii, jaki kochała i rozumiała, właśnie starł się bezlitośnie z pradawną potęgą, przestając mieć jakiekolwiek znaczenie, a wszytko to za sprawą dziewczyny, wyglądającej niczym istny anioł. Profesor, z trudem, zmusiła się do powolnego wypuszczenia nagromadzonego powietrza, próbując w ten sposób uspokoić się i odzyskać jasność myślenia, po czym wykrzywiła usta w subtelnym, gorzkim półuśmiechu. To czy popierała decyzję Albusa, czy też nie, nie miało w chwili obecnej najmniejszego znaczenia – przez lata nauczyła się ufać osądom Dumbledore’a, a przekonać go do zmiany zdania nie miała najmniejszych szans. Nie mając większego wyboru, niechętnie uścisnęła wciąż wyciągniętą dłoń Lady. Wcale jej się to wszytko nie podobało…

– Gallatea Dumbledore? – mimowolnie uśmiechnęła się, zerkając na dyrektora.

Starszy mężczyzna jedynie wzruszył ramionami, z wątłym uśmiechem przyglądając się uważnie reakcji Minervy. Doskonale widział jej wewnętrzną walkę oraz dziesiątki skrajnych emocji, ścierających się za sobą w bystrych, doświadczonych oczach. Nie mógł odczekiwać od McGonagall spokojniejszego zachowania, bowiem pierwszy kontakt z Vallerin zazwyczaj bywał trudny – Lady była ucieleśnieniem potęgi, o jakiej świat usilnie starał się zapomnieć. Dyrektor, dyskretnym ruchem, poprawił okulary wracając wspomnieniami do chwili, gdy to on, jako młody adept sztuk magicznych, spojrzał w błękitne oczy płomiennowłosej. Tak samo jak Minerva w tej chwili, również on nie był w stanie zachować zimnej krwi, przez skrzącą w hipnotycznym lazurze siłę, która budziła zarówno szacunek, jak i niezrozumiałą grozę. Nie było w tym niczego dziwnego. Ludzi zawsze przerażało to, czego nie znali. Uśmiechnął się ciepło i z zadowoleniem skinął głową – skoro pani profesor widziała dokładnie to samo co on, oznaczało to, że dobrze wybrał powiernika tajemnicy. 

– Od dawna przygotowywałem się na możliwość proszenia panny Crown o pomoc – spojrzał z wdzięcznością na przyjaciółkę. – Zdecydowałem, że najlepszym wyjściem będzie podawanie jej za moją wnuczkę. Nie byłem pewien dokładnie w jakim wieku będzie Vallerin, gdy zdarzy się potrzeba wdrożenia w życie planu awaryjnego, ale jako wnuczka nie będzie wzbudzała podejrzeń. Nie jestem już takim młodzieniaszkiem! – zaśmiał się jowialnie – O pannie Crown dowie się jeszcze tylko Severus. 

Twarz czarownicy stężała nieprzyjemnie na sam dźwięk tego imienia, nadając jej surowości niezwykle ostrożnej kobiety. Po prawdzie nie potrafiła zrozumieć życzliwości, którą dyrektor darzył szorstkiego, ponurego nauczyciela eliksirów. Wiele razy starała się zmienić nastawienie do młodszego kolegi, mając na uwadze jego trudną przeszłość, jednak na nic się to zdawało – ile razy by o nim nie myślała, zawsze widziała osobę równie oślizgłą, jak wąż w symbolu domu, którego był opiekunem. Snape nie przejmował się niechęcią, którą budził i w żaden sposób nie zabiegał o nawiązanie nici porozumienia z pracownikami. Był uparty, niedorzecznie surowy, zaciekły, dumny, zgorzkniały, oschły i do granic absurdu nieprzyjemny w obyciu, czym skutecznie zduszał w zalążku wszelkie przejawy sympatii, co do własnej osoby. Minerva tysiące razy próbowała porozmawiać z Dumbledorem o jego cudacznej zażyłości z mistrzem eliksirów, ale przyjaciel zbywał ją zdawkowymi odpowiedziami, które absolutnie nie rzucały nawet skrawka światła, na tę zagadkową sprawę. Zniechęcona oporem dyrektora musiała w końcu zrezygnować z drążenia tego tematu. Nie zmieniało to jednak faktu, że nie widziała sensu we wtajemniczaniu Snape’a. 

– Jesteś tego pewien, Albusie? – uniosła pytająco brew. 

– Och, jak najbardziej! – starzec uśmiechnął się ciepło – W pełni ufam Severusowi. 

Między profesorami zaległa przepełniona napięciem oraz niemą pretensją cisza. Niezadowolona Minerva spoglądała na dyrektora, zirytowana tym, że po raz kolejny powtórzył ten sam frazes, bez kłopotania się wyjaśnieniem, o co konkretnie mu chodziło. Oczywistym było, iż chciała wyjaśnień, których Albus nie miał najmniejszego zamiaru udzielić – po prostu stał, niewzruszenie wpatrując się w oczy czarownicy. Płomiennowłosa roześmiała się w duchu, obserwując fascynującą bitwę na spojrzenia – znała tylko trzy osoby, które dorównywałyby Dumbledore’owi uporem, a McGonagall nie miała szans zasilić tego grona. Minerva była co prawda wytrwała, ale dobrze wiedziała, że ciskanie gromów mijało się z celem – mimo to nie potrafiła ustąpić. Tea westchnęła cicho, decydując się na przerwanie tego przedstawienia. Miała bardzo silne przeczucie, że gdyby nic nie zrobiła, walka mogłaby ciągnąć się całymi godzinami, odciągając ich wszystkich od pilniejszych zajęć. Odchrząknęła teatralnie, chcąc zwrócić na siebie uwagę co, o dziwo, zadziałało. Z delikatnym uśmiechem splotła dłonie za plecami, po czym uraczyła czarodziei iluzją szczerego uśmiechu.  

– Proponuję od tej chwili zapomnieć o tym, kim naprawdę jestem – przemówiła chłodno. – Ród Phoenix został zepchnięty w cień historii, to fakt, ale mimo to nikt niepowołany nie powinien usłyszeć mojego imienia. Chyba wszyscy zgodzimy się, że byłoby to niepotrzebne ryzyko, na które nie możemy sobie pozwolić – podeszła do Albusa i wsunęła palce w jego szorstką dłoń. – Więc, dziadku? Czy znajdziesz czas, by oprowadzić wnuczkę po szkole? 

Ton głosu błękitnookiej rozbawił zarówno Dumbledore’a, jak i McGonagall. Mówiła dokładnie tak, jak powinna młoda dama, wywodząca się z szanowanej rodziny – spokojnie, poważnie, z przesadnie nienaganną dykcją. Dyrektor zbyt długo znał Lady, by podobne zachowanie w jej wykonaniu, nie wywołało u niego chęci na śmiech. Płomiennowłosą, jaką znał od lat, skrzętnie walczyła z wizerunkiem modelowej damy, zawzięcie wybierając radosną swobodę zamiast dwornej elegancji – podejrzewał, że rola wysoko urodzonej damy zbrzydła jej na dobre, wraz z upływem czasu. Zerknął dobrodusznie na ognistowłosą, czując nieprzyjemną szpilkę wbijającą się w jego serce z siłą ostrza miecza. O tak wiele ją prosił…Niemalże niezauważalnie potrząsnął głową, żeby odgonić ciężkie myśli i mocniej zacisnął palce na delikatnej, śnieżnej dłoni. Musiał pamiętać, co skłoniło go do pojawienia się w progach rezydencji Lady Crown. Musiał pamiętać o duszących, narastających przeczuciach, przez które nie sypiał nocami. Mają u swojego boku Vallerin, mógł nareszcie odetchnąć. Skierował się ku drzwiom, wciąż ściskając rękę wnuczki, jednak Tea nie ruszyła się z miejsca, czym zbiła go z tropu. Pytająco spojrzał na dziewczynę, wpatrującą się w McGonagall. Pojęcia nie miał o co jej chodziło. 

– Pani profesor, czy zechce pani do nas dołączyć? – rzuciła z uśmiechem. 

