Córa rodu Phoenix – Rozdział 27

Krwawe Święta

              Dragan, pod osłoną nocy, opuścił Wrzeszczącą Chatę i przystanął ledwie kilka metrów od niej, sięgając po papierosa. Wyciągnął tandetną, bezwartościową zapalniczkę, przy okazji naciągając głębiej kaptur. Spojrzał na swoją dłoń, obrzydzony tym co widział – pieprzony kawałek lśniącego metalu palił go żywym ogniem, utrwalając na jego skórze piętno porażki. Brakowało mu ukochanej zapalniczki…tej samej, która niezmiennie przypominała mu o Vallerin, stając się jego światełkiem w najgorszych chwilach. Podniósł powoli głowę, by spojrzeć w nocne niebo. Nieboskłon był ciemny, pozbawiony pocieszającego blasku gwiazd i zasnuty ciężkimi, ponurymi chmurami – tak jak jego myśli. Miał serdecznie dość. Rozmowa z Blackiem znużyła go do tego stopnia, że zaczął marzyć wyłącznie o powrocie do Hogwartu, by w jego murach zaznać chwili wytchnienia. Lata doświadczenia nauczyły go perfekcyjnie symulować bogatą paletę różnorodnych, przekonujących osobowości. Nigdy nie miał problemów z udawaniem kogoś innego, jednak Syriusz zdążył poznać dwa jego oblicza – spokojnego, wyrozumiałego Kaia o gładkiej gadce oraz to prawdziwe, skrywające się pod misterną maską doktora plagi. Mając na uwadze wszystkie okoliczności, zmuszony był zachować szczególną ostrożność podczas odgrywania swojej najbardziej znienawidzonej roli. Robił co powinien, żeby rozmówca nie odniósł wrażenia, że spotkali się już wcześniej. Grał wyśmienicie (jak zawsze), choć okupił to niemałym wysiłkiem. Ciągła dbałość o brzmienie barwy głosu, odpowiednią intonację oraz unikanie powtarzania typowych dla niego zwrotów wykończyły go do cna. Odsunął papierosa od ust, wypuszczając dym przez zaciśnięte zęby. Przez chwilę obserwował jak mleczny obłoczek rozmywa się w chłodnych podmuchach wiatru, dostrzegając w tej scenie coś niemalże metafizycznego. Uśmiechnął się półgębkiem. Chyba był mocno zmęczony, skoro doszukiwał się czegoś znacznie więcej w tak prozaicznym widoczku. Ostatnia doba porządnie dała mu w kość i dopiero teraz, wywiązawszy się ze wszystkich obowiązków, zaczynał to odczuwać w całej okazałości. Czuł nieprzyjemne napięcie mięśni karku, któremu towarzyszyła irytująca ociężałość. Początkowo nie wiedział, co było źródłem tego przedziwnego stanu, a gdy w końcu się domyślił, odpowiedź wyjątkowo mu się nie spodobała. Najwidoczniej, po raz pierwszy w życiu czuł się przytłoczony i nieszczególnie sobie z tym radził. Próbował walczyć z paskudnym uczuciem, jednak nie przyniosło to większych rezultatów – jego myśli bez przerwy uciekały ku Lady Crown. Nie potrafił przestać myśleć o kobiecie, której wieki temu ofiarował wszystko, co uznał za godne sprezentowania równie wspaniałej istocie – swoje życie oraz duszę. Niewyraźne widma poczucia winy stawały się coraz wyraźniejsze, przygniatając jego barki swym ciężarem. Zawiódł ją. Powtarzał sobie, że Sammy wszystkim się zajmie i już niedługo zwróci im Vallerin. Nieoczekiwanie wezbrała w nim wściekłość. To właśnie poleganie wyłącznie na Samaelu, kiedy on sam nie mógł zrobić absolutnie nic, uwierało mu najbardziej! Stojąc w bezruchu mimowolnie analizował słowa Ariena i Damona – chociaż zrobił to już kilkadziesiąt razy – starając się dociec, z czym tak właściwie mieli do czynienia. Im uporczywiej roztrząsał ten temat, tym mętniejszy stawał się obraz – prawda była taka, że nie miał bladego pojęcia co działo się z Vallerin. Trwanie w niepewności powoli przeobrażało się z irytującej niedogodności w najprawdziwsze przerażenie. Wciąż i wciąż jego świadomość raniły bezwzględne ostrza bolesnych, trudnych pytań na które nie znał odpowiedzi. Czy jego pani była bezpieczna? Cierpiała? Krzyczała ze wszystkich sił jego imię, a on pozostawał głuchy na jej wezwania? Był tak ohydnie słaby… bezużyteczny, niczym papierowa tarcza. Niesiony kolejnym przypływem złości, rozgniótł w dłoni papierosa, pozwalając, by żar rozpalił jego skórę oczyszczającą porcją lekkiego bólu. Przygryzł dolną wargę na tyle mocno, że poczuł w ustach smak własnej krwi – cholernie obrzydliwej i bezwartościowej. W tym momencie, jak jeszcze nigdy, brzydził się tym mizernym posmakiem klęski. Mając dość sterczenia w miejscu, ruszył niespiesznie zadbaną ścieżką w stronę zamku, chcąc ukoić nerwy monotonną przechadzką. Osiągnął efekt dokładnie odwrotny od zamierzonego – każdy kolejny krok stawał się mocniejszy i nasycony dławioną furią. Oddychał coraz ciężej, podczas gdy do jego uszu docierała znajoma melodia. Cichy, kojący śpiew wzywał go do wyzwolenia się z przytłoczenia, za pomocą brutalnej, pierwotnej siły. Nęcony nostalgiczną pieśnią nabrał niewyobrażalnej wręcz ochoty na zabawienie się w sposób, który lubił najbardziej. Przymknął powieki, przywołując obraz własnych dłoni skąpanych w krzepnącej purpurze – niemal czuł jej przyjemną, ciepłą lepkość oraz subtelny, metaliczny zapach. Otworzył oczy pozwalając, by lodowata, srebrzysta poświata na dobre przyćmiła głęboki turkus. Był wygłodniały… jak dzika bestia zbyt długo trzymana w ciasnej klatce. Troski powolutku zaczynały odsuwać się w cień, ustępując miejsca nieposkromionej, dzikiej żądzy. Obok nie było Vallerin. Zabrakło jedynej osoby, która potrafiła dać mu wewnętrzną siłę do utrzymania w ryzach tego, czym był bez mała od dnia narodzin – potwora, czającego się w najmroczniejszych odmętach Otchłani. Polowanie… jedynie o tym był w stanie myśleć. 

– Czego? – warknął, wyczuwając ruch obok siebie.

Na ścieżkę wyszedł Raven. Przypatrywał się uważnie swemu pracodawcy oceniając, czy powinien podjąć ryzyko podejścia bliżej – nie raz i nie dwa w swojej karierze widział, jak nieostrożny informator przypłacał lekkomyślność życiem. Zamarł, rozpoznając lodowaty błysk w oczach Luthera. Zachowując bezpieczny dystans bez trudu wyczuł emanujące od Dragana najczystsze pragnienie mordu. Pochylił usłużnie głowę, uśmiechając się ukradkiem – ta rozszalała bestia tuż przed nim… to był Kolekcjoner, którego znał i podziwiał. Wyciągnął przed siebie dłoń z wiadomością, spisaną na śnieżnej kartce gładkiego, dość grubego papieru. Zaczekał cierpliwie aż turkusowooki odbierze notatkę, nie rezygnując z kurtuazyjnego pokłonu. 

– Kto to przysłał?

Były Łowca nieświadomie wzdrygnął się, słysząc irytację w głosie kruczowłosego. Prawdopodobnie coś zaprzątało głowę Dragana, jednak nie miał śmiałości próbować określić dokładnie cóż mogło wzbudzić w nim tak wiele emocji.

– Nie wiem – przyznał szczerze. – Venetty podrzucił to naszemu człowiekowi w Londynie bez mała dwie godziny temu. Informator przekazał list mnie, mówiąc, że wystosowano prośbę o dostarczenie go tobie, do rąk własnych. 

– Raven, – Luther westchnął przeciągle – nie wkurwiaj mnie i weź się wyprostuj. Wyglądasz jak kretyn przez te pokłony.

Niebieskooki zrobił jak mu kazano i opierając dłonie o skórzany pas oplatający jego biodra uważnie obserwował upiornie zimne oczy rozmówcy, przesuwające się po kolejnych wersach wiadomości w deprymującym tempie. Na twarzy Kolekcjonera nie drgnął ani jeden mięsień, przez co nie mógł chociażby pobieżnie ocenić jego nastroju. Czytanie z ledwo zauważalnych niuansów mimiki Dragana, nigdy nie należało do zadań łatwych, lecz niejednokrotnie ułatwiało byłemu Łowcy życie – częstokroć ratując mu skórę w sytuacjach podbramkowych. Po skończonej lekturze Luther zmiął papier i spalił go w otwartej dłoni, po czym rozsypał popiół nad dywanem namokłej trawy.

– Czeka mnie dziś jeszcze jedna wycieczka – spojrzał na kompana bez cienia emocji. – Pilnuj Blacka. Uświadomiłem mu, że wiemy o jego psiej przypadłości, więc nie powinien robić nic głupiego. Chociaż Syriusz nie jest najrozsądniejszym facetem na świecie, to kto go tam wie! – zaśmiał się krótko – Gdyby coś kombinował, masz moje pozwolenie na użycie siły, żeby zatrzymać go w Chacie. Ostatnim czego teraz chcę, to użeranie się z problematycznym, niewdzięcznym kundlem. Zrozumiałeś? 

