Córa rodu Phoenix -Wojna Cieni

 

                    W murach Indrahill panowała napięta, gęsta atmosfera. Ogary Wojny niecierpliwie oczekiwały powrotu swego pana, dawno już tracąc resztki cierpliwości. Każdy z nich otrzymał po południu taką samą, lakoniczną wiadomość, która nieuchronnie rozbudziła w nich uśpiony gniew.

Plany się zmieniły. Czekajcie w Indrahill.

Kolekcjoner

O co znowu mogło chodzić temu pojebowi, Merlin jeden raczył wiedzieć. Dragan nie bywał skłonny do zmiany raz powziętych zamiarów, przez swój niedorzeczny, chorobliwy wręcz upór – za każdym razem, gdy chcieli nakłonić go do skorygowania planów, musieli stoczyć istną batalię, a i tak niezmiernie rzadko przynosiło to jakiekolwiek rezultaty. Nieobliczalny król nie lubił spowiadać się ze swoich pomysłów i nie liczył się z niczyim zdaniem, jeśli wcześniej sam nie poprosił o radę. Czasem prowadziło to do wręcz kuriozalnych sytuacji, gdy wykonywali rozkazy, których sensu nie pojmowali – zawsze wychodzili na tym więcej niż dobrze, więc nauczyli się nie dyskutować, o ile nie uznawali twego za absolutną konieczność. Znudzony Lio od dłuższego czasu kręcił się niespokojnie w fotelu, czym z rozmysłem drażnił Akivę. Bliźniacy, swoim zwyczajem, siedzieli niemalże nieruchomo, nie zwracając najmniejszej uwagi na to, co działo się wokół nich – potrafili zachowywać się jak dwa niewzruszone, kamienne posągi. Każdy z nich był wkurwiony i okazywał to na swój sposób. Laran początkowo chciał wypytać Ravena o co w tym wszystkim chodziło, jednak nie przyniosło to rezultatu, ponieważ były Łowca nie wiedział więcej, niż oni sami. Było to dość niecodzienne zważywszy na to, że niebieskooki czarodziej zwykle doskonale orientował się w zagmatwanych, skomplikowanych planach Kolekcjonera. Skoro turkusowooki nie wtajemniczył swojej prawej ręki – który był mu najbliższym doradcą – mogli spodziewać się niezłego syfu. Póki co pozostało im siedzieć jak banda debili i błagać przewrotną opatrzność, by przestała bawić się z nimi w równie okrutny, męczący sposób. Dosłownie w jednej chwili cała piątka poderwała się od stołu, zmrożona aurą, która zawładnęła cichym, ponurym zamczyskiem. Coś się zbliżało…coś, czego nie rozpoznawali. Coś tak upiornego, że sama świadomość realności tego zjawiska jeżyła włosy na karku. Zgodnie szykowali się do odparcia tajemniczej siły, którą przezorność kazała uznać im za intruza i wroga. Akiva zacisnął mocno szczękę, gotując się do nadciągającej bitwy. Pierwszą jego myślą była nieoczekiwana wizyta któregoś z Lordów Phoenix, a ich zainteresowanie sprawami Lutherów nigdy nie kończyło się dobrze. Co prawa w życiu nie spotkał innych Mistycznych poza Vallerin i Killianem, ale wiele od nich słyszał od Dragana i nie miał o tych mężczyznach najlepszej opinii. W jego głowie nikt poza Lordami nie mógł emanować czymś tak potężnym i przerażającym zarazem. Z każdą chwilą oddychali coraz to ciężej, jakby niedostrzegalna ręka uciskała ich klatki piersiowe z potworną, bezlitosną siłą, wyduszającą z nich resztki oddechu. Powietrze stało się niemalże namacalnie za ciężkie, by płuca mogły poradzić sobie ze swobodnymi wdechami. Boleśnie odczuwali każdy jeden oddech, a wrażenie to wzmocniło się, gdy drzwi saloniku ustąpiły z suchym trzaskiem. Do komnaty wkroczył niekwestionowany król tych włości. Ogary Wojny – cztery najgorsze pomioty, jakie ten zbolały świat kiedykolwiek gościł – poddały się bez reszty lodowatej, upiornej fali nieprzejednanego szaleństwa, która skutecznie odwiodła ich od wszelakich prób godnego powitania swego przywódcy. To co weszło do pomieszczenia…to nie był Dragan, jakiego znali. Istota krocząca dumnym, dominującym krokiem ku tronowi, wieńczącemu stół, w żaden sposób nie przypominała ich lidera…Lio nieświadomie zakrył usta dłonią, dostrzegając, że po każdym kroku kruczowłosego w marmurowej posadce zostawały wyraźne wgniecenia, głębokie na około centymetr. Głośno przełknął ślinę, nie mogąc oderwać oczu od tego przedziwnego zjawiska. Każdy z nich czuł wyraźnie – pomimo setek tysięcy okrucieństw, jakich sami dopuszczali się w ciągu dekad swojej marnej egzystencji – że to czego właśnie doświadczali…że ten na którego nie śmieli patrzeć bezpośrednio…to było zło w najczystszej, pierwotnej postaci. Luther co prawda zawsze posiadał nieco demoniczny, niepokojący urok przez swoje zaskakujące, unikatowe oczy, jednak teraz…teraz kroczyło pośród nich coś nieznanego. Coś, z czym za żadną cholerę nie chcieli się mierzyć. Zło. To było zło. Bezduszne, nieuniknione, nieskończenie wręcz destrukcyjne, a przez to zaskakująco odległe, choć znajdowało się tuż obok. Jeśli wcześniej Dragan mógł być nazywany bestią, to teraz…teraz stał się istnym monstrum. Żaden z nich nie wiedział, że właśnie obserwowali powrót potwora, stłamszonego stulecia temu, dzięki pieczęci.

– Dragan…

Akiva, od zawsze uważający się za swoistego lidera Ogarów, zaczął niepewnie, zerkając ukradkowo ku turkusowookiemu i zamarł, zanim zdołał wykrztusić cokolwiek więcej. Gorączkowe, chaotyczne myśli zawładnęły jego umysłem, nie pozwalając na chociażby chwilę skupienia. To nie był Dragan…nie mógł być! Oniemiały wpatrywał się w twarz, którą znał przecież od tak wielu lat, ale teraz…teraz jej nie rozpoznawał, choć w gruncie rzeczy nie zmieniła się jakoś znacząco. Arystokratyczne, wysublimowane rysy wyostrzyły się delikatnie, dzięki czemu nabrały iście boskiego, nieco drapieżnego uroku. Krucze, aksamitne włosy wydawały się się odrobinę krótsze, ale jeszcze intensywniej smoliste – jakby pochłaniały wszelkie światło. Oczy natomiast….one zmieniły się najbardziej. Intrygujący, hipnotyczny turkus stał się mroźniejszy i opalizujący tysiącami odcieni błękitu oraz zieleni. Śnieżnobiałe, czyste białka nabrały perłowo-srebrzystego poblasku, za sprawą którego spojrzenie Luthera wydawało się znacznie przenikliwsze – zupełnie jakby potrafiło z łatwością przeszyć człowieka na wylot i wejrzeć wprost w duszę, wychwytując bezbłędnie najdrobniejsze nawet słabostki, by przekuć je z makabryczny oręż. Postura króla Indrahill również poddała się dziwnym prawom tej przemiany. Wyglądał na wyższego i smuklejszego, ale nie słabszego. Oj, nie! Wręcz biło od niego niewerbalne, przytłaczające ostrzeżenie, krzyczące, że ten kto wejdzie mu nieopatrznie w drogę, musi liczyć się z natychmiastową zagładą.