Kobieta otworzyła szeroko oczy, zaskoczona propozycją. Miała wszelkie powody, by sądzić, że nie zrobiła dobrego pierwszego wrażenia na Lady. Podświadomie zaczęła szukać logicznego wytłumaczenia zaistniałej sytuacji, nie mogąc wpaść na nic satysfakcjonującego. Nie mogła zapominać kim była ta dziewczyna! Każde jej słowo, gest czy mina, wszczynały alarm w Minervie. Coś…takiego, nie mogło przecież zrobić nic, bez zawoalowanych intencji! Nie mogło, prawda?  McGonagall spojrzała na Albusa, usiłując wyrwać swój umysł z bezowocnej gonitwy myśli. Starzec skinął ku niej głową, dając do zrozumienia, że nie powinna głupio walczyć ze zwykłą uprzejmością, więc poprawiła okulary, biorąc głęboki wdech. Nieustannie powtarzała sobie, że decyzjom dyrektora można było ufać, starając się w ten sposób przekonać samą siebie o tym, iż to co robili wcale nie zakrawało o desperacji ruch dwójki szaleńców. Rozumiała, że Albusa bezustannie dręczyła myśl o ewentualnym powrocie Śmierciożerców albo, co gorsza, Sami-Wiecie-Kogo, jednak pomysł walki z wcielonym monstrum za pomocą jeszcze gorszego potwora, brzmiał jak całkiem gówniany plan. Jeżeli choć ułamek tego, co głosiły legendy na temat Phoenixów było prawdą…nie mogli w żaden sposób kontrolować Vallerin Crown, a tym bardziej przeciwstawić się jej, gdyby cokolwiek poszło nie tak. Szczerze mówiąc już Sami-Wiecie-Kto wydawał jej się mniejszym zagrożeniem od młodej damy o twarzy anioła i oczach starożytnej bestii. Czarownica poczuła czyjś wzrok, wwiercający się w jej policzek i niepewnie zerknęła w bok, poszukując źródła tego, całkiem przyjemnego, uczucia. Wprost w nią wpatrywały się niewinne, skrzące tęczówki o barwie niezrównanego lazuru. McGonagall przymknęła na sekundę powieki, skupiając całą wolę na przywołaniu uśmiechu. Nie miała pojęcia, w co ta mała pogrywała, a nie było innego sposobu by się przekonać, prócz podjęcia zabawy. 

– Oczywiście, panno Dumbledore – odpowiedziała z wątłą, karykaturalną namiastką uśmiechu. 

Wspólnie opuścili gabinet, rozpoczynając niespieszny spacer po szkolnych korytarzach. Minerva, aby ukoić nerwy, zajęła się opowiadaniem o historii zamku, jego założycielach i ofercie edukacyjnej – powtarzała dokładnie to samo, co mówiła rodzicom wahającym się, czy Hogwart będzie najlepszym miejscem dla ich pociech. Gallatei te wywody nie interesowały nawet w najmniejszym stopniu, jednak wprawnie udawała ciekawość, co jakiś czas zadając mniej lub bardziej rozbudowane pytania – największym wyzwaniem okazało się jednoczesne szturchanie Albusa, który coraz mniej skutecznie tłumił salwy radosnego śmiechu. Dumbledore, w przeciwieństwie do McGonagall, dobrze wiedział, że płomiennowłosa znała tę budowlę na wylot, a żadne z historycznych zawiłości odnoszące się do zamku, nie były dla niej niczym zagadkowym – Lady Crown gościła w tych murach, za czasów ich świetności. Błękitnooka przechadzkę traktowała raczej w kategoriach sposobności do wychwycenia zmian, jakie nastąpiły w przeciągu stuleci. Tak wiele rzeczy rozmyło się w jej pamięci…nie potrafiła przypomnieć sobie, jak dokładnie brzmiały głosy setek uczniów, roześmianym echem rozbrzmiewające w zimnym, topornym zamczysku. To musiało być coś spektakularnego! Nieoczekiwanie zatrzymała się, stając jak wryta. Dumbledore, zajęty podziwianiem ścian by się nie roześmiać, dopiero po dłuższej chwili zauważył brak przyjaciółki. Zatrzymał Minervę, odwrócił się w poszukiwaniu Lady i zamarł, czując, jak jego ciało dosłownie zamarza. Panna Crown stała w bezruchu, wpatrując się w krajobraz za oknem, a on nie mógł znieść patrzenia na to, jak mocno zaciskała szczękę. Był boleśnie pewien, co ujrzy na tej porcelanowej buzi, ale nie mógł tak jej zostawić…nie samej…nie tutaj. Nie czekając ani chwili dłużej, w ledwie kilku krokach, podszedł do płomiennowłosej i mimowolnie zerknął przez okno, choć nie musiał – zbyt dobrze wiedział, że patrzyła na Zakazany Las. Kłucie w okolicach serca wzmogło się. Za dużo od niej żądał…Czule objął ramieniem przyjaciółkę, która delikatnie strąciła jego ramię, po czym pozwoliła odprowadzić się do McGonagall. Zbita z tropu czarownica spojrzała na Albusa, jednak jego mina mówiła dosadnie, że nie powinna pytać, więc tego nie zrobiła – miała nieodparte wrażenie, że działo się tu znacznie więcej niż podejrzewała. Jak gdyby nigdy nic ruszyła przed siebie, powolnym krokiem i wróciła do kontynuowania przerwanej opowieści, mając zamiar później podpytać dyrektora o dziwne zachowanie ognistowłosej. We trójkę zwiedzili już Wielką Salę, dormitoria czterech domów, bibliotekę, co ciekawsze sale lekcyjne oraz obszerną, ukrytą kuchnię. Panna Dumbledore grzecznie przedstawiała się każdemu napotkanemu pracownikowi, wymieniając z nimi najzwyklejsze, czysto kurtuazyjne uprzejmości. Albus uparcie trzymał dłoń na ramieniu dziewczyny, nie do końca wiedząc, czy miało to uspokoić ją, czy też jego – po prostu czuł, że tak trzeba i wykorzystywał brak oporu przyjaciółki przed tym gestem serdeczności. Właśnie schodzili po raz kolejny do lochów, gdy natknęli się na nieprzyjemnie wyglądającego mężczyznę, odzianego w czarną, długą szatę. Jego przetłuszczone włosy opadały ciężko na kościste, niezbyt szerokie ramiona, a smoliste oczy błyszczały podejrzliwie w słabym świetle. Przez to świdrujące spojrzenie oraz srogi wyraz szczupłej, poszarzałej twarzy wydawał się osobą oschłą i w jakiś niewytłumaczalny sposób skrajnie zdystansowaną. 

– Dobrze, że cię spotkaliśmy, Severusie! Musimy porozmawiać – Albus wskazał głową na towarzyszącą mu dziewczynę. – Na osobności. 

Czarnowłosy nauczyciel rzucił ukradkowe, pogardliwe spojrzenie płomiennowłosej. Przewrócił oczami i mrucząc coś pod nosem odwrócił się do nich plecami. Szybkim krokiem ruszył w dół schodów, nie zadając sobie trudu, chociażby pobieżnego sprawdzenia, czy ktokolwiek za nim idzie. Tea zerknęła na dziadka, który lekko wzruszył ramionami uśmiechając się szeroko i delikatnie popychając dziewczynę zaczął schodzić. Minerva nie miała najmniejszej ochoty na konfrontację z Severusem. Poczynając od jutra będą się, jak co roku, regularnie ścierać w obronie swoich wychowanków – choć dziś chciała jeszcze mieć spokój. Albus łypnął na nią kątem oka, pozbawiając złudzeń. Niezadowolona czarownica dogoniła pozostałą dwójkę.  Wspólnie dotarli do najwidoczniej pracowni dziwnego nauczyciela. Już w progu w Gallateę uderzyło ciężkie, zatęchłe, przesycone tysiącami zapachów powietrze, charakterystyczne dla źle wentylowanych pomieszczeń. Nie dało się nie zauważyć czym profesor się parał. Pomieszczenie wręcz krzyczało: eliksiry! Rozpoznawała większość zgromadzonych przez nauczyciela specyfików, a pedantyczny sposób ich zorganizowania, robił na niej niemałe wrażenie. Każdy, nawet najbardziej niepozorny flakonik był pieczołowicie opisany. Profesor zdawał się nawet poukładać je kolorami. Zafascynowana rudowłosa zaczęła przyglądać się kolekcji różnorodnych buteleczek. Wyciągnęła dłoń, by dotknąć jednej z nich.

– Nie dotykaj – warknął Severus.

Nie chcąc przysparzać problemów już pierwszego dnia, opuściła rękę. Roztańczonym krokiem podeszła do McGonagall, z zadowoleniem zauważając nikły uśmiech na, nadmiernie poważnej, twarzy czarownicy. Dopiero teraz Minerva wydała jej się ciekawa. W młodości musiała być dość urodziwą kobietą, jej twarz nosiła jednak znamiona wyrzeczeń i wielu cierpień. Wyostrzyły one rysy czarownicy, nadając jej zbyt surowego charakteru, lecz zielone oczy i ten niewymuszony uśmiech zdradzały to, co kryła powściągliwa skorupa – wrażliwość oraz ciepłe, dobre serce. Tea uśmiechnęła się pod nosem. Właśnie zdecydowała, że polubi Minervę McGonagall. Obserwowanie nauczycielki tak ją pochłonęło, że nie zwracała uwagi na nic, co działo się wokół. Otrzeźwiło ją dopiero pełne niechęci prychnięcie pani profesor. Płomiennowłosa przestała wlepiać w nią oczy jak nawiedzona i spojrzała przed siebie. Albus najwidoczniej wyjaśniał sytuację nauczycielowi eliksirów. Na ziemistej twarzy czarodzieja nie poruszył się nawet jeden mięsień. Słuchał opowieści z pozornym, stoickim spokojem, co jakiś czas zerkając na dziewczynę. Dobrze czuła gromadzący się w nim żal. Nie wiedziała, co było jego przyczyną i po prawdzie wiedzieć nie chciała. Dumbledore skończył spowiadać się ze swoich szaleńczych zamiarów. Severus niespiesznym, dostojnym krokiem podszedł do błękitnookiej – sposób w jaki się poruszał podkreślał wyniosłość. Zatrzymał się zdecydowanie zbyt blisko, by było to dla niej komfortowe. Patrzył na nią z góry z kpiącym uśmieszkiem. Jego postawa nie spodobała się Minervie.