– A masz co do tego wątpliwości? – Raven uniósł lewą brew, pozwalając sobie na nutę swobody – Nie byłoby lepiej, gdybym poszedł z tobą? Nie wiadomo, kto tym razem zapłacił Venettiemu najwięcej.

– Sugerujesz, że nie poradzę sobie w pojedynkę, chłopczyku? 

Błysk demonicznych oczu zmusił byłego Łowcę do cofnięcia się o krok. Zazwyczaj Kolekcjoner nie reagował równie ostro na podobne propozycje, co odrobinę wytrąciło go z równowagi. Z całą pewnością Luther nie był dziś w szczytowej formie. Pokornie pochylił głowę, próbując w ten sposób udobruchać rozdrażnionego szefa. 

– Wybacz, Kolekcjonerze. Będę miał Blacka na oku.

Dragan nie odpowiedział. Wymijając Ravena przelotnie klepnął jego ramię na znak, że nie miał mu za złe wątpliwości. Obydwaj doskonale wiedzieli, że komu jak komu, ale Venettiemu nie można było zaufać nawet przez ułamek sekundy – nic więc dziwnego, że Raven, jak na solidną prawą rękę przystało, nabrał podejrzeń. Nieraz Legion musiał sprzątać burdel po nagłych zmianach stron tego starego skurczybyka o wiecznie roześmianej, szczurzej gębie. Turkusowooki uśmiechnął się półgębkiem. Mógł pozbyć się Venettiego dawno temu i oszczędzić sobie kłopotów, jednak miał jakąś dziwną słabość do tego człowieka – dzięki jego wrodzonej beztrosce nigdy nie było nudno. Oddalił się na bezpieczną odległość od Chaty i skorzystał z dobrodziejstwa teleportacji, zostawiając bezpieczeństwo Syriusza w rękach Ravena. Przeniósł się do swojej ulubionej nieruchomości: starego, ponurego, drewnianego dworku usytuowanego nieopodal stromego klifu. Wybrał to miejsce na swoją tymczasową siedzibę w Anglii głównie ze względu na osobliwe położenie – dostęp do posępnej, odizolowanej posiadłości ograniczał zaniedbany, gęsty las oraz skalne urwisko. Kiedy nie wiedziało się, gdzie dokładnie szukać, zlokalizowanie domostwa graniczyło z cudem, a dodatkowo to miejsce wydawało mu się całkiem urokliwe, dzięki nienachalnemu podobieństwu do zamku Ariena – panowała tu tak samo mroczna i nieprzenikniona atmosfera, podsycana dodatkowo gęstą mgłą, która utrzymywała się przez większość dnia. Dragan uśmiechnął się subtelnie i wciągnął głęboko w płuca wilgotne, chłodne powietrze pachnące solą, niesioną znad nieprzebranego odmętu oceanicznych wód. Pewnym krokiem ruszył ku posiadłości, wprawnie odszukując resztki zdezelowanej, zarośniętej wysoką trawą ścieżki. Stojąc bezpośrednio przed drzwiami domu zdjął z nich szereg zaklęć zabezpieczających, bowiem ze względów bezpieczeństwa sam za pomocą magii uniemożliwił teleportację wprost do wnętrza. Nauczył się stosować bardzo daleko idące zabezpieczenia niemalże automatycznie, żeby oszczędzić sobie przykrej niespodzianki wywołanej wizytą wysoce niepożądanych gości. Gdyby lata doświadczenia nie wykształciły w nim tego nawyku, prędzej czy później ktoś w końcu przyjrzałby się jego kryjówkom, jeśli trup ścieliłby się wokół nich gęsto. Pchnął solidne wrota strzegące dostępu do jego azylu w tym nudnym kraiku. Klasnął w dłonie zapalając świece tkwiące w wysokich, mosiężnych świecznikach. Chybotliwy blask wątłych języków ognia zapewniał mu wystarczająco dużo światła – z natury nie przepadał za jasno oświetlonymi pomieszczeniami, ponieważ raziły go, nie pozwalając na odprężenie się. Był cieniem…istotą czującą się najlepiej w półmroku. Rzucił niedbale płaszcz na podłogę, po czym skierował się ku swojemu pokojowi, będącemu jedynym w miarę urządzonym pomieszczeniem w tym budynku. Nigdy nie zależało mu na wygodach, a pomimo tego, że przez większość życia uganiał się za unikatowymi przedmiotami, unikał otaczania się nimi w miejscu zamieszkania. Uznawał podobne skłonności za obskurny przejaw sentymentalizmu, a on do sentymentalnych z całą pewnością się nie zaliczał. Nie tracąc czasu podszedł wprost do obszernej szafy wykonanej z dębowych desek i szarpnął mocno za srebrzystą klamkę, wzdychając przeciągle. Całość szafy wypełniały elementy stroju Kolekcjonera: długie płaszcze o specyficznym kroju; ciężkie, skórzane kurtki; czarne niczym smoła rękawice, wzmacniane metalowymi okuciami oraz oczywiście maski. Posiadał kilkanaście masek doktora plagi w przeróżnych wersjach – począwszy od klasycznych, po ręcznie zdobione misternymi tłoczeniami. Nie miał ochoty na ekstrawagancję, więc zdecydował się na klasykę gatunku i wyciągnął gotowy strój, który cisnął na łóżko zamaszystym ruchem. Dawno już zatroszczył się, by jego ubrania nie wymagały czegoś równie upierdliwego jak prasowanie. Wolał korzystać z wysokiej klasy niemnących się materiałów niż myśleć, czy jego tajemniczego wizerunku nie niszczy wymięty (choćby w trakcie podróży) element. Podszedł do drzwi, które powinny prowadzić ku garderobie, jednak w jego domu garderoba była więcej niż zbędna, dlatego przerobił ją na arsenał. Z szerokim uśmiechem wodził wzrokiem po swojej kolekcji utrzymanej w perfekcyjnym porządku. Jedyną rzeczą godną zajmowania przestrzeni tymczasowej bazy – w jego mniemaniu – była właśnie broń. Posiadał niemalże wszystko: zaklęte pradawną magią ostrza różnego typu, łuki, kusze, wyrzutniki rakiet, moździerze, miotacze ognia…Nie brakowało również wszelkiego rodzaju broni palnej; automatycznej, samopowtarzalnej, powtarzalnej, maszynowej, krótkiej, długiej, karabinów uniwersalnych, maszynowych oraz wyborowych. Kolekcjoner przez wiele dekad interesował się rozwojem sztuki tworzenia śmiercionośnych narzędzi i lubił mieć w swoich zbiorach przynajmniej po jednym wyjątkowym egzemplarzu. Spędzał dziesiątki godzin ulepszając broń mugoli poprzez dodanie do niej szczypty magicznej pikanterii – kolekcja którą posiadał zapewne była jedną z najbardziej destrukcyjnych na świecie. Przez lata doskonalił się w nakładaniu klątw na ostrza i naboje lub zwyczajnym ich zatruwaniu, nieraz tworząc własne receptury. Stał się najprawdziwszym artystą w tej dziedzinie! Luther był czarodziejem obdarzonym wyjątkowym talentem i potężną linią krwi, jednak w swojej robocie stronił do używania różdżki. Niewielu mogło mierzyć się z nim w magicznych pojedynkach, więc uznał je za zbyt nudne. Można powiedzieć, że zrezygnowanie z magii w jakiś pokrętny sposób wyszło mu na dobre! Nic nie mogło równać się z uczuciem pozbawienia drugiej istoty życia własnymi rękami! Nie poprzez suche wymachiwanie zaczarowanym badylem, a pieczołowite celowanie…naciśnięcie spustu w tej jednej, doskonałej chwili… wbicie ostrza aż po rękojeść wprost w ciało oponenta… TAK POWINNA WYGLĄDAĆ ZABAWA! Żadna magia nie gwarantowała mu równie osobistych, satysfakcjonujących przeżyć. Odwykł od używania różdżki niemal całkowicie, ponieważ w razie konieczności i tak posługiwał się magią bezróżdżkową. Różdżka podarowana mu przez dziadka w dniu felernych urodzin spoczęła na dobre tuż obok tej należącej do Vallerin. Tam było jej miejsce – w pysznie zdobionej szkatule zabezpieczonej najpotężniejszą magią. Wrócił myślami do rzeczywistości i wszedł w głąb arsenału, powoli przesuwając się wzdłuż gablot wypełnionych cudeńkami makabrycznej techniki. W końcu sięgnął po swoją ulubioną, staromodną broń, po czym wyszedł z magazynu, zamykając dokładnie drzwi. Spojrzał na łóżko i westchnął z rezygnacją, bowiem czas było rozpocząć żmudny proces ubierania się. Strój Kolekcjonera był bardzo efektowny i zaskakująco wygodny w użytkowaniu, lecz samo nakładanie go stanowiło istną torturę – wszystko przez niezliczoną ilość klamer, ukrytych zatrzasków i skrytek, w których mógłby pomieścić pół zbrojowni. Niezbyt uśmiechała mu się wizja wycieczki na zakończenie męczącego dnia, więc ociągał się z ubieraniem, odwlekając chwilę ostatecznego wyjścia. Odetchnął głęboko, zanim zacisnął klamry trzymające w ryzach gładką maskę doktora plagi. Dopasował kurtkę za pomocą dwóch klamer, dopiął luźno płaszcz, po czym odwrócił się ku drzwiom, gotów do drogi. W wiadomości podano dokładny adres spotkania, co było jedyną konkretną informacją pośród nadmiernie uprzejmego bełkotu. Znał tamto miejsce, więc mógł się bez problemu teleportować, z czego skorzystał skwapliwie zaraz po opuszczeniu posiadłości. Wylądował przed opuszczonym, piętrowym domem, którego krzywe ściany zauważalnie pochylały się w lewo. Ta kupa zbutwiałego, porośniętego mchem drewna wyglądała znacznie gorzej niż jeszcze pięć lat temu – najwidoczniej nikt już nie korzystał z tej ruiny, przez co niszczała w zastraszającym tempie. Nie mając zamiaru ogłaszać swego przybycia eleganckim pukaniem, wykopał ledwo trzymające się drzwi z zawiasów i wtargnął do obszernego przedpokoju. Ledwo na dobre przekroczył próg, a przystanął urzeczony. Ciepłe powietrze przesiąknięte było ulotną, metaliczną wonią, którą ukochał sobie wieku temu – zapachem krwi. Ze spowijającej pomieszczenie ciemności wyłoniło się ośmiu mężczyzn ubranych w identyczne, ciemnozielone płaszcze. Każdy z nich uzbrojony był w różdżkę, obecnie wycelowaną wprost w intruza. Luther kątem oka ocenił sytuację i uśmiechnął się pod nosem, czując przyjemne mrowienie w palcach. Był otoczony, a ci idioci z całą pewnością nie chcieli uciąć sobie z nim niewinnej pogawędki. Ruszył krok w przód i zawirował z szeroko rozpostartymi ramionami, śmiejąc się w głos z nerwowej reakcji agresorów. Jego przytłumiony przez maskę śmiech odbijał się od odrapanych ścian, niezmącony żadnym dźwiękiem. Mrowienie przerodziło się w istny dreszcz ekscytacji, rozprzestrzeniający się wzdłuż jego kręgosłupa. Atmosfera gęstniała z każdą sekundą, aż do chwili, gdy jeden z mężczyzn poruszył się niepewnie. 