– Stul dziób, bękarcie – warknął turkusowooki.

Więc nawet głos nie pozostał nienaruszony – stał się jeszcze niższy, niedościgle męski, przyjemnie zachrypły, ale ukryta w nim mrucząca nuta zdolna była wpędzić w istną panikę. Z rozkazem wydanym takim głosem….nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby polemizować, ponieważ był zbyt bezlitosny w samym swym brzmieniu. Towarzyszył mu niewyraźny, cudaczny, mefistofeliczny pogłos – jakby wydobywał się z głębi. Pięciu mężczyzn w otępieniu obserwowało, jak ich lider siada na swym diabolicznym tronie, zakładając nogę na nogę. Oparł łokcie na wypastowanym blacie, po czym wsparł brodę na splecionych, smukłych palcach obleczonych czarną skórą rękawic. Król. Oto zasiadł przed nim niezaprzeczalny, jedyny władca, od którego biła paląca nienawiść, której nigdy wcześniej nie odczuwali i żaden z nich nie chciał chociażby próbować przełamać tego dojmującego, paraliżującego wrażenia – najzwyczajniej nie mogli, spętani dziką paniką, o której smaku zdążyli zapomnieć bardzo dawno temu. Coś się z nim stało. Coś się w nim drastycznie zmieniło, przeobrażając szalonego geniusza w istnego demona, obleczonego ludzką skórą. W niemym napięciu czekali, aż to zachwycające monstrum przemówi.

– Plany się zmieniły, dzieciaczki – podszytym władczą presją tonem, powtórzył treść listu, nie kwapiąc się do powiedzenia czegokolwiek więcej.

– Co przez to rozumiesz – Liam postanowił spróbować podjąć rozmowę, ale zawahał się, napotykając lśniący srebrem turkus – panie?

– Dokładnie to, co powiedziałem – szatańskie oczy rozbłysły metaliczną, ostrą nutą. – Daruj sobie nazywanie mnie panem, jeśli łaska. Jesteśmy w głębokiej, cuchnącej dupie.

– W skali od jednego do dziesięciu, jak bardzo cuchnącej?

Oczy wszystkich skupiły się na Jarrim, który wydawał się najszybciej odzyskać radosne opanowanie, chociaż w przypadku tego idioty nie było pewne, czy w ogóle zauważył co się działo. Blondyn wyróżniał się spośród swoich braci radosnym, beztroskim nastawieniem, co niejednokrotnie rozładowywało napięte sytuacje, z którymi często się borykali. Tak czy inaczej swobodny głos zielonookiego nieco rozchmurzył Luthera, sądząc po tym, jak delikatnie uniósł lewy kącik ust – rozjaśniający tym samym przejmująco zaciętą, beznamiętną twarz.

– Jakieś półtora tysiąca, Lio – kruczowłosy rzucił luźno, uśmiechając się szelmowsko. – Sam darowałem sobie wąchanie. To byłoby dziwaczne, nawet jak na mnie.

Ogary odetchnęły z ulgą, widząc ten charakterystyczny uśmieszek, który wcale nie nie zmienił – w przeciwieństwie do wszystkiego innego. Sposób w jaki kruczowłosy się odezwał, nieco złagodził upiorne, pierwsze wrażenie. W jego dudniącym, głębokim głosie dało się słyszeć tę samą nutę nonszalanckiego rozbawienia, którą zwykł się posługiwać. Co by się nie działo, to był ich Dragan i nic nie mogło tego zmienić – prawdopodobnie. Akiva wierząc w to, że w gruncie rzeczy nic się tak naprawdę nie zmieniło, pozwolił sobie na wyrażenie złości, którą dusił w sobie przez kilka godzin biernego czekania.

– Powiesz nam w końcu o co chodzi? – Deckim wstał, przybierając napastliwy ton – Zmieniłeś plany od tak i kazałeś nam tu siedzieć na tyłkach, a teraz zjawiasz się i z nami pogrywasz?! Bawi cię to, kretynie?!

Laran natychmiast pożałował naiwnej pochopności w ocenie sytuacji. Luther subtelnym, niemalże urokliwym w swej ulotności, ruchem nadgarstka posłał wyszczekanego podwładnego w ścianę, wraz z całym stołem – ledwie skinieniem wbił brata oraz masywny, ciężki kawał drewna w solidny mur, jakby to nic nie znaczyło. Bursztynowooki, ogłuszony zderzeniem, przez dłuższą chwilę starał się ślamazarnie wygrzebać spod drewna, które w wyniku brutalnego uderzenia rozpadło się na kawałki oraz odłamków zimnych kamieni, roztrzaskanych jego ciałem. Jean, kierowany przywiązaniem, poderwał się, żeby pomóc Akivie, jednak nagle zastygł, nie mogąc się poruszyć. Wprost na niego patrzyły zimne, wyzute z emocji oczy Dragana.

– Sięgnij po swój sztylet – usłyszał obojętny, znudzony rozkaz.

Seth nie miał najmniejszej kontroli nad własnym ciałem. Jego ręka po prostu spoczęła na skórzanym pasie, po czym odpięła srebrzysty sztylet, który zawsze miał przy sobie. Po wykonaniu rozkazu powtórnie zamarł w bezruchu.

– Wbij go sobie w pierś – zblazowany turkus zamigotał. – Teraz.

Jean zacisnął szczękę, usiłując zapanować jakoś nad swoimi ruchami, ale nie był w stanie. Czuł się, jakby żelazna wola króla Indrahill całkowicie wyparła jego własną, pozostawiając go pustą, pozbawioną znaczenia marionetką. Mógł jedynie kątem oka obserwować własną rękę, która niezawodnie przybrała odpowiednią pozycję do zadania ciosu. Usiłował zamknąć oczy, ale nawet tego nie mógł zrobić. Bezradnie wsłuchiwał się w paniczne bicie swojego serca, gdy ostrze z każdą sekundą zbliżało się coraz bardziej.

– Dragan, wystarczy! – ryknął Raven, wstając ze swojego fotela – Wszyscy już wiemy, że jesteś w podłym nastroju, nie musisz posuwać się tak daleko.

Ręka de Ligne momentalnie opadła, a on sam odzyskał władzę nad ciałem. Osunął się na posadzkę, jak kukiełka i oddychał ciężko. Zmartwiony Liam chwycił go za ramię, po czym pomógł usiąść powtórnie na fotelu, nie puszczając ramienia brata. On również poderwał się, chcąc zareagować, ale były Łowca go uprzedził, za co był mu wdzięczy. Zerknął na czarodzieja, jednak ten zajęty był bitwą na spojrzenia z kruczowłosym. Luther uśmiechnął się delikatnie ku swemu nieocenionemu doradcy.

– Skoro ładnie prosisz – przemówił sucho, choć był pod wrażeniem odwagi podwładnego.

