Córa rodu Phoenix – Rozdział 37

Strażnik

                              Syriusz wyszedł na taras Indrahill, chcąc odetchnąć świeżym powietrzem i przez chwilę zostać sam. Słowa Bastet ubodły go i musiał nad nimi spokojnie pomyśleć. Był z natury raczej narwany i zwykle mu to nie przeszkadzało, ale zdawał sobie sprawę z tego, że w tym konkretnym przypadku nie powinien podejmować żadnych decyzji pod wpływem emocji, ponieważ mógł tego gorzko pożałować. Vallerin…była dla niego ważniejsza, niż cokolwiek w jego dotychczasowym życiu. Jeśli zacznie świrować z powodu słów kobiety, którą znał od kilku godzin, może zmarnować swoją jedyną szansę, a tego nie chciał. Przystanął, zdezorientowany. Oprócz szumu słonej bryzy usłyszał coś nieoczekiwanego – cichy śpiew. Delikatny, męski głos doskonale wpasowywał się w melodię wiatru, tworząc coś niespotykanie urokliwego. Nie rozumiał ani jednego słowa, jednak nie przeszkadzało mu to we wsłuchiwaniu się w tęskną, melancholijną pieśń. W oddali dostrzegł bezładną, jasną czuprynę, częściowo ukrytą za kamienną, wyszczerbioną ławką. Podszedł powoli do śpiewającego osobnika i uśmiechnął się łagodnie, widząc Lio. Jarri siedział na podłodze, opierając się plecami o krawędź topornej ławy. Miał zamknięte oczy, a dłonie mocno przyciskał do uszu, przy okazji kołysząc się lekko w rytm melodii. Nienachalnie położył dłoń na ramieniu Ogara, który natychmiastowo przestał śpiewać i spojrzał na niego nieobecnymi, smutnymi oczyma. Szmaragdowe tęczówki szybko odzyskały swój unikatowy, dziecięcy blask, ubogacony nutą nieprzesadnie skrywanego szaleństwa.

– Co tu robisz? – czarodziej odsunął rękę.

– Ukrywam się – Lio uśmiechnął się szeroko, w typowy dla niego sposób. – Przyłączysz się?

Blondyn przesunął się, robiąc miejsce byłemu więźniowi. Black nie wahał się zbyt długo i usiadł obok Ogara, który oparł głowę na jego ramieniu, najwidoczniej nie dostrzegając w tym niczego dziwnego. Przez kilka minut nie odezwali się nawet słowem, wspólnie patrząc na wieczorne niebo, z wolna rozbłyskające migotliwym światłem gwiazd. Czarodziej zerknął kątem oka na towarzysza, który zaczął dygotać i zaśmiał się pod nosem. Noc zapowiadała się na jedną z chłodniejszych, a wychodzenie w samej koszulce zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. Ściągnął skórzaną kurtkę i zarzucił ją na ramiona Lio.

– Dlaczego się ukrywasz? – zapytał cicho.

– To cholerne wycie – spojrzał mu prosto w oczy – doprowadza mnie do szału. Nie chcę, żeby on umarł. Nie chcę, żeby ludzie których lubię ginęli – wyciągnął dłoń ku gwiazdom. – Znowu.

– Robimy co możemy, żeby go ratować – postarał się brzmieć zdecydowanie, jednak marnie mu to wyszło. – Nikt z nas nie ma zamiaru zrezygnować z walki o Ravena.

– Jeśli Ravi umrze… – mocniej przywarł do boku byłego więźnia – Dragan nas wszystkich zabije.

– Chyba trochę przesadzasz.

– Nie! – zaprotestował gwałtownie – Drag słucha tylko Raviego. To on odciąga go od głupich pomysłów, a jak go zabraknie… – westchnął ciężko – nie będzie już nikogo, kto powstrzyma Dragana. Nie odpuści Lordom. Uknuje jakiś chory plan, przez który wszyscy zginiemy – poprawił głowę na barku czarodzieja. – Żaden z nas mu się nie przeciwstawi, bo jesteśmy tak samo popierdoleni jak on i nam też udzieli się żądza zemsty. Znowu usłyszymy pieśń i całkiem nam obije. Przestaniemy myśleć – zielone oczy pociemniały. – Będzie liczyło się tylko wezwanie i radość siania zniszczenia, która wpędzi nas do grobu. Nie będzie miało znaczenia nic, poza tą potężną chęcią utopienia świata we krwi tych, którzy staną nam na drodze. To jest potworne… całkowicie nieludzkie i niewyobrażalnie przyjemne. Nie umiemy się temu oprzeć. Nigdy nie umieliśmy.

Zamilkł, poświęcając całą uwagę nieboskłonowi. Martwił się – z godziny na godzinę coraz bardziej. To co powiedział, było prawdą. Tak wyglądało piętno odrodzonych, które na własne życzenie przyjęli, rzucając się w Otchłań. Oni znacznie częściej wpadali w istny szał, z którego Kolekcjoner potrafił ich wyciągnąć, ale kto zatrzyma króla, gdy zabraknie jego najwierniejszego doradcy? Nie chciał o tym myśleć. Dragan co kilkadziesiąt lat znajdował sobie osobę, pełniącą funkcję jego prawej ręki i liczył się z opinią wybrańca, o ile ten potrafił ją odpowiednio uargumentować. Ogary się do tego nie nadawały. Gotowi byli w każdym momencie oddać się bezlitosnej rzezi, częstokroć dla samej radości zabawy i nie kontrolowali swoich zapędów. Przebywając za blisko siebie, nakręcali jeden drugiego, co nigdy nie kończyło się dobrze. Potrzebowali Ravena. Potrzebowali w swoim gronie głosu rozsądku, którego opiniom mogli ufać. Wzdrygnął się, czując dłoń Syriusza na swojej głowie.

– Jeżeli stanie się najgorsze – wyszeptał czarodziej – poproszę Lady Crown, żeby miała oko na Dragana, dobrze? Ona będzie potrafiła nad nim zapanować.

– Lady Crown – wymamrotał, po kilku sekundach klaszcząc w dłonie – tak! Drag nigdy nie zrobi nic, co mogłoby zranić Lady! Ona go zatrzyma! – zaśmiał się maniakalnie – Naprawdę ją zapytasz?

– Naprawdę, ale mam nadzieję, że nie będę musiał.

– Lubisz nas – wydukał po dłuższej chwili, zszokowany tym, do czego doszedł.

– A dlaczego miałbym nie lubić? – Black zaśmiał się w sposób, który poprawił mu nastrój.

– Bo jesteśmy stuknięci, a ludzie nie lubią wariatów – nadął policzki. – Nikt nas nie lubi, poza Lady Crown.

– To teraz będzie nas dwoje.

Lio wbił oczy w towarzysza, wyczuwając od niego coś nieprzyjemnego. Nie zabrzmiał, jakby kłamał, ale w jego tonie dało się zauważyć coś niemiłego…jakiś rodzaj żalu, który wyjątkowo zadziałał mu na nerwy. Zawsze posiadał wyczulone zmysły, jeśli chodziło o emocje innych ludzi. Nie pamiętał skąd mu się to wzięło, ale domyślał się, że przed odrodzeniem w Otchłani, musiał być bardzo empatyczną osobą i zwyczajnie tęsknił za prawdziwymi uczuciami, desperacko szukając ich wokół siebie na każdym kroku. Choć sam ich nie odczuwał, lubił świadomość, że nie zniknęły gdzieś dawno, dawno temu. Coś się stało, był tego pewien. Coś przykrego musiało spotkać czarodzieja w murach ich wspólnego domu i miał już pewne podejrzenia, które chciał potwierdzić. Odwrócił się tak, by siedzieć twarzą w twarz z szarookim i dwoma palcami uniósł kąciki jego ust, rozciągając je w nieco pokracznej namiastce uśmiechu.

– Co Bastet ci powiedziała? – przekrzywił lekko głowę.

– Nic – czarodziej zaprzeczył automatycznie.

– No daj spokój! – jeszcze bardziej wykrzywił jego usta – Teraz to jesteśmy braćmi! Możesz mi powiedzieć.

– Skąd pomysł, że cokolwiek mi powiedziała? – odsunął się, jednak to nijak nie powstrzymało blondyna.

– Bo to Bastet – roześmiał się, wzruszając ramionami. – Ona zawsze musi coś palnąć.

Syriusz przezwyciężył początkowy opór i mniej więcej streścił, co usłyszał z ust tej kobiety. Kiedy powiedział to wszystko na głos, poczuł coś na kształt ulgi – zrozumiał, że nie miał się czym przejmować i prawdopodobnie zmęczenie skłoniło go do roztrząsania absurdalnego zarzutu. Lio przypatrywał mu się uważnie, na swój własny sposób analizując mało przyjemne zajście. Objął ramionami szyję byłego więźnia, który był zbyt zaskoczony nagłą wylewnością, by protestować.

– Ale wiesz o tym, że Lady żyje od bardzo dawna i pewnie setki razy spotykała mężczyzn, podobnych do Salazara? – wyszeptał dziwnie spokojnie – Jakoś żadnego z nich nie miała najmniejszej ochoty trzymać blisko siebie, a już na pewno z żadnym z nich nie spała w jednym łóżku.

– Wiem – Black uśmiechnął się szczerze. – Dzięki, Lio.

– Mówię jak jest! – potargał ciemne włosy rozmówcy – Skoro ty i nasza pani się lubcie, lubicie, to powinieneś mieć w dupie opinię jakiejś pyskatej, obcej baby.

– Lubimy, lubimy? – szarooki spojrzał na niego zdziwiony.

– No… tak, jak dorośli! – zachichotał niewinnie – Nie próbuj zaprzeczać! Widać to na kilometr.

– Dragan mnie zabije… – westchnął, uśmiechając się kącikiem ust.

– No raczej! – Jarri powtórnie usiadł obok kompana, by móc swobodnie gapić się w niebo – Przegrał kupę kasy.

– Co?

– Założył się z Ravim o to, kiedy pękniesz i w końcu powiesz Lady, co do niej czujesz. Myślałeś, że nie zauważą? – wybuchnął śmiechem, rozbawiony tym, że tych dwóch mogłoby nie dostrzec czegoś równie oczywistego. – Pożyczę ci hajs i jak mu oddasz, to może cię nie udusi.

– Bardziej martwi mnie to, że udusi mnie za sam fakt, a nie przegrany zakład.

– Czemu? Gdyby chciał, to już dawno by cię sprzątnął i nie bawił się w żadne zakłady. Nie sądzę, żeby mu to przeszkadzało, dopóki Lady jest szczęśliwa – uderzył czarodzieja w ramię. – Po prostu dbaj o nią, to nic ci się nie stanie. Jak nawalisz – z pełną powagą spojrzał w oczy czarodzieja – osobiście cię ukatrupię. Drag mi pozwolił! Mam już wybraną metodę!

– Nadzianie dupskiem na pal? – nie mógł powstrzymać się od zażartowania, choć sytuacja z całą pewnością była poważna.

– Nie…za dużo roboty – machnął ręką. – Kilka razy próbowałem, ale nie potrafię tego zrobić w taki sposób, żeby ofiara umierała powoli. Liam jest w tym mistrzem! – zaśmiał się radośnie – Po prostu obedrę cię żywcem ze skóry, a wcześniej zmuszę cię do zjedzenia własnego kutasa.

– Brzmi smacznie – Syriusz zajął pozycję półleżącą, opierając się na przedramionach.

– Ale ty jesteś dziwny – Lio mimowolnie był pod wrażeniem. – Nie gniewaj się na Bastet, dobra? Ona nie jest złą osobą, tylko często nie myśli, zanim coś powie.

– Nie mam zamiaru się na nią gniewać – wygrzebał z kieszeni pomiętą paczkę fajek. – Pewnie ciężko jest być żoną psychola i nie zwariować.