– Crucio! – wrzasnął, mierząc w Kolekcjonera.

Zaklęcie przemknęło tuż obok głowy Luthera, dając reszcie napastników sygnał do rozpoczęcia zmasowanego ataku. Dragan, śmiejąc się radośnie, lawirował wśród potoku zaklęć. Niektórych z nich unikał, inne najzwyczajniej odbijał, dezorientując przeciwników. Zatrzymał się dopiero, gdy oberwał Cruciatusem. Złapał się za ramię, w które uderzyło zaklęcie i nieco teatralnie padł na brudną podłogę, krzycząc i uderzając dłonią w wysłużone drewno. Przedstawienie odniosło zamierzony efekt, bowiem autor celnego strzału – trzymając sztywno różdżkę – podszedł do niego, po czym pochylił się, żeby sprawdzić czy ich gość ma już dość stawiania oporu. Naiwność szybko go zgubiła. Kruczowłosy w ułamku sekundy poderwał się i jednym, zabójczo precyzyjnym ruchem skręcił natrętowi kark. Poczuł falę cudownego gorąca, rozchodzącą się po całym ciele. Jego krew wrzała, rozpalona dawką najczystszej rozkoszy! Więc zaczęła się zabawa! Wyprostował się i odchylił poły płaszcza, dobywając swoich ulubionych zabawek – dwóch bliźniaczych sztyletów o jadeitowych rękojeściach i smukłych srebrzystych ostrzach. Dawno temu otrzymał te maleństwa w prezencie od pewnego upierdliwego narkoleptyka, a jakiś czas temu opracował truciznę doskonale uzupełniającą ich makabryczny urok – bezbarwną, bezwonną ciecz o upiornej skuteczności. Nim zdążył zacisnąć dłonie na broniach uderzyła w niego lawina zaklęć, wykrzykiwanych nazbyt głośno, niepewnie i szybko, by stanowić jakiekolwiek zagrożenie. Napastnicy zdawali się całkowicie przestać zwracać uwagę na celność oraz pozycję sojuszników, w efekcie czego sami zmuszeni byli do robienia uników, żeby uniknąć śmierci z rąk sprzymierzeńców. Siedmiu mężczyzn w durnych płaszczykach kotłowało się bez ładu i składu, nie podążając za żadną wypracowaną strategią. Przypominali stadko nieopierzonych podlotków, którym pierwszy raz w życiu przyszło zmierzenie się z czymś na kształt realnego wyzwania. Chaos! Dragan zaciągnął się głęboko jego wspaniałym, kojącym zapachem. Nie próbował już nawet udawać, że przejmuje się zaistniałą sytuacją – ktokolwiek śmiał podnieść na niego różdżkę, musiał liczyć z widmem rychłej, gwałtownej śmierci. Odbijał zaklęcia dzięki magii bezróżdżkowej, zbliżając się władczym krokiem ku upatrzonemu przeciwnikowi. Skinieniem głowy wyrwał magicznego badyla z dłoni nieszczęśnika i bezlitośnie wbił sztylet w podstawę jego czaszki, ciesząc się cudownym dźwiękiem pękających kości. Z upodobaniem przymknął delikatnie powieki widząc charakterystyczną, różowawą mgiełkę, która pojawiała się na ułamek sekundy przed tym, jak krew wytryskiwała z głębokiej rany – lata temu zakochał się w jej ulotnym, ostatecznym wdzięku. Pewnym ruchem przeciągnął ostrze, podrzynając gardło ofiary na tyle brutalnie, że niemal oddzielił głowę od korpusu. Chciał jednego…Pragnął, by gorąca krew ochlapała jego maskę, płaszcz oraz rękawice – tak też się stało. Przez kilka chwil spokojnie rozkoszował się cudowną, metaliczną wonią, po czym przyłożył dłoń do twarzy i roztarł lepką purpurę. Miała przepiękny, burgundowy odcień, którego widok na dobre wciągnął go w szpony dawno niezaspokajanego instynktu. O TAK!!! PRAGNĄŁ WIĘCEJ!!! Znacznie więcej… Nie próbując walczyć z własną naturą, dał się porwać morderczemu, bestialskiemu tańcowi. Był ciekaw, czy krew każdego z tych kretynów miała równie cudowny kolor. Śmiał się ze wszystkich sił, tnąc ich ciała żeby to sprawdzić. Widział w ich oczach przerażenie, panikę, skrajny szok oraz coś, co zawsze go obrzydzało – nieme błaganie o darowanie życia. Kolekcjoner nie był litościwy, z czego powinni zdawać sobie sprawę! Raz rozbudzonej bestii nie sposób było zatrzymać, dopóki nie nasyciła się sianą destrukcją. Napastnicy wrzeszczeli przeraźliwie, gdy ich ciała przeżerała trucizna, rozpuszczająca tkanki. Drobne nacięcia w ledwie kilka sekund rozrastały się do obszernych, cuchnących ran pozostających po unicestwionych tkankach miękkich, co było jedynie drobną zapowiedzią znacznie gorszych cierpień – trucizna po około minucie zaczynała atakować kości, przemieniając je w lepką maź. Szczęśliwcy, którym dane było uniknąć tego ponurego losu uciekali w popłochu jak najdalej od mężczyzny w masce doktora plagi, niejednokrotnie taranując targanych agonią towarzyszy. Ich przeszywające krzyki, odbijające się echem od ścian… smród palonej trucizną skóry… słodka, hipnotyzująca woń krwi… wszechobecny burgund, rozlewający się u jego stóp… O TAK!!! Oto najpiękniejsze oblicze CHAOSU! Turkusowooki ryknął niepohamowanym, maniakalnym śmiechem. Po raz pierwszy od dawna czuł, że żyje, dzięki bezlitosnemu masakrowaniu wszystkich w zasięgu wzroku! Ileż to już minęło od ostatniej tego typu potyczki? Jak bardzo dusił się w kamiennej klatce Hogwartu, skoro jego potrzeby skumulowały się do takiego stopnia? Kiedy zakończy się ta uczniowska błazenada i będzie mógł spokojnie wrócić do swego stylu bycia? Mieszanka euforii oraz goryczy pytań oderwała na moment jego myśli od tej ruiny, jednak musiał zejść na ziemię, kiedy został mu ostatni przeciwnik. Chłopaczek niewiele starszy od Ceda wpatrywał się w niego z czymś odrażającym, wymalowanym w ciemnych oczach – rezygnacją. Dzieciak najwidoczniej nie chciał dłużej walczyć o życie, wyczekując upragnionej śmierci, mogącej wyrwać go z tego koszmaru – jeżeli istniało coś takiego jak piekło, był pewien, że nie spotka tam nikogo gorszego od Kolekcjonera. Rozdrażniony Luther warknął i przewrócił oczami. Zawsze musiał się trafić taki jeden sztywniak, który psuł całą zabawę. Kopnięciem powalił chłopaka na ziemię, po czym przyklęknął na jego piersi, chcąc rozbudzić w nim wolę walki. Bezskutecznie. Chłopak wciąż patrzył na oprawcę w ten nudny, pusty sposób. Z jakiś niewyjaśnionych przyczyn to zachowanie okropnie wkurwiło Dragana, uderzając w nutę sadyzmu, którą zazwyczaj trzymał skrzętnie ukrytą. Zamiast zakończyć sprawę jednym ciosem, nabrał niepohamowanej ochoty na wdanie się w jedną ze swoich gierek. Ściągnął rękawicę z prawej dłoni i opuszkami palców czule pogładził twarz dzieciaka, zapamiętując każdy detal jego młodzieńczej, delikatnej urody. Kciukiem rozchylił wargi swej ofiary, zmuszają ją do otwarcia szeroko ust, z których pociekła cieniutka stróżka krwi – piękny, jasnoczerwony odcień wspaniale odcinał się na bladej skórze smarkacza. Kruczowłosy poczuł tępy ból, promieniujący w okolicy prawej skroni. Ta scena…wydobyła z jego pamięci obrazy, o których usiłował zapomnieć. Wiele lat temu dziesiątki istot podobnych do tego niewinnie wyglądającego dzieciaka, utraciło swoje życie właśnie z powodu magnetycznego czaru własnej krwi. Dawno temu widział całe rodziny leżące na podłogach własnych domów, niczym szmaciane lalki o pustych oczach. Mimowolnie wróciły do niego wspomnienia tego jednego dnia, gdy ostatecznie pękła ostatnia nić łącząca go z normalnością – dnia, w którym na dobre stał się bestią.