Turkusowooki nie powiedział nic więcej, więc zarówno Raven, jak i Liam usiedli sztywno w swoich fotelach, uważnie obserwując rozwój sytuacji, bez wychylania się. Akiva zdołał jako tako podnieść się o własnych siłach, skutecznie walcząc z ostrym bólem, wywołanym przez połamane kości, które przeszywały jego skórę, przemieniając ją miejscami w krwawą miazgę. Wytężył zdecydowaną większość swej woli, by nie wydać z siebie chociażby pojedynczego jęku, doskonale zdając sobie sprawę z jednego – Dragan Luther nie miał zamiaru znosić bezczelności… O ile to coś można było wciąż nazywać Draganem. Na budzącym grozę tronie Indrahill nie zasiadał już arogancki pomyleniec, którego na swój sposób kochali, a skrajnie nieprzewidywalne, diaboliczne, nieprzebłagane, potężne cholera wie co, któremu wieki temu przysięgli oddanie. Kruczowłosy po raz pierwszy od setek lat ujawnił swoje najgorsze i jednocześnie najprawdziwsze oblicze najdoskonalszej bestii, jaka zrodziła się w lodowatych odmętach Otchłani.

– Kazałem ci stulić pysk, Laran – Luther oparł prawy policzek na otwartej dłoni. – Odwołuję Krwawe Święta i zanim zaczniecie mi biadolić za uchem usłużnie informuję, że nie mamy czasu na niewinne zabawy, moje ukochane Ogary. Musimy przygotować się do wojny.

Upiorne oczy zalśniły na wpół z radości, na wpół ze wściekłości, całkowicie paraliżując pozostałych. Nie jednak piekielny urok turkusowych tęczówek przyprawił Ogary o gęsią skórkę, a słowa, które padły z jego ust. Przez jedno, wyjątkowo niefortunne, wydarzenie mające miejsce niedługo po założeniu ich osobliwego bractwa, stale żyli ze świadomością możliwości wybuchu wojny, której skrycie mieli nadzieję nie doczekać. Żaden z nich nie miał najmniejszej ochoty rzucać się w krwawy, bratobójczy konflikt, ale najwidoczniej nie było szans tego uniknąć. Wojna cieni… koszmar, nieustannie wiszący nad ich głowami, stawał się coraz realniejszą wizją paskudnej przyszłości. Atmosfera w saloniku drastycznie stężała, a pięciu mężczyzn rozmyślało intensywnie w milczeniu, czemu Raven mógł się jedynie przyglądać. Nie miał pojęcia o jaką wojnę mogło chodzić i dlaczego nawet Lionel wydawał się mocno przejęty. Nie wiedział co się działo i zaczynało mu to mocno uwierać. Był prawą ręką Kolekcjonera…jego obowiązkiem było wiedzieć o nadciągających konfliktach.

– Więc zasrana hiena wykonała ruch – jęknął Jean, zaplatając ręce na piersi.

– Owszem, ale w szczegóły wprowadzę was nieco później. Czego tak stoisz? – Dragan spojrzał na Akivę, przyciągnął go do miejsca obrad skinieniem palca i tym samym sposobem wbił w jeden z nienaruszonych foteli – Ależ mnie dzisiaj wkurzasz.

– Postępujemy zgodnie z planem? – Jarri przemówił z pełną powagą, czym całkowicie wprawił Ravena w konsternację.

– I tak i nie, mój ty złowieszczy śmieszku – kruczowłosy uśmiechnął się zaczepnie. – Jeszcze dziś spotkamy się w tym zamku z naszymi sojusznikami, żeby spojrzeć na sytuację z szerszej perspektywy i przedyskutować metody działania. Wróg ma nad nami niestety przewagę czasu, w zbieraniu koniecznych sił. Waszym głównym zadaniem, chłopcy, będzie zbudowanie naszej własnej armii, działając w całkowitej tajemnicy. Wykorzystacie nasze wpływy oraz znajomość wzajemnych zależności w półświatku, do pozyskania ludzi, którym będziemy mogli względnie ufać. Jeżeli nie uda wam się przeciągnąć ich na naszą stronę, zatroszczcie się, żeby dla nich również nie byli użyteczni – uśmiechnął się makabrycznie. – Im większą siłą militarną będziemy dysponować, tym łatwiej będzie nam stawiać realny opór, ale nie chcę widzieć pośród nas nikogo, kto mógłby zdradzić i utrudnić zwycięstwo. Wolę mniejszą, wyspecjalizowaną i lojalną grupę, niż cholerny motłoch z sianem, zamiast mózgu. Przeciwnik jeszcze nie wie, że zorientowaliśmy się w jego działaniach, ale szybko zauważy, kiedy zaczniemy działać zbyt otwarcie, więc bądźcie ostrożni. Półświatek to nasze terytorium.

– Cholerny Lazarius… – Liam westchnął przeciągle. – Po tylu latach zebrało mu się na wojnę przeciw braciom? Nudzi mu się, czy co?

Zebrani powtórnie zamilkli, przetrawiając w swoim tempie co, co się działo. Nie istniało coś takiego jak dobry czas na wojnę, ale ten był wyjątkowo uciążliwy. Ciszę przerwał Raven, który w końcu zdobył się na odwagę zapytania, o co w tym wszystkim chodziło.

– Lazarius? – spojrzał pytająco na szefa.

– A tak! – Dragan zaśmiał się sucho – Masz pełne prawo o nim nie wiedzieć, smarkaczu. Jarri opowiesz mu? Nie mam ochoty wymawiać imienia tego oślizgłego skurwiela.