– Raczej nie ciężej, niż być jego braćmi – Ogar rzucił się na kolana Syriusza i poczęstował się papierosem, którego odpalił. Wziął pierwszego bucha i natychmiast odrzucił fajkę, krztusząc się dymem. – Ale świństwo! Bleh! – wysunął język, chcąc pozbyć się drażniącego posmaku – Jak wy możecie to palić?!

– Lata wprawy i pogardy dla zdrowia.

Czarodziej roześmiał się, czym skupił na sobie uwagę podekscytowanego blondyna. Naprawdę podobał mu się jego śmiech i chciał go spokojnie posłuchać. Ten dźwięk wydobywał z czeluści jego świadomości wspomnienia, które znikały zdecydowanie zbyt łatwo. Położył głowę na udach kompana, ciesząc się z tego, że mu na to pozwolił. Stracił swojego ukochanego, starszego brata, a Syriusz Black bardzo mu go przypominał i chciał się tym nacieszyć – chociażby tylko przez jeden wieczór. Skrzywił się, wyczuwając obecność pana tych włości. Już wcześniej czuł, że Dragan się im przyglądał, ale z jakiegoś powodu odszedł, znikając na jakiś czas w murach zamku. Najwidoczniej postanowił wrócić i to nie samotnie. Uśmiechnął się, przymykając oczy – nie unikną towarzystwa.

– Przytulanki beze mnie? – kruczowłosy stanął obok Syriusza, zawadiacko unosząc brew.

– Trzeba było się nie szlajać – szarooki podał mu paczkę.

– Jeśli będziecie przy mnie palić, jak parowozy, to was tymi fajkami uduszę – prychnął Q, siadając na krawędzi ławki. – Jak się czujesz, Black?

– Nie najgorzej, chociaż trochę mi jeszcze we łbie szumi.

– Powinieneś wrócić do środka i porządnie odpocząć – westchnął lekarz. – Dziś przetrwaliśmy sporo atrakcji.

– Już mówiłem Bastet, że nie mam zamiaru – musiał się troszkę przesunąć, ponieważ turkusowooki rozsiadł się obok niego. – Obiecałem Vallerin, że wrócę na chwilę i przekażę jej wieści.

– Q pójdzie, ty zostajesz – Dragan rzucił zdecydowanym tonem.

– Mowy nie ma – zaprotestował były więzień. – Q napracował się dzisiaj za całą armię medyków i to jemu należy się odpoczynek.

– Nie rób ze mnie jakiegoś starego mięczaka! – obruszył się zielonooki – Ganiałem po okopach, zanim ty się jeszcze chodzić na dobre nauczyłeś!

– Staruch – zaśmiał się Lio.

– I kto to mówi? – Q starał się zabrzmieć stanowczo, jednak nie powstrzymał cichego parsknięcia.

– Vallerin rozmawiała już z Siwobrodym? – Luther zmienił temat, odpalając papierosa.

– Oficjalnie miałeś wypadek przy pracy nad artefaktem – Black spojrzał na niego kątem oka. – Nieoficjalnie powiedziała Albusowi o potyczce z Lordem. Z tego co mówiła, wspomniała mu też o Ravenie.

– To ułatwi sprawę – turkusowooki wypuścił dym, przyglądając mu się przez chwilę. – Jak mówiłem, Q uda się z misją dyplomatyczną do Hogwartu. Będzie w stanie najlepiej z nas wszystkich poinformować Vallerin, co się tutaj wyprawia, a to powinno ją chwilowo uspokoić.

– Spotkanie z Lady będzie dla mnie zaszczytem – staruszek uśmiechnął się ciepło. – Chcę podziękować jej za wszystko, co dla nas zrobiła i zadać kilka pytań odnośnie trucizn, jeśli mi pozwoli.

– Lio, zbieraj tyłek – król Indrahill spojrzał na swego Ogara. – Pojedziesz z Q, jako obstawa.

– Ale ja nie chcę! – blondyn uderzył pięścią w ziemię.

– A ja się wcale nie pytam, czy chcesz – Dragan przewrócił oczami. – Nie mam zamiaru narażać teraz żadnego z moich bardziej zaufanych ludzi, a ty jesteś poetą w kopaniu tyłków.

– Drag!

Jarri poderwał się i z pełnym impetem wpadł w ramiona Kolekcjonera, czym rozbawił towarzystwo. Luther wyjaśnił wysłannikom, o czym dokładnie wiedział dyrektor Hogwartu i o czym absolutnie dowiedzieć się nie powinien. Miał ochotę zgnieść jak robala swojego Ogara, gdy wpadł w potężny atak śmiechu, po usłyszeniu o jego wspaniałej karierze pedagogicznej. Westchnął, uśmiechając się pod nosem. Dla Lionela to z całą pewnością musiało brzmieć komicznie i wcale mu się nie dziwił. W szkole mocno się pilnował, hamując swoje szaleństwo do granic absurdu. Zapewne Albus i Severus przeczuwali, że coś było z nim znacznie bardziej nie tak, ale trzymali się od tego z daleka, jak nakazywał im instynkt samozachowawczy. Podniósł wzrok, by spojrzeć na gwiazdy. Wysłanie tych dwóch z poselstwem, wydawało mu się najbardziej logicznym pomysłem. Znał Vallerin i wiedział, że rzeczowa rozmowa z lekarzem zajmującym się nimi od samego początku przyniesie jej ulgę. Był jeszcze jeden powód…chciał na spokojnie pogadać z Syriuszem. We czterech zebrali się z tarasu i przenieśli się do pokoju Q, gdzie rozpoczęły się przygotowania do podróży. Było to co najmniej zabawne, zważywszy na to, że nie mieli spędzić w Hogwarcie kilku dni, a co najwyżej parę godzin. Q i Lio, w końcu gotowi na swoje wielkie wystąpienie, teleportowali się w pobliże szkoły, zostawiając Dragana i Blacka na dziedzińcu zamczyska.

– Musimy pogadać – kruczowłosy rzucił szorstko, kątem oka zerkając na czarodzieja.

– O czym? – ton przyjaciela zaniepokoił byłego więźnia.

– Przenieśmy się do pokoju Ravena – turkusowooki skierował się ku głównemu wejściu. – Jakoś nie mam ochoty zostawiać go samego na dłużej.

Czarodziej nie widział w tym żadnego problemu, więc poszedł za Kolekcjonerem. Po drodze zahaczyli jeszcze o główny salon – a dokładniej główny barek – skąd gospodarz zabrał dwie butelki rumu oraz dwa kielichy, w kształcie rycerskich rękawic. Uzbrojeni w odpowiednie akcesoria do toczenia rozmów, weszli do komnaty rannego. Dwóch asystentów pełniło tu wartę, zgodnie z poleceniem Q, jednak Dragan odprawił ich, obiecując, że w razie komplikacji zostaną natychmiastowo wezwani. Medycy wymienili między sobą ukradkowe, nieszczególnie zachwycone spojrzenia, ale nie mogli w żaden sposób dyskutować z rozkazem, wydanym przez samego króla, więc wyszli, zamykając za sobą drzwi. Luther podszedł do łóżka Ravena i usiadł dokładnie w tym samym miejscu, które okupował od czasu swojej pobudki. Zagryzł dolną wargę, wytrącony z równowagi tym, co widział. Wkurwiał go rytmiczny dźwięk respiratora. Wkurwiały go igły, powbijane w ramiona niebieskookiego. Wkurwiało go miarowe pikanie aparatury, monitorującej akcję jego serca. Wkurwiało go przerażające zimno jego dłoni. Wkurwiało go to, że to przez niego był w takim stanie… Ocknął się, gdy Syriusz delikatnie podniósł kołdrę, żeby sprawdzić opatrunek. Śnieżny materiał musiał niedawno zostać zmieniony. Nie zauważył nigdzie plam krwi, więc odetchnął cicho i powtórnie ułożył kołdrę, wygładzając ją. Ponieważ Lutherowi nie spieszyło się z rozpoczęciem rozmowy, postanowił sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu – w razie konieczności podjęcia szybkiej akcji. Doktor Q bardzo dbał o precyzyjne rozstawienie narzędzi pierwszej potrzeby, żeby uniknąć zamieszania w czasie chaotycznej, nerwowej batalii. Czarodziej zdążył już przywyknąć do urządzenie pomieszczenie, dlatego nie miał problemów ze stwierdzeniem, czy wszystko było tak, jak powinno. Zerknął również na rozpiskę – przymocowaną do szafki na ubrania – która zawierała szczegółowy harmonogram podawania medykamentów oraz zmian opatrunków. Podczas dnia skreślało się kolejne pozycje, dopisując w wolnym okienku dokładny czas oraz parafkę, żeby było widać, kto i kiedy wykonał zadanie. Z tego co widział, za kilka minut pora była na zastrzyk wzmacniający. Przeniósł wzrok na stolik i westchnął cicho, widząc na nim podpisaną strzykawkę. Nie przepadał za robieniem zastrzyków, jednak nie miał zamiaru się od tego migać, skoro był na miejscu.

– Dziękuję, kwiatuszku.

Black odwrócił się powoli, ze zdumieniem patrząc na Dragana. Zdarzyło im się rozmawiać o wielu rzeczach – niekoniecznie radosnych – jednak nigdy nie słyszał w jego głosie tak wiele łagodnego ciepła oraz zwyczajnego zmęczenia. Było to zjawisko na tyle nietypowe, że musiał się nad nim przez chwilę zastanowić. Najwidoczniej Luther przeżywał to wszystko znacznie bardziej, niż otwarcie pokazywał. Maska aroganckiego, sarkastycznego dupka opadała z hukiem, gdy otaczali go odpowiedni ludzie.

– Nie ma sprawy – nie musiał pytać, o co chodziło kruczowłosemu. – Cieszę się, że na coś mogę się przydać.

– Zrobiłeś dla niego znacznie więcej, niż ja – demoniczne oczy zalśniły wściekłością, która zgasła w chwili, w której uścisnął dłoń nieprzytomnego przyjaciela.

– Przestań, bo zacznę się rumienić – próbował zażartować, jednak nic to nie dało. – Dobrze się czujesz, stary?

– Jak szmata rozjechana walcem – zaśmiał się pusto, po czym sięgnął po butelkę i wyrwał korek zębami.

– Rezygnujemy ze szkła? – czarodziej usiadł na podłodze, obok nóg turkusowookiego.

– Wal z gwinta, jak mężczyzna!

– A to nie powinniśmy pić z czaszek naszych wrogów? – przyjął od kompana butelkę – Jak prawdziwe samce alfa?

– Gdzieś tu powinny walać się jakieś czaszki – w końcu Dragan roześmiał się szczerze. – Blacky, nie tylko za Raviego chcę ci podziękować. Dzięki, że nie pozwalasz Vallerin przechodzić przez to samej.

Syriusz o mało nie zadławił się rumem. Co prawda gadał już z Jarrim, ale Dragan…to był Dragan i nikt nie mógł być do końca pewny, co mu po głowie chodziło. Ciężko przełknął ślinę, usiłując wyciągnąć jakiekolwiek wnioski z jego tonu, ale prawda była taka, że nie miało to krzty sensu – Luthera trudno było rozczytać.

– Powiedziałeś jej w końcu? – turkus jego oczu skuł nieoczekiwany chłód.

– O czym? – odwrócił wzrok, nie mogąc znieść tego spojrzenia.

– Nie wydurniaj się, kundlu! – zaśmiał się złowróżbnie – Masz mnie za idiotę?

– Tak – przytaknął, wzruszając ramionami.

– Ranisz moje uczucia, skarbie! – rzucił przedramatyzowanym głosem. – No gadaj!

– Powiedzmy, że – upił łyk alkoholu, celowo robiąc pauzę – przegrałeś zakład.