– Profesorze Snape…

Albus przerwał jej położeniem dłoni na ramieniu. Uśmiechnął się do kobiety. Nie było potrzeby, by McGonagall wtrącała się w równie błahe nieporozumienie, zwłaszcza, że Lady Crown doskonale dawała sobie radę sama w podobnych sytuacjach.

– Więc tak wygląda potwór – nauczyciel eliksirów przemówił powoli i dobitnie.

– Niech pan nie będzie dla siebie tak surowy, profesorze – przysunęła się jeszcze bliżej mężczyzny.

Roześmiała się, zaczepnie trzepocząc długimi, czarnymi rzęsami. Czarodziej na skrócenie dystansu zareagował instynktownie odsuwając się od niej. Przez ułamek sekundy wyglądał na zdezorientowanego, szybko jednak  zmieszanie ustąpiło miejsca irytacji. Dziewczyna wiedziała, że jej zachowanie było co najmniej nieodpowiednie, ale nie potrafiła się powstrzymać – niewiele osób było na tyle bezczelnych, by próbować ją zastraszyć i uznała to za miłą odmianę. Starała się uspokoić, jednak coraz bardziej wkurzona mina profesora jej tego nie ułatwiała. Nie pojmując lekcji, wciąż starał się ją zdominować, wymuszając poczucie respektu. Jak dziecko, które nie zdając sobie sprawy z własnej słabości, stara się sterroryzować silniejszych. Czas było dać do zrozumienia mistrzowi eliksirów, że starał się sięgnąć zbyt wysoko. 

 – Nienawidzę dzieci z niewyparzoną buzią – zdążył jeszcze syknąć.

– Severusie, wystarczy! – Minerva chciała odciągnąć płomiennowłosą.

Dziewczyna zwróciła ku niej twarz. Nauczycielka zatrzymała się widząc jej oczy – jeszcze bardziej mroźne i złowieszcze. Ciałem czarownicy wstrząsnął dreszcz, gdy drobna istotka uśmiechnęła się. Na anielskiej buzi malował się najprzeraźliwszy uśmiech, jaki kiedykolwiek widziała – całkowicie wyzuty z emocji. Wyglądała jak upiorna, porcelanowa lalka.

– Dziękuję, pani profesor. Sądzę, że poradzę sobie samodzielnie.

McGonagall stanęła jak najbliżej Albusa. Cała ta sytuacja przerażała ją i fascynowała jednocześnie. Młoda dama chwyciła dłoń mistrza eliksirów. Snape początkowo był zbyt zaskoczony, by zareagować, a gdy minęła dezorientacja nie miał już szans wyrwać ręki. Najzwyczajniej nie był w stanie. Wyraźnie czuł, jak dłoń płomiennowłosej z każdą sekundą staje się coraz cieplejsza. Wkrótce bijący od niej żar rozlał się po całym jego ciele. Niesiony złym przeczuciem chciał się odsunąć, jednak nie mógł. Nawet gardło odmówiło posłuszeństwa, nie pozwalający, by wyrwał się z niego chociażby cień krzyku. Magia przepełniająca jego ciało zaczęła buzować – rozpalała czystym płomieniem żyły. Słyszał jej kołatanie w skroniach. Obca, potężna energia mąciła zmysły i pozbawiała go sił. Czuł, jakby zaraz miał spłonąć. Patrzył wprost na dziewczynę, jednak wyraz jej twarzy nie zmieniał się. Wpatrywała się wprost w jego oczy z nieruchomym uśmiechem.

– Gallatea Dumbledore. Miło pana poznać, profesorze. Mam nadzieję na owocną współpracę, zwłaszcza, że spędzimy ze sobą dość dużo czasu.

Rudowłosa puściła mężczyznę, który uśmiechnął się do niej krzywo. Ukradkiem zerknął na swoją rękę. Pragnął ujrzeć na skórze coś nieoczekiwanego – tajemny symbol, który mógłby wyjaśnić to czego był świadkiem. Nic jednak nie dostrzegł…nawet najmniejszego śladu po poparzeniach, choć mógłby przysiąc, że jego ciało płonęło. Szukał zaklęć, klątw, eliksirów…czegokolwiek, co mogłoby mieć podobne skutki. Nic nie przychodziło mu do głowy. Nawet biorąc pod uwagę niezwykły talent panny Crown, nie sposób było wyobrazić sobie źródła tak dużego wpływu na inną osobę. Czuł, jakby jego własna moc w jakiś sposób scaliła się z czymś dużo większym, tylko po to, by wypełnić jego ciało zbyt dużą dawką energii – potęgą, rozrywającą każdy jego atom. Było to najbardziej zatrważające i intrygujące doświadczenie w jego życiu. Miał powód, by uznać pobyt tej przedziwnej istoty w Hogwarcie za pożądany. 

– Podzielam pani nadzieję, panno Dumbledore – złagodził ton głosu.

Tea uśmiechnęła się do niego z nutą triumfu. Nie przepadała za osobnikami, których pewność co do własnej wiedzy, szczelnie zamykała umysły na pilnie strzeżone tajniki świata, w którym żyli. Przez właśnie takich czarodziei jej ród został zepchnięty na margines legend i podań wątpliwej treści. Spojrzała wyczekująco na Albusa oraz  stojącą obok niego, zastygłą w niedowierzaniu Minervę. Przyjaciel uśmiechał się ciepło. Uwielbiała w Dumbledorze tą otwartość, która przed laty pozwoliła im zostać przyjaciółmi. Czarodziej nigdy nie traktował jej, jak jakiegoś dziwadła. Nie próbował zawzięcie badać źródła jej mocy i limitów, jakie mogła osiągnąć. Akceptował ją, nie pozwalając, by fascynujące umiejętności przysłoniły stojącą za nimi osobę. Ze stoickim spokojem zniósł prawdę o tym kim była i czym się stała, dlatego kochała go na równi ze swymi braćmi. Również tym razem najzwyczajniej wyciągnął ku niej dłoń. Płomiennowłosa chwyciła ją z uśmiechem. Po chwili już wychodzili z lochów. Dyrektor z lekkim zaskoczeniem przyjął prośbę dziewczyny o udanie się na błonia – wiedział, że szczególnie to miejsce działało na nią nostalgicznie, co akurat w przypadku Hogwartu nie było niczym wskazanym. Bez względu na powód takiej decyzji nie miał zamiaru odmawiać. Musieli tam się wybrać we dwójkę. Profesor McGonagall chciała upewnić się, że dormitorium Gryffindoru gotowe jest na przyjęcie uczniów. Był to zgrabny pretekst, żeby choć na chwilę oderwać się od niejasnej sytuacji i na spokojnie przemyśleć pojawienie się czegoś takiego, jak Lady Crown w murach szkoły. Albus i Tea byli tego w pełni świadomi, dlatego żadne z nich nie próbowało nalegać na zostanie Minervy. Wspólnie opuścili zamek. Przystanęli na chwilę na szczycie błoni. Panna Dumbledore odetchnęła głęboko, delektując się wiatrem, który uderzył w jej twarz. Poderwał rude włosy, unosząc je w powietrze. W pomarańczowej łunie gasnącego dnia zdawały się być czystym płomieniem. Albus przyglądał się temu zjawisku z uśmiechem. Mimo początkowych obaw, przyjaciółka zdawała się czerpać przyjemność nawet z widoku Zakazanego Lasu. Mężczyzna podsunął jej ramię, nakłaniając po dalszej wędrówki. Przechadzali się niespiesznie, wspominając stare, dobre czasy. Spokojną rozmowę zmącił odgłos ciężkich, zbliżających się kroków. W ich stronę szedł przytłaczającego wzrostu mężczyzna. Mógł mieć jakieś 3-3,5 metra, oceniając pobieżnie. Długie czarne włosy plątały się z pokaźną brodą. Na pierwszy rzut oka widać było, że gęstwina ciemnych włosów kryła wyjątkowo sympatyczną twarz. Mężczyzna stanął przed nimi. Przez moment jego czarne, połyskujące oczy wpatrywały się w dziewczynę, jakby szukając wyjaśnienia, co ona może tu robić. Nagle serdeczną twarz ocieplił szeroki uśmiech.