W towarzystwie brata przedarł się przez parter, posyłając do diabła wszystkich napotkanych napastników. Słyszeli przeraźliwe krzyki dobiegające z piętra, które rozpędzały krew w ich żyłach, pozwalając przeciwstawiać się potwornemu zmęczeniu. Doskonale wiedzieli o tym, że musieli się spieszyć, jednak opór przeciwników skutecznie hamował ich zapędy, wydzierając bezcenne sekundy. Kiedy w końcu udało im się utorować sobie drogę, czym prędzej pokonali marmurowe, jasne schody zbrukane brunatnymi kałużami krzepnącej krwi. Krzyki oraz odgłosy walki cichły z każdą chwilą, uświadamiając im bezlitośnie jeden fakt – przybyli za późno. Wyważyli zabarykadowane podwoje dziennego saloniku, po czym wpadli do ostatniego pomieszczenia, w którym mogli znaleźć ocalałych. Spóźnili się. Jednocześnie zastygli w progu, porażeni rozmiarem zniszczeń. Na podłodze, tuż pod ich stopami, leżało siedem ciał bestialsko zmasakrowanych członków rodu – w tym dwójki małych dzieci. Pośród tej całej makabry stał ledwie jeden mizerny człowieczek, który zapewne nie zdążył rzucić się do ucieczki w ślad za swoimi kompanami. Ethan bezwładnie osunął się na kolana, ukrywając twarz w rozedrganych, zakrwawionych dłoniach. Widok zarżniętych krewnych sparaliżował go do cna. Ukochana rodzina, z którą zamierzał budować szczęśliwą przyszłość leżała martwa, a on dopiero teraz uświadomił sobie, że odszczepieniec, którego niegdyś nazywał bratem, nie kłamał w sprawie rzezi, która działa się tu i teraz… niemalże na jego oczach. Zerknął bezradnie na turkusowookiego, nie mając sił, by przyznać mu rację. Nawet jeśli jakimś cudem by ją znalazł, nie próbowałby wygłaszać tych słów w tej chwili – za bardzo deprymował go upiorny chłód bijący od młodszego brata. Dragan daleki był od popadania w bezsensowną rozpacz. Zawładnęła nim czysta, nieprzejednana furia, domagająca się uwolnienia, a on nie miał zamiaru po raz kolejny dławić jej w sobie. Nie tym razem. Granica została przekroczona! W mgnieniu oka znalazł się przy otępiałym człowieczku, po czym chwycił go za szyję i uniósł na metr ponad ziemię.

– Zapłacicie mi za to – sam był zdziwiony tym, jak spokojnie brzmiał jego głos. – Wszyscy mi za to zapłacicie. Dopadnę was jednego po drugim, a potem wyrżnę w pień wasze rodziny i każdego, kto jest wam bliski. Obrócę wasz cholerny świat w dymiące zgliszcza.

 Potężnym uderzeniem wbił głowę człowieka w posadzkę, roztrzaskując jego czaszkę. Rozbudzony instynkt – silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – nakazał mu natychmiast wytropić ewentualnych uciekinierów, jednak zanim się za to zabrał usłyszał słaby, ledwo słyszalny szept – zwiastun rozmowy, która na zawsze zrobiła z niego potwora.

– Dragan…

Wyprostował się rozpoznając głos, którego nie słyszał od wielu lat. Uważnie rozejrzał się po saloniku i zwinnym ruchem rzucił się ku młodej, ciemnowłosej kobiecie, leżącej na boku tuż przy przewróconej kanapie. Uklęknął przy dziewczynie, po czym ostrożnym ruchem odgarnął włosy z jej pięknej, niewinnej twarzyczki, pooranej kilkoma głębokimi zadrapaniami. Uśmiechnął się ciepło, rękawem koszuli ocierając krew z jej jasnych policzków.

– Mai – szybko oszacował jakie odniosła obrażenia i skrzywił się rozumiejąc, że ciężko będzie zawalczyć o jej życie w takich warunkach. – Już dobrze, malutka. Wyciągnę cię z tego.
Jedyne co mógł w tym momencie zrobić, to spróbować napoić ją własną krwią, by wspomóc regenerację na tyle, żeby mogli zabrać ją w bezpieczne miejsce. Naciął dłoń i próbował podać zbawienną ciecz kuzynce, jednak ona zignorowała jego starania. Leżała na lewym boku, uparcie wyciągając rękę w jednym kierunku. Zerknął przez bark i w lot zrozumiał o co jej chodziło – próbowała dosięgnąć ciała najwyżej dziesięcioletniego chłopca, leżącego nieopodal z rozpłatanym gardłem.

– Nie żyją, prawda? – spojrzała na niego z rozdzierającym serce bólem – Moi chłopcy… mama… babcia… bracia… wszyscy odeszli – zaniosła się płaczem. – To nie był tylko senny koszmar. Odeszli. Próbowałam ich ocalić, ale tych zwyrodnialców było za wielu…nie potrafiłam ich zatrzymać…

– Walczyłaś jak lwica, skarbie, jestem pewien – przysunął dłoń bliżej jej bladych ust. – Pozwól, że teraz ja się tobą zaopiekuję.

– Przepraszam, Dragan. Gdybym była silniejsza… teraz i wtedy przy schodach… gdybym tylko nie bała się własnego cienia… może mógłbyś z nami zostać. Poznałbyś mojego męża i synów. Noah jest – urwała, przełykając łzy rozpaczy – był do ciebie podobny, wiesz? Taki zdolny, opiekuńczy i cichy. Gdybym przy tych cholernych schodach powiedziała prawdę… gdybym się sprzeciwiła…

– Przestań myśleć o głupotach, Mai, i daj sobie pomóc.

– Nie… jestem tak potwornie zmęczona. Nie chcę zostać sama ani nieść ciężaru tragedii, którą tu widziałam – wbiła spojrzenie w kruczowłosego. – Zawsze byłam tchórzem i nic się nie zmieniło. Boję się…przytulisz mnie?

Subtelnie skinął głową, podniósł ostrożnie kobietę i usiadł na podłodze, sadzając ją na swoich kolanach. Objął ją szczelnie ramionami, obracając w taki sposób, by nie mogła widzieć zwłok własnych synów. Mai przylgnęła ciężko do jego klatki piersiowej, powoli tracąc czucie w ciele.

– To kara… – szepnęła z pełnym przekonaniem – za to co ci zrobiliśmy. Ty jako jedyny potrafiłbyś nas ochronić przed tym wszystkim, ale cię przegnaliśmy, bo byłeś inny. Silniejszy. Inteligentniejszy. Potężniejszy. Lepszy od nas wszystkich…

– Czemu nie chcesz, żebym cię ratował? – oparł brodę o czubek jej głowy.

– Jak miałabym dalej żyć? Widziałam, jak zmasakrowali całą moją rodzinę. Słyszałam krzyki i rzężenie moich chłopców, gdy walczyli o każdy oddech i nie byłam w stanie im pomóc… – zacisnęła dłoń na jego barku. – Zrozum proszę…nie jestem tak silna jak ty. Czuje jak moje serce pęka i nie potrafiłabym tego znosić każdego dnia…ból tak potwornej straty to dla mnie za wiele. Chcę być razem z nimi. Zostaniesz ze mną, dopóki nie zasnę? Nie chcę umierać w samotności. 

W tej chwili podszedł do nich Ethan. Bez słowa usiadł koło brata, nie potrafiąc pohamować łez ściekających po jego policzkach. Słyszał doskonale całą rozmowę, która wstrząsnęła nim do żywego. Mai zawsze była tym radosnym, roześmianym światełkiem w ich rodzie. Piękną, serdeczną kobietą pochodzącą do każdego z czułą empatią, potrafiącą niezawodnie pocieszyć. Widząc ją w takim stanie…cierpiał porównywalnie do chwili, w której stracił matkę.

– Nigdy bym cię nie zostawił, kruszyno – Dragan pogładził policzek kuzynki. – Niedługo pojawi się wysoki mężczyzna o srebrzystych włosach i perłowych oczach. Nie bój się i idź za nim, a zaprowadzi cię do twoich synków.

– Skąd wiesz? – jej powieki zaczęły opadać.

– To mój przyjaciel, można mu zaufać.