– Mhmmm, jasne – Lio, z oszczędnym entuzjazmem, odwrócił się ku byłemu Łowcy – Od czego by tu zacząć…dużo tego…no dobra niech będzie! Wiesz pewnie, że wszyscy pochodzimy z rodzin spokrewnionych z Lutherami, a po tej całej rzezi wieki temu nie zostało nas zbyt wielu. Większość ocalałych nie chciała słyszeć o zemście, pragnąc jedynie spokojnego życia z daleka od tego wszystkiego…od miejsc i wspomnień, które pogłębiały traumę – urwał na chwile, odpędzając własne demony. – Nimi zajął się Ethan, obecna głowa rodu Luther. Nie wszyscy jednak mieli na tyle zdrowego rozsądku, by wycofać się póki czas i zacząć życie od nowa na jakimś zadupiu. Dziesiątka ocalałych i odrodzonych w Otchłani została z Draganem, tworząc Ogary Wojny. Zbrojne ramię zdziesiątkowanego rodu mające pilnować, by historia już nigdy się nie powtórzyła. Dragan od zawsze nami przewodził, przydzielał zadania i opiekował się nami umożliwiając nam zaspakajanie głodu, który rozbudziła Otchłań, ale jego rządy przestały odpowiadać niektórym z naszych braci – westchnął ciężko. – Między Ogarami nastąpił rozłam na dwie frakcje. My chcieliśmy dalej działać w cieniu i polegać na dowództwu Dragana, reszta miała bardziej… – przerwał nie chcąc przekłamać zbytnią delikatnością – radykalne poglądy. Oni nie chcieli ani harmonii, ani pogodzenia się z własną naturą, żeby wykorzystywać ją ku chwale i bezpieczeństwu rodu. Chcieli tylko i wyłącznie niszczyć, by ukarać świat za naszą krzywdę oraz zaspokoić potrzeby nad którymi nie mieli ochoty panować. Za plecami Dragana robili straszliwe głupoty, narażając nas wszystkich na straty i zwracając niezamierzenie uwagę czarodziei na naszych współbraci, rozesłanych po świecie przez Ethana. My jesteśmy destrukcyjni, ale działamy wspólnie, wiedząc o co walczymy i jak mamy to robić, żeby osiągnąć cel przy minimalnych stratach. Oni…byli tylko bandą obrażonych na życie, rozkapryszonych, debili skłonnych poświęcić nas wszystkich dla chwili bzdurnej zemsty. Na czele radykalnego odłamu stał Lazarius Winehell, brat cioteczny Akivy. Przekonał swoich popleczników, że jedynym rozwiązaniem jest wzniecenie buntu i obalenie Dragana, na co nie mogliśmy pozwolić. Dragan zaopiekował się nami, gdy nie mieliśmy już niczego. Podarował nam nowy dom, tu w Indrahill i wyszkolił, czyniąc z nas elitarne grono zabójców. Kolekcjoner jest naszym ukochanym bratem oraz jedynym przywódcą, dlatego bez zawahania stanęliśmy po jego stronie, gotowi wymierzyć krwawą sprawiedliwość. Dragan jednak nie chciał, żeby Lutherowie wzajemnie się mordowali w imię zwykłej głupoty, więc odsunął nas od konfliktu i własnoręcznie wymordował buntowników, jednak Winehell zdołał się wymknąć – w zielonych, roześmianych oczach zapłonęła czysta złość. – Poświęcił swoich braci, robiąc z nich żywą tarczę, byleby ujść z życiem. Wiesz…często pieszczotliwie mówimy, że Dragan jest szalony, ale to Lazarius jest prawdziwym wariatem. Otchłań namieszała mu w głowie i chyba sam nie wie co robi.

– Dragan może i zachowuje się jak ostatni obłąkaniec, ale nigdy nie naraziłby Lady Crown, nas, ani naszych współbraci na durną zagładę z był powodu – Liam wszedł w słowo Lionelowi, chcąc zdjąć z jego barków ciężar dalszego toczenia opowieści. – Dla Lazariusa to nie miało żadnego znaczenia. Wybiłby nas wszystkich, byleby zemścić się na ludziach, których uważa za sprawców zła wszelakiego.

– Lazarius zawsze miał dość specyficzne poglądy – westchnął Jean. – Uważał, że naszym obowiązkiem jest wymordowanie wszystkich czarodziei bez wyjątku, żeby doprowadzić do ich odrodzenia się w świecie opanowanym bezwzględnie przez Lutherów, których uważa za rasę dominującą. Próbował przekonać do tego pomysłu Lady Crown i Lorda Killiana, ale żaden z Phoenix’ów nie chciał o tym słyszeć. Winehell zawsze był paskudnie krótkowzrocznym kretynem, dla którego brutalna siła była odpowiedzią na wszystko – zaplótł dłonie na karku. – Chciał widzieć ludzi klęczących u naszych stóp i błagających o przywilej życia. Lady próbowała z nim rozmawiać, ale nie przyjmował do wiadomości tego, co dla nas jest oczywiste. Pozbywając się czarodziei nic byśmy nie zyskali, a moglibyśmy stracić wszystko. Problemem nie jest sama magia tkwiąca w ludziach, a ich ułomna, naturalna skłonność do wdawania się w krwawe konflikty, bez których wytrzymać nie potrafią. Natury nie da się od tak zagłuszyć ani wyplenić. Mordowanie ich tylko spowolniłoby nieznacznie to co nieuniknione i prawdopodobnie wywołałoby kolejną wojnę, stawiając zdesperowanych ludzi przeciw Lutherom, a być może nawet Phoenix’om.

– Nie wspominając już o tym, że Lordowie nigdy nie pozwoliliby nam na całkowite przejęcie kontroli nad odradzającym się światem – do dyskusji włączył się Akiva. – Dla Lordów  jesteśmy obrzydliwą abominacją zrodzoną z przykrej pomyłki, a ludzie są celem ich istnienia. Od lat szukamy Lazariusa, ale nie mamy pojęcia gdzie się ukrywa, ani co dokładnie zamierza. Możemy tylko śledzić nietypowe ruchy w półświatkach i podążając ich śladem, starać się wybadać w jaką grę bawi się ten pieprzony zdrajca. Czasem uda nam się zdobyć nieco więcej informacji, ale to wciąż za mało, żeby go dopaść. Lata przebywania pod rozkazami Dragana nauczyły to ostrożności.

– Skąd macie pewność, że Winehell szykuje się do wojny? – Raven wbił spojrzenie w turkusowookiego. – Powinien doskonale zdawać sobie sprawę z tego, że nie ma szans z Ogarami ani tym bardziej Kolekcjonerem w otwartej batalii.

– Skąd mamy pewność, pytasz – Luther zachichotał niepokojąco – Wojna jest jedyną rzeczą, jaka kiedykolwiek go interesowała. On nie jest taki jak my, Ravi. Nigdy nie dostrzegał żadnej innej opcji, poza ogólnoświatową rzezią. Ten żałosny, zaślepiony iluzją potęgi zdrajca posunął się nawet do bezpośredniego grożenia Vallerin, gdy odmówiła mu poparcia – przeszywające spojrzenie zmętniało niepokojąco, zasnute całunem wściekłości. – Śmiał powiedzieć mojemu ukochanemu aniołowi, że ma w dupie ten świat i nie przestanie, póki nie rzuci go na kolana. W mojej obecności powiedział jej, że kiedy już zbierze armię i zmiecie nas wszystkich, przyjdzie po jej głowę.

Wszyscy spodziewali się wściekłego wrzasku Dragana, jednak spokój w jego głosie okazał się znacznie bardziej przejmujący. Presja słów, które wypowiadał przez zaciśnięte zęby, dosłownie zmiotła ich z foteli, które roztrzaskały się po uderzeniu w grube mury zamku. Pięciu mężczyzn siedziało bez ruchu na podłodze, pośród skutych pokaźną warstwą lodu ścian. Wstrzymując oddech wpatrywali się w rozpalone nienawiścią oczy, które całkowicie zasnuło purpurowe, przerażające światło gorejące pośród mroźnej aury z siłą najbardziej rozszalałego płomienia. Żaden z nich nie wiedział co się dzieje i na co właściwie patrzą w tym momencie. Raven zacisnął pięści na tyle mocno, że zbielały. Cokolwiek nie działoby się z Draganem, w końcu zrozumiał furię jaką emanował jego szef, od dnia w którym ujrzał go po raz pierwszy…kruczowłosy wiele rzeczy był w stanie zignorować, ale jeśli chodziło o bezpieczeństwo Lady Crown, jego obojętność kończyła się momentalnie. Nie potrafił sobie wyobrazić nikogo, kto mógłby wkurwić go bardziej niż ów Lazarius i podtrzymywać tę furię przez tak wiele lat. Zdrada w szeregach własnych braci, krwawy bunt i obrzydliwa groźba wobec Lady…Winehell zaiste musiał mieć nierówno pod sufitem, w najgorszym znaczeniu tych słów. Były Łowca poderwał się i stanął na baczność, nie do końca wiedząc co właściwie wyczyniał. Nie był skłonny do równie pompatycznych zachowań, jednak teraz uznał to za odpowiednie. Legion był siłą, którą Kolekcjoner dzierżył w swym ręku. Orężem, który mógł wycelować w każdego skończonego debila, zagrażającemu ich interesom. Nikt…dosłownie nikt na tym cholernym świecie nie powinien czuć się bezpieczny, po równie ohydnym rzuceniu im rękawicy.