– O cholibka! Czy to nie wnuczka psora? – klasnął w duże dłonie.

– Tak, Hagridzie, to Gallatea – zaśmiał się dyrektor.

– Rubeus Hagrid, panienko – mężczyzna pochylił się, by podać dłoń rudowłosej.

– Gallatea Dumbledore – dziewczyna zacisnęła dłoń na palcach brodacza.

Jej palce wydawały się przy nim mikroskopijne, co niezmiernie ją rozbawiło. Nie miała nigdy styczności z olbrzymami ani półolbrzymami. Najzwyczajniej nie budziły jej zainteresowania, a chyba warte były uwagi. 

– Psor dużo o panience opowiadał! W tym roku zaczyna panienka szkołę?

– Tak, panie Hagridzie.

Rubeus energicznie wstrząsnął ramionami. Z minuty na minutę stawał się w oczach dziewczyny coraz bardziej sympatyczny. Bił od niego przyjemny, bezinteresowny, wyrozumiały rodzaj ciepła – niezwykle rzadkie zjawisko w tych czasach. 

– Jaki tam pan! Zwykły gajowy. Psorze, niech pan wejdzie z panienką na herbatkę.

– Nie tym razem, przyjacielu. Robi się dość późno, a jutro czeka nas wielki dzień.

– Racja, racja…O właśnie! Ja do psora szedłem z pytaniem! Jutro tak, jak zawsze?

– Tak. Zgodnie z tradycją.

Gajowy wymienił z dyrektorem jeszcze kilka ogólnych uwag na temat podróży pierwszorocznych łódkami. Choć zajmował się tym rokrocznie od wielu lat, wciąż zdawał się podekscytowany czekającym go zadaniem. Po dłuższej chwili przyjemnej pogawędki gajowy pożegnał się i poszedł w stronę majaczącej w oddali chatki. Tea w drodze powrotnej zerknęła przez ramię, by sprawdzić, jak daleko już odszedł. Pytanie, które miała zamiar zadać nie potrzebowało świadków. Nie chciała także niepotrzebnie urazić uroczego półolbrzyma. 

– Twój zaufany człowiek? – zapytała, gdy upewniła się, że nie mógł ich usłyszeć.

Albus przystanął. Uśmiechnął się łagodnie do towarzyszki, po czym spojrzał w niebo. Rudowłosa prychnęła rozbawiona i zrobiła to samo. Pomarańczowo-czerwona, wieczorna łuna ustąpiła miejsca ciemniejącemu granatowi nieboskłonu. Powoli roziskrzały go tysiące drobnych, migotliwych punkcików. Gwiazdy szykowały się, by całkowicie zawładnąć niebem. Ten widok zawsze ją uspokajał. Sprawiał, że każdy problem, z którym się mierzyła stawał się ledwie pyłem. 

– Bez obaw powierzyłbym mu własne życie – wyszeptał Dumbledore.

– A naszą tajemnicę?

Dyrektor zamilkł, więc płomiennowłosa zrezygnowała z obserwacji gwiazd. Spojrzała na przyjaciela. Stał zamyślony. Albus Dumbledore nie należał do ludzi pochopnie wydających osądy. Wszystko musiał rozważyć. Dziewczyna przyzwyczaiła się do tego. Cierpliwie czekała, aż starzec zbierze myśli. W końcu spojrzał na nią kątem oka.

– To dobry człowiek. Ma jednak skłonności do mówienia zbyt dużo.

                    Albus odprowadził przyjaciółkę do przeznaczonej dla niej na tą noc komnaty. Od jutra miała być, tak jak wszyscy uczniowie, zakwaterowana w dormitorium. Zagadali się, wracając wspomnieniami do dawno minionych dni. Dyrektor poderwał się jak oparzony, gdy ścienny zegar wybił północ – chciał, żeby płomiennowłosa wypoczęła przed swoim pierwszym dniem. Po raz kolejny przypomniał jej godzinę i miejsce porannego spotkania. Przytulił dziewczynę na pożegnanie, po raz setny dziękując opatrzności za to, że zgodziła się zostać w szkole. Gdy tylko wyszedł błękitnooka rzuciła się na skromne łóżko. Więc zostało jej ledwie kilkanaście godzin do rozpoczęcia wielkiej gry, która miała trwać całe 7 lat. W głębi ducha miała nadzieję, że obawy jej przyjaciela są niesłuszne. Wolała nie używać pełni swej mocy. Niezwykle ciężko było ją kontrolować, a poza tym taka anomalia z pewnością zaalarmowałaby jej braci. Nie była na tyle naiwna, żeby sądzić, że nie zdawali sobie sprawy z jej obecności w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Nierozsądnie byłoby dawać im powód do interwencji – najazdu tych czterech jeźdźców apokalipsy Hogwart by nie wytrzymał. Powoli usiadła. Musiała czymś się zająć, żeby zdławić narastającą nudę. Przy szafie dostrzegła stos książek, potrzebne do nauki przybory i swój kufer. Nie sprawdziła nawet, co Merry do niego zapakował. Zresztą bez różnicy – nigdy nie przywiązywała zbyt wielkiej wagi do swoich strojów. Zsunęła się z łóżka i podeszła do pakunków. Podniosła pierwszą lepszą książkę, jak się okazało do nauki zaklęć. Przekartkowała ją pobieżnie. Nudy. Westchnęła myśląc o tym, jak bardzo będzie musiała się hamować. Nie żeby była to dla niej jakaś nowość – od zawsze musiała pamiętać, by nie przesadzić. Odłożyła książkę na biurko. Zauważyła nową różdżkę. Uśmiechnęła się otwierając wieko pudełka. “Idealna dla mnie” -roześmiała się w duchu. Ciekawe co powiedziałby pan Ollivander, wiedząc, że mogła sięgnąć po dowolną różdżkę, a ta i tak by do niej pasowała – jedna, jedyna różdżka zdolna uwolnić jej pełen potencjał była ukryta gdzieś w tym zamku. Schowała różdżkę do pudełka i stanęła przed szafą. Delikatnie pociągnęła mosiężną klameczkę. W środku wisiała jedna rzecz. Szata. Dziewczyna sięgnęła po wieszak. Ot ciuch, jak ciuch. Odwiesiła go i zamknęła szafę. Przyklękła przed kufrem. Otworzyła go powoli. Od niechcenia przeglądała wypełniające go ubrania. Same formalne sukienki…nie powinna była powierzać pakowania skrzatowi. Najwidoczniej wrzucił do kufra to, co wisiało najbliżej. Chciała czy nie, musiała wybrać coś na jutro. Większego znaczenia to nie miało i tak jej ubrania przysłaniać będzie szata, ale w tym momencie próżno było szukać innych rozrywek. Wyciągała kolejne sukienki układając je pieczołowicie na łóżku – w końcu pannie Dumbledore nie wypadało pojawić się w wygniecionych ubraniach. Stała ze splecionymi na piersi dłońmi przyglądając się garderobie. Sięgnęła po prostą, czarną sukienkę przyozdobioną jedynie szarą kokardą przy szyi. Powiesiła ją na wieszaku, a resztę ubrań niedbale wcisnęła do kufra. Musiała poprosić Albusa o wyjście na zakupy i to jak najszybciej. Zmęczona minionym dniem przebrała się w piżamę (jedyną rzecz w kufrze, która nie była sukienką) i poszła spać. Rankiem zbudziło ją delikatne pukanie. Zaspana już wyciągała dłoń, by zgodnie z nawykiem otworzyć drzwi magią. W porę się powstrzymała. Naciągnęła bardziej kołdrę, siadając na łóżku.

– Proszę! – podniosła głos.

Do sypialni wkroczył Dumbledore. Uśmiechnął się, widząc ulgę na twarzy przyjaciółki.

– Zejdź proszę za 30 minut na śniadanie.

– Zaraz zejdę.

Dyrektor zniknął za drzwiami. Dziewczyna czym prędzej zeskoczyła z łóżka. Porwała naszykowaną sukienkę i zamknęła się w przylegającej do komnaty łazience. Pospiesznie wzięła krótką kąpiel i zakończyła poranną toaletę. Uczesała rude włosy w wysoki kucyk, spięty czarną kokardą. Poprawiła sukienkę, założyła buty i wybiegła z sypialni. Nie przejmowała się swoimi rzeczami. Albus zapewnił ją, że w trakcie uczty powitalnej, jeden ze skrzatów spakuje je i przetransportuje do odpowiedniego dormitorium. W sumie bez różnicy, czy zrobiłby to w czasie uczty, czy teraz – Gallatea doskonale wiedziała, gdzie przydzieli ją Tiara. Bez problemu trafiła do Wielkiej Sali. Zdziwiło ją, że Albus siedział samotnie. Z daleka skinął, by podeszła. Usiadła obok staruszka.