– Niech to! Słyszałeś, Ravi?! – rozbawiony i niesiony przyzwyczajeniem chciał spojrzeć na byłego Łowcę, który zawsze milcząco stał u jego boku, zbywając takie bzdury półsłówkami. Natychmiast przeszła mu cała ekscytacja. No tak…zapominał, że obecnie nie miał już prawej ręki. – Niech to…

Luther przestał się odzywać, a atmosfera między nimi zwyczajnie zdechła. Żaden z nich nie miał najmniejszej ochoty na rozmowy, więc wsłuchiwali się w odgłosy sprzętu medycznego. Pili w milczeniu, przytłoczeni tym, co działo się wokół. Te ostatnie kilkadziesiąt godzin odcisnęło na nich piętno, które dawało o sobie znać za każdym razem, gdy pojawiał się względny spokój. Napięcie opadało, pozostawiając płynące swobodnie myśli. Przez te parę dni życie nabrało zawrotnego tempa, wyżymając ich z resztek energii życiowej. Czarodziej oparł głowę o ramę łóżka i pociągnął łyk rumu, wpatrując się w sufit. Był zmęczony. Myślał tylko o tym, żeby wrócić do Vallerin i zasnąć, trzymając ją w ramionach. Uśmiechnął się, przymykając oczy. To była przepiękna wizja, ale póki co nieosiągalna. Nie miał zamiaru odejść z Indrahill, dopóki mógł w jakikolwiek sposób pomóc.

– Przepraszam, Syriusz.

Były skazaniec gwałtownie otworzył oczy i spojrzał na swojego kompana. Najwidoczniej Dragan obrał sobie za punkt honoru przyprawienie go dzisiaj o palpitacje.

– Za co niby? – nie ukrywał zaskoczenia.

– Za tę marudną babę – Kolekcjoner zaśmiał się krótko. – To co powiedziała, to był cios poniżej pasa.

– Przeżyję – powtórnie zamknął powieki, uśmiechając się kącikiem ust.

– Taka zniewaga – cmoknął, zatroskany. – Przecież wszyscy wiedzą, że masz słodszy pyszczek od tego umarlaka! – wzniósł pięść ku górze – Głównie dlatego, że jest kupą zgniłych kości, ale zawsze!

– Dupek – zaśmiał się Black, uderzając pięścią kolano Luthera.

– Pies na baby – sprzedał mu niezbyt mocnego kopa w żebra, niechcący trącając butelkę.

– Ej! – szarooki przycisnął szkło do piersi – Alkohol to ty szanuj!

– A trzymaliście się z Vallerin za ręce?

Dragan po raz ostatni mocno uścisnął dłoń Ravena, po czym usiadł naprzeciwko czarodzieja, szczerząc się do niego niepokojąco. Znalazł sobie rozrywkę, dzięki której choć na chwilę mógł odciągnąć myśli od ciemnej dupy, w której się znajdował.

– Zazdrosny? – Syriusz uniósł zaczepnie brew, podejmując grę.

– Ciekawski! W końcu jesteś moją psiapsiółką! Musimy sobie poplotkować o dziewczynach – położył się na brzuchu, wspierając brodę na splecionych dłoniach. – Tylko mi nie mów, że już się całowaliście! – przysłonił dłonią usta, robiąc komicznie wielkie oczy.

– Nie twoja sprawa – odwrócił wzrok, rumieniąc się.

– Cały jesteś czerwony! – zaczął machać nogami, nie dbając o to, że prawdopodobnie wyglądał jak ostatni kretyn. Przy Blacku nie musiał się kryć ze swoimi dziwactwami. – Ale to słooodkie! Jak by tu was nazywać – przytknął palec do ust. – Syllerin? Valius? Sirvall? Blacrown?

– A was? – szarooki postanowił odbić piłeczkę, przy okazji drażniąc kumpla – Draven? Ragan? Raveragan?

– Prędzej Draffin albo Griffgan – kruczowłosy nijak nie przejął się sugestią.

– Poważnie? – czarodziej zmarszczył brwi – A nie Drama albo Margan?

– Raven w szeregi Łowców trafił, kiedy miał jakieś 5 lat i to tam wmówili mu, że ma na imię Marco. Nie miało to znaczenia, bo zwracali się do dzieciaków przydzielonymi numerami. Większość z nich miała na imię Marco – zacisnął zęby, dławiąc irytację. – Wyśledziliśmy, skąd oni tak właściwie brali te wszystkie gnojki i dotarliśmy do siatki handlarzy żywym towarem. Wiesz – jego diaboliczne oczy zyskały makabryczny blask – Lutherowie są szczególnie wyczuleni na takie sprawy, ponieważ nas też kiedyś potraktowano jak zwykły towar i potrafimy się nieźle wkurwić, natrafiając na takich skurwieli. Zostawiłem uroczych gentlemanów w troskliwych łapkach Liama, który złamie nawet najbardziej zatwardziałego milczka. Dzięki Liamowi, Raven dowiedział się kiedy i skąd go porwano, ale nigdy nie chciał się tym podzielić. Powiedział tylko, jak naprawdę ma na imię – przeniósł wzrok na łóżko. – Griffin.

– Driffin – animag rzucił w kompana papierosami.

– Kiepski jesteś w tej zabawie, pyszczulku – zacisnął zęby na filtrze fajki i oddał pudełko.

– Ty niby jesteś lepszy? – prychnął wyzywająco.

– Nie moja wina, że masz takie głupie imię! – przewrócił oczami.

– Bastet nie jest o was zazdrosna?

– O mnie i Raviego? – uśmiechnął się łagodnie – Ona potrafi być zazdrosna dosłownie o wszystko. Zapewne zupełnie inaczej wyobrażała sobie to małżeństwo, chociaż nie wiem, dlaczego – prychnął, przechylając butelkę. – Znalazłem się po prostu w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i postanowiłem uratować życie jednej, zagubionej małolaty.

– Sumienie cię ruszyło, czy co? – zakpił czarodziej.

– Sumienia to ja raczej nie mam – roześmiał się Kolekcjoner. – Zwyczajnie nienawidzę fanatyzmu, w żadnym wydaniu. No tak mnie to wkurwia, że sobie nie wyobrażasz! – przeniósł gniewne spojrzenie na towarzysza – Nie znoszę, kiedy ludzie podążają za czymkolwiek na ślepo i nie potrafią myśleć samodzielnie, ani wyłamać się z odrażających, ogólnie przyjętych schematów. Uratowałem Bastet, bo taki miałem kaprys. Chciała wydostać się z tego środowiska, to ją wyciągnąłem. Chciała bezpieczeństwa swoich krewnych, są bezpieczni. Chciała się kształcić i zostać lekarzem, umożliwiłem jej to. Chciała dołączyć do Legionu, żeby odwdzięczyć się za ratunek, przystałem na to. Dostaje wszystko, o co tylko poprosi i pojęcia nie mam, czego jeszcze może ode mnie chcieć! – podniósł głos.

– Miłości? – Syriusz pytająco uniósł brew.

– To jedyna rzecz, której nie mogę jej dać – turkusowooki podsumował w pełni szczerze. – Nie potrafię kochać ludzi w taki sposób. Mogę się z nią przespać, czemu nie? Mogę zasypywać ją komplementami i prezentami, co nieraz zdarzało mi się robić. Mogę wspierać ją w rozwijaniu talentów i zainteresowań, nie ma problemu. Mogę interesować się tym, jak minął jej dzień. Mogę zapraszać ją na wymyślne randki, albo podawać śniadanko do łóżka, jakoś to zniosę. Mogę leżeć z nią w łóżku i snuć sielankowe plany na przyszłość. Mogę bardzo przekonująco udawać, że ją kocham, ale po co to wszystko? – pociągnął łyk rumu – Jakkolwiek nie odgrywałbym roli przykładnego męża, to zawsze będzie jednym, wielkim kłamstwem. Nie jestem aż tak okrutny, Blacky. Często pogrywam sobie z ludźmi, przyznaję, ale nigdy nie zniżyłbym się do takiego poziomu. Nie oszukiwałbym przez ponad dwadzieścia lat kobiety, która jest we mnie zakochana, byleby mieć święty spokój i normalne życie na pokaz.

– Co jeśli ona stara się, jak może i liczy na to, że w końcu ją pokochasz? – nagła myśl rozjaśniała w umyśle szarookiego – To wyjaśniałoby, dlaczego jest aż tak sfrustrowana.

– Wiele razy rozmawiałem z nią na ten temat – westchnął Luther. – Zna moje stanowisko i wie, że nie zmienię zdania, ale nie wydaje mi się, żeby się z tym pogodziła. Nie mam na to wpływu, skarbie. Nie mogę zakochać się na zawołanie, ani rozkazać jej się odkochać.

– Pat – wzniósł butelkę, którą przyjaciel lekko stuknął własną.

– Upierdliwy pat. Ravi działa Bastet na nerwy, ale nie ośmieli się podważyć jego pozycji w Legionie. Jako moja prawa ręka, jest moim najbliższym doradcą i wie o rzeczach, o których nie mówię nikomu innemu – delikatnie pogładził dłoń rannego. – Widziałeś jego bliznę na ustach? – uśmiechną się, gdy czarodziej potwierdził potaknięciem – Pamiątka po bójce w barze. Przez tydzień szukaliśmy ruin, w nie tym miejscu, co potrzeba. Wkurzeni poszliśmy się napić do baru, a tam jakiś miejscowy pijaczyna zaczął odstawiać niezłe cyrki, mocno niestosownie odnosząc się do kelnerki. Ravi jest spokojnym facetem, ale wtedy nerwy mu puściły i zaczęła się zadyma. Drasnęli go nożem. Blizna po postrzale? – zaśmiał się krótko – Dostał kulkę, kiedy chronił moje plecy podczas przejmowania magazynu z bronią. Zazwyczaj, kiedy pakuje się w kłopoty, Raven jest ze mną i albo mnie uspokaja, albo przyłącza się do bitki. Przez ostatnich dziewięć lat zdążyliśmy się ze sobą zżyć, a mnie takie rzeczy nie przychodzą łatwo. Ufam mu, Blacky – demoniczne oczy stały się nad wyraz łagodne. – Ufam mu bardziej, niż któremukolwiek z jego poprzedników. Nie przeszkadza mi, kiedy krytykuje moje plany, lub ogólnie zachowanie. Lubię słuchać jego uwag, bo miewa rację, a bywa że nie jestem w stanie spojrzeć na wszystko z odpowiedniej perspektywy. Ravi instynktownie wie, kiedy musi się wtrącić, a kiedy to nie ma sensu. Czegokolwiek bym nie wymyślił, on zawsze idzie za mną, wierząc w to, że wiem co robię.

– Dobrze się dobraliście – Syriusz zaśmiał się miękko.

– Też tak uważam – Luther przytaknął z uśmiechem. – Bardzo dobrze mi się z nim pracuje i spędza czas wolny, jeśli takim dysponujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek mógł zająć jego miejsce. Dlatego tak cholernie wkurwia mnie to, że teraz… – głos uwiązł w jego gardle – przeze mnie…

Szarooki spojrzał na przyjaciela, przypatrując mu się przez chwilę. Luther mocno zaciskał szczękę, wpatrzony w bandaż na twarzy swojego doradcy. Tak jak podejrzewał, Dragan mocno przeżywał to, co się wydarzyło i był skłonny zaryzykować stwierdzenie, że czuł wyrzuty sumienia. Podniósł się z podłogi i stanął obok turkusowookiego, po czym mocno uścisnął jego ramię. Potrafił to zrozumieć. Przypuszczał, że Kolekcjoner przechodził przez coś podobnego, co on sam w ciągu dwunastu lat uwięzienia, z jedną różnicą – Raven, w przeciwieństwie do Jamesa, wciąż żył. Szczera potrzeba ratowania życia byłego Łowcy, zapłonęła w nim nowym, potężniejszym płomieniem. On stracił Rogacza i nie uśmiechało mu się, żeby pozwolić Draganowi doświadczyć tego samego. Jeżeli istniał choć cień szansy…powinni walczyć do upadłego.