– Nikt z nas nie wybaczy zdrady, w szeregach Legionu. Nikt z nas nie pozwoli Lazariusowi chociażby spojrzeć w kierunku Lady – przemówił zdecydowanie. – Powiedz słowo, a będę osobiście czuwał nad bezpieczeństwem panienki Crown i z radością poświęcę dla niej życie.

Wzdrygnął się, widząc wściekłe, purpurowe oczy, ale po chwili rozluźnił się, słysząc przyjemnie głęboki, ciepły śmiech kruczowłosego. Ten magnetyczny, uspokajający dźwięk otrzeźwił pozostałych mężczyzn, którzy starając się nie myśleć o diabolicznym fiolecie, zgodnie stanęli za Ravenem. Choć żaden z nich nie przepadał jakoś szczególnie za ludźmi, wszyscy darzyli tego czarodzieja czymś na kształt naturalnego, niewymuszonego szacunku. Były Łowca był ich ostoją spokoju i racjonalnego myślenia, która niejednokrotnie odwodziła ich od robienia straszliwych głupot. Niestrudzenie stał u boku Dragana, tonując najbardziej szalone pomysły króla Indrahill. Nie pozwalał im zatopić się bez reszty w obłąkańczej naturze, zawsze znajdując sposób, na ustawienie ich do pionu. Nie obawiał się stawiania im czoła, słownych utarczek ani rozwiązań siłowych, jeśli uznał, że przesadzają, narażając dobro organizacji. Tak naprawdę to Raven był czołowym koordynatorem działań Legionu i sprawdzał się w tej roli wyśmienicie. Jarri energicznie klepnął ramię niebieskookiego.

– Nie wyrywaj się tak, bo kiepsko przy tobie wypadamy! – roześmiał się radośnie – Skopiemy Lazariusowi dupsko, skoro się prosi!

– Złożymy u twych stóp głowę każdego, kto śmie przeciw nam wystąpić – bliźniacy wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– Mój braciszek zapłaci najwyższą cenę za zdradę i poświęcenie naszych braci – Deckim zacisnął pięści.

– Transire suum pectus mundoque potiri! – wykrzyknął Luther, unosząc prawe ramię.

– Transire suum pectus mundoque potiri! – odpowiedział mu zgodny chór pięciu głosów.

Turkusowooki roześmiał się maniakalnie, a jego oczy wróciły do normy. Spojrzał ukradkowo na Ravena, uśmiechając się szeroko. Tak…udało mu się otoczyć silnymi, lojalnymi podwładnymi, gotowymi pójść za nim chociażby w sam środek piekielnych czeluści. Cokolwiek by o nim nie mówić, nie był naiwny…wiedział, że do realizacji najbardziej ambitnych planów, będzie potrzebował oddanych towarzyszy. O nic więcej nie mógłby prosić! Wieki temu nie był wcale taki pewien, czy uda mu się zebrać kompanów, tak samo stukniętych jak on. Setki razy się zawodził, ale te gorzkie rozczarowania warte były tej jednej chwili, którą właśnie przeżywał. Wracając dziś do Indrahill obawiał się, że bracia nie zaakceptują tego, czym się stał. Liczył się z tym, że odejdą, a wraz z nimi cały Legion…kto chciałby ślepo służyć potworowi? Sam jeszcze do końca nie rozumiał, czym tak dokładnie był, jak więc miałby pociągnąć za sobą tłumy? Zaśmiał się pod nosem. Być może tych pięciu było znacznie bardziej szalonych od niego.

– Zanim objawią się nasi znamienici sojusznicy, przejdźmy do kwatery głównej i omówmy wszystko, co wiemy na temat ostatnich działań tego zdrajcy.

Zebrani przytaknęli i usłużnie poszli za swym królem ku pokojowi, wieńczącemu szczyt strzelistej wieży, wtopionej w żelazną obejmę południowego muru obronnego. W milczeniu wspięli się po 152 kamiennych schodach i weszli do pomieszczenia, niegdyś pełniącego zaszczytną funkcję specjalistycznej biblioteki twierdzy. Po przejęciu przez Dragana rządów w Indrahill, zbiór ksiąg natychmiastowo przeniesiono do dawnej sali rycerskiej, ponieważ kolekcja turkusowookiego nijak nie mogła pomieścić się w równie ograniczonej przestrzeni. Wysokie, zużyte regały zastąpiono kilkoma proporcami z godłem Kolekcjonera, między którymi nieustannie płonęły niezmordowane ogniki usadzone w mosiężnych, ażurowych świecznikach. Kanciaste ławy ustąpiły miejsca okrągłemu stołowi, wyrzeźbionemu z litego kawałka hebanowego pnia. Przysłonięty karmazynowym suknem blat przeszyty był dziesiątkami szpilek o gładkich, okrągłych główkach w rozmaitych kolorach, które trzymały w ryzach ogromną, niezwykle szczegółową mapę którą za pomocą magii aktualizowano na bieżąco. Wokół stołu stało dziesięć solidnych, topornych krzeseł przyjemnie nadgryzionych zębem czasu oraz naznaczonych śladami setek spotkań, które miały tu miejsce od początku powstania Ogarów Wojny. Dwie niskie komody wypełniały przybory konieczne do sprawnego prowadzenia zebrań, a wysoki, częściowo przeszklony barek zapewniał niezbędny dostęp do kilkudziesięciu wymyślnych alkoholi, ściąganych tu z odległych zakamarków świata. W taki oto właśnie surowy, skromny sposób prezentowała się kwatera główna Kolekcjonera oraz jego Ogarów – miejsce powstania tysięcy misternych strategii. Otoczyli blat, trzymając się od siebie w komfortowej odległości ramienia i wpatrywali się w swego przywódcę, nie zamierzając siadać póki on tego nie zrobi. Oczekiwali w skupieniu na pierwsze instrukcje.

– Panowie! – zaczął Dragan z odpowiednią dla niego manierą – Z całą pewnością możemy powiedzieć, że oślizgła glizda którą kiedyś nazywaliśmy jednym z nas, przez dłuższy czas przebywała na terenie Rumunii. Dorobił się tam żałosnego przydomka Vlad, ku obrazie dla Vlada Palownika, przez brutalne metody jakimi terroryzował lokalną społeczność czarodziei. Z tego co wiemy, zebrał tam oddaną grupę czarnoksiężników. Wiem, że nie mieliście czasu zebrać dokładniejszych informacji, ale rzucajcie, co macie.

– Później wyruszył dalej na wschód – Liam wskazał na czerwoną szpilkę. – Natknąłem się na wzmianki o nim w okolicach Nepalu, gdzie prawdopodobnie zabiegał o współpracę z lokalną grupą czarnoksiężników o wyjątkowo ekstremistycznych zapędach. Z tego co wiem, nie zawiązali sojuszu, ale postaram się to jak najszybciej potwierdzić.