– Nie jadasz z resztą nauczycieli? – zagadnęła nakładając na talerz naleśnika.

– Zazwyczaj jadam, ale dziś zjem tylko z tobą. Jak by to wyglądało, gdyby jedna z uczennic jadała wraz z nauczycielami?

Czarodziej mrugnął figlarnie. Tea roześmiała się. Miał dużo racji. Co prawda była wnuczką Dumbledora, jednak ten szanowany mężczyzna nie pozwoliłby sobie na faworyzowanie krewnego. Zjedli w przyjemnej, lekkiej atmosferze.

                  Mury cichego do tej pory zamku powoli wypełniał gwar. Podniesione głosy mieszały się z radosnymi śmiechami i kakofonią ożywionych rozmów. Gallatea stała przy profesor McGonagall urzeczona. Wszystko było takie inne niż w jej rezydencji. Tyle głosów i niedającego się zatrzymać ruchu! Energia bijąca od młodziutkich czarodziei zdawała się wsiąkać w kamienne ściany, wlewając w nie nowe życie. Patrząc na to wszystko błękitnooka nie mogła się nie uśmiechnąć. Po to właśnie stworzono Hogwart. Minerva delikatnie popchnęła ją w stronę uczniów. Dziewczyna spojrzała na nią ukradkiem i skinęła ledwo zauważalnie głową. Już czas, by zniknęła w pełnym entuzjazmu tłumie. Jeśli dopisze jej szczęście, w grupie pierwszorocznych tłoczących się tuż obok McGonagall, znajdzie pana Pottera. Doskonale wiedziała, kogo szukać i jak go rozpoznać. Zajęta wypatrywaniem chłopca nie zauważyła niebezpiecznie szybko zbliżającej się osoby. W wyniku tej nieuwagi runęła na posadzkę po dość mocnym zderzeniu. 

– Patrz, jak łazisz, niezdaro!

Szybko podniosła wzrok słysząc znajomy głos. Z podłogi już wstawał chłopiec o blond, przylizanych włosach. Energicznie otrzepał swoją szatę, po czym spojrzał pogardliwie wprost na nią. Wyraz jego twarzy zmienił się, gdy dostrzegł z kim się zderzył. Uśmiechnął się w swój szelmowski sposób i wyciągnął dłoń ku dziewczynce.

– Przepraszam, Gallateo, nie zauważyłem cię. Pomóc ci wstać?

Płomiennowłosa zignorowała chęć pomocy, wstając o własnych siłach. Rozprostowała dłonią zagniecenia na szacie. Dopiero po tym zaszczyciła chłopca zerknięciem.

– Widzę, że nieszczęśliwy upadek pozbawił na chwilę pana Malfoy’a manier. Pańska matka musi być zdruzgotana tak karygodnym zachowaniem – rzuciła oschle. 

Draco przez moment nie wiedział, jak ma zareagować. Nie był pewien, czy dziewczyna żartuje sobie z tym oficjalnym tonem, czy rzeczywiście jest zła. Uśmiechnął się, dostrzegając delikatne drżenie kącika jej ust – czyli jednak się wygłupiała. Postanowił dołączyć do farsy. Pokłonił się, chyląc nisko czoła przed rudowłosą. 

 – Przyjmij me najszczersze przeprosiny, panno Dumbledore. Spieszyłem się do znajomych. Zechce panna mi towarzyszyć?

Podsunął dziewczynce ramię. Nie miała powodu, by odmawiać – wszystko jedno z którego miejsca wypatrywała będzie pana Pottera. Draco dumnie maszerował przez tłum. Cyniczny uśmieszek nie schodził z jego twarzy. Niezbyt podobało się to Tei. No cóż. Taki typ wychowania. W końcu zatrzymali się przed dwójką pierwszorocznych. Płomiennowłosa szybko omiotła ich wzrokiem. Wysoki, dość przystojny ciemnoskóry chłopiec i dziewczyna o…nietypowej urodzie. Uwadze błękitnookiej nie uszedł grymas niezadowolenia na twarzy dziewczyny. Na oko było widać do jakiego domu trafią. Blondyn pozwolił sobie oficjalnie przedstawić znajomych.

– Pansy Parkinson i Blaise Zabini – wskazał teatralnie przesadzonym gestem.

Czarnoskóry chłopiec uśmiechnął się zaczepnie, podając jej dłoń. Mopsowata dziewczyna nawet nie drgnęła. Tea puściła ramię Malfoy’a i uścisnęła dłoń Zabini’ego.

– Gallatea Dumbledore.

Tak jak się spodziewała, wymienienie tego nazwiska nie obeszło się bez reakcji. Wpatrywały się w nią dwie zdumione twarze. Skrzywiła się mimowolnie, gdy dostrzegła, jak Blaise dyskretnie wytarł dłoń, którą dopiero co uścisnęła – czyli trafnie oceniła sytuację. Draco też zauważył zachowanie kolegi. Spojrzał przepraszająco na towarzyszkę. Płomiennowłosa wzruszyła obojętnie ramionami. Nie przybyła tu, żeby walczyć z głupimi uprzedzeniami wśród czarodziei. Blondyn chciał coś powiedzieć, jednak zamarł wpół słowa. Jego stalowe oczy zmąciła mieszanka wzgardy, kpiny i niechęci. Bez słowa wyminął Gallateę, robiąc krok w przód. Wyprostował się i dumnie zadarł podbródek. Dziewczyna nie mogła się oprzeć wrażeniu, że w ten sposób zajmował wyuczoną pozę. Wzrok utkwił w przechodzącej tuż obok trójce uczniów.

– Potter – warknął pogardliwie.

Tea wstrzymała na chwilę oddech. W stronę Draco odwrócił się drobnej budowy chłopiec. Niesforne czarne włosy, jasnozielone oczy, okrągłe okulary i ledwo dostrzegalna przez grzywkę blizna na czole. O pomyłce nie mogło być mowy.

– Malfoy – wycedził przez zaciśnięte zęby pan Potter.

Atmosfera stała się nieco ciężkawa. Chłopcy mierzyli się nieprzychylnymi spojrzeniami, a za każdym z nich stała dwójka popleczników. Była to dość zabawna scena. Szóstka dzieciaków zachowująca się, jakby byli swymi najgorszymi wrogami. Urocze. Rudowłosa nie miała jednak czasu na podobne sceny. Nie mogła stracić okazji na zapoznanie się z panem Potterem. Ignorując ciskane z oczu gromy, podeszła wprost do Harry’ego. Wyciągnęła ku niemu dłoń, co nieco skonsternowało zebranych.

– Gallatea Dumbledore – uśmiechnęła się ciepło.

Szczuplutki chłopiec szerzej otworzył oczy. Nie spodziewał się poznać wnuczki dyrektora od tak! Usłyszał o niej od pani Weasley na stacji. Sam nie widział dlaczego, ale wyobrażał sobie, że spotkanie z kimś takim będzie bardziej…uroczyste? Zastanawiał się, czemu Hagrid nic o niej nie wspominał? I dlaczego nie było jej w pociągu? Otrząsnął się ze zmieszania i uśmiechnął szeroko. Z lekką obawą uścisnął wyciągniętą dłoń błękitnookiej. Dziewczyna wydawała mu się jeszcze bardziej krucha od niego.

– Harry Potter, a to Hermiona Granger i Ron Weasley.

Dziewczyna wymieniła z resztą uściski dłoni. Zaczęła odpowiadać na pytania, którymi niemalże od razu zarzuciła ją Hermiona, gdy poczuła czyjeś palce ściskające jej ramię. Niezbyt silne szarpnięcie odciągnęło ją krok w tył. 

– Co ty robisz? Bliznowaty, zdrajca krwi i mugolowata to nie towarzystwo dla ciebie.

Zaskoczona spojrzała na szepczącego jej do ucha Draco. Strząsnęła jego dłoń. Roześmiała się mimowolnie. Uwielbiała to biadolenie elity rodów czarodziei. Zachowywali się, jakby nie dostrzegali faktu, że nieskazitelnie czysta krew od bardzo dawna była jedynie mitem. W żyłach każdego czarodzieja płynęła mugolska krew – bez znaczenia, czy chcieli się do tego przyznać, czy nie. Najwidoczniej jej śmiech nie spodobał się Parkinson. Wściekły mops szturchnął ją w ramie. 

– Czego rżysz, Dumbledore? – warknęła czarnowłosa. 

Tea nie miała zamiaru przestać się śmiać, czym bardziej rozdrażniła Pansy. Parkinson niebezpiecznie zbliżyła się do błękitnookiej. Na własne nieszczęście. Wystarczyła sekunda, by dała się sparaliżować przesyconemu groźbą spojrzeniu. Płomiennowłosa wykorzystując sytuację stanęła ramię w ramię z mopsem. 