– Będziesz o mnie pamiętał, prawda? – nagle drgnęła niespokojnie – O nasz wszystkich. Nie zostawisz nas tutaj? Będziemy razem?

– Razem po wieczność – powtórzył jedno z powiedzonek Lutherów. – Zabierzemy was do domu, przysięgam.

– Dragan, mogę mieć do ciebie ostatnią prośbę?

– Oczywiście, kruszyno.

– Przyspiesz to, błagam – zadrżała spazmatycznie. – Chcę już zobaczyć moich chłopców, gdziekolwiek są. Dobij mnie, proszę.

– Mai! – Ethan poderwał się z posadzki, przerażony słowami dziewczyny.

Turkusowooki zignorował brata, przez chwilę mierząc się spojrzeniem z jedyną, która zawsze była mu przychylna w jego własnej rodzinie. Czuł jak słabła, jednak stopniowe nasilanie się drżenia mówiło mu, że ból również się wzmagał. Odchodziła bardzo powoli i boleśnie, a on nie chciał na to patrzeć. Uśmiechnął się do niej, przytakując subtelnie.

– Dziękuję…za wszystko. Zawsze wiedziałam, że jesteś najlepszym spośród nas – wtuliła się w jego pierś. – Przepraszam, że proszę cię o coś tak egoistycznego. Przepraszam, że nie potrafiłam być dla ciebie lepszą kuzynką i nie miałam odwagi stanąć w twojej obronie, kiedy tego potrzebowałeś. Chcę, żebyś wiedział, że zawsze cię kochałam i zawszę będę kochać. Dobranoc, Dragan.

– Śpij spokojnie, Mai.

Po tych słowach przesunął długie palce na szyję kobiety i jednym, wprawnym ruchem złamał jej kark. Jeszcze przed dłuższą chwilę nie ruszał się, nie chcąc wypuszczać ciemnowłosej z ramion. Był pewien, że ofiarował jej szybką, bezbolesną śmierć, cóż jednak mogła znaczyć wobec ogromu cierpienia, w jakim była pogrążona w przeciągu ostatnich kilku godzin? Czuł jak jej ciało stopniowo stygło i stawało się coraz cięższe. Słyszał głos Ethana, jednak docierał do niego jakby z oddali – zniekształcony i ledwo rozumiały. Starszy Luther, zszokowany tym co przed chwilą zobaczył, wrzeszczał na turkusowookiego gówniarza. W głowie mu się nie mieściło, dlaczego Dragan postanowił spełnić agonalną prośbę Mai i od tak po prostu ją zabił! Dziewczyna mogła przeżyć… zapomnieć… ułożyć sobie życie na nowo. Chciał w to wierzyć, choć doskonale wiedział, że była to kompletna bzdura. Po śmierci mamy przekonał się, że zderzenie z ostatecznością zmieniło wszystko i powrót do normalności nie był dłużej możliwy. Był zwyczajnie rozżalony, wytrącony z równowagi i roztrzęsiony, więc próbował ukoić nerwy wrzaskami, które nie przynosiły najmniejszych efektów. Dragan siedział niewzruszenie, z tym swoim nieobecnym spojrzeniem, którym tak często wyprowadzał go z równowagi w dzieciństwie. Spodziewał się, że brat go nie słyszał, co nie przeszkadzało mu w dalszym rozładowywaniu emocji.

Utrata matki zaprowadziła go ku Otchłani, lecz to właśnie śmierć Mai ostatecznie popchnęła go w objęcia ciemności, z której już nigdy nie wyszedł. Spojrzał na leżącego chłopca, czując wzbierającą gorycz. Przeszłość była przeszłością – jedyną rzeczą, na jaką nie miał już wpływu. Sięgnął po jeden ze sztyletów i włożył go w usta chłopaczka, płytko przebijając tylną ściankę jego gardła, postanawiając zmusić go do zabawy. Docisnął rękojeść, wbijając ostrze o niecały centymetr głębiej w miękką tkankę, tym samym aplikując śmiertelną dawkę trucizny. Młodziak w końcu zaczął zachowywać się tak, jak powinien od samego początku. Próbował krzyczeć i rzucać się, w panice wymachując rękami i bijąc na oślep ciało Kolekcjonera. Luther roześmiał się cynicznie. Tego właśnie oczekiwał! Po tym co widział…czego przyszło mu doświadczyć…żadne okrucieństwo nie robiło na nim wrażenia. Niespiesznie wbijał ostrze coraz głębiej, utrzymując chłopaka jak najdłużej przy życiu. Z maniakalnym uśmieszkiem słuchał, jak ofiara krztusiła się własną krwią, zmieszaną z toksyczną breją rozpuszczonej skóry walcząc o płytkie oddechy. Przez lata niósł śmierć wszystkim kanaliom tego świata, mszcząc się za potworny los, jaki spotkał jego ród. Ze swojej potrzeby zemsty uczynił coś na kształt zabawy, pozwalającej mu zaznać spokoju. Każda dobra zabawa musiała jednak dobiec końca, a on jak nikt inny wiedział doskonale, kiedy ofiara miała dość – widział to tysiące razy w ich oczach, z wolna mętniejących pod naporem mlecznej mgły. Z całych sił docisnął sztylet, przybijając dzieciaka do podłogi. Nie wyciągnął ostrza pozwalając, by toksyna dokończyła robotę i całkowicie rozpuściła irytującą mordę, która wpędziła go w bolesną pułapkę wspomnień. Wstał i wspiął się na kilka schodów, by z góry popatrzeć na swoje dzieło. Rozejrzał się po przedpokoju, pogwizdując z satysfakcją – udało mu się narobić spektakularnego bałaganu. Zeskoczył ze stopni, po czym podszedł do jednej ze ścian, żeby zdjąć z niej ozdobny, lekko pordzewiały topór. Podrzucił broń, wzdychając w oznace rozczarowania. Topór okazał się za lekki i dość stępiały, ale powinien dać radę. Nie przestając gwizdać zaczął porządkować ciała, wlokąc je za kończyny i niespecjalnie przejmując się, gdy któraś z nich oderwała się od zmasakrowanego ciała. Układał truchła obok siebie w równym rzędzie, a kiedy skończył, sięgnął po topór. Zamachnął się i wbił żelastwo w kark pierwszego umarlaka, nieszczególnie zadowolony z efektu. Jak przypuszczał ostrze było tępe, więc musiał kilkukrotnie powtarzać uderzenia, zanim udało mu się ostatecznie odrąbać głowę. Efekt końcowy co prawda bardziej przypominał oderwanie czerepu od zmiażdżonej szyi, ale nie miał zamiaru narzekać. W taki sam sposób uporał się z pozostałymi zwłokami, przytroczył ukochane sztylety do pasa i pozbierał głowy, pakując je do jednego z zielonych płaszczy, który pełnił rolę prowizorycznego worka. Przerzucił materiał przez bark, po czym raźnym krokiem ruszył na piętro. Od samego początku wyczuwał obecność dziewiątej osoby i zaczął się domyślać, kogo zastanie na górze. Nucąc sobie tylko znaną melodię, wkroczył do czegoś, co musiało niegdyś pełnić rolę pokoju dziennego. Roześmiał się, rzucając zdobyte trofea wprost pod nogi siedzącego w fotelu mężczyzny, który jedynie zerknął na toczące się głowy, wstając z wygodnego siedziska. Wolnym, delikatnie kulejącym krokiem podszedł do Kolekcjonera.

– Cieszę się, że wpadłeś, Luther – uśmiechnął się serdecznie.

– Devitte, ty stary skurwielu! – Dragan mocno klepnął ramię mężczyzny – Myślałem, że już od dawna gryziesz glebę.

– Nie jestem jeszcze martwy, tylko odszedłem z interesu – obruszył się starszy mężczyzna. – Spodziewam się, że dla ciebie to bez różnicy, prawda? Spodobał ci się prezent powitalny?

– Nawet nie wiesz jak bardzo. To była odprężająca rozrywka. Swoją drogą, Charles, – spojrzał na kompana – nie spodziewałem się, że poświęcisz własnych ludzi, żeby mi się podlizać. Trochę to obrzydliwe, ale doceniam.

– To nie moi ludzie – Devitte wzruszył ramionami. – Przyszli tu za mną i byli łaskawi oszczędzić życie niegroźnego kaleki słysząc, że będą mieć szansę do zmierzenia się z samym Kolekcjonerem. Chyba uważali, że wciągną cię w zasadzkę, mając mnie za przynętę. Nie miałem serca wyprowadzać ich z błędu.

– Tak, czy inaczej, dzięki stary. Skoro najwyraźniej nie wracasz do roboty, czemu zawdzięczam urocze zaproszenie? Ktoś dybie na twoje nudne życie?

– Zanim przejdziemy do konkretów, proponuję usiąść. Zapowiada się na dłuższą rozmowę, a noga mi dokucza. Napijesz się? – Charles wskazał na postawioną obok fotela butelkę oraz dwa srebrne kielichy.

– Tobie nie odmówię, staruszku. 