– Moi ludzie donieśli o obecności europejskich czarodziei w okolicach góry Urulu – Jean wbił czerwoną szpilę w stosowne miejsce. – Obcy zostali przepędzeni z tego świętego miejsca przez aborygenów, których magowie nie chcieli mieć nic wspólnego z, jak to określili, „białym diabłem“. Mam wszelkie powody by przypuszczać, że chodziło im o Lazariusa. Starszyzna dość precyzyjnie powtórzyła ofertę współpracy jaką im złożono, a tylko nasz skurwiel był w stanie wymyślić coś równie idiotycznego – zaśmiał się cynicznie.

– Nie zauważyłem, żeby był jakoś szczególnie aktywny w obu Amerykach – Akiva oparł dłonie o krawędź blatu. – Wiem natomiast, że wiele szemranych osobistości w przeciągu dosłownie kilku miesięcy zdecydowało się na powrót na stary kontynent, zwijając swoje interesy. Wciąż próbuję ustalić, czemu akurat teraz wzmogła się ta tendencja.

– Wylądowali na południu Szwecji – ciągnął Lio. – Stamtąd wyruszyli w kierunku Rosji i dalej w stronę Albanii oraz państw bałkańskich, gdzie prawdopodobnie się zaszyli. Nie mam na to twardych dowodów, ale w najbliższym czasie wyślę tam zwiadowców i zobaczymy, co uda się im ustalić.

– Czyli są wszędzie i nigdzie – prychnął Dragan. – Czeka nas sporo pracy, bękarty.

Obrady w południowej wieży trwały w najlepsze, gdy nieoczekiwanie przerwał je dźwięk gwałtownie otwieranych drzwi. Turkusowooki uśmiechnął się szelmowsko, widząc w progu tych, których przybycia oczekiwał. Do pomieszczenia wkroczył Lord Killian, a tuż za nim Samael oraz ten, którego pojawienia się nie mógł być pewien – Ethan we własnej, wiecznie skwaszonej osobie. Całkiem nieźle poszło, jak na zorganizowanie narady wojennej w trybie błyskawicznym. Zapewne było to dopiero pierwszym spotkaniem z wielu, jakie ich czekały, ale i tak był w miarę zadowolony.

– Panowie, oto nasza kawaleria! – zaśmiał się, ściskając ramiona upadłego oraz Killa.

Ogary, siląc się na pozory szacunku, powitały Lorda oraz głowę rodu Luther, nie mając pewności co to ostatniego z przybyszy. Jego obecność była jakaś…dziwna – deprymująco przytłaczająca, choć nie potrafili jednoznacznie zdefiniować powodu. Nigdy wcześniej go nie widzieli, co wydawało się niepokojące, zważywszy na serdeczność, jaką okazywał mu król Indrahill. Sam wygląd cudacznego przybysza wprawił ich w niemałe zakłopotanie. Włóczyli się po tym świecie od dawna i nie jedno już widzieli, ale nie spotkali jeszcze nikogo, o równie zaskakującej powierzchowności. Zrobiło się jeszcze niezręczniej, gdy Raven podszedł po białowłosego mężczyzny i swobodnie uścisnął jego wyciągniętą dłoń.

– Raven, dawno się nie widzieliśmy – upadły uśmiechnął się, odsłaniając przerośnięte kły.

– Zważywszy na twoją profesję, odbieram to jako komplement, Sammy – były Łowca odpowiedział ciepłym uśmiechem.

Wymiana zażyłości między tymi dwoma zszokowała kruczowłosego. Samael nigdy nie mówił mu o znajomości z Ravim i pojęcia nie miał, kiedy niby zdążyli się zakolegować.

– Coś przegapiłem? – spojrzał z przekąsem na przyjaciela.

– Kilka razy widzieliśmy się na polach bitew, kiedy jeszcze byłem Łowcą – niebieskooki rzucił lekko.

– Polubiłem dzieciaka, co poradzisz? – zaśmiał się Anioł.

Turkusowooki, póki co, nie potrzebował wylewniejszych wyjaśnień. Na rozmowę z tymi dwoma miał jeszcze czas, a na razie musiał skupić się na przedstawieniu perłowookiego pozostałym, żeby w końcu mogli skupić się na najważniejszym.

– Killa i Ethana już znacie, a ten tu przystojniak to Samael – objął ramieniem upadłego, uśmiechając się figlarnie. – Mój najlepszy przyjaciel, nieoceniony doradca, Anioł Śmierci we własnej osobie oraz ten, który mnie zabije, jeśli zawalę robotę.

Zebrani – za wyjątkiem Lorda – skamienieli, niepewni tego, czy Dragan żartował, czy mówił śmiertelnie poważnie. Z nim nigdy nie było tak do końca wiadomo. Ich zdezorientowane miny rozbawiły zarówno Luthera jak i Sammy’ego, którzy zerknęli na siebie, po czym wybuchnęli zgodnym, przerażająco diabolicznym śmiechem.

– To ta twoja słynna banda Ogarów? – zakpił perłowooki, nonszalancko odrzucając długie włosy.

– Może wyglądają teraz na ćwierćinteligentów, ale zazwyczaj jest dużo lepiej, wierz mi! Siadajcie i bierzmy się do roboty!

Zgodnie z życzeniem gospodarza zasiedli wspólnie do obrad. Po kolei każdy z nich przedstawiał reszcie co wiedział na temat potencjalnego zagrożenia, nie szczędząc teorii oraz nielicznych, niepotwierdzonych szczegółów. Wysłuchano niemalże wszystkich, poza Samaelem który powstrzymał się od zabierania głosu. Kolejna wojna niewiele go obchodziła, tak jak wszystkie poprzednie – zapowiadało się więcej pracy i tyle. Włączanie się w narady nie było jego rolą w tym spotkaniu. Spodziewał się, czemu Dragan go zaprosił, ale chciał zaczekać na odpowiedni moment, żeby ostatecznie się upewnić. Kiedy zebrani skończyli mówić, kruczowłosy wstał, przyjmując rolę czołowego stratega w tej rozgrywce.

– Sprawa ma się następująco – odchrząknął teatralnie. – Killian znalazł jedno z obozowisk sił Lazariusa i ryzykując wpadkę oraz narażenie się Lordom, zdołał potwierdzić to co przypuszczaliśmy. Lazarius gromadzi wokół siebie armię składającą się z czarodziei o upodobaniach mocno czarnomagicznych, którym ochoczo obiecał przejęcie kontroli nad światem magii, jeśli zgodzą się za nim podążać. Oklepane banialuki, ale na głupotę nic się nie poradzi – zachichotał kąśliwie. – Nie mam pojęcia jak zamierza ich wykorzystać, ale coś mi mówi, że widzi w nich mięsko armatnie, które ma nas przytłoczyć liczebnością. Jeśli weźmiemy za wyznacznik to jedno obozowisko i założymy optymistycznie, że dysponuje co najmniej piętnastoma podobnymi…jego obecne siły możemy oszacować na jakieś 30-35 tysięcy zdatnych do walki i zapewne przeszkolonych czarodziei.

– Skąd takie szacunki? – wtrącił się Ethan.