– Ale ty płytka jesteś, Parkinson. Taka duża dziewczyna i wierzy bezkrytycznie w zabobony – nim całkowicie wyminęła czarnowłosą, na ułamek sekundy pochyliła się bliżej jej ucha. – Posłuchaj mnie uważnie, dziewczynko. W porównaniu ze mną, każdy z was ma brudną krew – szepnęła lodowatym tonem. 

Widząc przerażenie na twarzy Parkinson roześmiała się. Bez słowa wyminęła resztę uczniów. Zanim na dobre zniknęła w tłumie odwróciła się jeszcze na sekundę.  Mrugnęła porozumiewawczo do Harry’ego, który podobnie jak reszta, nawet nie drgnął. Słyszała nieco nerwowe pokrzykiwania profesor McGonagall. Drzwi Wielkiej Sali otworzyły się. Tea odetchnęła głęboko. Więc to ta chwila. Początek jej wielkiej gry. 

                               Zestresowani pierwszoroczni wkroczyli niepewnie do Wielkiej Sali. Część z nich rozglądała się ciekawie po komnacie, inni skupiali się na stołach, wokół których siedzieli starsi uczniowie, szukając znajomych twarzy. Była także niewielka grupa osób, która szła ze spuszczonymi głowami. Tea bez trudu domyśliła się przyczyny takiego zachowania. Niektóre rody zbyt wielką wagę przykładały do domu, w jakim powinni znaleźć się ich potomkowie. Dostanie się do innego domu niż ten jeden, jedyny uznawany przez ród nastręczało wielu problemów. Za wielu, by mogło udźwignąć je dziecko. Rudowłosa nigdy tego nie rozumiała. Tiara Przydziały decydowała zawsze w jak najlepszym interesie młodego czarodzieja – nie można było winić dziecka za decyzję Tiary. Poczuła lekkie pulsowanie w skroni. Uśmiechnęła się. Nic się nie zmieniło. Świat czarodziei cały czas budził w niej irytację. Stanęła wraz z resztą pierwszorocznych, cierpliwie czekając na wyczytanie. Obserwowała kolejne osoby, lękliwie poddające się decyzji Tiary. Bawiły ją głośnie wiwaty, gdy kolejny pierwszoroczni trafiali do odpowiednich domów. Ją interesował tylko jeden przydział – pana Pottera.

– Dumbledore Gallatea!

W końcu. Nim postawiła pierwszy krok musiała przybrać postawę, która nie wyglądałaby na zbytnią pewność siebie. Ponieważ nie wiedziała za bardzo, jak powinna się zachowywać, zdecydowała się naśladować uczniów przydzielonych przed nią. Starała się iść nieco chybotliwie i pamiętać o nerwowym zerkaniu na boki,  jednak ponieważ była wnuczką dyrektora, zachowała dumnie uniesioną głowę. Całkiem zadowolona z występu usiadła na krześle. Tiara przysłoniła jej oczy. Nie odezwała się przez dłuższą chwilę.

– To wielki zaszczyt gościć Lady w Hogwarcie! – usłyszała w końcu rozedrgany głos.

– Cieszy mnie nasze powtórne spotkanie, Tiaro. Szkoda tylko, że w takich okolicznościach. Czyń proszę swoją powinność.

Tiara nie miała zamiaru wykonać swego zadania bezzwłocznie. Za bardzo cieszyła ją obecność dziewczyny. Choć Albus uprzedzał ją o pojawieniu się Lady i poprosił o przysługę podczas przydziału, Tiara nie dowierzała. W końcu te plotki…To jednak było w tym momencie nieistotne. Rudowłosa pogrążona w rozmowie z Tiarą nie zdawała sobie sprawy, jak dużo czasu upłynęło. W Wielkiej Sali panowała nienaturalna cisza. Uświadamiając sobie ten fakt zakończyły plotki, jednak dopiero po tym, jak błękitnooka obiecała Tiarze, że ją odwiedzi jak najszybciej. Wszyscy z zapartym tchem oczekiwali, do którego domu trafi wnuczka dyrektora. 

– SLYTHERIN! – wykrzyknęła Tiara.

Dziewczyna podziękowała i zeskoczyła z krzesła. Minerva delikatnie musnęła jej ramię koniuszkami palców. Gallatea spojrzała na nią. Uśmiechnęła się, dostrzegając krzepiący półuśmiech na twarzy nauczycielki. W Sali wciąż panowała przeciągająca się cisza. Z wolna mąciły ją szepty. Przy stole domu węża rozległy się pierwsze oklaski i głośne krzyki. Widać było, że uczniowie nie byli pewni, co robić w takiej sytuacji. Przydział panny Dumbledore do Slytherinu był dla zebranych niemałym zaskoczeniem. Tea zerknęła na Albusa i mrugnęła do niego porozumiewawczo. Przyjaciel odpowiedział tym samym. Patrząc w stronę stołu nauczycieli nie mogła nie zauważyć szoku na twarzach grona pedagogicznego. Ponieważ sam dyrektor oszczędny był w komentowanie przydziału wnuczki oklaskami, oni również zachowali umiarkowany optymizm. Na tym tle zdecydowanie wyróżniał się Snape. Temu, co odczyniał bliżej było do całkowitego paraliżu, niż powściągliwości. Wyglądał na jeszcze bardziej naburmuszonego niż zwykle. Siedział sztywno, z ciasno splecionymi ramionami, ciskając gromy w bliżej nieokreślonym kierunku. Chciałaby dłużej popatrzeć na niego, żeby rozwiązać zagadkę, czy w ogóle mrugał, ale nie mogła. Dotarła do stołu swojego domu. Zajęła pierwsze lepsze wolne miejsce. Wymieniła kilka uścisków dłoni i nienachalnych uprzejmości z siedzącymi najbliżej Ślizgonami. Kątem oka obserwowała dalszy przebieg ceremonii. Usłyszała znajome nazwisko. Zgodnie z oczekiwaniami Tiara nim jeszcze na dobre spoczęła na głowie Draco Malfoy’a wykrzyknęła Slytherin. Tu na szumny aplauz nie trzeba było czekać. Wielką Salę rozdarły okrzyki radości. Młody Malfoy usiadł obok niej, witany gratulacjami i oklaskami.

– Nie spodziewałem się ciebie w Slytherinie – zwrócił się do płomiennowłosej.

– Został pan skazany, panie Malfoy, na przywilej przebywania ze mną przez kolejne siedem lat.

– Przyjmuję ten zaszczyt z niewypowiedzianą radością.

Pochłonięci rozmową przestali zwracać uwagę na ceremonię. Zmieniło się to, gdy dołączyła do nich nabzdyczona Pansy. Siedząc naprzeciwko Draco, starała się go zabawić czymś na kształt konwersacji. Jak ognia unikała błękitnych oczu Dumbledore, w tym samym czasie śląc jej wrogie, ukradkowe spojrzenia. Tea nie miała zamiaru przejmować się podłym nastrojem nowej koleżanki. To, że się napatoczyła oznaczało jedno – za chwilę kolej pana Pottera. Jak na zawołanie McGonagall wyczytała jego nazwisko. Błękitnooka zacisnęła kciuki, gdy usiadł na krześle. Przymknęła powieki, oczekując decyzji.

– GRYFFINDOR!

Dziewczyna otworzyła oczy i z szerokim uśmiechem klasnęła w dłonie. Nie obchodziły jej zaskoczone spojrzenia Ślizgonów. Roześmiała się, obserwując dwóch identycznych rudzielców wykrzykujących “mamy Pottera”. Spojrzała na dyrektora, który skinął lekko głową w jej kierunku, nie przerywając oklasków. Wszystko poszło zgodnie z planem. Wraz z Albusem zdecydowali, że nie powinna trzymać się zbyt blisko pana Pottera. Harry chcąc tego, czy nie zwracał na siebie zbyt dużo uwagi. Oczywistym było, że jego najbliżsi przyjaciele również cieszyć się będą szerokim zainteresowaniem, a taki scenariusz nie byłby korzystny dla Tei. Miała działać dyskretnie, na uboczu. Noszenie nazwiska Dumbledore było już wystarczającą przeszkodą w wmieszaniu się w tłum uczniów. Dobrze wiedziała, że w tej kwestii nie mieli wielkiego wyboru. Im mniej osób o niej wiedziało, tym lepiej. Slytherin był idealnym domem do realizacji planu. Roiło się tu od zwolenników teorii wyższości rodów czystej krwi i potomków czarodziei, parających się czarną magią. Dawało jej to szersze pole do działania. Poza tym w jakiś sposób cieszyło ją, że pan Potter będzie w jednym domu z prawdziwymi przyjaciółmi – takimi, którzy będą przy nim bez żadnych ukrytych intencji, a jej obecność nie pasowałaby do takiej relacji.

– Czemu tak cię cieszy przydział Pottera?

Zaskoczona spojrzała na Draco, który wydawał się lekko urażony. Czas najwyższy było zagrać tak, jak przystało na dom węża.

– Niech mi pan nie mówi, panie Malfoy, że cieszyłby pana pałętający się wśród Ślizgonów Potter – uśmiechnęła się.