– Nie patrz tak na mnie, kwiatuszku – syknął kruczowłosy, nie odrywając wzroku od Raviego. – Nie rozsypię się, jak domek z kart, nie martw się.

– A co, jeśli się martwię? – czarodziej nie odpuszczał.

– To strasznie pocieszna z ciebie psinka! – Luther gwałtownie odwrócił głowę, patrząc mu prosto w oczy – Po prostu…to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie i średnio mi się podoba. Nigdy wcześniej nie dobijała mnie tak możliwość utraty któregokolwiek ze współpracowników, bo w tym fachu to całkiem normalne zjawisko. Nigdy wcześniej nie czułem się… – urwał, nie mogąc znaleźć odpowiedniego słowa.

– Winny? – dokończył Syriusz.

– Głupie słowo – prychnął, zniesmaczony jego paskudnym brzmieniem. – Skąd mi się to kurwa nagle wzięło?!

– Najprawdopodobniej z tego, że Raven jest dla ciebie kimś więcej, niż współpracownikiem, czy innym podwładnym – uśmiechnął się ze zrozumieniem. – To przyjaciel, a na krzywdę przyjaciela patrzy się cholernie ciężko.

– Przechodzi?

– Nie – rzucił bez chwili namysłu.

– Przejebane – Kolekcjoner westchnął teatralnie.

– Przytulić? – Black zażartował zaczepnie.

– Przytulić!

Zanim czarodziej zdążył zarządzić taktyczny odwrót, Dragan wstał zwinnie i oplótł ręce wokół jego ramion, przyciskając go mocno do swojej klatki piersiowej. W pierwszej chwili chciał się wyrywać, ale ukradkowo pochwycił spojrzenie kruczowłosego, które skłoniło go do zmiany planów. Wyglądał na bardzo poruszonego i w jakiś sposób zranionego, więc nie chciał go od siebie odpychać. Zamiast urządzać przepychanki, odwzajemnił uścisk.

– Głupie uczucia – warknął król Indrahill. – To zawsze tak boli?

– Nie zawsze – ściszył głos do kojącego półszeptu.

Ton Blacka trochę go uspokoił. Był zdezorientowany i nie znosił tego szczególnie dobrze. Od wielu, wielu lat nie odezwały się w nim jakiekolwiek uczucia, w swojej normalnej, ludzkiej formie. Nawet traumę, jaką była dla niego śmierć matki, pamiętał raczej przez pryzmat wrzącego gniewu. Setki razy patrzył na śmierć podwładnych – których często lubił – ale nie wywoływało w nim to aż takich emocji. Swego czasu zabił przecież własnych współbraci i nie odczuwał wtedy niczego, poza irytacją. Zazwyczaj bywał po prostu zły i nie docierały do niego żadne inne bodźce, dzięki czemu mógł bez problemu dystansować się od wszelakiej maści potworności. Nie miał nikogo, kogo stratą mógłby się tak przejmować. Jego ukochany anioł był nieśmiertelny i nie musiał martwić się tym, że pewnego dnia zniknie bez ostrzeżenia. Uderzył w niego podskórny gniew. Skoro tak to miało wyglądać, to na cholerę była mu ta cała przyjaźń?! Po co miałby świadomie dawać losowi szansę na to, by wbił mu taką szpilę?! Zreflektował się dopiero po dłuższej chwili. Z Ravenem przeżył wiele… zarówno dobrego, jak i złego i tak na dobrą sprawę, nie oddałby tego za nic na świecie. Odetchnął głęboko. Może z czasem zrozumie i sobie to poukłada… Chwilę spokoju przerwało gwałtowne otworzenie drzwi. Bastet wpadła do pokoju, chcąc podać poszkodowanemu lekarstwa i zamarła w progu, widząc przytulających się mężczyzn.

– Panie Black – nerwowo poprawiła okulary. – Pomoże mi pan z zastrzykiem?

– Jasne.

Szarooki starał się puścić kumpla, jednak najwidoczniej nie było to w smak Kolekcjonerowi. Kruczowłosy obrzucił kobietę pełnym wyrzutu spojrzeniem i zamiast odsunąć się od czarodzieja, zarzucił mu ręce na szyję. Syriusz przewrócił oczami, uśmiechając się kącikiem ust. Rozpoznawał już oznaki nadciągającego cyrku.

– Jeszcze chwilkę, skarbie – wymruczał Luther, przesuwając kciukiem po jego karku.

– Później, przystojniaczku – może i były więzień nie miał zamiaru obnosić się ze złością na Bastet, jednak zdawał sobie sprawę z tego, że przyjaciel nie pozwoli mu wycofać się od tak. – Poczekasz?

– Mhmm – wymruczał Dragan, przy okazji pocierając koniuszek nosa czarodzieja swoim własnym.

Puścił oczko rozbawionemu Blackowi i zajął ulubione miejsce na łóżku Ravena, nie spuszczając oka z Bastet. Był poważnie zniesmaczony jej wcześniejszym zachowaniem, które postrzegał, jako nikomu niepotrzebną dziecinadę. Naprawdę starał się zachowywać wobec niej przyzwoicie, ale ona niczego mu nie ułatwiała. Kilka razy zdarzyło się, że wyleciała mu z istną awanturą o jakąś głupotę, na oczach członków oddziału medycznego. Warknął pod nosem. Nie powinien pozwalać jej na takie zachowanie, jednak czuł się w jakiś sposób odpowiedzialny za jej los oraz uczucie, którym obdarzyła go wbrew jego woli. Bastet czuła na sobie zimne, turkusowe tęczówki i nie zamierzała dać po sobie poznać, że król wyprowadzał ją z równowagi. Odcięła się od zbędnych emocji i zajęła pracą, korzystając z uprzejmej pomocy pana Blacka. Wspólnymi siłami podali pacjentowi stosowne lekarstwa oraz wymienili kroplówkę. Zawahała się, gdy Syriusz zasugerował sprawdzenie, jak goiło się oko. Miał ku temu podstawy, ponieważ na bandażu zauważalna była żółtawa wydzielina, przywodząca na myśl ropę, a jeśli rana ropiała…należało ją skrupulatnie oczyścić. Najwidoczniej czarodziej zauważył jej opór i postarał się ją uspokoić, kładąc jej dłoń na ramieniu.

– Ja to zrobię – uśmiechnął się delikatnie.

– Dziękuję… – wyszeptała niepewnie.

Mężczyzna usunął opatrunek i spojrzał na nią pytająco, w czym nie było niczego dziwnego. Nie parał się sztukami uzdrowicielskimi, a jedyne co potrafił, to wykonywać polecenia mądrzejszych od siebie. Kobieta wzięła się w garść i zaleciła oczyszczenie rany oraz nałożenie na niej maści gojącej. Zaciskając pięści odwróciła się w kierunku stolika, jednak czarodziej ją uprzedził, nie chcąc, by zajmowała się czymś, co wzbudzało w niej skrajny dyskomfort – nie pierwszy raz miałby wykonać taki zabieg.

– Podasz maść? – zerknął na nią kątem oka – Nie wiem, która to.

Była świadoma jego kłamstwa, jednak doceniała, że nie pozwalał jej czuć się całkiem zbyteczną. Zrobiło jej się okropnie głupio. Pan Black starał się być dla niej miły, okazując coś na kształt sympatii na swój własny, nienachalny sposób. Nie powinna była sugerować mu czegoś tak okropnego… Nie tylko ze względu na niego, ale także Lady Crown. Vallerin zawsze była dla niej dobra, chociaż ich początki nie należały do najłatwiejszych. Pod dach rezydencji trafiła kilka tygodni po ucieczce z własnego kraju i to pod okiem płomiennowłosej rozpoczęła naukę magii. Wcześniej nie miała z czymś takim kontaktu, ponieważ jej rodzina nie była w żaden sposób zainteresowana dołączeniem do magicznej społeczności – za dużo się działo i bez tego. Panna Crown cierpliwie uczyła ją podstaw, nieraz przełamując bzdurną niechęć nowej podopiecznej. Była najbardziej wyrozumiałą, troskliwą i miłą kobietą, jaką przyszło jej spotkać. Przez te wszystkie lata w Legionie, zawsze chętnie wracała do posiadłości, kiedy tylko nadarzała się ku temu okazja.

– Przepraszam – wymamrotała, pokornie opuszczając wzrok.

– Nie ma sprawy – Syriusz rzucił lekko, nie przerywając nakładania nowego opatrunku.

– Nie powinnam tego mówić… – kontynuowała, niepewna tego, czy powinna.

– Zapomnijmy o tym, dobrze? – szare oczy wbiły się w nią z determinacją – Wolę nie wracać do tego tematu.

– Jesteś za miły, pchlarzu – Dragan podniósł się i chwycił obrożę czarodzieja, przyciągając go nieznacznie. – Dlaczego mnie tak nie słodzisz?

– Bo byś mnie śmiechem zabił? – przewrócił oczami.

– Przyłapany! – Luther zaśmiał się, ale nagle zamilkł, patrząc na Bastet – Skończyłaś?

– Na chwilę obecną tak – odparła twardo.

– To idź się pobawić probówkami – syknął kąśliwie. – To męski wieczór. O! – rozpogodził się nieoczekiwanie – Zróbmy sobie maseczki, Blacky! Mam u siebie kilka!

– Na cholerę ci maseczki? – uniósł brew.

– Myślisz, że ja z natury taki piękny jestem? – zatrzepotał rzęsami, opierając dłoń na mostku rozmówcy – Pochlebca!

– To ja was zostawię – Bastet gotowa była wyjść, ale zatrzymał ją głos czarodzieja.

– Może się przyłączysz? – zapytał z uśmiechem.

– Chyba nie powinnam… – spojrzała ukradkiem na Dragana.

– Skoro kundel nie ma nic przeciwko, to możesz zostać – westchnął Luther. – Mam maseczkę z jadem żmii. Będzie jak znalazł.

                    Q stanął przed bramami Hogwartu, zastanawiając się, co teraz. Godzina nie była jakaś wybitnie późna jednak, jak to w styczniu bywa, zdążyło zrobić się całkowicie ciemno. Szkoła Magii i Czarodziejstwa nigdy go nie interesowała, dlatego nie orientował się, gdzie powinni iść. Spojrzał przez ramię na Lio i przewrócił oczami. Jarri stał obok niego, nie sprawiając wrażenia jakkolwiek zainteresowanego – z zaplecionymi na karku rękami, wpatrywał się w jedną z wież budowli. Doktor westchnął teatralnie, ściągając na siebie uwagę kompana.

– Wiesz, gdzie iść? – rzucił, bez cienia wiary w to, że usłyszy logiczną odpowiedź.

– Do głównych drzwi i korytarzem na północ – blondyn wzruszył ramionami, wracając do gapienia się na zamek.

– Byłeś tu kiedyś? – Q ruszył powoli ku czemuś, co wyglądało na dziedziniec.

– W sumie to kilka razy, ale nigdy jakoś specjalnie długo – Ogar poszedł za nim, zabawnie podrygując przy każdym kroku. – Mieliśmy pewne podejrzenia, co do jednego z pracowników i musiałem go przez trochę poobserwować. Strata czasu – zaśmiał się ponuro. – No i wpadłem tu ostatnio po Lady!

– Poprowadzisz?