Luther usiadł na przykurzonym krześle, ustawionym pod lekkim kątem względem fotela. Mógł skorzystać z wygodniejszej – choć nie czystszej – kanapy, ale wolał nie zmuszać Charlesa do nadmiernego wyginania karku. Rozpiął dolną klamrę maski, przygotowując ją tym samym do ewentualnego picia, po czym zaczął obserwować w milczeniu jak mężczyzna rozlewa alkohol. Devitte mocno postarzał się od ich ostatniego spotkania. Czekoladowe włosy, zwłaszcza na skroniach, przyprószyła siwizna, podobnie zresztą jak zadbaną brodę. Miał wolniejsze, mniej pewne ruchy i wydawał się jakiś ostrożniejszy – bardziej skupiony na tym co robi. Jedyne co się w nim nie zmieniło to ciemne oczy, tak samo zawadiackie i roziskrzone jak przed laty. Z Charlesem znali się od blisko trzydzieści lat. Gdy spotkali się po raz pierwszy, Devitte był ledwo dziewiętnastoletnim poszukiwaczem artefaktów – nadmiernie ambitnym amatorem, bez cienia pojęcia w jaki biznes się pcha, za to wyjątkowo bystrym i otwartym. Nie potrafił sam zadbać o swoją dupę, więc Dragan zdecydował się go tego nauczyć. Nigdy nie pracowali wspólnie ani nie podróżowali razem, jednak w razie potrzeby jeden był skłonny wesprzeć drugiego radą, siłą czy też wiedzą. Nie wchodzili sobie wzajemnie w drogę, szanując niewidzialne granice swoich terytoriów. Devitte podszedł do niego i podał mu kielich. Turkusowooki zaciągnął się przyjemnym zapachem alkoholu, uśmiechając się kącikiem ust – stara dobra szkocka, jak za dawnych czasów.

– Nie pozbyłem się komitetu powitalnego z jednego powodu – ciemnooki rozsiadł się w fotelu. – Musiałem sprawdzić, czy plotki na twój temat są prawdą.

– Ty i ploteczki? – Dragan zaśmiał się, odchylił maskę i upił łyk szkockiej – Debatujesz radośnie ze starymi prykami przy filiżance herbatki? Emerytura ci nie służy, Charles.

– Zabawny, jak zwykle – mężczyzna przewrócił oczami. – Skup się chociaż przez chwilę, Luther! Może i grzeję tyłek na swoim zadupiu, ale wciąż mam zaufanych informatorów, słono liczących sobie za swoje usługi. Gruchnęła wieść, że zmiękłeś, Kolekcjonerze. Ponoć zebrałeś dupę z Ameryki Południowej i ślad po tobie zaginął. Wywołałeś tym niezłą burzę! – roześmiał się chrapliwie – Ci nieszczęśnicy tutaj są tego najlepszym dowodem. Banda pyskatych szczeniaków ze Stanów zasadza się na twój teren, twoich informatorów, dostawców i klientów. Jeżeli nic z tym nie zrobisz, obawiam się, że możesz wkrótce stracić kontrolę nad obiema Amerykami. Nie po to powierzyłem ci swoje imperium, żeby wpadło w łapska amatorów bez krzty szacunku dla tego, jakich przedmiotów szukają! Co ty w ogóle robisz w Anglii?!

– Sprawy rodzinne – Kolekcjoner ostro uciął temat.

– Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi – prychnął szatyn. – Czemuś zabrał Ravena? Młody jest, to prawda, ale lojalny i utalentowany. Na pewno zaopiekowałby się twoimi interesami za oceanem.

– Prosta sprawa – Luther odstawił kielich – potrzebuję go tutaj.

– Ravena? – Devitte nie krył zdumienia – O tym samym smarkaczu mówimy? Na cholerę ci zabijaka w sprawach rodzinnych.

Kruczowłosy poderwał się błyskawicznie i szybkim ruchem chwycił szczękę rozmówcy. Zacisnął dłoń, wbijając metalowe okucia rękawicy w oliwkową skórę Charlesa, po której spłynęły cienkie strużki krwi. Ciemnooki zamilkł natychmiast, rozpoznając złość, czającą się w ruchach Kolekcjonera. Źle ocenił nastrój starego druha i teraz musiał wykazać się nie lada umiejętnościami żeby ujść z życiem. Postanowił zagrać ostro pamiętając, że Luther zawsze doceniał odwagę oraz nieustępliwość. Zanim się za to zabrał, przerwał mu lodowaty, odległy głos.

– Pierdol się, Charles – spokojny ton doktora plagi wzmógł niepokój – Jeszcze jedna wycieczka w stronę moich spraw osobistych, a wezmę sobie na pamiątkę twoje lewe oko. Zawsze wydawało mi się bardziej irytujące od prawego. 

Turkusowooki gwałtownie ruszył okutym w metal palcem w stronę gałki ocznej dawnego znajomego, zatrzymując go ledwie kilka milimetrów od źrenicy. Szybkość Dragana nie dała Charlesowi szans na chociażby automatyczną reakcję obronną. Sparaliżowany siedział sztywno w fotelu, nawet nie mrugając. Bardzo źle ocenił sytuację w jakiej się znalazł – tu arogancja nie miała szans mu pomóc, więc myślał gorączkowo, jak to rozegrać. Wtem usłyszał cichy, złowieszczy chichot mrożący krew w jego żyłach. Kolekcjoner odsunął się od niego, śmiejąc się w głos, czym całkowicie zdezorientował towarzysza. Dopiero po kilku minutach Devitte zdolny był przemówić.

– Coś już planujesz, prawda? – wstał z fotela, podpierając się o podłokietniki. 

– Charlie, Charlie…CHARLIE!!! – ponury śmiech przybrał na sile – Naprawdę sądziłeś, że nie wiem co się dzieje? Muszę ci przypominać, że to ja stworzyłem najrozleglejszą siatkę szpiegowską na świecie? Kurwa, Charles! – turkusowooki przestał się śmiać – Oczywiście, że wiem o ich zapędach. Co najmniej od pół roku ta banda kretynów usiłuje przekupić moich ludzi, w czym są beznadziejni. Jak sądzisz, co wybiorą informatorzy? Zdradzenie mnie za kilka marnych groszy, wiedząc do czego jestem zdolny, czy doniesienie o tych praktykach w nadziei na moją wdzięczność? Nikt z moich ludzi za nimi nie pójdzie. A ja… – jego ton stał się przeraźliwie wyzuty z emocji – urządzę sobie świąteczną masakrę. Zawsze chciałem to zrobić. Wyobraź sobie słodki zamęt, gdy najgłośniej ujadające kundle dostaną w prezencie pod choinkę worek z uciętymi łbami wszystkich swoich ludzi: wysłanników, informatorów, klientów, członków rodziny. Niezapomniane, KRWAWE ŚWIĘTA!!! Zapowiedź największego polowania w historii.

Charlesowi zabrakło tchu w piersi. Jak zaklęty przysłuchiwał się hipnotycznemu, nadnaturalnemu chichotowi Luthera. Od dawna podejrzewał, że Kolekcjoner w jakiś sposób postradał zmysły, ale to… to przekraczało wszelkie granice. Nigdy nie spotkał równie destrukcyjnej, sadystycznej i bezwzględnej istoty, czerpiącej najczystszą rozkosz z grozy, jaką wzbudzała. Wiedział o tym od lat, a mimo to naiwnie sądził, że ostatnie doniesienia mają w sobie coś z prawdy i nieprzewidywalna bestia nazywana Kolekcjonerem nieco pohamowała swoje niszczycielskie pragnienia. Jakże się mylił! Z tym facetem mogło być jedynie coraz gorzej…

– Oszalałeś, Luther… – wydukał niepewnie. – Planujesz uderzyć w ich rodziny?

– Och, Charlie – kruczowłosy przemówił z teatralną słodyczą. – Kochany, honorowy Charlie…To nie są czcze plany. Już to zrobiłem – lodowate stwierdzenie wwierciło się w podświadomość ciemnookiego. – Przygotowałem specjalną niespodziankę dla tej wkurwiającej szui Palmera. Zapewne słyszałeś, że sprzątnął dwóch moich informatorów, kiedy śmieli odrzucić jego hojną propozycję. Wielki błąd. Lubiłem ich, choć to rozczarowujące, że pozwolili się tak łatwo zabić. Sam rozumiesz, że nie mogłem tak tego zostawić i zwyczajnie przejść nad tym do porządku dziennego – jego głos stał się jeszcze bardziej mroźny, o ile to w ogóle było możliwe. – Ufam, że obiła ci się o uszy pogłoska na temat zaginięcia uroczej panienki Collen Palmer, starszej córki nadpobudliwego kundla. Dzisiejszej nocy w zrozpaczonego tatuśka wymierzony zostanie kolejny cios, kiedy z kampusu Yale zniknie jego ukochana córunia Anny. Za równo 72 godziny, Palmer otrzyma wyjątkowy upominek ode mnie. Pięknie szyty płaszcz, wykonany ze skór zdartych z jego ślicznych dziewczynek, ozdobionych ich wykrzywionymi w agonalnym bólu twarzyczkami. Sądzisz, że doceni kunszt? – spojrzał na towarzysza, nie oczekując odpowiedzi – Długo szukałem odpowiedniego specjalisty, aż w końcu znalazłem prawdziwego artystę w swoim fachu.

Makabryczny śmiech Kolekcjonera przybrał na sile, stając się nieznośnie wręcz okrutnym. Ten dźwięk wnikał w umysł słuchacza, budząc do życia głęboko skrywane, pierwotne instynkty. Devitte poczuł fizyczny ból w piersiach, jakby dławił się własnym oddechem. Przerażenie sparaliżowało jego ruchy, odbierając mu władzę nad ciałem. Wiele w swoim życiu doświadczył… wiele widział… nigdy jednak nie spodziewał się, jak bardzo stuknięty mógł być jego znajomy.