Jej odpowiedź zbiła z tropu chłopca. Po chwili roześmiał się.

– Czuję, że się zaprzyjaźnimy, panno Dumbledore.

Po skończonej ceremonii głos zabrał dyrektor. Gallatea nie przysłuchiwała się za szczególnie przemowie. Rozglądała się dyskretnie po twarzach Ślizgonów. W większości mogła domyślić się z jakiej konkretnie rodziny pochodzą. Najbardziej interesowały ją dzieci Śmierciożerców. Śmiała się z siebie w duchu. Czuła się, jak tajny agent na wrogim terytorium. Zapamiętała kilka twarzy, którym musiała się przyglądać. Gdyby rzeczywiście miał nastąpić jakiś ruch ze strony zwolenników czarnej magii, bez wątpienia najbardziej widoczny byłby właśnie wśród Ślizgonów. Rozproszyła się, gdy na długim stole pojawiła się zastawa, a zaraz za nią wypełnione po brzegi jedzeniem naczynia. Przypomniała sobie, co Albus mówił wczoraj. Więc tak wyglądała uczta powitalna. Bardzo przyjemny zwyczaj. Dziewczyna sięgnęła po kubek. Upiła łyk przyjemnie pachnącego napoju. Sok dyniowy. Osobiście gustowała raczej w kawie, ale 11 letniej dziewczynce nie wypadało jej tak bezceremonialnie sączyć. Właśnie zaczynała jeść, gdy ktoś usiadł tuż obok. Odłożyła widelec i spojrzała na przybysza. Rosły, zdecydowanie silny chłopak o czarnych, krótkich włosach. Jego twarz wcześniej nie zwróciła jej uwagi.

– Witamy w Slytherinie – uśmiechnął się, odsłaniając duże zęby.

– Dziękuję, panie…

– Marcus Flint. Kapitan drużyny quidditcha.

– Miło mi poznać. Gallatea Dumbledore.

– Chyba wszyscy to wiedzą! – zaśmiał się krótko – Grywasz w quidditcha?

– Nie miałam jeszcze przyjemności. Szczerze obawiam się, że nie najlepiej latam na miotle – odpowiedziała z uśmiechem.

– Jeśli chcesz mogę cię poduczyć – Marcus uśmiechnął się szerzej.

– Będę wdzięczna. Wolałabym, żeby ktoś czuwał na wypadek, gdybym miała się połamać w spektakularny sposób.

Flint, pomimo niezbyt interesującego wyglądu, okazał się całkiem przyjemnym rozmówcą. Tea nie mogła się jednak oprzeć wrażeniu, że bycie miłym przychodziło mu z trudem. Kątem oka dostrzegła triumfalny uśmieszek na twarzy Pansy i ukradkiem zerknęła na Draco, który zdenerwowany dźgał widelcem warzywa na swoim talerzu.

– Panie Malfoy, zapewniam, że warzywa nie uciekną. Nie musi ich pan dodatkowo mordować – dziewczyna roześmiała się.

Blondyn uśmiechnął się delikatnie. Bardzo dobrze. Wiedziała, że Draco był synem Lucjusza Malfoy’a – jednego z czarodziei, na którego w szczególności powinna mieć oko. Dobre relacje z młodszym Malfoy’em były jej na rękę i nie zamierzała marnować takiego potencjału. Przez resztę uczty zaznajomiła się z niemalże połową Ślizgonów, co zawdzięczała w głównej mierze siedzącemu obok blond arystokracie. Wszyscy chcący zapoznać się z Draco, byli skazani również na nią. Większość podchodziła do niej nieufnie, czemu nie mogła się dziwić – miała dużo czasu, żeby przekonać do siebie uczniów. Jej rozmowę z dziewczyną z trzeciego roku zakłóciło szorstkie chrząkniecie. Obok nich stał Severus z wyciągniętym planem zajęć dla pierwszorocznych. Trochę zdziwiło to starszych Ślizgonów, ponieważ Snape nie miał w zwyczaju fatygować się osobiście do równie bezsensownych zajęć. Zajmowali się tym prefekci. Kto by jednak śmiał kłócić się z ponurym nietoperzem. Rudowłosa spojrzała na plan. Jutrzejszą pierwszą lekcją miały być eliksiry z Gryffonami. Całkiem niezły strat. Kiedy uczta dobiegła końca, uczniowie zaczęli tłoczyć się przy wyjściu. Starsi uczniowie, stojąc w niewielkich grupkach, prowadzili ożywione rozmowy. Prefekci poszczególnych domów, odpowiedzialni za zebranie pierwszorocznych i odprowadzenie ich do dormitorium, przekrzykiwali się wzajemnie, a ich wrzaski z sekundy na sekundę stawały się coraz donośniejsze i bardziej poirytowane. Dumbledore, wlokąc się z Malfoy’em, dołączyła do pochodu reszty pierwszorocznych. W przeciwieństwie do nich nie rozglądała się, ani nie zachwycała zamkiem – pamiętała go z nieszczególnie łaskawych dla niej czasów. Zeszli do lochów. Dotarli do kamiennej ściany. Prefekt głośno i wyraźnie wyrecytował hasło. Weszli do Pokoju Wspólnego – nisko sklepionego pomieszczenia, skąpanego w zielonym świetle lamp. Centralnym punktem pokoju był misternie rzeźbiony kominek, otoczony kunsztownymi fotelami i kanapami. W połączeniu z wysmakowanymi ozdobami pokój sprawiał wrażenie miejsca niezwykle eleganckiego. Prefekt wskazał wąskie korytarze prowadzące do sypialni. Żeńskie sypialne po lewej, męskie po prawej. Tea wraz z grupą dziewcząt skręciła w lewy korytarzyk. Obeszła wszystkie sypialnie, przeznaczone dla pierwszorocznych, nigdzie jednak nie znalazła swoich rzeczy. Zaniepokojona wróciła do Pokoju Wspólnego. Dostrzegła prefekta rozmawiającego z jakąś dziewczyną na kanapie. Podeszła do niego, wysilając się na zmieszany wyraz twarzy.

– Panie prefekcie, czy mogę zająć chwilę? – zapytała cicho.

Chłopak niemalże natychmiast zerwał się z kanapy. Gestem dłoni wskazał dziewczynce wolną przestrzeń koło kominka. Zapewne nie chciał mieszać w sprawy prefektów dziewczyny, która mu towarzyszyła. 

– O co chodzi? – uśmiechnął się zachęcająco.

– W żadnej sypialni nie ma moich rzeczy.

– To niemożliwe. Musiała zajść jakaś pomyłka. Zaraz to wyjaśnimy.

Pociągnął rudowłosą ku wejściu do dormitorium, jednak nim zdarzyli wyjść, przejście otworzyło się. Stał przed nimi Severus. Nie wyglądał na ani odrobinę zaskoczonego – jedynie nieznacznie uniósł prawą brew.

– Panna Dumbledore. To chyba nie czas na wycieczki po zamku.

– Profesorze szliśmy zgłosić, że nie ma rzeczy Gallatei.

– Proszę za mną, panno Dumbledore – Snape całkowicie zignorował prefekta.

Dziewczyna podziękowała starszemu uczniowi. Nie chcąc zostać w tyle dogoniła nauczyciela. Szedł w kierunku miejsca, gdzie znajdowały się damskie sypialnie. Nie zwalniając kroku poprowadził ją, aż do końca korytarza. Stanęli przed pustą, kamienną ścianą.

– Magicae purissimum – szepnął mężczyzna.

Kamienna ściana poruszyła się, tworząc schodki. Severus skinął do płomiennowłosej, dając jej sygnał, by poszła za nim. Pokonali siedem stopni, nim stanęli przed hebanowymi drzwiami. Zdziwiła się, nie dostrzegając klamki.

– Dotknij – polecił sucho Snape.

Ognistowłosa delikatnie musnęła palcami ciemne drewno. Drzwi ustąpiły. Stanęli w przepięknie urządzonej sypialni. Uwagę przykuwało zwłaszcza łóżko – szerokie i wspaniale rzeźbione, z daleka przypominało wieżyczkę. W tym samym barokowym stylu wykonana była reszta mebli. Pokój nie był może szczególnie duży, ale wręcz zachwycający. Czarne belki wysokiego sklepienia podtrzymywały całkowicie przeszklony sufit, ukazujący zielonkawe wody jeziora. Heban, z którego wykonano wszystkie meble, połyskiwał w zielonej poświacie. Całość sypialni utrzymana była w kolorach czerni, zieleni i srebra. Rudowłosa urzeczona rozglądała się po pomieszczeniu. Jej zachwyt rozbawił Severusa. Uścisnął delikatnie ramię dziewczyny.

– Jest twój. Dumbledore zdecydował, że nie powinnaś mieszkać tak jak inni w dzielonej sypialni. To mogłoby być…kłopotliwe. Pokój ma podwójny system zabezpieczeń. Nikt oprócz ciebie nie może otworzyć drzwi. Rozgość się.