– Skoro muszę…

Jęk niechęci przełożył się na zapał w wykonaniu obowiązku. Prawda była taka, że Lio nie lubił szkół i unikał ich, jak ognia. Te roześmiane, szczęśliwe szczeniaki przypominały mu o dzieciństwie, którego tak na dobrą sprawę nigdy nie przeżył. Odebrano mu tę szansę…wraz z całą najbliższą rodziną. Zazdrościł młodym czarodziejom tego, że mogli żyć tu sobie spokojnie. Zawiązywać przyjaźnie. Dawać porwać się błahym, bezsensownym dramatom. Spędzać czas z rówieśnikami. Pobierać nauki od wykwalifikowanych, doświadczonych mentorów. Bawić się, śmiać, płakać, złościć, godzić… On ze swoich lat młodzieńczych dokładnie pamiętał wyłącznie jedną rzecz – rzeź. Kiedy zaczęły się pogromy miał 8 lat, a to czego doświadczył w przeciągu kilku miesięcy, odarło go z niewinności. Przed rzuceniem się w Otchłań, co noc nawiedzały go upiorne, realistyczne koszmary. Kiedy tylko zamykał powieki, widział obrazy obrzydliwych tortur. Czuł smak i zapach krwi, którym przesiąkł na wskroś. Słyszał ogłuszające, agonalne krzyki, przypominające bardziej zwierzęcy, zrozpaczony ryk. Powtórnie odczuwał ból, który jego oprawcy zadawali mu z chorym upodobaniem. Tylko że…oni wcale nie byli chorzy. Tymi, którzy maltretowali go tygodniami nie byli jacyś zwyrodniali psychopaci, od lat czający się na bezbronne ofiary, by później znęcać się nad nimi dla czystej przyjemności. To byli zwyczajni ludzie. Ojcowie rodzin, drobni przedsiębiorcy, poczciwi rolnicy, światli uczeni… Po prostu ludzie, których złudna obietnica przemieniła w istne potwory i właśnie to było najgorsze. Kiedy Dragan go uwolnił, paniczne bał się ludzi i nie chciał mieć z nimi nic wspólnego. Całymi dniami siedział w swoim skromnym pokoju, skulony w najciemniejszym kącie. Dostawał napadów lękowych, gdy słyszał czyjś głos za drzwiami i kulił się jeszcze bardziej, chcąc zniknąć. Wpadał w histerię, kiedy ktokolwiek próbował go dotknąć, ponieważ wydawało mu się, że dotyk spali mu skórę. Naprawdę próbował to przezwyciężyć i zacząć współpracować ze swoimi wybawcami, ale nie potrafił. Uśmiechnął się szeroko, patrząc na nocne niebo. Nie potrafił, aż nie spotkał Lady Crown. Płomiennowłosa co wieczór siadała pod drzwiami jego pokoju i mówiła do niego. Opowiadała o minionym dniu, innych ocalałych, skrzatach, ogrodzie, magii i wielu innych rzeczach, nie oczekując od niego, że będzie odpowiadał. Z czasem, w godzinach wieczornych, zaczynał opierać się plecami o drzwi, wyczekując jej przyjścia. To ona nakłoniła go do wyjścia z pokoju i nie puszczała jego ręki, oprowadzając po rezydencji. To ona od nowa nauczyła go czytać i pisać. To dzięki niej zaczął jeść, rozmawiać i uśmiechać się. To wsłuchując się w jej piękny śpiew po raz pierwszy od przeszło roku zasnął spokojnie. Mocno zacisnął pięści, czując ohydną falę goryczy. Odrzucił wszystko, co dla niego zrobiła, wybierając Otchłań. Odrodzenie pozbawiło go lęków oraz koszmarów, jednocześnie odbierając mu zdolność normalnego odczuwania emocji. Wybrał łatwiejszą i szybszą ścieżkę pozbycia się ciągłego cierpienia, w zamian oddając człowieczeństwo. Nie miał prawa o nic prosić Lady. Nie miał prawa pokazywać jej się na oczy – tak samo, jak jego bracia. Westchnął, opierając dłoń na drzwiach wejściowych. Raven był ważniejszy, niż ten potworny wstyd.

– Gotowy? – uśmiechnął się, zerkając na Q.

– Rusz się – warknął lekarz, przełykając nagromadzoną ślinę.

Jarri zaśmiał się głośno i popchnął wrota, nie pozostawiając im już wyboru. Wspólnie weszli go jasno oświetlonego, przyjemnie ciepłego korytarza. Blondyn zatrzymał się i rozejrzał, przygryzając wewnętrzną część policzka. Pojęcia nie miał, gdzie szukać dyrektora, a ustalili, że to z nim najpierw powinni porozmawiać, żeby nie narobić Lady problemów. Zazwyczaj w takich sytuacjach po prostu rzucał monetą, a później i tak olewał wynik, idąc na żywioł. Był ciekawy tego całego Albusa, ponieważ – bazując na opowieściach Dragana – wydawał się całkiem równym koleżką. Przysłonił dłonią usta, tłumiąc chichot. Siwobrody. Całkiem intrygujące przezwisko. Wzdrygnął się, czując falę przygnębiającej energii i szybko odszukał źródło tego wrażenia. Korytarzem szedł dość wysoki, blady, ciemnowłosy facet w śmiesznej kiecce. Uśmiechnął się od ucha do ucha. Jeśli w tym zamku był ktoś, kto zasługiwał na ksywkę Ponury, to zdecydowanie ten gość!

– Chodź!

Ogar chwycił Q za rękę i pociągnął za sobą, chcąc jak najszybciej złapać mężczyznę, którym musiał być nie kto inny, jak Severus Snape. Luther wyszczególnił go w gronie osób, wiedzących o prawdziwej tożsamości panny Crown i powiedział, że jak się na niego natkną, to mogą śmiało prosić o pomoc. Co prawda Syriusz dość sceptycznie zareagował na taką sugestię, jednak nie znali kontekstu relacji między czarodziejami, a Black nie był skłonny z niczego się tłumaczyć. Blondyn, nie siląc się na kurtuazję, mocno klepnął plecy nauczyciela nieomal pakując go w kamienny filar. Roześmiał się, gdy spojrzały na niego rozgniewane, czarne oczy. Przewrażliwiony służbista.

– Panowie w jakiej sprawie? – Snape obrzucił ich protekcjonalnym, wyniosłym spojrzeniem.

– Jakbyś spróbował się uśmiechnąć, to pękłaby ci twarz?

Q przetarł dłonią czoło, nos i oczy, mając ochotę przydusić tego gnojka. Jarri nie czuł potrzeby uważania na to, co mówił i zazwyczaj nie próbował hamować swojego cudacznego temperamentu, częstokroć z rozmysłem doprowadzając ludzi do szału. Sądząc po minie pana nauczyciela i tym razem udało mu się cel osiągnąć, więc był zmuszony wkroczyć do akcji, zanim wylecą z tego zamku z hukiem. Przesunął Ogara za swoje plecy, po czym uśmiechnął się lekko do zirytowanego czarodzieja.

– Proszę wybaczyć – przemówił profesjonalnym, wyuczonym tonem dyplomaty. – Kolega nie za dobrze odnajduje się w kontaktach międzyludzkich. Przysłano nas, żeby poinformować dyrektora oraz panienkę Dumbledore o stanie zdrowia pana Luthera. Czy byłby pan uprzejmy wskazać nam drogę do właściwego gabinetu?

Mistrz eliksirów przez moment wahał się z udzieleniem odpowiedzi. Przyglądał się przybyszom krytycznym wzrokiem. Starszy z całą pewnością odznaczał się klasą i obyciem, jednak młodszy wzbudzał w nim mieszane odczucia. Blondyn stał niespokojnie, kołysząc się na piętach i omiatając spojrzeniem ściany. W pewnym momencie wlepił w niego zielone, roześmiane tęczówki i przytknął palec do jego policzka, rytmicznie go uciskając. Z całą pewnością trafił mu się kolejny denerwujący egzemplarz i jakoś nieszczególnie dziwiło go to, że mógł mieć jakieś bliższe kontakty z turkusowookim.

– Lio… – westchnął lekarz.

– No co? – Ogar przewrócił oczami – Poważnie muszę wiedzieć, czy to maska, czy on po prostu ma taką sztywną buźkę. Fascynujące, nie uważasz?!

– Ani trochę – burknął doktor, mając powoli dość. – Zostaw pana w spokoju.

– Ale…

– Zostaw, powiedziałem! – podniósł głos, nie wierząc w to, że to coś da – Jak nie odpuścisz, wpiszę to do raportu.

– Uuu – prześmiewczo zaintonował Jarri. – Poskarżysz się szefuńciowi? Już się boję.

– Jeszcze słowo, a cię sparaliżuję i tutaj zostawię.

Tym razem blondyn dał sobie spokój, najwidoczniej wierząc w cudaczną groźbę. Wkurzony Snape odsunął od siebie dłoń dzieciaka, usiłując napomnieć go swoim firmowym, pogardliwym spojrzeniem. Nie miał pojęcia, kim byli ci dwaj i co się tu odczyniało, więc nie potrafił powiedzieć, na jak dużo mógł sobie względem nich pozwolić. Najwidoczniej jego typowe zagranie nie zrobiło wrażenia na młodszym mężczyźnie, biorąc pod uwagę szeroki uśmiech, rozświetlający jego okaleczoną, przyjemnie niewinną twarz. Snape warknął, zirytowany. Patrząc na blondyna, czuł się, jakby obserwował jakiś niedorzeczny promyczek czystego szczęścia – o dość specyficznych gustach oraz całkowitym braku jakiegokolwiek wyczucia. Odwrócił wzrok, nie mogąc znieść tego radosnego, olśniewającego uśmiechu.

– Panowie pozwolą za mną – ograniczył się do suchej komendy.

Nie wdawał się w dalszą dyskusję, choć miał na to ochotę. Coś podpowiadało mu, że wojenka z zielonookim szczylem mogła skończyć się mało przyjemnie, a obecnie nie miał czasu na podobne zamieszanie – musiał zając się sprawdzaniem referatów, w trybie pilnym. Kątem oka zerknął na idących za nim przybyszy. Uznał, że nie mogli kłamać co do celu swojej wizyty, bo i co niby mieliby tym ugrać? Całkiem pasowali mu do Dragana, chociaż nie potrafiłby tego jasno wytłumaczyć. Zaprowadził ich do gabinetu Albusa, starając się nie poświęcać im więcej uwagi, niż było to konieczne. Zostawił ich samych przed drzwiami, nie mając ani czasu, ani ochoty się w to wszystko mieszać – jeśli sytuacja będzie tego wymagała, dyrektor tak czy inaczej go poinformuje. Odszedł, nie żegnając się, mimowolnie myśląc o tym, że współpraca z Lady oraz Lutherem sprowadzała w te mury coraz dziwniejsze osobistości. Kiedy wysłannicy króla Indrahill zostali sami, Q nachylił się ku towarzyszowi, chcąc zamienić z nim słowo.

– Chociaż spróbuj się jakoś zachowywać – wysyczał.

– Przecież się zachowuje! – zaprotestował Jarri, śmiejąc się cicho – Jakoś.

Q dał sobie spokój, wiedząc, że upominanie Lionela mijało się z celem – równie dobrze mógłby przekonywać ścianę, żeby przesunęła się o kilka metrów. Zapukał do drzwi i otworzył je, słysząc zaproszenie. Weszli do zagraconego, przyjemnie urządzonego gabinetu w którym zdecydowanie królowało szerokie biurko, za którym siedział siwy starzec z długą, śnieżną brodą. Jego czujne, jasne oczy natychmiast skupiły się na nieoczekiwanych gościach. Albus nie spodziewał się w najbliższym czasie żadnych wizyt osobników spoza szkoły i nie ukrywał zdziwienia – tym bardziej, że zupełnie nie kojarzył ich twarzy, a akurat do nich pamięć miał doskonałą.

– W czym mogę panom pomóc? – wstał zza biurka i uprzejmym gestem wskazał mężczyznom wolne fotele.