– Przemyśl to jeszcze, błagam! – rzucił trzęsącym się głosem – Chcesz zabić dzieci… dwie niewinne dziewczyny, które nie miały szans wybrać sobie ojca…

– No i? – Dragan zapytał drwiąco.

Ta obojętność zmieszała Charlesa, wytrącając mu z ręki wszelkie argumenty. Jak miał dotrzeć do mężczyzny, pozbawionego współczucia…niezdolnego do okazywania chociażby namiastki ludzkich uczuć? W lot pojął, że nie może podchodzić do Kolekcjonera jak do każdego innego człowieka, bowiem ten facet pozbawiony był człowieczeństwa. Stał przed nim prawdziwy, nieprzejednany potwór, którego nie miał szans odwieść od barbarzyńskich zamiarów. Jeśli był na to chociażby cień szansy… musiał spróbować, dla dobra ich wszystkich. Westchnął ciężko, mocno zaciskając pięści. 

– Co, jeśli w odwecie wymierzą w twoją rodzinę? – zapytał łagodnie.

– Niech próbują – turkusowooki nonszalancko machnął dłonią. – Nie mam bliskich, których mógłbym stracić. Nie mam żony ani stadka wkurwiających gnomów. Nie mam nikogo, kogo śmierci mógłbym się obawiać. Co mam do stracenia? – spojrzał w sufit – Życie? Szczerze wątpię, by którykolwiek z nich był w stanie mnie zabić. Przyjaciół? Brzydzę się przywiązaniem oraz przyjaźnią. Honor? Nigdy go nie miałem. Imperium? Jest znacznie potężniejsze, niż ci się wydaje. Moich ludzi? To tylko narzędzia, które można zastąpić, jak wszystko inne. Nie posiadam niczego naprawdę cennego, Charlie. Rozpocznę najwspanialszą ze wszystkich gier!

Dudniący, cyniczny ton Luthera miał w sobie coś porażającego i przygnębiającego zarazem, jednak nie był nawet w połowie tak nieprzyjemny dla ucha, jak jego szaleńczy śmiech. Kruczowłosy odsunął się od Charlesa i zawirował, śmiejąc się radośnie. Choć może w tym śmiechu wcale nie było radości? To co skrywał przypominało bardziej obsesyjne podekscytowanie, ubogacone o przytłaczającą rozkosz na samą myśl o nadciągającym koszmarze.

– To szaleństwo, Luther – głos mu się załamał. – Wiesz jaką wojnę wywołasz?!

– Wiem doskonale, Charlie. WSPANIAŁĄ!!! – grzmiący głos odbił się echem od pustych ścian – Bezlitosną, krwawą i nieskończenie okrutną. Rozniecę ogień w szeregach półświatka, wywołując niespotykany od lat chaos. Nie oczekuję od ciebie zrozumienia, poparcia ani pomocy. Nie wchodź mi w drogę, a zachowasz życie.

Devitte zaśmiał się krótko, dając upust zszarganym nerwom. Wystąpienie przeciw Kolekcjonerowi byłoby objawem o wiele większego szaleństwa niż to, które trawiło Luthera. Choć, jeśli się nad tym dłużej zastanowić, być może Luther wcale nie był taki znów szalony? Działał wedle jedynie sobie znanego planu, prowadzącego nieuchronnie do rozpętania istnego piekła na ziemi – będącego dla niego najwyraźniej synonimem dobrej zabawy. Zwyczajnie miał wszystko i wszystkich w dupie, robiąc jedynie to, na co przyszła mu ochota w sposób przemyślany, metodyczny i cholernie skuteczny. Charles zebrał całe siły, które mu pozostały, by przezwyciężyć szok i skłonić głowę przed niekwestionowanym królem. Skoro nie mógł w żaden sposób go przekonać, najrozsądniejszym posunięciem było przyłączenie się, póki okoliczności temu sprzyjały. Wolał nie przeciwstawiać się rozsierdzonej bestii, której za grosz nie rozumiał.

– Jeśli mnie wezwiesz, stanę u twojego boku wraz ze wszystkimi ludźmi, jakich posiadam. 

– Nie mam zamiaru cię w to mieszać, staruszku – nieoczekiwanie głos Dragana zabrzmiał łagodnie – Ciesz się swoim spokojnym życiem, Charlie, a przynajmniej tym, co z niego zostało.

Charles mimowolnie chwycił się za udo. Kilka lat temu zrobił największą głupotę, jaką mógł poszukiwacz artefaktów – błąd amatora, który definitywnie przekreślił jego szansę na dożycie później starości. Odkrył w peruwiańskich lasach ruiny niewielkiego miasteczka. Robota zaczęła się jak zwykle: dokładne wykopaliska; zapoznanie się ze szczątkowymi informacjami o ludzie, który potencjalnie mógł je wznieść i analiza każdego skrawka odkrytych inskrypcji. W końcu udało mu się dotrzeć do czegoś, co musiało być niegdyś świątynią. Badał ją powoli i ostrożnie, jak nakazywał zdrowy rozsądek. Dzięki wytrwałości odnalazł skarbiec, a w nim niewielką kolekcję dobrze zachowanych przedmiotów liturgicznych. Do każdego z nich podchodził z bezpiecznym dystansem, nie spiesząc się z wydobyciem – przynajmniej do dnia, w którym dowiedział się o przewidywanej zmianie warunków pogodowych. Na kolejnych kilkanaście dni zapowiadano intensywne, nieprzerwane ulewy. Wedle jego wyliczeń deszcz mógł zniszczyć świątynię i zalać jej podziemia, wraz ze skarbcem. Powinien w takiej sytuacji zabezpieczyć co się da, wycofać się i zaczekać na spokojniejszy okres, ale z jakiegoś powodu nie potrafił. Kiedy tylko zaczęło padać, a stan wody podniósł się niebezpiecznie w opuszczonych podziemiach, wbiegł tam i wyniósł wszystko co zdołał. Zdobył jedne z najcenniejszych przedmiotów w swoim dobytku, lecz przypłacił to potworną ceną. Jeden z antyków, nefrytowy grot strzały, służył do wykonywania obrzędów z pogranicza czarnej magii. Zapewne ze względów bezpieczeństwa przeklęto go i złożono w drewnianej skrzyni, a on, debil nad debile, król idiotów sięgnął po grot, budząc pradawną magię. Spadła na niego klątwa, o której nigdy wcześniej nikt nie słyszał. Co dzień pozbawiała go sił, aż w końcu odebrała częściowo władzę w nodze. Żaden znany mu łamacz klątw ani specjalista od zaklęć nie mógł mu pomóc. Nie wiedzieli z czym się mierzą, a standardowe sposoby zawodziły, jedynie podsycając czarną magię. Pogodził się z tym, że niebawem całkowicie opadnie z sił i umrze, tracąc wcześniej kontrolę nad własnym ciałem – jak na nieostrożnego amatora przystało. Kolekcjoner co prawda kiedyś proponował mu spotkanie z kimś wyjątkowym, kto mógł zdjąć brzemię klątwy, ale nie bardzo chciało mu się w to wierzyć. Zbyt wiele razy gaszono jego nadzieję, więc nic z niej nie zostało. Wycofał się z interesu i porzucił życie poszukiwacza, by ostatnie lata spędzić w spokoju. Uśmiechnął się sam do siebie. Wielu poszukiwaczy kończyło w taki właśnie sposób – powoli zabijanych przez magię, o której nie mieli pojęcia.

– Nie jest jeszcze tak źle – rzucił hardo. – Mogę ci się przydać. 

Kolekcjoner powoli podszedł do niego i położył dłoń na jego barku. Nieczęsto zachowywał się w równie przyjacielski sposób, więc za każdym razem przejaw takiej serdeczności był czymś deprymującym i zagadkowym.

– Poradzę sobie, staruszku – zaśmiał się cicho. – Wracaj na swoje zadupie i pozwól bawić się dorosłym. Zwijamy się stąd? Mam ochotę puścić tę chałupę z dymem.

Devitte potaknął, po czym zabrał butelkę szkockiej oraz niedopite kielichy. Korzystając z nienachalnej pomocy Luthera opuścił dom, stając z nim ramię w ramię kilkanaście metrów od zabudowań. Ta opuszczona rudera posłużyła im kilka razy jako miejsce spotkań, lecz nie czuł do niej sentymentu. Właśnie w tym miejscu dowiedział się, że niebawem umrze i tutaj po raz pierwszy powiedział o tym Kolekcjonerowi. Nie znosił tego miejsca, więc chciał zobaczyć jak płonie – na co nie musiał na to długo czekać. Stojący obok niego mężczyzna w masce doktora plagi, skinął miękko dłonią, jakby robiąc to od niechcenia. Sekundę później buchnęły wysokie, rozszalałe płomienie, trawiące zbutwiałe drewno domu z przeraźliwym trzaskiem – na tle nocnego nieba był to przepiękny widok. Charles spojrzał na Kolekcjonera i uśmiechnął się szeroko widząc, jak ogień odbijał się w czerni jego maski. To zabawne, ale choć znali się tyle lat, nigdy nie widział go bez niej – nie znał oblicza mężczyzny, który setki razy ratował mu tyłek. Nie znał twarzy tego, któremu powierzył dzieło swojego życia…

– Czemu się na mnie gapisz? – usłyszał szorstki głos. 