Nauczyciel miał wychodzić, gdy zatrzymały po oplecione wokół jego torsu ramiona. Zniesmaczony spojrzał na płomiennowłosą. Szczere szczęście malujące się na jej twarzy, odebrało mu wszelką chęć na słowne utarczki. Zapewne i tak by się nie przejęła. Wątpił zresztą, by jego dyskomfort obchodził ją w nawet znikomym stopniu. Najwidoczniej tak jak dyrektor martwiła się, czy da radę mieszkać z bandom dzieciaków bez wzbudzania podejrzeń.

– Dziękuję, Severusie – uścisnęła go mocniej.

Wzdrygnął się. Zachowanie błękitnookiej wzbudziło w nim coś na kształt…radości? Tego było już zdecydowanie za wiele. Strząsnął gwałtownie ręce dziewczyny i wygładził szatę.

– Podziękuj dziadkowi – rzucił oschle, znikając za drzwiami.

Po wyjściu profesora Tea podeszła do obszernej szafy. Uchyliła drzwiczki i roześmiała się. Albus doprawdy ją zaskakiwał. Szafę wypełniały równo poskładane, nowe ubrania – odpowiedniejsze do jej wieku i obecnie panującej mody. Nie musiała już męczyć dziadka zakupami. Zamknęła szafę. Podeszła do rzeźbionego biurka. Blat z polerowanego drewna przysłaniały schludnie ułożone pergaminy. Obok nich stał srebrny kałamarz. Tuż przy nim leżało piękne pióro. Dziewczyna uśmiechnęła się i przeniosła wzrok na wypełnioną księgami biblioteczkę. Głównie zajmowały ją niezbędne podręczniki, ale pojawiło się także kilka ciekawszych tytułów. Przyjaciel zatroszczył się, by miała dostęp do nieco bardziej zajmującej literatury. Musiała mu podziękować. Nie przywykła, by ktoś okazywał jej tyle troski. Postanowiła jak najszybciej porozmawiać z Dumbledorem. W końcu i tak nie miała nic lepszego do roboty. Ściągnęła szatę. Z nowej garderoby wybrała najzwyklejsze czarne spodnie i lekki sweterek w tym samym kolorze. Na szybko przeczesała włosy i zostawiła je rozpuszczone. Dotknęła hebanowych drzwi i już po chwili szła korytarzem. W Pokoju Wspólnym zebrało się dość dużo osób. Nie miała za specjalnej chęci z nikim rozmawiać. Starając się nie zwracać na siebie uwagi, ruszyła w kierunku wyjścia. Drogę zastąpił jej Blaise.

– Cześć, piękna. Nie zaczęliśmy najlepiej.

Uśmiechnął się delikatnie zmieszany. No wspaniale…ostatnie czego jej było trzeba to bezsensowne grzeczności, jednak zmusiła się do uśmiechu.

– To już przeszłość, panie Zabini. Jesteśmy w jednym domu. Na pewno się dogadamy.

Czarnoskóry chłopiec pochylił się delikatnie ku niej. Pomimo młodego wieku bardzo dobrze wiedziała, jak wykorzystać swój urok.

– Mów mi Blaise, panno Dumbledore – sięgnął po jej dłoń i subtelnie musnął bladą skórę.

– Gallatea, choć wolę skrót Tea.

– Więc, Teo, gdzie się wybierasz? Tylko nie zaprzeczaj. Przeszkodziłem ci w wymknięciu się.

Coraz lepiej.

– Przyłapałeś mnie. Znudziło mi się siedzenie w dormitorium. Chciałam nieco pozwiedzać.

– Samotna kobieta w tych zimnych murach? Pozwól, że dotrzymam ci towarzystwa.

– Z przyjemnością, Blaise.

Choć krzyżowało to jej plany, płomiennowłosa zdecydowała się na spacer z chłopcem. Musiała dbać o w miarę możliwości poprawne relacje ze Ślizgonami. Wspólnie opuścili dormitorium, odprowadzani kilkoma ciekawskimi parami oczu. Wraz z towarzyszem przemierzała kolejne korytarze. Krótki spacer zmienił się w dość długą przechadzkę. Chłopiec okazał się wspaniałym kompanem. Tego właśnie potrzebowała. Lekkiej, nieskrępowanej rozmowy. Do tej pory większość napotkanych osób zwracała się do niej albo z lękliwym szacunkiem, albo nadmierną wrogością. Dziewczyna od bardzo dawna pragnęła jednego. Normalności. Nie spodziewała się, że jej namiastkę odnajdzie właśnie w Hogwarcie. Szczerze niezbyt przepadała za tym zamkiem. Wiązało się z nim wiele wspomnień – w przeważającej części przykrych. Nagle rudowłosa zatrzymała się. Powoli spojrzała na ścianę. Zdobiły ją portrety czterech założycieli. Jej wzrok utkwił w jednym.

– Salazar…- wyszeptała.

Fala wspomnień uderzyła ze zdwojoną siłą. Wpatrywała się w twarz Slytherina. Uśmiechnęła się gorzko. Malarzowi umknęło wiele detali. Była naiwna. Sądziła, że dawno już pogrzebała tamte czasy.

– Gallateo, wszytko w porządku?

Z rozmyślań wyrwał ją zaniepokojony głos Blaise’a. Chłopiec objął ją delikatnie ramieniem. Dopiero teraz zauważyła, że cała drżała. Jej błękitne, zimne oczy zmąciły łzy. Powstrzymała je od spłynięcia po policzkach i już spokojna spojrzała na chłopca.

-Tak. Przepraszam, jestem zmęczona.

Zabini uśmiechnął się pocieszająco. Ruszyli spacerem w drogę powrotną. Pokój Wspólny nie był już tak zatłoczony. Większość Ślizgonów korzystając z wolnego popołudnia rozeszła się po zamku. Chłopiec poprowadził Teę ku kanapie. Opadł miękko na czarne siedzisko. Poklepał miejsce obok siebie. Dziewczyna uśmiechnęła się smutno.

– Dziękuję za spacer. Teraz jednak wolałabym odpocząć w pokoju.

Blaise wydawał się rozczarowany. Nic jednak nie powiedział. Płomiennowłosa udała się w stronę swego pokoju. Odetchnęła, dopiero gdy hebanowe drzwi oddzieliły ją od reszty świata. Zsunęła się na podłogę. Przez chwilę łapała głębsze oddechy. Uspokoiła się nieco i rzuciła na łóżko. Nie zważając na to że wciąż ma na sobie ubrania ani na porę dnia zasnęła. Nie był to jednak sen spokojny.

                                                               

Wspomnienie przeszłości

               Vallerin siedziała na błoniach. Patrzyła na piękny las u jej stóp. Za kilka lat będzie z pewnością imponujący. Chłodny wiatr rozwiewał jej włosy. Uśmiechnęła się i zamknęła oczy. Uwielbiała wiatr. Wyczuła, że ktoś usiadł tuż obok. Uchyliła powieki. Przy niej siedział smukły, przystojny mężczyzna o długich czarnych włosach. Spojrzał wprost na nią. Serce córy rodu Phoenix zabiło żywiej. Jak ona uwielbiała te oczy! Bladoszare, opalizujące srebrem. Spokojne, przepełnione dumą i niesłabnącą ambicją. Idealnie odzwierciedlały duszę czarodzieja.

– Czemu siedzisz samotnie?

Mężczyzna miał piękny, głęboki głos. Zawsze ją uspokajał.

– Znudziła mnie ta cała krzątanina. A ty, Salazarze? Czyż nie powinieneś być teraz ze swymi przyjaciółmi?

Slytherin zaśmiał się krótko.

– Oni mi nie uciekną, w przeciwieństwie do ciebie, Lady.

Czarnowłosy wstał. Podał szczupłą dłoń kobiecie. Crown uśmiechnęła się i z pomocą Salazara wstała.

– Spójrz, Vallerin. W końcu nasze marzenia zaczynają błyszczeć.

Płomiennowłosa odwróciła się. Wpatrywała się w górujący na wzgórzu zamek. Hogwart. Dawno nie widziała równie urokliwej budowli. Zamek był przepiękny i przemyślany w każdym calu. Dobrze wiedziała jaką dumą napawał swych twórców. Dłoń Salazara spoczęła na jej ramieniu. Mężczyzna przyciągnął ją bliżej i pochylił się.

– Nasz nowy dom, moja pani – wyszeptał jej do ucha.

Kobieta roześmiała się radośnie. Zaczepnie spojrzała na czarodzieja.

– Wasz nowy dom, Salazarze.

Delikatnie odgarnęła pasmo ciemnych włosów z jego zdziwionej twarzy. Złożyła przelotny pocałunek na policzku Salazara, po czym śmiejąc się w głos ruszyła ku Hogwartowi

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 960
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!