– Stąd, mój słodki braciszku, że my w przeciwieństwie do ciebie nie zaszyliśmy się w luksusowej, bezpiecznej dziurze – kruczowłosy zatrzepotał prowokacyjnie rzęsami. – Udało nam się potwierdzić istnienie co najmniej dziesięciu odizolowanych osad, dziwnym zrządzeniem losu zamieszkanych niemalże wyłącznie przez czarnoksiężników. Nie brzmi to jak coś, co można by uznać za przypadek.

– Założenia Dragana mają sens – Kill wstał, zwracając na siebie uwagę wszystkich. – Istnienie enklaw magicznych liczących około 2-3 tysięcy mieszkańców nie jest niczym atypowym. Czarodzieje chętnie korzystają z takiego rozwiązania, co jest sprawdzonym schematem jeszcze z czasów średniowiecza, gdy liczące się rody otaczały się zaufanymi rodzinami o niższym statusie społecznym – przemówił tonem znawcy, którym bez wątpienia był. – Takimi miejscami łatwiej jest zarządzać, ponieważ wszyscy się znają i każdy każdemu patrzy na ręce. Doskonała przykrywka dla potajemnego gromadzenia sił.

– Więc, co teraz nam proponujesz, geniuszu? – prychnął starszy Luther, patrząc na brata.

– Czy jesteś pewien, że Lazarius nie mógł uzyskać wsparcia naszych współbraci? – turkusowooki odwdzięczył się konkretnym pytaniem.

– Jestem tego absolutnie pewny. Trzymam pieczę nad wszystkimi, wiem co robią i gdzie się aktualnie znajdują, a moi zaufani ludzie informują mnie na bieżąco o wszystkich zmianach.

– Sprytnie, braciszku – pozorny komplement nie miał w sobie nic ze szczerości. – Skoro Lazarius nie ma w swoich szeregach Lutherów, oznacza to, że poszedł w ilość, a nie jakość. Zapewne zakłada, że zaskoczy nas liczebnością co miałoby istotne znaczenie, gdybyśmy nie zorientowali się w porę. Killian ocenił, na podstawie posiadanych informacji, że będzie gotów do wojny w przeciągu czterech może pięciu lat. Kill?

– Wskazywało na to urządzenie obozu – podjął Phoenix. – Nie brakuje im ludzi, ale sprzętu i przeszkolenia jak najbardziej. Lazarius wie, że stając w szranki z Draganem, będzie musiał zdobyć znaczną przewagę w posiadanym wyposażeniu, a na to potrzeba czasu. Czarodziej dzierżący w dłoniach potężny artefakt, jest większym zagrożeniem dla siebie samego niż dla przeciwnika, jeśli nie wie jak się nim posługiwać, a Dragan posiada w swojej kolekcji większość z najbardziej śmiercionośnych artefaktów. O ile nie znajdą sposoby by wkraść się do Indrahill i nie położą łap na kolekcji, nie podołają wywołaniu wojny wcześniej niż za cztery lata.

– Oto moja propozycja, panowie! – król Indrahill uderzył dłońmi w blat stołu – Ethan, ty cały czas kontroluj naszych współbraci i uruchom swoje wtyki w Ministerstwach, żeby upewnić się, że przypadkowo żaden ze świetnie zapowiadających się uczonych nie położył łap na jakiejś powalającej broni. Chłopcy, wy macie za zadanie stworzenie naszej własnej armii po cichutku. Mamy kontrolę nad większością światowego podziemia, więc to wykorzystajmy. Póki co odpuścimy pozbycie się upierdliwych szczekaczy na rzecz przeciągnięcia ich na naszą stronę. Zróbcie co się da, żeby najwięksi gracze podziemia poszli za nami w razie potrzeby i pilnujcie by nie zaplątał się między nimi potencjalny szpieg wroga. Akiva.

Deckim wzdrygnął się, gdy demoniczne oczy spojrzały wprost na niego. Nie spodziewał się wywołania po imieniu, zwłaszcza, że przebywali w mocno różnorodnym gronie. Czegokolwiek Luther by dla niego nie szykował, zapewne mógł łatwo znaleźć kogoś godniejszego zadania.

– Czego? – burknął, zmieszany uwagą, jaka się na nim skupiła.

– Nie bądź taki markotny, marudo – król zaśmiał się szczerze. – Od dziś to ty staniesz na czele naszej armii, w moim imieniu. Od tej chwili Jean, Lio i Liam będą składać raporty z postępów przygotowań tylko i wyłącznie tobie, a ty będziesz kontaktował się ze mną za pośrednictwem Ravena, którego w późniejszym czasie wspomoże Syriusz. Lio zajmie twoje miejsce w Amerykach, a ty zostaniesz tutaj, żeby mieć na oku Indrahill. Zrobimy z tego zamczyska bazę operacyjną. Czy to jasne?

– Po co chcesz mieszać Blacka w nasze sprawy! – Ethan poderwał się z krzesła – Od tak wpuścisz obcego?!

– Dla ciebie Black może być obcy, ale ja ufam mu bardziej, niż tobie, braciszku – demoniczne oczy zalśniły lodowato. – W razie potrzeby jego będzie mi zdecydowanie łatwiej pozbyć się niż ciebie. Kill…to co za chwilę powiem, mocno ci się nie spodoba.

– Nic mi się tutaj nie podoba – warknął błękitnooki. – Wal.

– Od bardzo dawna zastanawiałem się, jakim cudem Lazarius jest nieuchwytny, skoro zostawia po sobie masę lśniącego syfu, jak jakiś ślimak. Myślę, że ktoś mu pomaga…ktoś znacznie potężniejszy i bardziej wpływowy niż on.

– Czy ty właśnie sugerujesz, że któryś z moich braci może mieć cokolwiek wspólnego z tym pożałowania godnym wykolejeńcem?! – oczy Phoenix’a zapłonęły gniewem, który zgasł tak nagle, jak się pojawił.

– Wiedziałem, że się wkurwisz – Luther westchnął arogancko.

– Niespecjalnie – Kill opadł na swoje krzesło, pogrążając się w myślach. – W sumie to by miało sens…jeśli ten wyrzutek myśli o rzuceniu ci rękawicy, to musi być całkiem pewien zwycięstwa. Poobserwuję Eliasa, Damona i Ariena, tak na wszelki wypadek.

– Ciebie to już całkiem pojebało, gnojku?! – do dyskusji włączył się Ethan – Śmiesz podejrzewać, że nasz własny dziadek lub któryś z Lordów zniżyłby się do pomocy Lutherowi? Przecież wiesz co oni o nas myślą! Bez urazy, Lordzie Killianie.

– Nie gniewam się – roześmiał się Phoenix. – Spójrz jednak na to wszystko zdroworozsądkowo. Lazarius wie doskonale o relacji Dragana z Vallerin i musi być świadom tego, że Erin zawsze go wesprze. Jak mógłby chociaż myśleć o wojnie, gdyby nie dopuszczał takiej możliwości? Winehell sądzi, że Dragan cieszy się wyłącznie poparciem Lady bo nie wie o mnie i naszym małym układziku, ale to nie ma większego znaczenia. Ten głupiec chce się mierzyć z przynajmniej pięcioma Lutherami, wspieranymi przez Lady Crown. Byłby skończonym kretynem, gdyby nie starał się o przychylność któregoś z moich braci, a istnieje spore prawdopodobieństwo, że ową pomoc otrzymał. Phoenix’owie was nie znoszą, bez urazy. Lepszym interesem dla nas byłoby wsparcie Lazariusa i zaczekanie aż powybijacie się wzajemnie, żeby ewentualnie dobić ocalałych i pozbyć się całego rodu za jednym zamachem.