– Nic takiego – odparł z cieniem nostalgii. – Przypomniałem sobie dzień, w którym się poznaliśmy. Wtedy stałem obok ciebie, patrząc jak całe miasto płonie.

Dragan roześmiał się. Doskonale pamiętał okoliczności tamtego zdarzenia! Był w trakcie dalszej podróży i zanim zagłębił się w gęstwinę lasów deszczowych, musiał uzupełnić niezbędne zapasy, więc zatrzymał się w niewielkim miasteczku, niedaleko obrzeży lasu. Szybko przekonał się, że nie on jeden przystaje tam przed wyruszeniem na poszukiwanie artefaktów – napotkał kilka dobrze zorganizowanych grup poszukiwaczy, znających topografię terenu i mocno niechętnych na uczciwą rywalizację. Już pierwszego wieczoru o mało co nie skończył z nożem wbitym pod żebra. Jako, że spieszył się, nie planował wdawania się w potyczki, dopóki nie spotkał w jednej z tanich noclegowni młodziutkiego chłopaczka o gęstej, czekoladowej czuprynie. Zainteresowany tym, czego taki chuderlawy dzieciak mógł szukać samotnie w takim miejscu, przysiadł się do niego i postawił kolejkę szkockiej. Przegadali niemal cały wieczór, nie skupiając się na żadnym konkretnym temacie. Chłopak przedstawił się jako Charles Devitte i należał do całkiem sympatycznych typków. Niewiele wiedział o szukaniu artefaktów, ale wręcz przerażał zapałem i wiedzą teoretyczną. Energiczny dzieciak zupełnie nie pasował do tego miejsca, zamieszkanego w większości przez żądne zysku kanalie. Dragan całkiem go polubił – na tyle, że w ramach zemsty za napadnięcie i pobicie go zrównał całe miasto z ziemią. Wyrżnął wszystkich poszukiwaczy, niekiedy wyrywając ich ostrzem sztyletu z głębokiego snu. Wywlókł Charliego z miasteczka i zmusił go do stania u swojego boku, tak jak teraz, żeby patrzył jak ta zapyziała nora płonie. Wtedy Charlie płakał. Padł na kolana przerażony przeraźliwym krzykiem, który wypełnił dolinę. Kolekcjoner zaklęciem uniemożliwił mu zamknięcie oczu, przez co dzieciak, klęcząc u jego boku, musiał obserwować ciemne zarysy sylwetek uciekających ludzi, trawione rozszalałym żywiołem. W jego płucach osadzał się obrzydliwy dym, przesiąknięty smrodem palonych włosów i ciał. Minuty, które wtedy spędził z Lutherem wydawały mu się wiecznością – drogą do samych czeluści piekieł i z powrotem. Kiedy ogień doszczętnie zmiótł miasteczko z powierzchni ziemi, nie potrafił już płakać. Kolekcjoner cofnął zaklęcie, pozwalając mu podnieść się z klęczek. Po dziś dzień w snach nawiedzały go słowa, które wtedy usłyszał: ” Tak wygląda ścieżka, którą wybrałeś. Pytaniem jest, czy potrafisz to zaakceptować i się dostosować. Jeżeli nie, wypierdalaj jak najdalej od tego bagna i nie oglądaj się za siebie​”. Wtedy nie był w stanie odpowiedzieć. Luther nim ruszył własną drogą, obiecał mu, że spotkają się po raz kolejny, gdy będzie gotów, a on wprowadzi go w ten cały syf. Obietnicy dotrzymał niecałe dwa lata później. Przez trzy dekady kontaktów połączyła ich solidna i trwała nić porozumienia. Devitte nauczył się boleśnie, na czym polega los poszukiwacza, w ciężkich chwilach mogąc liczyć na wsparcie Kolekcjonera, do którego popapranego charakteru przywykł – sam Dragan daleki był jednak od nazwania ich relacji przyjaźnią.

– Taa… – doktor plagi roześmiał się, patrząc na ciemnookiego – to był całkiem niezły ubaw.

Demoniczne oczy uważnie obserwowały twarz kompana. Devitte wciąż bardziej przypominał statecznego wykładowcę akademickiego niż doświadczonego poszukiwacza, jednak pozory potrafiły bardzo mylić. Nie bez powodu mawiano, że należało uważać na starszego człowieka w zawodzie, w którym umierało się młodo, a Charles Devitte był tego wyśmienitym przykładem. 

– Wiesz, Luther…tyle lat się znamy, a ja wciąż nie znam twojego imienia – szatyn uśmiechnął się łagodnie. – Nie mówiąc już o wyglądzie. 

Kruczowłosy przypatrywał się przez chwilę kompanowi w całkowitym milczeniu. Wzruszył delikatnie ramionami, uznając, że miał niewiele do stracenia. Sięgnął do ostatniej klamry przytrzymującej maskę i rozpiął ją wprawnie, po czym spojrzał na Charliego żółtymi, gorejącymi oczami. Może i ten człowiek nie miał przed sobą zbyt wielu lat życia, ale nie zamierzał podejmować ryzyka pokazywania mu swojej prawdziwej twarzy.

– Dragan Luther – wyciągnął dłoń ku mężczyźnie, uśmiechając się zawadiacko. Ciemnooki, zszokowany młodym wyglądem Kolekcjonera, ociągał się z odwzajemnieniem gestu. To… to po prostu nie miało sensu! Doktor Plagi powinien mieć co najmniej pięćdziesiąt lat, jednak nie wyglądał, jakby liczył sobie więcej niż dwadzieścia. Zaśmiał się cicho, porażony własną naiwnością. Kruczowłosy był w końcu mistrzem sztuk magicznych, czego nieraz dowodził, a ktoś taki musiał mieć w zanadrzu wiele niezrozumiałych, misternych sztuczek. Bardziej niż niezgodność w oczekiwanym wieku towarzysza, spokoju nie dawała mu jego niebywała wręcz uroda. Więc to tak wyglądała twarz istnej personifikacji czystej destrukcji – zaskakująco czarująco i hipnotycznie. Uścisnął wyciągniętą dłoń.

– Charles Devitte. Przyjemnością jest cię poznać, Draganie.

MASKI

            Dragan wrócił do Hogwartu dopiero nad ranem. Zatroszczył się o to, by odstawić Charlesa do jego bezpiecznego schronienia i zatrzeć wszelkie ślady ich spotkania. Nie chciał mieszać staruszka w swoje plany z jednego powodu – był za słaby, zarówno psychicznie jak i fizycznie. Devitte jedynie plątałby mu się pod nogami, jęcząc bezustannie o takich bzdurach jak miłosierdzie czy inna empatia, na co zdecydowanie nie miał ochoty. W sumie teraz chęci nie miał na nic. Był wykończony. Chciał jedynie wrócić do gabinetu i przespać się, zanim podejmie próbę zdławienia bestii, by wciąż udawać poczciwego Dragana Luthera – Ślizgońskiego geniusza o aroganckim sposobie bycia. Wlókł się powoli korytarzem, rozbawiony tym, że Albus tak chętnie powierzał młodych czarodziei w najprawdopodobniej najmniej odpowiednie ręce – jego ręce. Ciekawe, co zrobiłby Dumbledore wiedząc, że gości w murach swojego bezcennego zamku mężczyznę, mogącego stanowić wyznacznik psychopatii. Zaśmiał się cicho, wyobrażając sobie jego panikę.

– Dragan! -usłyszał za plecami.

Odwrócił się niechętnie, ze skrajną irytacją wymalowaną na twarzy. Minerva biegła ku niemu z tym swoim wkurwiającym, poczciwym uśmiechem. Przewrócił oczami, zdając sobie sprawę, że za późno było na taktyczny odwrót. Czarownica zatrzymała się przed nim.

– Profesor Dumbledore wrócił kilka godzin temu – rzuciła profesjonalnym tonem. – Chciał z tobą porozmawiać, ale nie mogliśmy cię nigdzie znaleźć. Dostałeś zaproszenie na posiedzenie nauczycieli, dziś wieczorem – w jej głosie dało się wychwycić ekscytację. 

Sam nie wiedział czemu, ale cudaczna radość Minervy działała mu na nerwy, więc spojrzał na kobietę z ledwo wstrzymywanym gniewem. McGonagall zamarła, widząc metaliczny, zimny błysk w jego demonicznych oczach. Nie mogąc się poruszyć obserwowała, jak mężczyzna staje ledwie kilkanaście centymetrów od niej i pochyla się ku jej szyi. Zmuszając się do nadludzkiego wysiłku wstrzymała jęk, gdy poczuła, jak jego przyjemnie chłodny język powoli przesuwał się po jej skórze. Krzyknęła kiedy zatopił zęby w obnażonej szyi.

– Odpierdolcie się ode mnie, Mini – niski, mruczący szept Luthera miał w sobie coś z ostrzeżenia.

Turkusowooki wyprostował się i jak gdyby nigdy nic odszedł, zostawiając za sobą zdezorientowaną kobietę. Minerva stała w bezruchu jeszcze przez dłuższą chwilę, przykładając rozedrganą dłoń do miejsca mocnego ugryzienia. Wyczuwała pod palcami krew, ale była zbyt wytrącona z równowagi, by próbować ją otrzeć. Ten mężczyzna był przerażający…przez kilka sekund, gdy był tak blisko jej gardła, miała wrażenie, że je rozszarpie własnymi zębami. Nie miała pojęcia, że to co widziała było cieniem prawdziwego Dragana, wylewającym się spod jego idealnej maski. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 351
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!