– Przysłano nas z informacjami, o zdrowiu Dragana – Q nie owijał w bawełnę, przyjmując na siebie ciężar dyskusji. – Czy to bezpieczne miejsce do takich rozmów?

– Jak najbardziej – Dumbledore poczuł, jak serce mu zwalnia, ściskane niepokojem. – Niech się panowie rozgoszczą.

Chciał podejść do drzwi, żeby upewnić się, że są sami, ale drogę zastąpił mu młodszy z przybyszy. Zielonooki bezceremonialnie złapał go za brodę, uśmiechając się przy tym z zachwytem.

– Ale masz fajną brodę! – zaśmiał się głośno, zaczynając zaplatać pasma w warkoczyk – Długo się taką zapuszcza?

– Kilka lat mi to zajęło, chłopcze – starał się zabrzmieć swobodnie, jednak nie przychodziło mu to łatwo.

– Chłopcze – prychnął Jarri, tracąc zainteresowanie sztuką fryzjerstwa. – Drag pozwala, żebyś tak do niego mówił, Siwobrody?

– Lio! – zdenerwowany Q złapał go za kołnierz i odciągnął od zdezorientowanego dyrektora – Pamiętasz, po co tu jesteśmy?

– Tak, tato – blondyn przewrócił oczami.

– To siadaj i się nie odzywaj, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia – popchnął Ogara w stronę wolnego fotela. – Przepraszam, dyrektorze.

– Nic nie szkodzi – starzec uśmiechnął się ciepło i wrócił na swoje miejsce. – Ma pan bardzo żywiołowego syna.

– Na szczęście to nie mój syn – Q rozsiadł się w drugim fotelu i uszczypnął policzek Jarriego, zanim ten zdążył się na dobre roześmiać.

– Jestem od was starszy! – uśmiechnięty Lio spojrzał wprost w oczy dyrektora – Moglibyście być moimi wnukami, tylko takimi nudnymi. Nudni, nudni, nudni – zanucił, kołysząc głową. – Starzy i strasznie nudni!

– Weź ty się przymknij w końcu! – fuknął doktor, po czym wbił wzrok w gospodarza – Chcieliśmy prosić o możliwość spotkania z Lady Crown.

– Oczywiście… – Albus poprawił okulary, w międzyczasie zbierając myśli. – Jeśli będą panowie uprzejmi zaczekać, poproszę kogoś, żeby ją przyprowadził.

– Ja nie jestem uprzejmy! – Lionel naburmuszył się.

– Dyrektor zdążył zauważyć – westchnął Q. – Wolałbym porozmawiać z panienką w jej pokoju, jeśli można – zwrócił się do czarodzieja sympatycznie, acz zdecydowanie – Chciałbym, żeby Lady czuła się swobodnie, a nagłe wezwanie może niepotrzebnie ją zdenerwować, czego wolę uniknąć.

– Mamy się czym martwić? – Dumbledore’a zaniepokoiły wyważone, ogólnikowe słowa gościa – Panie…?

– Ach tak, proszę wybaczyć mi brak manier. Nazywają mnie doktor Q – wyciągnął dłoń w kierunku czarodzieja. – Od lat pełnię funkcję prywatnego lekarza Dragana.

– Miło mi poznać – dyrektor uścisnął wyciągniętą dłoń. – Albus Dumbledore.

– A ja jestem Lio! – blondyn rzucił się przez biurko, by również godnie się przedstawić – Przybrany brat Draga i Ethana. Mogę mówić ci Albus?

– Nie widzę problemu – niebieskookiemu zaczęło podobać się pogodne, bezpośrednie usposobienie Lionela. – Jak wygląda sytuacja, doktorze?

– Zostaliśmy poinformowani, że jest pan świadom tego, co zaszło, więc pozwoli pan, że nie będę bawił się w delikatności. Stan Dragana określiłbym na dość poważny, jednak jego naturalne zdolności przyspieszają leczenie. Jest jeszcze osłabiony, ale za jakieś dwa tygodnie będzie w stanie wrócić do szkoły i pełnionych tu obowiązków.

– Vallerin wspominała o użytych przez Lorda truciznach – zasępił się. – Udało się panu je zwalczyć?

– Nie do końca, obawiam się – Q westchnął ciężko. – To wyjątkowo paskudne i wyniszczające ohydztwo, z którym mieliśmy niezłą zagwozdkę. Nawet po pełnym leczeniu, Dragan może mieć jeszcze przez jakiś czas problemy, z nawracającymi bólami.

– Czy mogę coś zrobić, żeby ułatwić mu powrót do zdrowia?

– W chwili obecnej potrzebny jest czas – zielonooki uśmiechnął się subtelnie. – Zmuszenie Dragana do odpoczynku to nie lada wyzwanie.

– Spodziewam się! – profesor zaśmiał się łagodnie – Pan Luther nie przepada za siedzeniem w miejscu.

– Jest jak huragan – lekarzowi podobała się rozmowa z człowiekiem, który mierzył się z podobnymi problemami. – Na chwile nie można spuścić z niego oka, bo zaraz się rozkręca. Żeby pan wiedział, ile razy korciło mnie, by potraktować go zaklęciem paraliżującym.

– Prawdopodobnie jestem w stanie sobie wyobrazić.

– Straszne z was marudy – Lio oparł podbródek na krawędzi biurka. – Nie po to tłukłem się taki kawał, żeby słuchać, jak dwa dziady dziadują. Jeszcze herbatki sobie zaparzcie.

– Herbaty, doktorze? – Albus postanowił troszkę podrażnić się z niecierpliwym gościem.

– Z przyjemnością, profesorze – Q docenił gest.

– Jaja sobie robicie? – znudzony Ogar wzniósł wzrok ku sufitowi – Q, obiecałeś, że nie będziemy tu długo siedzieć!

– Niczego nie obiecywałem, Lionelu – zawadiacko uniósł kącik ust. – Jak ci się nie podoba, to idź pozwiedzać szkołę.

– Nie chce!

– I kto tu teraz marudzi?

– Ty! – Jarri wskazał palcem Dumbledore’a – Drag mówił, że jesteś zabawny! Zrób coś zabawnego!

Zanim czarodziej zdążył zareagować, Q strzelił blondyna w tył głowy. Rozumiał zamysł Luthera, ale wysyłanie Lio na taką misję nie mogło skończyć się dobrze – w najlepszym wypadku obrazi połowę napotkanych ludzi. Jarri miał to do siebie, że nudził się znacznie szybciej od króla Indrahill, a kiedy był znudzony, to zaczynał odpływać myślami w sobie tylko znanych kierunkach. Nieraz bywało, że bez większego powodu mówił coś dziwnego, wprawiając rozmówców w konsternację lub zachowywał się nadmiernie wylewnie, wzbudzając dyskomfort. Prawdopodobnie była to dla niego zwykła zabawa, jednak nie wszyscy podzielali takie poczucie humoru. Albus przez chwilę przyglądał się swoim gościom. Miewał już pod swoimi skrzydłami niecierpliwych, energicznych podopiecznych i wiedział, jak sobie z nimi radzić, ale ten chłopak… z jakiegoś powodu przyprawiał go o ciarki. Zamiast zmuszać go do uczestniczenia w kulturalnej rozmowie dwóch starszych mężczyzn, postanowił jak najszybciej zejść do pokoju Vallerin. Skoro Lio był krewnym Dragana, musiał mieć dobre stosunki z płomiennowłosą, więc może jej obecność trochę go uspokoi. Wstał zza biurka.

– Przełóżmy naszą herbatkę, doktorze – zwrócił się do Q. – Zaprowadzę panów do Lady.

Uśmiechnął się pod nosem, dostrzegając migotliwe iskry w oczach blondyna. We trzech przeszli przez główny korytarz – uważnie obserwowani przez uczniów – i skierowali się ku zejściu do lochów. Dumbledore nie miał pojęcia, jakie dokładnie plany miała Vallerin na ten wieczór i w głębi ducha modlił się, żeby nie zniszczyć jej chwili wytchnienia. Co jakiś czas odpowiadał na żywiołowe pytania Lionela, dotyczące architektury zamku, robiąc to z czystą przyjemnością – kochał tę szkołę i potrafił mówić o niej godzinami. Zatrzymali się na chwilę przed wejściem do dormitorium Slytherinu. Albus wziął głęboki wdech. Był dyrektorem od lat, jednak cały czas czuł pewien opór, gdy musiał wkroczyć do królestwa Ślizgonów – prawdopodobnie była to pozostałość po jego własnych latach szkolnych. Nie ociągając się wymówił hasło i gestem dłoni zaprosił gości do Pokoju Wspólnego. Ogar spiął się mimowolnie. Kiedy był tu ostatnio, nie miał czasu na podziwianie widoczków. Nie spodobał mu się ten cały szum rozmów oraz śmiechów. Banda dzieciaków w podobnych ubrankach siedziała gdzie się dało, gaworząc cholera wiedziała o czym. Smarkacze byli tak zaaferowani swoim pierdolonym, sielankowym życiem, że większość z nich nawet nie zwróciła na nich uwagi. Ucieszył się widząc, że Siwobrody nie miał zamiaru przystawać i pognał za nim ku odosobnionej sypialni. Drzwi do niej były zamknięte, więc dyrektor zatrzymał się i zapukał dość głośno.

– Proszę! – z wnętrza dobiegł cudowny, melodyjny głos.

Wkroczyli do ślicznie urządzonego pokoju, gdzie oprócz Lady przebywało jeszcze kilka osób. Vallerin, wyraźnie zaniepokojona, poderwała się z łóżka i niemalże do nich podbiegła. Lionel opuścił głowę, nie chcąc obrażać jej bezpośrednim spojrzeniem. Zamarł, czując drobne ramiona, oplatające się wokół jego szyi.

– Lio – wyszeptała miękko.

– Pani – odpowiedział niemalże bezgłośnie, nie czując się na siłach, by odwzajemnić uścisk.

– Wybacz proszę najście, moja droga – Albus wkroczył do akcji. – Panowie chcieliby z tobą porozmawiać. Na osobności – sugestywnie spojrzał na pozostałych uczniów.

Młodzi Ślizgoni zrozumieli aluzję i już po chwili zwlekli się ze swoich miejsc, gotowi do wyjścia. Dafne położyła dłoń na ramieniu przyjaciółki, chcąc okazać jej wsparcie. Nie wiedzieli co się działo, ale dyrektor nigdy nie pojawiał się u wnuczki, jeżeli nie miał ku temu ważnych powodów.

– Poczekamy w Pokoju Wspólnym – dziewczyna uśmiechnęła się pocieszająco.

– Pójdę z nimi!

Jarri odsunął się od płomiennowłosej, cały czas zawzięcie uciekając wzrokiem. Tak jak się spodziewał, niezbyt dobrze czuł się z tym, że zawracał jej głowę – zwłaszcza, że nie mieli dobrych wieści. Postanowił się ulotnić, bo na dobrą sprawę sam Q wystarczył do przekazania wiadomości.

– Idź – lekarz przewrócił oczami, całkiem zadowolony z takiego obrotu spraw.

Kiedy uczniowie oraz Ogar wyszli z pokoju, Vallerin natychmiast zamknęła drzwi – zabezpieczając je zaklęciem – i wróciła do swojej normalnej postaci. Spodziewała się, czego mogła dotyczyć rozmowa i pozostanie w ciele dziecka wydawało jej się zniewagą dla powagi sytuacji. Odwróciła się twarzą do mężczyzn i westchnęła, widząc doktora, który padł przed nią na kolano, chyląc czoła.

– Wystarczy, Q – podeszła bliżej i podała mu dłoń, chcąc pomóc mu wstać. – Nie widziałam cię chyba od osiemdziesiątego szóstego!