– Jesteście pokurwionymi hipokrytami – Sammy wbił spojrzenie w Killiana.

– Odezwał się pierdolony upadły – niebieskooki odwrócił się gwałtownie ku białowłosemu.

– Zarysować ci tę dziewczęcą buźkę, kastracie?! – Anioł poderwał się z krzesła.

– Spróbuj, padalcu! – Lord wychylił się w stronę oponenta.

– Zamknijcie się, pojeby! – nagły, przejmujący krzyk Dragana skutecznie stłumił nastroje – Kill miej po prostu oko na Lordów i daj znać, gdyby któryś świrował bardziej niż zazwyczaj. Sammy, mogę liczyć na twoje wsparcie, gdyby coś poszło nie tak?

– Już ci to obiecałem, przyjacielu – uśmiechnął się delikatnie. – Dragan, co z Vallerin? Wciągniesz ją w ten syf?

– Po moim trupie! Vallerin nie wie o Pakcie Trzech, sojuszu ani obecnej sytuacji i prędzej padnę na ryj, niż jej o tym powiem. Nie pozwoliłaby nam na to – powoli przesunął wzrokiem po zebranych. – Wszyscy doskonale wiemy, że zrobiłaby wszystko, by nie dopuścić do rozlewu krwi, a ten jest nieunikniony w obecnej sytuacji. Ja nie wysilam się, zabiegając o sprawy beznadziejne, ale dla niej to jakieś dziwne hobby. Akiva przejmie część moich obowiązków, więc będę mógł jej pilnować i po cichu liczyłem na to, że się przyłączysz, bracie – spojrzał na upadłego.

– Nie musisz pytać – Samael uśmiechnął się półgębkiem.

– Mogę coś zasugerować?

Raven wstał, skupiając na sobie spojrzenia pozostałych. Było to dość krępujące, jednak miał kilka wątpliwości odnośnie powstałego planu i nie chciał zwlekać za ich przedstawieniem.

– Proszę – turkusowooki oddał mu głos, ciekaw, co miał do powiedzenia.

– Dzięki. Z tego co wiem, podział Ogarów między konkretnymi kontynentami jest niezmienny od dziesięcioleci. Nagła zamiana miejsc między Akivą a Lio na pewno zwróci uwagę. Skoro my obserwujemy działania Lazariusa, on z całą pewnością przygląda się naszym. Rozsądniejszą opcją byłoby zostawienie Lio w Indrahill – spojrzał na lidera, który wydawał się skupiony na jego słowach. – Większość poważnych grup, prowadzących interesy w półświatku, działa na terenie Ameryk. Chętniej będą współpracować z Akivą, którego znają, niż nowym dowódcą o którym nic nie wiedzą. Kolejną sprawą jest pański udział, panie Luther – zwrócił się do Ethana. – Lazarius wie o pańskim konflikcie z Draganem, więc śmiem przypuszczać, że prędzej czy później będzie szukał z panem kontaktu. Nawet jeśli nie zwróci się bezpośrednio do pana, zapewne będzie szukał poparcia Lutherów, niezaangażowanych dotychczas w sprawy militarne. Sądzę, że otwiera nam to doskonałą okazję. Wielką stratą, z punktu widzenia taktyki, byłoby bezmyślne odrzucenie możliwości wprowadzenia z pańską pomocą naszego szpiega w szeregi wroga. Nasz człowiek w armii Lazariusa mógłby znacznie ułatwić zadanie Lordowi Killianowi. Jeżeli którykolwiek z Lordów jest faktycznie powiązany z działaniami Winehella, musi się z nim w jakiś sposób komunikować, co korzystniej będzie potwierdzić od środka, zamiast snuć domysły.

– Właśnie dlatego jesteś moją prawą ręką! – doktor plagi roześmiał się w głos. – Akiva, co myślisz?

– Raven ma rację – Deckim zaplótł ręce na karku. – Jestem rozpoznawalny w środowisku i Lio mógłby mieć znacznie większy problem w przekonaniu tych szuj, do wsparcia nas.

– Lio? – władca Indrahill przeniósł spojrzenie na zielonookiego.

– Zgadzam się z chłopakami – blondynek zaśmiał się radośnie. – Mogę zostać i nadzorować postępy w budowaniu armii, jeśli Akki, Jean i Liam się na to zgodzą.

– Tylko nie rozpuść naszych ludzi! – Seth zaniósł się miękkim, serdecznym śmiechem.

– I nie zamień Indrahill w melinę – Wodan zawtórował bratu.

– Ethan? – kruczowłosy zerknął niechętnie na krewnego.

– Widać, że to twój człowiek – niebieskooki westchnął z rozbawieniem. – Sam zastanawiałem się, czy Lazarius nie spróbuje wpłynąć na resztę rodziny. Będę trzymał rękę na pulsie, a jeśli zdarzy się okazja do wysłania szpiega, dam wam znać.

– Masz coś do powiedzenia, Kill?

– Niekoniecznie – Phoenix westchnął cicho. – Gdybyś szukał pracy, Ravenie, zgłoś się do mnie.

– Nie oddam mojego bezcennego doradcy! – Luther podszedł do byłego Łowcy i objął go ramieniem. – To mamy ustalone! Ethan, nadzór nad rodem, kontrola Ministerstw i szukanie okazji, na wprowadzenie naszego człowieka w szeregi wroga. Kill, obserwacja pozostałych dinozaurów, czy czasem nie szukają rozrywek na boku. Lio, zwierzchnictwo nad Indrahill oraz gromadzenie koniecznych zasobów. Raven, łącznik między mną, a Jarrim. Sammy, obietnica plus pomoc w zapewnieniu ochrony Vallerin, gdyby sprawy wymknęły się spod kontroli. Ja zajmę się Lady i przycisnę informatorów, żeby nie stracić oglądu na całą sytuację. Zaczynamy zabawę!

– Wieki minęły, co? – upadły spojrzał nostalgicznie na przyjaciela, podnosząc się ze swojego miejsca – Trochę upłynęło od ostatniej Wojny Cieni.

Kruczowłosy uśmiechnął się ponuro, mimowolnie przykładając dłoń do swojego brzucha. Konflikty, dziejące się poza zasięgiem wzroku śmiertelnych, powracały co jakiś czas, wciągając przeklętych wiecznością w ciche bitwy, toczone na granicy cienia. Uśmiechnął się gorzko. Taki był już los nieśmiertelnych. Musieli być nieustannie gotowi na starć, o których szeroko pojęty świat nigdy się nie dowiadywał. Ostatnio takie wydarzenie miało miejsce setki lat temu, gdy on sam po raz pierwszy skrzyżował miecz z jednym z Lordów w pewnej zapomnianej, rozpadającej się chatce na cuchnącym rybami wybrzeżu. Elias. To jego oręż pozostawił na jego brzuchu bliznę, której nijak nie mógł się pozbyć. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 592
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!