– Żałuję, że przyszło nam się spotkać w takich okolicznościach, pani – skorzystał z uprzejmej pomocy kobiety. – Wiele bym dał, by odwiedzić dziś panienkę czysto towarzysko.

– Ja również – położyła mu dłoń na ramieniu. – Siadajcie proszę. Nie lubię rozmawiać na stojąco. Naszykować kawę, czy przyda nam się coś mocniejszego?

– Zdecydowanie coś mocniejszego – Q usiadł w fotelu, a Albus zajął miejsce na łóżku.

– Jak to wygląda?

Płomiennowłosa podała dyrektorowi szklankę szkockiej, natomiast lekarzowi wręczyła colę z dwoma kostkami lodu – tak, jak lubił. Wiedziała o jego niegdysiejszym problemie z piciem i szanowała to, że od lat nie wziął do ust alkoholu. Sama usiadła w drugim fotelu, ze szkocką w dłoni, w napięciu wyczekując odpowiedzi.

– Dragan obudził się kilkanaście godzin temu – Q upił łyk napoju, żeby zwilżyć gardło. – Trucizna uszkodziła jego narządy wewnętrzne, ale regeneracja wspomagana eliksirami powoli je łata. Udało nam się pozszywać rany i nastawić porządnie wszystkie kości, jednak potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie. Póki co jest osłabiony i cholernie wściekły.

– Potrzebujesz czegoś? – delikatnie nakryła dłoń lekarza własną – Eliksirów, składników, sprzętu, skrzatów?

– Jeśli nie ma pani nic przeciwko, przekażę listę najpotrzebniejszych rzeczy Stenowi – pozwolił sobie subtelnie pogładzić jej długie, szczupłe palce. – Dziękuję pani za wszystko, Lady. Bez pani pomocy i antidotum… – westchnął ciężko – obydwaj byliby już martwi.

– To ja dziękuję, Q – uśmiechnęła się rozbrajająco. – Jestem znacznie spokojniejsza, wiedząc, że są pod twoją opieką. Co się dzieje z Ravenem?

To było pytanie, na które desperacko nie chciał odpowiadać. Przed Kolekcjonerem mógł jeszcze udawać, wmawiając sobie, że robi to dla dobra leczenia, ale nie potrafiłby okłamywać błękitnookiej i co ważniejsze…gdzieś tam w głębi duszy, pragnął to z siebie wyrzucić. Odstawił szklankę, nie mogąc utrzymać jej w drżących, zdrętwiałych dłoniach. Przez te wszystkie godziny twardo utrzymywał maskę profesjonalisty, jednak emocje w końcu go dopadły, bezdusznie pozbawiając sił. Nie chciał tego mówić…za nic nie chciał głośno przyznać się do tak potwornej klęski. Jako główny lekarz wiedział znacznie więcej, niż powiedział komukolwiek w Indrahill. Celowo nie dzielił się ze współpracownikami wynikami wszystkich badań, ukrywając je w szufladzie swojego biurka. Był lekarzem, do jasnej cholery! Jego świętym obowiązkiem była niestrudzona walka do samego końca – bez względu na rokowania. Nie potrzebował w swoim zespole nikogo, skłonnego poddać się beznadziei i odpuścić, w najmniej spodziewanym momencie. Posiadana wiedza ciążyła mu i póki co nie zdecydował się na pełną szczerość, ale teraz… teraz było zupełnie inaczej. Jej musiał powiedzieć. Po prostu musiał. 

– Umiera – wydusił przez ściśnięte gardło.

Płomiennowłosa wstała, nie mogąc usiedzieć w miejscu. Musiała pochodzić bez celu po pokoju, by zebrać myśli i nie poddać się nagromadzonym, bolesnym emocjom. Albus podszedł do niej i przyciągnął ja do siebie, zamykając w nienachalnym, kojącym uścisku. Prawdopodobnie sądził, że jego bliskość ją uspokoi, jednak błękitnooka nawet tego nie zauważyła, chwilowo odcinając się od otaczającego ją świata – nie mogła się teraz rozpraszać, ani stracić jasności widzenia. Chociaż z całego serca nie chciała, żeby do tego doszło, w tej chwili najwidoczniej pozostała im tylko jedna ścieżka i to ona musiała ich nią poprowadzić.

– Ile czasu mu zostało? – spojrzała na przybitego, roztrzęsionego medyka.

– Ciężko wyrokować, ale to kwestia dni, Lady – przyznał z trudem. – Rany nie chcą się goić. Krew nie krzepnie jak powinna, co rusz doprowadzając do rozległych krwotoków wewnętrznych. Dziś musieliśmy go intubować, bo nie jest w stanie samodzielnie oddychać. Serce się poddaje, podobnie jak inne narządy wewnętrzne – zasłonił twarz dłońmi, przytłoczony tym, co mówił. – Nie wiem co robić, pani.

– Daj mi trzy dni.

Twarde, przepełnione determinacją słowa Lady echem rozniosły się po cichym pokoju. Zarówno Albus, jak i Q patrzyli na nią z niemym szokiem, wymalowanym na przygnębionych twarzach. Każdy z nich znał głos Vallerin, ale teraz zabrzmiał zupełnie inaczej. Bardziej… dosadnie i majestatycznie. 

– S-słucham?

– Proszę cię, żebyś utrzymał go przy życiu jeszcze przez trzy dni – powtórzyła tym samym tonem, jednak tym razem pojawił się subtelny pogłos, wzmacniający przekaz.

– Co ty planujesz? – Dumbledore spojrzał na nią niedowierzająco.

– Odwdzięczyć się Ravenowi za to, że dzięki jego poświęceniu nie straciłam Dragana – lazurowe oczy zapłonęły nagłym ogniem. – Już wcześniej postanowiłam, że podaruje mu to, co mam najcenniejsze. Q, – spojrzała na osłupiałego doktora – doszły mnie słuchy, że Ravi stracił oko. Czy usunąłeś gałkę oczną?

– Musiałem – przytaknął, nie mając pojęcia, do czego właściwie zmierzała ta rozmowa. – Nie mieliśmy szans jej ocalić, a zostawienie jej na miejscu wiązało się z ryzykiem zakażenia, czego chciałem uniknąć.

– Więc oka nie będę mu mogła oddać… – zamyśliła się na moment. – Nauczę go, jak radzić sobie bez niego.

– O czym pani mówi? – zielonooki podniósł się.

– Zdecydowałam, że Raven zostanie moim Strażnikiem – odpowiedziała bojowo, dumnie unosząc podbródek.

– Jesteś tego pewna?! – Albus położył dłonie na jej ramionach, wzburzony tym, co usłyszał.

– Oczywiście, że jestem – prychnęła, odsuwając dłonie przyjaciela.

– Niech wybaczy mi pani moją ignorancję, ale kim jest strażnik? – Q wydawał się zagubiony i zawstydzony niewiedzą.

– Każdy członek rodu Phoenix ma swojego Strażnika – Erin podeszła do stolika, z którego zgarnęła szklankę. – Strażnik to osoba, która towarzyszy nam przy każdym odrodzeniu. Jego zadaniem jest zapewnienie Phoenixowi ochrony oraz opieki, dopóki nie będzie w stanie funkcjonować w pełni samodzielnie. Można powiedzieć, że to taka nasza gwardia przyboczna, dzieląca z nami koszmar wiecznego żywota – zaśmiała się gorzko. – Los Strażnika nie jest jednak tak piękny, jak mogłoby się wydawać, na pierwszy rzut oka. Strażnik jest połączony z Phoenixem czymś, czemu bliżej do klątwy, niż obustronnego porozumienia. Nie może podnieść ręki na żadnego z Mistycznych, ani sprzeciwić się woli swojego pana – syknęła, mimowolnie wracając pamięcią do tego, jak Lordowie traktowali swoich Strażników. – Nie może odejść, ani umrzeć, dopóki mu na to nie pozwolimy.

– Jak niewolnik – wymamrotał Albus.

– Niestety – westchnęła ciężko. – Phoenixowie posiadają cielesne formy, dzięki którym możemy funkcjonować w tym świecie, ale prawdę mówiąc jesteśmy czymś na kształt czystej energii magicznej. Ciała nie są na tyle wytrzymałe, by na dłuższą metę znieść naszą moc, dlatego co jakiś czas odradzamy się z popiołów. Silniejsi, niż przedtem – w jej cudownych oczach płonął spokojny, kojący ogień. – Wybierając Strażnika, powierzamy mu skrawek swojej potęgi, dzięki czemu zyskuje nasze zdolności regeneracyjne w pełnym zakresie oraz wyczucie magii, znacznie przewyższające to Lutherów. Strażnicy, zaraz po Phoenixach, są najpotężniejszymi magicznymi istotami. W zależności od indywidualnych predyspozycji, są w stanie opanować szczególne zdolności swojego pana, w stopniu ograniczonym ich własną siłą. Phoenix może utworzyć więź z nowym Strażnikiem tylko wtedy, gdy jego poprzednik nie żyje – wypiła całą szkocką.

– Mogłem coś źle zrozumieć, ale sądziłem, że ich nie da się zabić – lekarz zagubił się odrobinę we własnych myślach.

– Są tylko dwa sposoby – Vallerin pokazała dwa palce. – Po pierwsze: zwolnienie ze służby. Pan może przychylić się do prośby Strażnika o uwolnienie go, albo zrobić to nie pytając Strażnika o zdanie. Zwolnienie ze służby wiąże się z natychmiastową śmiercią. Po drugie: śmierć z ręki Phoenixa. Ja oraz moi bracia jesteśmy w stanie bez problemu zamordować Strażników, dzięki dość pokaźnej różnicy w naszej sile. Przez całe swoje życie miałam tylko jednego Strażnika. Imeriona, mojego ojca – wyszeptała ciężko.

W pomieszczeniu zaległa cisza, której żadne z nich nie chciało przerywać. Dumbledore z niepokojem patrzył na zamyśloną przyjaciółkę, szczerze zaskoczony tym pomysłem. Słyszał już od niej o Strażnikach i wiedział, jak wielkim zaszczytem oraz straszliwym przekleństwem mogło być to miano. Opowiadała mu o ludziach, którzy robili co mogli, by przekonać ją do podarowania im tej potęgi. Zawsze kończyło się tak samo…odchodzili, kiedy odmówiła.

– To by znaczyło… – zaczął Q – że jeśli uda się pani powiązać z Ravenem, to pani ojciec…

– Nie żyje – odpowiedziała z bolesnym przekonaniem. – Imerion kochał mnie jak rodzoną córkę i zrobiłby wszystko, żeby do mnie wrócić. Od dłuższego czasu podejrzewam, że któryś z moich braci pozbył się go, kiedy byłam uwięziona. Obwiniali tatę o tragedię sprzed lat, a wiem doskonale, jak bezwzględni potrafią być – uśmiechnęła się smutno. – Przez dekady różni ludzie prosili mnie o stworzenie więzi, ale nie oddam tego tytułu nikomu, kto nie dorównuje mojemu ojcu – płomienne oczy zalśniły ostrzegawczo. – Funkcja Strażnika, to ostatnia namacalna rzecz, łącząca mnie z Imerionem. Teraz chcę ją powierzyć Ravenowi.

– Pani! – doktor padł na kolana, wstrząśnięty jej słowami – Nie możemy prosić cię o coś takiego!

– Nikogo nie pytam ani o zdanie, ani pozwolenie – odparła ostro. – Raven jest lojalny, opanowany, inteligentny, honorowy, oddany i odważny, jak mój ojciec – uśmiechnęła się szeroko. – Jeżeli zgodzi się dzielić ze mną koszmar wieczności, z radością nazwę go swoim Strażnikiem. Potrzebuję twojej pomocy, Q.

– Czegokolwiek sobie zażyczysz, Lady – przyłożył zaciśniętą pięść do serca.

– Związanie się Phoenixa ze Strażnikiem wymaga bardzo skomplikowanego, nieprzyjemnego rytuału – skrzywiła się lekko. – Przygotowania zajmą mi trzy dni. W środę o północy, gdy wstanie krwawy księżyc, będę gotowa. Musisz utrzymać go przy życiu i w środę około dwudziestej przetransportować bezpiecznie do mojej rezydencji. W podziemiach znajduje się komnata ceremonialna, z której od wieków nie korzystałam. Sten was zaprowadzi.

– Zrobię, co w mojej mocy.

– Potrzebnych mi będzie pięciu świadków – kontynuowała, przywołując we wspomnieniach szczegóły rytuału. – Najlepiej jeśli trzema z nich będą Lutherowie, to trochę przyspieszy sprawę. Konieczna jest również ofiara.

– Ofiara? – powtórzył Albus, wychwytując w głosie przyjaciółki makabryczny cień.

– Nie chcę, żebyś tego słuchał – spojrzała na czarodzieja z przerażającym przygnębieniem.

– Masz na myśli – urwał, nie mogąc uwierzyć – ofiarę z człowieka?

– Życie za życie, dusza za duszę – odpowiedziała wymijająco. – Mówiłam, że to nieprzyjemna sprawa.

               Podczas, gdy Lady Crown tłumaczyła kolejne porażające detale ceremoniału, Lio siedział na kanapie w Pokoju Wspólnym, cały spięty. Było tu za głośno! Pojęcia nie miał, dlaczego zgodził się iść za blond dziewczynką i dwoma młodymi chłopakami, którzy teraz wpatrywali się w niego z bzdurną ciekawością. Westchnął, przywołując swój codzienny uśmiech. Skoro już tu utknął, mógł się odrobinę rozerwać. Chwycił twarz zaskoczonej czarownicy w dłonie, intensywnie wpatrując się w jej niebieskie oczka.

– Ale masz uroczą twarzyczkę! – zaśmiał się w pełni szczerze – Jesteś jak słoneczko wiesz? Takie miłe, cieplutkie i jasne.

– Dziękuję – odpowiedziała zmieszana.

– Jesteś przyjacielem Tei? – Blaise chciał odwrócić uwagę dziwnego chłopaka od koleżanki.

– Można tak powiedzieć, albo i nie – wzruszył ramionami, nie trudząc się spojrzeniem na rozmówcę. – Widzę ją po raz drugi, znamy się głównie z listów.

– Ten starszy facet, to twój ojciec? – Draco postanowił włączyć się do dyskusji.

– Czemu wszyscy tak myślą? – westchnął Jarri, przewracając z udręką oczami. – My nawet podobni nie jesteśmy! Ten staruszek to doktor Q, lekarz Dragana.

– Znasz Dragana?! – Greengrass ożywiła się.

– Jasne, że znam – zielonooki wprawnie upozorował zaskoczenie. – Brata miałbym nie znać? Jeszcze tak mocno się w głowę nie uderzyłem! – roześmiał się radośnie – Chyba.

– Luther jest twoim bratem?! – uczniowie wyparowali niemalże jednocześnie.

– A to niby mniej prawdopodobne, niż to, że dziadyga jest moim ojcem? – obruszył się z nieskrywanym rozbawieniem – Drag jest moim przyrodnim bratem, wychowywaliśmy się razem.

– We dwóch tylko? – dopytywał Zabini.

– Nie, dlaczego? – Lionel zmarszczył czoło – Jest nas kilku.

– Macie może siostrę?

Ogara zaalarmował dociekliwy młokos. W końcu puścił Ślizgonkę i skupił całą uwagę na czarnoskórym chłopcu. Im dłużej na niego patrzył, tym szerzej się uśmiechał. Dzieciak wiedział coś, czego nie powinien, był tego pewny. Teraz wystarczyło to odpowiednio rozegrać.

– Jak ostatnio sprawdzałem, to nie – rzucił raźno. – Czemu pytasz?

– Dragan kiedyś wspominał o jakiejś Vallerin.

Blaise sądził, że całkiem dobrze prowadził rozmowę, ale nie miał pojęcia z kim się mierzył. Nie bez przyczyny Lio stał na czele wywiadu – miał niesamowite zdolności w rozszyfrowywaniu ludzi. Wiedział, że chłopaczek kłamał. Luther nigdy nie pozwoliłby sobie na to, by świadomie wymówić imię Lady Crown, ale nie mógł wykluczyć tego, że dzieciarnia przypadkiem usłyszała coś, czego z całą pewnością nie powinna. Skoro smarkacz usiłował wymanewrować go w tak nieudolny sposób, wszystko wskazywało na to, że nie dysponował niczym więcej, poza imieniem. Roześmiał się w duchu. Doskonale! Najpierw zniszczy wszelakie domysły, a później poinformuje Kolekcjonera o tym, że zaliczyli delikatną wtopę – on już będzie wiedział, jak sobie z tym ostatecznie poradzić. W najgorszym wypadku, dociekliwy czarodziej zniknie w mało ciekawych okolicznościach przyrody.

– To nie jest nasza siostra – zaprzeczył zgrabnie. – Ona nas uratowała. Wzięła pod swoje skrzydła samotne, zagubione dzieciaki, którym dała dom – niewiele rozminął się z prawdą. – Musiałeś coś źle zrozumieć.

– Więc to wasza matka zastępcza – uśmiechnęła się Dafne. – Ma bardzo ładne imię.

– Cała jest bardzo ładna! – zaśmiał się maniakalnie – Jako jedyna nas chciała i nie poddała się, chociaż najłatwiejszymi dzieciakami nigdy nie byliśmy.

– Dlaczego Dragan się do nas przeniósł? – Malfoy postanowił iść za ciosem.

– Nie mogę o tym rozmawiać – Lio mechanicznie potrząsnął głową, celowo zwieszając wzrok. – Jego biologiczna rodzina go zmusiła, tylko tyle mogę powiedzieć. Zapytajcie Draga, jak wróci.

– Wróci do nas? – blondynka bez namysłu chwyciła jego dłoń.

– Dlaczego miałby nie wrócić? – mocniej uścisnął jej palce, chcąc wzbudzić dyskomfort – Q powiedział, że powinien dojść do siebie za jakieś dwa tygodnie. Jak ty w ogóle masz na imię?

– Dafne – speszona Greengrass zaczerwieniła się porządnie. – A to Blaise i Draco.

– Durne imię – Jarri skrzywił się, patrząc na arystokratę. – Ja jestem Lionel, ale wszyscy mówią do mnie Lio. Ty te włosy farbujesz?

Płynnie przeszedł od przedstawiania się do – niekoniecznie zamierzonego – obrażania arystokraty. Spodobało mu się to, że najwidoczniej udało mu się porządnie podkopać pewność siebie dzieciaka. Znał sporo podobnych osobników. Wybujałe ego ze szkła. Ohydnie wrażliwe na jakiekolwiek cięższe słowa. Dlaczego Dragan się go jeszcze nie pozbył, skoro nie znosił takich ludzi? Przecież gdzieś tu było jezioro i mógł go bez problemu utopić. Zachichotał niepokojąco. Ładnie by wyglądał z trupio bladą twarzą i pustymi, martwymi oczami. W sumie…też miał szare oczy, ale zupełnie inne niż Black. W oczach chłopca czegoś brakowało…wydawały mu się drażniąco niezdecydowane i zagubione. Przykra sprawa.

– Są naturalne – wymamrotał Malfoy.

– Dziwne – wymruczał Ogar. – Ty masz fajniejsze włosy! – zwrócił się do Dafne. – Mogę nazywać cię słoneczko?

– Mmm…chyba tak – odpowiedziała bez przekonania.

– Kto to jest?

Całą czwórką odwrócili się, słysząc za plecami głos, który wydał się Jarriemu mocno drażniący. Nadął policzki widząc dziewczynkę, wzbudzającą z miejsca jego niechęć. Biło od niej coś obrzydliwie zakłamanego i takiego…nieprzyjemnego. Nie miał pojęcia kim była, ale zdecydowanie nie mogła cieszyć się powszechną sympatią.

– Umiesz aportować?

Uklęknął na siedzisku, odwracając się twarzą do czarownicy i wpatrywał się w jej oburzoną twarz, bez jakiejś większej ekscytacji. Wychwycił ciche, błyskawiczne zdławione parsknięcie Blaise’a i uśmiechnął się pod nosem. Też był całkiem interesujący! Nie tak jak Black, ale zawsze, Nieprzyjemna dziewczyna wysoko zadarła nos, patrząc na niego z pogardą?

– Coś ty powiedział? – syknęła wojowniczo.

– Zapytałem, czy umiesz aportować – powtórzył spokojnie. – Ludzie chyba często muszą cię o to pytać.

– Ktoś mi powie, co to za wygadana przybłęda? – Pansy zignorowała bezczelnego blondyna, domagając się odpowiedzi od reszty towarzystwa.

– Przybłęda? – powtórzył Lio, przekrzywiając niewinnie głowę – Nie pamiętam, żebym się przybłąkał. Q mnie przyprowadził, a potem poszedłem z nimi.

– O czym ty pieprzysz?! – Pakinson podniosła głos, czerwona ze złości.

– Nie mam pieprzu, to jak mam pieprzyć? – coraz bardziej podobała mu się ta zabawa – Nic dziwnego, że nie aportujesz, skoro masz problemy ze wzrokiem – westchnął z pozorowanym współczuciem.

Zabini tego już nie zdzierżył. Nie mógł się opanować i wybuchnął głośnym śmiechem, jednocześnie przepraszając wkurzoną Ślizgonkę gestem dłoni. Pojęcia nie miał, co było nie tak z tym gościem, ale był przezabawnie okrutny!

– Licz się ze słowami, dziwaku! – Pansy weszła na najwyższe tony – Co ty robisz w Pokoju Wspólnym Slytherinu?! Jakiś nowy?

– Podziwiam, jak zielono tu macie – wsparł podbródek na splecionych dłoniach. – I nie jestem nowy. Jestem Lio.

– W dupie mam, jak masz na imię – odpysknęła automatycznie.

– To musisz uważać, co tam pakujesz, bo niedługo na kanapie się nie zmieścisz.

Uroczo niewinny ton Lionela, do reszty rozbawił pozostałą dwójkę. W tym facecie było coś niespotykanie czarującego i brutalnie złośliwego zarazem. Przedziwna mieszanka, która powodowała, że nie dało się go nie polubić – o ile nie obrał cię za cel. Dafne najszybciej zdławiła śmiech.

– Lio jest przyrodnim bratem Dragana – spojrzała na zdziwioną, rozzłoszczoną współlokatorkę.

– Wiadomo, że taki świr nie może być spokrewniony z Draganem – Parkinson rzuciła władczo, przybierając swoją typowo ofensywną postawę. – Coś ty sobie w twarz zrobił? Co? – zaśmiała się szyderczo, chcąc uderzyć w przeciwnika – Ciężko było patrzeć na taką durną mordę, to się pociąłeś?

– O to chodzi? – przytknął palce do swojej blizny – To pamiątka po ludziach, którzy zamordowali całą moją rodzinę – grobowa cisza tylko zachęciła go do kontynuowania. – Zrobili mi to zaraz po tym, jak zabili mojego najstarszego brata. Zarżnęli go, o tak – dłonią przeciągnął po swoim gardle, z sugestywnym błyskiem w oczach. – Co? Już nie jest ci tak do śmiechu, kochaniutka? Naprawdę myślałaś, że ktokolwiek mógłby pociąć sobie pół twarzy dla zabawy? – roześmiał się niepokojąco – Zawsze tak mówisz do okaleczonych ludzi, których nie znasz?

– Ja… – nie wiedziała, jak zareagować.

– Ja, ja, ja – wymruczał melodyjnie. – Znudziłaś mnie, już nie chcę z tobą rozmawiać.

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 406
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!